Wydawca: Bernardinum Kategoria: Humanistyka Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 234 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Czas nadziei - Jolanta Wachowicz-Makowska

Zainspirowana faktami, wciągająca i sprawnie napisana powieść obyczajowa, której bohaterką jest lekarka-pediatra z jednej z warszawskich przychodni. Jej życie upłynęło na samotnym opiekowaniu się chorą matką i pracy zawodowej. Nie spełniło się jej pragnienie założenia własnej rodziny. Wszystko nieoczekiwanie się jednak zmienia w chwili, gdy dowiedziawszy się o nieuleczalnej chorobie, pani doktor decyduje się na spełnienie największego (i ostatniego) marzenia; jedzie na wycieczkę do Rzymu. Ta decyzja nieoczekiwanie nadaje reszcie jej życia pełnię, sens i spełnienie.


Jolanta Wachowicz – Makowska

Autorka kilkunastu książek z dziedziny psychologii i pedagogiki, beletrystyki dziecięcej oraz serii książek wspomnieniowychChochlą i mieczemŚwiat zapamiętanyPanienka w PRL-u oraz Schola amabilis (historia szkoły Sióstr Nazaretanek w latach powojennych). Jest ulubioną pisarką czytelniczek ,,Listu do Pani”, gdzie systematycznie publikowane są jej felietony, artykuły oraz fragmenty jej książek. Mieszka w Konstancinie pod Warszawą. Pracuje jako redaktor działu w czasopiśmie ,,Problemy Opiekuńczo-Wychowawcze”.

Opinie o ebooku Czas nadziei - Jolanta Wachowicz-Makowska

Fragment ebooka Czas nadziei - Jolanta Wachowicz-Makowska

© Co­py­ri­ght by

Jo­lan­ta Wa­cho­wicz-Ma­kow­ska, 2010

Pro­jekt okład­ki

Ry­szard Ro­ga­czew­ski

Wy­daw­nic­two „Ber­nar­di­num” Sp. z o.o.

ul. Bi­sku­pa Do­mi­ni­ka 11, 83-130 Pel­plin

tel. 58 536 17 57; fax 58 536 17 26

e-mail:ber­nar­di­num@ber­nar­di­num.com.pl

in­ter­net: www.ber­nar­di­num.com.pl

ISBN 978-83-7823-334-3

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Pół­ka „Li­stu do Pani”

Po­wieść Jo­lan­ty Wa­cho­wicz-Ma­kow­skiej Świa­tło na ścież­ce mo­jej uka­zy­wa­ła się w od­cin­kach w mie­sięcz­ni­ku „List do Pani” w la­tach 2003-2007 i spo­tka­ła się z du­żym za­in­te­re­so­wa­niem czy­tel­ni­ków. Dziś, pod zmie­nio­nym przez au­tor­kę ty­tu­łem Czas na­dziei, tra­fia do ich rąk w for­mie książ­ko­wej, dzię­ki ini­cja­ty­wie Pol­skie­go Związ­ku Ko­biet Ka­to­lic­kich i Wy­daw­nic­twa „Ber­nar­di­num”. Jest to ko­lej­na, po Al­fa­be­cie mody Ali­cji Szu­bert-Ol­szew­skiej, po­zy­cja z pół­ki „Li­stu do Pani”.

Wstęp

Na po­cząt­ku mia­ło być je­dy­nie krót­kie wspo­mnie­nie. O bar­dzo – z po­zo­ru – zwy­czaj­nej i skrom­nej le­kar­ce z war­szaw­skiej przy­chod­ni „D”. Była ona nie tyl­ko do­sko­na­łym dia­gno­stą i mą­drym, roz­waż­nym te­ra­peu­tą. Była rów­nież naj­praw­dziw­szym przy­ja­cie­lem mo­je­go domu.

Za­wdzię­czam jej bar­dzo wie­le. Uzdra­wia­ła bo­wiem nie tyl­ko nę­ka­ne do­le­gli­wo­ścia­mi cia­ło mo­je­go syn­ka, ale tak­że cier­pią­cą i nie­spo­koj­ną du­szę jego mamy.

Dok­tor Sta­ni­sła­wa wy­da­wa­ła się cał­ko­wi­cie od­da­na swe­mu le­kar­skie­mu po­wo­ła­niu. Ale kie­dy po­zna­ło się ją le­piej i bli­żej, oka­zy­wa­ło się, że świat jej za­in­te­re­so­wań, a nade wszyst­ko ma­rzeń, jest znacz­nie roz­le­glej­szy od tzw. le­kar­skie­go re­jo­nu, któ­ry ob­słu­gi­wa­ła.

Uwiel­bia­ła po­dró­że i wszyst­kie swo­je urlo­py spę­dza­ła poza kra­jem. Wra­ca­ła peł­na wra­żeń, któ­re opi­sy­wa­ła w kró­ciut­kich ese­jach, a cza­sem wier­szach. Pi­sa­nie było bo­wiem tak­że jej wiel­ką pa­sją.

Pi­sa­ła pięk­nie i żal, że poza jed­ną książ­ką – o le­cze­niu dzie­ci – nie po­zo­sta­wi­ła po so­bie bo­gat­szej tego ro­dza­ju spu­ści­zny.

Miesz­ka­ła w jed­no­po­ko­jo­wym miesz­ka­niu, w gier­kow­skim blo­ku z tzw. wiel­kiej pły­ty, w za­ku­rzo­nym i ha­ła­śli­wym cen­trum mia­sta. Śni­ła na­to­miast o dom­ku z ogro­dem i kwia­tach ro­sną­cych nie tyl­ko na pa­ra­pe­cie.

Naj­bar­dziej jed­nak – choć skry­cie – ma­rzy­ła o wła­snej ro­dzi­nie. O lu­dziach „do ko­cha­nia”: o mężu, o dzie­ciach.

Kie­dy cięż­ko cho­ra le­ża­ła w szpi­ta­lu, po­wie­dzia­ła mi: Nie speł­ni­ło się żad­ne z mo­ich ziem­skich pra­gnień. Być może Pan Bóg za­cho­wał to speł­nie­nie „ na po­tem ”’. Mu­szę Mu za­ufać, że le­piej ode mnie wie, jak jest i jak bę­dzie le­piej.

Oka­za­ło się, że – istot­nie – wie­dział.

O ja­kiejś nie­zwy­czaj­nej, nie­po­wsze­dniej hi­sto­rii czy zda­rze­niu po­wia­da się, że tak bywa tyl­ko w książ­kach. Albo – je­dy­nie w fil­mie. Im dłu­żej jed­nak żyję, tym czę­ściej prze­ko­nu­ję się, że ży­cie two­rzy o wie­le barw­niej­sze, o wie­le cie­kaw­sze i o wie­le bar­dziej in­try­gu­ją­ce sce­na­riu­sze ani­że­li te, któ­re sta­ją się kan­wą utwo­rów wy­my­ślo­nych przez lu­dzi. Na­wet bar­dzo uta­len­to­wa­nych.

Ta hi­sto­ria jest nie­po­wsze­dnia.

Ale to nie dok­tor Sta­ni­sła­wie chcia­ła­bym ją za­de­dy­ko­wać. Ofia­ro­wu­ję ją jed­nej z mo­ich naj­wier­niej­szych i naj­sym­pa­tycz­niej­szych czy­tel­ni­czek, pani Fi­lo­me­nie Rut­kow­skiej z Olsz­ty­na. Po ko­lej­nym od­cin­ku za­miesz­czo­nym w „Li­ście do Pani” na­pi­sa­ła do mnie: Mam już 91 lat i boję się, że nie do­cze­kam za­koń­cze­nia książ­ki. A tak chcia­ła­bym wie­dzieć, co się zda­rzy. Nie cze­kam na wspa­nia­ły hap­py end. Naj­wspa­nial­sze są bo­wiem te ma­leń­kie co­dzien­ne cuda, ja­kich do­świad­cza­my i któ­rych na­wet nie do­strze­ga­my. Naj­wspa­nial­szy jest co­dzien­ny cud mi­ło­ści.

