Czarownica z Radosnej - Zofia Staniszewska - ebook
Opis

"Czarownica z Radosnej" wydana w 2008 roku w wydawnictwie Red Horse była nominowana przez Wirtualną Polskę do Książki Roku, znalazła się na liście bestsellerów merlina i zdobyła wiele pozytywnych recenzji.

"Czarownica z Radosnej" to baśniowo-poetycki romans, dziejący się na prowincji. Taki trochę realizm magiczny z przymrużeniem oka - na miarę polskiej wsi.

Główną postacią książki jest trzydziestoletnia (z procentem) Jagoda i to wokół niej skupiają się najważniejsze wątki: romansowy i sensacyjny. Ale jak to w powieści bywa, jest dużo bohaterów i wątków pobocznych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 301

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Zofia Staniszewska
CZAROWNICA
Z RADOSNEJ

© Copyright by Zofia Staniszewska & e-bookowo

Grafika i projekt okładki: Zofia Staniszewska

ISBN 978-83-62480-74-6

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo 

www.e-bookowo.pl

Kontakt:wydawnictwo @e-bookowo.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione.

Wydanie I 2011

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Cytat

Kto jest dziewczyna? – ja nie wiem

Adam Mickiewicz „Świtezianka”

ROZDZIAŁ I

Nocną porą podąża na szczyt góry,

gdzie odwieczny stoi kamlot ponury…

Moja mama posadziła pod oknem drzewa życia, wierzby. Salix acutifolia, odmianę o pokroju płaczącym, przypominającą otwarty parasol, mający mnie chronić. Dla brata wybrała wierzbę białą: salix alba rośnie strzeliście i wysoko, wybijając się ponad inne rośliny. Drzewo mojej mamy chylące się ku ziemi, o cienkich, mocnych gałęziach i liściach jedwabiście sinozielonych to Salix rosmarinifolia, czyli wierzba rokita.

Korony drzew sięgają nieba, a korzenie wnikają głęboko w ziemię, tworząc oś świata. Trzy pierwiastki: woda, ziemia i niebo skupiają się w trzech drzewach. Jedno drzewo dla jednego życia. Gdy położę rękę na chropowatej korze pnia, czuję siłę drzemiącą wewnątrz, bijącą jak serce.

Z okien naszego domu widzę szpalery zadumanych wierzb, przeglądających się w lustrach rozlewisk rzecznych. W rosochatych iwach z wydrążonymi pniami kochają się rogate diabły. Złośliwe chochliki gnieżdżą się w przytulnych dziuplach, a gdy dzieci próbują zajrzeć do wnętrza drzewa, sypią im próchnem w oczy.

*

– Położenie ciała pedagogicznego w bieżącym roku nie jest różowe – tymi obrazowymi słowami nasza pani dyrektor Kopytko, zwana przez to ciało w skrócie, acz bez zbytniej inwencji: Dyrą, rozpoczęła konferencję analityczną przed końcem roku szkolnego. – Sytuacja jest gęsta i etatowo, i budżetowo, i od zadań. Spotkanie nasze zacznijmy od finansów, które personalnie wzięłam pod lupę.

W tym momencie przemówienia Dyry nie wytrzymałam i żeby nie parsknąć śmiechem zaczęłam przygryzać boleśnie wargi. Spojrzałam na Aldonę, polonistkę. Ona miała chyba jeszcze większe trudności z utrzymaniem powagi, bo zakryła twarz w dłoniach, udając, że kaszle. Rozejrzałam się po sali – przy stołach ustawionych w podkowę siedzieli nauczyciele gimnazjum. Napotkałam śmiertelnie poważne spojrzenie historyka, który z uniesionymi brwiami, w skupieniu, wpatrywał się w Kopytko – tylko nieliczni wiedzieli, że za tym skoncentrowanym wzrokiem kryje się rozbawienie. Inni pedagodzy, nie zważając na wygibasy stylistyczne Dyry, już po pierwszych słowach wstępu zaczęli w grupkach cicho szeptać, zajęci własnymi sprawami. Plastyczka kończyła dziergać na drutach plecy kolorowego swetra, raz po raz omiatając spojrzeniem salę zza złotych prostokątnych okularków-połówek, które zsunęła sobie na czubek nosa.

– Pani Maria Aktabowska!

– Tak, pani dyrektor?

– Proszę o sporządzenie protokołu z rady. Tu jest papier kancelaryjny!

– Matka Boska, trzymaj! – Plastyczka oderwała się od robótki, by podać papier katechetce. Ze względu na nazwisko i wykładany przedmiot, ksywka idealnie przylgnęła do Marysi.

– Zmuszona byłam obciąć w drugim półroczu dofinansowanie przeznaczone na nowe podręczniki dla wszystkich nauczycieli – dobiegły mnie słowa dyrektorki – każdy kupuje więc książki we własnym zakresie. Także na papier toaletowy i mydło sami się państwo zrzucacie. Pani Jakubowicz zajmie się zbiórką pieniędzy. O innych cięciach w budżecie szkolnym dowiecie się państwo z tego okólnika – Kopytko podniosła się z krzesła, prezentując wszystkim potężną, barczystą sylwetkę, wyciągnęła kartkę formatu A4 i puściła ją w obieg.

– Pragnę też zaznaczyć – Dyrektorka usiadła z godnością – że wychodzi za dużo kopert i papieru do drukarki, które mieszczą się w sekretariacie. W związku z zaistniałą sytuacją każdego użytkownika będziemy na przyszłość weryfikować w stosunku do zużycia szkolnego mienia. Trzeba zacisnąć się i oszczędzać. Przejdźmy obecnie do dzieci. Zapisów dzieci do gimnazjum mamy na dzień dzisiejszy znacznie powyżej jakiejkolwiek możliwości przerobu… – Dyra truła dalej donośnym głosem, w widoczny sposób napawając się sytuacją, w której ona mówi, a reszta musi słuchać.

– Po konferencji idziemy na kawę z Olą i Poldkiem – zaszeptała Aldona – wybierzesz się z nami?

– Chętnie, ale nie mogę – dzieci siedzą same w domu, mam nadzieję, że Joasia zrobi małemu kolację, bo tu nie ma co liczyć na to, że Kolskiej dwie godziny wystarczą…

– Proszę tam o ciszę! – przerwał nam tubalny głos szefowej. – Teraz poproszę panią Jarosz o przedstawienie zestawienia wyników nauczania i zachowania w klasie I a…

Po trzech trudnych godzinach, w czasie których ratowałam się przed zaśnięciem popijaniem wody mineralnej, nadszedł czas ostatniego wystąpienia dyrektorki.

– Nadzwyczajne okoliczności zmuszają mnie do zajęcia stanowiska i wyjaśnienia faktu obniżonych ocen z zachowania grupie uczniów z klasy III b. Rymowski Marek, Waciak Zuzanna i Zarębowski Mateusz dopuścili się karygodnego czynu – sfałszowali końcowe oceny z historii. Choć początkowo nie mogliśmy uczniów pociągnąć za język do odpowiedzialności, bo nabrali wody w usta, w wyniku śledztwa dotarliśmy do jedynie prawdziwych i autentycznych faktów, a wyglądają one następująco. – Dyrektorka zrobiła pauzę w celu pobudzenia uwagi ciała pedagogicznego i rzeczywiście, niektórzy nauczyciele dobudzili się i spojrzeli żywszym okiem na monumentalną postać mówczyni.

– Wyżej wymienieni uczniowie w dniu trzydziestego maja bieżącego roku ukradli dziennik z pokoju nauczycielskiego, zaszyli się w ubikacji dla dziewcząt, tak, dla dziewcząt i tam za pomocą korektora i pióra zmienili oceny z gorszych na lepsze; odpowiednio: dla Rymowskiego z miernej na dostateczną, dla Waciaka z dostatecznej na dobrą i dla Zarębowskiego z miernej na dostateczną. Na szczęście po kilku dniach sprawa wyszła na jaw, to znaczy na światło dzienne i uczniowie zostali przykładnie ukarani. Jako wychowawca i pedagog tej szkoły biję się w jedną i drugą pierś…

– Jaka szkoda, że nie ma trzeciej – doleciał mnie szept Aldony.

– Niemniej pragnę nadmienić, że już dawno informowałam wychowawczynię klasy III b o niewłaściwym zachowaniu tychże uczniów, między innymi o niekłanianiu się wielu nauczycielom, w tym mnie. To ukaranie może stać się przysłowiowym języczkiem u wagi…

Znów odpłynęłam. Z błogiego niebytu wyrwały mnie rachityczne oklaski. Dyra stała rozpromieniona i kłaniała się, uśmiechając się z pewnym zażenowaniem.

– Sorry, przysnęłam. Następnym razem wezmę coś do poczytania pod stołem. Coś mnie ominęło? – wskazałam Aldonie podbródkiem wniebowziętą Kopytko.

– Nie słyszałaś? – Polonistka podniosła się ze swojego krzesła – Chodź, nasiadówa się wreszcie skończyła. Powiem ci za drzwiami.

Wyszłyśmy na korytarz.

– Nie mieści mi się to w głowie. – Drobna polonistka kręciła z niedowierzaniem głową, wyraźnie zdegustowana.

– Ale co?

