Czas Łucji - Iwona Żytkowiak - ebook
Opis

Kobiety. Fascynują mnie kobiety. Jako temat. Wszystko, co jest ważne, interesujące, niebezpieczne czy w jakikolwiek inny sposób pobudzające emocje, cały ich arsenał – od miłości po nienawiść, wiąże się ze światem kobiet i tylko one umieją to ukazać.

Iwona Małgorzata Żytkowiak

To mądra, wzruszająca opowieść o kobiecie i mężczyźnie, o miłości i samotności, o życiu, które zaskakuje, i śmierci, która czasem pozwala odnaleźć porządek w przypadkowości. Pozwala odnaleźć siebie.

Życie Łucji jest spokojne i unormowane. Nic ponad przeciętność. Mąż, dzieci, praca. Mniejsze i większe problemy. Kiedy budzi się pewnego dnia, nic nie zwiastuje katastrofy. A jednak staje się… Świat wywraca się do góry nogami.

Czy uda się przywrócić obalony porządek? Czy można pogodzić się ze stratą?

Losy bohaterki przeżywałam jak własne. Teraz już wiem, dlaczego autorka zachwyca się twórczością Wiesława Myśliwskiego. „Czas Łucji” jest odpowiedzią… To literatura przez wielkie L.

Gorąco polecam!

Anna Pruska, kierownik Filii nr 3 Miejskiej Biblioteki Publicznej w Radomiu

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 452

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Iwona Żytkowiak

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja

Magdalena Pieniążek

Projekt okładki

Iza Szewczyk

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

Wydanie I w tej edycji

Nowa, poprawiona wersja książki Spotkania przy lustrze

Wydanie elektroniczne 2017

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

ISBN 978-83-7674-807-8

Wydawnictwo Replika

ul. Wierzbowa 8, 62-070 Zakrzewo

tel./faks 61 868 25 37

[email protected]

www.replika.eu

Jego pamięci

Jestem srebrne i dokładne. Nie mam uprzedzeń.

Cokolwiek widzę połykam natychmiast

Takie, jakie jest, niezamglone ani miłością, ani nienawiścią.

Nie jestem okrutne tylko prawdomówne –

Oko małego, czworokątnego boga.

Większość czasu medytuję na przeciwległej ścianie.

Jest ona różowa i nakrapiana. Patrzyłem na nią tak długo

Że sądzę iż stała się częścią mojego serca. Lecz ona migoce.

Twarze i ciemność rozdzielają nas bezustannie.

Teraz jestem jeziorem. Kobieta pochyla się nade mną,

Przeszukuje aż do dna, żeby odkryć kim jest naprawdę,

Potem zwraca się do tych kłamców, świec i księżyca.

Widzę jej plecy i odbijam je wiernie.

Nagradza mnie łzami i niepokojem rąk.

Jestem ważne dla niej. Odchodzi i powraca.

Co rano twarz jej zastępuje ciemność.

We mnie zatopiła młodą dziewczynę i we mnie stara kobieta

Staje naprzeciw niej, dzień po dniu, jak okropna ryba.

Lustro Sylwia Plath przełożył Zbigniew Herbert

Mamo, kiedy piszesz powieść, możesz napisać ją od nowa, ale kiedy żyjesz z kimś przez dwadzieścia lat, to też jest powieść, której nie napiszę już z nikim innym!

(Elizabeth Strout Mam na imię Lucy)

– Czy zastanawiał się pan kiedyś, jak silnie związani jesteśmy z przeszłością? Niekoniecznie naszą. Zresztą cóż to jest nasza przeszłość? Gdzie są jej granice? To jest coś w rodzaju bliżej nieokreślnej tęsknoty, tylko za czym? Czy nie za tym, czego nigdy nie było, a co jednak minęło? Przeszłość to tylko nasza wyobraźnia, a wyobraźnia potrzebuje tęsknoty, wręcz karmi się nią. Przeszłość, drogi panie, nie ma nic wspólnego z czasem, jak się sądzi. Zresztą cóż to jest czas?

(Wiesław Myśliwski Traktat o łuskaniu fasoli)

Nie będzie żadnej chronologii ani konsekwencji.

Nie będzie żadnego początku ani końca.

Porozrywane wątki, niedokończone sprawy…

w świecie przed TYM

Zawsze mu się wydawało, że ze wszystkim zdąży. Tyle czasu ma przed sobą. Nie zakładał takiego końca! Nie teraz! Właśnie wszystko zaczęło się składać niczym puzzle, trybiły wszelkie sprawy.

po TYM

Siedziała z głową podpartą dłońmi. Już chyba z godzinę. Postawiła przed sobą lampkę wina i lustro. Rewelacyjne połączenie! Bawiła się swoim odbiciem. Przed nią lustro, za nią lustro. Takie poszukiwanie detali trochę tak jak u van Eycka w Portrecie małżonków Arnolfinich, tylko że ona jest sama, ani jego, ani psa… Sama… Przylgnęła wargami do chłodnej tafli. Szeptała usta-usta:

– Okej. Umarłeś. Nie ma cię. Rozumiem. Każdy ma prawo do odpoczynku. Prawo do powiedzenia sobie: „dość”. Jasne! Nie pomyślałaś o mnie, bo niby dlaczego? Nie zabrałeś mnie ze sobą. A zawsze byłeś zły, kiedy wychodziłam gdzieś sama. Ba! Kiedy wyjechałam na kilka dni, to chyba z miesiąc nie odzywałeś się do mnie. A teraz… Teraz pewnie uważasz, że jesteś w porządku. Siła wyższa! Pewnie. Można i tak. W obliczu wieczności czymże byłam dla ciebie? Uciekłeś przed światem. Do spokoju. Miałeś prawo nie pomyśleć o mnie. Bo czymże jestem naprzeciw owej siły, która decyduje o naszym życiu lub śmierci? Poddałeś się jej pokornie. Zawsze przyjmowałeś los bez żadnych pytań czy sprzeciwów. Umarłeś bez zapowiedzi, żadnych sygnałów, znaków. Tak sobie. Decyzja zapadła lekko. Jak u mnie, kiedy sobie myślałam: „Chyba obetnę włosy”. Bez konsekwencji. Rano zjadłeś śniadanie, ogoliłeś się przed lustrem.

– O! – Chwyciła lustro w ręce i trzymając je blisko twarzy, obejrzała jego pospolitą ramę, posuwając delikatnie palcami po obrzeżach, jakby to było dzieło sztuki, a nie zwykły przedmiot i bardziej zdecydowany ruch mógł wyrządzić mu krzywdę – zetrzeć politurę, zarysować. Obracała owalem w górę, w dół, jakby spodziewała się zobaczyć w nim kogoś innego.

– Przecież to jest wciąż to samo lustro! – powiedziała do siebie niemal odkrywczo.

Zamoczyła usta w cierpkim winie.

– Zawsze podobałeś mi się taki nieogolony. Dwudniowy zarost. Chyba nigdy ci o tym nie powiedziałam. Ty też niewiele mówiłeś.

w tamtym świecie przed TYM

Nie lubił używać słów. Bywały mu potrzebne, ale tylko czasami i tylko wówczas, kiedy w żaden sposób nie umiał w innej formie przekazać komunikatu. Cóż to zresztą były za komunikaty?! Głównie płatności albo sprawy formalne związane z prowadzeniem firmy, co, nawiasem mówiąc, w niewielkim stopniu jej dotyczyło, bardziej było to mówienie na głos, żeby utrwalić. Jak nauczanie wiersza na pamięć.

Słowa. Bardzo je oszczędzał. Używał ich tylko w chwilach ważnych i decydujących. A wtedy stawały się warunkiem sine qua non dla wszelkich jego poczynań. Te słowa zyskiwały nieodwołalnie moc sprawczą. I może z tego powodu oszczędzał słowa. Żeby za dużo się nie stało…

Ale za to czasem lubił, jak ona mówiła. Wsłuchiwał się w melodię jej głosu. Chciał się nasycić nim na zapas. Bał się, że to ona go zostawi, była taka krucha. Nigdy nie nabrała figury kobiety. Kiedyś Łukasz, ich syn, gdy był całkiem mały – dziesięć, może jedenaście lat – zapytał, dlaczego nie może wyglądać jak inne mamy. Takie pulchne, miękkie jak kot, a za to wygląda jak jego trochę tylko starsze koleżanki. Rzucił wtedy okiem na żonę. Rzeczywiście. Jakaś taka filigranowa była. A tu sprawdziło się przekleństwo o tym, „kto skrzypi, a kto umiera”.

nie tak dawno przed TYM

– …a potem poczułeś fizjologię: w lędźwiach, w trzewiach. Wokół ciebie zrobiła się plama. Jakbyś rozlał herbatę. Ale to już pozostało poza twoją świadomością. Nie zdążyłeś nawet krzyknąć, nie miałeś siły zawołać. Nie chciało ci się. Byłeś zmęczony. Na końcu pomyślałeś: „Niech się stanie”. I stało się. Ledwie sekundy patrzyłam na ciebie zdumiona. To jakiś żart? Jakiś spektakl? To do ciebie niepodobne. Przyjmowałeś życie dosłownie. Zbyt dosłownie! Rzuciłam wyprasowaną bluzkę. I jak stałam: w półhalce, na bose nogi, w niedopiętym biustonoszu rzuciłam się w twoim kierunku. Patrzyłeś na mnie szeroko otwartymi oczami. Nie wiem, co było w tym spojrzeniu. Może strach. A potem już tylko telefon, karetka.

Młoda lekarka szarpała twoim ciałem. Ja we framudze drzwi. Zdziwiona. Tak, to właściwe słowo. Stałam jak ta głupia i byłam zupełnie zdziwiona. Nie bałam się, bo czego miałam się bać. A ty? Ty już nie wiedziałeś, że ja to ja, że świat to twój świat. Wygodnie. Egoistycznie. Przyzwoliłeś na amnezję. Tylko zupełnie nie pomyślałeś, że mnie nikt nie podarował niepamięci! Bo ja jestem i ty we mnie jesteś. I szlag mnie trafia! Za twój egoizm, zapatrzenie w siebie.