No więc sta­ra­łam się za­re­je­stro­wać owe ma­leń­kie co­dzien­ne cuda, któ­re się zda­rzy­ły wbrew na­dzie­jom, ale ku za­chwy­to­wi i wdzięcz­no­ści przy­najm­niej dwóch ko­biet: jed­nej, któ­ra ich do­świad­czy­ła, i dru­giej, któ­ra je z tą pierw­szą współ­prze­ży­wa­ła.

Jo­lan­ta Ma­kow­ska

Rozdział I

Kobie­ta no­si­ła przy­pię­tą do swe­go bia­łe­go pie­lę­gniar­skie­go far­tu­cha ta­blicz­kę z wy­pi­sa­nym imie­niem i na­zwi­skiem, ale nikt na­wet nie pró­bo­wał za­pa­mię­tać, jak się na­zy­wa. Pa­cjen­ci, inne pie­lę­gniar­ki, sa­lo­we, le­ka­rze, a na­wet or­dy­na­tor zwra­ca­li się do niej bez­oso­bo­wo: sio­stro. My­śle­li na­to­miast i mó­wi­li o niej Sio­stra Zmo­ra.

Pra­co­wa­ła na od­dzia­le od po­nad dwu­dzie­stu lat, ale mimo to nikt nie pa­mię­tał, czy prze­zwi­sko przy­lgnę­ło do niej z po­wo­du jej wy­glą­du, czy też to ona stop­nio­wo upo­dab­nia­ła się do nada­ne­go jej mia­na.

Była chu­da, ko­stycz­na, mia­ła bar­dzo ciem­ne, nig­dy nie­roz­ja­śnia­ne uśmie­chem oczy i wą­skie usta za­ci­śnię­te w gry­ma­sie – nie wia­do­mo – roz­ża­le­nia, pre­ten­sji, roz­cza­ro­wa­nia czy smut­ku. Rzad­ko się od­zy­wa­ła, a je­śli, to je­dy­nie po to, by jak naj­kró­cej, w spo­sób jak naj­bar­dziej rze­czo­wy i bez­oso­bo­wy od­po­wie­dzieć na za­da­ne jej py­ta­nie lub prze­ka­zać po­le­ce­nie le­ka­rza. „Pro­szę to po­łknąć”. „O dzie­sią­tej za­pro­wa­dzę pa­nią na EKG”. „Pro­szę ju­tro nie jeść śnia­da­nia”. „Wie­czo­rem zro­bi­my le­wa­ty­wę”. Nie do­da­wa­ła żad­ne­go ko­men­ta­rza. Nie sta­ra­ła się do­da­wać otu­chy, po­cie­szać, wy­ja­śniać, uspo­ka­jać.

Ro­bi­ła swo­je. I nic wię­cej.

Je­dy­nie ręce Sio­stry Zmo­ry nie pa­so­wa­ły do jej oso­by i jej wi­ze­run­ku. Wy­da­wa­ły się na­le­żeć do ko­goś cał­kiem in­ne­go. Do ko­bie­ty mło­dej, pięk­nej i de­li­kat­nej.

Były to też ręce wy­jąt­ko­wo spraw­ne. Za­wsze uda­wa­ło jej się – i to już za pierw­szym ra­zem – wkłuć do naj­bar­dziej na­wet cien­kiej i nie­wi­docz­nej żyły pa­cjen­ta. Inne pie­lę­gniar­ki wzy­wa­ły ją na po­moc, kie­dy nie po­tra­fi­ły po­brać krwi lub za­ło­żyć we­lflo­nu. To ją pro­szo­no, aby wyj­mo­wa­ła za­schnię­te sącz­ki z po­ope­ra­cyj­nych ran lub od­ry­wa­ła pla­stry z obo­la­łej i po­ra­nio­nej skó­ry. Ro­bi­ła to wszyst­ko w spo­sób naj­mniej dla cho­rych bo­le­sny i przy­kry. Jej opa­trun­ki zda­wa­ły się mieć cza­ro­dziej­ską moc go­je­nia.

Mimo tych nie­wąt­pli­wych i wy­jąt­ko­wych fa­cho­wych umie­jęt­no­ści nikt jej nie lu­bił, po­nie­waż nig­dy nie znaj­do­wa­ła dla pa­cjen­tów cie­płe­go, życz­li­we­go sło­wa. Ko­le­żan­ki trak­to­wa­ła z peł­ną re­zer­wy wyż­szo­ścią. Wy­ko­ny­wa­ła po­słusz­nie, ale tak, j ak czy­nią to nie lu­dzie, a ma­szy­ny, po­le­ce­nia le­ka­rzy, któ­rych ce­ni­ła. Wo­bec mło­dych, nie­do­świad­czo­nych i omyl­nych czę­sto na­to­miast by­wa­ła opry­skli­wa, a na­wet har­da i kry­tycz­na.

Sta­ni­sła­wa Drze­wiec­ka od dnia, w któ­rym za­ję­ła łóż­ko w czte­ro­oso­bo­wym po­ko­ju In­sty­tu­tu Gruź­li­cy ob­ser­wo­wa­ła Sio­strę Zmo­rę z na­ra­sta­ją­cą uwa­gą i cie­ka­wo­ścią. Nie przy­łą­cza­ła się do chó­ru wy­rze­ka­ją­cych na pie­lę­gniar­kę współ­pa­cjen­tek. „Wolę, kie­dy to ona za­kła­da mi kro­plów­kę, wpraw­dzie bez jed­ne­go do­bre­go sło­wa, ale i bez żad­ne­go pro­ble­mu, ani­że­li inna sio­stra, któ­ra – nie­ustan­nie bia­do­ląc i prze­pra­sza­jąc – prze­bi­ja mi ko­lej­ną żyłę”.

– Ale – po­wia­da­ły cho­re – dla­cze­go jest taka…

Nie umia­ły jed­nak zna­leźć wła­ści­we­go okre­śle­nia. Była po pro­stu „nie taka”, jaką chcia­ło­by się wi­dzieć w tej roli.

Któ­re­goś dnia, przy po­ran­nej to­a­le­cie, Sta­ni­sła­wa Drze­wiec­ka spoj­rza­ła do zmęt­nia­łe­go lu­stra za­wie­szo­ne­go nad ob­tłu­czo­ną i po­żół­kłą ze sta­ro­ści umy­wal­ką i po­my­śla­ła, jak bar­dzo nie­wie­le bra­ko­wa­ło, aby i ona wy­glą­da­ła i za­cho­wy­wa­ła się tak samo lub bar­dzo po­dob­nie do Sio­stry Zmo­ry. Aby to o niej mó­wio­no w taki sam lub po­dob­ny spo­sób.

Kie­dy przed ćwierć­wie­czem roz­po­czy­na­ła swo­ją prak­ty­kę le­ka­rza pe­dia­try, mia­ła w so­bie tak wie­le en­tu­zja­zmu, tak wie­le do­brych chę­ci i szczyt­nych ce­lów, że wy­da­wa­ło się, że wy­star­czą jej na całe, choć­by i naj­dłuż­sze ży­cie. Gdy ukoń­czy­ła czter­dzie­ści lat, zda­rzy­ło się coś, co za­chwia­ło tym jej prze­świad­cze­niem i wszyst­ki­mi ide­ała­mi mło­do­ści.

To było – po­zor­nie – wy­da­rze­nie bez ja­kie­go­kol­wiek zna­cze­nia. Ta­kie samo, z ja­ki­mi mia­ła do czy­nie­nia wie­le razy każ­de­go dnia.