– Dyra nie ma za grosz wstydu i samokrytycyzmu. Żeby taką nagrodą się chwalić! Wyobraź sobie, dostała nagrodę z gminy za oszczędne gospodarowanie finansami. Cofnęła nawet pewne dotacje.

– No, w to mogę uwierzyć. Przecież na wszystkim oszczędza. Każdego roku obcina mi fundusze na zakup książek do biblioteki.

– Tak, a ona za swoje skąpstwo, na którym tracimy my i uczniowie, dostała nagrodę uznaniową od burmistrza. Pieniężną! I jakby nigdy nic chwali się tym na konferencji! Na jej miejscu nie rozwścieczałabym „różowego ciała pedagogicznego”, bo zzielenieje.

– Nie mów, że z zazdrości! – roześmiałam się.

– Nie, z furii. Dobrze, że niedługo wakacje. – Aldona westchnęła z rozmarzeniem.

*

Moja mama jest czarownicą. Była nią zawsze, choć niektórzy twierdzą, że jest bibliotekarką szkolną, pracującą w gimnazjum. Ale czy zwykła bibliotekarka miałaby władzę nad czasem i snem, czy słuchałyby jej zwierzęta i ptaki? Nawet woda z Szarego Jeziora jest jej posłuszna.

Skąd wiem, że ona rządzi czasem? Ponieważ ona go stwarza swoim działaniem, bez niej cały świat zastyga w bezruchu, a czas znika. Tak się dzieje, gdy idziemy z mamą do Sanktuarium Ciszy w Mrocznym Zagajniku. Siadamy na mchu, wyprostowane. Mama przymyka oczy, a wtedy wszystko nieruchomieje. I słońce, i chmury nad nami. Ptaki przestają śpiewać, a mrówki pracować. Tylko drzewa jeszcze chwilę szumią. Liście delikatnie poruszane wiatrem śpiewają kołysankę, a świat zasypia. Gdy mama podnosi powieki, wszystko ożywa, a czas zaczyna płynąć. Uśmiecha się, a wtedy małe ptaszki z czerwonymi nóżkami, świergotki drzewne, zamieszkujące nasz Zagajnik, głośno śpiewając, zlatują z wysokich gałęzi wprost pod nasze nogi. Zajadają owady, kryjące się w mchu, nie zwracając na nas więcej uwagi.

*

Z samego rana zajrzała do mnie Stara Ryśkowa ze wsi. Przyniosła dwadzieścia jaj. Zawsze kupuję jajka na wsi, choć są droższe niż w markecie. W ogóle jeśli chodzi o centra handlowe, to należę raczej do ce ha – dezerterów. Ryśkowa zlustrowała dokładnie moją kuchnię, zajrzała nawet do garnka, po czym zaczęła biadolić nad moim losem.

– Łe jery, i gdzie ci, gdowo, przyszło żyć! Na takich koleniach, gdzie człowieka ze świcom szukać… Samyj, ino z dzieckami. Nie bojacie się to? – staruszka spytała się widocznie retorycznie, bo nie czekając na odpowiedź, ciągnęła dalej. – Nawet kurów nie macie. Ady to prawdziwie łobraza boska. – Pokręciła z niezadowoleniem głową, po czym przysiadła na zydelku. Nawet niskie taborety wydawały się dla niej za wysokie. – Gdyby żeście tak wiency bymbasów mieli, ady tylko dwa? Toż ci nudno, kobito!

W tej chwili zaspana Joasia zeszła do kuchni napić się mleka.

– A dziewczyninie to trzeba sprawić halkę pod spódnicę. Jakże tak: bez niczego pode spodem? Toż majtków można nie założyć, ale żeby halki! I spódnica za kolana mo sięgać. Ubrana ta panina Haśka niewydarzenie – jak moje wnuczki. Łobraza boska!

W końcu zawiązała ponownie na siwym koczku chustkę w czerwone maki i zebrała się do wyjścia. Na odchodnym mruknęła jeszcze pod nosem:

Bez chłopa życie – co tam za życie? Do niczego jako i dziurawy kapyć, co go to nie masz czym zaszyć.

*

Nie znoszę Ryśkowej z jej wścibskim nosem. Te jej rozbiegane, małe oczy, ledwie wystające spod kwiecistych chust, przyprawiają mnie o dreszcze. Stara zgredka! Przypomina przejrzałą, pomarszczoną dynię. Dynię, którą ktoś w Halloween ściął, wybrał ze środka cały miąższ, a tępym nożem wyciął szpary na oczka i usta, i przykleił wystający nos. Po czym zatknął na krzywy kostur, ubrany w powyciągane, bure swetry. A potem tchnął życie, montując w środek baterie.

Ryśkowa zawsze wszystko wie o wszystkich. Ja nawet domyślam się skąd. Wieczorami podchodzi pod domy, wzrokiem usypia psy i podgląda przez rozświetlone okna życie mieszkańców. Próbowałam ją na tym nakryć, ale jest to prawie niemożliwe. Zgredka przywiązuje do klamek cieniutkie nici i gdy ktoś otworzy drzwi, natychmiast bezszelestnie znika w ciemnościach nocy jak złe licho. I tylko zostaje po niej lepka pajęczyna omotana wokół zewnętrznej klamki.

A od mojej miniówy niech się trzyma z daleka!

Choć jedno trzeba jej przyznać: chusty na głowę ma po prostu cudo!

*

– Cześć, Jagoda!

– Witam Astronoma! Nawóz mam w garażu, kupiłam dziesięć worków.

– Dziesięć worków? Na dwa hektary pastwiska powinno wystarczyć. Zaraz się tym zajmę.

– Paweł, poczekaj chwilę. – Jagoda podeszła do traktora – ile to będzie kosztować?

– Co? Rozrzucenie nawozu? – Postawny brunet zeskoczył na ziemię. – Nic. Nie patrz tak na mnie, bo jednak coś chcę.

– Niemożliwe! Ty?

– A widzisz, nie jestem taki bezinteresowny, na jakiego wyglądam.

– Nie? Wszyscy we wsi wiedzą, do kogo udać się po pożyczkę przed pierwszym.

– A jednak. Chciałbym, żebyś nauczyła mnie jeździć na koniu.

– No, no… Załatwione.

– A że zajmie ci to trochę czasu, żeby było sprawiedliwie, naprawię dach w stajni. Zauważyłem, że przecieka.

– Paweł, nie przesadzaj z tą pomocą, chyba że do emerytury nie nauczysz się jeździć. Wtedy będę miała okazję ci się odwdzięczyć. Ale niestety nie wyglądasz na gelejzę.

– To się jeszcze okaże. Tylko pamiętaj. – Paweł wytaszczył ostatni worek nawozu z garażu. – Przez dwa tygodnie albo i dłużej, jeżeli deszcz nie spadnie, nie wypuszczaj koni na pastwisko. Ta chemia musi wejść w ziemię.

– Będę je prowadzić do starego sadu. Dzięki!

*

Joasia lubiła, gdy jej mama zakładała kwieciste spodnie z delikatnego płótna. Zabierały ze sobą wszystkie psy i szły na pola. Jagoda miała dwa bernardyny, a ściśle mówiąc: bernardynki i trzy czarne jak biesy, wesołe kundelki. Kundelki, same suczki, dostały swego czasu imiona, w założeniu mające wzbudzać postrach, korespondujący z ich maścią: Belzebubka, Diabełka i Lucyferka, ale komu by się chciało krzyczeć tak długo: Diabełka do nogi, albo: Lucyferka siad, albo: Belzebubka, zostaw tego kota! Wołamy na nie po prostu: Bubka, Beka (skrót od Diabełki) i Lufka (od: Lucyferki).

*

Weszliśmy do stajni. Drewniana stajnia z wiecznie otwartymi okienkami ma późną wiosną ten zapach, który lubię. Liniejącej sierści, końskiego potu i nawozu, udeptanej słomy i siana, rozgrzanych od słońca desek. Konie nie mają tu wydzielonych boksów, do ścian przykręcone są tylko cztery pojemniki, które udają żłoby i słona lizawka, zabarwiona przez witaminowe dodatki na zielono, a na ziemi stoją trzy wiadra z wodą. Poidła kupiłam już dawno, ale leżą niezamontowane z tyłu, za przepierzeniem z desek, obok wysokich silosów na owies. Przed silosami jest wygospodarowany kącik z wieszakami na siodła, szumnie nazywany siodlarnią.

Gryf i Beduin, dwa kare wałachy, gdy nas usłyszały, nawet nie podniosły łbów znad żłobu. Pięć minut temu dostały swoją porcję owsa, którą właśnie kończyły. Epona niespokojnie zastrzygła uszami, ale już po chwili porozumiewawczo parsknęła. Jej wymię niecierpliwie ssało kilkutygodniowe źrebię.

– Super masz tę klacz. – Paweł z uznaniem przyglądał się wysmukłej, silnej sylwetce konia. Uśmiechnął się na widok różnokolorowych kopyt, na których barwa różowa i łososiowa przechodziła kapryśnie w ciemny grafit. Podszedł bliżej do Epony, dał jej marchewkę i pogłaskał ją po miękkich piegowatych chrapach i jasnej szyi, na której ciemniały okrągłe plamy. – Ta maść, jak się nazywa?

– Jabłkowita. Wezmę cię na lonżę. Wyprowadź Gryfa, gdy skończy z owsem!

