Wydawca: Prószyński i S-ka Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo
27,99 28,00
Do koszyka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 336 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 11 godz. 8 min Lektor: Janusz Zadura

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 11 godz. 8 min Lektor: Janusz Zadura

Opis ebooka Czarodzicielstwo - Terry Pratchett

Narodził się Czarodziciel - czarownik tak potężny, że w porównaniu z jego mocą wszelka magia jest tylko dziecinną zabawką. Samo jego istnienie doprowadza Świat Dysku, który oczywiście jest płaski i płynie w przestrzeni na grzbiecie gigantycznego żółwia, na krawędź totalnej wojny taumaturgicznej. To niedobrze. Na jego drodze stoi jedynie Rincewind, nieudany mag, który chce ocalić świat, a przynajmniej tę część, która zawiera jego osobę. W przygodzie uczestniczą nowe postaci: Conena, barbarzyńska fryzjerka, Nijel Niszczyciel (którego matka wciąż zmusza do noszenia wełnianej bielizny) i być może pierwszy dżin-yuppie, który zajmuje się lampami jako potencjalnie obiecującym rynkiem. Los prowadzi ich na Wschód, czy też w stronę Osi czy jakoś tak.

Opinie o ebooku Czarodzicielstwo - Terry Pratchett

Fragment ebooka Czarodzicielstwo - Terry Pratchett

Ty­tuł ory­gi­na­łu

SO­UR­CE­RY

Co­py­ri­ght © by Ter­ry and Lyn Prat­chett 1988

First pu­bli­shed by Vic­tor Gol­lancz Ltd, Lon­don

Pro­jekt okład­ki

Zom­bie Sput­nik Cor­po­ra­tion

Ilu­stra­cja na okład­ce

Josh Kir­by/via Tho­mas Schlück Agen­cy

Re­dak­cja

Do­ro­ta Ma­li­now­ska

Ko­rek­ta

Te­re­sa Paj­dziń­ska

Ła­ma­nie

Elż­bie­ta Ro­siń­ska

Re­dak­cja tech­nicz­na

Elż­bie­ta Ba­biń­ska

ISBN 978-83-7648-032-9

Fan­ta­sty­ka

Wy­daw­ca

Pró­szyń­ski Me­dia Sp z o.o.

02-651 War­sza­wa, ul. Ga­ra­żo­wa 7

www.pro­szyn­ski.pl

Wer­sja elek­tro­nicz­na

Skład: Mag­da­le­na Woj­tas

Ko­rek­ta: Mag­da­le­na Wa­cła­wik

Wie­le lat temu zo­ba­czy­łem w Bath bar­dzo po­tęż­ną ame­ry­kań­ską damę z ogrom­ną wa­liz­ką w szkoc­ką kra­tę. Cią­gnę­ła ją szyb­ko na ma­łych, stu­ka­ją­cych gło­śno kó­łecz­kach, któ­re wpa­da­ły w szcze­li­ny bru­ku i ogól­nie przy­da­wa­ły wa­liz­ce ży­cia. Wte­dy wła­śnie na­ro­dził się Ba­gaż. Ni­niej­szym dzię­ku­ję tej da­mie i wszyst­kim in­nym w ta­kich miej­scach jak Po­wer Ca­ble, Ne­bra­ska, któ­rym na­le­ży się tro­chę za­chę­ty.

Ta książ­ka nie za­wie­ra mapy. Czy­tel­nik może się nie krę­po­wać i na­ry­so­wać wła­sną.

Żył so­bie raz pe­wien czło­wiek, któ­ry miał ośmiu sy­nów. Poza tym był za­le­d­wie prze­cin­kiem na stro­nie Hi­sto­rii. To smut­ne, ale o nie­któ­rych nie moż­na po­wie­dzieć nic wię­cej.

Ale jego ósmy syn do­rósł, oże­nił się i też miał ośmiu sy­nów, a że jest tyl­ko jed­na pro­fe­sja od­po­wied­nia dla ósme­go syna ósme­go syna, jego ósmy syn zo­stał ma­giem. Był mą­dry i po­tęż­ny, no… w każ­dym ra­zie po­tęż­ny, no­sił szpi­cza­sty ka­pe­lusz i na tym by się to skoń­czy­ło…

Po­win­no się skoń­czyć…

Ale wbrew Sztu­ce Ma­gicz­nej i wbrew na­ka­zom roz­sąd­ku – a za na­ka­za­mi ser­ca, któ­re są cie­płe, nie­okre­ślo­ne i… no… nie­roz­sąd­ne – uciekł z kom­nat ma­gii, za­ko­chał się i oże­nił, nie­ko­niecz­nie w tej ko­lej­no­ści.

I miał sied­miu sy­nów, a każ­dy od ko­ły­ski był po­tęż­ny jak mag.

A po­tem uro­dził się ósmy syn…

Mag do kwa­dra­tu. Ro­dzic ma­gii.

Cza­ro­dzi­ciel.

Let­ni grom prze­to­czył się po piasz­czy­stych wy­dmach. Da­le­ko w dole fale za­sy­sa­ły ka­mie­nie tak ha­ła­śli­wie, jak sta­ru­szek z jed­nym zę­bem, któ­ry do­stał li­za­ka. Kil­ka mew wi­sia­ło w prą­dach wzno­szą­cych cze­ka­jąc, aż coś się zda­rzy.

Oj­ciec ma­gów sie­dział wśród kęp mor­skiej tra­wy na kra­wę­dzi urwi­ska, trzy­mał dziec­ko na rę­kach i spo­glą­dał w mo­rze.

Prze­ta­cza­ła się tam czar­na chmu­ra. Su­nę­ła ku lą­do­wi, a blask, któ­ry spy­cha­ła przed sobą, miał gę­stość sy­ro­pu, jak czę­sto się zda­rza przed na­praw­dę wiel­ką bu­rzą.

Na­gła ci­sza za ple­ca­mi spra­wi­ła, że oj­ciec ma­gów od­wró­cił się i za­czer­wie­nio­ny­mi od łez ocza­mi spoj­rzał na wy­so­ką po­stać w czar­nej sza­cie z kap­tu­rem.

