Wydawca: Fabryka Słów Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 160 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Czas mgieł - Maja Lidia Kossakowska

Amnezja. Wspomnieniom wstęp wzbroniony!

Milkną działa. Demony wojny, opite krwią jak bąki, wpełzają w swoje leża. Ale Ci, którzy przetrwali, nie zaznają wybawienia.

Rozdarte wybuchami ciała, śmiertelne krzyki wrogów, pomordowani koledzy. Chcą wrócić! Wyłamać zamknięte amnezją furtki wspomnień. A może ty także już nie żyjesz?

Nadchodzi mgła, a z nią upiory przeszłości. Czasami lepiej nie pamiętać.

Ostatnia z czterech opowieści cyklu "Upiór Południa", zapisków znad krawędzi świata związanych wspólnymi motywami upału i demonów. Na upiorną kolekcję składają się: Upiór Południa. Czerń, Upiór Południa. Pamięć Umarłych, Upiór Południa. Burzowe Kocię, Upiór Południa. Czas mgieł.

Tapety na pulpit:

1280x800:

Opinie o ebooku Czas mgieł - Maja Lidia Kossakowska

Fragment ebooka Czas mgieł - Maja Lidia Kossakowska

Spis treści
Okładka
Karta tytułowa
Upiór Południa
Czas Mgieł (fragment)
Upiór Południa. Epilog
Książki Mai Lidii Kossakowskiej
Maja Lidia Kossakowska
Karta redakcyjna

Upiór Południa

CzerńPamięć UmarłychBurzowe KocięCzas Mgieł

„Siła wraża krzywdę czyni”

Bertran de Born „Sirventes o rękawicy”

„Nagle zatrzymały mnie rozpostarte, twarde ramiona. Uderzyłem czołem w coś, co brzęknęło blaszanie i upadłem na kolana. Wyczułem pod nimi elastyczną giętkość łodyg kwietnych, pewnie późnych georginii. Więc wyciągnąłem dłonie i odnalazłem przed sobą czworogranny słup. Jąłem wspinać się po nim palcami, aż natrafiłem ramię poprzeczne. Klęczałem przed krzyżem”.

Tadeusz Konwicki „Sennik współczesny”

Czas Mgieł

Nataniel ściskał rączkę swojej niewielkiej walizki niczym dłoń ostatniego przyjaciela. Rozglądał się niepewnie.

Żar lał się z bladego, cynowego nieba, topiąc pusty dworzec w morzu gorąca.

Mały spłachetek peronu sterczał spośród zielska niczym samotna wyspa. Biały budynek dworca wydawał się wyschły i skurczony od słońca i wiatru, porzucony wśród łąk jak ogryziona kość. Farba odłaziła płatami od ścian, odsłaniając szare liszaje desek.

Nataniel odgarnął lepkie strąki włosów ze spoconego czoła. Czas był spojrzeć prawdzie w oczy. Nikt na niego nie czekał.

Jedyne pasażerki, które wraz z nim wysiadły z pociągu, dwie z wiejska odziane staruszki, kolebiące się pod ciężarem koszy jajek i masła, dawno już zniknęły w zaroślach okalających stacyjkę. Zielona, sielska cisza pochłonęła odległe posapywanie lokomotywy. Między podkładami pleniło się zielsko, szyny zrudziały od rdzy.

Mógłbym przysiąc, że nic tędy nie przejeżdżało od wieków, pomyślał z nagłym niepokojem.

Martwota dworca wydała mu się naraz przytłaczająca, niemal wiekuista. Powietrze drgało upałem, zamazywało kontury przedmiotów, zabudowania zdawały się migotać, nierzeczywiste niczym złudzenie. Czarne dziury okien zachodziły bielmem brudnych, potłuczonych szyb.

To kompletna ruina, stwierdził ze zdziwieniem Nataniel.

Stał bezradny na betonowej wyspie peronu, oblepiony słonecznym blaskiem, niezdolny do podjęcia żadnej decyzji. Nie mógł się otrząsnąć z nieprzyjemnego wrażenia, że śni, a podróż, którą odbył, tak naprawdę była jedynie halucynacją.

Walizka ciążyła mu w dłoni, więc poruszył zaciśniętymi na rączce palcami. Jakoś nie potrafił się zdobyć, żeby postawić bagaż na ziemi, zupełnie jakby był kotwicą utrzymującą go w rzeczywistości.

– Na litość boską – szepnął do siebie. – Przecież przyjechałem tym cholernym pociągiem. Dlaczego nikt po mnie nie wyszedł? Jak się nazywa ta dziura? Ciche? Szare? Ciemne? Do diabła, zapomniałem.

