Opis

Są polowania, w których to człowiek staje się ofiarą.

Zora Radke nie miała łatwego życia. Pochodząca z rozbitej rodziny, trafiła do więzienia za kradzież. Zdołała jednak stanąć na nogi, w dużej mierze dzięki przyjaźni z Niedźwiedziem, byłym policjantem. Teraz z powodzeniem prowadzi w Elblągu strzelnicę i internetowy sklep myśliwski, a razem z Niedźwiedziem trudni się pewną nielegalną, niebezpieczną, ale bardzo dochodową działalnością. Na jednym z przyjęć poznaje przystojnego Sebastiana, aktora i muzyka, który robi na niej ogromne wrażenie. Zora czuje, że spotkała mężczyznę swojego życia, ale niebawem okazuje się, że Sebastian również ukrywa mroczne tajemnice. A to, co nielegalne z jednej strony i tajemne z drugiej, prowadzi do zaskakującego i nieprzewidywalnego finału.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 368

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 2 min

Lektor: Joanna Gajór

Popularność


Rozdział I

Aurora Radke stała przed lustrem w pomarańczowych majtkach, które odsłaniały pępek i cienkimi paseczkami materiału oplatały biodra. Na szyi miała złoty łańcuszek z wizerunkiem Świętego Dyzmy, pierwszego świętego w historii chrześcijaństwa i jej patrona. Patrzyła na medalik kołyszący się nad jej drobnymi piersiami. Wahadłowym ruchem odmierzał czas biegnący od jednego ryzykownego projektu do drugiego. Nie była zbyt przesądna ani wierząca, ale medalika nie zdejmowała. Lubiła go. Lubiła patrzeć na ten kawałek złota błyszczący na śniadej skórze.

Wciągnęła na wilgotne jeszcze ciało T-shirt i wyszła z łazienki. W całym mieszkaniu paliło się światło. Nie bała się ciemności, o co niektórzy ją podejrzewali. Po prostu lubiła wchodzić do rozświetlonego pomieszczenia. Światło nigdy jej nie oślepiało, nawet słoneczne. Czasami myślała, że jej fotoreceptory w oku uległy jakiejś ewolucji na wypadek zmian w kosmosie i większego nasłonecznienia Ziemi.

Teraz w sypialni świeciło aż siedem żarówek. Tyle właśnie znajdowało się w mosiężnym żyrandolu. Podobno był to pruski zabytek, tak przynajmniej zapewniała jego poprzednia właścicielka, córka czerwonoarmisty, który ów zabytek wywiózł z jakiegoś pałacu na Warmii. Żyrandol na pewno był stary, czego dowodziła jasnozielona warstwa patyny, idealnie pokrywająca mosiądz. Aurora chciała usunąć tę patynę, ale w porę się opamiętała. Antyk ma wyglądać jak antyk, a nie jak wygładzone cacko z muzeum watykańskiego.

Zbliżyła się do stołu. Stał tutaj słoiczek pomalowany przez nią wczoraj późnym wieczorem. Ujęła go za zakrętkę i uniosła na wysokość oczu. Uważnie przyglądała się swojemu dziełu, szukając niedociągnięć. Malunki były jednak idealne. Każdy listek miał widoczne unerwienie, każdy różowy kwiatek został obrysowany czerwoną obwódką, a żółty białą. Wzięła najcieńszy pędzelek, umoczyła go w czerwonej farbie i domalowała roześmiane usta. Teraz słoiczek wyglądał jeszcze lepiej. Był taki słodki, jarmarczny. Będzie pasował do swojej przyszłej właścicielki. Był to prezent dla Pauliny, młodej żony jej wspólnika. Tylko jeszcze musi włożyć do środka czekoladki. Paznokciem rozcięła folię na bombonierce, otworzyła ją i ostrożnie przełożyła cukierki do słoiczka. Gotowe.

Niedźwiedź i Paulina zaprosili ją do Kadyn z noclegiem. Będzie mogła rano przebiec się po plaży, a potem wróci swoim krokodylkiem do Elbląga. Włożyła do torby dres i wygodne buty do biegania. Dorzuciła jeszcze T-shirt, który zdjęła z siebie. Znowu stała tylko w pomarańczowych majtkach i złotym medaliku z wizerunkiem Świętego Dyzmy. Skropiła skórę perfumami o zapachu czereśni i zaczęła się ubierać. Najpierw wciągnęła czarne dżinsy, już wyciągała rękę po koszulę, ale się rozmyśliła. Na gołe ciało włożyła czarną zamszową kamizelkę zapinaną na trzy zatrzaski. Złoty medalik zniknął pod ubraniem. Prezent dla Pauliny wrzuciła do torby. Miała też podarunek dla synka Pauliny, plastikowy karabin, który po naciśnięciu spustu wydawał dźwięk o niezwykle wysokim poziomie decybeli. Wychodząc z mieszkania, zostawiła włączone światło w holu. To na wypadek, gdyby wróciła wieczorną porą.

Zaparkowała pod domem wspólnika. Znała to domostwo od dziecka, Niedźwiedź przywiózł ją tu pierwszy raz, gdy miała piętnaście lat. Był wtedy gliniarzem, a ona uciekinierką. Gdy podszedł do niej w parku, spojrzała mu prosto w oczy i poprosiła, żeby zabrał ją na jeden dzień do jakiegoś normalnego domu. Chciała spędzić trochę czasu w otoczeniu życzliwości, miłości i wzajemnego szacunku. Gdy spokojnym tonem zaprosił ją do radiowozu, była pewna, że zaraz pojadą do jej zastępczej rodziny. Siedząc za plecami policjantów, kombinowała, jak temu zapobiec. Miała już wykrzyczeć, że zastępczy ojciec ją molestuje. To kłamstwo szybko by się wydało, ale może zyskałaby parę dni przeczekanych w pogotowiu opiekuńczym. Nagle radiowóz się zatrzymał i Niedźwiedź kazał jej się przesiąść do innego samochodu. Wykonała polecenie. Sam usiadł za kierownicą i ruszyli. Gdy wyjechali za miasto, ogarnęło ją przerażenie. Myślała, że ją zgwałci, zabije i zakopie w lesie. Zaczęła płakać. Wtedy pierwszy raz nazwał ją Cyganką, bo miała tak piekielnie czarne włosy i oczy. Rzeczywiście w połowie była Romką, po mamie, Słowaczce z Bratysławy. O słowackim pochodzeniu świadczyło jej imię, Zora, po polsku Aurora. Niedźwiedź przywiózł ją właśnie tutaj, do Kadyn, do swojej babci i zostawił na jeden dzień. Do dziś pamięta delikatną dłoń starszej pani na swojej głowie, pamięta smak bułki posmarowanej domowymi konfiturami i woń grzybów suszących się na piecu.