Od­wie­dza­ła jed­no z dzie­ci ze swe­go re­jo­nu, do któ­re­go we­zwa­no ją alar­mi­stycz­nym te­le­fo­nem prze­ra­żo­nej mat­ki. Dziec­ko nie było jed­nak bar­dzo cho­re. Mia­ło za­czer­wie­nio­ne gar­dło i dość wy­so­ką tem­pe­ra­tu­rę, ale nic nie wska­zy­wa­ło, by było to coś wię­cej ani­że­li naj­ba­nal­niej­sza in­fek­cja ka­ta­ral­na. Dok­tor Sta­ni­sła­wa Drze­wiec­ka za­or­dy­no­wa­ła więc aspi­ry­nę i wi­ta­mi­ny i uśmiech­nę­ła się do za­smar­ka­ne­go mal­ca. Nie uśmiech­nę­ła się na­to­miast do jego ro­dzi­ców.

Od­czu­wa­ła nie tyl­ko fi­zycz­ne i psy­chicz­ne znu­że­nie, na­tu­ral­ne po wie­lu go­dzi­nach pra­cy, oraz – tak­że na­tu­ral­ną – iry­ta­cję z po­wo­du nie­uza­sad­nio­ne­go we­zwa­nia. Po raz pierw­szy w ży­ciu po­czu­ła za­zdrość o uczu­cia, ja­kich ona sama nig­dy nie do­świad­czy­ła i nig­dy nie mia­ła do­świad­czyć.

Pa­trzy­ła na mat­kę i ojca swe­go ma­łe­go pa­cjen­ta tu­lą­cych syn­ka z peł­ną ulgi czu­ło­ścią i my­śla­ła o wła­snym pu­stym miesz­ka­niu, w któ­rym nig­dy nie było i nig­dy nie bę­dzie sły­chać ani śmie­chu, ani pła­czu dziec­ka. W któ­rym nig­dy nie było i nig­dy nie bę­dzie męż­czy­zny dzie­lą­ce­go wraz z nią duże i cał­kiem ma­lut­kie ra­do­ści, smut­ki i nie­po­ko­je.

Kie­dy wró­ci­ła do swe­go miesz­ka­nia, było do­kład­nie ta­kie, jak w tam­tym o nim wy­obra­że­niu. Schlud­ne, w któ­rym każ­da rzecz mia­ła swo­je miej­sce i za­wsze znaj­do­wa­ła się na swo­im miej­scu. Z wy­pie­lę­gno­wa­ny­mi, co­dzien­nie pod­le­wa­ny­mi kwia­ta­mi sto­ją­cy­mi na okien­nym pa­ra­pe­cie. Przy­ozdo­bio­ne trze­ma dzie­więt­na­sto­wiecz­ny­mi fran­cu­ski­mi szty­cha­mi, któ­re ku­pi­ła w an­ty­kwa­ria­cie na swo­je ostat­nie imie­ni­ny, uro­dzi­ny i jako pre­zent gwiazd­ko­wy. In­nych pre­zen­tów w tych dniach nie otrzy­my­wa­ła już od bar­dzo wie­lu lat.

Pa­trzy­ła na wy­fro­te­ro­wa­ną pod­ło­gę. Na fo­tel z nie­ska­la­nie bia­łą ser­wet­ką roz­ło­żo­ną na jego na­głów­ku. Na pół­ki peł­ne – za­wsze sta­ran­nie od­ku­rzo­nych – ksią­żek. Na sto­ją­cy na biur­ku glo­bus, je­dy­ną pa­miąt­kę po ojcu-kar­to­gra­fie. Na pie­ska uszy­te­go przez mat­kę z par­cia­ne­go wor­ka, je­dy­ną za­baw­kę jej po­wo­jen­ne­go dzie­ciń­stwa. I je­dy­ną pa­miąt­kę, któ­rą za­cho­wa­ła po mat­ce.

Wy­ję­ła z lo­dów­ki przy­go­to­wa­ny wcze­śniej po­si­łek. Po­sta­wi­ła dwa małe ron­del­ki na dwu­pal­ni­ko­wej ku­chen­ce ga­zo­wej i cier­pli­wie cze­ka­ła, aż zupa i gu­lasz się pod­grze­ją. Po­ło­ży­ła na sto­le sło­mia­ną matę, na niej po­sta­wi­ła ta­le­rze i sztuć­ce. Usia­dła na przy­kry­tym po­krow­cem krze­seł­ku i po­wo­li, do ni­cze­go i nig­dzie się nie spie­sząc, zja­dła obiad.

Po­tem zmy­ła ta­le­rze, sztuć­ce i garn­ki. Wy­tar­ła do su­cha zlew. Wy­po­le­ro­wa­ła kran. Upra­ła myj­kę. Usia­dła na fo­te­lu i opar­ła gło­wę na bia­łej ser­wet­ce. Wzię­ła do ręki ga­ze­tę i za­czę­ła ją prze­glą­dać bez po­śpie­chu i bez za­in­te­re­so­wa­nia.

Tak było co­dzien­nie. Od wie­lu lat. Każ­de­go dnia wy­ko­ny­wa­ła do­kład­nie te same czyn­no­ści, a na­wet – te same ru­chy. Do­pie­ro tam­te­go dnia po­ję­ła, jak nie­wie­le mia­ły zna­cze­nia i że nig­dy praw­dzi­we­go zna­cze­nia nie na­bio­rą.

Wie­dzia­ła, że ko­le­żan­ki z pra­cy za­zdrosz­czą jej bra­ku tych wszyst­kich zmar­twień, ja­kie były ich udzia­łem. Ich, czy­li ko­biet za­męż­nych i ma­ją­cych – jak ma­wia­ły – na gło­wie dom, męża i dzie­ci. Oka­zy­wa­ły ją naj­sil­niej w okre­sie lata, kie­dy ona wy­jeż­dża­ła na wy­ciecz­ki za­gra­nicz­ne, a one do pod­war­szaw­skich miej­sco­wo­ści let­ni­sko­wych lub na wcza­sy. Z gło­wa­mi, na któ­rych już wpraw­dzie nie mia­ły do­mów, ale wciąż jesz­cze – mę­żów i dzie­ci.

Wów­czas, gdy sie­dzia­ła na fo­te­lu w swo­im czy­ściut­kim po­ko­ju, z gło­wą lek­ką od ta­kich brze­mion, po­czu­ła, jak mię­śnie jej twa­rzy zmie­nia­ją swój układ. Ką­ci­ki ust opusz­cza­ją się, war­gi się wy­krzy­wia­ją, po­sta­rza­jąc ją i na­da­jąc wy­raz znie­chę­ce­nia i roz­go­ry­cze­nia.

Wsta­ła, na­sta­wi­ła ad­ap­ter na­kła­da­jąc nań pły­tę z mu­zy­ką Mo­zar­ta i od­mó­wi­ła nie od­ma­wia­ną od wie­lu lat cząst­kę ró­żań­ca. Pro­si­ła Mat­kę Bożą o zdol­ność udźwi­gnię­cia krzy­ża swej sa­mot­no­ści.

Te­raz, pa­trząc w sta­re szpi­tal­ne lu­stro, po­wtó­rzy­ła tam­tą mo­dli­twę i proś­bę wie­dząc, że bę­dzie po­trze­bo­wa­ła bar­dzo dużo siły w dźwi­ga­niu już nie tyl­ko zwy­czaj­nej, ba­nal­nej sa­mot­no­ści, ale sa­mot­no­ści naj­trud­niej­szej i naj­bo­le­śniej­szej ze wszyst­kich – sa­mot­no­ści w cier­pie­niu i cho­ro­bie.

Rozdział II

Pod­czas po­ran­ne­go ob­cho­du Sio­stra Zmo­ra za­trzy­ma­ła się przy łóż­ku Sta­ni­sła­wy Drze­wiec­kiej i swo­im bez­barw­nym gło­sem i rze­czo­wym to­nem prze­ka­za­ła jej po­le­ce­nie or­dy­na­to­ra. Pani dok­tor Drze­wiec­ka mia­ła zja­wić się w jego ga­bi­ne­cie o go­dzi­nie dzie­wią­tej.