Zadrżał, a w głębi duszy ocknął się nagły lęk, zimny, groźny, niedobry. Bo chociaż ciało dobrze pamiętało każdą deskę twardej jak kamień ławki w przedziale, umysł niczego dokładnie nie pamiętał. Owszem, swobodnie tasował odległe wspomnienia, dzieciństwo, wczesną młodość, rodzinny dom, bliskich, ale te obrazy nie układały się w żadną spójną historię. Przypominały album z fotografiami. Im bliżej teraźniejszości, bardziej rozmytymi, nieczytelnymi, jakby ktoś prześwietlił klisze. W pewnym miejscu zaczynała się wielka opalizująca dziura, obejmująca okres kilku miesięcy, czas, który zwykle mieści się pomiędzy przeszłością a chwilą obecną. Przerażająca pustka zupełnej amnezji.

Nataniel czuł, że doznał wtedy jakiejś dojmującej straty, ale nie potrafił jej sobie uświadomić.

Nawet wspomnienia z odbytej przed chwilą podróży zachodziły już mgłą, blakły. Roiły mu się jako półsenne obrazy, zamazany katalog strzępów. Poważne brązowe twarze, poorane niczym wiosenne pola. Dłonie o spękanych paznokciach statecznie zaplecione na pałąkach koszy wyładowanych gdaczącym i syczącym drobiem. Poczerniałe drewniane ławki i monotonna smuga krajobrazu za oknem.

Wszechobecny zapach świeżej ziemi i cebuli wypełniał szczelnie przedział, lepki i natrętny. Ślad tej woni pozostał jeszcze na jego koszuli, ukryty w zagnieceniach materiału.

Cała podłoga wagonu była zastawiona stertami tobołów, węzełków i koszy. Pamiętał, że on sam tkwił wciśnięty w kąt pod oknem, nie mając gdzie podziać nóg, podczas gdy dorodna gęś przysiadła na jego butach.

Ale skąd przyjechał? Gdzie wsiadł do pociągu? Nie miał pojęcia.

Jedyne, co kołatało mu w głowie, to cel podróży. Kretyńska, pretensjonalna nazwa pensjonatu, w którym miał się stawić. „Purpurowa Magnolia”. Szczyt tandety, kojarzący się z nadmiarem różowego koloru i mdłymi posiłkami serwowanymi o zbyt wczesnych porach.

Wiedział też, że tak naprawdę nie był to przytulny hotelik w modnym kurorcie, ale położona na uboczu eksperymentalna klinika psychiatryczna. Został tu skierowany na obserwację. Przymusową obserwację.

Zrobili ze mnie wariata, pomyślał z goryczą. Biednego świra, któremu trzeba przecież pomóc. Co za draństwo.

Sporo słyszał o takich specjalnych szpitalach. Lęk przed zamknięciem w podobnej umieralni prześladował go od lat, powracał w najmniej spodziewanych chwilach niczym dotknięcie zimnej, trupiej ręki. Teraz ta ręka zaciskała palce na jego ramieniu, prowadząc go ku nieuniknionemu, wprost w paszczę „Purpurowej Magnolii”.

Zdumiewające, że na peronie nie czekał pluton biało umundurowanych pielęgniarzy o barach bokserów i mordach złych psów. W końcu był więźniem, mięsem do rozszarpania, jednostką zbędną i niebezpieczną. W pociągu miał przecież eskortę. Pamiętał jak przez mgłę dwóch rosłych, milczących tępaków w skórzanych marynarkach. Łapy niby granitowe otoczaki i kwadratowe gęby, drewniane jak maski. Siedzieli obok, na sąsiedniej ławce, ćmiąc pety. To chyba nie mogli być jacyś przypadkowi podróżni, nie z tymi oczami jak u psów szykujących się do walki. Rzeczywiście z nim jechali czy tylko tak mu się wydawało? Teraz niczego już nie był pewien. Ale, do diabła, musieli z nim jechać. Przecież nie puściliby go samego, nawet gdyby był związany i nadany pocztą jak paczka. Znał ich metody.

Pewnie po drodze stwierdzili, że z niego nic już nie będzie, że jest pusty, niepotrzebny jak śmieć. Że nikomu niczym nie jest w stanie zagrozić. Nawet ich pieprzonej idei. Dlatego nie wysiedli, nie przekonali się, czy ich kumple odbiorą go na dworcu. Wykopali go po prostu z pociągu i pojechali dalej. Tymczasem tutejsi tajniacy nawet się nie pofatygowali na peron. Nie po cierpiącego na amnezję, bezbronnego wariata.

Lekceważą mnie, zrozumiał z bólem. Wiedzą, że nie odważę się uciec. Jak po sznurku pójdę tam, dokąd mi każą.

To była przykra, kwaśna, podszyta tchórzem prawda, której musiał jednak stawić czoła. Nie stać go było na bohaterstwo.

Rozprażone niebo wylewało na peron kubły żaru. Nataniel westchnął. Powinien ruszyć tyłek, poszukać tej cholernej „Magnolii”. W końcu nie może tu tkwić w nieskończoność.