Pod domem Niedźwiedzia i Pauliny stało już kilka samochodów. Rozpoznała granatowe audi prokuratora Kornatowicza. Uważała, że to nie był dobry pomysł zadawać się z tym człowiekiem. Niestety, jej wspólnik miał inne zdanie.

Zora nie pukała, nie dzwoniła, od razu nacisnęła klamkę i weszła. Dzisiaj długi prostokątny korytarz wyglądał inaczej niż szesnaście lat temu. Zniknęły gdzieś proste chodniczki, a w ich miejsce pojawiły się duże kafle w kwiatowy wzór. Ściany, wcześniej pokryte pociemniałą ze starości boazerią, teraz ozdobione były lustrami. Zdjęła płaszcz i zbliżyła się do wieszaka stojącego w rogu. Nie było tu już miejsca. Otworzyła więc szafę i tam powiesiła okrycie. Z salonu dobiegały podniesione głosy i dźwięczny śmiech Pauliny. Nagle ten śmiech rozbrzmiał w korytarzu. Paulina już biegła w jej stronę z wyciągniętymi ramionami.

– Zora! Zoreńka! Wreszcie jesteś! Michał miał już do ciebie dzwonić. Gdzie ty utknęłaś?

Ciepłe, długie ramiona Pauliny oplotły ją w pasie. Zora ucałowała jubilatkę w oba policzki i wyswobodziła się z uścisku. Trudno było uwierzyć, że ta bosa dziewczyna w rozpuszczonych włosach i krótkiej sukience, robiąca słodki dzióbek na widok słoiczka, kończy dziś dwadzieścia sześć lat. Dziewuszka, a nie kobieta, jak to możliwe, że jest matką siedmioletniego chłopca? Paulina nawet pachniała jak dziecko, taką dziwną suchą świeżością.

– Czy Piotruś śpi? – zapytała Zora. – Dla niego też coś mam.

– Idź do niego. Myślę, że jeszcze nie usnął.

Zora wspięła się na piętro i cicho uchyliła drzwi do pokoju Piotrusia. W świetle nocnej lampki zobaczyła cień na ścianie, który nagle zanurkował, za chwilę wyłonił się ponownie i przybrał kształt chłopięcej sylwetki. Otworzyła drzwi szerzej i weszła. Piotruś siedział na łóżku i obiema rękami wygładzał poduszkę. Domyśliła się, że przed chwilą coś pod nią schował, zapewne tablet. Zapaliła górne światło. Chłopiec wyskoczył z łóżka i stanął przed nią. Miał przydługie włosy, opadały mu na kark i przykrywały uszy.

– Mam coś dla ciebie – powiedziała takim tonem, jakby zaraz miała spełnić jego największe marzenie.

– Co?

Piotruś w szerokim uśmiechu odsłonił białe ząbki. Brakowało mu lewej jedynki.

Powoli zaczęła wysuwać z torby karabin. Twarz chłopca zmieniała się, najpierw zniknął z niej uśmiech, potem w oczach pojawiły się łzy. Spuścił głowę.

– Co jest? Nie podoba ci się?

Piotruś nerwowo przebierał palcami u stóp.

– Ja myślałem… – zaczął. – Ja myślałem, że przyniosłaś mi książkę.

– Książkę dostaniesz następnym razem. A jakie czytasz? Powiesz mi? Na pewno o piratach, co? A może o elfach?

– O zwierzątkach – odpowiedział i wyciągnął spod poduszki książkę.

Zora ze zdumieniem patrzyła na tytuł: Folwark zwierzęcy.

– Okej. Następnym razem przyniosę ci książkę o zwierzątkach, może nawet z obrazkami. A ten karabin ci zostawię. Zgadzasz się?

– Zgadzam się. Ale nie będziesz mnie całować? Wszystkie koleżanki mamy, jak mi coś dają, to mnie całują.

– Nie będę cię całować i już uciekam.

Zgasiła górne światło i wyszła z pokoju. W korytarzu rzuciła jeszcze okiem na swoje odbicie w lustrze. Wyglądała niezwykle uwodzicielsko w czarnej, zamszowej kamizelce, pod którą nic nie miała. Weszła do salonu i nie zwracając uwagi na gości, skierowała się wprost do Niedźwiedzia. Siedział rozparty na kanapie, granatowa koszulka ciasno opinała mu szerokie ramiona.

– Cyganeczko, już myślałem, że do jakiegoś taboru cię porwali.

Usiadła na poręczy kanapy. Teraz dorównywała mu wzrostem. Podeszła kelnerka z tacą. Zora wzięła kieliszek wina.

– Mamy kolejnego chętnego na polowanie – oznajmił Niedźwiedź.

– Pewniak?

– Tak, gościu spragniony jest mocnych wrażeń. Chce koniecznie ubić jakąś zwierzynę.

Zbliżył się do nich prokurator Kornatowicz. Też trzymał w ręku kieliszek. Już z daleka się jej ukłonił. Zastanawiało ją to eleganckie zachowanie wobec niej, w końcu recydywistki. Od kiedy wymiar sprawiedliwości kłania się byłym przestępcom? Zapytała o to Niedźwiedzia.

