Czarownice są wśród nas - Grzegorz Kasdepke, Joanna Papuzińska, Paweł Wakuła - ebook
Opis

Czy podejrzewalibyście, że pani woźna, ciotka albo niepozorny sąsiad czarują lepiej niż cały sztab nauczycielski z Hogwartu?

Uprawiają magię widoczną wyłącznie dla dzieci – a to ze szkolnego słabeusza robią pewnego siebie chłopaka, a to zmieniają grupę szkolnych rozrabiaków w gromadę pomocnych zuchów, to znów pokazują, że z pozoru niewinna wizyta u ciotki może zamienić się w mrożącą krew w żyłach przygodę…

Czarownice są wśród nas to zbiór trzynastu opowiadań dla dzieci, które lubią tajemnicze zjawiska i nietuzinkowych bohaterów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 167

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

Strona tytułowa

Polscy pisarze dzieciom

Czarownice są wśród nas

Ilustracje: Joanna Kłos

Strona redakcyjna

Polscy pisarze dzieciom

Czarownice są wśród nas

© by Wydawnictwo Literatura

Okładka, ilustracje, układ graficzny: Joanna Kłos

Korekta: Aneta Kunowska, Joanna Pijewska

Wydanie I

ISBN 978-83-7672-501-7

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2017

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

[email protected]

tel. (42) 630 23 81

faks (42) 632 30 24

www.wyd-literatura.com.pl

Druhna ciotunia

Już trzeci wtorek pod rząd zostawaliśmy po lekcjach na zbiórkę, a tymczasem druhny nie było. I zawsze kończyło się tak samo. Kiedyśmy już włączali czwarty bieg rozbrykania, kiedy robiło się naprawdę superwesoło, nadchodziła ciotunia i wyrzucała nas do domu.

Kto to jest ciotunia, ciocia czy też ciotka, dla tych mniej eleganckich w mowie, to chyba zupełnie jasne. Ciotunia rządzi szkolnym dzwonkiem, szkolnym odkurzaczem i froterką, posiada władzę nad królestwem kluczy a także przedmiotów zgubionych, a raczej zawieruszonych, które w szkolnej zawierusze raz po raz się zawieruszają i nikt niewtajemniczony nie jest w stanie ich odwieruszyć.

Każda szkoła ma więc swoją ciotunię, a niektóre nawet i po kilka. Bywają różne: miękkie, dobrotliwe i współczujące, gniewne, zrzędne albo nawet i obojętne, chociaż to się zdarza najrzadziej. Te obojętne szybko odchodzą, nie mogą jakoś zagrzać w szkole miejsca.

Ta ciotunia była stosunkowo nowa i jeszcze nie dość ją znaliśmy... Jej nos dążył do tego, żeby jak najszybciej spotkać się z brodą, a znów broda z całych sił wytężała się, aby dotknąć nosa, tak jakby miały sobie coś bardzo ważnego do powiedzenia. Miała trochę dziwne, przenikliwe spojrzenie, budzące posłuch, ale nie była specjalną zrzędą.

Tego dnia bawiliśmy się w Ziemian i Marsjan. Ziemianie siedzieli w statku kosmicznym, to jest w boksie szatniowym, na dodatkowych umocnieniach z palt i kurtek, i razili Marsjan ogniem swoich laserowych dział. Marsjanie atakowali statek przez właz, a Ziemianie zatrzaskiwali go w ostatniej chwili. Metalowe drzwi rąbały z hukiem o futrynę, aż lakier sypał się nam na głowy.

Nie mogąc sforsować włazu, Marsjanie pluli na Ziemian przez siatkę, twierdząc, że trująca ślina marsjańska zaraz sparaliżuje Ziemian i kosmos zwycięży.

– Co tu się dzieje?!

– zakrzyczała ciotka. – Natychmiast powieście płaszcze na wieszakach. To świństwo pluć komuś na ubrania!

Rzeczywiście, trochę przeholowaliśmy, więc zaczęliśmy płaszcze podnosić i wieszać. Ciotunia postała chwilę nad nami, pomruczała, a potem stwierdziła, że jak skończymy sprzątać, mamy zaraz iść do domu. I poszła na górę.

Już prawie kończyliśmy wieszanie, ale nagle Marsjanie stwierdzili, że właściwie wdarli się do środka, bo przecież drzwi od boksu były teraz otwarte. Marek chwycił czyjś worek i zamłynkował nim.

– Kosmos zwyciężył! – krzyczał.

Na to Antek złapał pierwszy lepszy płaszcz i zarzucił mu na jego głupi marsjański łeb. I znów rozgorzała walka i w jej wirze wcale nie zauważyliśmy, że ciotunia wróciła, stanęła w drzwiach i patrzy.