Gęstwina krzaków zamykała stacyjkę zielonym murem. Powlókł się niechętnie w jej kierunku i rozgarnąwszy kurtynę liści, przelazł na drugą stronę.

Przed sobą zobaczył piaszczystą drogę, rozciągniętą wśród pól jak zdechły wąż. Ciemna obręcz lasu dławiła horyzont. Wielka lipa rozsiadła się na skraju traktu, przysadzista, podobna do wiejskiej baby. W rowie jak oszalałe cykały świerszcze. Blade kwiaty o mięsistych liściach roztaczały słodki, mdlący aromat padliny. Od upału kręciło się w głowie. Parne powietrze wdzierało się do płuc niechętnie, dławiące jak knebel.

Co za kąt zapadły, pomyślał ponuro Nataniel. Ostatnie zadupie świata.

Oślepiony słońcem dopiero po chwili zauważył, że w cieniu drzewa coś się poruszało. Zatopiona częściowo w zielsku, przekrzywiona niebezpiecznie dwukółka o wyglądzie antycznego rydwanu. Posępny kary koń z wysiłkiem wyciągał chudą szyję, usiłując dosięgnąć chwastów w rowie. Na koźle w niedbałej pozie spoczywał ubrany na czarno mężczyzna. Wachlując się kapeluszem, spoglądał w stronę lasu.

Na widok pojazdu i woźnicy Nataniel uczuł nieprzyjemny skurcz w okolicy mostka.

Przed sekundą nie było tu tej bryczki, stwierdził z niepokojem. Przecież nie mogłem jej nie zauważyć. Stoi za blisko. Szkapa z dwukółką to nie zapomniany parasol czy pakunek, który łatwo przeoczyć. Mam ataki katalepsji czy co? Chryste, chyba rzeczywiście wariuję.

Mężczyzna siedzący na koźle odwrócił się nagle w jego stronę i pomachał na powitanie.

Niemożliwe, żeby przyjechał po mnie, pomyślał Nataniel, który spodziewał się raczej zakratowanej karetki.

Ruszył jednak niespiesznie w stronę bryczki. Walizka ciężko obijała mu się o nogi.

– Przepraszam, czy dojdę tędy do pensjonatu „Purpurowa Magnolia”?

Woźnica miał przystojną, orlą twarz, która pewnie zachwyciłaby niejedną kobietę. Wydawał się całkowicie pozbawiony wieku, jakby dryfował gdzieś swobodnie między trzydziestką a sześćdziesiątką. W zębach trzymał grube, drogie cygaro.

– Pan przyjechał na kurację, prawda? Proszę wybaczyć, że nie wyszedłem po pana na peron, ale źle znoszę upały, a pociągi przychodzą tutaj bardzo niepunktualnie. Nazywam się Lampet. Leonidas Lampet. Jestem dyrektorem kliniki.

Wyciągnął dłoń. Miał zdecydowany, mocny uścisk. W ogóle sprawiał wrażenie człowieka, który dobrze wie, czego chce. Wyglądał jak gwiazdor filmowy, pewien swej sławy i talentu. Nawet odzywał się głębokim, miękkim głosem, stworzonym, aby rozbrzmiewać z ekranu w ciemności sali kinowej.

Tylko to absurdalne nazwisko, pomyślał Nataniel. Pseudonim szarlatana. „Cudowna kuracja doktora Lampeta troski twe, bracie, w radość przemieni”. Już pana nie lubię, szanowny dyrektorze.

– Miło mi poznać pana – ciągnął doktor, okraszając przemowę olśniewającym uśmiechem, spreparowanym tak, żeby powalać na kolana rzesze rozanielonych paniuś. – Nie pytam, czy przyjemnie minęła panu podróż, bo oczywiście nie mogła minąć przyjemnie. Komunikacja to jedna z tutejszych niedogodności. To ciche miejsce, położone z dala od miast, cywilizacji. Świat prostych ludzi. I przyrody. Proszę tylko spojrzeć na ten krajobraz.

Powiódł wzrokiem po polach z taką dumą, jakby je osobiście stworzył.

Nataniel milczał. Skoro nie znalazł się tutaj z własnej woli, nie musiał silić się na uprzejmość.

Przynajmniej tyle, stwierdził z goryczą.

Niezrażony Lampet uśmiechał się wciąż serdecznie i filmowo.

– Proszę, niech pan wsiada. Zapewniam, że bryczka nie jest tak niewygodna, na jaką wygląda. Czy to pański jedyny bagaż?

Wskazał na walizkę.

– Tak – przyznał Nataniel, a w tej samej chwili głęboko pod mostkiem znów uczuł bolesne tąpnięcie lęku. Zdał sobie nagle sprawę, że nie ma pojęcia, co się znajduje w walizce.

