Czarodzieje - Lev Grossman - ebook
Opis

Quentin Coldwater, nad wiek rozwinięty intelektualnie uczeń szkoły średniej, ucieka przed nudą codziennego życia, czytając raz po raz serię ukochanych powieści fantastycznych, rozgrywających się w czarodziejskiej krainie o nazwie Fillory. Tak jak wszyscy uważa, że w prawdziwym świecie magia nie istnieje – póki nie wstępuje na bardzo sekretny i bardzo ekskluzywny uniwersytet dla czarodziejów, mieszczący się w stanie Nowy Jork.Czarodzieje, książka przenikliwa psychologicznie, a równocześnie niezwykle pomysłowa, to epicka opowieść o magii i innych światach, która znacznie rozszerza granice konwencjonalnego nurtu fantasy. Oddając hołd takim twórcom fantastyki jak C. S. Lewis, T. H. White czy J. K. Rowling, tworzy całkowicie oryginalny świat, w którym dobro i zło nie są czarno-białe, miłość i seks nie są proste i niewinne, a za moc trzeba zapłacić wielką cenę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 627

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

THE MAGICIANS

Copyright © 2009 by Lev Grossman

Copyright © 2010 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2010 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Bożena Sęk

Korekta: Iwona Wyrwisz, Jolanta Olejniczak-Kulan

ISBN: 978-83-7999-453-3

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-950 Katowice

tel. (32) 782 64 77, fax (32) 253 77 28

e-mail:www.soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

E-wydanie 2015

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Lily

Wtedy złamię laskę

I w trzewiach ziemi zagrzebię, a księgę

Zatopię w morzu, głębiej niż potrafi

Sięgnąć najdłuższa sonda.

William Szekspir, Burza, akt V, scena 1,

przeł. Stanisław Barańczak

Brooklyn

Quentin zrobił magiczną sztuczkę. Nikt tego nie zauważył.

Szli razem szarym nierównym chodnikiem: James, Julia i Quentin. James i Julia trzymali się za ręce. Tak to się teraz układało. A ponieważ chodnik nie był dość szeroki dla nich trojga, Quentin wlókł się za nimi jak nadąsane dziecko. Wolałby iść sam z Julią albo po prostu sam, kropka, ale nie można mieć wszystkiego. A przynajmniej większość dowodów wskazywała na prawdziwość tej tezy.

– Dobra, Quen – powiedział przez ramię James. – Porozmawiajmy o strategii.

James miał coś jakby szósty zmysł, za pomocą którego wyczuwał, kiedy Quentin zaczyna się nad sobą użalać. Rozmowa Quentina wypadała za siedem minut. Rozmowa Jamesa miała się odbyć zaraz potem.

– Mocny uścisk dłoni. Przez cały czas kontakt wzrokowy. A kiedy poczuje się swobodnie, ty walniesz go krzesłem, a ja przechwycę jego hasło i wyślę e‍-mail do Princeton.

– Bądź po prostu sobą, Quen – poradziła Julia.

Ciemne włosy ściągnięte miała do tyłu w kok. Zawsze była dla niego taka miła, co z jakichś powodów tylko pogarszało sprawę.

– A to jakaś różnica?

Quentin znów zrobił magiczną sztuczkę. Taką niewielką: klasyczna wędrówka monety po knykciach. Zrobił ją w kieszeni płaszcza, więc nikt jej nie mógł zobaczyć. Powtórzył ją, a potem wykonał w drugą stronę.

– Wiesz co, chyba wiem, jak brzmi to hasło – powiedział James. – „Hasło”.

Niesamowite, od jak dawna to trwa, pomyślał Quentin. Mieli zaledwie po siedemnaście lat, choć miał wrażenie, że zna Jamesa i Julię od zawsze. System oświatowy Brooklynu polegał na odsiewaniu co zdolniejszych uczniów, pakowaniu ich do jednej grupy, a potem na oddzielaniu tych absurdalnie zdolnych od tych po prostu zdolnych i łączeniu ich w nową grupę. W rezultacie już od szkoły podstawowej bez przerwy wpadali na siebie a to na konkursach krasomówstwa, a to na stanowych olimpiadach łacinników, a to na kameralnych, prowadzonych specjalnie dla nich superzaawansowanych lekcjach matematyki. Największe kujony wśród wszystkich kujonów. Więc teraz, w ostatniej klasie liceum, Quentin znał Jamesa i Julię lepiej niż kogokolwiek, wliczając w to własnych rodziców, a oni znali równie dobrze jego. Wszyscy wiedzieli, co które z nich powie, nim jeszcze otworzyło usta, a ci, którzy mieli się ze sobą przespać, już to zrobili. Julia – blada, piegowata rozmarzona Julia, która grała na oboju i radziła sobie z fizyką nawet lepiej niż Quentin – nigdy nie zamierzała się przespać właśnie z nim.

Quentin był wysoki i chudy. Garbił się, wiecznie gotowy na nagły cios z niebios, który zgodnie z logiką najpierw powinien zgnieść ludzi wysokich. Jego długie do ramion włosy zamarzły w strąki. Powinien był je wysuszyć po wychowaniu fizycznym, tym bardziej że miał dziś rozmowę kwalifikacyjną, ale z jakichś powodów – może dlatego, że opanowała go potrzeba autodestrukcji – nie zrobił tego. Szare chmury wisiały nisko, grożąc opadami śniegu. Quentin miał wrażenie, że specjalnie na jego cześć świat przybrał formę małego tableau nieszczęścia: wrony na drutach, rozdeptana psia kupa, śmieci wywiane z kosza przez wiatr, trupy niezliczonych mokrych liści dębu zbezczeszczone na niezliczone sposoby przez niezliczone pojazdy i przechodniów.

– Boże, ależ jestem nażarty – stwierdził James. – Za dużo zjadłem. Dlaczego ja zawsze jem za dużo?

– Ponieważ jesteś żarłoczną świnią? – zasugerowała pogodnie Julia. – Ponieważ nie masz już ochoty oglądać swoich stóp? Ponieważ chcesz dotknąć brzuchem czubka penisa?

James założył ręce za głowę, wsunął palce w falujące kasztanowe włosy. Jego płaszcz z wielbłądziej wełny rozchylił się, otwierając drogę listopadowemu chłodowi. James czknął głośno. Chłód nigdy mu nie przeszkadzał. W przeciwieństwie do Quentina, który czuł zimno praktycznie przez cały czas, jakby został uwięziony w swojej własnej prywatnej zimie.

James zaczął śpiewać na melodię przypominającą nieco Good King Wenceslas i Bingo.

Dawno temu był sobie chłopiec

Młody, odważny i si‍-ilny

Miał z sobą miecz i jeździł na koniu

A nosił imię Dave‍-o…

– Jezu, przestań! – krzyknęła piskliwie Julia.

James napisał tę piosenkę pięć lat temu, na konkurs młodych talentów, i nadal lubił ją śpiewać, w wyniku czego wszyscy znali ją na pamięć. Ponieważ nie zamilkł, Julia pchnęła go na śmietnik, a kiedy i to nie pomogło, zerwała mu z głowy marynarską czapkę i zaczęła go nią okładać.

– Moje włosy! Moja piękna fryzura!

Król James, pomyślał Quentin. Le roi s’amuse.

– Nie chciałbym wam przerywać, ale zostały nam tylko dwie minuty – powiedział.

– Och, mili moi, mili moi – zaświergotała Julia. – Księżna! Spóźnimy się!

Powinienem być szczęśliwy, pomyślał Quentin. Jestem młody, żyję, zdrowie mi dopisuje. Mam przyjaciół. Mam dwoje w zasadzie nieużywanych rodziców – znaczy się tatę, redaktora podręczników do medycyny, i mamę, rysownika reklam z niespełnioną ambicją zostania poważną malarką. Należę do solidnej klasy średniej. I mam średnią ocen wyższą, niż większość ludzi jest sobie w stanie wyobrazić.

Niemniej, idąc w czarnym płaszczu i szarym wyjściowym garniturze Piątą Aleją Brooklynu, zdawał sobie sprawę, że wcale nie jest szczęśliwy. Dlaczego? Tak starannie kolekcjonował wszystkie elementy składające się na szczęście. Odprawił wszystkie konieczne rytuały, wypowiedział właściwe słowa, zapalił świece, złożył ofiary. Jednakże szczęście, niczym nieposłuszny duch, nie chciało się pojawić. Nie miał pojęcia, co jeszcze powinien zrobić.

Szedł za Jamesem i Julią, mijając sklepy spożywcze, pralnie, modne butiki, ozdobione jaskrawymi neonami salony operatorów komórkowych, bary, gdzie już zebrali się nad kieliszkiem starcy, choć była zaledwie trzecia czterdzieści pięć po południu, oraz Dom Weteranów Wojen Zamorskich, zbudowany z brązowej cegły, z plastikowymi meblami ogrodowymi ustawionymi na chodniku przed wejściem. Miał wrażenie, że wszystko to tylko potwierdza jego przekonanie, że z powodu jakiegoś urzędniczego błędu kosmicznej biurokracji jego prawdziwe życie, to, które powinien prowadzić, dostało się komuś innemu, a on otrzymał w zamian ten gówniany substytut. Tak nie powinno być.

Może jego prawdziwe życie zacznie się w Princeton. Znów zrobił w kieszeni sztuczkę z monetą.

– Bawisz się wackiem? – spytał James.

Quentin się zaczerwienił.

– Nie.

– Nie ma się czego wstydzić. – James poklepał go po ramieniu. – To oczyszcza umysł.

Wiatr przedarł się przez cienki materiał wyjściowego garnituru Quentina, ale chłopak nie miał ochoty zapinać płaszcza. Pozwolił, by przeniknął go chłód. To i tak bez znaczenia, bo przecież tak naprawdę przebywał zupełnie gdzie indziej.

Był w Fillory.

Fillory i dalej Christophera Plovera to cykl pięciu książek dla dzieci opublikowany w Anglii w latach trzydziestych XX wieku. Opowiada o przygodach pięciorga małych Chatwinów w czarodziejskiej krainie, którą odkrywają podczas wakacji u ekscentrycznego wujostwa. Tak naprawdę wcale nie są na wakacjach – ich ojciec tkwił po pas w krwi i błocie w Passchendaele, a matka trafiła do szpitala, zapadłszy na tajemniczą chorobę najpewniej natury psychicznej. Dlatego zostają wysłani na wieś.

Jednak wszystkie te nieprzyjemne wydarzenia rozgrywają się gdzieś w tle opowieści. Tak naprawdę książki opowiadają o tym, jak przez trzy kolejne lata w każde letnie wakacje Chatwinowie wracają ze swoich szkół z internatem do Kornwalii i odszukują drogę do tajemnej krainy Fillory, gdzie przeżywają rozmaite przygody i bronią tamtejszych mieszkańców przed różnymi zagrażającymi im niebezpieczeństwami. Najdziwniejszym i najbardziej nieustępliwym z wrogów jest zamaskowana postać znana jako Nadzorczyni Czasu. Jej zegarmistrzowskie zaklęcia grożą zatrzymaniem czasu i uwięzieniem całego Fillory w godzinie piątej pewnego szczególnie ponurego, wilgotnego popołudnia pod koniec września.

Jak większość ludzi Quentin przeczytał książki o Fillory w szkole podstawowej. Natomiast w przeciwieństwie do większości ludzi – na przykład do Jamesa i Julii – nigdy nie wyzwolił się z ich czaru. To tam uciekał, kiedy nie mógł sobie poradzić z prawdziwym światem, czyli bardzo często. (Fillory było równocześnie pociechą za to, że Julia go nie kocha, i zapewne główną przyczyną, dla której go nie kochała). To prawda, tkwiła w tych książkach silna atmosfera angielskiego pokoju dziecinnego. Quentin czuł się w głębi duszy zażenowany, kiedy dochodził do tych kawałków o Przytulnym Koniu, wielkim przyjacielskim zwierzaku, który co noc krążył po Fillory na aksamitnych kopytach i miał tak szeroki grzbiet, że można by na nim spać.

Ale w Fillory tkwiła bardziej uwodzicielska i bardziej niebezpieczna prawda, taka, z której nie potrafił się wyzwolić. Zupełnie tak, jakby książki o Fillory – szczególnie pierwsza, Świat w ścianach – opowiadały o samym czytaniu. Kiedy najstarszy z Chatwinów, melancholijny Martin, otwiera stojący zegar w ciemnym wąskim holu w domu ciotki i przechodzi do Fillory (Quentin zawsze wyobrażał sobie, że odsuwa na bok wahadło, jak języczek w ogromnym gardle), to tak jakby otwierał okładkę książki, lecz takiej, która robi to, co książki zawsze obiecują zrobić i nigdy nie dotrzymują słowa: sprawia, że opuszczasz, naprawdę opuszczasz miejsce, gdzie się znajdujesz, i wkraczasz zupełnie gdzie indziej.

Świat, który odkrywa Martin w ścianach domu ciotki, to świat czarodziejskiego zmierzchu, krajobraz równie czarno‍-biały i surowy jak zadrukowana stronica, z polami pokrytymi ścierniskiem i falistymi wzgórzami poprzecinanymi masą kamiennych murków. W Fillory codziennie w południe jest zaćmienie słońca, a jedna pora roku może trwać setki lat. W niebo celują pozbawione liści drzewa. Jasnozielone morze uderza falami w wąskie białe plaże pokryte pokruszonymi muszlami. W Fillory rzeczy mają znaczenie, inaczej niż w tym świecie. Kiedy coś tam się dzieje, czujesz właściwe emocje. Szczęście to rzeczywista, osiągalna możliwość. Przychodzi, kiedy je zawołasz. A tak naprawdę nigdy cię nie opuszcza.

Zatrzymali się przed domem. Stał w tej bardziej luksusowej części Brooklynu, o szerokich chodnikach i cienistych drzewach. Zbudowano go z cegły – jedyny wolno stojący budynek wśród rzędów kamienic z piaskowca. Słynął w okolicy, ponieważ odegrał pewną rolę w krwawej i kosztownej bitwie brooklyńskiej. Zdawał się delikatnie ganić samochody i lampy uliczne, roztaczając wokół siebie aurę wytwornej holenderskiej przeszłości.

Gdyby to była powieść o Fillory – pomyślał Quentin tak dla porządku – to właśnie w tym domu znajdowałoby się tajemne przejście do innego świata. Starzec, który tu mieszka, okazałby się uprzejmy i ekscentryczny, raz po raz rzucałby tajemnicze uwagi, a kiedy zająłby się czymś, Quentin trafiłby na pewno na tajemniczą szafę albo zaklęty wyciąg kuchenny, albo coś tam, przez co mógłby zerknąć zachłannym okiem na czyste łono innego świata.

Tyle że to nie była powieść o Fillory.

– No to zgotujcie im hades – powiedziała Julia.

Miała na sobie niebieskie palto z okrągłym kołnierzem. Wyglądała w nim jak francuska uczennica.

– Zobaczymy się może w bibliotece.

– Powodzenia.

Trącili się żółwikami. Julia spuściła wzrok zażenowana. Wiedziała, co Quentin czuje, a Quentin wiedział, że ona wie, więc nie zostało nic więcej do powiedzenia. Udając, że fascynuje go zaparkowany samochód, przeczekał jej pożegnalny całus z Jamesem – położyła mu rękę na piersi i stanęła na palcach jak gwiazdka niemego kina – po czym razem z przyjacielem ruszył powoli betonową ścieżką prowadzącą do wejścia.

James objął Quentina ramieniem.

– Wiem, co myślisz – powiedział szorstko. Quentin był wyższy, natomiast James szerszy, mocniej zbudowany, więc udało mu się wytrącić ciało Quentina z równowagi. – Myślisz, że nikt cię nie rozumie. Ale ja cię rozumiem. – Ścisnął niemal po ojcowsku ramiona przyjaciela. – Tylko ja cię rozumiem.

Quentin nie odpowiedział. Zazdrościł Jamesowi, a równocześnie nie potrafił go nienawidzić, ponieważ oprócz urody i rozumu James miał w sobie coś jakby zwyczajną dobroć. Pod jakimś względem przypominał Quentinowi Martina Chatwina. Skoro jednak James był Chatwinem, kim w takim razie był Quentin? Prawdziwy problem z Jamesem polegał na tym, że zawsze to on grał rolę bohatera. I jaki miało się wtedy wybór? Pozostawało być albo wiernym giermkiem, albo czarnym charakterem.

Quentin zadzwonił do drzwi. Gdzieś w czeluściach mrocznego domostwa rozległ się cichy metaliczny dźwięk. Staromodny dzwonek analogowy. Quentin powtarzał w myślach listę zajęć pozalekcyjnych, postawionych sobie celów i tak dalej. Przygotował się idealnie do tej rozmowy pod każdym możliwym względem, może wyjąwszy niewysuszone włosy, jednak teraz, kiedy ujrzał przed samym nosem dojrzały owoc tych wszystkich przygotowań, nagle stracił na niego ochotę. Nie zaskoczyło go to. Przywykł do tego uczucia rozczarowania – kiedy odwalił już całą pracę, żeby coś osiągnąć, nagle przestawało mu na tym zależeć. To uczucie prześladowało go bezustannie. Było jedną z niewielu rzeczy, na których mógł polegać.

Wejścia strzegły przygnębiająco zwyczajne małomiasteczkowe drzwi z siatki. Po obu stronach, wbrew ogrodniczej logice, nadal kwitły pomarańczowe i fioletowe cynie rozmieszczone w przypadkowych konfiguracjach na klombach z czarną ziemią. To dziwne, że nadal kwitną, chociaż jest listopad, pomyślał Quentin bez śladu zaciekawienia. Schował gołe ręce w rękawy płaszcza i wetknął końce rękawów pod pachy. Choć było tak zimno, że powinien spaść śnieg, zaczął padać deszcz.

Pięć minut później nadal padało. Quentin zapukał ponownie do drzwi, po czym pchnął je lekko. Uchyliły się, poczuł powiew ciepłego powietrza. I ciepły owocowy zapach obcego domu.

– Halo? – zawołał. Wymienili z Jamesem spojrzenia. Pchnął drzwi nieco mocniej.

– Może dajmy mu jeszcze minutę.

– Kto zajmuje się czymś takim w wolnym czasie? – spytał Quentin. – Założę się, że to pedofil.

W holu panowała ciemność i cisza, wszelkie dźwięki tłumiły orientalne dywany. Nadal stojąc na zewnątrz, James nacisnął dzwonek. Nikt nie zareagował.

– Chyba nikogo nie ma – powiedział Quentin. Ponieważ James nie wchodził do środka, on tym bardziej chciał tam wejść. Pomyślał, że jeśli człowiek, z którym mieli się spotkać, okaże się strażnikiem wejścia do Fillory, to wielka szkoda, że nie włożył wygodniejszych butów.

Na wprost schody na górę. Po lewej sztywna, wyglądająca na nieużywaną jadalnia, po prawej przytulna bawialnia ze skórzanymi fotelami i rzeźbioną szafą wysokości człowieka. Interesujące. Połowę ściany zajmowała stara mapa morska, sięgała powyżej głowy Quentina, z ozdobną różą wiatrów w rogu. Pomacał ścianę w poszukiwaniu włącznika światła. W rogu stało krzesło, lecz nie usiadł na nim.

Wszystkie żaluzje były opuszczone. Panowała tu ciemność, nie taka jak w domu z zaciągniętymi zasłonami, ale taka prawdziwa, nocna, jakby słońce już zaszło albo jakby w chwili, kiedy przekroczył próg, nastąpiło zaćmienie. Powoli wszedł do bawialni. Za chwilę wyjdzie na zewnątrz i znów zacznie wołać. Za małą chwilkę. Teraz jednak musi spojrzeć. Ciemność napierała na niego jak naelektryzowana chmura.

Zobaczył ogromną szafę, tak wielką, że można by do niej wejść. Położył rękę na małej podrapanej mosiężnej gałce. Nie była zamknięta na klucz. Palce mu zadrżały. Le roi s’amuse. Nie mógł się powstrzymać. Miał wrażenie, że świat obraca się wokół niego, jakby całe jego życie prowadziło właśnie do tej chwili.

Okazało się, że jest to szafa na alkohol. Wielka, w zasadzie w środku mieścił się cały bar. Dla pewności Quentin włożył rękę za rzędy cicho pobrzękujących butelek i pomacał suchą nierówną płytę pilśniową z tyłu. Okazała się twarda, pozbawiona wszelkich magicznych cech. Posapując, zamknął drzwi, twarz mu pałała w ciemności. Dopiero kiedy się odwrócił, chcąc się upewnić, że nikt go nie obserwuje, zauważył na podłodze ciało.

Piętnaście minut później w holu panowało zamieszanie. Quentin siedział w kącie na krześle jak żałobnik na pogrzebie obcej osoby. Oparł tył głowy o chłodną ścianę, jakby to był jego jedyny punkt styczności z rzeczywistością. James stał obok niego. Sprawiał takie wrażenie, jakby nie wiedział, co zrobić z rękami. Nie patrzyli na siebie.

Stary mężczyzna leżał na podłodze na plecach. Miał wydatny brzuch i posiwiałą zwariowaną fryzurę Einsteina. Wokół niego kucało troje ratowników, dwóch mężczyzn i kobieta, rozbrajająco, niemal niestosownie ładna – w tej ponurej scenerii wydawała się nie na miejscu, jakby została obsadzona w niewłaściwej roli. Ratownicy robili swoje, choć nie była to błyskawiczna akcja mająca na celu ocalenie życia. To był ten inny rodzaj aktywności, obowiązkowa, choć nieskuteczna resuscytacja. Mruczeli do siebie coś cicho, pakowali sprzęt, odrywali plastry, wyrzucali zużyte igły do pojemnika na odpady medyczne.

Wyćwiczonym zdecydowanym ruchem jeden z mężczyzn ekstubował trupa. Usta starzec miał otwarte, Quentin widział jego szare martwe gardło. Poczuł coś. Nawet w duchu nie chciał przyznać, że to słaby, gorzki zapach kupy.

– Źle to wygląda – stwierdził James, zresztą nie po raz pierwszy.

– Tak – przytaknął Quentin grubym głosem. – Niezwykle źle. – Miał wrażenie, że wargi i zęby ma zupełnie zdrętwiałe.

Jeśli się nie ruszy, nie zostanie w to bardziej wmieszany, więc starał się oddychać powoli i siedzieć nieruchomo. Patrzył prosto przed siebie, usiłując nie przyglądać się temu, co działo się w bawialni. Wiedział, że jeśli popatrzy na Jamesa, zobaczy wierne odbicie stanu swojego umysłu, niekończący się korytarz paniki, który prowadzi donikąd. Zastanawiał się, kiedy będzie odpowiedni moment, żeby wyszli. Prześladował go wstyd, że wszedł do tego domu niezaproszony. Zupełnie jakby czyniło go to odpowiedzialnym za śmierć mężczyzny.

– Nie powinienem mówić, że to pedofil – powiedział na głos. – To niewłaściwe.

– Bardzo niewłaściwe – zgodził się James. Mówili powoli, jakby obaj po raz pierwszy porozumiewali się w tym języku.

Jeden z ratowników podniósł się z kucek. Kobieta. Quentin patrzył, jak się prostuje, przyciskając dłonie do krzyża, po czym przekrzywia głowę raz na jedną stronę, raz na drugą. Potem ruszyła powoli w ich kierunku, zdejmując po drodze gumowe rękawiczki.

– Nie żyje – oznajmiła wesoło. Sądząc z akcentu, pochodziła z Anglii.

Quentin odchrząknął. Kobieta cisnęła rękawiczki do kosza na śmieci stojącego po drugiej stronie pokoju. Trafiła.

– Co mu się stało?

– Udar. Miły, szybki sposób odejścia, skoro trzeba odejść. A on musiał. Nie wylewał za kołnierz.

Wykonała dłonią gest wychylania kieliszka.

Policzki jej poczerwieniały od kucania nad ciałem. Mogła mieć najwyżej dwadzieścia pięć lat. Ubrana była w granatową zapinaną koszulę z krótkim rękawem, starannie wyprasowaną i z jednym guzikiem nie od kompletu. Stewardesa na pokładzie lotu prosto do piekła. Quentinowi przeszkadzała jej atrakcyjność. Z nieładnymi kobietami wszystko jest o tyle łatwiejsze – nie trzeba cierpieć z powodu ich nieosiągalności. Ale ratowniczkę trudno by uznać za nieładną. Była blada i chuda, i irracjonalnie śliczna, z szerokimi, absurdalnie seksownymi ustami.

– Przykro mi. – Quentin nie wiedział, co powiedzieć.

– Dlaczego ci przykro? – spytała. – Zabiłeś go?

– Przyszedłem tu na rozmowę. Przesłuchiwał kandydatów do Princeton.

– Więc co cię to obchodzi?

Quentin się zawahał. Zastanawiał się, czy przypadkiem nie odczytał źle założenia tej rozmowy. Wstał, co należało zrobić od razu, gdy podeszła. Był od niej dużo wyższy. Nawet w tych okolicznościach sadzi się za bardzo jak na ratowniczkę, pomyślał. Nie jest przecież lekarzem. Miał ochotę poszukać wzrokiem jej identyfikatora, nie chciał jednak zostać przyłapany na wpatrywaniu się w jej biust.

– Osobiście nic mnie to nie obchodzi, niemniej przywiązuję pewne znaczenie do życia ludzkiego jako abstrakcji – powiedział ostrożnie. – Dlatego choć nie znałem go osobiście, chyba mogę powiedzieć, że przykro mi, iż umarł.

– A jeśli to był potwór? Może naprawdę był pedofilem?

Słyszała ich.

– Może. A może to był miły facet. Może był święty.

– Może.

– Pewnie ma pani wiele do czynienia z trupami. – Kątem oka zauważył, że James przysłuchuje się tej rozmowie wyraźnie zbity z tropu.

– Nie, ta praca polega na tym, żeby utrzymać ich przy życiu. Tak nam przynajmniej wmawiają.

– To musi być ciężkie zajęcie.

– Martwi sprawiają dużo mniej kłopotu.

– Są cichsi.

– Właśnie.

Wyraz jej oczu nie pasował do tego, co powiedziała. Przyglądała mu się.

– Słuchaj – wtrącił się James. – Chyba powinniśmy już iść.

– Co się wam tak spieszy? – spytała. Nie odrywała wzroku od Quentina. W przeciwieństwie do praktycznie wszystkich ludzi wykazywała większe zainteresowanie nim niż Jamesem. – Ten facet chyba coś dla was zostawił.

Ze stolika z marmurowym blatem podniosła dwie duże koperty z malinowego papieru. Quentin zmarszczył brwi.

– Nie sądzę.

– Powinniśmy chyba iść – powiedział James.

– Już to mówiłeś – stwierdziła ratowniczka.

James otworzył drzwi. Zimne powietrze okazało się miłą odmianą. Wydawało się prawdziwe. Tego właśnie potrzebował Quentin: więcej realności. Mniej tego, co się tu działo.

– Powaga – powiedziała kobieta. – Uważam, że powinniście je wziąć. To może być coś ważnego.

Nie spuszczała wzroku z twarzy Quentina. Dzień wokół nich zamarł. Na werandzie było zimno i nieco wilgotno, a on stał jakieś dziesięć metrów od prawdziwego trupa.

– Słuchaj, musimy już iść – upierał się James. – Dzięki. Na pewno zrobiliście wszystko co w waszej mocy.

Ratowniczka miała ciemne włosy zaplecione w dwa ciężkie warkocze, na palcu błyszczący pierścionek z żółtym oczkiem, a na nadgarstku wymyślny stary srebrny zegarek. Do tego mały i spiczasty nos i podbródek. I trzymała w ręku dwie koperty z wypisanymi mazakiem ich nazwiskami. Zapewne zawierały odpisy ocen, poufne rekomendacje. Z jakichś powodów – może dlatego, że wiedział, iż James tego nie zrobi – Quentin wziął kopertę ze swoim nazwiskiem.

– No już, żegnam! – oznajmiła śpiewnie ratowniczka. Obróciła się na pięcie, weszła do domu i zamknęła drzwi. Zostali na schodach.

– I? – James odetchnął głęboko.

Quentin kiwnął głową, jakby się zgadzał z tym, co powiedział James. Powoli ruszyli ścieżką w stronę ulicy. Nadal czuł się oszołomiony. Niespecjalnie miał ochotę rozmawiać.

– Słuchaj – odezwał się James. – Chyba nie powinieneś był tego wziąć.

– Wiem – odparł Quentin.

– Jeszcze możesz ją zwrócić. No wiesz, bo co będzie, jak się dowiedzą?

– Jak niby mają się dowiedzieć?

– Nie wiem.

– Kto wie, co jest w środku? Może coś użytecznego.

– W takim razie dobrze, że ten facet umarł – parsknął z irytacją James.

Minęli następną przecznicę, nie mówiąc ani słowa, wściekli na siebie, choć nie chcieli się do tego przyznać. Chodnik był mokry, a niebo białe od deszczu. Quentin wiedział, że nie należało brać tej koperty. Złościł się w duchu na siebie, że ją wziął. I na Jamesa, że nie wziął swojej.

– Słuchaj, zobaczymy się później – oznajmił James. – Chcę złapać Julię w bibliotece.

– Jasna sprawa.

Podali sobie oficjalnie ręce. Pożegnanie sprawiło dziwnie ostateczne wrażenie. Quentin ruszył powoli Pierwszą Ulicą. Ktoś umarł w domu, z którego właśnie wyszedł. Nadal wydawało mu się, że to tylko taki sen. Uświadomił sobie – jeszcze jeden powód do wstydu – że w gruncie rzeczy czuje ulgę, że dziś nie musiał odbyć rozmowy kwalifikacyjnej do Princeton.

Zmierzchało. Słońce zachodziło już za szarą skorupą chmur, które spowijały Brooklyn. Po raz pierwszy od godziny Quentin pomyślał o rzeczach, które musiał dziś jeszcze zrobić: zadanie z fizyki, wypracowanie z historii, e‍-maile, zmywanie, pranie. Ciężar tych czynności przytłoczył go beznadziejnie w studni grawitacyjnej zwyczajnego świata. Będzie musiał wyjaśnić rodzicom, co się stało, a oni – w sposób, którego nigdy nie zdołał pojąć, a zatem nie potrafił też efektywnie się bronić – sprawią, że będzie się czuł, jakby to była jego wina. Wszystko będzie jak zwykle. Pomyślał o Jamesie, który spotka się z Julią w bibliotece. Będzie pracować nad wypracowaniem o kulturze zachodniej dla pana Karrasa – projekt obliczony na sześć tygodni wykona w ciągu dwóch bezsennych nocy i dni. Choć z całych sił pragnął, żeby Julia należała do niego, a nie do Jamesa, nigdy nie potrafił sobie tak dokładnie wyobrazić, jak mógłby ją zdobyć. W tej najbardziej prawdopodobnej z jego fantazji James umierał, nagle i bezboleśnie, a Julia szlochała bezradnie na ramieniu Quentina.

Idąc, odwinął czerwony sznurek zamykający kopertę. Zobaczył od razu, że to nie jest odpis jego ocen ani żaden inny oficjalny dokument. W kopercie znajdował się notatnik. Wyglądał na stary, brzegi miał tak wytarte, że zrobiły się gładkie i zaokrąglone, okładkę odbarwioną.

Na pierwszej stronie ujrzał odręczny napis wykonany czerwonym atramentem:

Czarodzieje

Księga szósta Fillory i dalej

Atrament z czasem zrobił się brązowy. Żadna z książek Christophera Plovera, które Quentin znał, nie nosiła tytułu Czarodzieje. Zresztą każdy kujon wiedział, że seria składa się z pięciu tomów.

Kiedy przewrócił kartkę, z notesu wyleciał złożony na pół kawałek białego papieru. Porwał go wiatr, przypłaszczył na chwilę do metalowego ogrodzenia, a potem zaniósł dalej.

Płot należał do ogrodu, trójkątnego skrawka ziemi, zbyt wąskiego i o zbyt dziwnym kształcie, żeby stanowił atrakcję dla developerów. Prawa własności do niego stanowiły prawdziwą czarną dziurę w systemie prawnym, więc wiele lat temu został po prostu przejęty przez wspólnotę przedsiębiorczych mieszkańców, którzy wywieźli kwaśny piach, stanowiący podłoże Brooklynu, i zastąpili żyzną ziemią z północy stanu. Przez jakiś czas hodowali tu dynie i pomidory, i wiosenne kwiaty i grabili małe japońskie ogródki zen, choć ostatnio się zaniedbali i zieleniec porosły odporne na wszystko miejskie chwasty. Przeprowadziły bezwzględną inwazję, dusząc słabszych, bardziej egzotycznych rywali. Właśnie w ten zarośnięty trójkąt poleciała kartka papieru i zniknęła.

O tej porze roku wszystkie rośliny albo już się zeschły, albo właśnie się zsychały, nawet chwasty. Quentin brodził w nich po pas, suche łodygi czepiały się jego spodni. Deptał butami potłuczone brązowe szkło. Przyszło mu do głowy, że kartka mogła zawierać numer telefonu seksownej ratowniczki. Ogród był wąski, ale zaskakująco długi. Rosły tu trzy czy cztery duże drzewa, a im dalej szedł, tym robiło się mroczniej i chaszcze stawały się bardziej gęste.

Zauważył kartkę, wysoko, przylepioną do treliażu z zeschniętym bluszczem. Pomyślał, że pewnie przeleci przez płot, poza ogród, nim on się do niej dostanie. Zadzwoniła jego komórka – tata – lecz zignorował ją. Kątem oka chyba zobaczył, jak coś przefruwa za paprocią, dużą i niezdrowo bladą, jednak kiedy odwrócił głowę, zniknęło. Przedzierał się przez trupy mieczyków, petunii, sięgających mu do ramion słoneczników, krzewów róż – łamliwe sztywne łodygi i martwe kwiaty zamarznięte jak na drukowanym wzorze.

Pomyślał, że chyba się już przebił do Siódmej Alei. Brnął dalej, potykając się o jakieś egzotyczne krzaki. Trujący bluszcz, akurat tego najbardziej w tej chwili potrzebował. Wśród suchych łodyg zauważył gdzieniegdzie absurdalnie zielone rośliny, diabli wiedzą skąd czerpiące siły życiowe. Poczuł w powietrzu coś słodkiego.

Zatrzymał się. Nagle zrobiło się cicho. Nie słyszał klaksonów, muzyki, syren. Jego telefon przestał dzwonić. Zmarzł okropnie, zgrabiały mu palce. Zawrócić czy iść dalej? Ruszył przed siebie, przedarł się przez żywopłot, zamykając oczy i osłaniając twarz przed gałązkami. Potknął się o coś. Wystający kamień. Nagle zrobiło mu się niedobrze. Pocił się.

Kiedy otworzył oczy, stał na skraju wielkiego, idealnie równego zielonego trawnika otoczonego drzewami. Odurzył go zapach świeżej trawy. W twarz świeciło mu gorące słońce.

Słońce, które wisiało pod niewłaściwym kątem. I gdzie, u licha ciężkiego, podziały się chmury? Widział przed sobą oślepiający błękit. W uchu wewnętrznym wirowało mu nieprzyjemnie, czemu towarzyszyły mdłości. Wstrzymał na kilka chwil oddech, potem wypuścił z płuc lodowate zimowe powietrze i odetchnął upałem lata. W powietrzu unosiła się masa pyłków. Kichnął.

Po drugiej stronie wielkiego trawnika stał wielki dom zbudowany z kamienia miodowej barwy. Dach z szarych dachówek składał się z licznych kominów, szczytów, wieżyczek i spadzistych płaszczyzn. Pośrodku tkwiła wysoka dostojna wieża zegarowa, która nawet w oczach Quentina sprawiała wrażenie niepasującego dodatku. Osadzono w niej zegar w stylu weneckim: jedna spiczasta wskazówka krążąca po tarczy z dwudziestoma czterema godzinami oznaczonymi za pomocą rzymskich cyfr. Nad jednym skrzydłem budynku wznosiła się zielona od śniedzi miedziana kopuła obserwatorium. Dom odgradzało od trawnika kilka tarasów, żywopłotów i fontann.

Quentin był w zasadzie pewien, że jeśli przez kilka sekund postoi nieruchomo, wszystko wróci do normy. Zastanawiał się, czy przechodzi właśnie jakiś złowieszczy atak neurologiczny. Obejrzał się ostrożnie przez ramię. Nie zobaczył ogrodu, tylko dęby o wielkich liściach, straż przednią najwyraźniej bardzo poważnej puszczy. Poczuł, jak spod pachy spływa mu po żebrach strumyczek potu. Co za upał.

Rzucił torbę na trawę i strząsnął z ramion płaszcz. W ciszy zaćwierkał leniwie jakiś ptak. Piętnaście metrów dalej o drzewo opierał się wysoki chudy nastolatek. Palił papierosa i przyglądał się Quentinowi.

Byli chyba w tym samym wieku. Nieznajomy miał na sobie zapinaną koszulę ze spiczastym kołnierzykiem w bardzo cienkie i bardzo blade różowe prążki. Nie patrzył na Quentina, po prostu zaciągał się papierosem i wydmuchiwał dym w letnie powietrze. Upał najwyraźniej mu nie przeszkadzał.

– Hej! – zawołał Quentin.

Chłopak spojrzał na niego. Uniósł lekko podbródek na powitanie, ale nie odpowiedział.

Quentin ruszył ku niemu tak nonszalancko, jak tylko się dało. Nie chciał wyglądać na kogoś, kto nie ma zielonego pojęcia, co się dzieje. Nawet bez płaszcza pocił się jak mysz. Czuł się niczym nieadekwatnie odziany angielski odkrywca próbujący zrobić wrażenie na sceptycznie nastawionym tubylcu. Jedno musiał jednak ustalić od razu.

– Czy to…? – Odchrząknął. – Czy to jest Fillory?

Zmrużył oślepione słońcem oczy.

Młody człowiek popatrzył na niego bardzo poważnie. Ponownie zaciągnął się głęboko papierosem, po czym powoli pokręcił głową, wydmuchując dym.

– Nie – powiedział. – To stan Nowy Jork. Północna część.

Brakebills

Nie roześmiał się. Później Quentin to docenił.

– Północna część? – powtórzył niepewnie. – Gdzie? Vassar?

– Widziałem, jak przechodziłeś – odparł młody człowiek. – Chodź, musisz iść do Domu.

Odrzucił niedopałek papierosa i ruszył przez trawnik. Nie obejrzał się, żeby sprawdzić, czy Quentin za nim idzie. Quentin w pierwszej chwili został w miejscu, po czym nagły strach, że zostanie całkiem sam, sprawił, że pobiegł truchtem, aby go dogonić.

Trawnik był ogromny, wielkości chyba z sześciu boisk do piłki nożnej. Quentin miał wrażenie, że szli nim całą wieczność. Słońce świeciło mu w kark.

– Więc jak się nazywasz? – spytał młody człowiek tonem, który dobitnie świadczył o tym, że guzik go obchodzi odpowiedź.

– Quentin.

– Jak miło. A jesteś z?

– Brooklynu.

– Ile masz lat?

– Siedemnaście.

– Jestem Eliot. Nie mów mi nic więcej o sobie, nie chcę wiedzieć. Nie chcę się w to mieszać.

Quentin musiał chwilami przyspieszać, żeby dotrzymać Eliotowi kroku. Coś dziwnego było z twarzą tego chłopaka. Trzymał się bardzo prosto, ale usta miał z jednej strony wykrzywione w trwałym grymasie, który odsłaniał zęby sterczące pod zaskakującymi kątami, do wewnątrz i na zewnątrz. Wyglądał jak dziecko lekko uszkodzone kleszczami porodowymi.

Jednakże pomimo dziwnego wyglądu roztaczał wokół siebie aurę tak naturalnego opanowania, że Quentin natychmiast zapragnął być z nim w przyjaźni albo może po prostu być nim, kropka. Najwyraźniej Eliot należał do ludzi, którzy czują się na świecie na swoim miejscu – emanował naturalną pogodą ducha, podczas gdy Quentin czuł się cały czas tak, jakby z wysiłkiem płynął pieskiem, próbując złapać oddech.

– Co to za miejsce? – spytał. – Mieszkasz tutaj?

– Masz na myśli Brakebills? – odparł Eliot niefrasobliwie. – Tak, chyba tak. – Przebrnęli wreszcie przez trawnik. – Jeśli można to tak określić.

Poprowadził Quentina w głąb cienistego labiryntu, który tworzyły wysokie żywopłoty. Krzaki zostały starannie przycięte w wąskie, fraktalnie rozchodzące się korytarze o skomplikowanym przebiegu, które od czasu do czasu otwierały się w małe cieniste alkowy i dziedzińce. Przez gęste listowie nie przedostawało się światło, tylko tu i ówdzie na ścieżkę padał ciężki żółty pas słońca. Minęli szemrzącą fontannę ze zniszczoną ponurą figurą z białego kamienia.

Dobre pięć minut trwało, nim przez wyjście strzeżone przez dwa krzaki, w kształcie stojących na tylnych łapach niedźwiedzi, wyszli z labiryntu prosto na kamienny taras ukryty w cieniu wielkiego domu, który Quentin widział z oddali. Powiew wiatru sprawił, że jeden z wysokich liściastych niedźwiedzi jakby zwrócił lekko głowę w jego kierunku.

– Dziekan zapewne zjawi się za chwilę – powiedział Eliot. – Chcesz mojej rady? Siedź tutaj – wskazał na zniszczoną kamienną ławkę takim gestem, jakby kazał zostać nazbyt przyjacielskiemu psu – i spróbuj wyglądać, jakbyś wiedział, gdzie jesteś. A jeśli mu powiesz, że paliłem, wygnam cię do najniższego kręgu piekieł. Nigdy tam nie byłem, ale jeśli choć połowa z tego, co słyszałem, jest prawdą, musi tam być równie okropnie jak na Brooklynie.

Eliot zniknął w labiryncie, a Quentin posłusznie usiadł na ławce. Wpatrywał się w szare kamienne płyty tarasu widoczne między jego wyjściowymi czarnymi butami. Plecak i płaszcz trzymał na kolanach. To niemożliwe, pomyślał z przerażającą klarownością. Pomyślał te słowa, lecz nie miały żadnego punktu oparcia w otoczeniu. Czuł się, jakby przeżywał właśnie całkiem miły odjazd po narkotykach. Na płytach tarasu znajdował się skomplikowany wzór pnączy, a może słowa wypisane niezwykle zawiłą kaligrafią, tak zatarte ze starości, że nie do odczytania. W powietrzu tańczyły pyłki i maleńkie nasionka. Jeśli to halucynacja, pomyślał Quentin, to o cholernie dobrej rozdzielczości.

Jej najdziwniejszą częścią była cisza. Choć nasłuchiwał uważnie, nie słyszał ani jednego samochodu. Miał wrażenie, że patrzy na film, w którym wyłączono ścieżkę dźwiękową.

Przeszklone drzwi zabrzęczały kilka razy, po czym stanęły otworem. Na taras wyszedł wysoki gruby mężczyzna w garniturze z kory.

– Dzień dobry – powiedział. – Ty zapewne jesteś Quentin Coldwater.

Mówił bardzo poprawnie, jakby żałował, że nie posiada angielskiego akcentu, choć jego pretensjonalność nie sięgała tak daleko, by go udawać. Miał łagodną otwartą twarz i rzedniejące jasne włosy.

– Tak, sir. – Quentin nigdy jeszcze nie zwrócił się do dorosłego czy w ogóle do kogokolwiek per „sir”, lecz nagle wydało mu się to bardzo stosowne.

– Witamy w college’u Brakebills – powiedział mężczyzna. – Zapewne o nas słyszałeś.

– W zasadzie nie – odparł Quentin.

– No cóż, zostałeś dopuszczony do egzaminów wstępnych. Zgadzasz się do nich przystąpić?

Quentin nie miał pojęcia, co odpowiedzieć. Akurat do takiego pytania nie przygotował się dziś rano.

– Nie wiem – rzekł, mrugając w oszołomieniu. – To znaczy chyba nie jestem pewien.

– Całkowicie zrozumiała odpowiedź, obawiam się jednak, że nie do przyjęcia. Musisz powiedzieć tak lub nie. – Po czym dodał z nadzieją w głosie: – To tylko egzaminy.

Quentin poczuł silne przekonanie, że jeśli powie „nie”, ten świat zniknie, nim przebrzmi dźwięk jego głosu, a on znów będzie stał w zimnym deszczu i psim gównie na Pierwszej Ulicy, zastanawiając się, dlaczego jeszcze przed chwilą wydawało mu się, że czuje na karku gorące promienie słońca. Nie był na to gotowy. Jeszcze nie.

– Tak, jasne – powiedział. Nie chciał się wydać nadgorliwy. – Tak.

– Świetnie. – Mężczyzna ewidentnie należał do tych na pozór pogodnych ludzi, których pogoda ducha nie sięga nigdy oczu. – W takim razie zaczynajmy. Nazywam się Henry Fogg… tylko bez żartów, proszę. Zapewniam, że słyszałem już wszystkie. Możesz się do mnie zwracać „panie dziekanie”. Chodź za mną. Ty jesteś ostatni, jak sądzę – dodał.

Tak się złożyło, że Quentinowi nie przyszły do głowy żadne żarty. Wewnątrz domu było cicho i chłodno. Unosił się tu mocny korzenny zapach książek i orientalnych dywanów, i starego drewna, i tytoniu. Dziekan szedł energicznie przodem, z wyraźną niecierpliwością. Z minutę potrwało, nim oczy Quentina przyzwyczaiły się do zmiany oświetlenia. Przeszli przez zawieszoną olejnymi obrazami bawialnię, potem maszerowali wąskim korytarzem z boazerią, a potem kilkoma ciągami schodów. Wreszcie dotarli do ciężkich drewnianych drzwi.

W chwili gdy się otworzyły, Quentin poczuł, że wbijają się w niego setki oczu. Salę, długą i przewiewną, zapełniały pojedyncze ławki szkolne ustawione w rzędach. W każdej ławce siedział poważny nastolatek. Klasa nie przypominała tych, do jakich przywykł na Brooklynie, gdzie na ścianach wisiały tablice ogłoszeniowe i plakaty z kociakami zwisającymi z gałęzi i napisem „NIE PUSZCZAJ, KOCHANY”. Tu nic nie przysłaniało nagich kamiennych ścian, było bardzo jasno, a sama sala ciągnęła się i ciągnęła, i ciągnęła. Zupełnie jak w sztuczce z lustrami.

Większość nastolatków była w wieku Quentina i reprezentowała podobny luz, czy może jego brak, choć nie wszystkie. Zauważył kilku punków, z czubami lub ogolonych na łyso, sporo gotów i jednego z tych superżydów, chasyda. Zbyt wysoka dziewczyna w za dużych okularach w czerwonej oprawie uśmiechała się do wszystkich głupkowato. Kilka młodszych dziewczyn wyglądało, jakby właśnie przestały płakać. Jeden chłopak nie miał koszuli, a na jego plecach pyszniły się czerwono‍-zielone tatuaże. Jezu, pomyślał Quentin. Co za rodzice pozwolili na coś takiego? Inny siedział na elektrycznym wózku inwalidzkim, jeszcze inny nie miał lewej ręki. Ubrany był w ciemną koszulę, a jeden rękaw miał zwinięty i spięty srebrną spinką.

Wszystkie ławki wyglądały identycznie, na każdej leżał zwykły niebieski formularz testu i bardzo cienki, bardzo ostro zatemperowany ołówek numer 3. Pierwsza znana rzecz, jaką Quentin tu zauważył. Zostało jedno wolne miejsce, daleko na tyłach klasy. Usiadł tam i przysunął krzesło z ogłuszającym skrzypieniem. Miał wrażenie, że mignęła mu w tłumie twarz Julii, ale odwróciła się niemal natychmiast, a zresztą i tak nie było już czasu na takie rzeczy, bo dziekan Fogg odchrząknął znacząco.

– No dobrze – powiedział. – Kilka słów tytułem wstępu. Podczas egzaminu obowiązuje cisza. Możecie zaglądać do testów sąsiadów, jednak szybko się przekonacie, że będą zupełnie puste. Ołówki nie wymagają dodatkowego ostrzenia. Jeśli chcecie dostać szklankę wody, unieście w górę trzy palce, o tak. – Tu zademonstrował. – Nie martwcie się, że czujecie się nieprzygotowani. Do tego egzaminu nie można się przygotować, choć równie prawdziwe byłoby stwierdzenie, że przygotowywaliście się do niego przez całe życie. Skala ocen jest bardzo prosta: zaliczony lub nie. Jeśli zaliczycie, przejdziecie do drugiego etapu. Jeśli nie, a większość z was nie zaliczy, wrócicie do domów z wiarygodnym alibi oraz nielicznymi wspomnieniami z tego, co się tu działo. Egzamin trwać będzie dwie i pół godziny. Zaczynajcie.

Dziekan odwrócił się do tablicy i narysował na niej zegar. Quentin spojrzał na pusty formularz testu na swojej ławce. Nie był już pusty. Wypełniały go pytania: litery dosłownie pojawiały się na jego oczach, kiedy patrzył na czysty papier.

W klasie rozległ się głośny szelest przewracanych kartek, jakby do lotu poderwało się stado ptaków. Wszystkie głowy się pochyliły. Quentin rozpoznał ten ruch. Gest zajadłych kujonów – pogromców egzaminów – ruszających na łowy.

I dobrze. Znalazł się wśród swoich.

Quentin nie planował spędzić tego popołudnia – czy poranka, czy co to była za pora dnia – na wypełnianiu zestandaryzowanego testu na nieznany temat dla niezidentyfikowanej instytucji edukacyjnej w jakiejś innej strefie klimatycznej, gdzie nadal panowało lato. Miał odmrażać sobie dupę na Brooklynie i odbyć rozmowę kwalifikacyjną do Princeton z pewnym starym obywatelem, obecnie już nieżyjącym. Ale logika wydarzeń przytłoczyła wszystkie inne troski bez względu na to, jak dobrze ugruntowane. On zaś nigdy nie podważał zasadności logiki.

Znaczna część testu domagała się wykonywania obliczeń, elementarnych z punktu widzenia Quentina tak niesamowicie dobrego z matematyki, że liceum musiało powierzyć część jego edukacji Brooklyn College. Nic bardziej niebezpiecznego niż zaawansowana geometria różniczkowa i kilka dowodów algebraicznych. W teście znajdowały się też bardziej egzotyczne pytania. Niektóre wydawały się zupełnie bezsensowne. W jednym z nich zaprezentowana została zakryta karta – nie prawdziwa, tylko rysunek jej grzbietu, rozumiecie, a na nim standardowo dwa anioły na rowerach – i polecenie jej odgadnięcia. Jaki to miało sens?

Gdzieś dalej cytatowi z Burzy towarzyszyło polecenie stworzenia wymyślonego języka i przełożenia na niego tekstu Szekspira. Potem następowały pytania o gramatykę i ortografię tego języka, a jeszcze potem – słowo honoru, o co tu chodziło? – o geografię, kulturę i stosunki społeczne panujące w wymyślonym kraju, gdzie posługiwano się tym językiem. Potem Quentin musiał przetłumaczyć z powrotem cytat na angielski, zwracając szczególną uwagę na wszelkie zniekształcenia gramatyczne, jakie powstały w tym procesie, dobór słów i ich znaczenie. Poważnie. Zawsze na testach dawał z siebie wszystko, jednak w tym przypadku nie był pewien, co mianowicie powinien z siebie dać.

Test zmieniał się w miarę wypełniania. Część poświęcona czytaniu ze zrozumieniem znikała w miarę czytania, po czym następowały pytania o to, co przeczytał. Zapewne jakiś nowy rodzaj skomputeryzowanego arkusza testowego – czy nie czytał gdzieś, że ktoś nad tym pracuje? Cyfrowy atrament? Cóż, rozdzielczość była świetna. Kazano mu narysować królika, ale ten nie chciał usiedzieć w miejscu, kiedy go wykańczał – jak tylko narysował mu łapy, zaczął się obleśnie drapać, a potem skakać po całej stronie, podgryzając inne pytania. Quentin musiał go gonić ołówkiem, by skończyć cyzelowanie futra. W końcu, żeby go spacyfikować, narysował pospiesznie kilka rzodkiewek, a potem otoczył go płotkiem, aby siedział w miejscu.

Wkrótce zapomniał o wszystkim, skupiając się na wpisywaniu swym starannym charakterem pisma właściwych odpowiedzi przy kolejnych pytaniach i na zaspokajaniu wszelkich przewrotnych żądań stawianych przez test. Minęła godzina, nim choć podniósł wzrok znad papieru. Bolał go tyłek. Poruszył się na krześle, zauważył, że plamy słońca na podłodze zmieniły położenie.

Zmieniło się coś jeszcze. Kiedy zaczynał test, w każdej ławce siedział nastolatek, natomiast teraz niektóre stały puste. Nie zauważył, żeby ktoś wychodził. W żołądku uformował mu się zimny kryształ wątpliwości. Jezu, musieli oblać. Nie przywykł do wyrzucania z klasy. Dłonie zaczęły mu się pocić, więc wytarł je o uda. Kim są ci ludzie?

Kiedy przewrócił kolejną kartkę testu, następna strona okazała się pusta, widniało na niej tylko jedno słowo na samym środku – KONIEC – wypisane pełnym zawijasów pismem, jak w starych filmach.

Odchylił się na krześle i przycisnął bolące wnętrza dłoni do bolących oczu. No cóż, minęły dwie godziny jego życia i nigdy ich już nie odzyska. Nie zauważył, żeby ktoś wstawał i wychodził, niemniej klasa wydawała się poważnie przetrzebiona. Wyszło chyba z pięćdziesiąt osób, teraz więcej było pustych ławek niż zajętych. Zupełnie jakby ktoś po cichu wyślizgiwał się z klasy za każdym razem, kiedy odwrócił głowę. Punk z tatuażami i bez koszuli nadal siedział na swoim miejscu. Najwyraźniej skończył albo się poddał i teraz zabawiał się zamawianiem licznych szklanek wody. Na blacie jego ławki stało ich pełno. Quentin przez ostatnie dwadzieścia minut egzaminu wyglądał przez okno i ćwiczył obracanie ołówka między palcami.

Wreszcie wrócił dziekan.

– Z radością informuję, że wszyscy przechodzicie do następnego etapu – oznajmił. – Będzie to egzamin indywidualny, przeprowadzony przez ciało pedagogiczne Brakebills. A tymczasem możecie porozmawiać i pokrzepić się.

Quentin naliczył tylko dwadzieścia dwie zajęte ławki, czyli pewnie z jedną dziesiątą początkowej grupy. Wszedł cichy, komicznie poprawny kamerdyner w białych rękawiczkach i zaczął krążyć po klasie. Podał każdemu drewnianą tacę z kanapką – pieczona papryka chili i bardzo świeża mozzarella oraz chleb na zakwasie – przysadzistą gruszką i grubym kawałkiem ciemnej gorzkiej czekolady. Nalewał każdemu szklankę czegoś mętnego i gazowanego z małych butelek bez nalepek. Okazało się, że to napój grejpfrutowy.

Quentin wziął swój lunch i przeszedł do pierwszego rzędu, gdzie zebrała się większość egzaminowanych. Czuł żałosną ulgę, że zaszedł tak daleko, choć nie miał pojęcia, dlaczego zdał, a inni oblali, ani co właściwie zdawał. Kamerdyner cierpliwie zbierał na tacę pobrzękujące, chlupoczące szklanki z ławki punka. Quentin poszukał wzrokiem Julii, ale albo nie przeszła, albo w ogóle jej tu nie było.

– Powinni narzucić limit – wyjaśniał punk, który miał na imię Penny. Jego łagodna rozmarzona twarz kłóciła się z poza tym przerażającym wyglądem. – O ile szklanek wody możesz poprosić. No wiecie, na przykład nie więcej niż pięć. Lubię wynajdywać takie gówno, miejsca, gdzie system idzie się pieprzyć z własnymi zasadami. – Wzruszył ramionami. – Zresztą nudziłem się. Test mi pokazał, że skończyłem już po dwudziestu minutach.

– Po dwudziestu minutach? – Quentin poczuł równocześnie podziw i zazdrość. – Jezu Chryste, mnie zabrał dwie godziny.

Punk znowu wzruszył ramionami i wykrzywił się: co niby mam powiedzieć?

Wśród zdających poczucie koleżeństwa walczyło z nieufnością. Niektórzy wymieniali się imionami, informacjami, skąd pochodzą, i ostrożnymi uwagami na temat testu, jednak im bliżej porównywali odpowiedzi, tym bardziej stawało się jasne, że każdy zdawał co innego. Pochodzili z całych Stanów, z wyjątkiem dwóch chłopaków z rezerwatu Inuitów w Saskatchewan. Łazili po klasie, opowiadając, jak się tu dostali. Nikt nie przybył tu w dokładnie taki sam sposób, lecz dawało się zauważyć jakieś ogólne podobieństwo. Szli szukać w zaułku zgubionej piłki albo zabłąkanej kozy w kanale irygacyjnym, albo sprawdzali, dokąd prowadzi jakiś dziwny dodatkowy kabel w pracowni komputerowej, i trafiali do szafy z serwerami, której wcześniej nie było. A potem pojawiała się zielona trawa i letni upał, i ktoś, kto ich tu przyprowadził.

Po lunchu do klasy zaczęli zaglądać nauczyciele. Wywoływali nazwiska. Według alfabetu, więc minęło parę minut, nim poważna kobieta po czterdziestce z ciemnymi włosami do ramion wezwała Quentina Coldwatera. Poszedł za nią do wąskiego, wyłożonego boazerią pokoju z wielkimi oknami, jak się okazało, zaskakująco wysoko położonymi ponad trawnikiem, przez który niedawno przechodził. Odgłosy rozmowy z przyległego pokoju egzaminacyjnego umilkły nagle, kiedy zamknęła drzwi. Po dwóch stronach zniszczonego masywnego stołu stały naprzeciwko siebie dwa krzesła.

Quentin czuł się oszołomiony, jakby oglądał to wszystko w telewizji. Mimo śmieszności sytuacji, zmusił się do skupienia. Tu szło o rywalizację, a on zwykł zwyciężać w rywalizacjach. No właśnie. Wyczuł, że stawka właśnie się podniosła. Na poza tym pustym blacie stołu leżała talia kart i stos może dziesięciu monet.

– Jak rozumiem, lubisz magiczne sztuczki, Quentinie – powiedziała kobieta. Miała lekki akcent, niewątpliwie europejski, lecz poza tym nie do określenia. Islandzki? – Możesz mi jakąś pokazać?

Rzeczywiście, Quentin lubił robić magiczne sztuczki. Jego zainteresowanie magią objawiło się trzy lata temu, częściowo w związku z jego zwyczajami czytelniczymi, ale głównie jako sposób na zabicie czasu między zajęciami pozalekcyjnymi nie wymagający interakcji z innymi ludźmi. Spędził setki wyjałowionych z emocji godzin na robieniu sztuczek z monetami, tasowaniu kart i produkowaniu sztucznych kwiatów z pustych plastikowych opakowań. W tym transie nudy towarzyszył mu tylko iPod. Oglądał raz po raz przypominające marnej jakości pornosy filmiki z instrukcjami, na których na tle zrobionym z prześcieradła mężczyźni w średnim wieku demonstrowali w zbliżeniu magiczne sztuczki. Magia, jak odkrył Quentin, wcale nie jest romantyczna. Jest ponura, powtarzalna i opiera się na oszustwie. On się jednak przy niej uparł i teraz był świetny.

Niedaleko domu znalazł sklep, który sprzedawał akcesoria dla magików oraz złom elektroniczny, zakurzone gry planszowe, kamienie zastępujące ukochane zwierzątka i sztuczne wymiociny. Ricky, sprzedawca, który niczym amisz miał brodę i bokobrody, lecz bez wąsów, niechętnie zgodził się udzielić mu kilku wskazówek. Niedługo potrwało, a uczeń przerósł nauczyciela. Mając lat siedemnaście, Quentin znał sztuczkę z zamianą miedzianej monety na srebrną, umiał tasować karty jedną ręką i żonglować trzema piłeczkami, a czasami, przez krótkie acz ekstatyczne chwile, nawet czterema. Zdobył w szkole pewną popularność, ponieważ z odległości trzech metrów potrafił z niesamowitą wręcz mechaniczną precyzją trafić wężem z kart w pozbawione smaku jabłka serwowane w stołówce.

Teraz sięgnął najpierw po karty. Szczycił się swymi umiejętnościami tasowania, dlatego na początek wykonał tasowanie równoległe zamiast zwyczajnego, na wypadek – choć szansa była niewielka – gdyby siedząca naprzeciwko niego kobieta znała różnicę i zdawała sobie sprawę, jak cholernie jest ono trudne.

Następnie zaprezentował szereg zwykłych sztuczek ukazujących wachlarz jego możliwości: przekładanie kart, fałszywe tasowanie, odgadywanie wybranej karty, pasaże. Pomiędzy sztuczkami podrzucał talię, przesypywał ją z ręki do ręki w stylu kaskady albo lawiny. Miał do tego opracowany podkład rytmiczny, ale w tym cichym jasnym pokoju, w obecności pełnej godności, ładnej starszej kobiety wydawał się śmiesznie pusty, więc zamilkł. Robił sztuczki w milczeniu.

Karty szeleściły i potrzaskiwały. Kobieta obserwowała go bez słowa, posłusznie wybierając kartę za każdym razem, kiedy ją o to poprosił, i nie okazywała zaskoczenia, gdy wyciągał tę kartę – wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu! – ze środka starannie potasowanej talii albo z kieszeni koszuli, albo wręcz z powietrza.

Przerzucił się na monety, same nowe pięciocentówki, starannie wybite i z ostrymi brzegami. Nie miał żadnych rekwizytów, kubków czy chusteczek, więc ograniczył się do pasaży i chwytów. Kobieta obserwowała go w milczeniu przez jakąś minutę, po czym przechyliła się przez stół i dotknęła jego ramienia.

– Zrób to jeszcze raz – poleciła.

Posłusznie powtórzył sztuczkę. Nic szczególnego, stary trick: pięciocentówka (w zasadzie trzy) przechodzi tajemniczo z ręki do ręki. Pokazywał widzom monetę i zaraz bezczelnie ją znikał; następnie udawał, że jej szuka, by wreszcie z triumfem pokazać ją na otwartej dłoni, skąd znów w tajemniczy sposób znikała, choć cały czas znajdowała się na widoku. Była to w gruncie rzeczy całkiem zwyczajna, choć dobrze opracowana sekwencja ruchów, w tym jeden szczególnie bezczelny, wykorzystujący niedoskonałości ludzkiego wzroku.

– Zrób to jeszcze raz.

Powtórzył sztuczkę. Przerwała mu w połowie.

– Tu jest błąd.

– Gdzie? – Zmarszczył brwi. – Ja ją wykonuję właśnie tak.

Wydęła usta i pokręciła głową.

Wzięła trzy pięciocentówki ze stosu i bez chwili wahania czy jakiejkolwiek wskazówki, że za chwilę zrobi coś niezwykłego, wykonała wprawnie sztuczkę. Quentin nie mógł oderwać wzroku od jej niewielkich i niewiarygodnie zręcznych śniadych rąk. Jej ruchy były bardziej płynne i precyzyjne niż u profesjonalnych magików.

Przerwała w połowie.

– Tutaj. Druga moneta przechodzi z ręki do ręki. Musisz odwrócić ten ruch, trzymać ją, o tak. Podejdź, pokażę ci jak.

Posłusznie obszedł stół i stanął za nią, próbując omijać wzrokiem jej bluzkę. Miała dłonie mniejsze niż on, niemniej moneta posłusznie zniknęła między jej palcami niczym ptak w zaroślach. Wykonała ruch powoli, żeby się dobrze przyjrzał, w jedną i w drugą stronę.

– Tak właśnie to robię – powiedział.

– Pokaż.

Uśmiechała się. Chwyciła go za nadgarstek, by zatrzymać ruch w połowie.

– Teraz. Gdzie jest druga moneta?

Wyciągnął dłoń wnętrzem do góry. Moneta była… Monety nie było. Zniknęła. Obrócił rękę, poruszył palcami, spojrzał na stół, na swoje kolana, na podłogę. Ani śladu. Zniknęła. Schowała ją, kiedy nie patrzył? Miała tak szybkie ręce i tak pokerowy uśmiech Mony Lisy, że nie mógł tego wykluczyć.

– Tak właśnie myślałam – powiedziała, wstając. – Dziękuję, Quentinie, przyślę kolejnego egzaminatora.

Quentin patrzył, jak wychodzi, nadal szukając po kieszeniach brakującej monety. Po raz pierwszy w życiu nie potrafił określić, czy zdał czy oblał.

Całe popołudnie upłynęło według tego samego schematu: profesorowie wchodzili jednymi drzwiami, wychodzili drugimi. Jak we śnie, długim, skomplikowanym śnie bez wyraźnie określonego znaczenia. Jakiś starzec z trzęsącą się głową pogrzebał w kieszeni spodni i rzucił na stół stos wystrzępionych pożółkłych sznurków, a potem stał ze stoperem i patrzył, jak Quentin je rozplątuje. Nieśmiała ładna kobieta, która sprawiała wrażenie niewiele starszej od Quentina, poprosiła, żeby narysował mapę Domu i terenu wokół niego w oparciu o to, co do tej pory zobaczył. Ulizany facet z wielką głową, który najwyraźniej nie mógł przestać gadać, rozegrał z nim błyskawiczną i dziwaczną partię szachów. Po pewnym czasie Quentin nie mógł już brać tego egzaminu poważnie – miał wrażenie, że testuje się tu jego łatwowierność. Zarozumiały rudy grubas wypuścił w pokoju maleńką jaszczurkę z opalizującymi skrzydłami kolibra i wielkimi niespokojnymi oczami. Nic nie powiedział, po prostu założył ręce na piersi i przysiadł na brzegu stołu, który zatrzeszczał pod jego ciężarem.

Z braku lepszych pomysłów Quentin spróbował zwabić jaszczurkę, żeby wylądowała na jego palcu. Podleciała i wygryzła mu kawałek ciała z przedramienia, upuszczając kroplę krwi, po czym zaczęła uderzać w szybę okna jak trzmiel. Grubas w milczeniu podał Quentinowi plaster z opatrunkiem, zabrał jaszczurkę i wyszedł.

Wreszcie drzwi nie otworzyły się ponownie po wyjściu egzaminatora. Quentin odetchnął i poruszył ramionami, by je rozluźnić. Najwyraźniej egzamin dobiegł końca, choć nikt go o tym nie poinformował. Miał zatem kilka chwil dla siebie. Słońce już zachodziło. Nie widział go stąd wprawdzie, widział natomiast fontannę, a światło odbijające się w wodzie miało teraz chłodny, ciemnopomarańczowy kolor. Wśród drzew zaczęła się unosić mgła. Teren wokół Domu był pusty.

Potarł twarz rękami. Stopniowo rozjaśniało mu się w głowie. Pomyślał, zapewne dużo po czasie, że powinien się martwić, co powiedzą rodzice. Zwykle dość obojętnie traktowali jego wyjścia, jednak nawet ich tolerancja miała swoje granice. Lekcje skończyły się wiele godzin temu. Może uznali, że rozmowa kwalifikacyjna się przeciągnęła? Szansa, że o niej pamiętali, była niewielka. A może, skoro tutaj panuje lato, szkoła się jeszcze nie zaczęła? Oszołomienie, w jakim trwał przez całe popołudnie, zaczęło mijać. Zastanawiał się, czy jest tu bezpieczny. Jeśli to sen, będzie się musiał niedługo obudzić.

Przez zamknięte drzwi usłyszał z daleka czyjś płacz: chłopaka, zdecydowanie za dużego, żeby płakać przy ludziach. Nauczyciel przemawiał do niego cicho stanowczym tonem, mimo to chłopak albo nie mógł, albo nie chciał się uspokoić. Quentin próbował to zignorować, lecz ten niebezpieczny, niemęski dźwięk zdrapał zewnętrzne warstwy jego z trudem zdobytej nastoletniej zimnej krwi. Pod spodem czaiło się coś jakby strach. Głosy umilkły, płaczącego chłopaka gdzieś odprowadzono. Quentin usłyszał teraz dziekana, mówił lodowatym opanowanym tonem. Najwyraźniej starał się nie okazywać złości.

– Naprawdę nie jestem pewien, czy jeszcze mnie to obchodzi.

Odpowiedzi nie udało się Quentinowi zrozumieć.

– Jeśli nie zbierzemy kworum, odeślemy ich po prostu do domów i zawiesimy rocznik. – Dystyngowana rezerwa Fogga wyraźnie zaczęła znikać. – Nic nie przyniesie mi większej radości. Będziemy mogli przebudować obserwatorium. Będziemy mogli przekształcić szkołę w dom opieki dla zniedołężniałych profesorów. Bóg jeden wie, jak wielu ich tu mamy.

Znów coś niezrozumiałego w odpowiedzi.

– Jest gdzieś dwudziesty, Melanio. Przechodzimy przez to co roku. Przeszukamy każde liceum, każde gimnazjum i każdy poprawczak, żeby go znaleźć. A jeśli go nie ma, z radością zrezygnuję i wtedy to będzie twój problem, i ty go będziesz musiała rozwiązać. Sam nie wiem, co mogłoby mnie bardziej uszczęśliwić.

Drzwi uchyliły się lekko i na chwilę pojawiła się w nich zatroskana twarz pierwszej egzaminatorki Quentina, tej ciemnowłosej kobiety z europejskim akcentem i zręcznymi palcami. Właśnie otworzył usta, żeby zapytać o telefon – jego komórka pokazywała jedną bezużyteczną kreskę zasięgu – gdy drzwi znów się zamknęły. Wkurzające. Czy już po wszystkim? Powinien może po prostu wyjść? Skrzywił się. Lubił przygody, to prawda, z niczym jednak nie należy przesadzać. Ta się nadmiernie przeciąga.

W pokoju zrobiło się już niemal ciemno. Rozejrzał się za włącznikiem światła, ale go nie znalazł. Prawdę powiedziawszy, odkąd tu przybył, nie zauważył ani jednego urządzenia elektrycznego. Żadnych telefonów, żarówek, elektronicznych zegarów. Minęło dużo czasu, odkąd zjadł kanapkę i kawałek gorzkiej czekolady, toteż znów zgłodniał. Wstał i podszedł do okna, gdzie było widniej.

Szyby pofalowały się ze starości. Jest ostatni? Dlaczego tyle to trwa? Niebo wyglądało jak fosforyzująca kobaltowa kopuła z mrowiem wielkich, leniwych spiral gwiazd. Gwiazd van Gogha, których nie widać z zatopionego w zanieczyszczeniach Brooklynu. Zastanawiał się, jak daleko stąd do Nowego Jorku i co się stało z kartką, którą gonił i nie zdołał złapać. Notes zostawił wraz z plecakiem w pierwszym pokoju egzaminacyjnym: teraz pożałował, że nie zabrał wszystkiego ze sobą. Wyobraził sobie rodziców szykujących razem kolację, piekących coś w kuchence. Tata podśpiewuje jakiś koszmarnie niehiphopowy kawałek, na blacie kuchennym stoją dwa kieliszki czerwonego wina. Zatęsknił za nimi.

Bez ostrzeżenia drzwi otworzyły się z rozmachem i do środka wszedł dziekan. Mówił przez ramię do kogoś, kto został na korytarzu.

– …kandydat? Świetnie – stwierdził sarkastycznie. – Obejrzyjmy sobie kandydata. Przynieście tu te przeklęte świece! – Usiadł przy stole. Koszulę miał przepoconą. Najprawdopodobniej wypił coś od czasu, kiedy Quentin widział go po raz ostatni. – Witaj, Quentinie. Siadaj, proszę.

Wskazał drugie krzesło. Quentin usiadł, a Fogg zapiął górny guzik koszuli i pospiesznie, z irytacją wyciągnął z kieszeni krawat.

Za Foggiem do pokoju weszła ciemnowłosa kobieta, a za nią starzec od węzłów, grubas z jaszczurką i reszta nauczycieli, którzy przewinęli się tu dziś po południu. Stanęli pod ścianami i w kątach, przyglądając mu się i szepcząc między sobą. Punk z tatuażami też wszedł – wślizgnął się, nim drzwi się zamknęły, nie zauważony przez pedagogów.

– No wejdźcie, wejdźcie. – Dziekan zachęcił ich gestem. – W następnym roku powinniśmy to przeprowadzić w cieplarni. Pearl, podejdź tutaj.

To było do młodej blondynki, która kazała Quentinowi narysować mapę.

– A teraz, Quentinie – zaczął dziekan, kiedy wszyscy znaleźli się już w środku – usiądź, proszę.

Quentin już siedział. Pochylił się w krześle nieco mocniej.

Dziekan Fogg wyjął z kieszeni świeżą talię kart, nadal w celofanie, a z drugiej garść pięciocentówek, może w sumie dolara, i rzucił je na stół z nadmierną emfazą, więc po prostu rozsypały się wokoło. Obaj pochylili się, żeby je pozbierać.

– Dobra, zabierajmy się do pracy. – Fogg klasnął w ręce i zatarł je. – Pokaż nam magię.

Czy już przez to nie przechodzili? Quentin zachował wystudiowany lodowaty wyraz twarzy, choć czuł, że w środku się zapada. Powoli rozwinął z celofanu sztywne nowe karty. Szelest plastiku w cichym pokoju był wręcz ogłuszający. Patrzył jakby z wielkiej odległości, jak jego ręce posłusznie zaczynają tasować i przekładać karty. Szukał w myślach sztuczki, której nie pokazał za pierwszym razem. Ktoś zakaszlał.

Ledwie zdążył zacząć, Fogg mu przerwał:

– Nie. Nienienienienienie! – Dziekan zachichotał, i to niezbyt uprzejmie. – Nie tak. Chcę zobaczyć prawdziwą magię.

Zapukał dwa razy knykciami w blat stołu i znów rozparł się w krześle. Quentin odetchnął i spróbował odszukać na twarzy Fogga dobry humor, który widział tam wcześniej, ale dziekan tylko przyglądał mu się wyczekująco. Oczy miał bladoniebieskie, jaśniejsze niż wcześniej.

– Nie bardzo rozumiem – powiedział Quentin w ciszy powoli, jakby zapomniał rolę w szkolnym przedstawieniu i musiał prosić o podpowiedź. – Jaką prawdziwą magię?

– Nie wiem. – Fogg rzucił rozbawione spojrzenie na innych nauczycieli. – Nie mam pojęcia. Ty mi powiedz jaką.

Quentin przetasował karty kilka razy, grając na czas. Nie wiedział, co robić. Zrobiłby wszystko, gdyby mu tylko powiedzieli co. No i już, pomyślał, to koniec. Tak właśnie smakuje porażka. Rozejrzał się po pokoju. Wszystkie twarze były albo pozbawione wyrazu, albo unikały jego spojrzenia. Nikt nie zamierzał mu pomóc. Czyli wraca do Brooklynu. Ze złością poczuł, że do oczu napływają mu łzy. Zamrugał szybko, aby się ich pozbyć. Tak bardzo chciał, żeby mu nie zależało, lecz zapadał się w siebie i nie miał się czego złapać. No i już, pomyślał. To jest ten egzamin, którego nie zdałem. Cóż, nic w tym dziwnego. Zastanawiał się tylko, ile czasu będą to ciągnąć.

– Przestań z nami pogrywać, Quentinie! – warknął Fogg. Pstryknął palcami. – No już, obudź się!

Przechylił się przez stół i złapał Quentina brutalnie za rękę. Ten kontakt fizyczny był prawdziwym szokiem. Fogg miał silne dłonie, dziwnie suche i gorące. Zaczął wyginać palce Quentina, zmuszał je do ułożenia, które powodowało ból.

– O tak – powtarzał. – W ten sposób, w ten sposób.

– Dobra, niech pan przestanie – zażądał Quentin. Spróbował się wyrwać. – Proszę przestać!

Fogg bynajmniej go nie puścił. Widzowie poruszyli się niepewnie, ktoś coś powiedział. Fogg dalej ściskał dłonie Quentina, teraz oburącz. Odginał mu palce, rozsuwał tak mocno, że aż piekło. Między ich rękami jakby zaczęło migotać światło.

– Powiedziałem, żeby pan przestał! – Quentin wyrwał ręce.

Zaskakujące, jakim miłym uczuciem jest wściekłość. Wreszcie mógł się czegoś przytrzymać. W zaszokowanej ciszy, jaka zapadła w pokoju, odetchnął głęboko i wypuścił powietrze przez nos. Kiedy skończył wydech, poczuł się tak, jakby pozbył się całej rozpaczy. Miał dość tego osądzania. Znosił je przez całe życie, ale są jakieś granice, no nie?

Fogg znów mówił, lecz Quentin go nie słuchał. Zaczął coś recytować pod nosem, coś znajomego. Chwilę mu zabrało uświadomienie sobie, że nie mówi po angielsku, tylko w języku, który wymyślił dziś po południu. Postanowił, że to mało znany dialekt, którym mówi się na jednym tylko tropikalnym archipelagu, w leniwym gorącym raju z obrazów Gauguina, gdzie pełno czarnych plaż, drzew owocowych i strumieni słodkiej wody. Wyposażył ten raj w połyskującego na czerwono złego boga wulkanów i kulturę mówioną pełną obscenicznych przekleństw. Nie modlił się, to co szeptał, przypominało raczej zaklęcie.

Przestał tasować karty. Nie było odwrotu. Wszystko działo się teraz bardzo, bardzo powoli, jakby pokój wypełnił się lepkim, zupełnie przezroczystym płynem, w którym wszystko poruszało się leniwie. Wszystko i wszyscy prócz Quentina, który jako jedyny działał szybko. Złożył ręce, jakby chciał wypuścić gołębia, i cisnął lekko karty w sufit. Talia się rozsypała, karty zaczęły spadać niczym ułamki meteorytu w atmosferze, a spadając, układały się na stole w domek, tworząc dość podobny, choć zdecydowanie impresjonistyczny w wyrazie model budynku, w którym się znajdowali. Karty spadały na pozór przypadkowo, lecz każda odnajdowała precyzyjnie swoje miejsce, jedna po drugiej. Dwie ostatnie, as pikowy i kierowy, oparły się o siebie, tworząc dach nad wieżą zegarową.

W pokoju panowała absolutna cisza. Dziekan Fogg siedział jak przymurowany. Quentinowi stanęły dęba wszystkie włoski na rękach, ale wiedział, co robi. Jego palce pozostawiały w powietrzu ledwie widoczne fluorescencyjne ślady. Czuł się jak na haju. Pochylił się do przodu i dmuchnął lekko na domek z kart, a ten rozsypał się w idealnie ułożoną talię. Wziął ją i rozsunął w wachlarz jak krupier blackjacka. Wszystkie karty to były damy – w podstawowych kolorach oraz w innych, takich, które nie istnieją, zielonym, żółtym i niebieskim. Dama rogów, dama zegarów, dama pszczół, dama ksiąg. Niektóre miały na sobie suknie, inne były bezwstydnie nagie. Niektóre miały twarz Julii. Niektóre twarz uroczej ratowniczki.

Dziekan Fogg przyglądał się Quentinowi uważnie. Wszyscy mu się przyglądali. No to popatrzcie na to: złożył znów karty i bez wysiłku przedarł je na pół, a potem połówki jeszcze raz na pół i powstałym w ten sposób konfetti rzucił w widzów, którzy się uchylili. Wszyscy prócz Fogga.

Wstał. Krzesło upadło za nim na podłogę.

– Powiedz mi, gdzie jestem – zażądał cicho. – Powiedz mi, co tu robię.

Złapał garść monet, tylko że to już nie były monety, ale rękojeść jasnego płonącego miecza, który bez trudu wyciągnął z blatu stołu.

– Powiedzcie mi, co się tu dzieje – rzekł głośniej, zwracając się do widzów. – A jeśli to nie jest Fillory, niech mi ktoś, do cholery, powie, gdzie ja jestem.

Podsunął czubek miecza pod nos Fogga i przytrzymał przez czas potrzebny na powolne policzenie do dziesięciu, po czym obrócił ostrze i wbił w drewno stołu. Klinga zagłębiła się w miękkim drewnie i utknęła.

Fogg ani drgnął. Miecz kołysał się na miejscu. Quentin bezwiednie pociągnął nosem. Resztka światła za oknem znikła. Zapadła noc.

– No cóż… – powiedział wreszcie dziekan. Wyciągnął z kieszeni starannie złożoną chusteczkę i poklepał się nią po czole. – Myślę, że wszyscy jesteśmy zgodni co do tego, że mamy tu przykład zdanego egzaminu.

Ktoś – chyba starzec od węzłów – położył rękę na plecach Quentina, po czym delikatnie, acz z zaskakującą siłą wyciągnął miecz ze stołu i odłożył na bok. Zebrani nauczyciele zaczęli niepewnie klaskać. Wkrótce ich oklaski zmieniły się w owację.