IP­SLO­RE RUDY? za­py­tał przy­bysz. Głos był głu­chy jak ja­ski­nia, cięż­ki jak gwiaz­da neu­tro­no­wa.

Ip­slo­re uśmiech­nął się strasz­nym uśmie­chem czło­wie­ka na­gle obłą­ka­ne­go. Pod­niósł dziec­ko, po­ka­zu­jąc je Śmier­ci.

– Mój syn – oznaj­mił. – Na­zwę go Coin.

IMIĘ NIE GOR­SZE OD IN­NYCH, stwier­dził uprzej­mie Śmierć.

Pu­ste oczo­do­ły wpa­try­wa­ły się w małą okrą­głą bu­zię otu­lo­ną snem. Wbrew plot­kom, Śmierć nie jest okrut­ny; jest po pro­stu per­fek­cyj­ny, strasz­li­wie per­fek­cyj­ny w swej pra­cy.

– Za­bra­łeś jego mat­kę – rzekł Ip­slo­re.

Było to obo­jęt­ne stwier­dze­nie, na po­zór bez gnie­wu. W do­li­nie za kli­fa­mi dom Ip­slo­re’a zmie­nił się w wy­pa­lo­ną ru­inę; wzma­ga­ją­cy się wiatr roz­no­sił już po wy­dmach de­li­kat­ny po­piół.

TAK NA­PRAW­DĘ TO ZMAR­ŁA NA ATAK SER­CA, wy­ja­śnił Śmierć. SĄ GOR­SZE SPO­SO­BY UMIE­RA­NIA. MO­ŻESZ MI WIE­RZYĆ.

Ip­slo­re spoj­rzał w mo­rze.

– Cała moja ma­gia nie zdo­ła­ła jej oca­lić.

IST­NIE­JĄ MIEJ­SCA, GDZIE NIE DO­CIE­RA NA­WET MA­GIA.

– A te­raz przy­sze­dłeś po dziec­ko?

NIE. TO DZIEC­KO MA SWO­JE PRZE­ZNA­CZE­NIE. PRZY­BY­ŁEM PO CIE­BIE.

– Aha…

Mag wstał, ostroż­nie uło­żył śpią­ce nie­mow­lę na rzad­kiej tra­wie i pod­niósł le­żą­cą tam dłu­gą la­skę. Wy­ko­na­no ją z czar­ne­go me­ta­lu, a siat­ka srebr­nych i zło­tych rzeź­bień nada­wa­ła jej wy­gląd bo­ga­ty, zło­wiesz­czy i nie­gu­stow­ny. Me­ta­lem tym był okti­ron, im­ma­nent­nie ma­gicz­ny.

– To ja ją zro­bi­łem, wiesz? Wszy­scy po­wta­rza­li, że nie moż­na zro­bić la­ski z me­ta­lu, że musi być z drew­na. Ale my­li­li się. Wło­ży­łem w nią spo­ro z sie­bie. Dam mu ją.

Z uczu­ciem prze­su­nął dłoń­mi po la­sce, a ta za­brzę­cza­ła ci­cho.

TO DO­BRA LA­SKA, po­chwa­lił Śmierć.

Ip­slo­re pod­niósł ją przed sobą i zer­k­nął na swe­go ósme­go syna, któ­ry ga­wo­rzył coś przez sen.

– Chcia­ła mieć cór­kę…

Śmierć wzru­szył ra­mio­na­mi. Ip­slo­re ob­rzu­cił go wzro­kiem peł­nym zdu­mie­nia i wście­kło­ści.

– Wiesz, kim on jest?

ÓSMYM SY­NEM ÓSME­GO SYNA ÓSME­GO SYNA, od­parł Śmierć, nie­wie­le wy­ja­śnia­jąc. Wiatr szar­pał jego sza­tą i prze­ta­czał po nie­bie czar­ne chmu­ry.

– A czym go to czy­ni?

CZA­RO­DZI­CIE­LEM, JAK DO­SKO­NA­LE WIESZ.

Jak­by na za­wo­ła­nie za­hu­czał grom.

– Ja­kie jest jego prze­zna­cze­nie? – za­wo­łał Ip­slo­re, prze­krzy­ku­jąc na­ra­sta­ją­cą wi­chu­rę.

Śmierć zno­wu wzru­szył ra­mio­na­mi. Po­tra­fił to ro­bić.

CZA­RO­DZI­CIE­LE SAMI SO­BIE KSZTAŁ­TU­JĄ PRZE­ZNA­CZE­NIE. LEK­KO TYL­KO DO­TY­KA­JĄ ZIE­MI.

Ip­slo­re wsparł się na la­sce, bęb­niąc po niej pal­ca­mi, za­gu­bio­ny w la­bi­ryn­cie my­śli. Uniósł lewą brew.

– Nie – szep­nął. – Nie. Ja po­kie­ru­ję jego prze­zna­cze­niem.

OD­RA­DZAM TA­KIE KRO­KI.

– Nie prze­szka­dzaj! I słu­chaj, kie­dy mó­wię: prze­pę­dzi­li mnie swo­imi księ­ga­mi, swo­imi ry­tu­ała­mi i swo­ją Sztu­ką! Na­zy­wa­li sie­bie ma­ga­mi, a w ca­łych swo­ich tłu­stych ciel­skach mie­li mniej ma­gii niż ja w ma­łym pal­cu! Wy­pę­dzi­li! Mnie! Bo po­ka­za­łem, że je­stem czło­wie­kiem! A czym by­li­by lu­dzie bez mi­ło­ści?

GI­NĄ­CYM GA­TUN­KIEM, od­parł Śmierć. MIMO TO…

– Słu­chaj! Wy­gna­li nas tu­taj, na ko­niec świa­ta, i to ją za­bi­ło. Pró­bo­wa­li mi ode­brać la­skę! – Ip­slo­re prze­krzy­ki­wał wy­cie wi­chu­ry. – Ale zo­sta­ła mi jesz­cze odro­bi­na mocy – oznaj­mił. – I po­wia­dam, że syn mój uda się na Nie­wi­docz­ny Uni­wer­sy­tet i tam bę­dzie no­sił ka­pe­lusz nad­rek­to­ra, a wszy­scy ma­go­wie świa­ta będą kła­niać się przed nim! Po­ka­że im, co tkwi w naj­głęb­szych za­ka­mar­kach ich serc… Ich tchórz­li­wych, chci­wych serc. Po­ka­że świa­tu praw­dzi­we prze­zna­cze­nie i nie bę­dzie ma­gii po­tęż­niej­szej niż jego!