Przygotowałam szczotki, zgrzebło, uzdę, kopystkę, na którą mówimy tu: kopytnik i dawno nieużywane czapsy oraz toczek Dominika. Paweł wytaszczył z siodlarni czaprak i siodło.

– Przymierz. – Podałam mu czapsy. – Powinny ci być dobre, moich byś nie opiął na łydce.

Gdy Paweł wskoczył na siodło, od razu wiedziałam, że nie siedzi pierwszy raz na koniu.

– Jeździłem już kiedyś, ale dawno, w dzieciństwie – wyjaśnił w odpowiedzi na mój pytający wzrok.

– W takim razie idziemy od razu na padok. – Odłożyłam długi bat i lonżę na miejsce. Czułam, że Paweł świetnie sobie poradzi bez niej.

*

Czasami o świcie budzi mnie natarczywy świergot ptaków: kosów, wróbli, gajówek. Wirtuozów wśród kosów poznaję po głębokim tonie, który stopniowo się nasila, a po chwili kunsztownej przerwy kończy fantazyjnym ozdobnikiem lub nawet imitacją głosów innych ptaków. Gnieżdżące się u mnie w zaroślach dzikiej róży, niepozorne szare gajówki, które trudno wypatrzyć, zdradza głośny i melodyjny tryl. W ich wysmakowane pieśni często wdziera się kłótliwe ćwierkotanie neurotycznych wróbli. Staram się wtedy nie zasnąć, wyglądam przez okno. Daleko na łące, pośród traw, chabrów i maków, z porannej mgły wyłania się biała klacz ze swym źrebięciem, a za nią czernią się smoliście dwa pozostałe wierzchowce. Skowronek wzbija się wysoko w niebo i rozszalałym trelem oznajmia światu, że dzień znów zwyciężył ciemność i można udawać, że jest jak było na początku.

*

Idziemy z mamą i braciszkiem do Sanktuarium. Mama niesie butelkę wody, Jaś trzy kubki, a ja pyszną szarlotkę w szklanym pojemniku. Psy zostawiliśmy w domu, do Mrocznego Zagajnika nie mają wstępu nie tylko ze względu na myśliwych. Mogłyby wypłoszyć Ciszę. W Sanktuarium wiekowe dęby i buki porasta bluszcz, wspinając się po pniach, a nawet wyższych konarach. Na pięknym, puszystym mchu mieści się ołtarzyk, czyli stara drewniana skrzynka, pomalowana w czerwone kwiaty. W środku, w próchniejącej skrzynce mieszka Tajemnica.

Jak zwykle mama zamyka oczy i przez moment stapia się w niej Rzeczywistość Śnienia i Rzeczywistość Opowieści. Jaś kładzie się na plecach i obserwuje znieruchomiałego dzięcioła, a ja ukradkiem skubię szczawik o białych kwiatkach. Jest to szczawik zajęczy, okropnie kwaśny i mama ciągle mówi, że zjadany w większych ilościach szkodzi. Ale ja wiem, że nic mi nie będzie.

Nagle ptaki znów zaczynają śpiewać, mama otwiera oczy i opychamy się ciastem. Ostatni kawałek placka kruszymy i kładziemy na ołtarzu, obok skrzynki w kwiaty. To ofiara dla mrówek, robotnic ziemi.

*

– Mamutek, opowiedz nam bajkę.

– A o czym?

– Ja chcę, żeby była o koniach – prosi Jaś.

– Dobrze, opowiem wam baśń o Eponie – zgadza się po chwili Jagoda.

BAŚŃ PIERWSZA

EPONA, BOGINI KONI

Działo się to dawno temu, gdy po ziemi, oprócz zwykłych ludzi, przechadzali się nieśmiertelni bogowie lasów, jezior, strumieni, gór. Wśród nich delikatną urodą wyróżniała się jasna Epona, której posłuszny był każdy koń, nawet najdzikszy rumak. Jeździła ona polnymi i leśnymi ścieżkami na siwej klaczy, za którą biegł nieodmiennie rozbrykany źrebak.

– A jak miał na imię ten źrebak? – spytał zaciekawiony Jaś.

– Nazwano go Equuleus, w skrócie: Ekuś.

– To zupełnie jak u nas! – zdziwił się chłopiec.

Epona mijała sioła i warowne grody, goszczono ją w strzelistych zamkach, a wszędzie doglądała i leczyła konie. Na ludzi nie zwracała uwagi. Aż pewnej jesieni, na łące, gdzie pasła się klacz, zastąpił Eponie drogę młody wojownik z mieczem i w kolczudze, dosiadający wspaniałego ogiera. Za nim podążało kilku pachołków. Bogini bez strachu spojrzała na męża, a wówczas rycerz zdjął hełm z brązu i wiatr rozwiał mu płowe, długie włosy.

– Pani – zwrócił się do Epony – wracam z wyprawy wojennej. Rok temu, gdy znalazłem się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, ślubowałem, że spełnię prośbę matki. Gdy błogosławiła mnie na wojnę, zażyczyła sobie mojego ożenku z pierwszą napotkaną dziewczyną w rodzinnych stronach. Boje skończyły się i moi towarzysze rozjechali się już szczęśliwie do swoich domów, a i ja przybyłem właśnie na ziemię, którą rządzi mój ojciec.

– Więc cóż? – spytała obojętnie bogini.

– Jesteś pierwszą niezamężną niewiastą, którą ujrzałem w tych stronach.

– Śmiertelniku, chyba nie wiesz, do kogo kierujesz te śmiałe słowa – roześmiała się jasna pani.

– Epono, piękna bogini, jestem wojownikiem i nie ulęknę się niewiasty, choćby miała moc stu mężów – hardo odrzekł młodzian.

– Ty chcesz spełnić przyrzeczenie, ale i ja obiecałam sobie, że poślubię tylko tego boga lub męża, który prawdziwie mnie pokocha.

– Pani, nie można cię zobaczyć i nie pokochać – żarliwie zapewnił wojownik.

– Jak cię zwą, rycerzu?

– Wołają mnie Celtyk.

– Ten, kto kocha, widzi sercem, nie oczami. Czy zawsze mnie rozpoznasz? – spytała tajemniczo.

– Zawsze! – zapewnił Celtyk i w tej samej chwili bogini, siedząca dotąd na koniu, zniknęła. Zdziwiony rycerz przetarł oczy, ale nic to nie pomogło. Na łące nie było śladu niewiasty. Wtedy młodzian zsiadł ze swojego rumaka i podszedł do siwej klaczy. Chwycił ja za uprząż bogato zdobioną srebrnymi ćwiekami i spojrzał w wielkie oczy zwierzęcia. Następnie rzekł:

– Ty jesteś moją wybranką.

Na te słowa klacz zarżała i pogalopowała przed siebie. Celtyk śpiesznie dosiadł swojego rumaka i z miejsca pocwałował za uciekającą Eponą. I tak przez trzy dni i trzy noce uciekała bogini przemieniona w klacz, a młody wojownik bez chwili wytchnienia podążał za nią. I stało się tak, że o zmierzchu trzeciego dnia przejechali Granicę Mgieł, za którą rozpościera się Królestwo Zaświatów zamieszkane przez bogów i duchy. W tym miejscu dumna pani zgodziła się zostać żoną Celtyka. I radował się rycerz swoją żoną wiele dni i nocy. W końcu jednak młody wojownik zatęsknił za matką staruszką. Nie mógł wjechać jednak do Krainy Śmiertelnych i powrócić do bogini. Wówczas Epona, pełna obawy o życie wybranka, znalazła radę na żałość męża. Celtyk mógł odwiedzić rodzinny dom pod warunkiem, że jego stopa nie dotknie ojczystej ziemi. Wojownik dosiadł swego konia i wyruszył w podróż do krainy ludzi. Jechał trzy dni i trzy noce…

– A jak robił siusiu? – zainteresował się Jaś.

– Z konia. Na pewno jakoś można sobie poradzić. Nie przerywaj! – zniecierpliwiła się Joasia.

Gdy jednak Celtyk zobaczył swoją matkę, zsunął się z rumaka, żeby wziąć ją w objęcia. I wtedy właśnie stracił nieśmiertelność. Nigdy już nie zobaczył się z boginią koni, choć wiele razy jeździł nad Granicę Mgieł i nawoływał swoją żonę.

– Nigdy? – upewniała się dziewczynka.

– No… gdy umarł, dostał się do Królestwa Zaświatów.

– To znowu się dobrze kończy – Joasia nie wiedzieć, czemu była niezadowolona – spotkali się po śmierci i kochali się. Tak? A wcześniej? Wcześniej – to się nie liczy? Duchy nie mogą tak kochać jak ludzie i być wtedy, gdy się ich potrzebuje.

– To tylko baśń, Joasiu. – Jagoda próbowała uspokoić córkę.

– A ty jesteś romantyczka! Jak mówi ciocia? Niepoprawna romantyczka!

Jagoda spojrzała ze zdziwieniem na swoją trzynastoletnią córkę. „Kiedy ona tak wydoroślała?”.

– I to już koniec? – spytał synek.

– Koniec. A jeśli nad ranem zobaczysz wyłaniającego się z mgły rycerza w zbroi, jadącego na rosłym ogierze – nie musisz się bać. To Celtyk odwiedza miejsca, w których się urodził.