Ona była nowa, więc jeszcze nie miała wyrobionej takiej cierpliwości, jaka jest potrzebna do dzieci szkolnych. Nie mogła na to patrzeć długo i krzyknęła:

– Znów to samo! Nie mam już do was siły!

Odwróciła się na pięcie i wyszła.

– Słuchajcie! Poszła na pewno po panią! – krzyknął ostrzegawczo Karol. Wyskoczył z boksu, uniósł ręce do góry i zaczął nagle kręcić się wokół własnej osi jak baletnica na lodzie.

Chcieliśmy krzyknąć: „Karol, nie wydurniaj się!”, ale nagle poczuliśmy wszyscy, że wstępuje w nas jakaś dziwna siła obrotowa, że nasze ręce także unoszą się do góry, że wypływamy z boksu na korytarz i zaczynamy się kręcić, kręcić, kręcić jak kolorowe blaszane bąki, których dorośli używają do wprawiania w osłupienie swoich małych dzieci.

Po prostu coś nami kręciło od środka. Nie było to nawet niemiłe, było tylko całkiem niepojęte i dlatego mieliśmy trochę stracha, i spoglądaliśmy na siebie głupawo.

W dodatku miała przyjść nasza pani, albo nawet i dyrektor, i nie wiadomo było, co wtedy poczniemy i jak się będziemy tłumaczyć.

– Cha, cha, cha, wirówka kosmiczna! – ryknął nagle śmiechem Krzysiek Hinc, zwany zwykle Chińczykiem, i próbował obrócić wszystko w żart. Ale wiedzieliśmy, że to było wymuszone, udane śmianie, bo śmianie prawdziwe jest przecież zaraźliwe, od razu udziela się innym. A takie śmianie sztuczne nikogo nie zarazi.

Trwało to wszystko niedługą chwilę, bo zaraz w drzwiach znowu stanęła ciotunia i złapała się za głowę:

– Co ja narobiłam! Ołicęrkop saw jadob!

I wszystko się zatrzymało.

– Nic się wam nie stało? Nikt się nie uderzył, nie potłukł?

Podbiegła do nas i zaczęła nas obmacywać, głaskać i klepać, a my poupadaliśmy na podłogę, a podłoga kołysała się jeszcze lekko pod nami, bo zawsze tak jest, kiedy człowiek się mocno rozkręci, a potem nagle zatrzyma.

– Stracę przez to posadę! Całkiem dobrą robotę! – martwiła się ciotunia nie na żarty.

– Ale dlaczego? Co się stało? My nic nie rozumiemy! Niech ciocia nam powie!

– O czym tu mówić! – martwiła się dalej. – Zezłościłam się na was niepotrzebnie, no i niechcący... wstyd i tyle! Całkiem dobrą posadę!

– Ale cooo?! – wołaliśmy chórem.

– No, jak to co? Przecież powiedziałam: „Bodaj was pokręciło”. No i stało się... Pokręciło was króciutko, bo coś mnie tknęło... Szłam po dyrektorkę, jednak zawróciłam... ale i tak wszystko przepadło!

– To ciocia nas zaczarowała, czy jak?

– No, niechcący, przecież mówię!

– A mogłaby ciocia jeszcze raz tak zrobić?

– Za nic na świecie! – krzyknęła.

Ale zaczęła patrzeć na nas jakimś innym okiem i nad czymś się zastanawiać, i nie była już taka przerażona.

– Ale my nikomu nic nie powiemy! Ciociu! Ciocia nam jeszcze coś pokaże! Ciocia nas tego nauczy!

– A wy się nic nie boicie?

– Nie!!!

– I nikomu nie powiecie ani słówka?

– Jasna sprawa!

– Aha – powiedziała ciotunia. – Uczyć to ja was nie będę, nie ma mowy. Nie dla głupiego czary. Ale możemy się umówić: wy coś dla mnie, a ja coś dla was. Tylko cicho sza przed wszystkimi! – spojrzała z namysłem przez szkolne okno. – Skopcie te grządki, to może coś wymyślę – wskazała ręką na szkolny ogródek.

– A łopaty? – spytaliśmy tylko.

– Dam – odpowiedziała krótko. Otworzyła schowek, dała nam łopaty, wyszła na podwórze i pomogła wytyczyć grządki, a potem zniknęła.

Kopanie poleciało nam szybko. Potem porozsiadaliśmy się na ławkach, bo nas to trochę zziajało.

Ciotka przyszła, spojrzała na nas i sięgnęła do kieszeni fartucha. Wyciągnęła paczkę gum do żucia, potem policzyła, przełamała każdą na pół i podsunęła nam na dłoni.

– Macie, poczęstujcie się.