NIE.

Śmierć wy­mó­wił to sło­wo dziw­nie spo­koj­nie, a jed­nak za­brzmia­ło gło­śniej niż ryk bu­rzy. Ip­slo­re na mo­ment od­zy­skał zmy­sły. Nie­pew­nie prze­stą­pił z nogi na nogę.

– Co? – zdzi­wił się.

PO­WIE­DZIA­ŁEM: NIE. NIC NIE JEST OSTA­TECZ­NE. NIC NIE JEST AB­SO­LUT­NE. OPRÓCZ MNIE, MA SIĘ RO­ZU­MIEĆ. TA­KIE IGRASZ­KI Z PRZE­ZNA­CZE­NIEM MOGĄ DO­PRO­WA­DZIĆ DO ZA­GŁA­DY ŚWIA­TA. MUSI PO­ZO­STAĆ SZAN­SA, CHOĆ­BY NAJ­MNIEJ­SZA. PRAW­NI­CY LOSU ŻĄ­DA­JĄ FURT­KI W KAŻ­DYM PRO­ROC­TWIE.

Ip­slo­re wpa­try­wał się w nie­prze­jed­na­ne ob­li­cze Śmier­ci.

– Mu­szę im dać szan­sę?

TAK.

Puk puk puk wy­bi­ja­ły pal­ce Ip­slo­re’a na me­ta­lu la­ski.

– Więc do­sta­ną tę swo­ją szan­sę – oświad­czył. – Kie­dy pie­kło za­mar­z­nie.

NIE. NIE JE­STEM UPO­WAŻ­NIO­NY, BY IN­FOR­MO­WAĆ CIĘ, NA­WET SWO­IM MIL­CZE­NIEM, O BIE­ŻĄ­CYCH TEM­PE­RA­TU­RACH NA TAM­TYM ŚWIE­CIE.

– Za­tem… – Ip­slo­re za­wa­hał się. – Do­sta­ną swo­ją szan­sę, kie­dy mój syn od­rzu­ci swo­ją la­skę.

ŻA­DEN MAG NIE OD­RZU­CI SWO­JEJ LA­SKI, rzekł Śmierć. ZBYT SIL­NY JEST ZWIĄ­ZEK.

– Ale mu­sisz przy­znać, że to moż­li­we.

Śmierć za­sta­no­wił się. „Mu­sisz” nie było sło­wem, do słu­cha­nia któ­re­go był przy­zwy­cza­jo­ny. Po chwi­li jed­nak uznał ra­cję maga.

ZGO­DA.

– Czy to wy­star­cza­ją­co mała szan­sa?

DO­STA­TECZ­NIE MO­LE­KU­LAR­NA.

Ip­slo­re uspo­ko­ił się nie­co.

– Ni­cze­go nie ża­łu­ję – po­wie­dział pra­wie nor­mal­nym gło­sem. – Zro­bił­bym to jesz­cze raz. Dzie­ci to na­sza na­dzie­ja na przy­szłość.

NIE MA NA­DZIEI NA PRZY­SZŁOŚĆ, oświad­czył Śmierć.

– Więc co nas tam cze­ka?

JA.

– Ale poza tobą?

Śmierć spoj­rzał na nie­go ze zdzi­wie­niem.

SŁU­CHAM?

Sztorm nad nimi osią­gnął szczyt. Ja­kaś mewa prze­le­cia­ła obok nich, ty­łem.

– Chcia­łem po­wie­dzieć – wy­ja­śnił z go­ry­czą Ip­slo­re – że na tym świe­cie jest chy­ba coś, dla cze­go war­to żyć.

Śmierć za­sta­no­wił się przez chwi­lę.

KOTY, stwier­dził w koń­cu. KOTY SĄ MIŁE.

– Prze­kli­nam cię!

JAK WIE­LU PRZED TOBĄ, od­parł Śmierć nie­wzru­sze­nie.

– Ile cza­su mi jesz­cze zo­sta­ło?

Z ta­jem­nych za­ka­mar­ków swej sza­ty Śmierć wy­jął dużą klep­sy­drę. Dwie jej czę­ści umiesz­czo­ne były w prę­tach czar­nych i zło­tych, a pra­wie cały pia­sek prze­sy­pał się już do dol­nej.

HM… JA­KIEŚ DZIE­WIĘĆ SE­KUND.

Ip­slo­re wy­pro­sto­wał się na swą wciąż ro­bią­cą wra­że­nie wy­so­kość i wy­cią­gnął do dziec­ka błysz­czą­cą la­skę. Po­dob­na do ró­żo­we­go kra­ba rącz­ka wy­su­nę­ła się spod ko­cy­ka i chwy­ci­ła czar­ny me­tal.

– Niech za­tem będę pierw­szym i ostat­nim ma­giem w hi­sto­rii tego świa­ta, któ­ry prze­ka­zu­je la­skę swe­mu ósme­mu sy­no­wi – oznaj­mił po­wo­li, głu­chym gło­sem. – I żą­dam od nie­go, by wy­ko­rzy­stał ją…

NA TWO­IM MIEJ­SCU BYM SIĘ PO­SPIE­SZYŁ…

– …w peł­ni – mó­wił da­lej Ip­slo­re. – I stał się naj­po­tęż­niej­szym…

Bły­ska­wi­ca strze­li­ła z sy­kiem z sa­me­go ser­ca chmu­ry, tra­fi­ła Ip­slo­re’a w czu­bek ka­pe­lu­sza, trzesz­cząc spły­nę­ła po ręku, za­ja­śnia­ła na la­sce i ude­rzy­ła dziec­ko.

Mag znik­nął w smu­dze dymu. La­ska roz­ja­rzy­ła się zie­le­nią, po­tem bie­lą, a w koń­cu zwy­kłym czer­wo­nym ża­rem. Dziec­ko uśmiech­nę­ło się przez sen.