– Ja się nie boję rycerzy – zapewnił Jaś – ale bardzo bym chciał choć na chwilę dostać się do Królestwa Zaświatów. Tam można spotkać umarłych, prawda?

*

Jagoda wytaszczyła z kuchni wielki gar i zaczęła nakładać ryż z mięsem, kośćmi i marchewką do pięciu psich misek, postawionych pod schodami.

– Chcę ci się dla nich gotować? – zdziwił się Paweł.

– Rzadko, najczęściej dostają suchą karmę, ale dzisiaj pani Tereska ze sklepu dała mi za darmo kilka kilogramów kości i przeterminowanych podrobów. Nie miałam więc wyjścia.

– Nie myśl, że nie lubię zwierząt, ale po co ci aż pięć psów?

– Myślisz, że sobie to zaplanowałam? – roześmiała się. – Tylko bernardynki kupiłam, jeszcze z Dominikiem, Bekę i Lufę dostałam od właścicieli, którzy nie mieli dla nich czasu, a Bubka sama się przybłąkała. – Jagoda wrzuciła gar do zlewu i spojrzała przez tarasowe przeszklone drzwi w kierunku stajni.

– Tomek przygotował już dla ciebie Gryfa.

– Ten chłopak ze wsi, od dawna ci pomaga przy koniach?

– Od dawna. Zaczął przychodzić, gdy był jeszcze dzieckiem, teraz ma z piętnaście lat. Przybiega prawie codziennie. Z tego co wiem, ma niewesołą sytuację w domu. Woli czas spędzać ze zwierzakami niż z rodziną. Zresztą nie ma tu tak dużo roboty. Chodźmy w końcu!

Po minucie byli już przy stajni.

– Radzisz sobie coraz lepiej! – stwierdziła Jagoda, obserwując Pawła, dosiadającego Gryfa. – Rozluźnij tylko nadgarstki, a łydki na popręg! Zatocz teraz ósemkę, najpierw w stępie, potem w kłusie.

– Popuść trochę wodze i działaj bardziej krzyżem, nie samymi łydkami! – krzyknęła po chwili.

Jagoda, właściwie już od początku udzielanych lekcji, zaczęła podejrzewać, czy Paweł rzeczywiście potrzebuje tej nauki. Jakby specjalnie starał się sztywno siedzieć na Gryfie, nie zwracając zresztą specjalnej uwagi na zwierzę, za to zbyt często jego spojrzenie lądowało na niej. Uśmiechnęła się, spoglądając na mocną sylwetkę mężczyzny, na jego krótko obcięte tuż przy skórze włosy. Imponował jej swoim sposobem życia – robił to, co lubił – i tym jeszcze, że nie peszyła go obecność samotnej kobiety z dwojgiem dzieci. W mieście spotykała facetów, którzy wydawali się nią zainteresowani. Konsekwentnie poddawała ich próbie: wspominała mimochodem o córce lub synku. Na efekt nie trzeba było długo czekać: zalotnicy rozpływali się nie wiadomo nawet jak i gdzie. Zupełnie jakby dzieci były zaraźliwe.

Głośne rżenie wałacha wyrwało Jagodę z zamyślenia. To Gryf, czując się samotny na padoku, nawoływał swoich towarzyszy.

Paweł podjechał do ogrodzenia, za którym na podwyższeniu ze zbitych desek, siedziała Jagoda.

– Muszę na dzisiaj kończyć. Jeszcze jakieś uwagi? – spytał z uśmiechem.

– Skręcasz na jednej wodzy! I jeszcze… jadąc na koniu, należy patrzeć przed siebie, a nie na instruktora.

– Na to już nic nie mogę poradzić, gdy instruktor tak wzrok przyciąga.

*

Całą trójką pojechaliśmy rowerami do leśniczówki Andrzejów. Magdę, starszą ode mnie o dwa lata, znałam jeszcze ze studiów. Namówiła mnie na wspólne bieganie po lesie, celem poprawienia naszej kondycji. Na spotkanie wybiegły dwa wilczury i czworo dzieci. Piąte, za małe jeszcze, aby samodzielnie się poruszać, obserwowało nas z fotelika, wystawionego na podwórze. Po chwili pojawiła się i Magda ubrana na sportowo, to znaczy w wyciągnięty dres i adidasy.

– Chodź, Jagódka, zanim się pogimnastykujemy, musisz koniecznie spróbować mojego kokosa, potem zrzucimy te kalorie – zaciągnęła mnie do domu i postawiła przede mną talerz pachnącego, jeszcze ciepłego ciasta drożdżowego, posypanego wiórkami kokosowymi. – Co u ciebie?

– Nic nowego – odpowiedziałam zgodnie z prawdą, wgryzając się w pulchny kawałek placka. – Pyszne!

– A Paweł, pokazuje się? – Przyjaciółka nie dawała za wygraną.

– Yhm, widuję go teraz prawie codziennie, postanowił szkolić swoje umiejętności jeździeckie.

– A… jednak! – Magda spojrzała na mnie z tryumfem, jakby wizyty Pawła były jej zasługą. Chociaż… z drugiej strony… może i maczała w tym palce. Po przyjaciółkach należy się wszystkiego spodziewać, a już na pewno tego, że chcą cię wyswatać.

– Co: jednak? Sugerujesz mi, żebym złapała go na konie?

– Tak mi się coś zdaje, że ty go już nie musisz łapać. Kogo on może znaleźć na wsi? Polonista pracujący na gospodarstwie rolnym, w wolnych chwilach dorabiający sobie jako stolarz?

– Czy z braku alternatywy musimy do siebie pasować? – Roześmiałam się. – Magda, przecież to nie wystarczy.

– Nie podoba ci się? Przecież to całkiem przystojny brunet. Amatorka biegania po lesie sobie też ukroiła spory kawał ciasta. – I na dodatek miły. Takiego faceta, wolnego, trudno znaleźć. W Radosnej nawet nastolatki się wokół niego kręcą.

– Ale ja już nie jestem nastolatką. Joasia skończyła właśnie trzynaście lat.

– Swoją drogą to się pospieszyłaś z tym dzieckiem – westchnęła Magda.

– Za późno na żale – machnęłam lekceważąco ręką. – To, co z tym joggingiem?

– A… prawdę mówiąc już mi się odechciało. – Magda klepnęła się po pełnym brzuchu. – Uwielbiam ciasto, a teraz muszę je w spokoju strawić. Podobno to niezdrowo ruszać się zaraz po jedzeniu.

Popijałam pyszną herbatę i rozglądałam się po wnętrzu leśniczówki. Lubię posiedzieć u Andrzejów. Ściany pokrywają oryginalne zielniki: do wielkich szarych płócien w drewnianych ramkach Magda przykleiła suszone rośliny polne, a pod każdym kwiatem wyszyła granatową nicią nazwę łacińską. Stare, poczciwe meble po prababciach i dębowa podłoga zasłane były jak zwykle porozrzucanymi beztrosko kolorowymi, w większości popsutymi zabawkami.

*

– Niech to diabli wezmą! – zaklęłam niepedagogicznie przy dzieciach. – Zakopaliśmy się na dobre, ani do przodu, ani do tyłu.

– I co teraz będzie? – Przestraszył się Jaś.

– Nic, chrabąszczu. Poradzimy sobie, jak zwykle.

Otworzyłam drzwi tico i popatrzyłam sceptycznie na błoto.

– Joasia, podaj mi z tyłu kalosze! I lewarek!

Nauczona przykrym doświadczeniem, byłam gotowa na takie niespodzianki jak ugrzęźnięcie samochodu w błocie. Zrzuciłam z nóg pantofelki na niewielkim obcasie, w których paraduję po szkolnej bibliotece i założyłam gumiaki. Gdy tylko wysiadłam z samochodu, zapadłam się w błocko po kostki. Padało od tygodnia, a droga z Radosnej do domu, prowadząca między polami, łąkami i laskami, jest nieutwardzana i gliniasta. Najgorzej bywa wczesną wiosną, kiedy topnieją śniegi, wtedy zwykle zostawiam tico przy leśniczówce na skraju wsi. Dzisiaj myślałam, że sobie jakoś poradzę, jadąc jednym kołem po twardszym skraju lasu, ale samochód wpadł w poślizg i wylądowałam na środku drogi z kołami do połowy zatopionymi w grzęzawisku.

– Dobrze, że nie wylądowaliśmy na drzewie – próbowała mnie pocieszyć Joasia.

– Pewnie, że dobrze. Dzieciaki, wysiadajcie, tylko ostrożnie. Będę podnosić nasze maleństwo, a wy skoczcie do leśniczówki. Może jest Andrzej, to by mi pomógł.

Jaś z Joasią pobiegli na skróty przez zagajnik, a ja rozejrzałam się po ziemi i wkrótce na skraju pola znalazłam dużą płaską kość, chyba łopatkę świni – w sam raz podstawkę pod lewarek, który inaczej utopiłby się w błocie. Położyłam go po prawej stronie podwozia, między kołami i zaczęłam kręcić korbką, starając się jak najmniej ochlapać siebie błotem. Wkrótce samochód prawe koła miał w górze i wyglądał tak, jakby miał zamiar przewrócić się na lewą stronę. Ja również czułam się tak, jakbym miała przewrócić się – wszystko jedno, czy na lewą stronę, a na dodatek w mojej czerwonej sukience przypominałam biedronkę.