Chyba ubrania, pomyślał niepewnie. Dobry Boże, naprawdę potrzebuję psychiatry.

Lampet nijak nie dał po sobie poznać, że zauważył nagłe zmieszanie pacjenta.

– Wobec tego niech pan wrzuci bagaż do tyłu. Mało tam miejsca, ale walizka na pewno się zmieści.

Nataniel posłusznie spełnił polecenie i wgramolił się na siedzenie bryczki. Pot zalewał mu oczy, mokra koszula lepiła się do pleców, a w umyśle kłębiły się, zderzając ze sobą, sprzeczne myśli i odczucia. Im usilniej starał się przywołać w pamięci wspomnienia ostatnich dni, tym bardziej był skołowany. W opalizującej mgle wyświetlał się uporczywie jeden napis. Amnezja.

Lampet ściągnął lejce, zmuszając konia do uniesienia łba znad rowu pełnego zielska. Szkapa niechętnie targnęła głową, zadrobiła w miejscu, kopyta ześlizgnęły się po pochyłości, a dwukółka zachybotała niebezpiecznie.

– Cerber, bądź łaskaw uważać! – fuknął doktor. – Wywrócisz nam pacjenta!

Zwierzak wyszczerzył żółte zęby w złośliwym grymasie, ale wrócił posłusznie na drogę, jakby zrozumiał reprymendę.

– Nazwał pan konia Cerber? – zdziwił się Nataniel.

Lampet uśmiechnął się kwaśno.

– To imię doskonale do niego pasuje. Musi pan przyznać, że ma bardzo infernalny wygląd. Zresztą w zeszłym wcieleniu mógł być psem.

– No to awansował – mruknął Nataniel, który nie lubił psów. Wielkie czarne pyski z obnażonymi kłami jakoś źle mu się kojarzyły. – W następnym zostanie pewnie lekarzem.

Doktor się nie roześmiał. Zmierzył pacjenta przenikliwymi, bardzo ciemnymi oczami, które zdawały się nie mieć dna, jak czyste nocne niebo. Mimo upału Nataniel poczuł na plecach dreszcz chłodu.

– Pan się myli, przyjacielu. To nie ja jestem pańskim wrogiem. Mam nadzieję, że w końcu się pan o tym przekona.

No i znaleźliśmy się w domu, zrozumiał Nataniel z goryczą podbarwioną rozczarowaniem, bo Lampet zdołał go odrobinę zaintrygować. Znów te same głupie frazesy.

– Już to przerabiałem – warknął. – Pewnie sam nim jestem, co?

Kąciki ust lekarza drgnęły, jakby usłyszał coś zabawnego, ale wrodzone poczucie taktu nie pozwoliło mu się roześmiać. Zaciągnął się głęboko cygarem. Jego rysy zatonęły w kłębach dymu niczym w woalce.

– Och, nie – rzucił swobodnym tonem. – Starał się pan bardzo, ale nie.

Nataniel odwrócił głowę, zmęczony i zniechęcony. Lampet go zirytował. Promieniował tym wszechwładnym profesjonalizmem, tym zadufanym poczuciem lekarskiej wyższości. Cholerny zegarmistrz ciała i duszy. Był taki sam jak wszyscy inni. Nadęty i nudny.

Nagle zapragnął zapalić. Nie przypuszczał, żeby pozwolili mu zaopatrzyć się w papierosy, ale odruchowo sięgnął do kieszeni koszuli i ku swemu zdziwieniu wydobył pomiętą paczkę. Wyciągnął jednego, obrócił w palcach. Tytoń zaszeleścił sucho, z bibułki posypały się złote drobiny. Papieros był wyschły na wiór. Rozpadał się pod najmniejszym dotknięciem, jakby paczka przeleżała w kieszeni całe lata.

Nataniel jęknął w duchu.

To niemożliwe. Przecież musiał kupić tę piekielną paczkę na dworcu. Nie mogli mu chyba sprzedać tytoniu sprzed potopu szwedzkiego. A może to taki ich żarcik? Masz, zapal se, synku, he, he, he... Papierosek w sam raz dla szanownego pana.

Nie wiedział. Niczego nie potrafił sobie przypomnieć.

Przesunął dłonią po twarzy.

Dość mam, pomyślał. Po prostu dość.

– Pańskie kłopoty z pamięcią mają źródło zupełnie gdzie indziej, niż pan sądzi – usłyszał przy uchu głęboki głos doktora.

Drgnął poirytowany. Konował zdecydowanie za wiele sobie pozwalał.

– Już pan postawił diagnozę? – warknął gniewnie.

Lekarz obrócił na niego oczy podobne do studni czarnej wody.

– Ależ skąd – powiedział spokojnie. – Ja po prostu widzę.

Nataniel stracił panowanie nad sobą.