Kie­dy ucichł grom, Śmierć po­chy­lił się i ostroż­nie pod­niósł chłop­ca. Ten otwo­rzył oczy.

Lśni­ły zło­ci­ście, od we­wnątrz. Po raz pierw­szy w tym, co z bra­ku lep­sze­go okre­śle­nia mu­si­my na­zwać ży­ciem, Śmierć na­po­tkał spoj­rze­nie, któ­re trud­no mu było wy­trzy­mać. Te oczy zda­wa­ły się ogni­sko­wać na punk­cie po­ło­żo­nym kil­ka cali w głę­bi jego czasz­ki.

Nie pla­no­wa­łem cze­goś ta­kie­go, za­brzmiał z po­wie­trza głos Ip­slo­re’a. Czy coś mu się sta­ło?

NIE. Śmierć ode­rwał wzrok od nie­win­ne­go, mą­dre­go uśmie­chu. PRZY­JĄŁ W SIE­BIE TĘ MOC. JEST CZA­RO­DZI­CIE­LEM: BEZ WĄT­PIE­NIA PRZE­ŻY­JE O WIE­LE GOR­SZE RZE­CZY. A TE­RAZ… TE­RAZ PÓJ­DZIESZ ZE MNĄ.

Nie.

TAK. RO­ZU­MIESZ, JE­STEŚ MAR­TWY. Śmierć ro­zej­rzał się za chwiej­nym cie­niem Ip­slo­re’a. Nie zna­lazł go. GDZIE JE­STEŚ?

W la­sce.

Śmierć oparł się na ko­sie i wes­tchnął.

NIE­MĄ­DRE. JAK­ŻE ŁA­TWO MÓGŁ­BYM CIĘ STAM­TĄD WY­RWAĆ.

Nie, chy­ba że znisz­czysz la­skę, od­parł głos Ip­slo­re’a. Śmier­ci wy­da­ło się, że brzmi w nim ja­kiś nowy, wy­raź­nie try­um­fu­ją­cy ton. Te­raz, kie­dy dziec­ko przy­ję­ło la­skę, nie mo­żesz jej znisz­czyć, nie nisz­cząc przy tym i jego. A tego zro­bić ci nie wol­no, gdyż wte­dy zmie­nił­byś prze­zna­cze­nie. To mój ostat­ni czar. Mam wra­że­nie, że dość spryt­ny.

Śmierć dźgnął la­skę pal­cem. Za­trzesz­cza­ła i iskry po­peł­zły ob­sce­nicz­nie wzdłuż niej.

To dziw­ne, ale wła­ści­wie się nie zło­ścił. Gniew to emo­cja, a do emo­cji po­trze­ba gru­czo­łów. Z gru­czo­ła­mi Śmierć wła­ści­wie wca­le nie miał do czy­nie­nia i na­praw­dę mu­siał się na­mę­czyć, żeby się po­rząd­nie roz­gnie­wać.

Był za to lek­ko zi­ry­to­wa­ny.

Z dru­giej stro­ny za­wsze cie­ka­wie było po­pa­trzeć na ludz­kie wy­sił­ki. A to przy­najm­niej oka­za­ło się bar­dziej ory­gi­nal­ne niż ty­po­wa sym­bo­licz­na gra w sza­chy, któ­rej Śmierć bar­dzo się oba­wiał, po­nie­waż w ża­den spo­sób nie mógł za­pa­mię­tać, jak po­ru­sza się koń.

OD­SU­WASZ TYL­KO NIE­UNIK­NIO­NE, za­uwa­żył.

Na tym prze­cież po­le­ga ży­cie.

A WŁA­ŚCI­WIE CO PRÓ­BU­JESZ PRZEZ TO OSIĄ­GNĄĆ?

Po­zo­sta­nę u boku mego syna. Będę go uczył, choć bez jego wie­dzy. Wska­żę dro­gę jego zro­zu­mie­niu. A kie­dy do­ro­śnie, wska­żę dro­gę i jemu.

PO­WIEDZ, JAK WSKA­ZY­WA­ŁEŚ DRO­GĘ SWO­IM PO­ZO­STA­ŁYM SY­NOM?

Prze­pę­dzi­łem ich. Ośmie­li­li się ze mną spie­rać, nie chcie­li słu­chać, kie­dy ich po­ucza­łem. Ale ten ze­chce.

CZY TO ROZ­SĄD­NE?

La­ska umil­kła. Obok niej chło­piec za­śmiał się ci­cho do gło­su, któ­ry on je­den mógł sły­szeć.

Nie ist­nie­je me­ta­fo­ra dla spo­so­bu, w jaki Wiel­ki A’Tuin, żółw świa­ta, po­ru­sza się po­przez ga­lak­tycz­ną noc. Kie­dy ktoś ma dzie­sięć ty­się­cy mil dłu­go­ści, sko­ru­pę po­zna­czo­ną kra­te­ra­mi me­te­orów i przy­pró­szo­ną lo­dem ko­met, nie może być roz­sąd­nie po­rów­na­ny do ni­ko­go prócz sie­bie.

Za­tem Wiel­ki A’Tuin pły­nął z wol­na przez mię­dzy­gwiezd­ną pust­kę ni­czym naj­więk­szy z ist­nie­ją­cych żół­wi, dźwi­ga­jąc na sko­ru­pie czte­ry ogrom­ne sło­nie, któ­re z ko­lei trzy­ma­ły na grzbie­tach roz­le­gły, błysz­czą­cy, oto­czo­ny mi­go­tli­wą frędz­lą wo­do­spa­du krąg świa­ta Dys­ku, któ­ry ist­nie­je albo ze wzglę­du na ja­kieś nie­moż­li­we za­ła­ma­nie krzy­wej praw­do­po­do­bień­stwa, albo dla­te­go, że bo­go­wie lu­bią żar­ty nie mniej niż lu­dzie.

A na­wet bar­dziej niż więk­szość lu­dzi.