– Cyganeczko, przecież twój tyłeczek przysłania mu wszystkie twoje wyroki.

Prokurator stuknął kieliszkiem w jej kieliszek i zagadnął:

– Co ja słyszę, wybieracie się znowu na polowanie? To podobno pani pasja? Zabijanie.

Na słowo zabijanie Zora uciekła wzrokiem w kąt salonu, przez ułamek sekundy widziała rudą kobietę o okrągłych kształtach. Znała ją, to była fryzjerka Pauliny. Zora skoncentrowała się i znowu spojrzała prosto w podłużną twarz prokuratora. Elegancik pieprzony, z tą swoją przystrzyżoną komicznie bródką. Uśmiechnęła się i spokojnie zapytała:

– Czy mam panu teraz opowiedzieć o gospodarczej i społecznej roli myślistwa? I jeszcze o roli kulturotwórczej?

– Co pani powie? Rola kulturotwórcza? A co wy tworzycie w ramach tej kultury? Wieszacie rogi jelenia na ścianie?

– A widzi pan tu jakieś rogi?

Prokurator Kornatowicz odruchowo rozejrzał się po salonie. Na ścianach wisiały jedynie trzy obrazy, wszystkie przedstawiały bliżej nieokreślone postaci w pastelowej kolorystyce.

Zora wiedziała, że prokuratorek tylko się z nią droczy. Dlatego bez większego wysiłku zachowywała spokój. Ten wstęp o zabijaniu to też jedynie zaczepka.

– Słyszał pan kiedyś o pieśniach myśliwskich albo o grze na rogu?

Prokurator w geście obronnym podniósł obie ręce, w jednej wciąż trzymał kieliszek.

– Przyznam pani rację nawet w tym, że polowania mają walor etyczny, ale niech pani mnie zabierze na jedno.

W głowie Zory od razu pojawiła się odpowiedź: Nie, nigdy, nawet na szaraczka. Miała już powiedzieć, że polowanie to nie rozrywka dla znudzonych urzędników, ale nie zdążyła, Niedźwiedź ją uprzedził.

– Andrzejku, ty na polowaniu? Jasne, że cię zabierzemy, tylko żebyś nie wpadł w sidła.

– W sidła? Mówisz o tych zastawianych przez kłusowników?

– Nie, mówię o sidłach zastawianych przez kobiety. Czy ty wiesz, jak seksownie może wyglądać kobieta ze sztucerem?

Zora była zła na Niedźwiedzia. Lekceważył prokuratora. To błąd. Kornatowicz wyglądał na takiego, co po trupach idzie do celu. Trochę widziała w nim samą siebie. On też był młody, ambitny i przebiegły. Nawet jeżeli wdepnąłby w gówno, wykorzystałby to, aby nauczyć się dobrze czyścić buty. Nie była z nim szczera ani przez moment, on z nią też nie. Te jego ukłony i zaloty, zwyczajna gra. Była mu do czegoś potrzebna, dlatego wkręcił się na to wspólne polowanie. Ale o co mu tak naprawdę chodzi? Nie o to, żeby ją przelecieć, raczej żeby ją złowić na prokuratorską wędkę. Domyślała się, że kłuje go w oczy jej obecna działalność, sukcesy i kasa. No bo jak to możliwe, że prowadzi dobrze prosperującą firmę? Przecież edukację pobierała wyłącznie w poprawczaku i zakładzie karnym. A czego tam można się nauczyć poza kodeksem postępowania karnego? Na pewno tego, jak lepiej kraść i oszukiwać. W interesach wspierał ją Niedźwiedź, ale to mogło u prokuratora wzbudzić jeszcze większe podejrzenia. Przecież parę lat temu Niedźwiedź był najbardziej skorumpowanym psem w województwie, koledzy otwarcie nazywali go bankierem. Musi być czujna. Miała nadzieję, że okaże się cwańsza od wymuskanego prokuratorka. On miał wiedzę i urzędnicze narzędzia, a ona cygańską krew.

Jakaś młoda dziewczyna wzięła Kornatowicza pod rękę i pociągnęła do grupki osób stojących przy wyjściu na taras.

– On na ciebie leci, może warto by to wykorzystać? Prokurator może nam się kiedyś przydać.

– On nas chce udupić. Powinniśmy na niego uważać.

– Wyluzuj, mała. Będziesz wszędzie widziała wrogów, to się wykończysz.

– Musimy być ostrożni.

– Jesteśmy ostrożni. Zabaw się dzisiaj, wypij sobie, tego ci trzeba.

Miał rację, powinna się zrelaksować.

– Widzisz tego śmiesznego typa obok mojej Pauliny?

Zora się rozejrzała. W rogu salonu stała na niezwykle długich i bezgranicznie odsłoniętych nogach Paulina. Połową ciała zasłaniała dość oryginalnie ubranego mężczyznę. Miał na sobie frak, czarny z długimi połami i wysokim, podniesionym aż do uszu kołnierzem. Jakby ktoś go przeniósł z dziewiętnastowiecznej Anglii, brakowało mu tylko cylindra i fajki. Trzymał wiolonczelę.

– Kto to jest? – zapytała.

– Umilacz.

– Kto?

– Umilacz, ma nam umilać czas, czyli zagrać do kotleta. Zapewne wolałabyś coś cygańskiego? Bardziej skocznego? Ja też. Niestety, moja żonka zaprosiła jakiegoś nudziarza. Pomyślałem, że to właśnie z nim powinnaś się zabawić.

– Dlaczego akurat z nim?

– Bo ja nie zdzierżę długo tego piłowania smyczkiem. Masz się nim zająć, żeby jak najkrócej grał. Rozumiesz? To w trosce o moje uszy.

Poklepała Niedźwiedzia po potężnym udzie. Lubiła taką zabawę, on wyznaczał jej jakiś mniej lub bardziej absurdalny cel, ona go realizowała, a potem zamieniali się rolami. Dawniej, gdy jeszcze Pauliny nie było w życiu Niedźwiedzia, często zabawiali się w taki sposób.