W sali szpi­tal­nej pa­no­wa­ła ci­sza, ale w tym mo­men­cie ta ci­sza wy­da­ła się Sta­ni­sła­wie jesz­cze bar­dziej zu­peł­na niż po­przed­nio. Dla każ­de­go pa­cjen­ta ta­kie we­zwa­nie było jed­no­znacz­ne z usta­lo­ną i w do­dat­ku naj­gor­szą dia­gno­zą.

Do­bre wia­do­mo­ści prze­ka­zy­wał cho­rym le­karz pro­wa­dzą­cy pod­czas co­dzien­ne­go po­ran­ne­go ob­cho­du. Być może po to, aby ra­dość z tej do­brej no­wi­ny mo­gła być po­mno­żo­na przez na­gły wzrost na­dziei po­zo­sta­łych pa­cjen­tów. No bo sko­ro tej/temu się jed­nak uda­ło…

Tro­chę gor­sze, ale nie cał­kiem złe roz­po­zna­nia, da­ją­ce szan­sę cza­sem trud­ne­go, cza­sem od­le­głe­go w cza­sie i na­wet nie­pew­ne­go lub nie­peł­ne­go, ale jed­nak wy­le­cze­nia ob­wiesz­czał sam or­dy­na­tor, kie­dy – raz w ty­go­dniu – od­wie­dzał sale swe­go od­dzia­łu.

Kie­dy dia­gno­za była fa­tal­na, do pro­fe­sor­skie­go ga­bi­ne­tu za­pra­sza­no bli­skich cho­re­go. I usta­la­no, co, kie­dy, ile i w jaki spo­sób prze­ka­zać mu dra­ma­tycz­ną praw­dę o jego lo­sie.

Sta­ni­sła­wa Drze­wiec­ka była jed­nak oso­bą sa­mot­ną. Nie moż­na było prze­ka­zać wia­do­mo­ści o sta­nie jej zdro­wia ni­ko­mu z jej bli­skich. Tak więc to ona otrzy­ma­ła owo jed­no­znacz­nie zło­wro­gie za­pro­sze­nie na wy­słu­cha­nie wy­ro­ku.

Sio­stry – poza Zmo­rą – sta­ra­ły się jak mo­gły wy­krę­cać od roli he­rol­da tego ro­dza­ju złych wie­ści. Tyl­ko ona czy­ni­ła to bez je­śli nie do­zna­wa­nia, to przy­najm­niej oka­zy­wa­nia przy­kro­ści.

Kie­dy pie­lę­gniar­ka wy­szła z sali, żad­na ze współ­pa­cjen­tek Sta­ni­sła­wy Drze­wiec­kiej nie ode­zwa­ła się. W mil­cze­niu i z wy­raź­nym bra­kiem ape­ty­tu ja­dły śnia­da­nie. Trzy ko­bie­ty sta­ra­ły się nie pa­trzeć na czwar­tą.

Sta­ni­sła­wa była im wdzięcz­na i za mil­cze­nie, i za po­zo­ro­wa­ny brak za­in­te­re­so­wa­nia. Nie po­tra­fi­ła­by znieść zdaw­ko­wych fra­ze­sów, ja­kie lu­dzie lu­dziom mó­wią w ta­kich sy­tu­acjach. I ja­kie ona sama wy­po­wia­da­ła tak wie­le razy, ob­wiesz­cza­jąc ro­dzi­com swo­ich pa­cjen­tów bu­dzą­ce gro­zę i roz­dzie­ra­ją­ce ser­ca dia­gno­zy.

O go­dzi­nie dzie­wią­tej we­szła do ga­bi­ne­tu or­dy­na­to­ra. Wska­zał jej krze­sło i przy­glą­dał się przez chwi­lę, sta­ra­jąc się do­brać naj­wła­ściw­sze sło­wa do nie­wąt­pli­wie trud­nej sy­tu­acji, w ja­kiej się zna­lazł. Ta­kie roz­mo­wy były za­wsze nie­przy­jem­ne. Roz­mo­wa z sie­dzą­cą na­prze­ciw ko­le­żan­ką-le­kar­ką była szcze­gól­nie nie­mi­ła.

Sta­ni­sła­wa po­spie­szy­ła mu z po­mo­cą.

– Czy mo­gła­bym zo­ba­czyć wy­ni­ki ba­dań? – spy­ta­ła.

Ode­tchnął. Obo­je od­czu­li ulgę. Or­dy­na­tor bez sło­wa wska­zał na le­żą­ce przed nim pa­pie­ry. Sta­ni­sła­wa za­wa­ha­ła się, jak­by zwło­ka – choć­by naj­krót­sza – mo­gła jesz­cze od­mie­nić za­pi­sy wy­dru­ko­wa­ne na bia­łych kart­kach i ob­raz jej płuc za­re­je­stro­wa­ny na czar­nych kli­szach.

– Aż tak źle? – spy­ta­ła.

Nie ski­nął gło­wą, ale w jego oczach zna­la­zła po­twier­dze­nie.

Się­gnę­ła więc po tek­tu­ro­wą tecz­kę z wy­pi­sa­nym na niej swo­im na­zwi­skiem. Przej­rza­ła do­ku­men­ty. Po­tem obej­rza­ła je jesz­cze raz, każ­dy po ko­lei, łu­dząc się, że prze­oczy­ła coś, co mo­gło­by stać się źró­dłem ja­kiej­kol­wiek, naj­słab­szej choć­by na­dziei. Ni­cze­go jed­nak nie prze­oczy­ła.

Po­ło­ży­ła tecz­kę na biur­ku.

– Jak to moż­li­we, że ni­cze­go nie za­uwa­ży­łam? – spy­ta­ła. – Nie do­strze­głam żad­nych symp­to­mów?

Wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Prze­cież pani do­brze wie, że w tej cho­ro­bie naj­czę­ściej tak wła­śnie bywa. Że jest pod­stęp­na. Że ujaw­nia się wte­dy, kie­dy jest bar­dzo…

Szu­kał od­po­wied­nie­go, naj­mniej bru­tal­ne­go sło­wa:

– Za­awan­so­wa­na.

Wie­dzia­ła.

Py­ta­nia, ja­kie za­da­ła mu przed chwi­lą, sły­sza­ła wie­lo­krot­nie od prze­ra­żo­nych i za­sko­czo­nych ro­dzi­ców wła­snych pa­cjen­tów. Od­po­wia­da­ła na nie do­kład­nie tak, jak sie­dzą­cy przed nią le­karz.

– Za póź­no na te­ra­pię.

Tym ra­zem nie było to py­ta­nie, ale stwier­dze­nie. Nie­mniej bar­dzo chcia­ła, aby pro­fe­sor je za­ne­go­wał.

– Na­szym zda­niem by­ła­by bez­ce­lo­wa – od­rzekł. – Je­śli jed­nak pani wy­ra­zi ży­cze­nie, moż­na po­pró­bo­wać. Są pró­by… Eks­pe­ry­men­tal­ne środ­ki…

– Czy to mo­gło­by prze­dłu­żyć mi ży­cie? – spy­ta­ła, choć i tym ra­zem zna­ła od­po­wiedź. W cza­sie, któ­ry mi­nął od chwi­li, gdy zna­la­zła się w szpi­ta­lu, prze­czy­ta­ła wszyst­kie ist­nie­ją­ce książ­ki i ar­ty­ku­ły do­ty­czą­ce jej cho­ro­by.

Or­dy­na­tor spoj­rzał na nią i zde­cy­do­wał się na uczci­wą od­po­wiedź.

– Ra­czej nie. To zna­czy – moim zda­niem.

– Ale – pana zda­niem – może stać się przy­czy­ną do­dat­ko­wych cier­pień?

– To moż­li­we. Pra­wie pew­ne.

Przej­rza­ła po raz trze­ci za­war­tość tek­tu­ro­wej tecz­ki. Nic się nie zmie­ni­ło.