trzy lata po TYM

Kobieta szurnęła lustrem. Jutro znowu podeprze głowę… tak jak wczoraj i przed… i przed… Trzy lata! Żałoby? Żałoba to chodzenie w czarnych sukienkach, noszenie smutnej miny i unikanie rozrywki – przez rok. Tak nakazują zwyczaje. Po matce też rok, ale ojciec to już tylko pół roku, babka ma swoje trzy miesiące. Więc jeśli nie wygląda jak grecka żałobnica, nie ma pooranej paznokciami twarzy, powyrywanych z rozpaczy włosów, jeśli nie zasłaniała kirem okien od ulicy, a na drugi dzień po pogrzebie włożyła na siebie beżowy kostium… To cóż to za żałoba! A kiedy weszła do sklepu na osiedlu, ekspedientka spoglądała na nią, nie kryjąc wręcz potępienia. Matka przyszła do niej któregoś kolejnego dnia (po pogrzebie Edwina była u niej niemal co dzień), obrzuciła ją nieprzyjemnym spojrzeniem i rzuciła z sarkazmem:

– Obrączkę przełóż na lewą rękę. Jesteś wdową.

Zaczekała chwilę, czy aby wykona jej polecenie, a potem dodała karcącym tonem:

– Wypada się nosić jak wdowa.

Łucja zignorowała tę uwagę. Słowa rozpuściły się w powietrzu jako nic nieznaczące. Jak opar. Kolejne puste słowa rzucone w przestrzeń. Trudno się było doszukać w życiorysie matki jakichkolwiek znaków czasu, kiedy to formy i ceremoniały stały się dla niej takie ważne. Nie celebrowała życia…

A może to stało się wtedy, kiedy Łucji babka pobłogosławiła jej rodziców przed ślubem. Klęczeli wówczas na wytartym, zdeptanym chodniku w pokoju, który hucznie nazywano stołowym. Istotnie stał tam wielki dębowy stół i pokój był duży, ale to było tyle z owej powagi, jaką dziadkowie usiłowali mu przypisać. Ojciec kołysał się, starając się ponad wszystko zachować pion i kątem oka łypał tylko na suto jak na ową sytuację zastawiony stół. Przybył znikąd i od zawsze trawił go głód. Stanisława kreśliła znak, całowała oburącz ujęte czoła, a to Marysi, a to jej nowo poślubionego małżonka i nawet słowa nie rzekła, bo dławiły ją łzy, nie pozwalając wybrzmieć nawet pospolitemu „Z Bogiem”.

tuż po TYM

„Wdowa?” – pomyślała. Dziwny wydał jej się ten wyraz w zestawieniu z jej osobą. – „Jestem Łucja. Jestem wdową po moim nieżyjącym małżonku Edwinie. Mój mąż świętej pamięci nieboszczyk uczynił mnie wdową. Wdowa…” – usiłowała skonstruować jakieś zgrabne zdanie z tym słowem. Tak. Taka dostojna informacja podobałaby się jej matce.

Bo teściowie nie mieli jej za złe kolorowych strojów ani czerwonych paznokci. Podzielali jej ból cicho i dyskretnie. Poza łzami wtedy w domu, zaraz gdy zakład pogrzebowy wywiózł go dokądś, a oni weszli cicho na palcach, jakby myśleli, że tu tylko o zwykły sen chodzi, nigdy już nie zobaczyła teściowej, jak płacze. Chociaż oczy były wymęczone, a łzy wyostrzyły rzeźby bruzd na twarzy.

po TYM

I chyba od samego początku zaczęły się te spotkania z lustrem. Zupełnie niezamierzone, przypadkowe…

Nienawidziła samotności. Od zawsze! Kiedy bywała sama w domu, to wpierw wydawało jej się, że na to właśnie czekała. Rzucała się na wszystko – a to na książkę, szmatławą gazetę, a to na siebie – wanna, maseczki, a to planowała zakupy… W rzeczywistości nic jej nie szło, miotała się bezcelowo po domu, z niecierpliwością spoglądając na zegar, innym razem na kalendarz, i nic nie robiła. W końcu uciekała z niego, by bez celu błąkać się po mieście. Snuła się ulicami, zaglądając w okna wystaw, przystawała co jakiś czas, jakby na kogoś czekała. Czasem zdarzało jej się zagadywać kogoś na ulicy. Zazwyczaj znała tego kogoś z widzenia, więc nietrudno było.

– O! Dawno pani nie widziałam!

Albo:

– Co oni zrobili z tym budynkiem! Pomalowali na taką pstrokaciznę, że żal patrzeć.

Albo:

– Ależ dzisiaj pięknie! Aż żal siedzieć w domu! Pewnie zaraz pogoda się zmieni i znowu człowiek ugrzęźnie na ileś długich dni.

Albo cokolwiek, byle zagłuszyć w sobie tę ciszę. Czasem krążyła tak bezcelowo po mieście. Do czasu, gdy ktoś się nie pojawił w domu. Wracała i rzucała się w wir zajęć, usiłując nadrobić zmarnotrawione godziny.

trzy lata po TYM, w tym życiu

Siedziała naprzeciw lustra… Siedziała. Jak teraz, wczoraj, rok, rok miesiąc i piętnaście dni… i trzy lata… dwa miesiące, osiem dni… Czas przelatywał jej przez palce niczym woda przez sito. Nie zdołała go powstrzymać.