Zora zsunęła się z poręczy i powolnym krokiem ruszyła w stronę mężczyzny we fraku. Po drodze zgarnęła z tacy dwa kieliszki. Dopiero gdy stanęła obok Pauliny, zauważyła, że wiolonczelista ma opadniętą lewą powiekę. Coś wzruszającego było w tej twarzy z na wpół przymkniętym okiem. Niewielki defekt, który jednak rozczulał patrzącego. Zora na moment straciła pewność siebie. Ten cyklop ma stać się przedmiotem jej rozrywki? Szkoda go. Niech lepiej Paulina otoczy go matczyną troską.

Mężczyzna zamknął całkowicie lewą powiekę, jego prawe oko zatrzymało się na jej twarzy, duże, niebieskie oko, czujne i zimne. Moment wzruszenia minął. Uśmiechając się, podała mu wino. Zawahał się. Myślała, że zaraz weźmie od niej kieliszek, ale on pokręcił przecząco głową.

– Dziękuję, ale nie mogę. Ja tu jestem w pracy, raczej poproszę o gazowaną wodę.

Potraktował ją jak natrętną kelnerkę. Niemal czuła na swoich plecach spojrzenie Niedźwiedzia i słyszała jego słowa: No, Cyganeczko, nie daj się spławić.

Uśmiechnęła się jeszcze szerzej.

– Gazowana woda? Chyba lepiej, żeby uderzyło ci do głowy wino niż woda sodowa. Mam rację?

– No tak, jasne – wtrąciła się Paulina.

Żona Niedźwiedzia wyglądała na zmieszaną, nerwowo obciągała niemożliwie krótką sukienkę, spomiędzy jej ust wysuwał się co chwilę różowy języczek i szybko przesuwał się po dolnej wardze, zostawiając błyszczącą warstwę śliny.

– Ja nie mam nic przeciwko temu, żebyś wypił trochę wina – podjęła Paulina nazbyt szczebiotliwym głosem. – Chyba po jednym kieliszku nie będziesz fałszować, a nawet gdybyś pomylił nuty, to i tak tutaj nikt tego nie zauważy.

– Ty byś zauważyła – powiedział wiolonczelista.

Wziął wino od Zory. Paulina zachichotała.

– Muszę rzucić okiem na catering. – Wybiegła z salonu.

Zora miała ochotę spojrzeć na Niedźwiedzia. Już wiedziała, o co mu tak naprawdę chodziło. Nie tylko o to, żeby się dobrze zabawiła, zrelaksowała. Raczej o to, żeby wkroczyła między tych dwoje, Paulinę i wiolonczelistę. Stary Niedźwiedź nie śpi mocno, stary Niedźwiedź czuwa i widzi zagrożenie. Obawia się, że jego młoda i piękna żona wda się w romans z tym dziwnym cyklopem.

Wiolonczelista stuknął lekko kieliszkiem w kieliszek Zory.

– Może się przedstawię. Dyzma.

– Dyzma? Tak jak pierwszy święty w chrześcijaństwie?

Zora była szczerze zaskoczona, nie sądziła, że dzisiaj ktoś może nosić to imię.

– O! To dla mnie coś nowego. Nikt mnie wcześniej nie skojarzył ze świętym, raczej z Nikodemem Dyzmą. A tak w ogóle nazywam się Sebastian Dyzma, Dyzma to moje nazwisko.

Przełożyła kieliszek do lewej dłoni, podając mu prawą, i przedstawiła się:

– Aurora.

Zwykle przedstawiała się polską wersją swojego imienia. Gdy mówiła, że nazywa się Zora Radke, prawie zawsze widziała zdumioną minę i słyszała pełne niedowierzania, krótkie pytanie: Jak?

– No co? Kojarzą cię ludziska z okrętem Aurora czy może z George Sand?

– Nie, nie kojarzą w ogóle, trochę się dziwią, że takie niepopularne imię. A tak naprawdę nazywam się Zora, to po słowacku, moja mama była z Bratysławy. Ludzie myślą, że Zora to nie jest imię, tylko moja ksywa.

Rzeczywiście w zakładzie karnym w Grudziądzu powszechnie uważano, że to jej ksywa, nawet czasami współwięźniarki pytały, jak naprawdę się nazywa. Raz dla żartu wyjawiła młodej pielęgniarce osadzonej za nieumyślne doprowadzenie do śmierci trzech pacjentów, że ma na imię Zdzisława. Już następnego dnia cały blok wołał na nią Zdzicha.

Sebastian podał jej pusty kieliszek.

– Muszę trochę pograć. Co byś chciała usłyszeć?

– Może coś Janka Pravdomila? – zaproponowała.

Nie zorientował się, że drwi sobie z niego. Poważnie odpowiedział:

– Nie znam.

– W takim razie zagraj cokolwiek, byle krótko.

Odwróciła się i przeciskając się między gośćmi, ruszyła w stronę Niedźwiedzia. W salonie znajdowało się już około trzydziestu osób, w większości byli to bardzo młodzi ludzie, którzy raczej nie przekroczyli dwudziestu pięciu lat. Rówieśnicy Pauliny… Ale skąd ona ich wszystkich wzięła? Paulina nie pracowała, nie studiowała, a więc to nie byli znajomi z pracy czy uczelni. Może to sąsiedzi z Kadyn? Poznani na plaży albo na fitnessie. Gdyby Zora miała wyprawić swoje urodziny, zaprosiłaby tylko trzy osoby, Niedźwiedzia, Paulinę i Piotrusia. Nikogo więcej nie znała. No, niezupełnie, bo przecież znała trochę ludzi, ale nikt więcej jej nie obchodził, na nikim poza tą trójką jej nie zależało.