– Mamut, mamucik! – Przybiegły zdyszane i jakieś przestraszone dzieci. – W leśniczówce nie ma Andrzeja ani nikogo.

– To znaczy była taka dziwna pani – uściśliła Joasia.

– Dlaczego dziwna? – zainteresowałam się.

– Bo śmiała się jakoś dziwnie…

– Tak jak Luka – ona też chichocze i piszczy – wtrącił Jaś – ale nauczyła mnie wyliczanki, jeszcze takiej nie znałem:

Idzie diabeł przez piekło:

„Oj, do licha jak ciepło”.

Wszystkie diabły wyzdychały,

został tylko jeden mały.

Jeden tylko żył i gorzałkę pił.

– To rzeczywiście ekstra wierszyk. Ale jak nie ma Andrzeja, to musimy poradzić sobie sami. Znajdźcie kamienie, takie, które dacie radę udźwignąć i jakieś porządne, niespróchniałe patyki.

Po dziesięciu minutach gałęzie leżały poupychane pod wiszącymi kołami, a błotnista maź przed samochodem zapełniła się płaskimi kośćmi i kamykami wielkości pięści. Kopce takich kamieni, zmieszanych z białymi szkieletami zwierząt rzeźnych zawsze znajdują się na granicy lasu i pól – rolnicy wiosną wybierają je pracowicie ze świeżo zaoranej ziemi.

– Dobra jest! Opuszczam maleństwo!

Dzieci patrzyły jak urzeczone na opadające tico.

– A teraz powtórka z rozrywki. Lewa strona!

Po pół godzinie samochód stał równo na gałęziach. Zaryzykowałam, wsiadłam i spróbowałam ruszyć. Koła zabuksowały na mokrych patykach, grudki ziemi uderzyły o przednią szybę i dach, ale udało się. Ruszyłam.

– Do diaska! – zaklęłam po minucie. Znowu utknęliśmy.

– Mamo, popatrz! Traktor za nami! – zawołała Joasia.

Rzeczywiście. Od strony Radosnej nadjeżdżał ciemnozielony traktor. Wprost na nas. Wysiadłam.

– Dzień dobry! Stoję i nie ruszę się za diabła – przywitałam się z Ryśkiem, synem Starej Ryśkowej, kiedy ten zatrzymał się za moim tico.

– A… dziń doberek! Cuś na to poradzimy. – Gospodarz wyskoczył z kabiny, żeby obejrzeć mój samochód.

– Niebo mi pana zesłało! – ucieszyłam się. Miałam już zupełnie dość wyciągania mojego maleństwa z kąpieli błotnej.

– Raczej moja stara, nie. Kazała mi jechać do roboty. Na pole popod wami – mówiąc to, podszedł do kabiny, wskoczył do środka i wyszedł ze zwojem liny. – Per saldo u mnie zawszy znajdzie się sznur i łopata.

Zaczepił linę z przodu tico, za tablicą rejestracyjną, po czym wsiadł do traktora i spokojnie objechał samochód, wjeżdżając na pole z kwitnącymi na liliowo ziemniakami. Wjechał z powrotem na drogę, cofnął się, a ja pętlę na końcu liny zaczepiłam o hak wystający z tyłu traktora. Po chwili tico stało na suchszym gruncie, ale Rysiek kazał również dzieciom wsiadać do samochodu i odholował nas do samego domu.

– Dziękuję bardzo serdecznie! – przekrzykiwałam warkot silnika od traktora.

– Zwyczajna pomoc somsiedzka, nie.

ROZDZIAŁ II

Nocną porą podąża na szczyt góry,

gdzie odwieczny stoi kamlot ponury,

dziwożona, bieśnica, pokuśnica,

sunie za nią wszelaka martwica…

Joasia z braciszkiem chodzili nad staw we wsi przyglądać się dzikim kaczkom. Staw był mały i okrągły, porośnięty trzciną i starymi łopianami. Na ogromnych łopianowych liściach w kształcie serca wylegiwały się tłuste ślimaki jak w baśni Andersena. Drażniąco pachniało tu stojącą wodą, mokrymi trzcinami i białymi odchodami kaczek i gęsi. Gdy rodzeństwo napatrzyło się już na staw i ptactwo zaglądało do siwiutkiej Murielowej, zwanej przez wszystkich Babuchą. Babucha była cała szara, oprócz oczu, które miały taki sam kolor, co żółto-zielona trawa porastająca łączkę, na której wypasały się gęsi. Murielowa mieszkała na skraju wsi na niewielkim wzgórku, w drewnianej chatce z kamienną podmurówką. Chatkę tę zbudowano tuż przed I wojną światową i stała tak do dzisiaj w niezmienionym kształcie. Co roku na wiosnę Babucha „bieliła” jej ściany niebieskim wapnem. Przed domkiem znajdowała się jedyna w Radosnej studnia na drewnianą korbę. Studnia była głęboka i wyciągana z niej woda zawsze była tak zimna, że aż zęby cierpły, gdy się ją piło. Murielowa sama chodziła z wiadrami, uczepionymi na nosidłach po wodę, bo mimo wieku siły jej dopisywały. A ile lat miała Babucha? Może osiemdziesiąt, może znacznie, znacznie więcej. Murielowa nie zawracała sobie głowy liczbami, bo cóż to zmieniało?

Jaś i Joasia co kilka dni wbiegali na wzgórek Babuchy. Tu w cieniu wysokiego modrzewia stała koślawa ławka, oparta o wyszczerbiony płot. Na płocie suszyły się dzbanki i wiadra, nierzadko też świeżo wyprane szmaciane, kolorowe chodniczki. Za furtką biegła koliście ścieżka wyłożona obłymi kamieniami. Prowadziła do trzech schodków. Dzieci wbiegały po schodkach i mocno pukały. Najczęściej w domu nikogo nie było, klucz wisiał na kołku, a krzywe, ale starannie rzeźbione drzwi przymknięte były na haczyk. Wtedy dzieci szukały Murielowej w ogródku lub w obórce.

W obórce mieszkała koza uparciuszka – Mećka. Mećka była właścicielką białego, szorstkiego futerka, wyliniałego krótkiego ogonka i rogów zakrzywionych jak sierpy oraz tak zwanego charakteru. Co rano trzeba było siłą wyprowadzać na pastwisko, ciągnąc na sznurku, opierające się i meczące stworzenie, chyba że miało się kilka marchewek lub pietruszek. Wtedy Mećka drobiła posłusznymi kroczkami, bez zbędnego oporu, podgryzając tylko od czasu do czasu przysmak. Babucha podejrzewała, że koza mogłaby tak dojść do samego piekła i nawet dalej. Zwykle dochodziła jednak tylko do podmokłej łąki Waligóry, gdzie pasła się przy kępie niskich wierzb.

Koza uwielbiała też jeść szmaciane chodniki, zasłonki z okien, buty, a raz spałaszowała z całkowitym spokojem kapsel z Pokemonem, który wypadł Jasiowi z kieszeni. Pomimo tego nieznośnego charakteru, Babucha kochała Mećkę i uważała ją za święte stworzenie. Bo koza dawała wspaniałe, kremowe, tłuste mleko. W tym mleku Drozdowa na śniadanie maczała bułkę, na obiad – chleb, a kolację stanowiły rozmoczone herbatniki. Gdy staruszka głaskała twarde futro zwierzaka, na jej twarzy wyrzeźbionej słońcem i wiatrem pojawiał się szeroki bezzębny uśmiech, przypominający słynny uśmiech Gandhiego. 

*

Późnym wieczorem, gdy Jaś już spał, wybrałyśmy się z mamą do naszego Sanktuarium. Słońce już zaszło i w Mrocznym Zagajniku szybko robiło się ciemno. Mama niosła niewielką łopatkę, ja – malutką drewnianą szkatułkę. Wewnątrz niej umieściłyśmy jaspisowe, olbrzymie kolczyki, które mama odziedziczyła po babci.

Gdy dotarłyśmy do ołtarza, nie zwlekając zabrałyśmy się do roboty. Ja świeciłam latarką, a mama ostrożnie zdejmowała mech wraz z ziemią, rosnący z tyłu malowanej skrzynki. Później wykopała niewielki dół i w to miejsce włożyła szkatułkę. Przykryła ją starannie piaskiem i nienaruszonym mchem. Zamknęła oczy, a wówczas usłyszałam Ciszę w całej jej potędze.

Powoli wracałyśmy polną ścieżką. Światło, zostawione w kuchni, na wypadek gdyby obudził się Jaś, czyniło z naszego domu bajkową chatkę. A mi zrobiło się żal tych starych kolczyków ozdobionych zielonym jaspisem, choć mama była pewna, że ani ja, ani ona nie będziemy ich nosić, a przecież nie można było sprzedać czy wydać pamiątki po kimś bliskim. Za to biżuteria zakopana głęboko, złożona w ofierze pradawnej bogini: Ziemi-Matce, będzie pracować na naszą korzyść. Ta odwieczna bogini włada naszymi uczuciami i pomoże mojej mamie w odnalezieniu miłości.