Za­py­ta­ła więc:

– Jak dłu­go?

I od razu żach­nę­ła się, bo i tym ra­zem wie­dzia­ła, ja­kie sło­wa usły­szy.

– Nie wiem. Nikt tego nie wie. Poza Pa­nem Bo­giem. Nie ustę­po­wa­ła.

– Rok?

– Może.

– Ra­czej kró­cej, czy ra­czej dłu­żej?

Pro­fe­sor po­chy­lił się w jej stro­nę. Po raz pierw­szy w cza­sie ich roz­mo­wy po­rzu­cił rolę le­ka­rza-na­ukow­ca i od­po­wie­dział jak le­karz-po­cie­szy­ciel.

– Pani stan ogól­ny jest do­bry. Są­dzi­my, że pani or­ga­nizm wspar­ty pani sil­ną psy­chi­ką zdol­ny jest do dłu­giej obro­ny.

Być może było to je­dy­nie mi­ło­sier­ne kłam­stwo, ale wy­po­wie­dział je w tak zde­cy­do­wa­ny i prze­ko­nu­ją­cy spo­sób, że Sta­ni­sła­wa mu uwie­rzy­ła. Uwie­rzy­ła, bo bar­dzo chcia­ła uwie­rzyć.

– Rok – my­śla­ła idąc po wy­tar­tym li­no­leum ko­ry­ta­rza. – A może tro­chę dłu­żej niż rok.

To „tro­chę” brzmia­ło tak słod­ko jak so­na­ta Mo­zar­ta. Gdy­by mie­siąc temu do­wie­dzia­ła się, że ma przed sobą rok ży­cia, jej re­ak­cją by­ła­by pa­ni­ka. I roz­pacz. My­śla­ła­by – tyl­ko rok. Te­raz jed­nak my­śla­ła: aż rok. Lub tro­chę po­nad rok. I to aż oraz tro­chę dłu­żej niż… przy­no­si­ło jej fi­zycz­ną i psy­chicz­ną ulgę. Jesz­cze pół go­dzi­ny wcze­śniej, gdy wcho­dzi­ła do ga­bi­ne­tu pro­fe­so­ra, nie li­czy­ła prze­cież na to aż ani – tym bar­dziej – tro­chę dłu­żej niż…

Gdy we­szła do swe­go szpi­tal­ne­go po­ko­ju, trzy cho­re zer­k­nę­ły ku niej z lę­kli­wą cie­ka­wo­ścią. Uśmiech­nę­ła się w taki sam spo­sób, jak uśmie­cha­ła się przez po­przed­nie ćwierć­wie­cze do swo­ich ma­łych pa­cjen­tów i do ich stro­ska­nych ro­dzi­ców.

– W każ­dym ra­zie wy­cho­dzę ze szpi­ta­la – po­wie­dzia­ła. – Wra­cam do domu.

– Och, to do­sko­na­le – po­wie­dzia­ła ko­bie­ta le­żą­ca pod oknem.

Po­zo­sta­łe ucie­szy­ły się tak­że. Ucie­szy­ły się szcze­rze i ze wzglę­du na Sta­ni­sła­wę, i ze wzglę­du na sie­bie. Wie­dzia­ły, że na­wet je­śli stan jest bez­na­dziej­ny, na­le­ży ro­bić wszyst­ko, aby jak naj­dłu­żej „być u sie­bie”. Ze sobą. A jak naj­kró­cej w pla­ców­ce. Umie­ra­nie jest pro­ce­sem i prze­ży­ciem zbyt in­tym­nym, by pra­gnę­ło się dzie­lić go z in­ny­mi. Je­śli nie ma wyj­ścia, trze­ba przy­najm­niej sta­rać się, by brak tej in­tym­no­ści trwał jak naj­kró­cej.

Wie­czo­rem Sta­ni­sła­wa Drze­wiec­ka we­szła do po­ko­ju pie­lę­gnia­rek. Sie­dzia­ła w nim tyl­ko Sio­stra Zmo­ra. Pa­trzy­ła w ekran te­le­wi­zo­ra po­gry­za­jąc sło­ne pa­lusz­ki.

– Czy mo­gła­bym pro­sić o Re­la­dorm – po­wie­dzia­ła Sta­ni­sła­wa.

Spo­dzie­wa­ła się od­mo­wy. Wie­dzia­ła, że bez zle­ce­nia le­ka­rza pro­wa­dzą­ce­go pie­lę­gniar­kom nie wol­no wy­da­wać pa­cjen­tom żad­nych le­ków, a już zwłasz­cza – le­ków psy­cho­tro­po­wych. Sio­stra Zmo­ra spoj­rza­ła jed­nak na dok­tor Drze­wiec­ką bez gnie­wu czy ura­zy. Wsta­ła, otwo­rzy­ła szaf­kę i wy­ję­ła tek­tu­ro­we pu­de­łecz­ko z żą­da­nym le­kiem.

– Nie może pani za­snąć?

– Nie mogę.

Sio­stra Zmo­ra wy­ję­ła ta­blet­kę, po­da­ła Sta­ni­sła­wie, na­la­ła wody do szklan­ki.

– Może chce pani po­pa­trzeć w te­le­wi­zor?

Była to naj­bar­dziej za­ska­ku­ją­ca pro­po­zy­cja, ja­kiej kto­kol­wiek i kie­dy­kol­wiek mógł­by się spo­dzie­wać od Sio­stry Zmo­ry. Ona sama zda­wa­ła się być nią zdu­mio­na. Pa­cjen­ci mo­gli prze­cież oglą­dać te­le­wi­zję na pół­pię­trze, gdzie spe­cjal­nie dla nich wy­sta­wio­no apa­rat oraz usta­wio­no kil­ka­na­ście krze­seł. Po­kój pie­lę­gnia­rek oraz po­kój le­kar­ski były ro­dza­ja­mi ma­lut­kich, ale moc­no ob­wa­ro­wa­nych twierdz, za­zwy­czaj zde­cy­do­wa­nie i kon­se­kwent­nie bro­nio­nych przed cho­ry­mi.

– Chęt­nie po­sie­dzę chwi­lę z sio­strą – po­wie­dzia­ła Sta­ni­sła­wa.

– Za­pa­rzyć her­ba­tę?

Zmo­ra nie była ani tro­chę mniej chmur­na i ani tro­chę mniej oschła niż zwy­kle, ale Sta­ni­sła­wie zu­peł­nie to nie prze­szka­dza­ło. Prze­ciw­nie, mia­ła wra­że­nie, że ze wszyst­kich osób znaj­du­ją­cych się na od­dzia­le, a może na­wet w szpi­ta­lu, czy wresz­cie na ca­łym świe­cie ona naj­bar­dziej po­trze­bu­je w tej chwi­li i w tej sy­tu­acji to­wa­rzy­stwa tej brzyd­kiej, opry­skli­wej i nie­sym­pa­tycz­nej pie­lę­gniar­ki.

Przy­po­mnia­ła so­bie afo­ryzm prze­czy­ta­ny daw­no temu w książ­ce an­giel­skie­go fi­lo­zo­fa Cli­ve’a Le­vi­sa: „Przy­jaźń ro­dzi się wów­czas, gdy dwie oso­by z ogrom­ny­mi trud­no­ścia­mi i z na wpół zro­zu­mia­łym beł­ko­tem lub w tem­pie, któ­re wy­da­je się zdu­mie­wa­ją­ce, od­kry­wa­ją sie­bie na­wza­jem. I na­tych­miast znaj­du­ją się ra­mię przy ra­mie­niu w ogrom­nym krę­gu sa­mot­no­ści”.