Zora patrzyła na gęstniejące towarzystwo. Dziewczyny, niektóre wystrojone w bluzki o fantazyjnych krojach, inne ubrane w bawełniane koszulki, wszystkie się uśmiechały z naiwnością wypisaną na twarzach. Dzieciaki, które nigdy nie zetknęły się ze złem, dla których największym problemem jest zawieszający się laptop. Na widok tych panienek i chłopców z niemowlęcymi buźkami doznawała ambiwalentnych uczuć. Zazdrościła im tej błogości, beztroski, ona tego nigdy nie miała. Ale gardziła też nimi, byli gorsi od niej, bo nigdy nie doświadczyli prawdziwego życia. Była od nich silniejsza i mądrzejsza, ona poradzi sobie zawsze i wszędzie, a oni prawdopodobnie nie.

Przez gwar przebiły się niskie, melancholijne tony wiolonczeli. Nie pasowały do tego podchmielonego i kipiącego energią towarzystwa. Dzieciaki chciały się bawić, tańczyć, a przy dźwiękach wiolonczeli to trudne, chociaż nie niemożliwe, co właśnie udowadniał młody chłopak w rozciągniętym swetrze. Kiwał się pośrodku salonu, za chwilę wskoczyła mu na barana ładna blondynka i tak połączeni kiwali się razem. Paulina, zapraszając muzyka, chciała, żeby było elegancko, a wyszło groteskowo. A może jej wcale nie chodziło o stworzenie wytwornej atmosfery, może celem był wiolonczelista, a nie wiolonczela.

Niedźwiedź stał samotnie przy tacy z kanapkami. Ogromne dłonie trzymał wsparte na biodrach, głowę miał uniesioną wysoko. Wyglądał jak strażnik wypatrujący zagrożenia, gotowy do interwencji. Podeszła do niego.

– Mogę kanapkę? – zapytała.

– Bierz i nie zadawaj głupich pytań.

Wzięła cienki kawałek bagietki z łososiem.

– Lepiej odsuń się od tej tacy, bo wyglądasz, jakbyś pilnował tych kanapek. Ludzie boją się tu podejść.

– No co ty, oni się mnie nie boją. Nie na wyżerkę tu przyszli. Ciekaw jestem, co zrobi Kornatowicz, jak to gówniarstwo amfę wyciągnie.

– Znasz tych wszystkich ludzi?

– Moje piękne oczy oglądają ich dziś pierwszy raz, ale moje uszy już co nieco o nich słyszały. Podobno wszyscy są wspaniali, kochani i jeszcze raz wspaniali. To znajomi Pauliny z warsztatów teatralnych, tego grajka też tam poznała. Te całe warsztaty to taka ściema, że aż boli, zwyczajne wyciąganie kasy od naiwniaków. Ja też wybuliłem dwa tysiaki, ale nie za to, żeby moja żona została aktorką. Ma się po prostu w domu nie nudzić i tyle.

– Droga rozrywka – zauważyła Zora. – Może kurs fotograficzny albo ogrodniczy byłby tańszy, a pożytek większy.

– Nie mam zamiaru żałować kasy swojej żonie, niepokoi mnie tylko, że ona traktuje te warsztaty tak poważnie. Jakiś aktor je prowadzi, chyba Amerykanin. Niezły cwaniaczek, pokazał im swoją fotkę z Angeliną Jolie i jeszcze z kimś sławnym, i to wystarczyło. Wszyscy uwierzyli, że on zabierze najlepszych do Hollywood. – Niedźwiedź popatrzył na kanapki i zauważył ze zdumieniem: – Nie ma żadnej z boczkiem, nawet z szynką.

– Bo to jest taca bosmańska, wszystkie z rybą – wyjaśniła Zora.

Wziął w dwa palce jedną kanapkę i przyjrzał się jej.

– A jaka to ryba? Chyba nie śledź.

Zora wzięła identyczną kanapkę i ugryzła kawałek.

– Według mnie to paluszki krabowe i jakaś pasta, prawdopodobnie limonkowa. – Widząc jego zdegustowaną minę, dodała: – Dobre. Jedz.

– A jak ci poszło z panem grajkiem? Chyba nie za dobrze, bo słyszę, że gra.

– Zaraz do niego wracam i zarekwiruję mu smyczek.

Poczęstunek winem już się zakończył, teraz serwowano mocniejsze alkohole. Za długim, dębowym barem stanęła dziewczyna, która wcześniej roznosiła wino. Zręcznie operowała butelkami, napełniając po dwie wysokie szklanki jednocześnie.

Zora poprosiła o whisky z lodem. Gdy już trzymała szklankę w dłoni, rozejrzała się. Przy oknie stał Kornatowicz, obserwował ją. Pokazała mu język. Uniósł w jej stronę kieliszek i uśmiechnął się.

Sebastian Dyzma nadal grał. Siedział w rogu salonu na stołku, obejmując kolanami wiolonczelę. Przed nim stały nuty. Wydawał się zupełnie pochłonięty grą. Chyba gwar mu nie przeszkadzał. Gdy Zora stanęła blisko niego, nie zareagował. Pochyliła się i zdecydowanym ruchem zamknęła mu nuty. Smyczek zamarł, wydobywając ze strun urwany dźwięk.

– A podobno muzyka łagodzi obyczaje – odezwał się po chwili.

Pokręciła głową.

– To już nieaktualne od dawna, od czasu narodzin muzyki rockowej.

– Tłoczno tutaj – zauważył. – Pójdę spakować wiolonczelę, a ty załatw mi colę z rumem.

Sącząc powoli whisky, odprowadzała go wzrokiem. Był szczupły, niewysoki, tylko trochę wyższy od niej. Bardzo dobrze było mu we fraku, długie poły i postawiony kołnierz wydłużały jego sylwetkę. Kilkoma dużymi łykami opróżniła szklankę, potem zamówiła dwa drinki. Niosąc je przed sobą, przeciskała się przez stojących, chodzących i podrygujących ludzi.