*

Wracając ze sklepiku w Radosnej, wstąpiliśmy po drodze do Astronoma. Na ścianach w jego salonie wiszą wielkie mapy nieba, a z sufitów zwieszają się zakurzone makiety samolotów i żaglowców. Trochę się tu czuję jak w pokoju Jasia, on też gromadzi samoloty, statki, no i jeszcze samochody. Astronom nie miał w domu niczego smacznego do jedzenia, a bardzo chciał nas czymś poczęstować i wymyślił zsiadłe mleko. Mama zachwycała się tym mlekiem, że niby takie twarde i pachnące, ale ja tam nie lubię kwaśnego mleka. Nie piję go, odkąd się dowiedziałam, że pełno w nim bakterii. Gdy Paweł z mamą opijali się mlekiem, wszedł pan Chruściel.

– Dzień dobry!

– O, witamy radnego! A jaka to sprawa was do mnie sprowadza?

– Ja wedle mostku na naszej Dziwożnie, o który monitowaliście i słaliście pisma do urzędu. Krótko mówiąc… na dzień dzisiejszy nic się nie da zrobić.

– Nic? – Paweł był wyraźnie zawiedziony. – Bigotowa też umywa ręce, a to przecież wasza wioska. To kiedy coś zrobicie? Jak już zdarzy się nieszczęście?

– Dokładnie, ale nic nie poradzę. Nie ma w gminie funduszy. Poza tym święty Nepomucen strzeże mostu – Chruściel uśmiechnął się półgębkiem.

– Aaa… – Paweł coś sobie przypomniał. – A w nocy, to nic wam nie przeszkadzało, sąsiedzie?

– Nie, ja mam mocny sen. A hałasował ktoś po ciemku? – Gość wyraźnie się spłoszył. – Ja tam nic nie słyszał. Tak… do widzenia.

– Do widzenia. – Spojrzeliśmy ze zdziwieniem na koślawą sylwetkę, znikającą szybko w drzwiach.

– Czegoś się przestraszył? – spytała mama, ale Astronom nie miał pojęcia.

Wychodząc natknęliśmy się na Ryśkową w otoczeniu jej „dworu”, czyli Jasioczki i Stachurzyny, kobiet pod osiemdziesiątkę, również opatulonych w chusty. Podobne do siebie jak dwie krople wody, różniły się jedynie tym, że Jasioczka była chuda jak kij od miotły, zgięta w pół, a Stachurzyna przysadzista niby kopa siana. Ryśkowa z miejsca podniosła lament:

– Ktuś po nocach spać ludziom nie daje, ino ciągiem rumota a klamota. Rano człowiek całkiem stetrany łod tygo hałasu. Nie Pawył to czasami, nie wicie wy? – Spojrzała ostro na mamę.

– Ee… – stęknęła Jasioczka – chyba nie łyn, to z inszej strony. Tak klekota wedle północka nad rzekom, że mnie całkiem śpik łodbiega. Nie Pawył to ale.

– Jak nie łyn? Jak nie łyn? – zacietrzewiła się Stachurzyna – przecie nie radny.

– Czy ja gadom, że radny? Po mojemu to tam gdziesik rumota. – I Jasioczka wskazała żylastą dłonią na kępkę rosochatych wierzb, rosnących z tyłu zabudowań Pawła i Chruściela, na podmokłej łące tuż przy rzece.

– Aa… chyba że we wierzbach – przytaknęła jej Stachurzyna.

– Tfu! – splunęła Ryśkowa i prawą ręką szybko się przeżegnała. – Wiadomo to, że we wierzbach wszelakie zło siedzi.

– Jakie zło? – zaciekawiłam się.

– A Smółka siedzi.

– Lury walicie, Stachurzyna, lury, mówię wam! Smółka dawnij siedział, racja, a ile trzeszczoków i łopilców zwabił i natopił w rzece, to zaś nie naliczysz. Ten to lubiał na fujarce wierzbowej grać, a przywabiać, pokuśnik jedyn.

Ale jak grał, ło Jezu Najsłodszy! Raz sama słyszałam, chocia mała jako knypek byłam natenczas. Tera zaś siedzi Wideracki diaboł, co próchnem świeci po ciemnicy, jak kto w dziuplę szpycuje.

– A co wy, Jasioczka, pierdolicie po próżnicy? To nie wiecie, że w jamach wierzbowych rozsiadł się polny diaboł? – Z wiedzą pokiwała głową Ryśkowa i smarknęła w palce. – Każdy jedyn go widział we wsi.

– Każdy jeden, ale po ćmoku i jak nałojony był, tak i mory mógł nie rozeznać po pijaku. Może polny Rokietnik go straszył, może Wideracki – bagienny – nie dawała za wygraną chuda kuma.

– Nie piekłoszcz się ino, Jasioczka. Rokita czy Wideracki diaboł – jedno czarcie nasienie – pogodziła je Stachurzyna.

*

Tomek szybko i z wprawą czyścił końskie boksy. Dokładnie wybierał zleżałą, mokrą słomę i nawóz, następnie rozrzucał świeżą ściółkę. Wyczyszczenie stajni zabierało chłopcu nie więcej niż pół godziny, a do pracy zabierał się raz na tydzień lub rzadziej. Boksy nie były specjalnie zawalone nawozem, ponieważ konie całe dnie i noce spędzały na wielkim pastwisku, otoczonym żerdziami i pastuchem. Do stajni przychodziły tylko po wodę i owies, który dostawały rano i wieczorem. Mróz czy deszcz nie przeszkadzały im w spokojnym, systematycznym skubaniu trawy, co najwyżej upał, rój meszek albo uporczywy i zimny wiatr sprawiały, że szukały schronienia w stajni.

Gdy Tomek kończył robotę, rozrzucając czystą słomę na ziemi, cicho podeszła Joasia.

– Tomaj, dzisiaj przy młynie? – zapytała szeptem. – O czwartej? Tylko nic nie gadaj mojej mamie, jeszcze mnie nie puści. I weź ze sobą dwie maski. Dzisiaj ja też będę nurkować.

– Na pewno? Woda w rzece jest kretyńsko zimna.

– Spokojnie! No to… – rozejrzała się dookoła. – Cześć! – i szybko zniknęła za drzwiami stajni.

*

Wodne panny o szklistych włosach tańczą na powierzchni rzek. Niepostrzeżenie wyłaniają się z przybrzeżnych szuwarów, by w pełnym słońcu zacząć pląsać do muzyki motylich skrzydeł. Ich delikatne stopy pozostawiają na taflach wody migoczące ślady. Ich piersi ozdobione są naszyjnikami z pereł. Tańczą z uśmiechem i niebywałą gracją, ale wystarczy spojrzenie człowieka, by przerażone syreny przeistoczyły się nieodwołalnie w rzeczną pianę.

*

– Przyniosłem maski. I ręczniki.

Głos kumpla wyrwał Joasię z zamyślenia.

– Przyszłem później, bo… – Tomek: nieświadomie.

– Chyba: przyszedłem – Joasia: pedagogicznie.

– Przyszedłem – się pisze. Przyszłem – się gada – Tomek: z inwencją.

– Powaga? – Joasia: ironicznie.

– Nie bój języka – Tomek: z niejaką nonszalancją.

– Spoko leszcza – Joasia: pojednawczo.

Dziewczynka podeszła do chłopaka i sięgnęła po maskę.

– Dawaj moją – założyła sobie maskę na szyję i zrzuciła sukienkę, pod którą miała strój kąpielowy.

– Pokażę ci miejsce, gdzie będziemy szukać.

Zeszli w dół rzeki, tak że ruiny młyna wznosiły się za ich plecami, a przed nimi znajdowało się głębokie zakole.

– Jeśli woda porwała jakieś rzeczy z młyna, to założę się, że w tym właśnie miejscu opadły na dno! – Tomek z entuzjazmem przekonywał do swojej teorii Joasię.

– To co, nurkujemy?

– Mówisz i masz!

Dzieci weszły do wody i natychmiast wydały z siebie dzikie okrzyki. Czerwcowe rzeki nie należą do ciepłych.

*

W Szarym Jeziorze pod wieczór woda skrzy się srebrzyście. Łabędzie otaczają mamę, stojącą po kolana w wodzie i wyjadają jej chleb z ręki. Poruszają delikatnie śnieżnobiałymi skrzydłami, a ich esowato wygięte szyje zakończone ognistą kreską dzioba kołyszą się w przedziwnym tańcu. W końcu psy płoszą królewskie ptaki, a one ulatują z metalicznym poszumem piór, wydając chrapliwe „kiarrr”.

*

Ostatni roboczy apel przed końcem roku. W sali gimnastycznej, w której panuje upał i duchota, bo zakratowane okna się nie otwierają, wszyscy się już zgromadzili, oprócz dyrekcji. Zniecierpliwione szeregi uczniów falują i szemrzą. Ucisza je dopiero energiczny stukot pokaźnych obcasów, zwiastun nadciągającej Dyry. Rzeczywiście, za moment zjawia się Kopytko w towarzystwie mikrej postury zastępcy. Czuję, jak świat się ochładza i ciemnieje – i o dziwo nie jest to tylko pusta metafora oddająca stan mojego ducha – to nasza kochana pani dyrektor przechodząc, zasłoniła swym masywnym ciałem słońce, którego promienie padały mi dotychczas na twarz.