– Widzi pan? Promieniami w oczach? Mesmeryzm pan jakiś uprawia czy chiromancję? Nie bardzo mi się podobają te pańskie tajemnice, mistyki i brednie, doktorze Lampet. Ma mnie pan w garści. Obaj doskonale o tym wiemy. Może pan ze mnie robić swego królika doświadczalnego, ale nie idiotę. Zrozumiał pan? I proszę wreszcie skończyć z tymi gierkami, mydleniem oczu, sztuczną uprzejmością, że niby przyjechałem tu do sanatorium, że na kurację i takie tam. Nie życzę sobie taniego współczucia... – urwał nagle.

Bo mnie upokarza, dodał w myślach.

– Niepotrzebnie się pan unosi – głos dyrektora brzmiał spokojnie i pewnie. – Nikt tu nie chce pana skrzywdzić, zapewniam. A pozór, jako fasada przesłaniająca rzeczywistość trudną do przełknięcia, czasami bywa błogosławieństwem, Natanielu.

– Tylko dla słabych lub podłych, doktorze Lampet.

Lekarz nie odwrócił głowy. Powoził, spokojnie ćmiąc cygaro.

– Proszę mi powiedzieć – odezwał się po chwili. – Dlaczego pan się tu znalazł? I co pan robił w czasie ostatnich kilku miesięcy?

Nataniel milczał.

Bryczka, kolebiąc się na wybojach, wjechała w las.

Zadrżał, gdy tylko usłyszał ten przejmujący, tęskny, nieludzki śpiew.

– O słodki czasie, który odszedłeś, we mgle, we mgle...

Tak mógł śpiewać anioł, który zagubił drogę do raju. Słowa powtarzały się ułożone w bolesną, nieznośną mantrę.

– O słodki czasie...

Czysty jak szkło żeński głos zawodził w lesie, przepełniony najgłębszą rozpaczą. Nawet gałęzie zdawały się pochylać z uwagą, kłonić ze współczuciem pęki liści. W dusznym upale południa ten wibrujący smutkiem, czarowny ton wydawał się głosem z innego świata.

Z głębin Tartaru, pomyślał Nataniel i znów się wzdrygnął.

Doktor zdawał się nie słyszeć jękliwego zaśpiewu, koń też człapał cierpliwie, całkowicie obojętny. Kościsty zad z wiechciem ogona poruszał się miarowo w ramie dyszli.

Głos był coraz bliżej. Nataniel starał się zachować spokój, ale mimowolnie kręcił głową, wlepiając wzrok w gęstwę krzaków. Chybaby się nie zdziwił, gdyby spomiędzy zieleni wychynęła trójkątna, blada twarzyczka driady. Lampet zauważył zaciekawienie pacjenta.

– Regina – mruknął krótko, jakby to wszystko wyjaśniało.

– We mgle, we mgle... – wołała słodko śpiewaczka, a pulsujące upałem serce lasu omal od tego nie pękło.

Lampet nasłuchiwał chwilę, a potem ściągnął lekko lejce i westchnął.

– Znowu daje występy. Boję się, że beze mnie sobie nie poradzą. Proszę poczekać tutaj, dobrze?

Bryczka zatrzymała się ze skrzypieniem, a Cerber natychmiast wyciągnął wąski, żarłoczny pysk do osinowych gałązek zwisających nad drogą. Doktor zeskoczył z kozła, niedbale rzucając cugle, i spiesznym krokiem ruszył w stronę, skąd dochodził głos.

Nataniel został sam, kolebiąc się na siedzeniu dwukółki, zdany na kaprysy skubiącego liście konia, bo lejce ześlizgnęły się po kościstym boku na piasek. Poczuł się nagle nieco skonfundowany, czekając nie wiadomo na co w staroświeckim, chybotliwym pojeździe, niczym Achilles zignorowany przez Hektora.

Tęskny śpiew wciąż dobiegał z gąszczu, przybliżając się, to znów oddalając, wabiący i budzący niepokój. W głębi lasu słychać było nawoływania przynajmniej kilkorga osób.

– Pewnie to poważna sprawa – mruknął Nataniel, trochę do siebie, a trochę do szkapy imieniem Cerber. – Skoro sam Prospero ruszył na łowy. Witamy w domu wariatów, co, stary?

Koń parsknął rozgłośnie.

– O słodki czasie... – zakląskał nagle czarowny głosik gdzieś bardzo blisko, w przydrożnych krzakach. Drobne dłonie rozgarnęły gałązki i na trakt wybiegła odziana w powłóczystą biel kobieta. Za nią na kształt osobliwych skrzydeł powiewał gruby włóczkowy szal w pomarańczowe kwiaty. Twarz miała bladą jak rozwodnione mleko, mysie włosy upięte w niedbały kok. Na wąskim, długim nosie, przecząc prawom grawitacji, utrzymywały się jakoś ogromne rogowe okulary.