Wyszła na korytarz. Sebastiana nie było widać. Przez uchylone drzwi zajrzała do sąsiedniego pokoju. Znajdowały się tu tylko dwie osoby splecione w ciasnym uścisku. Zora patrzyła na nich ze zdumieniem. Tych dwoje, a nie była wcale pewna, czy są odmiennej płci, otóż tych dwoje połączyło się w sposób niemożliwy. Oboje ubrani na czarno, przykleili się do siebie tak precyzyjnie, że zdawali się tworzyć jedno ciało o dwóch głowach.

Poczuła dłoń na swoich plecach. Odwróciła się i zobaczyła Sebastiana. Przebrał się, miał teraz na sobie rozpiętą zieloną koszulę włożoną na czarny podkoszulek. Podwinięte rękawy odsłaniały umięśnione przedramiona. Wyglądał jeszcze lepiej niż we fraku. Podała mu drinka.

– Może pogadamy sobie tutaj? – zaproponował. – Tam jest za dużo ludzi. – Wskazał ręką na salon.

– Chodź za mną – powiedziała tajemniczym szeptem i poprowadziła go do kuchni.

Trzy dziewczyny stały przy lodówce i rozmawiały, podzwaniając kostkami lodu w wysokich szklankach. Nie zwróciły uwagi na wchodzących. Tylko pracownik firmy cateringowej spojrzał na nich pytająco. Zora minęła całe towarzystwo i otworzyła wąskie drzwi prowadzące do piwnicy.

Zaczęła schodzić po wykafelkowanych schodkach, sunąc jedną dłonią po cementowej ścianie, w drugiej mocno ściskając oszronioną szklankę. Niedźwiedź umieścił włącznik na samym dole, podążała więc ku głębokiej ciemności i źle się z tym czuła. Człowiek powinien zawsze widzieć na końcu tunelu światełko, bo to zjawisko naturalne i przyjazne dla oka oraz mózgu. Przyszło jej do głowy, że w chwili śmierci będzie czuła się bardzo dobrze, jeżeli owo światełko w tunelu widziane w momencie agonii to prawda. Mimo dyskomfortu schodziła dość pewnie, bo znała ten korytarzyk bardzo dobrze. Szesnaście lat temu zeszła tu pierwszy raz wraz z babcią Niedźwiedzia. Razem wtedy szukały konfitur śliwkowych. Słyszała za sobą kroki Sebastiana. Zatrzymała się na najniższym stopniu i nacisnęła włącznik. Ciepłe żółte światło zalało piwnicę. Od pierwszej jej wizyty w tym miejscu zmieniło się niewiele. Nadal pod ścianą naprzeciw znajdowały się zbite z nieheblowanych desek regały, od samego dołu po sufit otwarte półki, całe wypełnione jak szesnaście lat temu, ale dziś zamiast słoików z przetworami stały tu butelki z najróżniejszym alkoholem. Ponadto drewniany stół pośrodku piwnicy został zastąpiony przez stół bilardowy. Teraz na jego zielonym suknie leżały dwie bile, biała i czarna.

Sebastian gwizdnął cicho.

– Fajna miejscówa, ma klimat.

Podszedł do stojaka z kijami, wyjął jeden i zaczął go oglądać.

– Wiem, że Paulina dobrze gra w bilard, a ty? Grasz? – zapytał.

– Gram, ale z Pauliną nie wygrałam jeszcze ani razu.

– To dam ci lekcję, też jestem dobry w te kulki. W Stanach dużo grałem, tam każdy umie grać, lepiej albo gorzej, ale chociaż zasady znają, a u nas… Szkoda gadać.

Nie czekał, aż Zora wyrazi zgodę. Położył na stole bilardowym drewniany trójkąt i zaczął według jego ramion rozmieszczać bile.

– Co robiłeś w Stanach?

– Miałem tam zrobić karierę, ale jakoś nie wyszło. Tu mnie nie chcieli w żadnej szkole aktorskiej. Pomyślałem więc: Na co mi to wykształcenie, przecież mam talent. A gdzie doceniają ludzi z talentem? Oczywiście w Ameryce. Poleciałem więc do Los Angeles. Oj, docenili mnie tam bardzo, zwłaszcza amerykańskie gospodynie… Życzyły sobie, żebym tylko u nich sprzątał, kolejka do mnie była. Szybko awansowałem… Najpierw sprzątałem domy klasy średniej, a potem bajeczne rezydencje w platynowym trójkącie, Beverly Hills, Bel Air i Holmby Hills. Dostałem nawet raz zlecenie w Malibu Colony, dom z sześcioma sypialniami, sześcioma łazienkami, basenem, no i pięknym widokiem na Pacyfik. Codziennie słyszałem od mojego czarnego i obwieszonego złotem szefa, jaką odpowiedzialną mam robotę. Oj, tak, odpowiedzialna była, w tych rezydencjach, tam nie można tak sobie zwyczajnie wyrzucić śmieci do kubła, bo przecież odpady przeszukują paparazzi.

Mówił o tym z ironią. Zora zastanawiała się, czy to efekt wielkiego rozczarowania czy może jednak dystansu do samego siebie.

– Żałujesz, że w Ameryce nie poszło ci tak, jak sobie zaplanowałeś?

– Ja żałuję tylko tych rzeczy, których nie zrobiłem. Chciałem pojechać do Hollywood i spróbować tam swoich sił, zrobiłem to, więc nie mam czego żałować.

Podał jej kij do bilardu. Odstawiła opróżnioną do połowy szklankę na półkę i stanęła za stołem. Sebastian uderzył pierwszy. Biała bila potoczyła się po gładkim suknie, uderzyła w kolorową, a ta wpadła wprost do najbliższej łuzy.

– A ty czym się zajmujesz? – zapytał. – Paulina zdążyła mi szepnąć, że prowadzisz biznes z jej mężem.

– Tak. Prowadzimy razem strzelnicę i ja mam jeszcze sklep internetowy z akcesoriami myśliwskimi.

– Z akcesoriami, czyli strzelby u ciebie nie kupię?