– Witam wszystkich, a szczególnie drogą młodzież, w dniu dzisiejszym! I tak, wspólnymi siłami, dobrnęliśmy prawie do finalnego końca bieżącego roku szkolnego. Mówię: „dobrnęliśmy prawie”, bo zebrały nas tu sprawy niecierpiące zwłoki, związane z tym jeszcze rokiem, a które nie mogą poczekać do września. I dopóki ich nie rozwiążemy, nikt nie będzie leżał do góry brzuchem. Nasza szkoła, szkoła, która leży w kraju, który dał światu tak zasłużonych ludzi, jak Mikołaj Kopernik i Jan Paweł II, nie może dawać gminie złego przykładu. Więc po primo: sprawa pękniętego sedesu w łazience chłopców na I piętrze. Dysponujemy następującymi poszlakami: pani woźna wczoraj po południu usłyszała jakieś wybuchy – podejrzewamy, że ktoś używał petard. Kto i po co? Oto jest pytanie! Nie wiemy, bo nie złapaliśmy deli… de… – tu Dyra się wyraźnie zakapućkała, więc poprawiła kunsztowną fryzurę koloru smoły, żeby zyskać na czasie i wybrnęła całkiem zgrabnie – de… natów na gorącym uczynku. Ale moja w tym głowa, żeby się dowiedzieć, kto w sprawie wzmiankowanego sedesu maczał palce.

W tym momencie kilku chłopców z tylnych rzędów parsknęło po cichu śmiechem i z głupimi minami zaczęło udawać, że zanurzają palce w czymś obrzydliwym i śmierdzącym.

– Problem ten jest poważny, ponieważ nie tylko naraża szkołę na dodatkowe i niespodziewane koszta, ale świadczy o podejściu niektórych uczniów do szkolnego mienia. Ci uczniowie, którzy mają szkołę i muchy w nosie, choć sami mają jeszcze pod wspomnianym nosem mleko, narażają na szwank dobre imię pozostałych kolegów. Po secundo…

Dalszych uczonych wywodów naszej Dyry nie słyszałam. Od pewnego czasu przesuwałam się nieznacznie w prawo, aż ukryłam się za plecami historyka. Wyjęłam z torebki książkę „Jak zmierzyć wszechświat” i z ulgą zagłębiłam się w lekturze. Podczas takich przemówień dobrze robi dystans co najmniej kilku lat świetlnych.

*

W śnie cofam się do czasów Początku Istnienia. Kładę się na szumiącym brzegu, mój brzuch faluje odpływami morza. Śnię o kołyszącym zapachu, czuję ciszę i ciemność oceanów. Kurczę się do wielkości orzecha włoskiego, po bokach głowy wyrastają mi oczy delfina, a ogonek kijanki powoli zanika. Poruszam płetwiastymi łapkami. Nie jestem zdecydowana na płuca, więc wytwarzam zaczątki skrzeli. Może się przydadzą w wielkich, ciepłych wodach? Moje półprzezroczyste myśli pływają w zabawnie wyolbrzymionej głowie.

Gdy nadejdzie Czas Narodzin, zapomnę o podwodnym bycie. Będzie on tak nierealny, jak teraz nierealne jest niebo.

*

Paweł stwierdził, że znudziły mu się już ćwiczenia na padoku i chciałby pojechać z Jagodą w teren. Osiodłali więc konie i wczesnym sobotnim rankiem ruszyli w las. Sosny pięły się nad nimi wysoko w górę lub malowniczo przeciągały nad drogą. Błyszcząca intensywnie zieleń, jeszcze nie zakurzona letnimi upałami, mieszała się z białymi gronami przekwitających kwiatów czeremchy, głogu i kaliny.

Paweł, który jechał pierwszy, ponaglił Beduina i po chwili już galopował. Wałach ciągle przyspieszał, aż przeszedł w cwał, a Jagoda z przerażeniem zauważyła, że jeździec nie panuje nad koniem. Krzyknęła:

– Skróć i skręć wodze! – i zaczęła wyprzedzać Pawła. Epona położyła po sobie uszy i wyciągnęła się jak struna. Po kilkunastu sekundach klacz znalazła się z przodu i Jagoda zaczęła wytracać szybkość. Wałach, nie mając wyboru na wąskiej ścieżce, również zwolnił. Przeszli do kłusa, po chwili do stępa. Jagoda obróciła się do tyłu:

– I jak, żyjesz?

– Dzięki tobie, mój ty księciu na białym koniu! – Paweł nie wyglądał na przestraszonego.

– Chyba: księżniczko.

– A widziałaś kiedyś księżniczkę, dosiadającą klacz i na dodatek ratującą rycerza na rozszalałym wałachu?

– To trzeba to zmienić!

– Ciekawe, jak? – zainteresował się.

BAŚŃ DRUGA

O SZKLANEJ GÓRZE

Baj, baju,

w zamorskim kraju

żyła, była

czarownica.

Zła jędza,

okrutna złośnica.

Jak nieszczęście

żółte lica,

oczy ropuchy,

nos z ziemniaka.

Słowem:

brzydka taka!

Nikt jej nie chciał.

Nie dziwota:

ożenić się z taką

to sromota.

W rozpaczy

się czarownica miota:

„Latka lecą,

mija uroda,

a ja jak nie mam, tak nie mam chłopa.

Obrażona, zawiedziona

rzecze:

„Mój ból

synem królewskim uleczę”.

Jak postanowiła, 

tak zrobiła.

Smok,

smok na jej rozkazy! 

A tu jeszcze

głaz na głazy

i powstaje

Szklana Góra.

Pod nią: ziemia mała,

nad nią: biała chmura.

Zamek wysoki, w zamku alkierzyk.

Królewicz tu czarnooki

o bielusieńkich rękach

siedzi z igiełką przy krosienkach…

– Dlaczego: bielusieńkich? – krzywi się Joasia.

– Bo wtedy opalenizna nie była w modzie – żartuje Jagoda.

– A mnie się wydaje, że ja już tę baśń słyszałem, tylko ona była trochę inna – zauważa Jaś.

– To może tak:

Zamek wysoki, w zamku alkierzyk.

Królewicz tu niby żołnierzyk

bez przerwy śniąc o bohaterze

zabija gady na komputerze.

Wtem smok wlatuje do alkierza!

Królewicz w te pędy

pod łóżko swe zmierza,

ponieważ bardzo boi się zwierza.

Czarodziejka zła, smok ponury

strzegą księcia i góry.

Na szczycie góry książę śpiewa,

a czarownica poziewa.

Książę ręce załamuje:

„Kto mnie tutaj uratuje?”.

Usłyszała o księciu Rozalka,

co nad życie

lubuje się w walkach.

Dosiada rumaka dzielnego

i bieży do smoka przezłego

Chwila – osiąga szczyt!

Wtem – jęk i brzdęk, i zgrzyt!

Toczy się smocza głowa,

królewicz klęka i słowa

czułe kieruje do panny,

a ona się płoni i chowa,

przed młodzieńcem jak słońce

ucieka z góry błyszczącej.(Bajka jest nawiązaniem do wiersza Ewy Szelburg-Zarembiny pod tym samym tytułem).

– Mamut, tak się nie kończy baśni – Joasia jest zawiedziona. – A co się stało z Rozalką i księciem?

– Jak to: co? – dziwi się Jaś. – Ożenili się. Bajki o królewiczach i pannach zawsze się tak kończą.

*

– Lusiu, nie mogę cię wziąć na ręce, boli mnie kark i szyja, bo wczoraj spadłam z konia – tłumaczyłam cierpliwie czteroletniej siostrzenicy, która przytulała się do moich kolan.

– Pokaż, gdzie boli! – zażądała.

– Jak mam ci pokazać? Szyja boli mnie w środku.

– To ją otwórz! – Lusia szeroko otworzyła niewinne niebieskie oczy. Była specjalistką od rozkładania na części lalek.

– Ludwiczko, idź się pobawić z Jaśkiem – zakomenderowała Aga. Siedziałyśmy w kuchni przy małym drewnianym stole, popijając pachnącą herbatę.

– Nie wytrzymam tak dłużej z Darkiem – Aga energicznym ruchem poprawiła włosy – nic, tylko praca, a po pracy komputer, telewizja lub gazety. No, ewentualnie ugotuje obiad. Sam. Ja mu w kuchni podobno przeszkadzam. Nie mamy już wspólnego życia. I jeszcze te jego gry, strzelaniny… Noc w noc.

– A mówiłaś mu, że chcesz z nim spędzać więcej czasu? – rzuciłam lekko, ładując naczynia do zmywarki.

– Czy mówiłam?! Setki razy. Ale on mnie w ogóle nie słucha, co wpuści jednym uchem, zaraz wypuści drugim. Nie może się skoncentrować na naszej rozmowie, bo zaraz ktoś odrąbuje mu głowę, strąca samolot lub wycina wojsko – zależy, co zapuści na kompie.

– A nie możesz poczekać, aż skończy grać? – zapytałam, jak się okazało, naiwnie.

– Nie da rady. – Siostra spojrzała na mnie z irytacją. – W dzień nie mam czasu na poważne rozmowy, więc czekam z tym do wieczora. A wieczorem mam dwie możliwości. Albo ja mówię, a Darek bawi się w komandosa i mi potakuje, albo proszę go, żeby wyłączył kompa.

– No i?

– No i guzik! Wtedy natychmiast zasypia, najdalej przy trzecim zdaniu. – Aga westchnęła.