Nie miała na siebie pomysłu. Nie umiała być tylko ze sobą. Krępowała ją ta relacja. Bała się, że przyjdzie moment, kiedy będzie musiała zmierzyć się ze sobą, powiedzieć sobie prawdę o sobie, swoim życiu, że ten moment ją zaskoczy, że nie będzie na to przygotowana. A tak nie była sama. Kobieta po drugiej stronie lustra nie była nią, była kimś innym. Wyzierała z jej spojrzenia litość. Te same niby zeszklone oczy, usta z wyblakłą już czerwoną szminką. A jednak nie stanowiła z nią jedności. Ta naprzeciw to zupełnie ktoś inny. Umęczony, nabrzmiały pustką i bólem. Zbieżność rysów twarzy, krągłości, siatek zmarszczek, pagórków policzków, zagłębień oczodołów.

dawno temu na długo przed TYM

Babka ze strony matki – Stanisława – przybyła tu ze swoim mężem szewcem i jego jedynym synem „odziedziczonym” po drugiej (tak, już drugiej, pierwsza bowiem zmarła, nie pozostawiając – Bogu dziękować – żadnego dziecka), słabowitej i wciąż niedomagającej żonie France. Było to zaraz po wojnie. Zamieszkali w pustostanie pozostawionym przez naprędce uciekających Niemców. W domu były jakieś sprzęty, resztki porcelany, łóżko, na którym piętrzyły się zakryte grubą kapą pierzyny i poduchy. W oknach wisiały firany. Wszystko wyglądało tak, jakby ktoś na chwilę wyszedł z domu, choć wewnątrz ziało jakąś pustką. Ulica, przy której stał dom – w polskim tłumaczeniu, a polskość rodziła się niecierpliwie i gwałtownie – nazywała się Krótka. I w istocie taka pozostawała. Miała niewiele ponad siedemdziesiąt metrów długości i szerokości tyle, ile potrzeba dla wąskiej jezdni, wąskiego chodnika i szeregu domów – małych, zduszonych wewnątrz. Żadnych poletek przy domu, malw wyglądających zza parkanów, żadnych trejaży z pnącymi się różami. Na początku ulicy, patrząc od strony plebanii, mieszkała malarzowa z rodziną. Ich też przywiało gdzieś z głębi Polski. Mąż malarzowej oczywiście żył, ale pracował albo pił, więc i tak znał go mało kto na ulicy. Bywało, że wyjeżdżał gdzieś na kilka dni za robotą, choć i tu jej nie brakowało. Zajmowali żółty dom, największy na Krótkiej. To tyle po tej stronie, bowiem za malarzową rozciągał się niby zieleniec, niby skwer. W rzeczywistości był to maleńki klombik obsadzony wysokimi, wielobarwnymi georginiami o różnokształtnych koszyczkach i toczącymi na całą okolicę woń piwoniami, pod którymi skryte były małe skromne bratki i aksamitki. Gdzieniegdzie dumnie puszyły się róże, które zupełnie nie pasowały do owego dość powszedniego entourage’u. Miejsce było zwyczajnie ładne, choć oczywiście nie budziło żadnych podejrzeń, jakoby ktoś mógł przyłożyć do tego artystyczną rękę czy też miał ambicję stworzyć tu namiastkę wyrafinowanych ogrodów. Nikt sobie wówczas specjalnie nie zawracał głowy upiększaniem okolicy. Nie wiadomo nawet, jak powstał ten minipark, na którego miejscu można było spokojnie postawić dwa domy. Tymczasem gruz po zniszczonych działaniami wojennymi budynkach uprzątnięto, a w zamian gdzieś z okolicznych pól nawieziono czarnoziemu i tak powstał skwer. Dziwne. Bo ani nie było tu nic osobliwego, ani to nie był żaden ważny punkt w mieście, jeśli nie liczyć kościoła na końcu prostopadłej do tej uliczki. A może najzwyczajniej po czarnej wojnie ludzie byli głodni trawników i ławek do wysiadywania. W każdym razie był klomb, trawa i dwie ławki naprzeciw siebie, na których w niedzielę po mszy, a jeszcze daleko do obiadu, siadały kobiety przybyłe tu z różnych części kraju albo za mężami, których wojenna tułaczka rzuciła w te strony, albo za domem, który pozostawiły gdzieś na wschodnich rubieżach. Pogodzone z powojenną zawieruchą wymieniały się na tych ławkach własnymi genealogiami. Zaś sobotnie i niedzielne popołudnia zawłaszczali mężczyźni, grając w baśkę na pieniądze. Rozsiadywali się na ławkach, stawiając przy nich butelki z samogonem.

Naprzeciwko – tak prawie na wysokości malarzowej – mieszkali Rutkowscy i Syroccy, a za nimi to już babka Stanisława ze swoim szewcem. Jakby skoczyć z ganku przez dom na wprost, znalazłoby się na placu Staromiejskim, który oprócz nazwy nic z placu nie miał – nie było ani klombu, ani pomnika. Wielki to plac! Za to na Krótkiej był trawnik, klomb z kwiatami i ławeczki! Gdyby choć jakieś krzaczysko rozrośnięte dziko lub drzewo, można by było się tu całować z chłopakiem na ławce. A tak tylko babka Stanisława po kilku latach zamieszkania wyklinała, wychylając się do połowy z kuchennego okna, kiedy rozłożone na trawie dziewczynki bawiły się w dom, i darła się na całą Krótką:

– Zośka, Gienka! Lećcie do Rzymskiego i zobaczcie, czy tam ojca nie ma! Miał mi elektrykę w kuchni zrobić! I za robotę się brać. Butów do podzelowania morze się wylewa w korytarzu!

Dziewczyny z grymasem przerywały zabawę, nie chcąc denerwować matki, by ta znów cały wieczór nie sarkała, że skaranie boskie z takimi lebiegami, które do żadnej roboty się nie biorą i pewnie po ojcu leniwe jak cholera będą!

To był jeszcze ten czas, kiedy Stanisława była młodą, silną dziewuchą i zdawało się jej niejednokrotnie, że w kaszę to ona sobie nie da dmuchać. O nie!

Tam na Krótkiej przyszły na świat jej cztery córki, które to dorosły bardzo szybko, by wyjść szczęśliwie z domu, w którym ojciec od lat już nie chciał stalować butów, zelować skórzanych podeszew, skracać cholewek.

One szukały innego życia i kiedy to parę razy pokazały się sąsiadkom na skwerze ze swoimi absztyfikantami, wyczesanymi, wybrylantowanymi, zlanymi tanią wodą kolońską, a Stanisława miała potem sposobność wysłuchać opinii malarzowej i innych kobiet, to i zaraz wyprawiało się wesele na Krótkiej. Nie huczne weseliska, ale skromne, na których jednak wszystkiego starczało – i rosołu z makaronem, i mięs różnych, a i ciasta wypiekały z sąsiadkami na kilka dni przed weselem. Do tańca przygrywał Mietek z kumplami. Dźwięki saksofonu, trąbki i weltmeistra[1] wygrywające polki, oberki, tanga, a nawet szlagiery Fogga niosły się z wiatrem po całej okolicy. Dziewczęta – zależnie na którą padło: Zosia, Wanda, Gienka wdziewały na siebie białe suknie, czasem chowając nieco poszerzoną talię w fałdach ślubnych kreacji i dalej w świat! Z rosnącymi brzuchami. Do nowego życia. Do nowych mężów! Czerwonych na twarzy. Tą czerwienią niewiele różniącą się od czerwieni twarzy ojca. Ale zabij tę pamięć! Zapomnij! Rzuć jak garść piasku na wiatr! Byle dalej od tej pipidówy! Nieznanej Bogu i światu!

Z początku przyjeżdżały na święta, ale potem porodziły dzieci i trudno się było z licznym przychówkiem wybrać w drogę. Pociągi, autobusy. Przystanki kryte żółtym eternitem, gdzie wiatr piździł jak w Kieleckiem. Stanisława, po prawdzie, nie bardzo tęskniła za córkami. Wciąż kołatał się w jej głowie ów dziecięcy jazgot. Owszem, gdy pomyślała o różowych wnukach, pachnących mlekiem i nieświadomością, ciepło jej się pod sercem robiło. Wyganiała z siebie tę ckliwość, bowiem miała jeszcze na głowie starego kawalera odziedziczonego po „zmarłej nieboszczce” drugiej żonie, męża pijaka i najmłodszą Marysię, której istnieniu nigdy nie przestawała się dziwić. Nadto wzięła się za krawiectwo, bo na męża to już zupełnie liczyć nie mogła.

Tak więc umęczona i dziećmi, i życiem, które jej nie szczędziło ekstremów, spokorniała, coraz częściej zrzucając z siebie ową młodzieńczą hardość. Czasem przypominała sobie o Marysi, która potrzebna jej była całkiem jak to piąte koło u wozu.

Marysia miała swój świat zamknięty w pokoiku na górze i umiała się izolować od wszystkiego, co na dole – tej części domu, gdzie mieściła się kuchnia, warsztat ojca i przylegający do niego pokoik przyrodniego brata. Intuicyjnie wyznaczyła linię demarkacyjną między własnym światem a światem rodziców i konsekwentnie broniła terytorium, które w myślach określiła „swoim”. Nadała mu znamiona autonomii w postaci bezkształtnego haka wbitego w prostokątną płaszczyznę drzwi i zaczepianego na pokaleczonej framudze pokrytej złuszczającą się farbą.

Kiedy ojciec wracał późno, a jeszcze nie daj Boże po przegranych kartach, wiedziała, że trzeba docisnąć drzwi, zatknąć hak w metalowym otworze, przykryć mocno głowę poduszką, by nie słyszeć jego krzyku. Wiedziała też, że żadne zaklęcie nie wybawi jej z tego obwarowywania się. Nie ma takiej bajki. Trzeba przeczekać do rana. Będzie dobrze. Wystarczy tylko nie nawinąć się gdzieś w jego pobliże. Zejść z pola rażenia. Nazajutrz ojciec – milczący, skacowany – będzie cały dzień siedział w warsztacie, unikając karcącego wzroku żony. I jej jazgotania. Będzie udawał, że jest zajęty robotą, będzie próbował wziąć się w garść. Po raz setny albo i więcej. Wszystko wytrzymywał, ale to jej gadanie, wypominanie, a potem wielodniowe na przemian milczenie było ponad jego siły. A już najgorsze było to, że nie wpuszczała go do łóżka, nie podawała posiłków. „Zbiesiła się baba” – sarkał pod nosem. Kiedyś przyłożył. Nie miał ciężkiej ręki, ale zawsze to chłop! Może nie raz i nie dwa… Ale po którymś razie przyszła milicja. Milicjant był młody i czerwony na twarzy. Na Stanisławę z podbiegłym krwią okiem patrzył z litością, a w kierunku jej męża rzucał spojrzenie pełne pogardy. Ręką demonstracyjnie zasłaniał nos, jakoby drażnił nozdrza rozlewający się w powietrzu smród przetrawionego alkoholu i taniej zakąski. I wtenczas mąż Stanisławy się przestraszył. A Stanisława całkiem zeszła mu z oczu, zająwszy się swoimi sprawami.

Wtedy to już pił na umór, mało co wyglądając ze swojego warsztatu, który warsztatem to już tylko z nazwy pozostał. Walały się tam butelki, stare kopyta, pozdzierane zelówki. Sprzedał starą, ale dobrą poniemiecką maszynę do szycia cholewek. Dobrze, że udało się uratować starego singera, który pewnie też poszedłby za flaszkę, gdyby go kiedyś pod jego nieobecność nie wykradła. Po wielu latach Łucja zrobiła ze stolika gustowny kwietnik. Ukradkiem posprzedawał też prasę, kopyta, kowadła, a nawet dobrą poniemiecką drasarkę, którą targał przez pół Polski. Pił jak szewc, klął jak szewc. Choć z tego szewcowania niewiele pozostało.

Maria dorosła równie szybko jak starsze siostry, ale matka nie miała ani czasu, ani głowy, by przyglądać się wzrastaniu córki. Sama goniła w piętkę. A to praca w domu, a to szycie, przeróbki, a to znowu dorywcza praca w spółdzielni krawieckiej, która szyła hektary bawełnianej pościeli. W oczach jej się mieniło od tych płacht. Igła terkotała monotonnie, ona pochylona palcami przesuwała białe połacie. I właściwie nie myślała o niczym, byle tylko nie zakłuć się igłą. Wracała do domu umęczona i jedynie łypała oczami na lewo i prawo, nasłuchując, czy stary jest w domu. A gdy była cisza i spokój, zabierała się za dom.

Któregoś razu Maria przyprowadziła chłopaka, zamieszkała z nim w pokoju na górze, który zrobili sobie ze schowka, wybijając okno w ścianie, rozwalając wewnętrzne ścianki. Nie pytała o zgodę, nie powiedziała nic. Nikt nie pytał. Ojciec pił, matka od dawna tak bała się zostać sama, że przymknęła oczy i uszy na wszystko. Dopiero kiedy urodziła się Łucja, nieśmiało zapytała:

– To jak to tak? I dzieciak na tym świecie będzie żył bez pozwolenia Boga i bez jego błogosławieństwa? Zlituj się choć ty nade mną.

Ale nie było w tym pretensji, raczej prośba, niemal błaganie, pełne ludzkiego wstydu.

– Mama się nie martwi – powiedziała Maria spokojnie, nie patrząc matce w oczy, jakby bała się, że rzucona przez nią obietnica może się jednak nie spełnić. – Będzie i ślub, i chrzciny i błogosławieństwo boże, a i mama pewnie nam pobłogosławi.

Stara taką radość w sercu poczuła, że nie mogła wykrztusić nawet słowa. Zawinęła twarz w fartuch i zniknęła gdzieś w kuchni, topiąc łzy szczęścia w garnkach z zupą.

kiedyś na długo przed TYM

Łucja dziadka nigdy nie poznała. Zapił się, kiedy miała niespełna rok. Znalazł go sąsiad, któremu za flaszkę miał wyszykować buty, ale robota całkiem mu nie szła, bo ręce się trzęsły i wzrok stępiał od wódki. Za to babka Stanisława znaczyła dla niej bardzo wiele. Kiedy po śmierci męża i – w jakieś dwa lata po nim – jego syna z drugiego małżeństwa sprzedała dom na Krótkiej, za namową wszystkich przeniosła się z Marysią i jej rodziną do większego miasta. Trudno jej było przywyknąć do nowego miejsca, ale błękitne oczy Łucji i jej dziecinny szczebiot wynagradzały wszystko. I poczucie wyobcowania, i hałas, jaki zdawało się, wciąż rozlegał się na ulicach. Szum samochodów, gwar ludzi. A co by to było, gdyby córka wyprowadziła się do Warszawy albo tylko do Szczecina. Stanisława całkiem nie umiała sobie tego wyobrazić. Nocami nie mogła zasnąć. Drażniły ją najcichsze odgłosy dochodzące z zewnątrz. W głowie przesuwały jej się obrazy. Rzadziej te z Krótkiej, ale za to coraz wyraźniej widziała rozległe łęgi brzozowe w rodzinnych Dąbrowicach, pola usiane makami, które kołysały się lekko na wietrze, drżąc chybotliwie przy każdym ruchu i wyglądały jak rozłożona na świecie jedwabna tkanina. Delikatna i piękna. Czasem skusiło ją, by nazrywać tych maków i zabrać je ze sobą, porozkładać gdzie bądź, byle tylko mieć pod ręką tę namiastkę polnego piękna, ale zanim dotarła do domu, maki zwieszały martwo główki, płatki traciły witalność i cały bukiet nadawał się tylko, by wyrzucić go za stodołą. Rano Stanisława strzepywała z powiek obrazy, przeganiała tęsknoty i kręciła się po domu, wynajdując jakieś zajęcie. Z czasem Marii przytrafiły się kolejne dzieci. Urodzili się jeszcze Agnieszka i Konrad. Roboty było dla wszystkich. Ale to Łucja była jak cudowna pastylka na życie, to ona wbrew wszystkiemu nakazywała jej żyć.

I wtedy, kiedy słabła na dobre, kiedy leżała na chłodnym łóżku na OIOM-ie podłączona do wrogiej i niezrozumiałej aparatury, i kiedy już tak pogodzona czekała na śmierć, zobaczyła wnuczkę. W jej oczach było tyle samo łez, co miłości i strachu, więc pomyślała:

„Panie Boże! To nie! To ja rezygnuję, jeszcze tu zostanę”.

I została. Bóg wysłuchał ją tak bardzo, że żyła jeszcze wiele lat, do końca zachowując trzeźwość umysłu.

po TYM

Teraz Łucja pomyślała, że babka z Edwinem byli do siebie podobni. Oboje nie szafowali słowami, z tym, że o ile mąż Łucji posługiwał się nimi w absolutnie koniecznym akcie, o tyle Stanisława przestała w ogóle mówić. Maria nieraz obawiała się, że matkę dosięgła jakąś dziwna, starcza forma mutyzmu, ale liczne wizyty u specjalistów, rozmaite badania nie dostarczyły medycznego wyjaśnienia tego stanu. Mimo to Łucja rozumiała się z babką doskonale. Pierwsze kroki po wejściu do domu kierowała do pokoju Stanisławy. Siadała u jej nóg i klepała bez porządku. Babka mierzwiła opuszkami palców jej włosy, wydając z siebie raz po raz pomruk podobny do mruczenia kota. Wypracowały między sobą jakiś wspólny kod, oparty na gestach, kierunkach spojrzeń, układzie warg.

To jej Łucja powiedziała o Edwinie.

– Babciu! Ja go tak kocham, że nie mogę sobie wyobrazić, jak ja będę żyć bez niego, kiedy on umrze. Już teraz wpadam w histerię – krzyczała pełna młodzieńczej egzaltacji. Była wtedy w ósmej klasie, a on był drużynowym jej zastępu czy czymś takim.

Stanisława uśmiechała się, chociaż pomyślała okrutnie:

„Oby, dziecko drogie, nigdy nie przyszedł taki moment, że będziesz Bogu dziękować, że go wziął do siebie, albo żebyś Jego sama o to nie prosiła”.

Ale najgorsze było to, co Stanisława myślała o swoim mężu, że kiedy umarł, było jej po prostu obojętne. Nic gorszego ponad obojętność. Niechby złość, dzika furia, przysłowiowe darcie szat – byleby tylko nie obojętność.

dawno temu przed TYM

Matka Edwina była cichą i skromną kobietą, bez żadnej historii. Nie chodzi o to, że była znikąd czy coś w tym stylu. Miała swoją genealogię, konkretny adres. Historia jednak tak powszechna i zwyczajna, że nie warto zaprzątać sobie tym głowy. Nie była też żadną pięknością, na której ktoś zechciałby na dłużej zatrzymać wzrok. I nawet nie żeby była brzydka czy odstręczająca. Była nijaka. Pewnie niewiele by się zmieniło wokół, gdyby jej w ogóle nie było. Powojenna, niepełna edukacja ustawiła ją w szeregu tysiąca dziewcząt, których celem życiowym nie było bynajmniej zdobywanie wykształcenia, ale wyrwanie się z domu, gdzie panowały głód, smród, nędza i ubóstwo, porodzenie dzieci i ucieczka od wspomnień, w których wciąż kołatała się wojna. Ktoś kogoś stracił, coś stracił. Totalne poczucie braku wszystkiego.

Przy tym była dziewczyną nieśmiałą, sprawiającą wrażenie, jakby chciała uciec od swojego życia, uwolnić się od swojej opowieści. Najmłodsza w domu, w którym tłoczno było od ludzi. Bo wszyscy mieszkali na kupie. Powiadali o niej – obcy i rodzina – że się „przytrafiła na stare lata”, potrzebna jak umarłemu kadzidło.

Gdy napatoczyła się przypadkiem, matka, która z niepokojem spoglądała na niewielkie piersi, niską sylwetkę i czerwienienie się córki przy byle zetknięciu z kimś obcym, sarkała, krzywiąc twarz:

– Oj, Lodka! Jak ty będziesz taka zahukana, to starą panną zostaniesz!

Bo matka Leokadii była kobietą z krwi i kości. Nie sposób było jej nie zauważyć, nie dało się jej ignorować. Nie popuściła niczemu ani nikomu, jak trzeba było, to z pazurem do życia wyskakiwała, ale nie kuliła się, nie chowała głowy w piasek. O swoje zawsze wiedziała, jak i gdzie się upomnieć.

Starsze córki paradne, kawalerów przyprowadzały, przebierając i wybierając jak w ulęgałkach, a ta… ani do tańca, ani do różańca. Taki Kopciuszek! Psiakrew! Bajkowy. Tylko że to nie czasy, by bajki realizowały się w normalnym życiu. W szkole siedziała gdzieś pośrodku – ani na końcu, ani na początku. Taka średnia od urodzenia. Na potańcówki nie chodziła, bo i nie miała z kim. Po siostry kawalerowie przychodzili, a ona na przyczepkę nie chciała. Kiedy któregoś dnia szła z kanką po mleko do gospodarza, zza rogu na rowerze niczym wariat wyskoczył Andrzej, powalając ją na ziemię. Runęła jak długa. Nad nią błękitne niebo, pod nią twardy bruk, który czuła każdym centymetrem ciała. Tak się wstydziła tego upadku, że zdawała się zupełnie nie zwracać uwagi na dojmujący ból, przeszywający ciało na wskroś. Ale to poczuła dopiero wówczas, gdy zamierzała się podnieść. Chłopak stał chwilę nad nią. Z głupią miną, na przemian to przepraszając, to zachwycając się jej urodą. I chociaż Leokadii podobały się chmury leniwie płynące po niebie, zamknęła oczy, by nie ściągać na siebie spojrzenia chłopaka.

Potem przez wiele dni odwiedzał ją w szpitalu, gdzie leżała z nogą na wyciągu. I kiedy już tak weszły mu w nałóg te odwiedziny – to Leokadia zgodziła się zostać jego żoną.

Wszyscy się z tego cieszyli, choć niejednej zazdrość w sercu wykwitła, bo Andrzej był niczego sobie. Najbardziej cieszyła się matka, bo chłopak i mieszkanie miał, i zakład stolarski po ojcu. A że oprócz niego były same siostry, z których, oczywiste, żadna się do stolarki nie garnęła, to sprawa warsztatu pozostała niejako zamknięta.

„Źle jej nie będzie”– myślała matka, z zadowolenia zacierając ręce i z ulgą myśląc, że kolejny ciężar z jej barków zdjęty.

Kiedy Andrzej przyprowadził ją do domu, rodzina, głównie siostry, od razu oceniła:

– Jakaś taka niewydarzona!

Matka prychnęła niechętnie i zawyrokowała:

– Pociechy z niej nie będziesz miał, dzieci też ci nie narodzi!

Ale że był jedynym mężczyzną w rodzinie, od dawna żyjąc na swój rachunek i mało wtrącając się w ich życie, za bardzo i za długo nie ujadały. Czasem kręciły pogardliwie głowami lub rzucały ukradkiem spojrzenia. Ale wreszcie dały spokój. Byleby tylko już niczego z ojcowizny nie żądał.

Andrzej zaraz po weselu zabrał żonę do siebie, odcinając się i od swojej, i od jej rodziny.

Poniekąd siostry Andrzeja prawdę powiadały, bo po czasie okazało się, że Leokadia przez długie miesiące nie pozwalała mężowi zbliżyć się do siebie. Kiedy ten kładł się przy niej, zdjąwszy przedtem dół pasiastych flanelowych piżam, dziewczyna wybuchała takim płaczem, że mężczyznę strach ogarniał. I wówczas, zaspokoiwszy się sam, raz i drugi, niemal połykając łzy rozczarowania i pożądania, klął pod nosem i obiecywał sobie po doznanej uldze, że następnym razem wymoże na ślubnej uległość. Potem zasypiał, przytulając się do młodej żony, licząc na to, że wreszcie los się odmieni. Tak też się stało. Leokadia któregoś wieczora sama wsunęła się pod męża. Może nie zaznała jakiejś wielkiej rozkoszy, ale poczuła się bezpiecznie i dobrze. Niedługo też po pierwszych zbliżeniach poczuła w sobie życie. Oboje ogarnięci niezmiernym szczęściem i tajemnicą poczęcia, wzbraniali się od seksu do dnia narodzin, jakby czuli, że tak właśnie potrzeba, bo akurat to dziecko pozostanie ich jedynym. I mimo wielu jeszcze prób i zatrzymań miesiączki, żaden już potomek nie wytrwał do końca w łonie Leokadii, co na dobre ustaliło jej niską pozycję w rodzinie Andrzeja, w której dzieci rodziły się raz po raz. Nie zawsze z małżeńskiego łoża. Bez wysiłku i trudu żadnego, wystarczyło tylko, że – jak to powiadała Ignacowa – chłop kalesony rozwiesił, a żona już w ciąży była. Naklepać dzieci jak u Żyda czapek. Bo takie to zadanie kobiety.

Nieraz Leokadia niemal błagalnie patrzyła na męża, usiłując skłonić go do pozostawienia jej i szukania bardziej wydolnej kobitki, ale on świata poza nią nie widział i nawet gdyby nie urodziła mu jedynego Edwina, nie zostawiłby jej nigdy. Kochał w niej tę kruchość i łagodność. Syna kochał, i owszem, bo był jego synem. Krew z krwi, kość z kości. Ale przede wszystkim widział w nim jego matkę. W oczach, gestach i tej delikatności, którą miała. I choć odkąd syn pojawił się w ich życiu, na zawsze był w jego cieniu, to nigdy, przenigdy nie wyrzekł ani słowa skargi. Dziwna to była rodzina.

Kiedy Edwin dorósł, zniknął im z oczu i już nigdy nie pojawił się taki, jak kiedyś. Poważny był i stateczny. Mało co mówił i uciekał wzrokiem, jakby bał się, że matka przejrzy go na wylot, że może zobaczy coś, czego nie chciał, by zobaczyła.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

[1] Weltmeister to najstarsza na świecie manufaktura wytwarzająca akordeony.