– Strzelby nie, ale za to możesz kupić pas do broni, do amunicji, torbę myśliwską albo plecak. Mam też ubrania i książki, w ogóle mam wszystko, nawet karafki i kieliszki myśliwskie, wszystko doskonałej jakości, żadnej chińszczyzny.

Rozstawiła lekko nogi i pochyliła się. Poczuła, że medalik wysuwa się jej spod kamizelki i kołysze się niczym wahadło. Unieruchomiła całe ciało i wymierzyła. Uderzyła w białą bilę, a ta z wyjątkowym impetem wystrzeliła w górę i wypadła poza stół. Zora zaklęła cicho. Uderzane przez nią bile zwykle dostawały jakiejś dziwnej rotacji i mijały kolorowe bile lub nawet pokonywały bandę. O wiele bardziej lubiła trzymać w rękach broń palną, bo miała poczucie, że nad nią panuje, nad jej ciężarem, spustem, odrzutem, nawet nad wystrzeloną amunicją. Pocisk nigdy jej nie zaskakiwał jakimś dziwnym torem lotu.

– Dlaczego wróciłeś ze Stanów? – zapytała. – Co teraz robisz? Poza tym, że grywasz na wiolonczeli. Też sprzątasz?

– Moje amerykańskie doświadczenie tu się nie przyda. Umiem czyścić baseny i jacuzzi. Ile w okolicy znasz domów z basenami i spa?

– Żadnego – odpowiedziała.

– No właśnie, dlatego nie sprzątam, tylko prowadzę warsztaty teatralne.

– To ty prowadzisz te warsztaty?

Była zaskoczona. Myślała, że Sebastian jest uczestnikiem teatralnego kursu, tak jak Paulina.

– Nie sam, z kolegą. W Los Angeles go poznałem, niezwykły gość, Greg Schechter, sprzątałem jego dom. Greg pracował wtedy na University of California, uczył sztuki interpretacji tekstu. Był bardzo lubiany przez studentów, ale pewnego dnia ktoś zgłosił do dyrekcji, że kolorowi studenci są przez niego gorzej oceniani. Zaczęła się weryfikacja ocen wystawionych przez Grega w ciągu ostatnich trzech lat, no i rzeczywiście wśród niżej ocenianych studentów większość była kolorowa, a wśród tych lepiej ocenianych dominowali biali. Zwolnili Grega. Podobno tylko Antczak stanął w jego obronie, próbował przekonać komisję, że może oceny odpowiadały umiejętnościom studentów i ich zaangażowaniu w pracę. Nikt w to nie uwierzył. Greg był wściekły, chciał iść do sądu, ale ostatecznie zrezygnował. Uznał, że utrata pracy na University of California to sygnał, aby zmienił swoje życie, żeby zaczął coś nowego. Zawsze marzył o tym, żeby pracować w Rosji, w Moskwie, tam uczyć aktorstwa. Ja akurat zbierałem się do powrotu do Polski, zaproponowałem mu, żeby jechał ze mną i zorganizował warsztaty aktorskie u nas, dobra okazja do zapoznania się ze słowiańską mentalnością. Szczerze mówiąc, nie sądziłem, że na to pójdzie. Byłem w szoku, gdy się zgodził. Pierwsze warsztaty zorganizowaliśmy w Gdańsku. Zgłosiło się pięćdziesiąt sześć osób, dużo, nawet bardzo dużo, jeśli wziąć pod uwagę, ile to kosztuje. Wydaje mi się, że to media nakręciły nam klientów, nawet w TVP Kultura o nas mówili. Teraz zorganizowaliśmy warsztaty w Elblągu, tutaj zapisało się dwadzieścia pięć osób, w tym Paulina.

Zora sięgnęła z półki pierwszą z brzegu butelkę i spojrzała na etykietę. Koniak gruziński… Nalała sobie.

– Też chcesz? – zapytała.

Pokazał na swoją pełną szklankę.

– Skoro warsztaty aktorskie tak dobrze działają, to czemu dorabiasz, grywając do kotleta?

– Bo Paulina mnie poprosiła. Nie chciałem, żeby mi płaciła, ale się uparła.

Sebastian uderzył i bezbłędnie posłał czerwoną bilę do łuzy. Zora odstawiła szklankę i wzięła kij. Tym razem udało jej się umieścić kolorową kulę w łuzie.

W piwnicy panowała dość niska temperatura, szesnaście, może siedemnaście stopni. Zora zaczynała marznąć. Skóra jej ścierpła, a sutki stwardniały. W dodatku wypity alkohol został już przefiltrowany przez nerki i teraz boleśnie uciskał na pęcherz. Odłożyła kij na stojak.

– Tę partię skończymy innym razem, a teraz chodź do kuchni na gorącą herbatę.

Wzięła pustą już szklankę i zaczęła się wspinać po schodkach. Sebastian zgasił światło w piwnicy i ruszył za nią. Z góry dochodził rytmiczny huk, jakby dźwięk pracującej maszyny. Gdy Zora otworzyła drzwi, brzmienie stało się wyrazistsze, rozpoznała nawet dźwięk gitary basowej.

W kuchni było ciepło i pachniało słodko. Paulina stała przed tacą z ciastkami.

– O! Tu jesteście! Szukałam was. Chcecie kawy?

Pracownik firmy cateringowej napełniał właśnie filiżanki.

– Ja chętnie – przystał Sebastian.

Toaleta na parterze była zajęta, Zora pobiegła więc na piętro. Zobaczyła uchylone drzwi do łazienki, wewnątrz paliło się światło, chyba ktoś tam był. Nie miała zamiaru być taktowna, właśnie balansowała na granicy fizjologicznej wytrzymałości. Otworzyła drzwi…

Ruda kobieta siedziała na kafelkach, zieloną sukienkę miała podciągniętą prawie do pachwin. Przed sobą trzymała otwartą torebkę. Czegoś w niej szukała. Sedes na szczęście był wolny. Zora bez słowa minęła kobietę, zsunęła spodnie i usiadła na muszli. Sikając, obserwowała tamtą. Rozpoznała ją. Rude włosy i bujna figura, to fryzjerka Pauliny. Kobieta oddychała głośno jak po wysiłku. Co chwilę potrząsała torebką, chyba nie mogła znaleźć szukanej rzeczy, w końcu wysypała całą zawartość, rozmaite drobiazgi potoczyły się po kafelkach. Pomadka do ust zatrzymała się przy stopach Zory. Kobieta podniosła fiolkę, otworzyła ją drżącymi dłońmi i wydobyła jedną pastylkę. Połknęła ją natychmiast.

