Wydawca: Videograf Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 403 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Czas cudów, czyli opowieści pod jemiołą - J.D. Bujak, Małgorzata Falkowska, Joanna Jax, Patrycja May

Podaruj najbliższym historie, które niczym zapach świątecznego piernika magicznie wypełnią wasze serca… Zbiór dziesięciu ciepłych opowieści, których tematyka związana jest ze świętami Bożego Narodzenia. Współautorkami są głównie pisarki reprezentujące szeroko pojętą literaturą obyczajową (Małgorzata Falkowska, Anna Harłukowicz-Nieczynow, Joanna Jax, Patrycja May, Diane Rose, Beata Schoenmakers, Łucja Wilewska), ale także pisarki kojarzone dotąd z literaturą grozy, które zaprezentują swą twórczość w nowej odsłonie (Joanna Dorota Bujak, Carla Mori, Joanna Pypłacz). Te czasem zabawne, czasem nostalgiczne historie pokazują z różnych perspektyw i w odmiennych stylistykach magię towarzyszącą świętom. Choć nie zawsze są one pasmem jedynie szczęśliwych chwil, z pewnością jest to czas cudów, kiedy wszystko może się odmienić.

Opinie o ebooku Czas cudów, czyli opowieści pod jemiołą - J.D. Bujak, Małgorzata Falkowska, Joanna Jax, Patrycja May

Fragment ebooka Czas cudów, czyli opowieści pod jemiołą - J.D. Bujak, Małgorzata Falkowska, Joanna Jax, Patrycja May

Re­dak­cja

Anna Se­we­ryn

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład, ła­ma­nie oraz opra­co­wa­nie wer­sji elek­tro­nicz­nej

Grze­gorz Bo­ciek

Pro­jekt okład­ki i stron ty­tu­ło­wych

Pra­cow­nia WV

Fo­to­gra­fie na okład­ce

© smart­mom­blog­ger | pi­xa­bay.com

© the­glass­desk | fre­epik.com

Ko­rek­ta

Ur­szu­la Bań­ce­rek

Wy­da­nie I, Cho­rzów 2017

Wy­daw­ca: Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA

41-500 Cho­rzów, Ale­ja Har­cer­ska 3c

tel. 600 472 609

of­fi­ce@vi­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

Dys­try­bu­cja wer­sji dru­ko­wa­nej: DIC­TUM Sp. z o.o.

01-942 War­sza­wa, ul. Ka­ba­re­to­wa 21

tel. 22 663 98 13, fax 22 663 98 12

dys­try­bu­cja@dic­tum.pl

www.dic­tum.pl

© Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA, Cho­rzów 2017

tekst © Jo­an­na Do­ro­ta Bu­jak, Mał­go­rza­ta Fal­kow­ska, Anna Har­łu­ko­wicz-Niem­czy­now, Jo­an­na Ja­kub­czak, Pa­try­cja May, Car­la Mori, Jo­an­na Py­płacz, Dia­ne Rose, Be­ata Scho­en­ma­kers, Łu­cja Wi­lew­ska

ISBN 978-83-7835-635-6

Od redakcji

Choć cza­sa­mi śnież­na pie­rzyn­ka przy­po­mi­na ra­czej błot­ni­stą bre­ję, w fer­wo­rze za­ku­pów mu­si­my się wy­ka­zać nie­mal he­ro­icz­ną wal­ką, a w mi­ja­nych lu­dziach trud­no roz­po­znać ma­gię świąt, coś spra­wia, że to rze­czy­wi­ście czas cu­dów.

Każ­dy z nas ma pew­nie inny prze­pis na ide­al­ne świę­ta, po­dob­nie jak na sto­le wi­gi­lij­nym róż­nie wy­glą­da ze­staw tra­dy­cyj­nych dwu­na­stu po­traw. Niech bę­dzie ro­dzin­nie, smacz­nie, spo­koj­nie. W bla­sku roz­iskrzo­nej cho­in­ki i w ma­low­ni­czo ośnie­żo­nej sce­ne­rii. Przy sa­mot­nej re­flek­sji i w gwa­rze roz­mów z bli­ski­mi.

Ży­czy­my na­szym Czy­tel­ni­kom świąt cie­płych jak ogień w ko­min­ku, barw­nych jak ko­lo­ro­we ozdo­by na cho­in­ce, we­so­łych jak śmiech dziec­ka po otrzy­ma­niu wy­ma­rzo­ne­go pre­zen­tu i cie­ka­wych jak naj­pięk­niej­sza po­wieść…

Sami bę­dzie­cie wie­dzieć, co dla Was naj­lep­sze w te świę­ta, a my trzy­ma­my kciu­ki, żeby się speł­ni­ło*

Jo­an­na Do­ro­ta Bu­jak

ur. 24 paź­dzier­ni­ka 1977 r. w Boch­ni (Ma­ło­pol­ska). Swo­ją na­ukę za­czę­ła w Szko­le Mu­zycz­nej, ale osta­tecz­nie ukoń­czy­ła Wy­dział Ar­chi­tek­tu­ry i Urba­ni­sty­ki na Po­li­tech­ni­ce Kra­kow­skiej. Obec­nie miesz­ka w Gro­dzi­sku Ma­zo­wiec­kim pod War­sza­wą, od­da­jąc się swo­jej naj­więk­szej pa­sji – two­rze­niu tek­stów. Spod jej pió­ra wy­szły: kry­mi­na­ły (Li­sta,No­vae Res;Bil­bord, Pró­szyń­ski), hor­ro­ry (Spa­dek, Pró­szyń­ski;Ogni­sko­wa, Vi­de­ograf), li­te­ra­tu­ra oby­cza­jo­wa (Nikt się nie spo­dzie­wał, Czwar­ta Stro­na) oraz róż­ne te­ma­tycz­ne opo­wia­da­nia.

Joanna Dorota Bujak. Zwy­czaj­ny cud

Od nie­speł­na roku miesz­kam na obrze­żach nie­wiel­kie­go mia­sta, przy śle­pej ulicz­ce o ma­low­ni­czej na­zwie „Le­śny Ką­cik”. Na­zwa ta nie do koń­ca wy­da­je mi się ade­kwat­na, bo wpraw­dzie na koń­cu ulicz­ki znaj­du­je się mło­dy la­sek, lecz więk­szość star­szych drzew, wy­ra­sta­ją­cych po­nad da­chy dom­ków jed­no­ro­dzin­nych, ro­śnie już poza po­se­sja­mi. Do­pie­ro trzy lata temu miesz­ka­ją­cy tu­taj lu­dzie po­sta­no­wi­li wspól­nie ob­sa­dzić pas tra­wy od­dzie­la­ją­cej chod­nik od dro­gi pięk­ny­mi ro­śli­na­mi, głów­nie igla­sty­mi. Wśród nich prym wio­dły uro­cze srebr­ne świer­ki, ma­ją­ce te­raz oko­ło trzech me­trów wy­so­ko­ści. Dzię­ki temu za­bie­go­wi Le­śny Ką­cik stał się jesz­cze bar­dziej uro­kli­wy i rze­czy­wi­ście wy­glą­dał na dro­gę wio­dą­cą pro­sto do la­sku.

Gdy przy­je­cha­łam tu­taj pierw­szy raz, aby obej­rzeć wy­sta­wio­ną na sprze­daż po­se­sję, ulicz­ka ta mo­men­tal­nie sko­ja­rzy­ła mi się z tymi pięk­ny­mi osie­dla­mi o róż­no­rod­nych dom­kach, po­ka­zy­wa­ny­mi w ame­ry­kań­skich se­ria­lach. Każ­dy dom nie­co się róż­nił od in­nych, a to ga­necz­kiem, wy­ku­szem, nie­wiel­ką do­bu­dów­ką, ko­lo­rem czy więk­szym ga­ra­żem. Tu­taj rów­nież były pod­jaz­dy, ślicz­ne pło­ty i po­sa­dzo­ne przed nimi kwia­ty. Róż­ni­ca była taka, że przy Le­śnym Ką­ci­ku znaj­do­wa­ło się za­le­d­wie dwa­na­ście do­mów. Zo­sta­ły one wy­bu­do­wa­ne przez miej­sco­we­go de­we­lo­pe­ra za­le­d­wie pięć lat temu. Wszyst­kie z wy­jąt­kiem dom­ku znaj­du­ją­ce­go się tuż za za­krę­tem, przy koń­cu dro­gi, gdzie as­falt ury­wał się gwał­tow­nie tuż przy le­sie. Miesz­ka­ła tam sa­mot­na star­sza pani o bar­dzo wni­kli­wym spoj­rze­niu i wścib­skim cha­rak­te­rze.

Z okna swo­jej sy­pial­ni na pię­trze do­sko­na­le wi­dzia­ła nie tyl­ko cały Le­śny Ką­cik, ale też wej­ścia do po­szcze­gól­nych do­mów. Ob­ser­wo­wa­nie miesz­kań­ców sta­ło się jej ulu­bio­nym za­ję­ciem nie tyl­ko w dzień, ale rów­nież w nocy, po­nie­waż od kil­ku lat cier­pia­ła na reu­ma­tyzm, któ­ry czę­sto nie po­zwa­lał jej spo­koj­nie spać. Wal­cząc z prze­wle­kły­mi bó­la­mi, Ma­ria Grosz­kow­ska wy­pra­co­wa­ła so­bie pe­wien ry­tu­ał, któ­ry (w jej mnie­ma­niu) po­zwa­lał nie­co ulżyć star­czym do­le­gli­wo­ściom. Fun­do­wa­ła so­bie drzem­kę przed pół­no­cą, po czym na­gle się bu­dzi­ła, wy­cią­ga­ła z noc­nej szaf­ki bu­tel­kę z wy­so­ko­pro­cen­to­wą na­lew­ką, sia­da­ła w bu­ja­nym fo­te­lu przy oknie i wol­no są­cząc roz­grze­wa­ją­cy płyn, wpa­try­wa­ła się w kom­plet­nie wy­lud­nio­ną o tej po­rze ulicz­kę.

Ów do­brze spraw­dzo­ny sche­mat po­wtó­rzy­ła tak­że na trzy dni przed Wi­gi­lią Bo­że­go Na­ro­dze­nia, tyl­ko że pora roz­po­czę­cia noc­nej ob­ser­wa­cji była nie­co póź­niej­sza, bo wła­śnie mi­ja­ła go­dzi­na dru­ga. Grosz­kow­ska usa­do­wi­ła się wy­god­nie, przy­kry­ła ko­la­na sta­rym jak świat ko­cem i się­gnę­ła po uko­cha­ną na­lew­kę. Przez ko­lej­ne kil­ka­na­ście mi­nut ra­czy­ła się ma­ły­mi łycz­ka­mi trun­ku. Pi­jąc pro­sto z gwin­ta, kon­tem­plo­wa­ła uro­kli­wy wi­dok za oknem, mru­cząc coś pod no­sem.

A na ze­wnątrz było rze­czy­wi­ście pięk­nie i ta­jem­ni­czo… Chod­ni­ki, pod­jaz­dy i domy po­kry­ła cie­niut­ka war­stwa śnie­gu, któ­ry nie­śmia­ło po­sy­py­wał mniej wię­cej od po­łu­dnia. Czar­na jezd­nia już się skrzy­ła od wła­śnie po­wsta­łe­go lodu. Choć rano pew­nie ta cien­ka sko­ru­pa uprzy­krzy ży­cie wszyst­kim miesz­kań­com, pró­bu­ją­cym wy­je­chać do pra­cy, te­raz wy­glą­da­ła wprost uro­kli­wie.

Więk­szość do­mów to­nę­ła w ak­sa­mit­nej ciem­no­ści. Je­dy­nie przy dru­gim koń­cu uli­cy pa­li­ło się ni­kłe świa­teł­ko na pod­da­szu. Grosz­kow­ska wie­dzia­ła, że miesz­ka tam mło­de mał­żeń­stwo z ma­lut­kim dziec­kiem. Być może wła­śnie te­raz nad­szedł czas kar­mie­nia i prze­wi­ja­nia ma­leń­stwa?

Wzdy­cha­jąc cięż­ko, upi­ła ko­lej­ny ły­czek. Przy­ci­ska­jąc bu­tel­kę do pier­si, prze­nio­sła nie­co już roz­my­ty od al­ko­ho­lu wzrok na kil­ka la­tar­ni, sto­ją­cych wzdłuż chod­ni­ka. Oświe­tla­ły one nie tyl­ko dro­gę, pasy tra­wy z po­sa­dzo­ny­mi na nich cho­in­ka­mi, ale rów­nież frag­men­ty są­siedz­kich po­se­sji, od­dzie­lo­nych od dro­gi bia­ły­mi płot­ka­mi.

– Ład­nie tu­taj – wes­tchnę­ła sama do sie­bie, pa­trząc na po­kry­te śnie­giem ka­le­ni­ce do­mów. – Jak z ob­raz­ka. Jak z baj­ki.

Po ko­lej­nym roz­grze­wa­ją­cym łycz­ku stwier­dzi­ła, że jed­nak jest sen­na. Cięż­ko pod­nio­sła się z fo­te­la i odło­ży­ła koc na sie­dzi­sko. Ścią­ga­jąc szla­frok, od­ru­cho­wo jesz­cze raz rzu­ci­ła okiem na cały Le­śny Ką­cik i… za­mar­ła.

Środ­kiem chod­ni­ka prze­my­kał ja­kiś cień. Co chwi­la gi­nął w szpa­le­rze drze­wek, by po chwi­li znów po­ja­wić się na dro­dze. Chył­kiem prze­mknął tuż obok jed­nej z la­tar­ni, przez chwi­lę stał nie­ru­cho­mo, po czym znów skrył się po­mię­dzy drze­wa­mi. Jed­na z cho­inek na­gle się za­trzę­sła, strze­pu­jąc do­oko­ła śnieg, któ­ry opa­da­jąc, za­mie­nił się w skrzą­cy pył. Cień wy­sko­czył zza niej, dzier­żąc pod pa­chą jed­ną z więk­szych ga­łę­zi.

W tym mo­men­cie Grosz­kow­ska od­zy­ska­ła zdol­ność ru­chu. Za­po­mi­na­jąc o ar­tre­ty­zmie, na­tych­miast po­rzu­ci­ła szla­frok i zwin­nie, ni­czym rą­cza sar­na, do­sko­czy­ła do okna. Za­nim cień znów mi­gnął po­mię­dzy ko­lej­ną kępą krze­wów, zdą­ży­ła spo­strzec, że nie­sie ko­lej­ną ga­łąź.

– Co, do dia­bła? – szep­nę­ła, przy­ci­ska­jąc nos do szy­by.

Z za­par­tym tchem cze­ka­ła, aż osob­nik jesz­cze raz się po­ja­wi.

– Jest – syk­nę­ła, za­cie­ra­jąc po chwi­li dło­nie. – Mam cię, brat­ku…

Ubra­ny w ca­ło­ści na czar­no ty­pek pod­biegł do ro­sną­ce­go nie­opo­dal srebr­ne­go świercz­ka i zde­cy­do­wa­nym ru­chem uciął dwie spo­re ga­łę­zie. Pani Ma­ria wy­raź­nie wi­dzia­ła błysk se­ka­to­ra, co ozna­cza­ło, że zło­dziej nie­wąt­pli­wie ak­cję mu­siał za­pla­no­wać.

– Tak nie może być! – wark­nę­ła ko­bie­ta, po omac­ku szu­ka­jąc te­le­fo­nu, któ­ry za­wsze zo­sta­wia­ła na noc przy łóż­ku. – Mamy zło­dzie­ja! To trze­ba zgło­sić!

Za­nim uda­ło się jej zła­pać słu­chaw­kę i wró­cić na po­ste­ru­nek za za­słon­ką, po po­dej­rza­nym osob­ni­ku nie było śla­du.

Pani Ma­ria do­szła do wnio­sku, że nie po­trze­bu­je już się kryć za zwo­ja­mi fi­ran­ki. Szyb­kim ru­chem od­su­nę­ła ją na bok i ca­łym cia­łem przy­war­ła do lo­do­wa­tej szy­by, by wy­szu­kać po­dej­rza­ne­go typ­ka. Gdy­by ko­muś z lo­ka­to­rów są­sied­nich do­mów przy­szło do gło­wy wy­rwać się z cie­płe­go łó­żecz­ka i spoj­rzeć w okno na pię­trze domu nu­mer trzy­na­ście, na­tych­miast do­szedł­by do wnio­sku, że zo­ba­czył gi­gan­tycz­ne­go glo­no­ja­da z bli­żej nie­wy­ja­śnio­nych po­wo­dów moc­no przy­twier­dzo­ne­go do drzwi bal­ko­no­wych. Jed­nak o tej po­rze wszy­scy miesz­kań­cy Le­śne­go Ką­ci­ka smacz­nie spa­li, kom­plet­nie nie­świa­do­mi tego, że ich uli­ca wła­śnie zo­sta­ła ogra­bio­na z frag­men­tów ro­ślin­no­ści, a świad­kiem tego ha­nieb­ne­go uczyn­ku była je­dy­nie naj­star­sza miesz­kan­ka osie­dla.

– Gdzie się po­dzia­łeś… gnoj­ku… je­den… – ce­dzi­ła przez za­ci­śnię­te zęby, usil­nie sta­ra­jąc się wy­do­być ja­ki­kol­wiek ru­chli­wy cień z jed­no­staj­ne­go kra­jo­bra­zu. – Niech no cię tyl­ko zo­ba­czę…

Jej ocze­ki­wa­nie szyb­ko się opła­ci­ło, bo po nie­speł­na mi­nu­cie coś czar­ne­go czmych­nę­ło w stro­nę ko­lej­nej kępy cho­inek. Grosz­kow­ska bez na­my­słu wy­bra­ła nu­mer na po­li­cję, lecz za­nim zde­cy­do­wa­ła się po­łą­czyć, jej pa­lec za­wisł na chwi­lę nad zie­lo­nym przy­ci­skiem i prze­niósł się na opróż­nio­ną do dna bu­tel­kę po na­lew­ce. Ko­bie­ta na­gle zro­zu­mia­ła, jak bar­dzo tej nocy prze­sa­dzi­ła z al­ko­ho­lem. Czy ktoś jej uwie­rzy i przej­mie się opo­wie­ścią pod­pi­tej sta­rusz­ki, bre­dzą­cej o wi­dzia­nym w środ­ku nocy czar­nym cie­niu, uci­na­ją­cym ga­łę­zie drze­wek?

Cmok­nę­ła z nie­za­do­wo­le­nia, uświa­da­mia­jąc so­bie, że sama nie bar­dzo ufa­ła­by ta­kiej oso­bie oraz opo­wie­ści, któ­ra mo­gła­by być je­dy­nie al­ko­ho­lo­wym ma­ja­kiem. Nie wie­dząc, jak po­stą­pić da­lej, ko­bie­ci­na znów za­wi­sła przy oknie. Po kil­ku­na­stu mi­nu­tach wpa­try­wa­nia się w wy­lud­nio­ny pej­zaż za­czę­ła po­dej­rze­wać, że może to wszyst­ko jej się przy­wi­dzia­ło. Może by­ło­by war­to ubrać się i spraw­dzić przy­droż­ne cho­in­ki? Wte­dy przy­naj­mniej mia­ła­by ja­kiś do­wód.

Kie­dy już pra­wie była zde­cy­do­wa­na na ten od­waż­ny krok, po­wiał sil­ny wiatr. Jego lo­do­wa­ty po­dmuch ude­rzył set­ka­mi ma­łych płat­ków w okno. Pani Ma­ria nie lu­bi­ła wia­tru i chło­du, bo od tego jesz­cze bar­dziej bo­la­ły ją sta­wy. Po­mysł noc­nej eska­pa­dy na­gle wy­dał jej się nie­do­rzecz­ny. Szyb­ko więc wpa­dła na inny: z sa­me­go rana, kie­dy tyl­ko zro­bi się ja­sno, przej­dzie wzdłuż ścież­ki i spraw­dzi wszyst­kie cho­in­ki. Je­śli znaj­dzie przy­strzy­żo­ne ga­łąz­ki, wów­czas bę­dzie mia­ła pew­ność, że to, co wi­dzia­ła w nocy, zda­rzy­ło się na­praw­dę.

***

Nasz ro­dzin­ny po­ra­nek za­zwy­czaj przy­po­mi­na roz­ru­chy w domu wa­ria­tów. Zwłasz­cza w ty­go­dniu, kie­dy mój mąż Pio­trek szyb­ko zbie­ra się do pra­cy, a dzie­cia­ki do szko­ły. Zwy­kle wsta­je­my z łóż­ka zbyt póź­no, przez co mu­si­my się śpie­szyć z ubra­niem i pa­ko­wa­niem. Każ­dy w bie­gu pod­gry­za ka­nap­kę, szu­ka­jąc rów­no­cze­śnie ja­kichś ele­men­tów gar­de­ro­by czy wci­ska­jąc się w spodnie. Z ja­kie­goś nie­wy­tłu­ma­czal­ne­go po­wo­du ten har­mi­der przed świę­ta­mi jesz­cze bar­dziej się na­si­la. Do­cho­dzą krzy­ki, kłót­nie o to, kto za dłu­go sie­dzi w ła­zien­ce albo że „ktoś spe­cjal­nie ukrył książ­kę czy piór­nik po­trzeb­ny do szko­ły”. Au­to­ra­mi tych de­ner­wu­ją­cych wrza­sków są oczy­wi­ście moje dzie­ci – Mi­chał i Bar­tek.

Mi­chał, jako su­mien­ny dru­go­kla­si­sta, za­ję­cia w szko­le trak­tu­je sza­le­nie po­waż­nie. Za­zwy­czaj pod wie­czór jest już spa­ko­wa­ny na na­stęp­ny dzień. Uczy się chęt­nie i lubi od­ra­biać za­da­nia do­mo­we. Bar­tek ma pięć lat i jak na ra­zie jego ży­cio­wą mi­sją jest ro­bie­nie bra­tu róż­nych psi­ku­sów, zwłasz­cza gdy wcze­śniej Mi­chał mu pod­pad­nie. Wte­dy wy­cią­ga z jego ple­ca­ka ja­kąś rzecz i cho­wa w sza­fie. Rano przed sa­mym wyj­ściem trze­ba więc spraw­dzić za­war­tość ple­ca­ka Mi­cha­ła, żeby w szko­le nie było pła­czu, że cze­goś za­po­mniał. Dzi­siaj dla od­mia­ny szu­ka­li­śmy spode­nek do wu­efu, któ­re osta­tecz­nie uda­ło mi się zna­leźć w… po­jem­ni­ku na dru­gie śnia­da­nie.

– Mu­sisz za­wieźć chło­pa­ków. – Pio­trek prze­mknął mi tuż przed no­sem, w bie­gu do­pi­ja­jąc reszt­kę kawy z kub­ka, kie­dy ja po­śpiesz­nie udzie­la­łam dzie­ciom re­pry­men­dy za ukry­cie spode­nek. – Nie zdą­żę, je­śli będę prze­py­chał się przez ten ko­rek pod szko­łą.

– Ale ja się nie prze­bra­łam – po­wie­dzia­łam, upy­cha­jąc strój do ple­ca­ka Mi­cha­ła. – Je­stem nie­ucze­sa­na. Też nie zdą­żę. Ty ich mia­łeś dzi­siaj za­wieźć!

– Skar­bie… – Zła­pał mnie za ra­mio­na i cmok­nął w czo­ło. – Za dwa­dzie­ścia mi­nut mu­szę być w pra­cy, a chłop­cy w szko­le. Nie opa­no­wa­łem jesz­cze zdol­no­ści te­le­por­ta­cji. Za­wieź ich. Bu­zia­ki.

I wy­biegł z domu, nie za­my­ka­jąc za sobą drzwi.

– No, po pro­stu świet­nie – wark­nę­łam, pa­trząc na ze­ga­rek.

Na ogar­nię­cie sie­bie i za­pa­ko­wa­nie chłop­ców do auta mia­łam za­le­d­wie dwie mi­nu­ty.

– Tata po­je­chał! – Na scho­dach po­ja­wił się Bar­tuś. – Za­po­mniał nas za­brać!

– Nie za­po­mniał, tyl­ko nie zdą­żył – po­pra­wi­łam go, pę­dząc do sy­pial­ni. – Schodź­cie już na dół. Ja się tyl­ko ubio­rę i za­raz za­wio­zę was do szko­ły.

Kil­ka mi­nut póź­niej mknę­łam uli­ca­mi mia­stecz­ka ni­czym ja­kiś pi­rat dro­go­wy. Zdą­ży­łam do­wieźć chło­pa­ków na pięć mi­nut przed pierw­szym dzwon­kiem. Mi­chał szyb­ko za­brał swój ple­cak i ma­cha­jąc mi na po­że­gna­nie, po­gnał do swo­jej szat­ni. Bart­ka mu­sia­łam za­pro­wa­dzić do od­dzia­łu przed­szkol­ne­go. Nie zdą­ży­łam po­ma­lo­wać oczu ani za­pa­no­wać nad czu­pry­ną, wsku­tek cze­go wy­stą­pi­łam w prze­ciw­sło­necz­nych oku­la­rach i gru­bej cza­pie na gło­wie.

Na miej­scu spo­tka­łam są­siad­kę i moją przy­ja­ciół­kę – Mar­le­nę. Ona też zo­sta­wia­ła swo­je­go syn­ka Mar­ce­la, któ­ry wła­śnie w tym mo­men­cie, wy­jąc wnie­bo­gło­sy, ucze­pił się nogi mat­ki i za nic w świe­cie nie chciał jej pu­ścić. Też mia­ła oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne, choć na nie­bie nie było wi­dać na­wet skraw­ka słoń­ca.

– Wi­dzia­łaś dzi­siaj rano Grosz­kow­ską? – za­py­ta­ła, nie­po­rad­nie sta­ra­jąc się wy­plą­tać pa­lusz­ki syn­ka ze swo­ich ubrań. – Za­cho­wy­wa­ła się ja­koś nie­nor­mal­nie.

– Nie mia­łam cza­su roz­glą­dać się po uli­cy – wes­tchnę­łam, wie­sza­jąc kurt­kę Bart­ka.

– Cho­dzi­ła wzdłuż chod­ni­ka, od cho­in­ki do cho­in­ki, i oglą­da­ła każ­de drzew­ko. Wy­glą­da­ła tak, jak­by li­czy­ła ga­łę­zie.

– Rze­czy­wi­ście dziw­ne. – Po­śpiesz­nie uca­ło­wa­łam czół­ko syn­ka i po­ma­cha­łam mu na po­że­gna­nie, li­cząc na szyb­ką ewa­ku­ację.

– Po­my­śla­łam so­bie, że może szu­ka ga­łę­zi na stro­ik. – Mar­len­ka za­chi­cho­ta­ła.

– Prze­cież to są na­sze wspól­ne cho­in­ki – za­uwa­ży­łam. – Grosz­kow­ska ma róż­ne dur­ne po­my­sły, ale wąt­pię, żeby chcia­ła ciąć osie­dlo­we drzew­ka.

– Też mam taką na­dzie­ję. – Są­siad­ka wzru­szy­ła ra­mio­na­mi i znów za­bra­ła się za od­cze­pia­nie ry­czą­ce­go ma­lu­cha.

Na­wet przez mo­ment nie my­śląc o tej roz­mo­wie, zro­bi­łam eks­pre­so­we za­ku­py w po­bli­skim mar­ke­cie i szyb­ko wró­ci­łam do domu. Par­ku­jąc sa­mo­chód na pod­jeź­dzie, za­uwa­ży­łam Grosz­kow­ską nie­opo­dal jej domu. Sta­ła przy dwu­me­tro­wym srebr­nym świercz­ku i… ro­bi­ła mu zdję­cie.

– Chy­ba rze­czy­wi­ście za­czy­na jej od­bi­jać – mruk­nę­łam, za­my­ka­jąc bra­mę.

I wte­dy zo­ba­czy­łam, że ma­cha mi na po­wi­ta­nie. Z uśmie­chem unio­słam rękę.

– Za­cze­kaj chwi­lę! – ryk­nę­ła, rzu­ca­jąc się w moim kie­run­ku. – Mu­szę z tobą po­roz­ma­wiać.

– No i masz babo pla­cek – wes­tchnę­łam, cze­ka­jąc na nią przy furt­ce.

Nad­bie­gła zdy­sza­na, jak­by po­ko­na­ła cały ma­ra­ton, a prze­cież mi­nę­ła za­le­d­wie trzy po­se­sje.

– Dla­cze­go pani fo­to­gra­fu­je drzew­ka?

– Ro­bię do­ku­men­ta­cję – wy­sa­pa­ła, wpy­cha­jąc te­le­fon do kie­sze­ni kurt­ki.

– Ale po co?

– Dzi­siaj w nocy wsta­łam, żeby wziąć… le­kar­stwo. – Za­wa­ha­ła się przy ostat­nim sło­wie. – Kie­dy je pi­łam, zo­ba­czy­łam, jak ja­kiś ubra­ny na czar­no zło­dziej bie­gnie z ga­łąz­ka­mi. Ro­bię więc zdję­cia, bo jak za­czną zni­kać całe świer­ki, wte­dy trze­ba zgło­sić to na po­li­cję.

– Może ktoś za­brał ga­łę­zie z lasu? – za­su­ge­ro­wa­łam, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi. – Z tego, co wiem, to ucię­cie ga­łąz­ki nie jest prze­stęp­stwem. Chy­ba.

– I w tym celu wy­brał się do lasu o dru­giej w nocy? W ży­ciu nie sły­sza­łam głup­sze­go wy­tłu­ma­cze­nia.

Nie bar­dzo wie­dzia­łam, co mam od­po­wie­dzieć. Za­le­d­wie dwa mie­sią­ce temu też od­wie­dzi­łam nasz la­sek w oko­li­cach pół­no­cy, a to dla­te­go, że mój ko­cha­ny Mi­cha­łek przy­po­mniał so­bie, że na­stęp­ne­go dnia na pierw­szą lek­cję ma przy­nieść róż­ne­go ro­dza­ju li­ście. Oczy­wi­ście po­wie­dział mi o tym, kie­dy wła­śnie wy­szłam spod prysz­ni­ca i za­mie­rza­łam wresz­cie pójść spać. Być może ten „zło­dziej” też ze­brał kil­ka ga­łę­zi dla swo­je­go za­po­mi­nal­skie­go dziec­ka? A bar­dzo moż­li­we, że w ostat­nich dwóch dniach szko­ły dzie­ci ro­bią na za­ję­ciach świą­tecz­ne stro­iki.

Za­miast coś po­wie­dzieć, szyb­ko za­sta­no­wi­łam się, czy aby przy­pad­kiem moi chłop­cy nie mie­li cze­goś przy­nieść na pla­sty­kę albo tech­ni­kę.

– To był zło­dziej i już – po­wie­dzia­ła pani Ma­ria z prze­ko­na­niem w gło­sie. – Trze­ba na­mie­rzyć ga­gat­ka. Jak zo­ba­czysz ko­goś po­dej­rza­ne­go, krę­cą­ce­go się w po­bli­żu, to ko­niecz­nie daj znać.

– Do­brze, oczy­wi­ście. – Ski­nę­łam gło­wą.

Od­wró­ci­ła się na pię­cie, wy­cią­gnę­ła ko­mór­kę i po­now­nie za­czę­ła fo­to­gra­fo­wać drze­wa. Ja tym­cza­sem ze­bra­łam za­ku­py i we­szłam do domu. Le­d­wie za­mknę­łam za sobą drzwi, za­dzwo­nił te­le­fon.

– O co cho­dzi z tym zdję­cia­mi?

Dzwo­ni­ła moja naj­lep­sza przy­ja­ciół­ka i są­siad­ka z na­prze­ciw­ka – Anka – nie­pra­cu­ją­ca księ­go­wa, zaj­mu­ją­ca się obec­nie do­mem i trze­ma uro­czo roz­piesz­czo­ny­mi có­recz­ka­mi w wie­ku od pię­ciu do ośmiu lat. Na pew­no wi­dzia­ła, jak roz­ma­wia­łam z Grosz­kow­ską, bo więk­szość swo­je­go ży­cia spę­dza­ła w kuch­ni, gdzie go­to­wa­ła, myła i pra­ła nie­zli­czo­ne po­kła­dy ubrań po swo­ich trzech nie­let­nich dziew­czyn­kach. Tuż przy zle­wo­zmy­wa­ku mia­ła pa­no­ra­micz­ne okno z wi­do­kiem na nasz dom i więk­szość Le­śne­go Ką­ci­ka. By­łam prze­ko­na­na, że w przy­szło­ści to wła­śnie ona zaj­mie miej­sce Grosz­kow­skiej i bę­dzie ob­ser­wo­wać każ­de­go miesz­kań­ca.

Na na­szym osie­dlu kuch­nie są ser­cem domu. To tu­taj przy­go­to­wu­je się po­sił­ki i spę­dza naj­wię­cej cza­su z ro­dzi­ną, bo w tych sza­lo­nych cza­sach, mi­ja­ją­cych głów­nie w bie­gu, tyl­ko pod­czas po­sił­ków mamy szan­sę spo­tkać wszyst­kich do­mow­ni­ków przy wspól­nym sto­le. U więk­szo­ści są­sia­dów wła­śnie ku­chen­ny stół był miej­scem od­ra­bia­nia za­dań, spo­tkań z są­siad­ka­mi, wie­czor­nej her­bat­ki czy pod­pi­sy­wa­nia waż­nych do­ku­men­tów. Ten z po­zo­ru bła­hy me­bel był świad­kiem wszyst­kich waż­nych wy­da­rzeń w ży­ciu nie­mal każ­dej ro­dzi­ny.

Roz­ma­wia­jąc z przy­ja­ciół­ką, sta­nę­łam przy sto­le. Od­ru­cho­wo za­czę­łam zbie­rać ta­le­rzy­ki i kub­ki po szyb­kim śnia­da­niu.

– Grosz­kow­ska twier­dzi, że w nocy wi­dzia­ła zło­dzie­ja umy­ka­ją­ce­go z na­sze­go osie­dla z na­rę­czem ga­łę­zi – oświad­czy­łam, wkła­da­jąc sztuć­ce do zmy­war­ki. – Po­noć był ubra­ny na czar­no i miał ko­mi­niar­kę.

– Pew­nie zno­wu po­pi­ja­ła i jej się to wszyst­ko przy­wi­dzia­ło – mruk­nę­ła Anka.

– Ale po­wie­dzia­ła, że to było ja­koś koło dru­giej – przy­po­mnia­łam so­bie.

– No wła­śnie. – Za­śmia­ła się. – To jest jej ulu­bio­na pora bra­ta­nia się z bu­tel­ką. Ofi­cjal­nie na­zy­wa to „le­kar­stwem”.

– Ale skąd masz pew­ność? – Za­pe­rzy­łam się tro­chę.

Praw­dę mó­wiąc, nie sza­la­łam na punk­cie Grosz­kow­skiej, bo czę­sto by­wa­ła zło­śli­wa i zbyt na­chal­na, ale by­łam prze­ko­na­na, że jest to wy­nik sa­mot­no­ści, a to bar­dzo zmie­nia ludz­ki cha­rak­ter. Nie­któ­re sa­mot­ne oso­by sku­pia­ją się wte­dy na so­bie, inne na­to­miast pust­kę wy­ni­ka­ją­cą z bra­ku ro­dzi­ny wy­peł­nia­ją zbyt du­żym za­in­te­re­so­wa­niem ży­ciem są­sia­dów. Grosz­kow­ska zde­cy­do­wa­nie na­le­ża­ła do tej dru­giej gru­py.

– Bo co kil­ka dni ku­pu­je wy­so­ko­pro­cen­to­wą na­lew­kę w mo­no­po­lo­wym, w cen­trum mia­sta. – Znów się za­śmia­ła. – Bie­dacz­ka my­śli, że le­piej ku­po­wać da­le­ko od domu. A tak się skła­da, że tam pra­cu­je moja ku­zyn­ka…

– Och, ro­zu­miem – wes­tchnę­łam, nie­co roz­cza­ro­wa­na za­cho­wa­niem sta­rusz­ki spod trzy­nast­ki.

Bio­rąc pod uwa­gę czę­sto­tli­wość za­ku­pu na­lew­ki oraz fakt, że są­siad­ka pije ją sama… cóż… w środ­ku nocy może być po pro­stu na tyle pi­ja­na, żeby wi­dzieć przede wszyst­kim znie­kształ­co­ne ob­ra­zy pod­su­nię­te przez al­ko­hol, a nie re­al­ne zda­rze­nia.

– Po pro­stu jest sama. Chy­ba czu­je, że nie ma dla kogo żyć – stwier­dzi­ła na­gle Anka. – Pew­nie Wi­gi­lię też spę­dzi sama. W po­przed­nich la­tach nikt do niej nie przy­je­chał. Nie ma bli­skiej ro­dzi­ny. A li­sto­nosz przy­no­si jej tyl­ko ra­chun­ki i ulot­ki re­kla­mo­we. Wiem, bo kil­ka razy od­bie­ra­łam pocz­tę.

– Może do­brze by­ło­by ją za­pro­sić na Wi­gi­lię? – za­sta­no­wi­łam się na głos. – Do nas w tym roku przy­jeż­dża tyl­ko mój tata. Ro­dzi­ce Piotr­ka lecą do cór­ki. Miesz­ka w Ir­lan­dii.

– Cóż, my też spę­dza­my świę­ta sami, bo u bra­ta dzie­cia­ki za­cho­ro­wa­ły na ospę… – Prze­rwa­ła, bo na­gle wpa­dła na pe­wien po­mysł. – Słu­chaj, a może urzą­dzi­li­by­śmy Wi­gi­lię wspól­nie? By­ło­by nas wię­cej, we­se­lej. Tak po­win­no się spę­dzać świę­ta. Ja przy­go­to­wa­ła­bym część po­traw… im­pre­zę zro­bi­li­by­śmy u cie­bie, bo masz więk­szy sa­lon i kuch­nię… oczy­wi­ście po­mo­że­my ci sprzą­tać…

Spoj­rza­łam na ku­chen­ny stół. Słu­cha­jąc ko­le­żan­ki, prze­je­cha­łam wierz­chem dło­ni po zma­to­wia­łym bla­cie i za­sta­no­wi­łam się, czy uda się zmie­ścić przy nim aż je­de­na­ście osób?

Przez śro­dek bla­tu bie­gła ciem­na li­nia, łą­cze­nie dwóch czę­ści. Gdy się je roz­su­nie i doda scho­wa­ny pod spodem ele­ment, przy sto­le spo­koj­nie może za­siąść dwa­na­ście osób.

– Poza tym my­ślę, że je­śli za­pro­si­my Grosz­kow­ską do jed­nej ro­dzi­ny, to ona nie zgo­dzi się przyjść na ko­la­cję. Co in­ne­go, gdy jej po­wie­my, że ro­bi­my Wi­gi­lię wspól­nie. Ro­zu­miesz?

Na­gle w my­ślach przy­zna­łam jej ra­cję. Na­sza star­sza są­siad­ka była, ow­szem, wścib­ska i lu­bi­ła się wpra­szać do czy­je­goś domu, ale tyl­ko wte­dy, gdy wi­dzia­ła, że są w nim jesz­cze ja­cyś inni go­ście. Wpa­da­ła wte­dy i zo­sta­wa­ła „przy oka­zji”. Po pro­stu lu­bi­ła za­mie­sza­nie. Wów­czas mo­gła po­znać wię­cej plo­te­czek z ży­cia nie tyl­ko ro­dzin, ale rów­nież osie­dla i ca­łe­go mia­stecz­ka.

– To do­bry po­mysł – przy­zna­łam wresz­cie. – Wiesz? Jesz­cze dzi­siaj po­roz­ma­wiam o tym z Piotr­kiem, jak tyl­ko wró­ci z pra­cy.

– Na pew­no też bę­dzie za. – Ro­ze­śmia­ła się. – Prze­cież nasi mę­żo­wie cią­gle uma­wia­ją się na piwo albo wspól­ne oglą­da­nie me­czu.

– I dzie­cia­ki po­ba­wią się ze sobą – do­da­łam.

– No pew­nie. – Wciąż chi­cho­ta­ła. – To zrób­my tak: po­ga­daj­my dzi­siaj z na­szy­mi słod­ki­mi po­łów­ka­mi, a rano dasz mi znać. Wpad­nę do cie­bie przed po­łu­dniem, żeby usta­lić, co ja przy­go­to­wu­ję, do­bra?

– W po­rząd­ku. To do ju­tra.

– Pa, pa.

***

Na­stęp­ne­go dnia Ania przy­bie­gła do mnie, le­d­wie tyl­ko za sa­mo­cho­dem Piotr­ka zdą­ży­ły opaść drob­ne pył­ki śnie­gu. W ra­mio­nach dzier­ży­ła dużą mi­skę przy­kry­tą kra­cia­stą ście­recz­ką oraz re­kla­mów­kę z ja­ki­miś sło­ika­mi.

– Zo­sta­łaś sama? – za­py­ta­ła, za­glą­da­jąc do sa­lo­nu. – Dzie­cia­ki w szko­le?

– Tak, po­je­cha­ły z Piotr­kiem. Nie wi­dzia­łaś?

– Wi­dzia­łam. – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Ale wo­la­łam się upew­nić. Mam przy­go­to­wa­ne cia­stecz­ka, trze­ba je te­raz po­sma­ro­wać kon­fi­tu­ra­mi i po­łą­czyć…

Wzię­łam od niej mi­skę i zaj­rza­łam do środ­ka. Była peł­na aro­ma­tycz­nych okrą­głych cia­ste­czek.

– Prze­ga­da­łaś te­mat Wi­gi­lii? – do­py­ty­wa­ła. – Ro­bi­my wspól­nie?

– Tak. – Uśmiech­nę­łam się. – I za­pra­sza­my Grosz­kow­ską. Na pew­no bar­dzo się ucie­szy.

– Oj, nie wąt­pię. – Po­de­szła do okna w kuch­ni i zer­k­nę­ła na uli­cę, któ­rą z tego miej­sca było do­sko­na­le wi­dać. – Mo­że­my to zro­bić na­wet te­raz, bo zno­wu oglą­da cho­in­ki. Chy­ba jej za­czy­na od­bi­jać. Mi­ja­łam ją, mó­wi­łam „dzień do­bry”, a ona nic. Chy­ba była sku­pio­na na li­cze­niu igli­wia.

Po­de­szłam do Anki i wyj­rza­łam zza jej ra­mie­nia. Rze­czy­wi­ście, pani Ma­ria za­cho­wy­wa­ła się co naj­mniej dziw­nie. Ob­cho­dzi­ła każ­dą cho­in­kę do­oko­ła, schy­la­ła się, jak­by szu­ka­ła grzy­bów, za­glą­da­ła mię­dzy gę­ste ga­łę­zie. Krę­ci­ła gło­wą i mo­gła­bym przy­siąc, że cmo­ka­ła przy tym z nie­za­do­wo­le­nia. Pod­pie­ra­ła się rę­ka­mi, po czym wy­ko­ny­wa­ła ob­rót, uważ­nie oglą­da­jąc okna każ­de­go z do­mów.

– Rze­czy­wi­ście, chy­ba nie jest z nią do­brze – stwier­dzi­łam.

Na­gle Grosz­kow­ska spoj­rza­ła pro­sto w moje okno. Za­nim zdą­ży­ły­śmy od­sko­czyć, zo­ba­czy­ła nas i zde­cy­do­wa­nym kro­kiem ru­szy­ła w kie­run­ku furt­ki.

– Spra­wa za­pro­sze­nia za mo­ment roz­wią­że się sama – po­wie­dzia­ła Anka, wi­dząc, jak star­sza pani for­su­je bram­kę i za­ska­ku­ją­co szyb­kim truch­ci­kiem po­ko­nu­je chod­nik aż do sa­me­go gan­ku.

– Znik­nę­ły ko­lej­ne trzy ga­łę­zie – po­wie­dzia­ła Grosz­kow­ska, le­d­wie otwo­rzy­łam drzwi. – To skan­dal!

Zer­k­nę­łam na sto­ją­cą nie­co da­lej Ankę. Z krzy­wym uśmie­chem zna­czą­co po­pu­ka­ła się w czo­ło. Całe szczę­ście, że pani Ma­ria tego nie wi­dzia­ła.

– Może ja­kiś czas temu ktoś je usu­nął? – Sta­ra­łam się ja­koś wy­tłu­ma­czyć brak ga­łą­zek. – Kie­dyś sama ob­cię­łam kil­ka przed moim do­mem, bo igły zżół­kły.

– Pew­nie psy z są­sied­niej uli­cy ob­si­ka­ły. – Grosz­kow­ska wpa­ro­wa­ła do mo­je­go domu. – O, wi­dzę, że masz go­ścia. Jak miło…

– Dzień do­bry. – Anna uśmiech­nę­ła się zde­cy­do­wa­nie zbyt słod­ko.

– A tak się wła­śnie za­sta­na­wia­łam, co to za krą­gła twarz po­ja­wi­ła się w oknie. Bo na męża Iwon­ki mi to nie wy­glą­da­ło. Wiesz… zbyt peł­na. A te czar­ne wło­sy…

Rze­czy­wi­ście Ania była oso­bą o dość buj­nych kształ­tach i pu­co­ło­wa­tej twa­rzy. Przy­ja­ciół­ka sta­ra­ła się ukryć swe „buj­no­ści”, no­sząc pół­dłu­gie czar­ne wło­sy i gru­bą, cię­tą na skos grzyw­kę. Taka fry­zu­ra do­da­wa­ła jej uro­ku. Po­tra­fi­ła też tak do­brać ubra­nia i ko­lo­ry do swo­jej fi­gu­ry, że za­wsze wy­glą­da­ła ład­nie. Na­wet idąc do ogród­ka, żeby wy­ple­wić chwa­sty.

– Pi­je­cie może her­ba­tę? – za­py­ta­ła sta­rusz­ka, mi­ja­jąc trosz­kę na­bur­mu­szo­ną Ankę i kie­ru­jąc się pro­sto do kuch­ni.

– Jesz­cze nie. – Po­dą­ży­ły­śmy za nią.

– Chęt­nie bym się tro­chę roz­grza­ła. – Ścią­gnę­ła kurt­kę i za­wie­si­ła na opar­ciu krze­sła. – Wpraw­dzie mro­zu dzi­siaj nie ma, ale mimo wszyst­ko ziąb daje się ko­ściom we zna­ki.

Bez sło­wa włą­czy­łam eks­pres i przy­go­to­wa­łam trzy kub­ki.

– Bę­dzie taka ka­wu­sia ze spie­nio­nym mle­kiem? – za­py­ta­ła Grosz­kow­ska. – Bar­dzo mi ostat­nio sma­ko­wa­ła.

– Po­sta­ram się zro­bić iden­tycz­ną.

– Z nią jest jak z dziec­kiem – szep­nę­ła mi do ucha Ania. – Może się le­piej za­sta­nów­my, czy na­praw­dę chce­my ją za­pro­sić.

– Za­pro­sić na co?

Nie mia­łam po­ję­cia, ja­kim cu­dem Grosz­kow­ska zna­la­zła się tuż przy nas.

– Cóż… – Za­ło­ży­łam ręce na pier­si. – Pla­nu­je­my zor­ga­ni­zo­wać wspól­ną Wi­gi­lię. To zna­czy moja ro­dzi­na i ro­dzi­na Ani. I po­my­śla­ły­śmy, że…

– Och, to wspa­nia­le. – Sta­rusz­ka kla­snę­ła w dło­nie. – Są­siedz­ka wie­cze­rza! Na pew­no będę! O któ­rej zbiór­ka?

– Zbiór­ka? – Anka zmarsz­czy­ła brwi.

– No, zbiór­ka przy sto­le – wy­tłu­ma­czy­ła Grosz­kow­ska.

– Jesz­cze usta­li­my – wtrą­ci­łam.

– Na ra­zie mu­si­my wszyst­ko przy­go­to­wać – szyb­ko do­da­ła Anka.

– Mogę zro­bić bi­gos – ucie­szy­ła się sta­rusz­ka. – Za­cznę go­to­wać jesz­cze dzi­siaj, żeby do­szedł do Wi­gi­lii. To wspa­nia­łe da­nie, cho­ciaż wy­zwa­la póź­niej ogrom­ne gazy. Cza­sa­mi aż po­bo­le­wa od tej ka­pu­sty brzuch, o tu­taj, na dole… a po­tem rwie jesz­cze ni­żej…

– Wie­rzy­my – z nie­sma­kiem prze­rwa­ła jej Anka.

– I przy­go­tu­ję ku­tię – do­rzu­ci­ła pani Ma­ria. – Wy, mło­de po­ko­le­nie, na­wet nie wie­cie, co to jest.

– Zdzi­wi­ła­by się pani. – Anka po­sta­wi­ła na sto­le swo­ją kawę z ta­kim roz­ma­chem, że aż się nie­co ula­ło na pod­staw­kę. – W moim ro­dzin­nym domu to tra­dy­cja. Wpraw­dzie nikt tego nie je, ale za­wsze jest na sto­le. Po­tem kury u mo­jej mamy mają ra­do­chę.

– Wi­docz­nie two­ja mama i bab­cia nie po­tra­fią jej ro­bić – stwier­dzi­ła Grosz­kow­ska z miną znaw­czy­ni. – Moja ku­tia bę­dzie przy wi­gi­lij­nym sto­le… jak wy to mó­wi­cie… praw­dzi­wym hi­tem.

– Świet­nie. – Wska­za­łam sta­rusz­ce krze­sło i po­da­łam jej kawę. – Więc pani przy­go­tu­je ku­tię i bi­gos. Tyl­ko pro­szę zro­bić tego nie­du­żo, do­brze? Oprócz kar­pia i barsz­czu pla­nu­je­my wie­le róż­no­rod­nych dań…

– W po­rząd­ku. – Upi­ła kawy z gło­śnym siorb­nię­ciem. – Nie za­mie­rza­łam prze­cież go­to­wać tego bi­go­su w trzy­dzie­sto­li­tro­wym sa­ga­nie.

– I bar­dzo do­brze…

– …bo mam taki je­den, ale od lat nie przy­rzą­dzam w nim bi­go­su, lecz słu­ży mi do wy­go­to­wy­wa­nia bie­li­zny – do­koń­czy­ła. – Same wie­cie, jak szyb­ko żółk­ną bia­łe hal­ki i majt­ki…

Anka z prze­ra­że­niem prze­nio­sła wzrok naj­pierw na sta­rusz­kę, a póź­niej na mnie.

– Pani go­tu­je bie­li­znę? Jesz­cze? – za­py­ta­ła z nie­do­wie­rza­niem. – Boże, kto to robi w tych cza­sach? Prze­cież mamy świet­ne prosz­ki, od­pla­mia­cze, wy­bie­la­cze… Wy­star­czy mak­si­mum czter­dzie­ści stop­ni…

– Che­mia, che­mia, che­mia – prze­drzeź­ni­ła ją Grosz­kow­ska. – Syf, kiła i mo­gi­ła. A po­tem lu­dzie się dzi­wią, że mają raka przed czter­dziest­ką. Nie ma to jak wy­go­to­wać ma­te­riał! To zdrow­sze. Poza tym wy­bi­ja wszyst­kie za­raz­ki, bak­te­rie i jaja pa­so­ży­tów. A środ­ki che­micz­ne są szko­dli­we!

– Ale pro­szek? Albo płyn? Na­wet ten dla nie­mow­ląt? – Anka była w szo­ku.

– Wpy­cha się tę che­mię w ciu­chy pod­czas pra­nia, praw­da? – wy­ja­śni­ła Grosz­kow­ska. – Po­tem na­kła­dasz to so­bie, chło­pu i dzie­ciom na cia­ło. Ta che­mia się wchła­nia… i rak go­to­wy.

– Ma pani pral­kę? – Mu­sia­łam ją o to za­py­tać.

– No pew­nie, że mam. – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Prze­cież nie pio­rę ręcz­nie. Je­stem no­wo­cze­sną ko­bie­tą. Jed­nak pral­ka pod­grze­wa wodę tyl­ko do dzie­więć­dzie­się­ciu stop­ni, a ja mu­szę wy­go­to­wać.

Wy­po­wia­da­jąc ostat­nie zda­nie, na szczę­ście nie wy­chwy­ci­ła szyb­kie­go spoj­rze­nia, któ­re wy­mie­ni­łam z Anką.

– A do pra­nia nie uży­wam prosz­ku, tyl­ko spe­cjal­nych ku­lek.

– Ale jaja… – mruk­nę­ła Ania. – Tego nor­mal­nie jesz­cze nie było…

– Na­wet moja bab­cia pie­rze au­to­ma­tycz­nie – od­szep­nę­łam. – Wpraw­dzie nie uży­wa prosz­ku, tyl­ko płat­ków my­dla­nych…

– Płat­ki jesz­cze ujdą. Też uży­wam – wtrą­ci­ła Grosz­kow­ska. – Na więk­sze za­bru­dze­nia.

Wi­dząc na­sze zmie­sza­ne miny, od razu do­da­ła:

– Za­uwa­ży­łam, że wy, mło­dzi, trak­tu­je­cie mnie nie tyl­ko jak ko­bie­tę pół­głu­pią, ale tak­że nie­do­sły­szą­cą. A szko­da, bo słuch mam znacz­nie lep­szy niż wa­sze dzie­cia­ki.

To mó­wiąc, wsta­ła od sto­łu, otwo­rzy­ła zmy­war­kę i wpa­ko­wa­ła do niej pu­sty ku­be­czek po ka­wie, ko­men­tu­jąc pół­gło­sem, że „zmy­war­ka to też che­mia”.

– Smut­ny fakt, że mam po­marsz­czo­nągębę i no­szę oku­la­ry, wca­le nie ozna­cza, że na­wa­la­ją mi inne zmy­sły. – Ze­rwa­ła kurt­kę z opar­cia krze­sła. – Bar­dzo dzię­ku­ję za kawę. Była pysz­na. A te­raz mu­szę wra­cać do domu, bo o dzie­sią­tej bio­rę leki.

– Le­d­wie mi­nę­ła dzie­wią­ta – za­uwa­ży­łam, od­ru­cho­wo pa­trząc na wiel­ki ze­gar wi­szą­cy w przej­ściu z kuch­ni do sa­lo­nu. – Jest jesz­cze spo­ro cza­su…

– Wiem. – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Ale po­win­nam wcze­śniej zjeść śnia­da­nie. Dru­gie.

Od­pro­wa­dzi­łam są­siad­kę do holu i za­mknę­łam za nią drzwi. Kie­dy mi­ja­ła bram­kę, ła­ska­wie po­ma­cha­ła mi jesz­cze na po­że­gna­nie.

– My­ślisz, że my też po­win­ny­śmy go­to­wać ubra­nia? – za­py­ta­ła Anka, le­d­wie wró­ci­łam do kuch­ni.

– Obec­nie w ma­te­ria­łach jest tyle do­dat­ków, że po wy­go­to­wa­niu maj­tek nada­wa­ły­by się chy­ba tyl­ko na cho­mi­ka two­ich dziew­czy­nek – wy­pa­li­łam, spraw­dza­jąc przez okno, czy pani Ma­ria zno­wu fo­to­gra­fu­je drzew­ka. – Że o in­nych ele­men­tach gar­de­ro­by nie wspo­mnę. Na­sza są­siad­ka musi mieć gat­ki jesz­cze z cza­sów po­wo­jen­nych.

– Chy­ba lnia­ne.

– Moż­li­we. – Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi. – Cho­ciaż nie wiem, czy wy­ra­bia­no majt­ki z lnu.

Na­gle za ple­ca­mi usły­sza­łam śmiech Anki.

– Co cię tak roz­ba­wi­ło? – zdzi­wi­łam się, kła­dąc na sto­le ta­le­rzy­ki, na któ­rych za­mie­rza­łam sma­ro­wać i zle­piać cia­stecz­ka.

– No, cho­mik w mo­ich majt­kach… – Do­słow­nie krztu­si­ła się ze śmie­chu. – Jak my­ślisz, czy w strin­gach by­ło­by mu wy­god­nie? Mam ta­kie faj­ne, żół­te w zie­lo­ne ja­błusz­ka… albo ta­kie w czer­wo­ne ce­ki­ny, na spe­cjal­ne oka­zje… ro­zu­miesz, o co mi cho­dzi…

Opar­ła się o blat sto­łu i do­słow­nie ry­cza­ła ze śmie­chu. Jej hu­mor udzie­lił się i mnie. Moja wy­bu­ja­ła wy­obraź­nia usłuż­nie pod­su­nę­ła mi wi­do­czek cho­mi­ka dżun­gar­skie­go wbi­te­go w błysz­czą­ce figi, biu­sto­nosz albo słom­ko­wy ka­pe­lusz, któ­ry Anka czę­sto za­kła­da­ła do pra­cy w ogród­ku. Nie by­łam w sta­nie się po­ha­mo­wać. Sia­da­jąc przy ku­chen­nym sto­le, obok mo­jej przy­ja­ciół­ki, aż do­sta­łam czkaw­ki ze śmie­chu.

Przez ko­lej­ną go­dzi­nę sma­ro­wa­ły­śmy cia­stecz­ka masą kar­me­lo­wą i kon­fi­tu­ra­mi tru­skaw­ko­wy­mi, śmie­jąc się przy tym jak dwie sta­re wa­riat­ki.

***

– Czy­li ty nie masz wra­że­nia, że Grosz­kow­skiej za­czy­na od­bi­jać?

To py­ta­nie za­dał mi mąż, kie­dy przy­go­to­wy­wa­li­śmy się do snu. Ja wkle­py­wa­łam krem w po­licz­ki, a on ukła­dał się wła­śnie wy­god­nie na łóż­ku.

– Już dzi­siaj py­ta­ło mnie o to kil­ka osób. Sta­rość nie ra­dość – za­cy­to­wa­łam, za­ma­szy­ście wcie­ra­jąc spe­cy­fik w pod­bró­dek. – Może i jest tro­chę zwa­rio­wa­na, ale mam ta­kie wra­że­nie, że z tym zło­dzie­jem drze­wek nie kła­mie. Dzi­siaj po po­łu­dniu wy­sła­ła mi zdję­cie ko­lej­nych ścię­tych ga­łę­zi.

– Sza­lo­na – mruk­nął Pio­trek, na­kry­wa­jąc nogi koł­drą.

– Cóż… – wes­tchnę­łam. – Tyl­ko jej jed­nej chce się ob­ser­wo­wać uli­cę.

– I robi to w środ­ku nocy, bo ma wte­dy ga­stro­fa­zę – do­rzu­cił cierp­kim to­nem. – Na pi­cie. – Wi­dząc moje za­sko­czo­ne spoj­rze­nie, do­dał na­tych­miast: – No co? Roz­ma­wia­łem z Kac­prem.

– Mąż Anki nie ma krę­go­słu­pa! – wark­nę­łam, gło­śno od­kła­da­jąc krem na pół­kę. – Po­wta­rza za nią wszyst­ko jak ja­kaś pa­pu­ga. Każ­de sło­wo.

– To nie ma zna­cze­nia – wes­tchnął Pio­trek. – Wiesz? Mam coś dla cie­bie.

– Tak? – Z za­cie­ka­wie­niem wyj­rza­łam z ła­zien­ki. – A co?

– Mnie! – Roz­chy­lił nie­co koł­drę i po­słał mi po­nęt­ny uśmiech.

Przy­naj­mniej w jego mnie­ma­niu…

– Sło­necz­ko, z ca­łym sza­cun­kiem, ale pa­dam na twarz – stwier­dzi­łam, ga­sząc świa­tło w ła­zien­ce. – Może ju­tro?

– Mó­wisz tak od trzech dni – wy­po­mniał. – Ja na­praw­dę moc­no pra­gnę przy­tu­lić się do mo­jej żo­necz­ki.

– Przy­tu­lać się mo­żesz…

– I do­stać od niej ca­łu­ska…

– To osta­tecz­nie da się zro­bić…

– A po­tem… – Znów po­ma­chał koł­drą.

– Rany bo­skie! – syk­nę­łam, za­trzy­mu­jąc się za­le­d­wie metr przed łóż­kiem.

– Wiem. – Nie krył dumy. – Tak na mnie dzia­łasz…

– Nie to. – Mach­nę­łam nie­cier­pli­wie ręką. – Wi­dzę go!

Do­pie­ro wte­dy Pio­trek uświa­do­mił so­bie, że nie pa­trzę na nie­go, a za okno, skąd roz­ta­czał się wi­dok na część Le­śne­go Ką­ci­ka.

– O co ci cho­dzi? – za­py­tał roz­e­mo­cjo­no­wa­nym gło­sem.

– Ktoś krę­ci się wo­kół cho­inek – syk­nę­łam, ga­sząc świa­tło i do­pa­da­jąc drzwi bal­ko­no­wych. – Ale to chy­ba ja­kiś dzie­ciak.

Po­stać, któ­ra ob­ci­na­ła ga­łąz­ki, była zde­cy­do­wa­nie ode mnie niż­sza i drob­niej­sza. Sama, ow­szem, chu­do­ścią i drob­no­ko­ści­sto­ścią nie grze­szę, ale na­wet z mo­jej per­spek­ty­wy ła­two dało się za­uwa­żyć, że gra­bie­ży do­ko­nu­je oso­ba mło­da. Co do płci, trud­no było to okre­ślić, po­nie­waż ów osob­nik w ca­ło­ści był odzia­ny na czar­no, łącz­nie z ko­mi­niar­ką, któ­ra za­sła­nia­ła twarz.

Za­nim pcha­ny żą­dzą mi­ło­ści Pio­trek do­tarł do okna, czar­na po­stać znik­nę­ła za…

– O, Boże! – jęk­nę­łam. – Ten ktoś po­biegł pro­sto do domu Grosz­kow­skiej!

Wi­dzia­łam, jak wiel­kim wy­sił­kiem było dla mo­je­go męża opusz­cze­nie obie­cu­ją­cych pie­le­szy. Od­ru­cho­wo przy­kry­wa­jąc przy­ro­dze­nie jaś­kiem, wyj­rzał na uli­cę przez zwiew­ne zwo­je or­gan­zy.

– Nic nie wi­dzę – wy­znał szcze­rze.

– Bo, jak już wspo­mnia­łam, zło­dziej po­biegł za dom.

– Wiesz co? – szep­nął, pa­da­jąc zno­wu na łóż­ko. – Mam te­raz gdzieś tego zło­dzie­ja. Niech gwizd­nie na­wet wszyst­kie cho­ler­ne cho­in­ki z tej uli­cy. Chcę cie­bie! Wra­caj, sło­necz­ko, do łóż­ka! I to już!

– Mu­szę do niej za­dzwo­nić. – Zi­gno­ro­wa­łam jego za­lo­ty i zła­pa­łam za ko­mór­kę.

Nie­ste­ty, Grosz­kow­ska nie od­bie­ra­ła.

– Pew­nie śpi. – Pio­trek roz­parł się na łóż­ku. – Ocho­ta na na­lew­kę przyj­dzie jej koło dru­giej w nocy…

– Mu­si­my tam pójść – prze­rwa­łam mu. – I spraw­dzić, czy jest bez­piecz­na.

– Zwa­rio­wa­łaś? – Wciąż my­ślał, że żar­tu­ję, bo na jego twa­rzy wi­dzia­łam ten pół­głu­pi uśmie­szek. – Zło­dziej krad­nie cho­in­ki, a nie star­sze pa­nie. Na­wet jak utnie kil­ka ga­łę­zi, to co z tego? Wra­caj do łóż­ka, póki cze­kam…

Wte­dy coś się we mnie za­go­to­wa­ło. Ow­szem, nie by­łam fan­ką Grosz­kow­skiej, bo była upier­dli­wa i na­chal­na, ale jed­no­cze­śnie sa­mot­na i po­trze­bu­ją­ca to­wa­rzy­stwa. Czu­łam, że na­le­ży się nią za­opie­ko­wać, bo, kto wie, może za kil­ka­dzie­siąt lat to ja będę taką Grosz­kow­ską? Sa­mot­ną, nie­ko­cha­ną i nie­trak­to­wa­ną po­waż­nie przez są­sia­dów?

– Idziesz ze mną? – za­py­ta­łam.

– Gdzie?

– Spraw­dzić, czy ten ty­pek nie wlazł do domu pani Ma­ry­si.

– On krad­nie cho­in­ki – po­wtó­rzył upar­cie. – Na pew­no nie po­rwie Grosz­kow­skiej.

– Czy­li mi nie po­mo­żesz?

– Nie.

– Wiesz co? Cmok­nij mnie! – wark­nę­łam i nie oglą­da­jąc się na nie­go, wy­bie­głam z po­ko­ju.

Żeby nie obu­dzić dzie­ci, ze­szłam na ciem­ny par­ter po omac­ku. Tam za­świe­ci­łam świa­tło tyl­ko przy wej­ściu. Wy­szu­ka­łam sto­pą croc­sy, za­rzu­ci­łam kurt­kę i już po chwi­li by­łam go­to­wa na noc­ną eska­pa­dę.

Ci­chut­ko prze­krę­ci­łam za­mek w drzwiach, po czym wy­szłam na ga­nek. Scho­dząc po schod­kach, ro­zej­rza­łam się wo­ko­ło. Wszę­dzie pa­no­wa­ła ci­sza oraz gra­na­to­wa ciem­ność prze­tka­na bia­ły­mi pla­ma­mi śnie­gu i czar­ny­mi cie­nia­mi, ku­lą­cy­mi się pod kę­pa­mi ogo­ło­co­nych z li­ści drzew. Drob­nym truch­ci­kiem po­ko­na­łam ścież­kę do bram­ki i już chwil­kę póź­niej drep­ta­łam chod­ni­kiem pod po­se­sję nu­mer trzy­na­ście. Nie mia­łam da­le­ko. Wy­star­czy­ło mi­nąć dwie dział­ki i wkrót­ce zza drze­wek wy­ło­nił się dom sta­rusz­ki.

Wszyst­kie okna nie­wiel­kie­go pię­tro­we­go dom­ku były ciem­ne, nie li­cząc ni­kłej po­świa­ty na par­te­rze. Do­szłam do wnio­sku, że Grosz­kow­ska urzę­do­wa­ła pew­nie w sa­lo­nie, któ­re­go drzwi bal­ko­no­we wy­cho­dzi­ły na ogród z dru­giej stro­ny. Była spo­ra szan­sa, że tkwi­ła przed te­le­wi­zo­rem, oglą­da­jąc po­wtór­kę któ­re­goś z se­ria­li.

Szyb­ko mi­nę­łam bram­kę i przy­pró­szo­ną śnie­giem ścież­ką do­tar­łam na ga­nek. Sta­nę­łam przy drzwiach i wy­cią­gnę­łam dłoń w stro­nę gu­zi­ka dzwon­ka. Na­gle ogar­nę­ły mnie wąt­pli­wo­ści: „Kur­de, już gru­bo po pół­no­cy. A je­śli pani Ma­ry­sia już daw­no smacz­nie śpi, a ten po­blask na dole to po pro­stu czuj­ni­ki te­le­wi­zo­ra albo in­nych urzą­dzeń?”. Uzna­łam, że naj­pierw na­le­ży obejść dom i zer­k­nąć przez ja­kieś inne okno. Nie mo­głam po­zbyć się my­śli, że może Grosz­kow­ska obe­rwa­ła po gło­wie od ta­jem­ni­cze­go osob­ni­ka i le­ża­ła gdzieś w sa­lo­nie, cze­ka­jąc na śmierć. Pod wpły­wem tej pla­stycz­nej wi­zji, jaką usłuż­nie pod­su­nę­ła mi zde­cy­do­wa­nie zbyt wy­bu­ja­ła fan­ta­zja, bez na­my­słu ru­szy­łam wzdłuż domu, za­glą­da­jąc po dro­dze we wszyst­kie mi­ja­ne okna.

***

Tym­cza­sem Pio­trek, drę­czo­ny wy­rzu­ta­mi su­mie­nia, krę­cił się w po­ście­li, jak­by go gnę­bi­ło sta­do wy­jąt­ko­wo agre­syw­nych owsi­ków. Co chwi­la zer­kał na ze­ga­rek, ma­jąc na­iw­ną na­dzie­ję, że mał­żon­ka jed­nak uzna swój po­mysł za głu­pi i za­miast gnać do są­siad­ki wró­ci do łóż­ka, od­da­jąc się z wiel­ką przy­jem­no­ścią wsze­la­kim piesz­czo­tom.

Mi­nę­ło pięć mi­nut, i nic. Piotr usiadł na po­sła­niu, klnąc pod no­sem. Wresz­cie, uży­wa­jąc jesz­cze gor­szych okre­śleń, za­ło­żył cie­niut­kie spodnie od pi­ża­my i wyj­rzał do holu. Na dole pa­no­wa­ła ciem­ność, nie li­cząc sła­be­go bla­sku lamp­ki wi­szą­cej tuż nad drzwia­mi wej­ścio­wy­mi.

– A jed­nak po­szła – mruk­nął, krę­cąc z nie­do­wie­rza­nia gło­wą. – Co za baba…

Na­rze­ka­jąc, zszedł na pal­cach. Nie chciał obu­dzić dzie­ci. Na­rzu­cił na sie­bie pierw­sze lep­sze odzie­nie – czar­ny pro­cho­wiec z pod­pin­ką, gra­fi­to­wą czap­kę ko­mi­niar­kę oraz ogro­do­we gu­mia­ki z fil­cem, któ­rych uży­wał do od­śnie­ża­nia pod­jaz­du. On rów­nież nie za­mknął drzwi wej­ścio­wych na klucz w na­dziei, że za­nim zdą­ży do­trzeć do bram­ki, Aga­ta jed­nak bę­dzie już wra­cać, za­spo­ko­iw­szy wcze­śniej swą cie­ka­wość w kwe­stii ży­cia upier­dli­wej do bólu (zda­niem Pio­tra) są­siad­ki.

Zde­cy­do­wa­nym kro­kiem po­ko­nał chod­nik wzdłuż jezd­ni i bez na­my­słu wszedł na te­ren po­se­sji pani Grosz­kow­skiej. Bram­ka była uchy­lo­na – znak, że żon­ka tu­taj do­tar­ła i spe­cjal­nie nie do­my­ka­ła cięż­kiej sta­lo­wej furt­ki, by nie na­ro­bić ha­ła­su. „Mą­dra ko­bie­ta” – po­my­ślał z uśmie­chem.

Dom pani Ma­rii wy­glą­dał, jak­by był opusz­czo­ny. Wszyst­kie okna ciem­ne, szczel­nie po­za­my­ka­ne. Pio­trek do­szedł do wnio­sku, że star­sza pani pew­nie daw­no już śpi. Tyl­ko gdzie była Aga?

Przez to­ną­cą w sza­ro­ściach fa­sa­dę nie był w sta­nie do­strzec swo­jej żony. Uznał, że pew­nie ob­cho­dzi dom od dru­giej stro­ny, żeby spraw­dzić, czy sza­lo­na są­siad­ka nie leży w ka­łu­ży krwi, mo­dląc się o przy­by­cie ko­goś z są­siedz­twa, kto ją ura­tu­je z opre­sji. Do­brze znał swo­ją mał­żon­kę. I jej spo­sób ro­zu­mo­wa­nia (nie­co zbyt po­etyc­ki) rów­nież.

Na­su­wa­jąc ko­mi­niar­kę na twarz, bo zim­ny wiatr ja­koś za­czął szczy­pać go w po­licz­ki, uznał, że za­nim cał­kiem prze­mar­z­ną mu go­na­dy, musi od­na­leźć żonę i de­li­kat­nie, acz zde­cy­do­wa­nie prze­ko­nać do po­wro­tu do sy­pial­ni. W ży­łach Win­nic­kie­go od po­nad go­dzi­ny bu­zo­wał głów­nie te­sto­ste­ron, któ­ry zde­cy­do­wa­nie osła­bił inne zmy­sły. Chciał spę­dzić kil­ka upoj­nych chwil ze swo­ją uko­cha­ną. A mimo sta­wia­nia rze­ko­me­go opo­ru, czuł, że tym ra­zem się uda… Tak więc nic dziw­ne­go, że przez osła­bio­ne pier­wot­ną rzą­dzą re­cep­to­ry nie za­uwa­żył po­dej­rza­ne­go ru­chu gru­bej fi­ra­ny ku­chen­nej, któ­rej okna znaj­do­wa­ły się tuż przy fron­to­wych drzwiach.

God­nym po­zio­mu in­te­lek­tu­al­ne­go kre­ty­na, Piotr Win­nic­ki, śli­zga­jąc się na cien­kiej war­stwie lodu, pół­ta­necz­nym kro­kiem do­tarł do gan­ku i tam na­tych­miast obe­rwał po gę­bie ener­gicz­nie otwie­ra­ny­mi drzwia­mi wej­ścio­wy­mi, skła­da­ją­cy­mi się głów­nie ze sta­li i li­te­go drew­na wi­śnio­we­go. Oszo­ło­mio­ny nie­spo­dzie­wa­nym ude­rze­niem, sto­czył się poza nie­wiel­ki ga­ne­czek, za­ha­cza­jąc po­wiew­ny­mi gat­ka­mi o wy­jąt­ko­wo oka­za­ły krzak dzi­kiej róży, ro­sną­cy do­słow­nie kil­ka­dzie­siąt cen­ty­me­trów od ku­chen­ne­go okna. Sta­ra­jąc się ja­koś pod­nieść ze śli­skiej na­wierzch­ni, nie za­no­to­wał w swo­im umy­śle war­ko­tu sa­mo­cho­du, któ­ry z pi­skiem ha­mul­ców za­trzy­mał się tuż przed wjaz­dem. Nim zdą­żył wstać, obe­rwał po ko­mi­niar­ce czymś twar­dym jak ska­ła.

– Zbo­czeń­cu za­sra­ny je­den! – wrza­snę­ła Grosz­kow­ska, okła­da­jąc Win­nic­kie­go drew­nia­nym ki­jem od mio­tły. – A ja my­śla­łam, że cho­dzi o głu­pie cho­in­ki! A tu mamy jesz­cze zbo­czeń­ca! Ode­chce ci się pod­glą­da­nia dam! Już po cie­bie przy­je­cha­li! Tam ci w pier­dlu ta­kie kuku zro­bią, że do koń­ca ży­cia się nie schy­lisz! Już ja się o to za­trosz­czę!

Wy­rzu­ca­jąc z sie­bie ko­lej­ne zda­nia z pręd­ko­ścią ka­ra­bi­nu ma­szy­no­we­go, Ma­ria tłu­kła rze­ko­me­go na­past­ni­ka mio­tłą ile wle­zie. Pio­trek jed­ną ręką sta­rał się ja­koś ode­przeć atak i ze­rwać z sie­bie ko­mi­niar­kę, a dru­gą roz­pacz­li­wie pró­bo­wał uwol­nić ga­cie z gma­twa­ni­ny kol­cza­stych ga­łę­zi, pod­wi­ja­jąc przy­krót­ki pro­cho­wiec do góry. W koń­cu de­li­kat­ne spodnie pi­ża­mo­we pu­ści­ły. Ma­low­ni­cze roz­dar­cie za­czy­na­ło się tuż nad ko­la­nem, a koń­czy­ło w pa­sie, uwal­nia­jąc wszyst­ko to, co było pod spodem… Win­nic­ki nie pla­no­wał noc­nej eska­pa­dy. Gdy­by bie­dak po­sia­dał moc ja­sno­wi­dze­nia, na pew­no ubrał­by się ina­czej. I nie­wąt­pli­wie za­ło­żył bie­li­znę.

Pa­tro­lu­ją­cy oko­li­cę po­li­cjan­ci, któ­rzy po alar­mu­ją­cym te­le­fo­nie od Grosz­kow­skiej zo­sta­li wy­sła­ni przez dys­po­zy­tor­kę na uli­cę o wdzięcz­nej na­zwie „Le­śny Ką­cik”, uj­rze­li sce­nę, któ­rej nie­wąt­pli­wie nie za­po­mną do koń­ca ży­cia. Star­sza ko­bie­ta, ubra­na w wy­jąt­ko­wo obrzy­dli­wy szla­frok, na pierw­szy rzut oka przy­po­mi­na­ją­cy skó­rę ba­wo­łu, tłu­kła mio­tłą ja­kie­goś ob­dar­te­go fa­ce­ta w ko­mi­niar­ce. Zza rogu bu­dyn­ku wy­bie­gła dru­ga ko­bie­ta, w płasz­czu, i wrzesz­cząc coś bez ładu i skła­du, naj­pierw rów­nież za­ata­ko­wa­ła fa­ce­ta ja­kimś ki­jem, a póź­niej nie­spo­dzie­wa­nie star­szą pa­nią. Funk­cjo­na­riu­sze byli mło­dzi i pa­tro­lo­wa­li oko­li­cę do­pie­ro dru­gi raz. W ra­zie więk­szych bi­ja­tyk mie­li „nie wni­kać”, tyl­ko przy­wieźć awan­tur­ni­ków na po­ste­ru­nek, gdzie star­szy ran­gą po­li­cjant spra­wo­wał dzi­siaj dy­żur. Tak też chłop­cy zro­bi­li. Z tru­dem uda­ło im się roz­dzie­lić trzy wal­czą­ce ze sobą oso­by – dwie ko­bie­ty i zło­dzie­ja eks­hi­bi­cjo­ni­stę.

Nie słu­cha­jąc żad­nych wy­ja­śnień o sa­mot­nych dzie­ciach, nie­do­mknię­tych drzwiach i pra­wie przyj­mo­wa­nia go­ści o do­wol­nej po­rze, po­li­cjan­ci za­pa­ko­wa­li całą trój­cę do ra­dio­wo­zu i po­wieź­li na naj­bliż­szy po­ste­ru­nek.

***

– Do­praw­dy, nie spo­dzie­wa­łam się, że będę mu­sia­ła ra­to­wać was z opa­łów.

Mia­łam nie­od­par­te wra­że­nie, że sło­wa Anki zo­sta­ły wy­po­wie­dzia­ne zde­cy­do­wa­nie zbyt cierp­kim to­nem, jak na moje noc­ne po­świę­ce­nie. Że oczy­wi­ście o nie­ocze­ki­wa­nym prze­bie­gu zda­rzeń nie wspo­mnę…

– Na­praw­dę nie ma­cie co ro­bić na kil­ka­dzie­siąt go­dzin przed Wi­gi­lią, tyl­ko szwen­dać się po oko­licz­nych krza­kach? I to na dział­ce Grosz­kow­skiej?!

Mia­łam ocho­tę ją roz­szar­pać za ten idio­tycz­ny mo­no­log. Je­dy­ną oso­bą, któ­ra mnie po­wstrzy­my­wa­ła, był Pio­trek, któ­ry co­raz moc­niej za­ci­skał rękę na moim ko­la­nie, że­bym się tyl­ko opa­no­wa­ła. Nie li­czę też kie­row­cy – po­li­cjan­ta – fa­ce­ta o po­stu­rze ka­mien­ne­go kloc­ka. Mo­gła­bym za­ry­zy­ko­wać skrom­ną war­to­ścią na­sze­go domu, że uczu­cia funk­cjo­na­riu­sza były rów­nie pla­stycz­ne, jak jego ka­mien­na fa­cja­ta.

Czu­łam, że mimo dwóch po­stron­nych osób w tym star­ciu z są­siad­ką by­łam je­dy­na i wo­bec fak­tów, prze­ma­wia­ją­cych zde­cy­do­wa­nie prze­ciw­ko mnie, nie mia­łam więk­szych szans.

– Ale za­ba­wa była przed­nia – wy­zna­ła Grosz­kow­ska roz­bra­ja­ją­co szcze­rym to­nem. – By­łam prze­ko­na­na, że to ten na­past­nik. Do­pie­ro jak go za­czę­łam ła­do­wać mio­tłą, do­tar­ło do mnie, że jest za wiel­ki.

– Bar­dzo dzię­ku­ję – wark­nął Pio­trek.

– No co? – Sta­rusz­ka wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Tam­ten był dużo drob­niej­szy.

– Też to za­uwa­ży­łam – wtrą­ci­łam mi­mo­cho­dem. – Wy­da­je mi się, że zło­dzie­jem jest na­sto­la­tek. I to drob­ny. Gdy po­bie­głam za dom pani Ma­rii, on się prze­stra­szył. Zo­sta­wił ga­łę­zie, prze­sko­czył przez ogro­dze­nie i zwiał do lasu.

– Je­śli to dzie­ciak, to po co krad­nie te cho­ler­ne ga­łę­zie? – chcia­ła wie­dzieć Anka.

– Może nimi han­dlu­je? – Na ten po­mysł wpa­dła Grosz­kow­ska. – W koń­cu nie­dłu­go mamy Wi­gi­lię. Chło­pak pew­nie chce so­bie do­ro­bić na boku, a lu­dzie chęt­nie ku­pią ład­ne ga­łąz­ki na stro­iki.

– No i co my z nim zro­bi­my? – wes­tchnę­ła Anka.

– Mu­si­my się na nie­go za­cza­ić – od­par­ła Grosz­kow­ska. – Je­śli bę­dzie chciał jesz­cze coś ukraść, to tyl­ko ju­tro. Ewen­tu­al­nie w Wi­gi­lię rano.

– My­ślę, że tak go na­stra­szy­łam tą po­go­nią, że ra­czej już tu­taj nie wró­ci – po­wie­dzia­łam.

– Da­lej pań­stwo pój­dzie­cie sami – do roz­mo­wy wtrą­cił się po­li­cjant. – Ja mu­szę wra­cać na po­ste­ru­nek.

Za­trzy­mał się przy wjeź­dzie na na­szą ulicz­kę. Wszy­scy wy­gra­mo­li­li­śmy się z ra­dio­wo­zu i po­wle­kli­śmy się w stro­nę na­szych do­mów.

Jesz­cze raz po­dzię­ko­wa­li­śmy Ani za przy­by­cie po nas na po­ste­ru­nek. Aby nas oswo­bo­dzić, są­siad­ka mu­sia­ła wziąć tak­sów­kę, po­nie­waż przed snem na­pi­ła się tro­chę wina.

– Do­brze, że ju­tro so­bo­ta – wes­tchnął Pio­trek, wcho­dząc do na­sze­go domu. – To zna­czy dzi­siaj. Bo już po pół­no­cy.

– Idę spraw­dzić, czy dzie­ci śpią. – Szyb­ko zrzu­ci­łam buty i wbie­głam po scho­dach na górę. – Zo­sta­wi­li­śmy je same na po­nad go­dzi­nę. I to przy otwar­tym domu! Jak mo­głeś nie za­mknąć za sobą na klucz?

– Mia­łem na­dzie­ję, że moja noc­na przy­go­da za­koń­czy się przy bram­ce – mruk­nął. – Na­szej.

– To przy­naj­mniej te­raz po­za­my­kaj – szep­nę­łam z góry scho­dów. – Ja idę spać. Do­bra­noc.

***

Za­le­d­wie kil­ka go­dzin po noc­nym wy­pa­dzie na po­ste­ru­nek obu­dzi­ły mnie ja­sne pro­mie­nie słoń­ca, pa­da­ją­ce pro­sto na moją po­dusz­kę.

– Mamo, chcę jeść! – W pro­gu po­ko­ju po­ja­wił się Bar­tuś, ści­ska­jąc pod pa­chą swo­ją uko­cha­ną przy­tu­lan­kę – spra­ne­go mi­sia w ko­lo­rze musz­tar­dy.

– Za­łóż skar­pet­ki, syn­ku, ja już wsta­ję. – Ziew­nę­łam, sia­da­jąc na łóż­ku.

– Jak tyl­ko zjem, bę­dzie­my ubie­rać cho­in­kę, praw­da? – przy­po­mniał.

Ha, mały cwa­niak. Już było wia­do­mo, dla­cze­go do­ma­gał się śnia­da­nia gru­bo przed ósmą rano. Nie mógł się do­cze­kać wie­sza­nia bom­bek, cu­kro­wych la­se­czek i so­pel­ków, któ­re pod­gry­zał, kie­dy nikt nie pa­trzył.

Ze­rwa­łam Piotr­ka z łóż­ka, szyb­ko przy­go­to­wa­łam śnia­da­nie i za­nim chłop­cy zdą­ży­li zjeść, już by­łam go­to­wa do wyj­ścia.

– Gdzie się wy­bie­rasz? – za­py­tał Pio­trek, prze­ły­ka­jąc kęs to­sta z dże­mem.

– Jadę na ry­nek. Mu­szę ku­pić ziem­nia­ki, ka­pu­stę i całą ster­tę in­nych rze­czy. – We­pchnę­łam do du­żej tor­by kil­ka mniej­szych. Do kie­sze­ni wsa­dzi­łam kart­kę z li­stą za­ku­pów.

– Po­je­dzie­my z tobą.

– Nie chcę – za­pro­te­sto­wa­łam. – Sama wszyst­ko szyb­ciej za­ła­twię. Wiesz, co się dzi­siaj bę­dzie dzia­ło na ryn­ku? Ar­ma­ge­don.

Owi­nę­łam się sza­li­kiem i wci­snę­łam czap­kę na gło­wę.

– Kie­dy po­sprzą­ta­cie po śnia­da­niu, za­cznij­cie ubie­rać cho­in­kę – po­wie­dzia­łam, otwie­ra­jąc drzwi. – I uwa­żaj na Bart­ka, żeby nie zżarł wszyst­kich sło­dy­czy.

– No do­bra – wes­tchnął, prze­lot­nie ca­łu­jąc mnie w czo­ło na po­że­gna­nie.

***

Od wie­lu lat w każ­dą so­bo­tę w na­szym mia­stecz­ku od­by­wał się targ. Plac, na któ­ry zjeż­dża­ło się peł­no sprze­daw­ców, był nie­wiel­ki, a par­king ka­ta­stro­fal­nie mały. Zna­le­zie­nie miej­sca w oko­li­cach go­dzi­ny dzie­wią­tej gra­ni­czy­ło z cu­dem. Jako re­alist­ka, na­wet nie pró­bo­wa­łam wjeż­dżać na par­king. Zo­sta­wi­łam sa­mo­chód dwie prze­czni­ce da­lej, nie­opo­dal wjaz­du na cmen­tarz. We­pchnę­łam tor­by pod pa­chę i raź­nym kro­kiem po­ma­sze­ro­wa­łam w stro­nę głów­nej bra­my tar­go­wi­ska.

Dzi­siaj już na kom­plet­nie za­pcha­nym wjeź­dzie pierw­sze oso­by sta­ra­ły się sprze­dać róż­ne dro­bia­zgi – ga­łąz­ki je­mio­ły, pa­ko­wa­ne w wo­recz­ki sian­ka pod ob­rus, ręcz­nie ro­bio­ne łań­cusz­ki na cho­in­kę czy ko­lo­ro­we lamp­ki. Mi­ja­łam na­wo­łu­ją­cych sprze­daw­ców szyb­ko i zde­cy­do­wa­nie. Nie mia­łam cza­su na po­dzi­wia­nie róż­no­rod­nych przed­mio­tów. Mu­sia­łam spraw­nie za­ła­twić za­ku­py, wró­cić do domu i za­brać się za przy­go­to­wy­wa­nie czę­ści dań na ju­trzej­szą Wi­gi­lię.

Szyb­ko prze­ci­snę­łam się przez ulicz­kę z wa­rzy­wa­mi. Nie­mal do­szłam do jej koń­ca, gdzie znaj­do­wał się spo­ry stra­gan kry­ty pa­sia­stym dasz­kiem. Tu­taj, u prze­sym­pa­tycz­nej ko­bie­ty, za­wsze ku­po­wa­łam owo­ce i wa­rzy­wa, lecz tym ra­zem spo­tka­ło mnie ogrom­ne za­sko­cze­nie. Za­miast wa­rzyw na la­dzie le­ża­ły świą­tecz­ne cia­sta, a miłą sprze­daw­czy­nię za­stę­po­wał gbu­ro­wa­ty fa­cet z ru­dym wą­sem.

– Nie ma jej od kil­ku dni – burk­nął na moje grzecz­ne py­ta­nie. – Po­noć cho­ra jest. W szpi­ta­lu leży. Tyle wiem.

Mimo wszyst­ko po­dzię­ko­wa­łam mu, a za­ku­py zro­bi­łam przy in­nych sto­iskach.

Kil­ka stra­ga­nów da­lej do­wie­dzia­łam się nie­co wię­cej na jej te­mat.

– Pani Ane­ta za­cho­ro­wa­ła na za­pa­le­nie płuc – wy­ja­śni­ła mi tęga star­sza ko­bie­ta, sprze­da­ją­ca wiej­skie jaj­ka i kury na ro­sół. – Mam na­dzie­ję, że ktoś za­brał jej dzie­cia­ki, bo prze­cież nie mają ojca. Zmarł kil­ka lat temu…

– Ko­ja­rzę star­sze­go syna tej pani – przy­po­mnia­łam so­bie. – Ma chy­ba ze czter­na­ście lat. Cza­sa­mi po­ma­gał ma­mie przy ukła­da­niu wa­rzyw.

– Do­bry chło­pak. – Ko­bie­ci­na po­ki­wa­ła gło­wą. – Pra­co­wi­ty. A dru­gi ma le­d­wie pięć la­tek. Taki faj­ny, drob­niut­ki. Ze zło­ty­mi locz­ka­mi. Wy­glą­da jak mały anio­łek.

Roz­ma­wia­jąc z nią, ku­pi­łam trzy­dzie­ści ja­jek i ob­ła­do­wa­na tor­ba­mi, tak że le­d­wie mo­głam je unieść, wró­ci­łam do sa­mo­cho­du.

Gdy do­tar­łam do domu, na szczę­ście Pio­trek zo­ba­czył, że par­ku­ję, i wy­biegł, żeby po­móc mi wnieść za­ku­py. Po dwu­go­dzin­nej nie­obec­no­ści za­sta­łam w domu ist­ny baj­zel. Na la­dzie w kuch­ni wa­la­ły się ta­le­rze i kub­ki po śnia­da­niu, zle­wo­zmy­wak pę­kał w szwach, a na pod­ło­dze wid­nia­ła wiel­ka pla­ma po mle­ku. Sa­lon przed­sta­wiał się jesz­cze go­rzej. Cały dy­wan za­ście­ła­ły pu­dła i pu­de­łecz­ka peł­ne róż­no­rod­nych ozdób cho­in­ko­wych. Bar­tek w sku­pie­niu roz­plą­ty­wał trzy­me­tro­wy łań­cuch z czer­wo­nych ko­ra­li­ków, a Mi­chał wie­szał pierw­sze bomb­ki. Oczy­wi­ście wszyst­kie jed­na­ko­we i w jed­nym miej­scu.

– Ja się zaj­mę kuch­nią, a ty do­pil­nuj dzie­ci – wes­tchnę­łam, kle­piąc Piotr­ka po ple­cach. – Ktoś po­sta­no­wił pić dzi­siaj mle­ko z pod­ło­gi, że jest roz­la­ne?

– Bar­tek zro­bił so­bie sam