Nataniel rozdziawił ze zdumienia usta. Domniemana nimfa okazała się chudą wariatką dobrze po pięćdziesiątce. To, co wziął w pierwszej chwili za koronkową suknię, było w rzeczywistości nocną koszulą.

– We mgle, we mgle... – zanuciła jeszcze nieznajoma, a potem urwała.

Zrobiła parę tanecznych kroków i znalazła się tuż obok bryczki. Uniosła głowę, z natężeniem wpatrując się w twarz mężczyzny. Widział za szkłami jej rozbiegane, ogromne oczy, pływające niczym egzotyczne ryby w za ciasnych akwariach.

– Młodzieńcze! – odezwała się dziwnie zgrzytliwym głosem, jak na kogoś, kto przed chwilą wydobywał z gardła tak czarowne tony. – Czy ty także w godzinie próby wybrałeś mrok zamiast światłości?

Nataniel otworzył usta, ale nie zdobył się, żeby wykrztusić choć słowo. Nie miał pojęcia, jak rozmawiać z szaleńcami.

Ale niedługo będzie musiał się nauczyć, uświadomił sobie w nagłym przebłysku, który nadszedł jak wstrząs. Bo to będzie teraz jego jedyne towarzystwo. Mimo upału poczuł dreszcz chłodu na plecach.

Wariatka w nocnej koszuli wciąż z napięciem świdrowała oczami twarz mężczyzny.

– Czy wybrałeś mrok? – powtórzyła.

Z tyłu, za bryczką, zaszeleściły krzaki.

– Regino, uspokój się, proszę! – ozwał się stanowczy żeński głos.

Nataniel odwrócił głowę. Na drodze stała wysoka młoda kobieta ubrana w brązową sukienkę. Bardzo ładna kobieta. Dyszała lekko, jak po długim biegu. W ciemne, starannie związane włosy wplątało się kilka sosnowych igieł. Równe, wyraźne smugi brwi marszczyły się gniewnie, w oczach o głębokiej barwie mokki widać było irytację. Pełne piersi, ściśnięte materiałem sukienki, falowały niczym wzburzone morze.

– Na miłość boską! Szukamy cię już od świtu! Zostaw natychmiast tego miłego pana i chodź ze mną do domu. Wszyscy się zamartwiają. Pan wybaczy – zwróciła się do Nataniela. – Regina, jak by to powiedzieć, bywa bardzo niezrównoważona. I jeszcze ten upał! Potęguje objawy.

Zdecydowanym ruchem ujęła śpiewaczkę pod ramię.

– Nie ociągaj się, moja droga. Na dziś wystarczy, uwierz mi, proszę.

Wariatka ruszyła niechętnie, ale nagle targnęła ręką, odwracając ku Natanielowi twarz.

– Mrok jest w nas! – krzyknęła rozdzierająco. – W tobie także! Zobaczysz! Kiedy tylko nadejdzie Czas Mgieł!

– Regino, dosyć! – zagrzmiał ostry głos doktora Lampeta.

Dyrektor kliniki wyłonił się z chaszczy z twarzą raczej zasmuconą niż gniewną. Jednak wariatka skuliła się, spuściła wzrok i natychmiast umilkła.

Lekarz westchnął.

– Dlaczego nie pozwalasz sobie pomóc? – odezwał się cicho. – To już tyle lat, Regino.

Po bladych policzkach kobiety zaczęły płynąć łzy. Stała nieruchoma, otulona pomarańczowym szalem, niczym szalona, dawno zapomniana bajkowa królewna, po którą nie zgłosił się żaden dzielny rycerz.

– Dziękuję ci, Letycjo – zwrócił się do dziewczyny. – Pielęgniarze już tu idą. Zaraz się nią zajmą.

Skinęła tylko głową, puszczając ramię chorej.

– Widzisz, co narobiłaś? – burknęła z wyrzutem. – Przez ciebie mam teraz pełno piasku w butach. Nawet nie wiesz, jak to okropnie uwiera!

Pochyliła się i balansując na jednej nodze, zaczęła ściągać brązowy, lakierowany trzewik.

Zażenowany całą sytuacją Nataniel siedział wysoko na koźle, czując się trochę jak duch unoszący się ponad jakąś sceną z innego czasu.

Gdzie ja trafiłem? – pomyślał ze zdumieniem.

Lampet obrócił na niego ciemne, głębokie oczy.

– Przepraszam za zamieszanie. To się zdarza w naszej pracy, rozumie pan. A Regina jest naprawdę ciężkim przypadkiem. Upewnię się, że pielęgniarze nadchodzą, i zaraz ruszamy.

Rzeczywiście nadchodzili, a raczej biegli. Nataniel widział ich z wysokości bryczki. Trzech rosłych młodych ludzi w białych kitlach, o nieruchomych, uderzająco regularnych rysach cherubów. Gdyby nie różnił ich kolor włosów, wyglądaliby jak bracia bliźniacy.