Ostat­nią przy­ja­ciół­kę Sta­ni­sła­wa mia­ła w szko­le pod­sta­wo­wej. Po­tem mie­wa­ła już tyl­ko ko­le­żan­ki oraz bliż­sze, dal­sze i bar­dzo da­le­kie zna­jo­me. Nie po­tra­fi­ła wy­ja­śnić, dla­cze­go tak się sta­ło. Czy ona nie po­tra­fi­ła od­kryć ni­ko­go, kto miał­by po­dob­ną wi­zję świa­ta, czy nikt nie chciał i nie umiał dzie­lić z nią jej wi­zji świa­ta. Do­pie­ro tego wie­czo­ra, jed­ne­go z trzy­stu czy może aż czte­ry­stu, któ­re – ja­ko­by – po­zo­sta­ły jej do prze­ży­cia, mia­ła wra­że­nie, że ta­kie od­kry­cie może mieć miej­sce.

Sio­stra Zmo­ra na­la­ła wodę z elek­trycz­ne­go czaj­ni­ka, wrzu­ci­ła do kub­ka to­reb­kę z her­ba­tą. Po­da­ła pa­cjent­ce.

– Pani wie­dzia­ła, praw­da? – spy­ta­ła Sta­ni­sła­wa.

Świa­do­mie uży­ła zwro­tu pani, za­stę­pu­jąc nim tra­dy­cyj­nie i za­wsze do­tych­czas sto­so­wa­ny: sio­stro. Dzię­ki temu zmie­nia­ły się ich wza­jem­ne od­nie­sie­nia. Prze­sta­wa­ły być wo­bec sie­bie pie­lę­gniar­ką i pa­cjent­ką. Sta­wa­ły się dwie­ma ko­bie­ta­mi, dwoj­giem lu­dzi po­łą­czo­nych wie­dzą o tra­ge­dii prze­ży­wa­nej przez jed­ną z nich.

Zmo­ra ski­nę­ła gło­wą, a Sta­ni­sła­wa po­czu­ła wdzięcz­ność, że nie wy­po­wie­dzia­ła żad­nych słów po­cie­sze­nia.

– Dużo mie­li­ście po­dob­nych przy­pad­ków?

– Tak. Bar­dzo dużo. W koń­cu pra­cu­ję tu już dwa­dzie­ścia kil­ka lat.

– Wra­ca­li do was, aby tu umrzeć?

– Róż­nie. Czę­sto wra­ca­li. Ro­dzi­ny nie za­wsze są w sta­nie…

Urwa­ła. Ale Sta­ni­sła­wa Drze­wiec­ka zna­ła dal­szy ciąg nie­do­koń­czo­ne­go zda­nia. Ro­dzi­ny nie za­wsze po­tra­fi­ły spro­stać temu dra­ma­tycz­ne­mu wy­zwa­niu, ja­kim jest to­wa­rzy­sze­nie bli­skiej oso­bie w jej umie­ra­niu.

– Ja nie mam ro­dzi­ny – wy­zna­ła.

– Za­uwa­ży­łam – po­wie­dzia­ła Sio­stra Zmo­ra.

– Czy mo­gła­by pani być przy mnie, kie­dy na­dej­dzie ten mo­ment?

Sio­stra Zmo­ra spoj­rza­ła jej w oczy w taki sam rze­czo­wy, po­zba­wio­ny sen­ty­men­tów spo­sób, jak­by cho­dzi­ło o za­wie­ra­nie trans­ak­cji han­dlo­wej.

– Do­brze – od­rze­kła.

Do­pie­ro po chwi­li i od­wra­ca­jąc wzrok spy­ta­ła:

– Ale dla­cze­go ja?

Sta­ni­sła­wa Drze­wiec­ka uśmiech­nę­ła się.

– My­ślę, że pani zro­bi rze­tel­nie to wszyst­ko, co wte­dy bę­dzie do zro­bie­nia.

– Nie wiem, czy po­tra­fię.

Na­gle zdo­by­ła się na za­wie­rze­nie swo­jej naj­więk­szej ta­jem­ni­cy.

– Mia­łam dwa­dzie­ścia lat, kie­dy moja mat­ka umie­ra­ła na raka. Ro­bi­łam wszyst­ko, a na­wet wię­cej niż było w ludz­kiej mocy, aby jej ulżyć w cier­pie­niu. A ona kie­dyś po­wie­dzia­ła: „Jak ty nic nie ro­zu­miesz…”

– To nie­praw­da – po­wie­dzia­ła Sta­ni­sła­wa. – Pani ro­zu­mie.

Rozdział III

Naj­bar­dziej zdu­mie­wa­ją­ce w tej cho­ro­bie było to, że nie po­wo­do­wa­ła prak­tycz­nie żad­nych do­le­gli­wo­ści. Sta­ni­sła­wa Drze­wiec­ka czu­ła się zu­peł­nie do­brze i gdy­by nie po­wta­rza­ją­ce się trzy­krot­nie i w sto­sun­ko­wo krót­kim od­stę­pie cza­su za­pa­le­nie płuc, nie po­my­śla­ła­by, że jej or­ga­nizm to­czy cięż­ka cho­ro­ba. I że osią­gnę­ła już ta­kie sta­dium, w któ­rym żad­ne le­cze­nie nie może oka­zać się sku­tecz­ne.

Kie­dy wró­ci­ła ze szpi­ta­la do domu, w pierw­szej chwi­li nie wie­dzia­ła, co ro­bić z tym cza­sem, któ­ry jej jesz­cze po­zo­stał do wy­peł­nie­nia. Zda­wa­ła so­bie spra­wę, że znaj­du­je się na eta­pie, któ­ry me­dy­cy­na na­zy­wa fazą wy­pie­ra­nia, a któ­ry po­le­ga na nie­przyj­mo­wa­niu do wia­do­mo­ści fak­tów, któ­re są zbyt trud­ne do za­ak­cep­to­wa­nia. Był to czas, jaki or­ga­nizm da­wał sa­me­mu so­bie na ad­ap­ta­cję do no­wej, dra­ma­tycz­nie zmie­nio­nej sy­tu­acji.

Sta­ni­sła­wa mo­gła sta­rać się o ren­tę, ale naj­praw­do­po­dob­niej za­nim za­ła­twi­ła­by wszyst­kie for­mal­no­ści, ren­ta nie by­ła­by już jej po­trzeb­na. Po­sta­no­wi­ła więc wy­ko­rzy­stać mie­sięcz­ne zwol­nie­nie le­kar­skie i wy­je­chać na wy­ciecz­kę do Włoch. Od daw­na o tym ma­rzy­ła, ale speł­nie­nie tego ma­rze­nia było do­tąd zbyt kosz­tow­ne. Te­raz jed­nak mo­gła so­bie na taki wy­jazd po­zwo­lić. Nie było już po­trze­by i sen­su oszczę­dza­nia „na po­tem”, po­nie­waż żad­ne „po­tem” już nie ist­nia­ło.

Po po­wro­cie z wy­ciecz­ki mia­ła za­de­cy­do­wać, co ro­bić da­lej, o ile wciąż jesz­cze by­ło­by jesz­cze ja­kieś da­lej.

Pod­ję­ła z ban­ku trzy czwar­te swo­ich oszczęd­no­ści i za część wy­ku­pi­ła w Or­bi­sie wy­ciecz­kę do Rzy­mu, a za resz­tę do­la­ry, któ­re mia­ły za­spo­ko­ić te jej przy­jem­no­ści i ka­pry­sy, któ­rych nig­dy wcze­śniej za­spo­ko­ić na­wet nie pró­bo­wa­ła.

Ku­pi­ła so­bie tak­że dwie nowe su­kien­ki i słom­ko­wy ka­pe­lusz. Nig­dy przed­tem nie no­si­ła ka­pe­lu­szy. Kie­dy przy­mie­rzy­ła nowe stro­je, po­czu­ła się dziw­nie. Jak­by mia­ła wy­stą­pić na balu prze­bie­rań­ców. Cie­szy­ła się, że nikt ze współ­to­wa­rzy­szy wy­ciecz­ki jej nie zna, a więc nie może się zdzi­wić, dla­cze­go na­stą­pi­ła tak na­gła i tak ra­dy­kal­na od­mia­na jej wy­glą­du i za­cho­wa­nia.