Zora umyła ręce, potem ostrożnie, żeby nie rozdeptać drobiazgów, zbliżyła się do kobiety.

– Źle się czujesz? Może pomóc? – zapytała.

Kobieta odrzuciła głowę do tyłu, opierając ją o brzeg wanny. Przymknęła oczy i syknęła:

– Spierdalaj.

Zora miała już się odwrócić i odejść, ale jej uwagę zwróciło podłużne brązowe znamię wyłaniające się spod zielonego rękawa sukienki. Kobieta miała mleczną karnację, przez co znamię wyglądało nienaturalnie, jak gdyby na skórę upadł skrawek nieostrożnie jedzonej czekolady. Mimowolnie Zora przesunęła wzrok na białe, obfite uda, które na ułamek sekundy rozchyliły się mocniej, i ujrzała coś, co widziała u współlokatorki z celi, dwa okrągłe punkty czerwonawej barwy. Takie blizny powstają po zgaszeniu papierosa na skórze. Zora chciała jeszcze raz rzucić okiem na te ranki, żeby się upewnić, bo może to tylko uczulenie. Złapała kobietę za kolana i rozchyliła jej nogi. Nie, nie pomyliła się, to już nie były świeże blizny, niebieskawe przebarwienie w centralnej części wskazywało na początek martwicy.

– Kto ci to zrobił? – zapytała ostro.

Mało prawdopodobne, żeby kobieta sama gasiła fajkę na swoim udzie. Nawet jeżeli miała skłonności masochistyczne i podjęłaby taką próbę, to do tak mocnego poparzenia by nie doprowadziła. Papieros żarzy się w temperaturze tysiąca stopni, nie zdołałaby zgasić go na skórze, nie wytrzymałaby potwornego bólu.

Kobieta zaczęła machać rękami na oślep, zaciśniętą pięścią uderzyła Zorę w nogę. Piskliwym głosem żądała, żeby ją zostawić w spokoju. Zora postanowiła teraz ustąpić, ale zajmie się tą sprawą później, razem z Niedźwiedziem.

Zbiegła na parter. Sebastiana znalazła w kuchni, pił kawę i rozmawiał z dziewczyną w fioletowych spodniach. Zora wzięła sobie filiżankę i przysiadła na brzegu taboretu. Patrzyła na tych dwoje. Sebastian wyglądał na lekko znudzonego, niecierpliwie uderzał palcami o oparcie krzesła i rozglądał się na boki, za to dziewczyna wydawała się pochłonięta rozmową.

Do kuchni weszła Paulina, sunęła z gracją na smukłych nogach, jej szaroperłowa sukienka połyskiwała przy każdym kroku. Zbliżyła się do Zory i wyjęła jej z dłoni niedopitą kawę, a w zamian wręczyła pełną szklankę.

– To drink przygotowany specjalnie dla ciebie. Mój Michał go zrobił.

Zora czuła, jak marznie jej dłoń od oszronionego szkła. Wzięła pierwszy łyk i przytrzymała go w ustach, próbując rozpoznać skład. Nie było to nic wymyślnego, ananas i wódka, bardzo dużo wódki, Niedźwiedź przesadził z ilością, no i jeszcze kostki lodu. Jeden łyk, drugi, trzeci… Wysokoprocentowy płyn spływał do żołądka palącym strumieniem. Chciała wstać i podejść do Sebastiana, żeby go uwolnić od tej nudziary, nie mogła się jednak podnieść, bo biodra stały się niemiłosiernie ciężkie. Złapała się za kredens i z wysiłkiem postawiła swoje ciało do pionu. Sebastian i jego rozmówczyni zaczęli przed nią wirować jak w kalejdoskopie. Zora przymknęła oczy. Co jest? Czyżby się upiła? Ta refleksja nie powstrzymała jej przed dalszym alkoholizowaniem się. Przyłożyła szklankę do ust i pociągnęła kilka dużych łyków. Otworzyła oczy. Sebastian i dziewczyna w fioletowych spodniach rozpadli się na drobne części, aby za chwilę znowu stać się sobą. Zora czuła, że jakaś siła ciągnie ją do dołu, więc osunęła się na krzesło. Chciała znowu się napić, ale szklanka znikła. Nie upuściła jej, przecież usłyszałaby brzdęk. Chyba ktoś ją wyjął z jej dłoni. Zobaczyła przed sobą twarz Sebastiana, bardzo odmienioną, nieprzyjemną. Zamknęła oczy. Już nie dotykała stopami podłogi, za chwilę było jeszcze gorzej, zanurkowała głową w dół. Z wysiłkiem otworzyła oczy i nad swoją głową ujrzała schody. Był to tak absurdalny widok, że natychmiast zacisnęła powieki. Zanim jej świadomość straciła ostatni punkt zaczepienia z rzeczywistością, Zora poczuła jeszcze zimną pościel pod gołymi plecami.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Text copyright © by Agnieszka Pietrzyk 2017

All rights reserved

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2017

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Redaktor: Krzysztof Tropiło

Projekt i opracowanie graficzne okładki: Katarzyna Borkowska / [email protected]

Fotografia na okładce © Tony Watson / Arcangel

Wydanie I e-book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Czas na miłość, czas na śmierć, wyd. I, Poznań 2017)

ISBN 978-83-8062-833-5

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08

fax: 61 867 37 74

e-mail: [email protected]

www.rebis.com.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer