22 osoby interesują się tą książką

Opis

Patricia Briggs zawsze oddaje czytelnikom ekscytującą, magiczną, baśniową i nieprzewidywalną opowieść. "Czas milczenia" należy do najlepszych. - Erin Watt, #1 New York Times autorka bestsellerowej "Serii królewskiej"

Napadnięta i porwana na własnym terytorium, Mercy dostaje się w szpony potężnego wampira, który zamierza posłużyć się nią jako bronią przeciw alfie watahy wilkołaków, Adamowi oraz przywódcy wampirów z Tri-City. Mercy udaje się uciec pod postacią kojota, jednak oto odkrywa, że naga, bez pieniędzy, znalazła się w samym środku Europy...

Nie jest w stanie skontaktować się z Adamem i resztą stada- została całkowicie sama. Musi znaleźć sprzymierzeńców, walczyć z wrogiem i odkryć, kto jest kim, a przy tym nie wywołać wojny pomiędzy wampirami i wilkołakami. Tymczasem w sercu starej Pragi budzą się przedwieczne duchy i moce...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 468

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Seria z Mercedes Thompson:

Zew księżycaWięzy krwiPocałunek żelazaZnak kościZrodzony ze SrebraPiętno rzekiŻar mrozuZamęt nocyDotyk ogniaCzas ciszy

Liborowi, Martinowi i Jitce, którzy zasugerowali, że Praga powinna mieć swoją watahę wilkołaków. Mam nadzieję, że praskie wilki wam się podobały. Powodzenia.

Również Shanghaied on the Willamette, którzy wreszcie wypuścili nowy album i ocalili mnie przez zrobieniem czegoś drastycznego. Poważnie, Panowie, dziękuję Wam za Waszą muzykę.

I wreszcie Richardowi Petersowi, za „Pieprzonego Barta” – jego najnowsze ulubione przekleństwo.

Drogi Czytelniku, Aby w pełni cieszyć się książką, zwracaj, proszę, uwagę na notki Mercy na początku każdego rozdziału. Uprzedzam, akcja nie jest do końca liniowa. Zmusili mnie do tego moi zmyśleni przyjaciele.  

Rozdział 1  Mercy

Nie po raz pierwszy wpadłam w kłopoty przez czekoladę.

Umarłam pierwsza, zrobiłam więc ciasteczka.

Cieszyły się powodzeniem podczas pirackich nocek, zatem musiałam upiec ich wiele. Darryl sprezentował mi w poprzednie święta antyczną michę do mieszania, tak wielką, że zmieściłby się w niej chyba dzienny zapas wody dla słonia. Nie mam pojęcia, skąd ją wytrzasnął.

Gdybym kiedyś wypełniła tę michę ciastem po brzegi, musiałby ją podnieść jeden z wilkołaków. Wsypałam do niej osiemnaście szklanek mąki i jeszcze zostało miejsce. Pieczeniu akompaniowały pirackie okrzyki wydobywające się z piwnicznych trzewi.

– Jesse – zawołał Aiden, podnosząc głos, by przekrzyczeć entuzjastycznie wygwizdywaną, nawet jeśli zafałszowaną, interpretację melodii „The Sailor’s Hornpipe”.

– Masz mnie nazywać Cud Berberką – przypomniała mu moja pasierbica, Jesse.

Aiden może wyglądał i brzmiał jak chłopiec, ale od dawna już nie był dzieckiem. Zasymilowaliśmy go raczej, niż zaadoptowaliśmy, bo tak naprawdę był parę wieków starszy od Adama i mnie razem wziętych. Niełatwo przychodziło mu przystosowanie się do niektórych przejawów nowoczesnego życia, jak na przykład LARP-owego aspektu gry komputerowej, w którą grali.

– To zadziała, tylko jeśli będziesz myślał o mnie jako piracie, a nie swojej siostrze – tłumaczyła Jesse cierpliwie. Zignorowawszy jego ripostę, że nie jest jego siostrą, ciągnęła: – Dopóki będziesz mnie nazywał „Jesse”, to będę dla ciebie Jesse. Żeby grać porządnie, musisz uwierzyć, że jestem piratem. Pierwszym krokiem do tego jest nazywanie mnie moją ksywką z gry, czyli Cud Berberką.

Nastąpiła pauza, podczas której ktoś wydał z siebie gardłowy ryk, pod koniec przechodzący w jęk frustracji.

– Nażryj się pąkli, pieprzony pajacu – zarechotał Ben. W grze nazywał się Pieprzonym Bartem, ale na szczęście nie musiałam tak o nim myśleć, skoro już nie żyłam.

Wyjęłam mniejszą miskę, tę, która doskonale spisywała się, dopóki nie poślubiłam wilczej watahy. Włożyłam do niej miękkie masło, brązowy cukier i wanilię. Mieszając, doszłam do wniosku, że wcale nie jestem takim kiepskim piratem, tylko po prostu nie przewidziałam pewnej sprawy. Za każdym razem kiedy umierałam pierwsza, szłam piec naładowaną czekoladą przekąskę i przez to właśnie stałam się ulubionym celem.

Piekarnik zapiszczał, oznajmiając, że odpowiednio się już nagrzał, a do tego okazało się, że wszystkie cztery maty do pieczenia są w wąskiej szafce, tam, gdzie ich miejsce – co było pomniejszym cudem. Nie ja jedna pełniłam kuchenne wachty w domu, ale chyba tylko ja regularnie odkładałam rzeczy na swoje miejsce. Na przykład blachy do pieczenia lądowały w najdziwniejszych miejscach. Raz znalazłam je w łazience w piwnicy. Na wszelki wypadek nie wypytywałam o to, ale wyszorowałam skurkisyńskie formy wybielaczem, zanim użyłam ich do pieczenia.

„Skurkisyn” to słowo, które rozprzestrzeniło się w stadzie jak wirus po tym, jak „Pieprzony Bart” Ben zaczął używać go, grając pirata. Nie wiem, czy było to prawdziwe przekleństwo, którego jeszcze nikt do tej pory nie użył jako przekleństwa, na przykład jedno z tych, które było wulgaryzmem w ojczyźnie Bena, Wielkiej Brytanii (jak fanny, które w Ameryce ma nieco archaiczne znaczenie: zadek, a w Wielkiej Brytanii to wulgarne określenie części kobiecej anatomii), czy może eufemizm, jak „kurde” albo „urwał nać”. W każdym razie sama złapałam się na tym, że go używam, kiedy „kurka wodna” jest za słaba, na przykład, kiedy znajduje się blachy kuchenne w łazienkach.

Uzbrojona w blachy, pomyślałam, że mam już wszystko, ale kiedy otworzyłam szafkę, w której powinno się kryć dziesięć paczek kropelek czekoladowych, znalazłam ich tylko sześć. Przeszukałam całą kuchnię i odkryłam jeszcze jedną (na wpół wyjedzoną) w górnej szafce za makaronem, co razem dawało sześć i pół porcji – mniej, niż lubiłam do podwójnie-poczwórnie czekoladowych ciastek, ale ostatecznie mogło ujść.

Nie mogło się natomiast obejść bez jajek. A jajka zniknęły jak kamfora.

Dwukrotnie przegrzebałam całą lodówkę, łącznie z zakątkami z tyłu i stojakiem na mleko, gdzie lubiły się chować drobniejsze wiktuały. Jednak mimo że dwa dni wcześniej kupiłam cztery duże zgrzewki jaj, nie ostało się ani jedno.

Mieszkanie w komunie ze stadem wilkołaków niosło ze sobą ryzyko. Rozmrażanie pieczeni w lodówce wymagało umiejętności superszpiega francuskiej konspiry pracującego w sztabie generalnym nazistów. Nie zakamuflowałam jajek tylko dlatego, że uznałam, że skoro to nie słodycze ani krwiste mięso, to będą bezpieczne. Myliłam się.

Większość jajo- i mięsorabusiów siedziała aktualnie na dole pochłonięta piraceniem dalekich mórz na ekranie komputera. Fascynacja wilkołaków grą o pirackich podbojach zakrawała na ironię – wilkołaki są za ciężkie, żeby pływać. Kojoty, nawet zmiennokształtne, jak ja, mogą pływać bez przeszkód – z wyjątkiem świata „Łupu straszliwego pirata”, w którym tonęłam przeciętnie cztery razy w miesiącu.

Tym razem jednak nie utonęłam. Tym razem zginęłam z nożem mojej pasierbicy w plecach. Cud Berberka miała dużą biegłość w nożach.

– Jadę do Napadronki! – zawołałam, zatrzymując się u szczytu schodów do piwnicy. – Ktoś coś chce?

Sklep oczywiście nie nazywał się tak naprawdę, miał jakąś całkiem normalną nazwę, której nie pamiętałam. „Napadronki” to termin określający generalnie całodobowe sklepiki na stacjach benzynowych, a na przydomek zapracowały sobie w czasach, kiedy nocni kasjerzy siedzieli w nich sami z kasami pełnymi gotówki. Technologia – monitoring, podręczne sejfy, które automatycznie otwierały się dopiero rano, i ciche alarmy poprawiły bezpieczeństwo pracy nocnej zmiany, ale dla mnie sklepy te zostały już Napadronkami.

– Arrr! – dobiegł mnie z dołu głos Adama. – Złota, kobiet i rumu! – Nie grał często, ale kiedy już siadał do monitora, grał na pełnych obrotach i świata nie widział poza rozgrywką.

– Złota, kobiet i rumu! – zawtórował mu chór wilkołaków.

– Myślałby kto! – prychnęła Mary Jo pogardliwie. – Nauczyliby się używać tego, co Bozia im dała, a nie, łachudry, uciekać na widok prawdziwej kobiety!

– Arrr! – poparła ją Auriele, a Jesse zachichotała.

– Szorować pokład, łachudry, bo pod kilem was przeciągnę – krzyknęłam na dół. – I nie ufajcie Cud Berberce, zaraz wam kosę w plecy wsadzi! – Odpowiedział mi ryk poparcia, a Jesse znów zachichotała. – I jeszcze jedno, Kapitanie Larson. – To do mojego męża, który obrał sobie imię po bohaterze z powieści Jacka Londona „Wilk morski”. – Możesz mieć złoto, możesz mieć rum, ale obejrzyj się za jakąś latawicą, a łapy ci powyrywam!

Zapadła sekunda ciszy.

– Arrr! – wykrzyknął Adam entuzjastycznie. – Kobietę zdobyłem! Czego mi więcej trzeba? Kobiety są dla moich ludzi!

– Arrr! – zakrzyknęli jego ludzie. – Przynieś nam złoto! Przynieś rum! I kobiety! Facetów! – dorzuciła Auriele słodko. – Załatw nam porządnych gości!

– Głupole – burknęła Honey.

– Giń!

Rozległy się ryki, bo najwyraźniej co poniektórzy zastosowali się do okrzyku.

Wyszłam, śmiejąc się do siebie pod nosem.

Po krótkim zastanowieniu wzięłam samochód Adama. Musiałam pomyśleć nad jakimś wozem na co dzień. Mój ukochany vanagon syncro miał już dużo za dużo na liczniku, a sama skrzynia biegów do niego kosztowała, jakby była ze szczerego złota. Jeździłam nim, odkąd biedny Królik został skasowany, i niestety, potrzebował coraz więcej coraz częstszych napraw. Dwa dni wcześniej oglądałam volkswagena jettę z osiemdziesiątego siódmego roku z uszkodzonym silnikiem. Właściciel zaśpiewał sobie sporo, ale może trzeba będzie wyskrobać tę kasę...

SUV pokonał w pomrukach te trzy kilometry do sklepiku, który znajdował się piętnaście kilometrów bliżej niż jakikolwiek inny sklep otwarty o tej porze. Sprzedawca układał papierosy i nawet nie podniósł głowy, kiedy przechodziłam obok niego.

Wzięłam z półki dwa tuziny strasznie drogich jaj, trzy równie drogie paczki kropelek czekoladowych i postawiłam to wszystko na ladzie. Sprzedawca odwrócił się od papierosów, spojrzał na mnie i zamarł. Przełknął z trudem ślinę i wbił wzrok w kody kreskowe na pudełkach. Skanował towar tak trzęsącą się ręką, że już myślałam, że nie będę musiała zawracać sobie głowy rozbijaniem skorupek w domu.

– Jest pan tu nowy? – zagaiłam, przesuwając kartę przez czytnik.

Założyłam, że wie, kim jestem, ale nie wie o mnie wiele.

Peszyło mnie życie w blasku jupiterów, ale zaczynałam się przyzwyczajać. Mój mąż był Alfą miejscowej watahy, powszechnie znaną osobistością w Tri-Cities, odkąd wilkołaki się ujawniły kilka lat wcześniej. Po ślubie część blasku jego chwały spłynęła i na mnie, ale od kiedy pomogłam pokonać trolla na Cable Bridge, dwa miesiące temu, stałam się równie znana co Adam. Ludzie różnie reagowali na rzeczywistość, w której żyły wilkołaki. Rozsądni zachowywali pewien dystans. Inni robili się głupawo-przyjacielscy albo wcale-nie-tak-głupio-przestraszeni. Sprzedawca najwyraźniej należał do tych ostatnich.

– Zacząłem w zeszłym tygodniu – wymamrotał, pakując moje zakupy, jakby mogły go ukąsić.

– Nie jestem wilkołakiem – poinformowałam go. – Nie musisz się mnie bać. A mój mąż w tym tygodniu wydał moratorium w sprawie zabijania nocnych sprzedawców.

Sprzedawca zamrugał.

– Żaden członek stada nie zrobi ci krzywdy – wyjaśniłam, napominając się w duchu, żeby nie żartować przy ludziach zbyt wystraszonych na wyłapanie żartu. – Jeśli miałbyś problem z jakimś wilkołakiem, zadzwoń do nas. – Znalazłam w portfelu wizytówkę stada, wydrukowaną na papierze w kolorze złamanej bieli. – Na ten numer. – Podałam mu ją. – Zajmiemy się tym w miarę możliwości.

Od pewnego czasu, od kiedy (z mojej winy) przejęliśmy w Tri-Cities odpowiedzialność za pilnowanie porządku wśród nadprzyrodzonej społeczności i obowiązek ochraniania ludzi przed tym, na co mogli natknąć się w nocy, wszyscy nosiliśmy takie wizytówki. Wzywano nas także do poszukiwań zaginionych dzieci, psów, a raz nawet dwóch cieląt i pilnującej ich lamy pasterskiej. Zack ułożył o tym piosenkę. Nawet nie wiedziałam, że gra na gitarze.

Czasami działania związane z ochranianiem Tri-Cities były bardziej efektowne, a czasami mniej. Sprawa z żywcem, oprócz tego, że została upamiętniona muzycznie, przysporzyła nam niespodziewanie dobrego PR-u – Facebook obiegły zdjęcia wilkołaków pędzących do domu stadko zagubionych bydlątek.

Sprzedawca wziął wizytówkę, jakby bał się, że ta go ugryzie.

– Dobrze – skłamał.

Więcej zrobić nie mogłam, zabrałam więc moje ciasteczkowe ingrediencje i wyszłam. Wskoczyłam do samochodu, położyłam zakupy na siedzeniu pasażera i wycofałam z parkingu. Przeszło mi przez myśl, że może gwałtowna reakcja sprzedawcy była spowodowana jego osobistymi przejściami. Rozejrzałam się w obie strony i wreszcie wyjechałam na drogę. Zastanawiałam się, czy może powinnam jeszcze z nim porozmawiać.

Nadal zajmowała mnie troska o sprzedawcę, kiedy rozległ się głośny dźwięk, który zaparł mi dech w piersiach. Torba z jajkami spadła z siedzenia, coś łupnęło we mnie z głośnym łoskotem, poczułam smród, potem ostry ból i... zgasło mi światło.

Odzyskiwałam przytomność chyba kilkakrotnie, na parę minut, ale traciłam świadomość, gdy tylko się poruszyłam. Słyszałam rozmowy, nieznajome męskie głosy, lecz nie rozumiałam, co mówią. Magia migotała i drażniła. Potem ciepłe tchnienie wiosennego powietrza przenikło przez ból i zabrało go. Spałam, byłam tak zmęczona, jak nigdy dotąd.

Kiedy wreszcie ocknęłam się naprawdę, rozbudzona i całkiem świadoma, nic nie mogłam zobaczyć. Może nie byłam wilkołakiem, jednak zmiennokształtny kojot też całkiem nieźle widzi w ciemnościach. Albo więc oślepłam, albo tu, gdzie się znajdowałam, było całkiem ciemno.

Bolała mnie głowa, bolał mnie nos i bolał mnie lewy bark. W suchych ustach miałam paskudny posmak, jakbym co najmniej od tygodnia nie myła zębów. Czułam się, jakby staranował mnie troll, choć ból w lewym ramieniu świadczył raczej, że to sprawka pasa bezpieczeństwa. Nie mogłam sobie przypomnieć...

Powoli wpadałam w panikę, ale jednocześnie powróciły wspomnienia.

Wybrałam się do Napadronki, sklepiku nocnego na tej samej stacji benzynowej, gdzie wiele lat wcześniej spotkałam samotnego geja-wilkołaka, Warrena. Warren całkiem dobrze dogadał się z watahą... Zebrałam rozłażące się myśli i skierowałam je na drogę, która mogła zaprowadzić do czegoś przydatnego. Trudność, z jaką to zrobiłam – i paskudny ból głowy – obudziła we mnie podejrzenie, że może mam wstrząśnienie mózgu.

Przypomniałam sobie łoskot, jajka i zdałam sobie sprawę, że to nie rozbite jajka były źródłem smrodu, tylko poduszki powietrzne w samochodzie. Jako mechanik samochodowy dobrze znam zapach wydostający się z wystrzeliwanych poduszek powietrznych. Nie pojmowałam, co za dziwny efekt szoku kazał mi uznać, że to jaja. Gwałtowność wypadku połączyła poruszenie wydarzeniami w sklepie i zaskoczenie eksplozją poduszek w związek przyczynowo-skutkowy, którego ciągłość nie istniała.

Kiedy myśli mi się rozjaśniły, uświadomiłam sobie, że SUV został uderzony w bok z taką siłą, która wyzwoliła mechanizm poduszek.

Wysnuwszy ten wniosek, nie poruszając się, ponownie oceniłam swoją sytuację. Bolała mnie twarz – był to ból odrębny niż ten głowy – stąd konkluzja, że uderzyła mnie jedna lub dwie poduszki, które nie zapobiegły wstrząśnieniu mózgu lub jego bliskiemu kuzynowi. Uraz barku nie wydawał się poważną sprawą, podobnie jak wszystkie bóle i straszliwe zmęczenie.

Wszystko wskazywało na to, że prawdopodobnie ucierpiałam w wypadku samochodowym... a raczej umyślnym zderzeniu, bo byłam prawie pewna, że nie wydarzyło się to przypadkowo. Samochód, który we mnie wjechał, miał zgaszone światła – inaczej pamiętałabym blask reflektorów. Poza tym w razie wypadku wylądowałabym w szpitalu, a nie tu, gdziekolwiek się znajdowałam. Biorąc pod uwagę okoliczności, nie zostałam chyba ciężko ranna... Chociaż...

W głowie mignął mi obraz własnych żeber. Ale choć bolało, moja pierś unosiła się i opadała bez komplikacji. Odepchnęłam wspomnienie, zamierzając się nim zająć później, po tym jak odkryję, gdzie jestem i dlaczego się tu znalazłam.

Mimo egipskich ciemności moje zmysły były przekonane, że obecnie znajduję się w pomieszczeniu wielkości pokoju. Podłoga pod policzkiem wydawała się... dziwna. Chłodna – prawie zimna – i gładka. Chłód przynosił ulgę w bólu, lecz odzierał moje ciało z ciepła. Metal. Nie pachniał znajomo – nie pachniał mocno niczym i nikim, jakby dawno nie miał z nikim styczności albo był całkiem nowy.

Drzwi odskoczyły. Zapaliło się światło, podając w wątpliwość moje spekulacje, bo jasność stała się bezwysiłkowo. Okazało się, że leżę w pomieszczeniu, które wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi wyglądało na spiżarnię-chłodnię – składało się z lśniących, srebrzystych powierzchni. Drgnęłam, kiedy drzwi się otworzyły, nie było więc sensu udawać nieprzytomnej. Kolejnym najlepszym posunięciem na liście było zmierzenie się o własnych siłach z kimś, kto otworzył drzwi.

Okręciłam się, przygotowując do podjęcia rzeczonego działania, ale zanim zrobiłam coś więcej, moimi wnętrznościami szarpnął atak mdłości, który nie polepszył stanu głowy. Kiedy podniosłam wzrok, ocierając usta wierzchem dłoni, zarejestrowałam, że w drzwiach stoją dwaj mężczyźni i przyglądają mi się spod zmarszczonych brwi. Żaden nie uczynił ruchu, by pomóc, ani nawet nie zareagował w jakikolwiek sposób – a przynajmniej ja tego nie zauważyłam.

Udałam, że jeszcze dwa razy bierze mnie na wymioty, dając sobie szansę na ocenę intruzów, którzy wdarli się do mojej celi-chłodni.

Ten stojący bliżej był skończenie piękny, miał urodę modela smokingów, kręcone ciemne włosy, oczy barwy gorzkiej czekolady i bardzo drogi garnitur, który uwydatniał mięśnie, jednocześnie nie zniżając się do czegoś tak prostackiego jak opinanie ciała. We wzroku miał jakąś drapieżność i ten błysk, który bez pomocy słów świadczył o dominacji jednego człowieka nad innymi.

Wychowały mnie wilkołaki. Rozpoznawałam osobowość Alfy, kiedy znajdował się w mojej obecności.

Drugi obcy, co najmniej dwadzieścia pięć kilogramów cięższy i z dziesięć centymetrów wyższy, miał twarz boksera albo dokera – kilkukrotnie złamany nos i bliznę na łuku brwiowym, która zostaje po ciosie w oko, kiedy skóra napina się i pęka.

Przystojniak emanował mocą, ale ten drugi... nie wyczuwałam od niego niczego.

Również miał brązowe oczy, lecz całkiem zwyczajne, poza wyrazem. Wyglądało z nich na mnie coś zimnego, wygłodniałego. Miał na sobie sprane dżinsy i obcisłą koszulkę z guziczkami przy dekolcie.

Poczułam się tak, jakbym została osadzona w scenie z włoskiego filmu o mafii. Obaj mężczyźni musieli mieć śródziemnomorskie korzenie.

Mój nos jednak odkrył przede mną rzeczywistość. Wampiry.

Klęczałam na czworakach, a ponieważ powstanie nie zwiększyłoby moich szans w walce z wampirami, przez chwilę zostałam w tej pozycji.

Miałam na sobie swoje ciuchy, choć podarte i przesiąknięte moją krwią – która pachniała, jakby miała co najmniej jeden dzień. Kiedy się poruszyłam, zauważyłam na nadgarstku prostą złotą obręcz – natychmiast zaczęła mnie drażnić. Sięgnęłam do gorsu, żeby sprawdzić to, czego już byłam całkiem pewna – brakowało łańcuszka. To oznaczało, że nie mam przy sobie obrączki ślubnej, nieśmiertelnika Adama i baranka – symbolu wiary, który pomagał mi chronić się przed wampirami.

Brakowało czegoś jeszcze. Czegoś znacznie ważniejszego.

– Tutaj nie musi tego nosić – odezwał się ten ze złamanym nosem. Wyciągnął rękę i zrobił coś, dzięki czemu złota bransoletka otworzyła się. Skóra pod nią usiana była czerwonymi bąblami, jakby komar żądlił mnie w równych odstępach.

Rozważnie nawet nie drgnęłam.

– Musisz nam wybaczyć – przemówił piękny wampir, kucając przede mną. Brytyjską chrupkość w głosie łagodził włoski akcent. – Powiedziano nam, że jesteś najniebezpieczniejszą istotą w Tri-Cities, więc z uprzejmości traktowaliśmy cię jak takową. – I zaczął ględzić o obrażeniach, uzdrowicielce i czymś tam jeszcze...

Próbowałam połączyć się z Adamem przez więź partnerską i dotknęłam...

Pustki.

Zaległa pomiędzy nami cisza, nie elektryzująca czy pełna wyczekiwania. To była cisza, jaka zapada głęboką nocą w środku zimy w Montanie, kiedy świat spowija śnieg i zimno; cisza, która zalała mi duszę i pozostawiła osamotnienie.

– ...cię znaleźć – mówił. – Bransoleta wiedźmy odcięła tę twoją niedogodną dla nas więź ze stadem i towarzyszem na czas przeniesienia cię tutaj, gdzie nie przeniknie żadna magia. Gdybyśmy wiedzieli, jaka jesteś krucha, wybralibyśmy znacznie delikatniejszą metodę uprowadzenia.

Uczepiłam się słów „nie przeniknie żadna magia”. Jeśli to jakaś zapora przeciw magii, jakiś krąg, to znaczyło, że... cisza jest tymczasowa, spowodowana działaniem bransolety i podtrzymana efektem tego miejsca. Z tego wynikało, że dopóki nie wydostanę się z tej celi, a prawdopodobnie również z miejsca, gdzie się znajdowała, nie będę mogła skontaktować się z Adamem poprzez naszą więź. Nadzieja, której się kurczowo trzymałam, oraz wewnętrzny nakaz mówiły to samo – wydostać się.

Żyję, powtarzałam sobie w duchu, walcząc z paniką, którą budziła pustka tam, gdzie powinien być mój towarzysz. Fakt, że żyję, oznaczał, że nie jest źle. Gdyby chcieli mnie zabić, byłabym już martwa i pozbawiona możliwości działania.

Wróciłam myślami do tego, co usłyszałam wcześniej – „uzdrowicielka” – oraz do wizji żebra w miejscu, gdzie nie miało nic do roboty, i wpadłam w chwilowy zachwyt. Jedyną znaną mi uzdrowicielką, mogącą sobie poradzić z czymś takim, była Baba Jaga.

Bardzo dobrze. A więc żyłam. Zmrużyłam oczy, spoglądając na wampiry. Zadali sobie wiele trudu (tak wynikało z tego, co mówił ten ładniutki), żeby mnie tu ściągnąć. Najlepiej, żeby powiedzieli, czego ode mnie chcą, a potem wykombinuję, jak się stąd wydostać i nawiązać kontakt z Adamem.

Przez mgnienie rozważałam, co zrobił Adam, kiedy więź zniknęła. Musiałam wierzyć, że sobie z tym poradził.

Nadszedł najwyższy czas na układanie planów. Wstałabym, mając pewność, że nogi mnie utrzymają, ale cokolwiek mi zrobili – spowodowali wypadek, dali jakieś środki, leczyli, albo też wszystko razem, porządnie mnie osłabiło.

Próba podniesienia się zakończona lądowaniem na tyłku postawiłaby mnie w jeszcze gorszej sytuacji negocjacyjnej niż obecnie. Dlatego usiadłam, wdzięczna, że tym razem nie zwymiotowałam, co też nie zrobiłoby dobrze mojemu poczuciu godności.

Postanowiłam poczekać, aż coś chlapną, ale nagle przypomniałam sobie, co śliczny wampir powiedział na samym początku.

– Co za idiota powiedział wam, że jestem najniebezpieczniejszą istotą w Tri-Cities? – zapytałam bezbrzeżnie zdumiona. – Nawet niektóre gobliny mogłyby mnie pokonać i się przy tym nie spocić.

Może przesadziłam, choć nie tak bardzo. Gobliny były twardszymi zawodnikami, niż uważali ci, którzy je znali. Po prostu miały nawyk rzucania się w pierwszej chwili do ucieczki, również w drugiej i w trzeciej, na walkę decydując się dopiero, kiedy nie było innego wyjścia. Przez to uciekanie zdobyły sobie reputację nadprzyrodzonych cieniasów, którą to reputację zresztą troskliwie pielęgnowały. Przyparte do muru stawały się zabójcze i okrutne. Zaczęliśmy współpracować z goblinami całkiem niedawno, a już zdążyłam nabrać szacunku dla ich umiejętności.

– Może nie chodziło mu o „najpotężniejszą” i „najniebezpieczniejszą” w powszechnym sensie – zasugerował łagodnie wampir oprych. Podobnie jak wampir ciacho miał brytyjską wymowę podbarwioną włoskim brzmieniem, które było raczej nutą niż wyraźnym akcentem. Mimo że odpowiadał na moje pytanie, nie kierował słów do mnie. Patrzył na Ciacho. – Wulfe jest oględny, często daje właściwe odpowiedzi, które łatwo prowadzą do błędnych konkluzji. Już dawno trzeba było wytłuc z niego ten nawyk.

Wulfe. Znałam Wulfe’a. Był prawą ręką Marsilii, przywódczyni chmary z Tri-Cities. Najbardziej przerażającej wampirzycy, z jaką miałam do czynienia, a miałam do czynienia z wieloma rywalizującymi o ten zaszczytny tytuł. Za to Wulfe potrafił się posługiwać magią, był wariacko potężny i całkiem nieprzewidywalny. Jak na przykład w tej sprawie. Co ja mu takiego zrobiłam, że wymalował mi tarczę strzelniczą na plecach i nasłał na mnie Ciacho i Oprycha?

W przeciwieństwie do swego partnera Ciacho zwrócił się bezpośrednio do mnie.

– Jesteś towarzyszką Alfy watahy z Tri-Cities, zawarliście pakt z magicznym ludem, a to przemieniło waszą małą trójmiejską aglomerację z retroterra wschodniego Waszyngtonu w bezpieczną strefę do robienia interesów z pradawnymi – wyjaśnił.

– Wolimy określenie „strefa neutralna” zamiast „bezpieczna” – zaznaczyłam. – Brzmi mniej oceniająco i bardziej formalnie. – I bardziej startrekowo.

Moja pasierbica nazywała to „strefą dziwadeł” i według mnie to najcelniejszy opis. Większość pradawnych, którzy powrócili do Tri-Cities bądź przyjeżdżali z wizytą, przebywała tam pod własną postacią, bez iluzorycznego wyglądu – przestali udawać ludzi. Obecnie letni sezon turystyczny w mieście, zazwyczaj napędzany przemysłem winiarskim, dla każdego mógł stać się niezapomnianym przeżyciem.

Zauważyłam włoski wtręt Ciacha. Wiele wampirów miało akcent, szczególnie te stare. Wampiry, podobnie jak wilkołaki, pochodziły z Europy. W ich społeczności narodowość amerykańska oznaczała stygmat młodego wieku i słabości, więc żaden nie chciał do końca tracić akcentu.

Zaczęłam mieć złe przeczucia co do tej dwójki. Jasne, już samo porwanie wróżyło źle, ale tu chodziło o coś więcej. Jeśli moi porywacze byli Włochami – a przynajmniej ostatnio mieszkali we Włoszech – to hm... Słyszałam o jednym wampirze Włochu i nie były to radosne opowieści. Zastanawiałam się, czy Marsilia wie, że starzy ziomkowie przekroczyli granicę jej terytorium. I obawiałam się, że odpowiedź brzmi – nie.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Podziękowania

Dziękuję wszystkim, którzy przyczynili się do powstania tej książki: Collinowi Briggsowi, Mike’owi Briggsowi, Lindzie Campbell, Caroline Carson, Dave’owi Carsonowi, Katharinie Carson, Deb Lenz, Ann Peters, Kaye Roberson, Bobowi i Sarze Schwagerom oraz Anne Sowards.

Jak zwykle za wszelkie błędy odpowiadam ja.

Copyright © 2017 by Hurog, Inc. Copyright © by Fabryka Słów sp. z o.o., Lublin 2020

Tytuł oryginału Silence Fallen

Wydanie I

ISBN 978-83-7964-540-4

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt i adiustacja autorska wydania Eryk Górski, Robert Łakuta

Ilustracja na okładce Dan Dos Santos

Tłumaczenie Dominika Schimscheiner

Projekt okładki black gear Paweł Zaręba

Opracowanie okładki © Konrad Kućmiński | Grafficon

Redakcja Karolina Kacprzak

Korekta Agnieszka Pawlikowska

Skład wersji elektronicznej [email protected]

Sprzedaż internetowa

Zamówienia hurtowe Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 www.dressler.com.pl e-mail: [email protected]

WydawnictwoFabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91 www.fabrykaslow.com.pl e-mail: [email protected] www.facebook.com/fabryka instagram.com/fabrykaslow