– O, są! – ucieszył się doktor. – No to możemy jechać.

Podjął wodze i wskoczył na kozioł.

– Do zobaczenia na kolacji, Letycjo. Nie zapomnij o popołudniowych zabiegach – rzucił, cmoknąwszy na konia.

Ciemnowłosa kobieta znów tylko skinęła głową.

Dom wariatów to istny dom wariatów, pomyślał sobie Nataniel i uśmiechnął się lekko.

– Pan nic nie mówi? – spytał doktor. – Nie chce pan żadnych wyjaśnień?

Pacjent wzruszył ramionami.

– Co tu wyjaśniać? Ta biedna kobieta jest psychicznie chora. Ja nie lubię dużo gadać, doktorze. Dobrze mnie nauczono dyskrecji – mruknął, zanim zdążył ugryźć się w język.

Na ustach dyrektora pojawił się krzywy uśmieszek.

– Ano, jak pan chce. W końcu milczenie złotem.

Nie odezwał się już, tylko klasnął lejcami o kościsty grzbiet Cerbera, zmuszając go do słabego truchtu.

„Purpurowa Magnolia” zupełnie rozmijała się z wyobrażeniami Nataniela na temat kliniki psychiatrycznej. Główny pawilon przypominał płaską, rozległą willę zagubioną w środku lasu. Na mieszkania dla pacjentów przeznaczono bliźniacze drewniane domki niedbale rozrzucone po terenie ośrodka. Wielkie werandy i wykończenia w stylu kolonialnym nadawały całości wyglądu staroświeckiego kurortu, który potęgował jeszcze budynek term, wyglądający jak dziewiętnastowieczna pijalnia wód.

Jasnowłosy młody pielęgniarz imieniem Ambroży z uprzejmą obojętnością poniósł walizkę Nataniela do wyznaczonej kwatery. Nowy pacjent z ociąganiem oddał bagaż w obce ręce. W końcu w środku znajdowało się wszystko, co wiązało się z przeszłością. Tą opalizującą plamą, która rozlewała się w jego mózgu niczym zakola rzeki Lete.

Domek, położony w głębi lasu, z dala od głównego budynku kliniki, okazał się wygodny i schludnie urządzony. Z szerokiej werandy dwa wejścia prowadziły do dwóch oddzielnych kwater. Natanielowi przypadły drzwi opatrzone mosiężną tabliczką „16 B”. W środku przez niewielki korytarzyk przechodziło się do sporej sypialni, z oddzielną łazienką, za którą nowy pacjent podziękował w duszy dobrym bogom.

Ambroży poinformował gościa, kiedy zaczyna się kolacja, a potem zostawił go samego. W pokoju stało zaledwie kilka sprzętów. Żelazne łóżko nakryte włóczkową kapą, dębowy stół z dwoma krzesłami, mała etażerka i szafa wtłoczona w kąt obok drzwi do łazienki. W przeciwległym rogu rozpierał się duży piec z zielonych kafli. Całość rzeczywiście sprawiała wrażenie pokoju w pensjonacie, a nie pustej, cuchnącej moczem, zakratowanej celi z koszmarów Nataniela.

W łazience znajdowała się niewielka żeliwna wanna na lwich nóżkach, kwadratowa umywalka i sedes z drewnianą deską, wszystko wypucowane na wysoki połysk. Pod sufitem, na kształt złocistego gniazda os, wisiał mosiężny baniak do grzania wody. W wysokiej białej szafce z oszklonymi drzwiami leżały równo poukładane ręczniki, piżamy, zmiana pościeli, a nawet szary, kosmaty szlafrok. Na półeczce przy lustrze czekały nowe przybory do golenia.

Nataniel wrócił do pokoju, otworzył szafę. W jej wnętrzu, tak jak się spodziewał, znalazł czyste, nieużywane ubrania i buty. Nie musiał nawet przymierzać. Był pewien, że rozmiar pasuje.

Usiadł ciężko na łóżku, aż skrzypnęły sprężyny.

Czemu to robią? – zastanawiał się gorączkowo. Myślą, że się nabiorę, że zacznę mówić? Uwierzę, że z nich takie dobre wujki?

„Rozumiecie, trzeba przecież zacząć żyć od nowa. Każdy ma prawo do błędów, zwłaszcza taki młody. My pomożemy wam, jeśli i wy nam pomożecie. No, to jak będzie?”

Nataniel zacisnął pięści.

– Niedoczekanie! – warknął zdławionym głosem. – Ot, tyle będzie, kanalie!

Już dawno się zdecydował. Żadnej zdrady. Nawet gdyby mieli wywlec go stąd siłą i wpakować za kraty. Może i był słabym człowiekiem, ale nie draniem.

