Wydawca: Albatros Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 229 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Czarownica - Gabrielle Charbonnet

Pierwsza z serii powieści o młodych czarodziejach (Czarownica, DAR, OGIEŃ). Rządy w kraju przejmuje zbrodniczy reżim, na którego czele stoi Ten, Który Jest Jedyny. Zgodnie z zasadami Nowego Ładu, każdy aspekt życia jest kontrolowany przez państwo. Szczególnym zainteresowaniem władz cieszą się dzieci, uważane za największe zagrożenie. Wiele z nich znika bez śladu. Funkcjonariusze reżimu porywają Wisty i Whita. W groteskowym procesie rodzeństwo zostaje skazane na śmierć. Czy młodym czarodziejom uda się ocalić przed egzekucją siebie i rodziców oraz pokonać okrutnego dyktatora?

Opinie o ebooku Czarownica - Gabrielle Charbonnet

Cytaty z ebooka Czarownica - Gabrielle Charbonnet

A  ty, Whit – powiedział tata – jesteś wspaniałym czarodziejem. I  wierz mi lub nie, ale pewnego dnia zostaniesz znakomitym pisarzem. Whit popatrzył na niego osłupiały. –  Szczerze mówiąc, w  całe to czarodziejstwo zaczynam wierzyć, ale… pisarz? Chyba żartujesz.

Fragment ebooka Czarownica - Gabrielle Charbonnet

Wydanie elektroniczne

O książce

Dys­to­pij­na wi­zja nie­od­ległej przyszłości, w której w świe­cie kon­tro­lo­wa­nym przez reżim zwa­ny No­wym Ładem, naj­większe za­grożenie dla władzy sta­no­wią oso­by małolet­nie. Po­ry­wa­ne z domów, prze­trzy­my­wa­ne w więzie­niach aż do osiągnięcia pełno­let­ności, muszą pod groźbą śmier­ci wy­rzec się wszyst­kie­go: wol­ności, przeszłości, na­wet swo­ich ro­dziców. Ta­jem­ni­cze pro­roc­twa za­po­wia­dają na­dejście wy­zwo­li­cie­li, młodych cza­ro­dziei, Whi­ta i Wi­sty. Ich prze­zna­cze­niem jest – po po­ko­na­niu okrut­ne­go dyk­ta­to­ra – objąć rządy nad świa­tem.

Piętna­sto­let­nia Wi­sty i sie­dem­na­sto­let­ni Whit mo­gli dotąd cie­szyć się pełnią wol­ności. Kie­dy rządy w kra­ju przej­mu­je zbrod­ni­czy reżim to­ta­li­tar­ny, na którego cze­le stoi Ten Który Jest Je­dy­ny, wszyst­ko się zmie­nia. Zgod­nie z za­sa­da­mi No­we­go Ładu, każdy aspekt życia oby­wa­te­li jest kon­tro­lo­wa­ny przez państwo – pra­wo, na­uka, sztu­ka, re­li­gia, a na­wet sposób spędza­nia wol­ne­go cza­su. Za­cho­wa­nia od­bie­gające od na­rzu­co­nych norm są ka­ra­ne śmier­cią. Szczególnym za­in­te­re­so­wa­niem władz cieszą się dzie­ci, uważane za naj­większe za­grożenie. Wie­le z nich zni­ka bez śladu. Funk­cjo­na­riu­sze reżimu po­ry­wają Wi­sty i Whi­ta z domu i umiesz­czają w więzie­niu, w którym siedzą już set­ki upro­wa­dzo­nych dzie­ci. W gro­te­sko­wym pro­ce­sie ro­dzeństwo zo­sta­je ska­za­ne na śmierć, wy­rok zaś za­wie­szo­ny do cza­su ukończe­nia przez obo­je 18 lat. Po pro­ce­sie na­sto­lat­ki tra­fiają do szpi­ta­la psy­chia­trycz­ne­go, gdzie prze­chodzą in­ten­syw­ne ba­da­nia. Już wcześniej od­kryły w so­bie zdol­ności nad­na­tu­ral­ne. Czy dzięki tym nie­prze­ciętnym ta­len­tom młodym cza­ro­dzie­jom uda się oca­lić przed eg­ze­kucją sie­bie i ro­dziców? I po­ko­nać okrut­ne­go dyk­ta­to­ra – Tego Który Jest Je­dy­ny?

O au­to­rach

JA­MES PAT­TER­SON

Czołowy ame­ry­kański au­tor po­wieści sen­sa­cyj­nych i młodzieżowych, według ran­kin­gu „For­be­sa” naj­le­piej za­ra­biający pi­sarz świa­ta. W swo­im do­rob­ku ma po­nad 100 książek wy­da­nych w kil­ku se­riach kry­mi­nal­nych (Alex Cross, Ko­bie­cy Klub Zbrod­ni, Pri­va­te, Mi­cha­el Ben­nett) i młodzieżowych (Ma­xi­mum Ride, Cza­ro­dzie­je, Da­niel X). Wie­le z nich zo­stało sfil­mo­wa­nych. Pat­ter­son jest li­de­rem świa­to­wych sta­ty­styk sprze­daży; łącznie sprze­dano po­nad 220 mi­lionów eg­zem­pla­rzy jego po­wieści.

GA­BRIEL­LE CHAR­BON­NET

Pi­sar­ka ame­ry­kańska spe­cja­li­zująca się w li­te­ra­tu­rze młodzieżowej. Jej książki uka­zują się w se­riach wy­daw­ni­czych Prin­cess, Ame­ri­can Gold Gym­na­sts i Di­sney Girls. Jest współau­torką dwóch po­wieści na­pi­sa­nych wspólnie z Ja­me­sem Pat­ter­so­nem: Nie­dzie­le u Tif­fa­ny’ego i Cza­row­ni­ca.

www.ja­me­spat­ter­son.com

CZA­RO­DZIE­JE

CZA­ROW­NI­CA

DAR

OGIEŃ

POCAŁUNEK

Tytuł ory­gi­nału:WITCH & WI­ZARD

Co­py­ri­ght © Ja­mes Pat­ter­son 2009All ri­ghts re­se­rved

Pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with Lit­tle, Brown and Co. Inc., New York, USA

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Kuryłowicz 2014

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Iza­be­la Ma­tu­szew­ska 2014

Re­dak­cja: Ma­ria Białek

Ilu­stra­cja na okładce: dif­fe­rent-nata/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okładki: An­drzej Kuryłowicz

ISBN 97S-S3-79S5-023-5

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla An­drei Spo­oner, na­szej bo­ha­ter­ki :)J.P.