W przed­dzień wy­jaz­du po­szła do fry­zje­ra. Zro­bi­ła trwa­łą on­du­la­cję i ka­za­ła ufar­bo­wać swo­je si­wie­ją­ce wło­sy na ciem­ny blond. W dro­ge­rii ku­pi­ła szmin­kę, róż i pu­der.

Mia­ła spo­ro pro­ble­mów z ma­ki­ja­żem, po­nie­waż od po­nad dzie­się­ciu lat w ogó­le się nie ma­lo­wa­ła. Je­dy­ny­mi za­bie­ga­mi upięk­sza­ją­cy­mi, ja­kie sto­so­wa­ła, było co­dzien­ne my­cie wło­sów oraz pi­ło­wa­nie i po­le­ro­wa­nie pa­znok­ci.

Zo­sta­wi­ła klu­cze od miesz­ka­nia u są­siad­ki, pro­sząc ją o pod­le­wa­nie kwia­tów. Są­siad­ka obie­ca­ła, że bę­dzie też za­pa­la­ła wie­czo­rem świa­tło w po­ko­ju, aby zmy­lić ewen­tu­al­nych zło­dziei. Sta­ni­sła­wie nie wy­da­ło się to jed­nak ko­niecz­ne. W koń­cu i tak nie mo­gła za­brać żad­ne­go ze znaj­du­ją­cych się w jej domu przed­mio­tów w tę po­dróż, w jaką mia­ła się udać po po­wro­cie z Włoch.

Pod­czas lą­do­wa­nia na lot­ni­sku Fiu­mi­ci­no ste­war­de­sa ob­wie­ści­ła, że w Rzy­mie pa­nu­je sło­necz­na po­go­da, a tem­pe­ra­tu­ra wy­no­si dwa­dzie­ścia dwa stop­nie. Była to miła nie­spo­dzian­ka. Sta­ni­sła­wa oba­wia­ła się bo­wiem, że paź­dzier­nik może oka­zać się mie­sią­cem chłod­nym tak­że na po­łu­dniu Eu­ro­py, a bar­dzo chcia­ła oglą­dać Ita­lię pod la­zu­ro­wym nie­bem i w peł­nym słoń­cu.

Po za­kwa­te­ro­wa­niu w ho­te­lu, wpraw­dzie tyl­ko trzy­gwiazd­ko­wym, ale i tak naj­lep­szym, w ja­kim kie­dy­kol­wiek miesz­ka­ła, Sta­ni­sła­wa uda­ła się na pierw­szy spa­cer po Rzy­mie. Po­nie­waż bała się za­błą­dzić, szła pro­sto przed sie­bie uli­cą dei Qu­at­tro Can­to­ni, przy któ­rej znaj­do­wał się jej ho­tel. Po kil­ku mi­nu­tach do­szła do pla­cu San­ta Ma­ria Mag­gio­re. Po­środ­ku pla­cu, na nie­wiel­kim wznie­sie­niu stał ko­ściół. Ze­wnętrz­nie nie­zbyt in­te­re­su­ją­cy. We­szła jed­nak do środ­ka i zdu­mia­ła się roz­mia­ra­mi tej z ze­wnątrz wca­le nie im­po­nu­ją­cej świą­ty­ni. Mia­ła wra­że­nie, że jest, że musi to być naj­więk­szy ko­ściół świa­ta, choć z lek­tu­ry prze­wod­ni­ka wie­dzia­ła, że Ba­zy­li­ka św. Pio­tra jest od tej świą­ty­ni jesz­cze więk­sza.

Wnę­trze było chłod­ne, mrocz­ne i trze­ba było tro­chę cza­su, aby do­strzec, gdzie znaj­du­ją się bocz­ne ka­pli­ce. Każ­da z nich mo­gła po­mie­ścić prze­cięt­ny pol­ski ko­ściół.

Sta­ni­sła­wa z pew­nym tru­dem od­na­la­zła krze­sło i przy­sia­dła, roz­glą­da­jąc się do­ko­ła z cie­ka­wo­ścią, ze zdu­mie­niem i po­dzi­wem. Nie do­zna­wa­ła jed­nak żad­nych re­li­gij­nych wzru­szeń. Po­my­śla­ła, że Ktoś, kto wy­brał so­bie na miej­sce uro­dze­nia be­tle­jem­ską sta­jen­kę, a na miej­sce za­miesz­ka­nia ma­lut­ki do­mek w ma­lut­kim mia­stecz­ku Na­za­ret, nie czu­je się chy­ba naj­le­piej w tak wiel­kim po­miesz­cze­niu. Chcia­ła się po­mo­dlić, ale obec­ność se­tek krę­cą­cych się tu­ry­stów, błysk fo­to­gra­ficz­nych fle­szów i gwar roz­mów roz­pra­szał jej uwa­gę. Nie była też pew­na, czy Pan Bóg jest w sta­nie za­uwa­żyć i usły­szeć ją w tym cał­kiem świec­kim roz­gar­dia­szu.

Wy­szła z ba­zy­li­ki i po­szła da­lej. Mi­nę­ła za­nie­dba­ny skwer i do­szła do Ko­lo­seum. Nie wcho­dzi­ła do środ­ka wie­dząc, że zwie­dza­nie tego za­byt­ku znaj­du­je się w pro­gra­mie jej wy­ciecz­ki. Pa­trzy­ła więc je­dy­nie na oka­za­łą bu­dow­lę zna­ną jej z wło­skich pocz­tó­wek, fil­mów oraz z Sien­kie­wi­czow­skie­go Quo va­dis. Ob­ser­wo­wa­ła tłum zwie­dza­ją­cych, któ­rzy śmia­li się, fo­to­gra­fo­wa­li na tle ruin i je­dli ku­ku­ry­dzia­ne pra­żyn­ki lub li­za­li lody ani na mo­ment nie za­przą­ta­jąc so­bie gło­wy tym, co dzia­ło się w tym miej­scu przed wie­ka­mi. Za­pra­gnę­ła zmó­wić wiecz­ny od­po­czy­nek za du­sze lu­dzi, któ­rych krew wsią­ka­ła w zie­mię are­ny Co­los­seum. I po­my­śla­ła – zdu­mio­na tym od­kry­ciem – że już bar­dzo nie­dłu­go znaj­dzie się po tej sa­mej, co oni stro­nie. Po­czu­ła się bar­dziej zwią­za­na i bar­dziej bli­ska im, ani­że­li ubra­nym w szor­ty i T-shir­ty ro­ze­śmia­nym lu­dziom, któ­rzy krą­ży­li wo­kół i we­wnątrz gi­gan­tycz­nej ru­iny.

Za­wró­ci­ła. Do­tarł­szy do skwe­ru, usia­dła na ław­ce i od­da­ła się przy­jem­no­ści pa­trze­nia na nie­bo, istot­nie la­zu­ro­we, i wchła­nia­nia w sie­bie sło­necz­ne­go cie­pła grze­ją­ce­go znacz­nie in­ten­syw­niej niż w Pol­sce.

Przed nią znaj­do­wa­ło się nie­wy­so­kie, ale stro­me usy­pi­sko z du­żych ka­mie­ni. Było po­ro­śnię­te nie­zna­ny­mi jej krze­wa­mi o du­żych, gru­bych, ciem­no­zie­lo­nych li­ściach i drob­nych, ze­bra­nych w pu­cha­te ki­ście bia­łych kwia­tach. Ich za­pach, miły i de­li­kat­ny, do­cho­dził do niej wraz z każ­dym po­wie­wem wia­tru.

Alej­ką szła ko­bie­ta w śred­nim wie­ku, a przed nią w we­so­łych pod­sko­kach biegł chłop­czyk czte­ro – lub pię­cio­let­ni. Doj­rzaw­szy usy­pi­sko, za­czął wspi­nać się po ka­mie­niach, prze­ska­ku­jąc z jed­ne­go na dru­gi niby mło­da koza. Opie­kun­ka pro­te­sto­wa­ła. Gło­sem i ge­sta­mi sta­ra­ła się na­kło­nić dziec­ko do za­prze­sta­nia wspi­nacz­ki. Chło­piec naj­wy­raź­niej nie był jed­nak na­wy­kły do dys­cy­pli­ny, bo nie re­ago­wał na jej sło­wa. Do­tarł na szczyt, uniósł ręce w ge­ście trium­fu i w tym mo­men­cie stra­cił rów­no­wa­gę. Upadł do tyłu, ude­rza­jąc gło­wą i ple­ca­mi o ostry głaz znaj­du­ją­cy się kil­ka me­trów ni­żej. Nie krzyk­nął. Ale też nie pod­no­sił się. Le­żał nie­ru­cho­my, ze zwi­sa­ją­cy­mi bez­wład­nie rę­ko­ma i nie­na­tu­ral­nie prze­krzy­wio­ną gło­wą.

Rozdział IV

Sta­ni­sła­wa ze­rwa­ła się z ław­ki i pod­bie­gła do krzy­czą­cej ko­bie­ty. Spoj­rza­ła w górę, na miej­sce, gdzie le­ża­ło dziec­ko. Być może zdo­ła­ła­by wdra­pać się po gła­zach, ale była nie­mal pew­na, że nie zdo­ła znieść chłop­ca na dół. Na szczę­ście krzyk prze­ra­żo­nej i zroz­pa­czo­nej Włosz­ki ścią­gnął na miej­sce wy­pad­ku kil­ka osób, któ­re prze­by­wa­ły w par­ku. Dwaj męż­czyź­ni wspię­li się na ka­mien­ne usy­pi­sko. Je­den z nich wziął dziec­ko na ręce i ko­rzy­sta­jąc z ase­ku­ra­cji dru­gie­go zniósł je i po­ło­żył na ław­ce. Sta­ni­sła­wa od­su­nę­ła roz­hi­ste­ry­zo­wa­ną opie­kun­kę chłop­ca i przy­ło­ży­ła gło­wę do pier­si mal­ca. Usły­sza­ła bi­cie ser­ca i wy­czu­ła od­dech le­ciut­ko, ale jed­nak uno­szą­cy klat­kę pier­sio­wą.

– Żyje – po­wie­dzia­ła, za­po­mi­na­jąc, że nikt nie ro­zu­mie wy­po­wia­da­nych przez nią pol­skich słów. Twa­rze po­chy­lo­nych nad nią lu­dzi uświa­do­mi­ły jej to. Spy­ta­ła więc, czy ktoś mówi po an­giel­sku.

– Yes, I know En­glish – od­po­wie­dział ja­kiś mło­dy męż­czy­zna.

– Dziec­ko żyje – po­wtó­rzy­ła Sta­ni­sła­wa po an­giel­sku, sta­ra­jąc się mó­wić wol­no i wy­raź­nie. – Trze­ba jed­nak we­zwać po­go­to­wie. To może być wstrząs mó­zgu.

Uży­ła ter­mi­nu an­giel­skie­go i ła­ciń­skie­go, ale zo­sta­ła tyl­ko czę­ścio­wo zro­zu­mia­na. Ga­pie wy­mie­nia­li mię­dzy sobą ja­kieś uwa­gi po wło­sku, usta­la­jąc – jak się do­my­śli­ła – kto i w jaki spo­sób ma we­zwać po­go­to­wie.

Na ile mo­gła za­czę­ła oce­niać stan dziec­ka. Wstrząs mó­zgu był naj­lżej­szym z ura­zów, ja­kie po­dej­rze­wa­ła. Bez­wład jego koń­czyn i brak ja­kich­kol­wiek re­ak­cji wska­zy­wał na uszko­dze­nie krę­go­słu­pa. Po­nie­waż nic nie mo­gła na to po­ra­dzić, za­ję­ła się opa­try­wa­niem sil­nie krwa­wią­cej rany na udzie. Z pa­ska swo­jej let­niej su­kien­ki zro­bi­ła pro­wi­zo­rycz­ną opa­skę uci­sko­wą. Z po­da­nych jej li­gni­no­wych chu­s­te­czek pró­bo­wa­ła wy­ko­nać tam­pon.

– Pani jest le­ka­rzem? – spy­tał mó­wią­cy po an­giel­sku męż­czy­zna.

– Tak.

Za­nie­po­ko­iło ją na­głe zbled­nię­cie dziec­ka i ob­ja­wy du­sze­nia. Roz­war­ła usta chłop­ca i zo­ba­czy­ła, że ję­zyk za­my­ka świa­tło gar­dła. Się­gnę­ła ręką i wy­cią­gnę­ła ję­zyk na bro­dę, ale nie mia­ła ni­cze­go, czym mo­gła­by go przy­mo­co­wać. Na migi po­pro­si­ła o po­moc. Ja­kaś ko­bie­ta po­ję­ła o co jej cho­dzi i uchwy­ci­ła za ję­zyk. Uczy­ni­ła to jed­nak nie­zręcz­nie i nie­udol­nie. Sta­ni­sła­wa mu­sia­ła więc raz jesz­cze wy­do­być go z gar­dła, umoż­li­wia­jąc w mia­rę swo­bod­ne, choć z upły­wem cza­su słab­ną­ce od­dy­cha­nie.

Wie­dzia­ła, że lada mo­ment bę­dzie mu­sia­ła wy­ko­nać sztucz­ne od­dy­cha­nie lub ma­saż ser­ca. Sta­ra­ła się więc opa­no­wać i ze­brać siły, choć czu­ła, jak na­gle i gwał­tow­nie za­czy­na­ją ją opusz­czać. Naj­praw­do­po­dob­niej był to efekt zde­ner­wo­wa­nia, ale nie mo­gła cał­ko­wi­cie wy­klu­czyć no­we­go ata­ku swej cho­ro­by.

– Boże, nie te­raz – bła­ga­ła. – Tyl­ko nie te­raz.

Ogrom­nie jej za­le­ża­ło na ura­to­wa­niu tego ma­łe­go wło­skie­go chłop­ca. Jak­by świa­do­mość za­gra­ża­ją­cej jej śmier­ci wy­ostrzy­ła jesz­cze na­tu­ral­ne i oczy­wi­ste w jej za­wo­dzie pra­gnie­nie od­su­wa­nia jej od znaj­du­ją­cych się pod jej opie­ką dzie­ci.

Za­nim zja­wi­ła się ka­ret­ka po­go­to­wia nad­je­chał sa­mo­chód po­li­cyj­ny. Dwaj ka­ra­bi­nie­rzy wy­sko­czy­li z po­jaz­du. Za­czę­li za­da­wać Sta­ni­sła­wie py­ta­nia, któ­rych nie ro­zu­mia­ła.

– Non ca­pi­to – po­wie­dzia­ła.

Męż­czy­zna mó­wią­cy po an­giel­sku wy­ja­śnił, że chcą wie­dzieć, czy mogą za­brać dziec­ko do sa­mo­cho­du i prze­wieźć je do szpi­ta­la.

Za­wa­ha­ła się. Z jed­nej stro­ny na­le­ża­ło jak naj­szyb­ciej umie­ścić chłop­ca w szpi­ta­lu. Z dru­giej – na­wet nie­wła­ści­we uło­że­nie mo­gło je w każ­dej chwi­li za­bić lub spo­wo­do­wać przy­szłe ka­lec­two.

– Nie – za­de­cy­do­wa­ła. – Tyl­ko ka­ret­ka.

Włoch prze­tłu­ma­czył.

Mi­nę­ło pięć mi­nut. Sta­ni­sła­wa roz­po­czę­ła ma­saż ser­ca. Za każ­dym ryt­micz­nym uci­skiem dło­ni czu­ła jak­by wra­ca­ło ży­cie – w nią i w chłop­ca.