Nabrał głęboko powietrza, próbując się uspokoić. Nie chciał, żeby ktokolwiek widział jego wzburzenie. Jeśli mają ochotę bawić się w te pozory, proszę bardzo. W ten sposób niczego z niego nie wyciągną.

– No, stary – uśmiechnął się z goryczą. – Nie jest źle. Ciesz się z tego, póki możesz.

Zerknął na stojącą pośrodku podłogi walizkę. Nagle wydała mu się złowroga jak odbezpieczony granat.

W środku wcale nie ma ubrań, przemknęło mu przez myśl. Nie ma, skoro wszystko tu na mnie czeka. Więc co jest? Martwe zwierzę? Zdjęcia zmasakrowanych przyjaciół? Kopie protokołów z obciążającymi zeznaniami? Zakrwawiona biżuteria matki, strzaskany zegarek ojca? Nie wiedział nawet, czy jego bliscy żyją. Nie pamiętał, czy miał jakichś przyjaciół. Ale wszystko mogli mu wmówić.

Zadrżał.

Jedno było pewne. W walizce czyhała przeszłość.

Ukląkł obok bagażu, ostrożnie dotknął metalowych okuć zamka, jakby obawiał się, że porazi go prąd. Drżącymi palcami nacisnął zapadkę. Rozległo się głuche „klik”, serce Nataniela zatrzymało się na mgnienie zwane wiecznością, lecz wieko nie odskoczyło.

Uczuł taką ulgę, aż zawirowało mu przed oczami.

Klucz, zrozumiał. Potrzebny jest klucz.

Przeszukał nerwowo kieszenie, lecz niczego tam nie znalazł. Ulga rozlewała się po zakamarkach umysłu ciepłą, kojącą falą. Nie będzie się przecież włamywać do własnej walizki. Znajdzie kluczyk, a wtedy ją otworzy. Ale nie teraz. Teraz musi się spieszyć na kolację. Nie byłoby w dobrym tonie spóźnić się na pierwszy wspólny posiłek. Nie tak go matka uczyła, prawda?

Zresztą w bagażu na pewno są tylko stare łachy i używane przybory toaletowe. Tak, w tej chwili był tego naprawdę pewien.

Zdecydowanym ruchem wsunął walizkę pod łóżko. Kapa spłynęła na podłogę niczym zasłona miłosierdzia.

Umył ręce, przyczesał wilgotnymi palcami włosy i udał się na pierwszą kolację w domu wariatów.

Książki Mai Lidii Kossakowskiej wydane nakładem naszego wydawnictwa:

Siewca WiatruZakon Krańca Świata – tom 1Zakon Krańca Świata – tom 2Więzy KrwiRuda SforaŻarna niebiosUpiór Południa. CzerńUpiór Południa. Pamięć UmarłychUpiór Południa. Burzowe KocięUpiór Południa. Czas MgiełZbieracz Burz – tom 1Zbieracz Burz – tom 2Grillbar Galaktyka

Autorka fantastyki, z wykształcenia plastyk i archeolog śródziemnomorski. Sporadycznie mag i poetka. Wychowana na klasyce i porządnej literaturze amerykańskiej, czyli Faulknerze, Steinbecku, Hemingwayu, Chandlerze, Cortazarze i Llosie.

Ceni dobrą prozę nowoczesną. Miłośniczka antyku, niezwykłych mitologii, wiedzy tajemnej, szamanizmu i starożytnych artefaktów. Lubi stare westerny, nowe filmy wojenne, środkowe Morawy, awantury arabskie i grillowane krewetki. Przyjaźni się z kotami i końmi oraz lekko zdumiewa fenomenem mrówkojadów.

Laureatka Nagrody im. Janusza A. Zajdla 2006 (ośmiokrotnie nominowana), Srebrnego Globu, Złotego Kota i Śląkfy. Autorka m.in. bestsellerowego cyklu Zastępy Anielskie, na który składają się: zbiór opowiadań Żarna niebios, powieść Siewca Wiatru i dwutomowy Zbieracz Burz. W 2009 r. dała popis swoich literackich umiejętności czterotomowym zbiorem opowieści grozy Upiór Południa. Jest także autorką powieści: Ruda Sfora, Zakon Krańca Świata, Grillbar Galaktyka oraz zbioru opowiadań Więzy Krwi.

COPYRIGHT© BYMaja Lidia KossakowskaCOPYRIGHT © BYFabryka Słów sp. z o.o.,LUBLIN 2009

WYDANIE I

ISBN978-83-7574-390-6

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIAEryk Górski, Robert Łakuta

GRAFIKA ORAZ PROJEKT OKŁADKIPiotr Cieśliński

ILUSTRACJEDominik Broniek

REDAKCJADominika Repeczko

KOREKTABarbara Caban, Magdalena Byrska

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWE

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

WYDAWNICTWO

Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl e-mail:biuro@fabrykaslow.com.pl