O tak– jak wyżejG.C.

Wierzę w ary­sto­krację… Nie w ary­sto­krację władzy, opartą na wpływach i po­zy­cji społecz­nej, lecz w ary­sto­krację lu­dzi wrażli­wych, uprzej­mych i dziel­nych. Jej przed­sta­wi­cie­le żyją w każdym na­ro­dzie, w każdej kla­sie i w każdej epo­ce, a kie­dy się spo­ty­kają, za­cho­dzi między nimi se­kret­ne po­ro­zu­mie­nie. Re­pre­zen­tują praw­dziwą tra­dycję człowie­czeństwa, osta­tecz­ne zwy­cięstwo na­szej oso­bli­wej rasy nad okru­cieństwem i cha­osem.

E.M. For­ster Two Che­ers for De­mo­cra­cy

Pro­log

Nie je­steś już w Kan­sas

Wi­sty

Ja­kie to przygnębiające. Tłum gniew­nych twa­rzy pa­trzy na mnie jak na bez­względną przestępczy­nię, a za­pew­niam was, że nią nie je­stem. Sta­dion zapełnił się po brze­gi, tak jak daw­niej. Lu­dzie stoją w przejściach, na scho­dach, na be­to­no­wych mur­kach, kil­ka tysięcy osób ko­czu­je na bo­isku. Ale nie za­gra dzi­siaj żadna drużyna. Na­wet gdy­by piłka­rze chcie­li, nie zdołali­by wyjść z szat­ni.

Trans­mi­tują to odrażające wi­do­wi­sko w te­le­wi­zji i przez in­ter­net. Są wszyst­kie bezużytecz­ne ga­ze­ty i cza­so­pi­sma. Ze swo­je­go miej­sca widzę ka­me­rzystów usa­do­wio­nych na wy­so­kich grzędach wokół sta­dio­nu.

Nad bo­iskiem uno­si się na­wet zdal­nie ste­ro­wa­na ka­me­ra. O tam, za­wisła dokład­nie przed po­dium i kołysze się lek­ko na wie­trze.

Ob­ser­wują mnie mi­lio­ny oczu, których nie widzę. Ale naj­bar­dziej łamią mi ser­ce te, które są obec­ne na sta­dio­nie.

Dzie­siątki tysięcy cie­kaw­skich, nie­czułych i obojętnych twa­rzy… to do­pie­ro prze­rażające.

I żadne z tych oczu na­wet nie zajdą mgłą, a co do­pie­ro mówić o łzach.

Nie słychać ani jed­ne­go słowa pro­te­stu.

Nikt nie próbuje tupnąć nogą.

Nikt nie wzno­si pięści w geście so­li­dar­ności.

Nikt nie zdra­dza naj­mniej­szych chęci, by ru­szyć do przo­du, prze­rwać kor­don ochro­ny i po­rwać moją ro­dzinę w bez­piecz­ne miej­sce.

To nie jest do­bry dzień dla Wszechdo­brych.

Ściślej mówiąc, kie­dy na wiel­kich te­le­bi­mach na obu końcach sta­dio­nu błyskają od­li­cza­ne se­kun­dy, wszyst­ko wska­zu­je na to, że będzie to nasz ostat­ni dzień.

W ten sposób swo­ich ra­cji do­wo­dzi bar­dzo wy­so­ki łysy mężczy­zna siedzący w wieży, którą wznie­sio­no na środ­ku bo­iska – wygląda jak skrzyżowa­nie Pre­ze­sa Sądu Naj­wyższe­go i okrut­ne­go Im­pe­ra­to­ra Min­ga. Wiem, kim on jest. Po­znałam go. To Ten Który Jest Je­dy­ny.

Tuż za Jego Je­dy­nością wisi wiel­ki trans­pa­rent z na­pi­sem

NOWY ŁAD

Tłum za­czy­na skan­do­wać, a po chwi­li pra­wie śpie­wa.

– Ten Który Jest Je­dy­ny! Ten Który Jest Je­dy­ny! Ten Który Jest Je­dy­ny!

Je­dy­ny wład­czym ge­stem uno­si dłoń, a wte­dy jego za­kap­tu­rzo­ne pa­chołki na po­dium po­py­chają nas do przo­du, ale tyl­ko trochę, tyle, na ile po­zwa­lają pętle na na­szych szy­jach.

Widzę, jak mój brat, przy­stoj­ny, odważny Whit, pa­trzy na za­pad­nię w podeście. Za­sta­na­wia się, czy dałoby się ją jakoś za­blo­ko­wać, by nie dopuścić do jej otwar­cia i po­wstrzy­mać naszą śmierć na szu­bie­ni­cy. Czy jest jakiś sposób, aby w ostat­niej se­kun­dzie wyjść cało z tej opre­sji?

Widzę, jak mama płacze ci­chut­ko. Nie nad sobą oczy­wiście, tyl­ko nade mną i Whi­tem.

Widzę tatę, jego wy­soką syl­wetkę przy­gar­bioną i zre­zy­gno­waną. Uśmie­cha się do mnie i do Whi­ta, aby nas pod­nieść na du­chu, aby przy­po­mnieć nam, że nie war­to żałować ostat­nich chwil na tej pla­ne­cie.

Ale wy­bie­gam naprzód. Miałam tyl­ko za­gaić, a nie re­la­cjo­no­wać ze szczegółami naszą pu­bliczną eg­ze­kucję.

Za­tem cof­nij­my się nie­co w cza­sie.

Księga pierw­sza

Kara bez zbrod­ni

ZGOD­NIE Z ZA­SA­DA­MI NO­WE­GO ŁADU

z roz­ka­zu Wiel­kie­go Wia­tru, czy­li Tego Który Jest

JE­DY­NY,

po­da­je się do wia­do­mości, że

OD TEJ CHWI­LI lub

OD DWU­NA­STEJ W NOCY,

w zależności od tego, co nastąpi pierw­sze,

po szyb­kim ZWY­CIĘSTWIE ŁADU NO­WYCH,

którzy CHRO­NIĄ, którzy star­li w proch

ŚLEPE I GŁUPIE SIŁY wstecz­nic­twa

i sa­mo­za­do­wo­le­nia NĘKAJĄCE ten świat,

WSZY­SCY OBY­WA­TE­LE muszą prze­strze­gać

TRZECH ZA­SAD ŁADU:

1. Wszel­kie za­cho­wa­nia NIE­ZGOD­NE z NO­WYM ŁADEM, jego pra­wem, lo­giką, sty­lem życia oraz nauką (łącznie, lecz nie wyłącznie z teo­lo­gią, fi­lo­zo­fią, a ZWŁASZ­CZA sztuką oraz czarną magią itd.) zo­stają ni­niej­szym ZA­KA­ZA­NE.

2. Oso­by poniżej osiem­na­ste­go roku życia zo­staną pod­da­ne wszech­stron­nej oce­nie pod kątem UPORZĄDKO­WA­NIA i MUSZĄPRZE­STRZE­GAĆ od­po­wied­nich za­sad postępo­wa­nia.

3. Ten Który Jest JE­DY­NY udzie­la zgo­dy, wy­zna­cza, de­cy­du­je, aresz­tu­je i eg­ze­kwu­je we­dle własnej woli. Oso­by, które się NIE pod­porządkują, zo­staną POJ­MA­NE i/lub na­tych­miast STRA­CO­NE.

Zgod­nie z oświad­cze­niem TEGO KTÓRY JEST JE­DY­NY,

spi­sa­nym przez Tego Który Pi­sze De­kre­ty

Roz­dział 1

Whit

Cza­sem człowiek bu­dzi się w zupełnie no­wym świe­cie.

Ze snu wy­rwał mnie hałas krążącego he­li­kop­te­ra. Zim­ne nie­bie­sko­białe światło prze­ci­skało się przez żalu­zje i za­le­wało sa­lon. Zro­biło się ja­sno jak w dzień.

Ale to nie był dzień. Za­spa­nym wzro­kiem po­pa­trzyłem na ze­gar w od­twa­rza­czu DVD. Po­ka­zy­wał drugą dzie­sięć.

Usłyszałem mia­ro­we łup, łup, łup – jak­by gdzieś za oknem biło wiel­kie, ciężkie ser­ce. Dud­nie­nie. Zbliżało się. Na­pie­rało.

Co się dzie­je?

Chwiej­nym kro­kiem pod­szedłem do okna, zmu­szając swo­je ciało, aby ożyło po dwóch go­dzi­nach snu na so­fie, po czym zerknąłem między li­stew­ka­mi żalu­zji.

Cofnąłem się i prze­tarłem oczy. Moc­no. Nie­możliwe, żebym wi­dział to, co zo­ba­czyłem. Nie ma mowy, żebym słyszał to, co usłyszałem.

Czy to na­prawdę równy, nie­ustępli­wy tu­pot butów se­tek żołnie­rzy? Ma­sze­rujących moją ulicą w ide­al­nym ryt­mie?

Miesz­ka­liśmy z dala od cen­trum. Naszą ulicą nie mogła prze­bie­gać tra­sa świątecz­nej pa­ra­dy, a tym bar­dziej prze­mar­szu uzbro­jo­nych mężczyzn w mun­du­rach po­lo­wych. W środ­ku nocy!

Potrząsnąłem głową i pod­sko­czyłem kil­ka razy jak na roz­grzew­ce. Obudź się, Whit. Na dokładkę trzepnąłem się jesz­cze zdro­wo w po­li­czek. I zno­wu wyj­rzałem przez okno.

Żołnie­rze da­lej ma­sze­ro­wa­li naszą ulicą. Set­ka­mi, wi­docz­ni jak na dłoni w świe­tle prze­raźli­wie moc­nych re­flek­torów za­mo­co­wa­nych na ciężarówkach.

Tyl­ko jed­na myśl krążyła w mo­jej głowie: To się nie dzie­je na­prawdę. To się nie dzie­je na­prawdę. To się nie dzie­je na­prawdę.

Przy­po­mniały mi się wy­bo­ry, nowy rząd, na­rze­ka­nie ro­dziców, że kraj będzie miał kłopo­ty, wy­da­nia spe­cjal­ne pro­gramów te­le­wi­zyj­nych, pe­ty­cje po­li­tycz­ne, które moi ko­le­dzy z kla­sy roz­syłali przez in­ter­net, zażarte dys­ku­sje na­uczy­cie­li.

Do tej pory nie zwra­całem na to wszyst­ko większej uwa­gi.

Nie zdążyłem poskładać w całość tych skrawków do­mysłów, kie­dy czoło ma­sze­rującej ko­lum­ny za­trzy­mało się dokład­nie przed na­szym do­mem.

W mgnie­niu oka od sze­re­gu odłączyły się dwa uzbro­jo­ne od­działy. Żołnie­rze ni­czym ko­man­do­si roz­bie­gli się po traw­ni­ku – jed­ni okrążyli dom, kie­rując się w stronę tyl­ne­go wejścia, dru­dzy zajęli po­zy­cje przed drzwia­mi fron­to­wy­mi.

Od­sko­czyłem od okna. Gołym okiem było widać, że nie przy­szli bro­nić mnie ani mo­jej ro­dzi­ny. Muszę ostrzec mamę, tatę, Wi­sty…

W tym sa­mym mo­men­cie, kie­dy zacząłem krzy­czeć, drzwi fron­to­we wy­le­ciały z za­wiasów.

Roz­dział 2

Wi­sty

To okrop­ne przeżycie zo­stać po­rwa­nym w środ­ku nocy z własne­go domu. Oto co mniej więcej nastąpiło.

Zbu­dził mnie bezładny łomot prze­wra­ca­nych me­bli i tłuczo­ne­go szkła – praw­do­po­dob­nie mamy por­ce­la­ny.

O Boże, Whit, pomyślałam za­spa­na i pokręciłam głową. W ciągu ostat­nie­go roku mój star­szy brat urósł dzie­sięć cen­ty­metrów i przy­brał na wa­dze piętnaście ki­lo­gramów, dzięki cze­mu zo­stał naj­większym, naj­szyb­szym i naj­groźniej­szym roz­gry­wającym w nie­po­ko­na­nej drużynie na­sze­go li­ceum.

Za to poza bo­iskiem po­tra­fił być nie­zdar­ny jak niedźwiedź, i to taki, który do­stał kopa po wy­pi­ciu skrzyn­ki red bul­la i w do­dat­ku za­dzie­ra nosa, bo wy­ci­ska na ławecz­ce sto trzy­dzieści kilo i wszyst­kie dziew­czy­ny uważają go za naj­większe cia­cho w szko­le.

Przewróciłam się na brzuch i na­kryłam głowę po­duszką.

Jesz­cze za­nim zaczął pić, Whit nie umiał cho­dzić po domu, nie prze­wra­cając cze­goś na każdym kro­ku. Kla­sycz­ny syn­drom słonia w składzie por­ce­la­ny.

Ostat­nio jed­nak nie to było jego naj­większym pro­ble­mem.

Trzy mie­siące temu znikła jego dziew­czy­na. Prze­padła bez śladu i po tak długim cza­sie wszy­scy zaczęli po­dej­rze­wać, że nie wróci. Jej ro­dzi­ce byli zdru­zgo­ta­ni, Whit również. Szcze­rze mówiąc, ja też to bar­dzo przeżyłam. Ce­lia była… jest bar­dzo fajną dziew­czyną – ładną, in­te­li­gentną, a przy tym wca­le nie za­dzie­ra nosa, cho­ciaż po­cho­dzi z bo­ga­tej ro­dzi­ny. Jej tata ma w na­szym mieście sa­lon z luk­su­so­wy­mi sa­mo­cho­da­mi, mama była kie­dyś królową piękności. Nie mogłam uwie­rzyć, że coś po­dob­ne­go przy­tra­fiło się ta­kiej dziew­czynie jak Ce­lia.

Usłyszałam, że otwie­rają się drzwi do sy­pial­ni ro­dziców, i wtu­liłam się głębiej w cie­plutką, fla­ne­lową pościel.

– To niesłycha­ne! – za­grzmiał głos taty. – Nie ma­cie pra­wa tu wcho­dzić. W tej chwi­li opuśćcie ten dom! – Chy­ba nig­dy nie słyszałam go tak roz­gnie­wa­ne­go.

Po­de­rwałam się w mgnie­niu oka.

Roz­legły się następne łomo­ty.

Zda­wało mi się, że ktoś jęknął z bólu. Czyżby Whit się przewrócił i roz­bił so­bie głowę? A może ta­cie coś się stało?

Rany Ju­lek, pomyślałam, wy­grze­bując się z łóżka.

– Już idę, tato! Nic ci nie jest? Ta­tu­siu!

Wte­dy do­pie­ro zaczął się praw­dzi­wy kosz­mar, a właści­wie wstęp do kosz­maru.

Krzyk uwiązł mi w gar­dle, kie­dy drzwi do mo­je­go po­ko­ju otwo­rzyły się z hu­kiem i do środ­ka wpadło dwóch zwa­li­stych mężczyzn w ciem­no­sza­rych mun­du­rach. Po­pa­trzy­li na mnie groźnie, jak­bym była ukry­wającą się ter­ro­rystką.

– To ona! Wi­ste­ria Wszech­do­bra! – zawołał je­den. Ciem­ność utonęła w ja­skra­wej po­wo­dzi światła, którą śmiało można by roz­jaśnić cały han­gar z sa­mo­lo­ta­mi.

Zasłoniłam oczy, a ser­ce pod­sko­czyło mi do gardła jak na tram­po­li­nie.

– Kim je­steście?! – spy­tałam. – I co, do diabła, ro­bi­cie w mo­jej sy­pial­ni?

Roz­dział 3

Wi­sty

– Uważaj na nią! – je­den osiłek ostrzegł dru­gie­go. Wyglądali jak ko­man­do­si z wiel­ki­mi białymi cy­fra­mi na mun­du­rach. – Wiesz, że ona umie…

Jego kum­pel skinął głową i ro­zej­rzał się ner­wo­wo po moim po­ko­ju.

– Hej, ty! – warknął ostro. – Idziesz z nami! Je­steśmy funk­cjo­na­riu­sza­mi No­we­go Ładu. Nie próbuj żad­nych nu­merów, bo po­pa­miętasz!

Gapiłam się na nie­go głupio, w głowie miałam mętlik. Nowy Ład? To nie byli zwy­czaj­ni po­li­cjan­ci ani służby ra­tun­ko­we.

– A… a… ale ja… – wyjąkałam. – Muszę się ubrać. Czy… czy mogę zo­stać sama?

– Stul pysk! – krzyknął pierw­szy ko­man­dos. – Bierz ją! I bądź ostrożny, jest nie­bez­piecz­na jak oni wszy­scy.

– Nie! Prze­stańcie! Ani się ważcie! – krzy­czałam. – Mamo! Tato! Whit!

Wte­dy ta myśl ude­rzyła mnie jak rozpędzo­ny trak­tor na lo­dzie: to samo mu­siało spo­tkać Celię!

O Boże! Po­czułam zim­ny pot na kar­ku. Muszę się stąd wy­do­stać, pomyślałam roz­pacz­li­wie. Muszę zna­leźć jakiś sposób.

Muszę zniknąć.

Roz­dział 4

Wi­sty

Mięśnia­ki w ciem­no­sza­rych mun­du­rach na­gle za­marły. Ich kwa­dra­to­we głowy latały na boki jak ku­kiełkom, które ktoś pociąga za sznur­ki.

– Gdzie ona jest? Nie ma jej! Znikła! – wy­chry­piał któryś z pa­niką w głosie.

Zaczęli świe­cić la­tar­ka­mi po po­ko­ju. Je­den upadł na ko­la­na i zaj­rzał pod łóżko, dru­gi po­biegł szu­kać mnie w sza­fie.

Czy oni po­sza­le­li? Prze­cież tu je­stem. Co się dzie­je?

Może próbują mnie spro­wo­ko­wać, żebym zaczęła ucie­kać i dała im pre­tekst do użycia siły. A może to wa­ria­ci, którzy zbie­gli z psy­chia­try­ka? Za­bra­li Celię, a te­raz przy­szli po mnie…

– Wi­sty! – Przez moje mętne myśli prze­bił się głos mamy. Do­bie­gał z ko­ry­ta­rza. – Ucie­kaj, ko­cha­nie!

– Ma­mu­siu! – zawołałam.

Fa­ce­ci za­mru­ga­li i cofnęli się za­sko­cze­ni.

– Tu jest! Trzy­maj ją! Szyb­ko, za­nim zno­wu znik­nie!

Wiel­kie, nie­zgrab­ne łap­ska chwy­ciły mnie za ręce i nogi, a po­tem za głowę.

– Puśćcie mnie! – wrzasnęłam, szar­piąc się za­cie­kle i kopiąc. – Pusz­czaj­cie!

Ale oni trzy­ma­li mnie w żela­znym uści­sku. Za­wle­kli mnie ko­ry­ta­rzem do sa­lo­nu i rzu­ci­li na zie­mię jak wo­rek śmie­ci.

Szyb­ko po­de­rwałam się na nogi i zno­wu wi­działam tyl­ko ja­skra­wo­białe światło re­flek­torów. Wte­dy usłyszałam Whi­ta krzyczącego, kie­dy rzu­ca­no go na podłogę obok mnie.

– Whit! Co się dzie­je? Kim są te… po­two­ry?

– Wi­sty! – wy­sa­pał w miarę skład­nie. – Nic ci nie jest?

– Nie.

Chciało mi się płakać, ale za nic w świe­cie nie za­mie­rzałam roz­kle­jać się przy tych tro­glo­dy­tach. Przed ocza­mi stanęły mi sce­ny ze wszyst­kich filmów kry­mi­nal­nych, ja­kie w życiu wi­działam, zwłasz­cza tych opar­tych na praw­dzi­wych hi­sto­riach. Żołądek pod­szedł mi do gardła. Przy­tu­liłam się do bra­ta, a on wziął mnie za rękę i ścisnął.

Na­gle re­flek­to­ry zgasły. Za­padła ciem­ność. Mo­gliśmy tyl­ko się trząść i mru­gać.

– Mamo! – krzyknął Whit. – Tato?

Jeśli mój brat coś wcześniej pił, to te­raz wy­trzeźwiał w mgnie­niu oka i całkiem sku­tecz­nie.

Na­gle za­parło mi dech w pier­siach. Ro­dzi­ce sta­li nie­da­le­ko nas, w piżamach, z rękami z tyłu jak nie­bez­piecz­ni zbrod­nia­rze. Miesz­ka­liśmy w dość bied­nej dziel­ni­cy, ale nig­dy przed­tem nikt z na­szej ro­dzi­ny nie miał kłopotów z pra­wem.

W każdym ra­zie ja o tym nie słyszałam.

Roz­dział 5

Wi­sty

Jedną z naj­okrop­niej­szych rze­czy na świe­cie, ja­kiej żad­ne­mu człowie­ko­wi nie życzę, jest wi­dok własnych ro­dziców prze­rażonych do nie­przy­tom­ności, bez­rad­nych, z ocza­mi okrągłymi jak spodki.

Myślałam, że po­tra­fią nas przed wszyst­kim ochro­nić. Byli inni niż większość ma­tek i ojców na­szych ko­legów – tacy mądrzy, łagod­ni, wy­ro­zu­mia­li…

W tam­tej chwi­li domyśliłam się, że coś przed nami ukry­wają.

Oni wiedzą, co się dzie­je. I się boją.

– Ma­mu­siu…? – spy­tałam, patrząc jej su­ro­wo w oczy, próbując wy­czy­tać z nich jakiś sy­gnał, jakąś wskazówkę, co po­win­nam zro­bić.

Przez głowę prze­mknął mi ka­lej­do­skop wspo­mnień. Mama i tata, którzy mówią: „Ty i Whit je­steście wyjątko­wi, ko­cha­nie. Lu­dzie cza­sem boją się osób, które są inne, a strach wywołuje gniew i pro­wo­ku­je do nie­rozsądnych za­cho­wań”. Ale prze­cież wszy­scy ro­dzi­ce uważają, że ich dzie­ci są wyjątko­we, praw­da? „Gdy mówię wyjątko­we, to mam na myśli na­prawdę nie­zwykłe, Wi­sty – po­wie­działa kie­dyś mama, uj­mując mnie pod brodę. – Słuchaj i ob­ser­wuj uważnie, skar­bie”.

Z ciem­ności wyłoniły się trzy następne syl­wet­ki. Dwóch mężczyzn miało przy pa­sie broń. Sy­tu­acja na­prawdę wy­my­kała się spod kon­tro­li. Pi­sto­le­ty? Żołnie­rze? W na­szym domu? W wol­nym kra­ju? W środ­ku nocy?

– Wi­ste­ria Wszech­do­bra?

Kie­dy po­de­szli bliżej, zo­ba­czyłam dwóch woj­sko­wych i…

By­ro­na Swa­ina?

By­ron cho­dził z nami do szkoły, był o rok star­szy ode mnie i rok młod­szy od Whi­ta. Obo­je go nie zno­si­liśmy z całego ser­ca. Nikt go zresztą nie lubił.

– Co ty tu ro­bisz, Swa­in? – warknął Whit. – Wynoś się z na­sze­go domu!

By­ron. Zupełnie jak­by jego ro­dzi­ce wie­dzie­li, że wyrośnie na odrażającego gnoj­ka, więc nada­li mu od­po­wied­nie imię.

– Spróbuj mnie zmu­sić. – By­ron wy­szcze­rzył zęby w tym swo­im wa­ze­li­niar­skim uśmie­chu.

Ile­kroć wi­działam go w szko­le, za każdym ra­zem myślałam so­bie: „Co za pa­lant!”. Miał brązowe włosy, ide­al­nie gładko za­cze­sa­ne do tyłu, i zim­ne, orze­cho­we oczy, które upo­dab­niały go do le­gwa­na.

A te­raz ten wyjątko­wy pa­can stał między dwo­ma mun­du­ro­wy­mi w hełmach i błyszczących czar­nych bu­tach za ko­la­na, a przed nimi tuliłam się ja w idio­tycz­nej różowej piżamie w kot­ki. Świat prze­wra­cał się do góry no­ga­mi.

– Co ty tu ro­bisz? – powtórzyłam za Whi­tem jak echo.

– Wi­ste­rio Wszech­do­bra – wy­re­cy­to­wał By­ron ni­czym woźny sądowy, wyciągając zwój pa­pie­ru wyglądający na pi­smo urzędowe i czy­tając da­lej: – Nowy Ład aresz­tu­je cię do cza­su roz­pra­wy sądo­wej pod za­rzu­tem cza­ro­dziej­stwa.

Szczęka mi opadła.

– Cze­go?! Upadłeś na głowę, Swa­in?!

Roz­dział 6

Wi­sty

Po­deszło do mnie dwóch zbirów w mun­du­rach. Od­ru­cho­wo pod­niosłam ręce do góry, a wte­dy, o dzi­wo, żołnie­rze No­we­go Ładu za­mar­li. Po­czułam przypływ sił, ale tyl­ko na mo­ment.

– Czy my się cofnęliśmy w cza­sie?! – zawołałam nie­co pi­skli­wie. – Kie­dy ostat­nio zaglądałam do ka­len­da­rza, mie­liśmy dwu­dzie­sty pierw­szy wiek, a nie sie­dem­na­sty! – Spio­ru­no­wałam By­ro­na Swa­ina groźnym wzro­kiem. Na wi­dok jego wa­ze­li­niar­skie­go uśmie­chu i błyszczących butów po­czułam jak­by dźgnięcie ostrogą. – Nie możesz tu tak po pro­stu przyłazić i aresz­to­wać nas jak…

– Whit­for­dzie Wszech­do­bry – prze­rwał mi bez­ce­re­mo­nial­nie By­ron, kon­ty­nu­ując służbi­stym to­nem – Nowy Ład oskarża cię o to, że je­steś cza­ro­dzie­jem. Zo­sta­jesz aresz­to­wa­ny do cza­su roz­pra­wy sądo­wej.

Uśmiechnął się szy­der­czo do Whi­ta, cho­ciaż w nor­mal­nej sy­tu­acji mój brat mógłby go pod­nieść i skręcić mu kark jak szyję kur­cza­ko­wi. Pew­nie łatwo na­brać pew­ności sie­bie, kie­dy od­dział uzbro­jo­nych żołnie­rzy cze­ka za ple­ca­mi na twój znak.

– Wi­sty ma rację, to czy­sty obłęd! – po­parł mnie Whit. Twarz mu płonęła, a nie­bie­skie oczy błysz­czały z gnie­wu. – Co to za bzdu­ry? Cza­ro­dzie­je nie ist­nieją! Za kogo ty się masz, pa­dal­cu? Za bo­ha­te­ra z Gar­ry’ego Blot­te­ra i Gil­dii Wy­rzutków?

Moi ro­dzi­ce mie­li w oczach prze­rażenie, ale na ich twa­rzach nie wi­działam za­sko­cze­nia. Co tu jest gra­ne, do diabła?

Pamiętałam dość dziw­ne lek­cje, ja­kie ro­dzi­ce da­wa­li nam przez całe dzie­ciństwo: o rośli­nach, ziołach i po­go­dzie. Naj­więcej o po­go­dzie, o tym, jak się kon­cen­tro­wać, jak sku­piać uwagę. Opo­wia­da­li nam też o ar­ty­stach, o których nig­dy nie uczy­liśmy się w szko­le, ta­kich jak Wic­can Trol­lack, De Glo­oming czy Fre­ida Halo. Gdy pod­rosłam, uznałam to za trochę hi­pi­sow­skie dzi­wac­twa na­szych sta­ruszków. Ale tak na­prawdę nig­dy tych nauk nie kwe­stio­no­wałam. Czy mogły mieć jakiś związek z dzi­siej­szym wie­czo­rem?

By­ron po­pa­trzył spo­koj­nie na Whi­ta.

– Zgod­nie z re­gu­la­mi­nem No­we­go Ładu możecie za­brać z domu jedną rzecz. Nie po­chwa­lam tego, ale tak mówi pra­wo, więc będę go prze­strze­gał.

Pod bacz­nym okiem żołnie­rzy mama szyb­ko po­deszła do półki z książkami. Za­wa­hała się i zerknęła na tatę. Ten skinął głową, a wte­dy wzięła do ręki starą pałeczkę per­ku­syjną, która leżała tam od nie­pa­miętnych czasów. Ro­dzin­na le­gen­da głosiła, że nasz dzia­dek w cza­sach młodości wsko­czył na scenę pod­czas kon­cer­tu Gro­aning Bo­nesów i wy­rwał ją per­ku­siście.

– Proszę – po­wie­działa mama, po­dając mi ją i pociągając no­sem. – Weź ją, Wi­ste­rio. Weź tę pałeczkę. Tak bar­dzo cię ko­cham, skar­bie.

Po­tem tata sięgnął na półkę wiszącą obok fo­te­la, w którym zwy­kle czy­tał, i zdjął z niej nie­pod­pi­saną książkę, której nig­dy przed­tem nie wi­działam. Wyglądała jak sta­ry dzien­nik. Wręczył ją Whi­to­wi.

– Ko­cham cię, Whit – po­wie­dział.

Pałecz­ka per­ku­syj­na i sta­ra książka? Może jesz­cze bęben do kom­ple­tu? Nie mo­gli nam dać ja­kiejś pamiątki ro­dzin­nej albo cze­goś choć odro­binę bar­dziej oso­bi­ste­go, żeby nas pod­nieść na du­chu? Albo gi­gan­tycz­ne­go za­pa­su nie­psujących się słody­czy, którymi ciągle fa­sze­ro­wał się Whit?

Cały ten kosz­mar nie miał sen­su.

By­ron wy­rwał Whi­to­wi z rąk znisz­czoną książkę i prze­wer­to­wał ją.

– Nic tu nie ma – za­uważył zdzi­wio­ny.

– Tak samo jak w two­im ka­len­da­rzu to­wa­rzy­skim – zri­po­sto­wał Whit.

Mój brat po­tra­fi być dow­cip­ny, przy­znaję, ale jego wy­czu­cie cza­su po­zo­sta­wia wie­le do życze­nia.

By­ron grzmotnął go książką w twarz, aż mu głowa od­sko­czyła, jak­by tkwiła na ob­ra­ca­nym trzpie­niu. Oczy wyszły Whi­to­wi na wierzch. Rzu­cił się na Swa­ina, ale drogę za­ta­ra­so­wało mu dwóch zwa­li­stych żołnie­rzy.

Gno­jek stał zasłonięty przez wiel­kich osiłków i uśmie­chał się szy­der­czo.

– Za­pro­wadźcie ich do fur­go­net­ki – po­wie­dział.

– Nie! Ma­mu­siu! Ta­tu­siu! Po­mo­cy! – krzyknęłam, kie­dy żołnie­rze zno­wu mnie złapa­li.

Próbowałam im się wy­rwać, ale było to tak, jak­bym sza­mo­tała się w żela­znej pułapce. Sta­lo­we ra­mio­na zaciągnęły mnie do drzwi. Udało mi się wykręcić szyję, żeby ostat­ni raz obej­rzeć się na ro­dziców. W pamięć wryły mi się ich przejęte grozą twa­rze i za­szklo­ne oczy.

Właśnie w tam­tym mo­men­cie po raz pierw­szy po­czułam tę dziwną falę, jak­by w moim cie­le po­wiał bar­dzo gęsty, gorący wiatr. W jed­nej chwi­li krew napłynęła mi do głowy, gorąco wystąpiło mi na po­licz­ki, od­niosłam wrażenie, jak­by pot na mo­jej skórze zaczął skwier­czeć. Usłyszałam wokół sie­bie hu­cze­nie i wte­dy…

Nie uwie­rzy­cie, ale to praw­da. Przy­sięgam.

Zo­ba­czyłam… i po­czułam… jak trzy­dzie­sto­cen­ty­me­tro­we płomie­nie ognia wy­bu­chają z każdego pora mo­jej skóry.

Roz­dział 7

Wi­sty

Ze­wsząd do­cho­dziły mnie prze­rażone krzy­ki. Na­wet ko­man­do­si krzy­cze­li. A ja stałam i gapiłam się głupio na strze­lające ze mnie po­ma­rańczo­wożółte języki ognia.

Jeśli wy­da­je się wam to nie­sa­mo­wi­te, to słuchaj­cie da­lej: po tej pierw­szej fali ciepła nie czułam na­wet odro­bi­ny gorąca, moje ręce miały nor­mal­ny ko­lor, wca­le nie sczer­niały, na­wet nie po­czer­wie­niały.

To było… od­lo­to­we!

Na­gle je­den z żołnie­rzy rzu­cił we mnie por­ce­la­no­wym wa­zo­nem mamy. Spłynęły po mnie stru­mie­nie wody, płomie­nie zgasły.

Kum­ple By­ro­na Swa­ina ga­si­li ogień na zasłonach i tlące się miej­sca na dy­wa­nie, gdzie upadłam, za to sam By­ron, który naj­wy­raźniej uciekł z domu na wi­dok aktu sa­mo­pod­pa­le­nia, po­ja­wił się zno­wu w drzwiach lek­ko po­zie­le­niały na twa­rzy. Wyciągnął w moją stronę kości­sty, trzęsący się pa­lec.

– Wi­dzi­cie?! Wi­dzi­cie?! – krzy­czał chry­pli­wie. – Za­mknąć ją! Za­strze­lić, jeśli będzie trze­ba! Wszyst­ko jed­no!

Ogarnęło mnie na­gle to okrop­ne uczu­cie, od którego skręca się żołądek, że to, co się wy­da­rzyło dzi­siej­szej nocy, było nie­unik­nio­ne, że tak właśnie miało po­to­czyć się moje życie.

Ale dla­cze­go tak pomyślałam ani co to dokład­nie zna­czyło – nie miałam pojęcia.

Roz­dział 8

Whit

Nig­dy przed­tem nie doświad­czyłem ha­lu­cy­na­cji, ale kie­dy zo­ba­czyłem, jak Wi­sty stanęła w płomie­niach, to tak właśnie so­bie pomyślałem – że na sku­tek szo­ku mam przy­wi­dze­nia.

Bo prze­cież żaden wy­poczęty, rozsądny i wy­lu­zo­wa­ny człowiek nie po­wie: O, pa­trz­cie, moja sio­strzycz­ka za­mie­niła się w żywą po­chod­nię. Mam rację?

Jed­nak bar­dzo szyb­ko – a nie­mało przy­czy­niły się do tego żar, dym i płonące zasłony w sa­lo­nie – zro­zu­miałem, że to wszyst­ko dzie­je się na­prawdę.

Wte­dy pomyślałem, że to te zbi­ry z No­we­go Ładu ją pod­pa­liły. I chy­ba dla­te­go z wściekłości zdołałem wy­krze­sać z sie­bie dość sił, żeby im się wy­rwać. I przy­sięgam, że przy­parłbym ich do muru, gdy­by nie to, że po­biegłem Wi­sty na po­moc.

Na­gle w na­szym domu rozpętało się piekło.

Nig­dy przed­tem nie przeżyłem tor­na­da, ale w tam­tej chwi­li wy­da­wało mi się, że spadła na nas trąba po­wietrz­na. Okna wy­buchły w fu­try­nach i z siłą rozwście­czo­nej górskiej rze­ki do środ­ka wtargnęła wi­chu­ra. Zaczęła ci­skać przed­mio­ta­mi po całym po­ko­ju, w po­wie­trzu latały lam­py, sto­li­ki, stłuczo­ne szkło.

Wy­cie wi­chru zagłuszało wszyst­kie inne odgłosy. A to­wa­rzy­szyła mu tak gwałtow­na ule­wa, że woda – nie mówiąc o wszyst­kich śmie­ciach, ja­kie ze sobą uno­siła – kłuła jak rój pszczół wy­rzu­co­ny przez dmu­chawę do liści.

Rzecz ja­sna ni­cze­go nie wi­działem. Otwar­cie oczu równałoby się z trwałym ośle­pie­niem przez odłamki drew­na, okru­chy szkła, od­pry­ski por­ce­la­ny.

Tak więc cho­ciaż uwol­niłem się z uści­sku żołdaków, nic mi z tego nie przyszło. Wszy­scy znie­ru­cho­mie­liśmy rozpłasz­cze­ni na ścia­nach, na podłodze, łapiąc się każdej rze­czy, która wy­da­wała się choć trochę so­lid­niej­sza, walcząc, żeby nie wy­rzu­ciło nas przez okno i nie roz­trza­skało na śmierć.

Próbowałem krzyknąć do Wi­sty, ale nie słyszałem na­wet własne­go głosu.

A po­tem w jed­nej chwi­li wszyst­ko ucichło i znie­ru­cho­miało. Od­sunąłem od twa­rzy ramię, którym się osłaniałem, i moim oczom uka­zał się wi­dok, którego nie za­pomnę do końca życia.

Na środ­ku zruj­no­wa­ne­go sa­lo­nu stał wy­so­ki, po­staw­ny, łysy mężczy­zna.

Nie brzmi prze­rażająco?

To właśnie ten fa­cet oka­zał się wcie­lo­nym złem.

– Wi­tam, dro­ga ro­dzi­no Wszech­do­brych – rzekł spo­koj­nym, pra­wie ci­chym głosem, ale z taką mocą, że po pro­stu mu­siałem z uwagą słuchać każdego słowa. – Na­zy­wają mnie Tym Który Jest Je­dy­ny. Może o mnie słysze­liście?

– Wie­my, kim je­steś – od­parł tata. – I wca­le się cie­bie nie bo­imy. Nie ule­gnie­my two­jej tyrańskiej władzy.

– Nie spo­dzie­wam się, abyś uległ ja­kiej­kol­wiek władzy, Ben­ja­mi­nie. Po­dob­nie jak ty, Eli­zo – po­wie­dział do mo­jej mamy. – Am­bit­ni wy­ko­le­jeńcy, tacy jak wy, za­wsze naj­bar­dziej cenią so­bie wol­ność. Ale to nie ma zna­cze­nia, czy za­ak­cep­tu­je­cie nową rze­czy­wi­stość, czy­nie. Przy­szedłem tu po wa­sze dzie­ci. To będzie po­kaz mo­jej siły. Ja roz­ka­zuję, one słuchają.

To po­wie­dziaw­szy, łysol po­pa­trzył na moją siostrę i na mnie i uśmiechnął się na­prawdę sym­pa­tycz­nie, pra­wie ser­decz­nie.

– Ułatwię wam sprawę. Mu­si­cie zro­bić tyl­ko jedną rzecz: wy­rzec się do­tych­cza­so­we­go życia, wol­ności, a przede wszyst­kim ro­dziców. Wówczas da­ruję wam życie. Nic wam się nie sta­nie, jeśli będzie­cie prze­strze­gać pra­wa. Obie­cuję, że włos wam z głowy nie spad­nie. Wy­rzek­nij­cie się swo­jej przeszłości i ro­dziców, to wszyst­ko. Pro­ste jak ciast­ko z kre­mem.

– Nie ma mowy! – krzyknąłem.

– Nig­dy cze­goś ta­kie­go nie zro­bi­my. Nig­dy! – zawołała Wi­sty. – Możemy się wy­rzec cie­bie, wa­sza Łysol­co­wa­tość. Wa­sza Ohyd­ność.

Zdu­miało mnie, kie­dy fa­cet wy­buchł śmie­chem.

– Whit­ford Wszech­do­bry – po­wie­dział i po­pa­trzył mi głęboko w oczy.

Wte­dy stało się coś dziw­ne­go. Nie mogłem się ru­szyć ani mówić, mogłem tyl­ko słuchać. To była chy­ba dla mnie naj­gor­sza rzecz ze wszyst­kich, ja­kie wy­da­rzyły się tego wie­czo­ru.

– Je­steś bar­dzo przy­stoj­nym młodzieńcem, Whit­for­dzie. Wy­so­ki blon­dyn, szczupły, a za­ra­zem do­brze zbu­do­wa­ny; ciało o ide­al­nych pro­por­cjach. Wiem też, że do nie­daw­na byłeś bar­dzo grzecz­nym chłopcem, aż do nie­for­tun­ne­go znik­nięcia two­jej dziew­czy­ny. Two­jej brat­niej du­szy. Ce­lii.

Wez­brał we mnie bez­rad­ny gniew. Czyżby on coś wie­dział o Ce­lii? Uśmie­chał się iro­nicz­nie, kie­dy mówił o jej znik­nięciu. Coś wie­dział i drażnił się ze mną.

– Py­ta­nie brzmi – ciągnął – czy po­tra­fisz być zno­wu grzecz­nym chłopcem? Czy na­uczysz się prze­strze­gać za­sad? – Wy­rzu­cił ręce do góry. – Nie wiesz?! – wy­krzyknął, pod­czas gdy ja wal­czyłem ze spa­ra­liżowa­ny­mi usta­mi, żeby cisnąć w nie­go ste­kiem naj­sta­ran­niej do­bra­nych obelg.

Odwrócił się do Wi­sty.

– Wi­ste­ria Wszech­do­bra. O to­bie też wiem wszyst­ko.

Krnąbrna nie­posłuszna le­ser­ka. Cze­kają cię w szko­le dwa ty­go­dnie kar­nych zajęć. Jeśli cho­dzi o cie­bie, py­ta­nie brzmi: czy w ogóle po­tra­fisz być grzeczną dziew­czynką? Czy na­uczysz się prze­strze­gać pra­wa?

Pa­trzył w mil­cze­niu na Wi­sty i cze­kał.

A ona w swo­im sty­lu dygnęła wdzięcznie, po czym oznaj­miła:

– Na­tu­ral­nie, mój pa­nie: two­je ma­rze­nie ściętej głowy jest dla mnie roz­kaz…

Urwała rap­tow­nie tę iro­niczną od­po­wiedź, więc domyśliłem się, że jej również za­sznu­ro­wał usta. Po­tem odwrócił się do strażników.

– Za­brać ich! Nig­dy więcej nie zo­baczą ro­dziców. A wy, Be­nie i Eli­zo, nie zo­baczycie swych wyjątko­wych la­to­rośli aż do dnia, w którym wszy­scy zgi­nie­cie.

Roz­dział 9

Whit

Sie­dzie­liśmy z Wi­sty w wiel­kiej czar­nej fur­go­net­ce bez okien. Ser­ce mi waliło jak króli­ko­wi w na­pa­dzie pa­dacz­ki. W mo­ich żyłach sza­lała ad­re­na­li­na. Pra­wie nie wie­działem, co się do­okoła mnie dzie­je. Wspiąłem się na wyżyny rozsądku, żeby nie rzu­cić się na ścia­ny sa­mo­cho­du. Wy­obrażałem so­bie, jak walę głową o me­tal, jak kop­nięciem otwie­ram drzwi, jak po­ma­gam Wi­sty uciec i ra­zem zni­ka­my w ciem­ności…

Tyl­ko że nic ta­kie­go się nie wy­da­rzyło.

O ile wie­działem, nie byłem żad­nym cza­ro­dzie­jem ani su­per­bo­ha­te­rem, tyl­ko zwy­czaj­nym li­ce­alistą, którego właśnie po­rwa­no z domu.

Spoj­rzałem na biedną Wi­sty, ale w ciem­ności le­d­wo wi­działem jej pro­fil. Woda z jej mo­krych włosów ście­kała mi na ramię, czułem, jak się trzęsie, może z zim­na, może z szo­ku, a może przez jed­no i dru­gie. Pew­nie trud­no jej było uwie­rzyć w to, co się stało.

Trochę nie­zgrab­nie objąłem jej chu­de ra­mio­na, bo mu­siałem przełożyć jej przez głowę ręce sku­te kaj­dan­ka­mi. Nie pamiętam, kie­dy ostat­nio ści­skałem tak swoją siostrę, chy­ba kie­dy próbowała grze­bać w mo­ich rze­czach albo kie­dy przyłapałem ją na podgląda­niu mnie z…

Nie mogłem myśleć o Ce­lii, żeby nie osza­leć.

– Nic ci nie jest? – spy­tałem Wi­sty.

Nie za­uważyłem na niej śladów po­pa­rzeń – żad­nych za­pachów przy­pa­lo­ne­go hot doga czy zwęglo­ne­go ciała.