Wsadziliśmy sobie gumy do ust i zaczęliśmy poruszać szczękami. A ona rozejrzała się po grządkach i pochwaliła nas, że są porządne.

– Nie mogę znieść, jak ziemia na wiosnę dziczeje. A w dodatku w mieście. Jutro trzeba by coś posadzić i posiać, toby jeszcze zdążyło porosnąć. Na przykład nasturcje. Te ogniste, z trąbkami. Znacie je? Mają dziwne właściwości. Nazywają je „kwiatami chichotu”, bo kto wyssie sok z wielu kwiatków, może się nabawić niepohamowanego śmiechu na godzinę co najmniej.

Ruszaliśmy szczękami i patrzyliśmy na ciotunię z pewną niecierpliwością, bo ostatecznie jej ogródkowe zamiłowania nie tak bardzo nas obchodziły. Ktoś przez grzeczność bąknął:

– Można by jutro przyjść i posadzić...

– No, to dmuchajcie – powiedziała ciocia. – Dmuchajcie, na co czekacie?

Zorientowaliśmy się po chwili, że chodzi o balony. O to, że nasza guma dojrzała już do balonowania.

– zawołała ciotunia, a balony w naszych ustach zaczęły się rozrastać i rozrastać. Stały się wielkie jak globusy, a potem przerosły już wszystko, co można było z nimi porównać, i nagle poczuliśmy, że jesteśmy coraz lżejsi.

Balony zaczęły nas ciągnąć z wolna w górę. Stanęliśmy na palcach, potem stopy nasze oderwały się od ziemi. Unieśliśmy się w górę, nad ulice i domy, nad plac Zamkowy, a Karol nawet zdążył w biegu pogłaskać króla Zygmunta po koronie. Lecieliśmy tak w zachodzącym słońcu, a nikt nas nie widział, nikt nie podnosił głowy w górę, tylko gołębie podrywały się z trzepotem.

Nie dogadaliśmy się nigdy, jak to się właściwie zakończyło, dość, że każdy z nas stanął przed drzwiami własnego domu ze strzępkami gumy lepiącymi się do warg.

– Gdzie byłeś? – pytali nas rodzice po kolei.

– Na zbiórce. A jutro też jest. Bo trzeba zrobić ogródek szkolny – odpowiadaliśmy, jakby nam kto dyktował do ucha, a przecież nie umawialiśmy się wcale.

Następnego dnia wszyscy stawiliśmy się przed ciotunią, a Antek wyciągnął z kieszeni jakieś zawiniątko i powiedział:

– Nasturcje. Od dziadka dostałem.

I siedzieliśmy w kucki na grządce, i wierciliśmy palcem dziurki, i wrzucaliśmy do nich śmieszne, muszelkowate ziarna.

Po tygodniu rodzice zaczęli dzwonić do szkoły i wypytywać, co z tym harcerstwem, bo ciągle zbiórki i zbiórki.

A my mieliśmy już za sobą nie tylko grządki i nasturcje, ale też porobiliśmy wiszące kosze pod doniczki i posadziliśmy włoski orzech, Drzewo Indiańskiej Wojennej Ścieżki.

Z czarowania zaś przerobiliśmy latanie, niewidzialność i tajemne pisma magów. Bo ciotunia zorientowała się, że nie ma do czynienia z głupimi, i jednak nauczyła nas czegoś. Byliśmy też w przeszłości, w czasach wojów Chrobrego. My – jako niezbyt ważne pacholęta do różnych posług, a ciotunia była tam za zielarkę i cieszyła się powszechnym szacunkiem.

Dyrektor pochwalił nas na apelu, że ogródek taki wypielęgnowany, ale powiedział, że musi porozmawiać z druhną, bo rodzice się skarżą, że zbiórki są za często.

– A druhna jest chora – powiedział ktoś z nauczycielskiego pokoju. – Wróci dopiero za dwa tygodnie.

– No to jak? Kto ją zastępuje? Przecież zbiórki się odbywają.

– Ja – odezwała się wtedy ciotunia. – Ja tak na razie jestem z nimi. Bo jak ich czymś nie zająć, to zaraz robią szkody. Głupoty dostają.

– Hm – mruknął dyrektor. – Ogródek piękny, rzeczywiście. Tylko czy pani obowiązki na tym nie cierpią?

– Skądże znowu, chyba widać – odpowiedziała godnie ciotunia.

Tak, to prawda, w naszej szkole było wyjątkowo czysto. A dyrektor nawet nie domyślał się dlaczego. Skąd mógł wiedzieć, że kiedy za ostatnim nauczycielem zamykały się drzwi szkoły, ciotunia zwoływała swoje narzędzia pracy i mówiła do nich:

– A bodajście...

I już one, jedno przez drugie, same wszędzie sprzątały.