Korciło mnie, żeby powiedzieć siostrze coś, o czym ona wkrótce się dowie. Ale jak zwykle udało mi się powstrzymać. Westchnęłam tylko. I w tę ciszę wzdychających kobiet wdarły się dziecięce głosy, spierające się o coś:

– Nie, człowiek różni się od zwierząt tym, że ma mózg.

I człowiek ogląda telewizję, a inne zwierzęta nie mogą – perorował Jaś.

– I tym się różni, że czaruje i że nie szczeka – dodała Lusia.

– I że nie ma szczeciny – zgodził się chłopczyk – no chyba, że taki staruszek.

– Albo staruszka.

– No, jak Stara Ryśkowa.

Chcąc nie chcąc, musiałyśmy się uśmiechnąć.

*

W sklepiku w Radosnej nie można było dostać warzyw ani owoców. Kto zresztą na wsi kupowałby truskawki, czereśnie, kapustę czy rzodkiewki? Latem ludzie z ogrodów, pól i sadów zbierali to, co im było potrzebne do jedzenia. A gdy czegoś im brakowało – z sąsiadami prowadzili handel wymienny: buraki za ziemniaki, cebulę za marchewkę. Tylko chleb wypiekali już coraz rzadziej, więc w sklepie nigdy nie brakowało świeżego, wyjątkowo smacznego pieczywa. Jagoda codziennie po pracy zaglądała do pulchnej pani Teresy po połówkę chleba i najnowsze informacje z Radosnej.

Pod sklepem zwykle przesiadywał miejscowy głupek przezywany Szurniętym Mirkiem. Mirek jeszcze pięć lat temu wcale nie był pomylony, za to posiadał młyn nad rzeczką Dziwożną. Co prawda już od lat nieczynny, ale za to ciągle wspaniale się prezentujący. Aż do pamiętnej wiosennej powodzi, kiedy spokojna zazwyczaj rzeka wylała, podeszła pod progi domów, a z młyna zostawiła tylko kupę gruzu. Wtedy właśnie szanowany młynarz, pan Mirosław przedzierzgnął się w Szurniętego Mirka. Ludzie mówili, że postradał zmysły przez pieniądze, co to je trzymał w sejfie wmurowanym w ścianę. Po powodzi ciągle chodził nad rzekę wypatrywać swego skarbu. Przez pierwszy rok po tragedii niektórzy nawet szukali z młynarzem metalowej skrzynki, mimo to nic nie znaleziono. Szurnięty Mirek zamieszkał u córki, ale w chałupie nigdy nie mógł długo usiedzieć. Najczęściej widywano go pod sklepem, jak w skupieniu wypełniał kupon Toto Lotka lub nad Dziwożną, gdzie podobno zaprzyjaźnił się z dzikimi zwierzętami.

Jagoda wychodząc pozdrowiła młynarza. Siedział na betonowych schodach sklepu. Na ramieniu przycupnął mu szary gołąb z czarną pręgą na szyi. Było to o tyle dziwne, że wiejskie ptaki są bez porównania bardziej płochliwe od miejskich, na pół oswojonych.

– Ano, może być i dobry, pani Jagodo! – odpowiedział zarośnięty mężczyzna.

– Ktoś w Radosnej hoduje gołębie?

– Po kie licho ma hodować sierpówki? – wzruszył ramionami, na co ptak rozpostarł skrzydła, żeby odzyskać równowagę, zagruchał z oburzenia:ru-kuu-ku,ale ani myślał odlecieć. – No, no, Szary Braciszku, spokojnie. – I szalony młynarz pogłaskał delikatnie ptaka po grzbiecie, następnie wstał, nachylił się w kierunku Jagody i głośnym szeptem zapytał:

– A nie znalazłaś pani mojego skarbu?

– Niestety, nie znalazłam, panie Mirku!

– Hmm… to szkoda, szkoda, że pani nie znalazłaś – mruknął z rezygnacją i usiadł z powrotem na schodach.

*

Epona miękko, swobodnie galopuje. Za nią w śmiesznych podskokach biegnie na chudych nóżkach hreczkowaty ogierek. Jagoda uwielbia ranną, orzeźwiającą jazdę. Trzeba tylko wstać o wpół do szóstej, po cichu, by nie zbudzić dzieci. Wypuścić szalejące z radości psy, osiodłać konia. W lesie żywego ducha, tylko ptaki wydzierają się jak oszalałe, a na drodze można spotkać zdziwionego zająca, lisa lub daniela.

Piasek osypuje się spod kopyt, gałęzie uderzają w głowę, ramiona. W końcu zlany potem koń zwalnia, idzie stępem kołysząc się miarowo. Jagoda czuje, jak stanowi jeden organizm z klaczą, poddany tym samym ruchom, prawom. Już wie, jak narodziły się mity o Centaurach. Zmęczona, wraca do stajni. I jest to początek udanego dnia.

Oczywiście według Jagody.

*

– Widzę! Widzę pierścienie! – krzyczała podekscytowana Jagoda. – Nie wiedziałam, że Saturn jest tak piękny! – Znów przywarła okiem do okularu białej tuby Soligora. – Widzę nawet przerwę między pierścieniami!

– Dzisiaj mamy szczęście. Jest nów, bezchmurne niebo, powietrze nie faluje – nie zawsze można wypatrzyć Przerwę Cassiniego, szczególnie latem – Paweł rozglądał się po roziskrzonym niebie.

– Mamo, posuń się, teraz ja! – domagała się swoich praw Joasia.

– Pierwszy raz oglądałam planety przez teleskop – przyznała się Jagoda, ustępując miejsca córce.

– Bo wcześniej nie chciałaś dać się namówić.

– Moja strata.

– Astronom, teraz chciałbym zobaczyć czarną dziurę! – Jaś już napatrzył się na Saturna.

– Czarnej dziury nie można dostrzec.

– Nawet przez taki teleskop? Z dwudziestocentymetrowym lustrem? – Chłopiec był zawiedziony. – To skąd wiadomo, że czarne dziury naprawdę są?

– Z czarną dziurą to jest trochę tak jak z Panem Bogiem. Nie możesz jej bezpośrednio zaobserwować, ale wierzysz, że istnieje, bo tylko w ten sposób możesz wytłumaczyć niewytłumaczalne skądinąd zjawiska.

– Ho, ho – roześmiała się Jagoda. – Jakie to szczęście dla Boga, że naukowcy nie udzielili odpowiedzieli na wszystkie pytania.

– A czy to prawda, że nasze Słońce może w przyszłości przemienić się w czarną dziurę? – Joasi spodobał się ten temat.

– Raczej nie. Nasze Słońce nie ma tak wielkiej masy, dzięki czemu gdy skończy mu się paliwo, a nastąpi to dopiero za jakieś pięć miliardów lat, najprawdopodobniej przeistoczy się w białego karła. Zaraz namierzę dla was takie białe maleństwo.

Podczas gdy Paweł celował w roziskrzone niebo szukaczem, przeczesując miliony lat świetnych, Jagoda rozejrzała się w promieniu kilku metrów. Znajdowali się na słynnym przeszklonym strychu Pawła, zwanym we wsi „błyszczącym dachem”. Kurz grubym, szarawym nalotem pokrywał tu wszystko z wyjątkiem gitary i teleskopu, tworząc wymarzoną atmosferę do podglądania wieczności.

*

W niedzielne słoneczne popołudnie Jagoda strzygła trawnik naokoło domu. Sprawnie manewrowała kosiarką między niewielkimi krzaczkami berberysu, które przycupnęły niczym śpiące karzełki wzdłuż ścieżki prowadzącej do stajni. Ostry, świeży zapach miażdżonej trawy mieszał się ze słodkawą, staroświecką wonią róż rozpiętych na drewnianej pergoli. Psy leniwie wylegiwały się na ocienionym tarasie, nie reagując na podchody much.

– Dziń dobry, somsiadko! – Stara Ryśkowa starała się przekrzyczeć warkot kosiarki.

– A… witam, pani Ryśkowa. – Jagoda wyłączyła kosiarkę.

– Jakże to, pracujecie, w Pański dziń? Toż to grzech!

– Dla mnie koszenie to przyjemność, nie praca.

– Wej… bo i grzech bywo przyijmny. Gdyby tak zaś go jeszcze nie było słychać, ady ta maszynka głośna bardzo! – Ryśkowa rozgarnęła żylastymi dłońmi krzaki jaśminowca, osłaniające ogrodzenie. – No, a kiedy to dacie na zapowidzi? Mnie możesz, kobito, śmiało powiedzić – zapewniła odsłaniając w uśmiechu ostatni zabytkowy ząb – górną jedynkę.

– Na zapowiedzi? Ja? – nie zrozumiała Jagoda.

– Z Pawłym, razem, mo się rozumić.

– Och… – teraz Jagoda już się domyśliła: ktoś widział, jak kilka dni temu Paweł odwoził ją z dziećmi. W nocy. Jeśli wie o tym Stara Ryśkowa, to tak, jakby wiedziała cała wieś.

ROZDZIAŁ III

Nocną porą podąża na szczyt góry,

gdzie odwieczny stoi kamlot ponury,

dziwożona, bieśnica, pokuśnica,

sunie za nią wszelaka martwica:

węża skóra, ogonki szczurze,

zęby jaszczurki, odchody kurze…