Nad brze­ga­mi Okrą­głe­go Mo­rza, w pra­sta­rym i roz­le­głym mie­ście Ankh-Mor­pork, na ak­sa­mit­nej po­dusz­ce, na wy­so­kiej pół­ce w Nie­wi­docz­nym Uni­wer­sy­te­cie, spo­czy­wał ka­pe­lusz.

Był to pięk­ny ka­pe­lusz. Wspa­nia­ły ka­pe­lusz.

Był szpi­cza­sty, na­tu­ral­nie, z sze­ro­kim mięk­kim ron­dem; kie­dy pro­jek­tant za­dbał już o te pod­sta­wo­we ele­men­ty, na po­waż­nie wziął się do ro­bo­ty. Ka­pe­lusz zdo­bi­ły zło­te ko­ron­ki, per­ły, wstę­gi we­rmi­nio­we­go fu­tra i błysz­czą­ce ram­to­po­we krysz­ta­ły1, jak rów­nież po­twor­nie nie­gu­stow­ne ce­ki­ny i – co wy­raź­nie zdra­dza­ło prze­zna­cze­nie na­kry­cia gło­wy – pier­ścień okta­ryn.

Po­nie­waż w tej chwi­li nie znaj­do­wa­ły się w sil­nym polu ma­gicz­nym, nie ja­śnia­ły zbyt­nio i przy­po­mi­na­ły dość po­śled­nie dia­men­ty.

Do Ankh-Mor­pork przy­by­ła wio­sna. Ten fakt nie rzu­cał się w oczy, jed­nak dla lu­dzi oświe­co­nych pew­ne zna­ki były oczy­wi­ste. Na przy­kład ście­ki na rze­ce Ankh, wiel­kim, sze­ro­kim i po­wol­nym szla­ku wod­nym, słu­żą­cym po­dwój­ne­mu mia­stu za re­zer­wu­ar, ka­nał i czę­sto kost­ni­cę, na­bra­ły ko­lo­ru szcze­gól­nie ja­skra­wej zie­le­ni. Sza­lo­ne da­chy mia­sta roz­kwi­tły ma­te­ra­ca­mi i po­dusz­ka­mi, gdy miesz­kań­cy pod bla­dym słoń­cem wie­trzy­li zi­mo­wą po­ściel. W głę­bi­nach za­tę­chłych piw­nic trzesz­cza­ły i drża­ły bel­ki, gdy wy­schłe soki od­po­wia­da­ły na pra­daw­ny zew ko­rze­ni. Pta­ki wiły gniaz­da w ryn­nach i pod oka­pa­mi Nie­wi­docz­ne­go Uni­wer­sy­te­tu. Dało się za­uwa­żyć, że mimo trud­no­ści ze zna­le­zie­niem miej­sca, nig­dy, ale to nig­dy nie szu­ka­ły miesz­ka­nia w za­chę­ca­ją­co otwar­tych pasz­czach gar­gul­ców sto­ją­cych na kra­wę­dziach da­chów, ku owych gar­gul­ców roz­cza­ro­wa­niu.

Coś w ro­dza­ju wio­sny tra­fi­ło na­wet do sa­me­go Nie­wi­docz­ne­go Uni­wer­sy­te­tu. Dziś przy­pa­da­ła wi­gi­lia Po­mniej­szych Bóstw i wy­bór no­we­go nad­rek­to­ra.

Wła­ści­wie na­wet nie wy­bór, po­nie­waż ma­go­wie nie mie­li prze­ko­na­nia do tej nie­zbyt po­waż­nej pro­ce­du­ry gło­so­wa­nia. Zresz­tą do­sko­na­le wia­do­mo, że nad­rek­to­ra wska­zu­je wola bo­gów, a w tym roku moż­na było spo­koj­nie za­ło­żyć, że bo­go­wie bez zbęd­nych wąt­pli­wo­ści za­wy­ro­ku­ją, iż naj­lep­szym kan­dy­da­tem jest sta­ry Vir­rid Way­zy­go­ose, po­rząd­ny chłop, od lat cier­pli­wie cze­ka­ją­cy na swo­ją ko­lej.

Nad­rek­tor Nie­wi­docz­ne­go Uni­wer­sy­te­tu był ofi­cjal­nym przy­wód­cą wszyst­kich ma­gów na Dys­ku. Daw­no temu ozna­cza­ło to, że jest naj­po­tęż­niej­szy i naj­spraw­niej­szy w cza­ro­dziej­skich dzia­ła­niach. Obec­nie jed­nak, w spo­koj­niej­szych cza­sach, star­si ma­go­wie spo­glą­da­li na cza­ry jako coś, co jest nie­co po­ni­żej ich god­no­ści. Pre­fe­ro­wa­li ad­mi­ni­stra­cję, o wie­le bez­piecz­niej­szą, a da­ją­cą nie­mal taką samą przy­jem­ność, plus do­dat­ko­wo ob­fi­te ko­la­cje.

I tak pły­nę­ło to sen­ne po­po­łu­dnie. Ka­pe­lusz le­żał na swo­jej wy­bla­kłej po­dusz­ce w kom­na­tach Way­zy­go­ose’a, zaś sam mag sie­dział w ba­lii przed ko­min­kiem i my­dlił bro­dę. Inni ma­go­wie drze­ma­li w pra­cow­niach albo spa­ce­ro­wa­li nie­spiesz­nie po ogro­dach, by wy­pra­co­wać so­bie od­po­wied­ni ape­tyt na wie­czor­ny ban­kiet; mniej wię­cej dwa­na­ście kro­ków uzna­wa­no zwy­kle za wy­star­cza­ją­cy wy­si­łek.

W Głów­nym Holu, pod rzeź­bio­ny­mi lub ma­lo­wa­ny­mi spoj­rze­nia­mi wcze­śniej­szych nad­rek­to­rów, służ­ba usta­wia­ła dłu­gie sto­ły i ławy. W wy­so­ko skle­pio­nym la­bi­ryn­cie kuch­ni… cóż, tu wy­obraź­nia nie po­trze­bu­je chy­ba po­mo­cy. Po­win­na przed­sta­wić mnó­stwo tłusz­czu, go­rą­ca i krzy­ków, becz­ki ka­wio­ru, pie­czo­ne na roż­nach woły, sznu­ry kieł­bas roz­wie­szo­ne od ścia­ny do ścia­ny jak pa­pie­ro­we łań­cu­chy, a tak­że sa­me­go na­czel­ne­go ku­cha­rza, któ­ry w jed­nej z chłod­ni koń­czył mo­del Uni­wer­sy­te­tu, z ja­kie­goś ta­jem­ni­cze­go po­wo­du wy­rzeź­bio­ny w ca­ło­ści z ma­sła. Ro­bił to na każ­dy ban­kiet: ma­śla­ne ła­bę­dzie, ma­śla­ne bu­dyn­ki, całą jeł­cze­ją­cą ma­śla­ną me­na­że­rię… Tak bar­dzo to lu­bił, że nikt nie miał ser­ca, by ka­zać mu prze­stać.

W osob­nym la­bi­ryn­cie piw­nic pod­cza­szy wę­dro­wał mię­dzy becz­ka­mi, na­le­wał i kosz­to­wał.

At­mos­fe­ra wy­cze­ki­wa­nia się­gnę­ła na­wet kru­ków za­miesz­ku­ją­cych Wie­żę Sztuk, wy­so­ką na osiem­set stóp i bę­dą­cą po­dob­no naj­star­szą bu­dow­lą na świe­cie. Wśród jej po­kru­szo­nych ka­mie­ni, wy­so­ko po­nad da­cha­mi mia­sta, ro­sły mi­nia­tu­ro­we lasy. W gó­rze ewo­lu­owa­ły licz­ne ga­tun­ki żu­ków i drob­nych ssa­ków, a że – ze wzglę­du na nie­po­ko­ją­cą ten­den­cję wie­ży do ko­ły­sa­nia się w po­dmu­chach wia­tru – lu­dzie ostat­nio rzad­ko się tu wspi­na­li, kru­ki mia­ły ją całą dla sie­bie. Te­raz fru­wa­ły do­oko­ła w sta­nie wy­raź­ne­go pod­nie­ce­nia, ni­czym ko­ma­ry przed bu­rzą. Je­śli kto­kol­wiek na dole za­mie­rzał zwró­cić na to uwa­gę, po­stą­pił­by ze wszech miar słusz­nie.

Coś strasz­ne­go zda­rzy się tu wkrót­ce.

Od­ga­dli­ście to chy­ba, praw­da?

Nie wy jed­ni.

– Co w nie wstą­pi­ło? – wrza­snął Rin­ce­wind, prze­krzy­ku­jąc ha­łas.

Opraw­ny w skó­rę zbiór za­klęć wy­strze­lił z pół­ki i szarp­nię­ty łań­cu­chem za­trzy­mał się w po­wie­trzu. Bi­blio­te­karz uchy­lił się, sko­czył, prze­ko­zioł­ko­wał i wy­lą­do­wał na eg­zem­pla­rzu „Di­sco­uve­rie De­mo­no­lo­gie de Ma­le­fi­cio”, wy­trwa­le tłu­ką­cym o pul­pit.

– Uuk – po­wie­dział.

Rin­ce­wind pod­parł ra­mie­niem roz­dy­go­ta­ny re­gał i ko­la­nem wci­snął na miej­sce sze­lesz­czą­ce wo­lu­mi­ny. Gwar pa­no­wał strasz­li­wy.

Księ­gi ma­gicz­ne mają coś w ro­dza­ju wła­sne­go ży­cia. Nie­któ­re na­wet zbyt wie­le; na przy­kład pierw­sze wy­da­nie „Ne­cro­te­li­co­mi­co­nu” trze­ba trzy­mać mię­dzy że­la­zny­mi pły­ta­mi, „Praw­dzi­wa Sztu­ka Le­wi­ta­cyi” spę­dzi­ła ostat­nie sto pięć­dzie­siąt lat mię­dzy kro­kwia­mi da­chu, a „Com­pen­dy­um Ma­gji Sek­su Ge Ford­ge’a” tkwi w ka­dzi z lo­dem, w osob­nym po­miesz­cze­niu, zaś su­ro­wa re­gu­ła stwier­dza, że dzie­ło to mogą czy­tać je­dy­nie ma­go­wie po osiem­dzie­siąt­ce, w mia­rę moż­li­wo­ści mar­twi.

Jed­nak na­wet cał­kiem zwy­kłe gri­mo­ire’y i in­ku­na­bu­ły z więk­szo­ści pół­ek były nie­spo­koj­ne i ner­wo­we, jak miesz­kań­cy kur­ni­ka sły­szą­cy, że coś pa­skud­ne­go grze­bie pod drzwia­mi. Spod ich za­mknię­tych okła­dek do­bie­ga­ło przy­tłu­mio­ne dra­pa­nie, jak­by szpo­nów.

– Co mó­wi­łeś? – ryk­nął Rin­ce­wind.

– Uuk!2

– Wła­śnie!

Rin­ce­wind, jako ho­no­ro­wy młod­szy bi­blio­te­karz, opa­no­wał za­le­d­wie pod­sta­wy in­dek­so­wa­nia i przy­no­sze­nia ba­na­nów. Te­raz nie mógł nie po­dzi­wiać zręcz­no­ści, z jaką bi­blio­te­karz prze­su­wał się wśród re­ga­łów, tu gła­dząc czar­ną dło­nią drżą­cą okład­kę, tam kil­ko­ma mał­pi­mi mruk­nię­cia­mi po­cie­sze­nia uspo­ka­ja­jąc prze­ra­żo­ny te­zau­rus. Po chwi­li Bi­blio­te­ka za­czę­ła przy­ci­chać i Rin­ce­wind po­czuł, że roz­luź­nia­ją mu się mię­śnie kar­ku.

Spo­kój jed­nak pe­łen był na­pię­cia. Tu i tam za­sze­le­ści­ła stro­ni­ca. Z dal­szych pół­ek do­biegł zło­wróżb­ny trzask grzbie­tu. Po nie­daw­nej pa­ni­ce Bi­blio­te­ka po­zo­sta­ła czuj­na i nie­spo­koj­na, jak kot o dłu­gim ogo­nie w fa­bry­ce fo­te­li na bie­gu­nach.

Bi­blio­te­karz po­ma­sze­ro­wał z po­wro­tem. Miał twarz, któ­rą mo­gła­by po­ko­chać je­dy­nie opo­na cię­ża­rów­ki, w do­dat­ku na za­wsze za­stygł na niej lek­ki uśmie­szek. Ale po spo­so­bie, w jaki oran­gu­tan wsu­nął się do swe­go kąt­ka pod biur­kiem i ukrył gło­wę pod dy­wa­nem, Rin­ce­wind po­znał, że jest głę­bo­ko za­tro­ska­ny.

Przyj­rzyj­my się Rin­ce­win­do­wi, któ­ry roz­glą­da się po ner­wo­wych pół­kach. Na Dys­ku ist­nie­je osiem po­zio­mów ma­gii; po szes­na­stu la­tach stu­diów Rin­ce­win­do­wi nie uda­ło się osią­gnąć na­wet pierw­sze­go. Nie­któ­rzy z jego na­uczy­cie­li roz­wa­ża­li teo­rię, że nie osią­gnął po­zio­mu zero, na któ­rym ro­dzi się więk­szość zwy­kłych lu­dzi. In­a­czej mó­wiąc, su­ge­ro­wa­no, że kie­dy Rin­ce­wind umrze, śred­nia zdol­no­ści okul­ty­stycz­nych rasy ludz­kiej pod­nie­sie się odro­bi­nę.

Jest wy­so­ki i chu­dy, ma splą­ta­ną bro­dę, wy­glą­da­ją­cą jak bro­da no­szo­na przez czło­wie­ka, któ­re­go na­tu­ra nie stwo­rzy­ła na no­si­cie­la bro­dy. Ubra­ny jest w ciem­no­czer­wo­ną sza­tę, pa­mię­ta­ją­cą lep­sze dni, może na­wet lep­sze dzie­się­cio­le­cia. Jed­nak od razu moż­na po­znać, że jest ma­giem, po­nie­waż na gło­wie ma szpi­cza­sty ka­pe­lusz z mięk­kim ron­dem. Na ka­pe­lu­szu błysz­czy sło­wo „Mag­gus” wy­ha­fto­wa­ne wiel­ki­mi srebr­ny­mi li­te­ra­mi przez ko­goś, kto w ro­bót­kach ręcz­nych jest jesz­cze słab­szy niż w or­to­gra­fii. Na czub­ku tkwi gwiaz­da. Więk­szość ce­ki­nów od­pa­dła.

Wci­snąw­szy moc­no ka­pe­lusz, Rin­ce­wind prze­stą­pił sta­ro­żyt­ne drzwi Bi­blio­te­ki i wy­szedł na zło­ci­sty blask po­po­łu­dnia. Spo­kój i ci­szę za­kłó­ca­ło tyl­ko kra­ka­nie kru­ków wo­kół Wie­ży Sztuk.

Rin­ce­wind przy­glą­dał im się przez chwi­lę. Uni­wer­sy­tec­kie kru­ki to twar­de pta­szy­ska. Nie­ła­two wy­pro­wa­dzić je z rów­no­wa­gi.

Cho­ciaż z dru­giej stro­ny…

…nie­bo było ja­sno­błę­kit­ne, z od­cie­niem zło­ta. Kil­ka strzęp­ków pu­szy­stych chmur lśni­ło ró­żo­wo w za­cho­dzą­cym słoń­cu. Sta­re kasz­ta­ny na dzie­dziń­cu sta­ły ob­sy­pa­ne kwia­ta­mi. Przez otwar­te okno sły­chać było, jak stu­dent ma­gii gra na skrzyp­cach, dość fa­tal­nie. Trud­no by­ło­by na­zwać tę sce­ne­rię zło­wiesz­czą.

Rin­ce­wind oparł się o roz­grza­ny słoń­cem mur. I wrza­snął.

Bu­dy­nek dy­go­tał. Rin­ce­wind czuł, jak wi­bra­cje prze­no­szą się na jego dłoń i bie­gną wzdłuż ra­mie­nia w do­kład­nie ta­kiej czę­sto­tli­wo­ści, któ­ra su­ge­ru­je nie­opa­no­wa­ne prze­ra­że­nie. Same ka­mie­nie trzę­sły się ze stra­chu.

Ze zgro­zą spoj­rzał w dół, skąd do­bie­ga­ły ci­che skro­ba­nia. Ozdob­na po­kry­wa ka­na­łu ście­ko­we­go od­pa­dła na bok, a z otwo­ru wy­sta­wił wą­si­ki je­den z uni­wer­sy­tec­kich szczu­rów. Ob­rzu­cił Rin­ce­win­da zde­spe­ro­wa­nym spoj­rze­niem, wy­sko­czył na ze­wnątrz i ru­szył bie­giem, a za nim dzie­siąt­ki jego po­bra­tym­ców. Nie­któ­re no­si­ły ubra­nia, ale nie było w tym nic dziw­ne­go: wy­so­ki po­ziom tła ma­gicz­ne­go na Uni­wer­sy­te­cie wy­czy­niał dziw­ne rze­czy z ge­na­mi.

Roz­glą­da­jąc się, Rin­ce­wind do­strzegł inne stru­mie­nie sza­rych ciał, każ­dą ryn­ną opusz­cza­ją­ce bu­dy­nek i pły­ną­ce ku ze­wnętrz­nym mu­rom. Bluszcz przy jego uchu za­sze­le­ścił na­gle i ko­lej­na gru­pa szczu­rów wy­ko­na­ła se­rię bra­wu­ro­wych prze­sko­ków na jego ra­mio­na, by zsu­nąć się po sza­cie w dół. Poza tym nie zwra­ca­ły na nie­go uwa­gi, ale aku­rat w tym nie było nic dziw­ne­go. Więk­szość istot igno­ro­wa­ła Rin­ce­win­da.

Od­wró­cił się i po­gnał na Uni­wer­sy­tet; sza­ta po­wie­wa­ła mu wo­kół ko­lan. Za­trzy­mał się do­pie­ro przed ga­bi­ne­tem kwe­sto­ra. Ude­rzył pię­ścia­mi o drzwi, któ­re uchy­li­ły się ze zgrzy­tem.

– Tak? Ach, to… hm… Rin­ce­wind, praw­da? – za­py­tał kwe­stor bez szcze­gól­ne­go en­tu­zja­zmu. – O co cho­dzi?

– To­nie­my!

Kwe­stor przy­glą­dał mu się przez chwi­lę. Na­zy­wał się Spel­ter. Wy­so­ki i chu­dy, wy­glą­dał, jak­by w swo­ich po­przed­nich wcie­le­niach był ko­niem i z tru­dem unik­nął tego w obec­nym. Za­wsze spra­wiał na lu­dziach wra­że­nie, jak­by pa­trzył na nich zę­ba­mi.

– To­nie­my?

– Tak. Wszyst­kie szczu­ry ucie­ka­ją!

Kwe­stor rzu­cił mu ko­lej­ne spoj­rze­nie.

– Wejdź, Rin­ce­win­dzie – rzekł w koń­cu uprzej­mie.

Rin­ce­wind wkro­czył do ni­skie­go, mrocz­ne­go po­miesz­cze­nia i wraz z go­spo­da­rzem pod­szedł do okna. Spo­glą­da­ło po­nad ogro­da­mi ku rze­ce, prze­le­wa­ją­cej się spo­koj­nie do mo­rza.

– Czyż­byś… hmm… ostat­nio nie­co prze­sa­dził?

– Z czym prze­sa­dził? – spy­tał za­wsty­dzo­ny Rin­ce­wind.

– Wi­dzisz, to jest bu­dy­nek – wy­ja­śnił kwe­stor. Jak więk­szość ma­gów, sta­nąw­szy wo­bec za­gad­ki za­czął skrę­cać so­bie pa­pie­ro­sa. – Nie sta­tek. Ist­nie­ją dość wy­raź­ne róż­ni­ce. Nie­obec­ność del­fi­nów igra­ją­cych przed dzio­bem, brak zęzy… ta­kie tam. Moż­li­wość pój­ścia na dno jest zni­ko­ma. W prze­ciw­nym ra­zie mu­sie­li­by­śmy… hmm… po­słać lu­dzi do pomp i wio­sło­wać ku brze­go­wi. Praw­da?

– Ale szczu­ry…

– Pew­nie sta­tek z ziar­nem wpły­nął do por­tu. Albo od­pra­wia­ją, hm, ja­kiś wio­sen­ny ry­tu­ał.

– Je­stem pe­wien, że wy­czu­łem drże­nie ścian – oznaj­mił Rin­ce­wind odro­bi­nę nie­pew­nie. Tu­taj, w ci­chym ga­bi­ne­cie, przy ogniu trza­ska­ją­cym na ko­min­ku, tam­to nie wy­da­wa­ło się już tak re­al­ne.

– Przy­pad­ko­wy wstrząs. Czkaw­ka Wiel­kie­go A’Tu­ina, hm, być może. Wziąć się w garść, hm, oto, co bym ci ra­dził. Nie pi­łeś dzi­siaj?

– Nie!

– Hm. A masz ocho­tę?

Spel­ter po­czła­pał do dę­bo­wej szaf­ki, wy­jął dwa kie­lisz­ki i na­peł­nił je wodą z dzban­ka.

– O tej po­rze dnia naj­le­piej wy­cho­dzi mi sher­ry – oznaj­mił, wy­cią­ga­jąc ręce nad kie­lisz­ka­mi. – Po­wiedz tyl­ko, słod­kie czy wy­traw­ne?

– Ra­czej nie – od­mó­wił Rin­ce­wind. – Chy­ba ma pan ra­cję. Pój­dę tro­chę od­po­cząć.

– Do­bry po­mysł.

Rin­ce­wind po­wę­dro­wał chłod­ny­mi ko­ry­ta­rza­mi. Od cza­su do cza­su do­ty­kał ścia­ny i na­słu­chi­wał, po czym krę­cił gło­wą.

Kie­dy prze­cho­dził przez dzie­dzi­niec, za­uwa­żył sta­do my­szy wy­sy­pu­ją­cych się z bal­ko­nu i pę­dzą­cych w stro­nę rze­ki. Grunt, po któ­rym bie­gły, tak­że zda­wał się po­ru­szać. Gdy Rin­ce­wind przyj­rzał się do­kład­niej, od­krył, że zie­mię po­kry­wa war­stwa mró­wek.

Nie były to zwy­kłe mrów­ki. Całe wie­ki wsią­ka­ją­cych w mury ma­gicz­nych wy­cie­ków prze­kształ­ci­ły je w nie­zwy­kły spo­sób. Nie­któ­re cią­gnę­ły ma­leń­kie wóz­ki, inne je­cha­ły wierz­chem na żu­kach. Wszyst­kie jed­nak sta­ra­ły się jak naj­szyb­ciej opu­ścić uni­wer­sy­tec­kie te­re­ny. Tra­wa na klom­bach fa­lo­wa­ła, gdy prze­cho­dzi­ły.

Rin­ce­wind pod­niósł gło­wę i zo­ba­czył sta­ry pa­sia­sty ma­te­rac, wy­su­wa­ją­cy się z okna na pię­trze i opa­da­ją­cy na ka­mie­nie bru­ku. Po krót­kiej chwi­li, za­pew­ne dla zła­pa­nia tchu, uniósł się lek­ko nad zie­mią. A po­tem po­pły­nął przez traw­nik, zbli­ża­jąc się do maga, któ­ry w ostat­niej chwi­li zdą­żył od­sko­czyć na bok. Nim ma­te­rac ru­szył da­lej, Rin­ce­wind usły­szał pi­skli­we gło­si­ki i pod wy­pcha­ną tka­ni­ną do­strzegł ty­sią­ce zde­ter­mi­no­wa­nych nó­żek. Na­wet plu­skwy się wy­pro­wa­dza­ły, a na wy­pa­dek, gdy­by nie mo­gły zna­leźć wy­god­ne­go miesz­ka­nia, wo­la­ły nie ry­zy­ko­wać i za­bie­ra­ły ze sobą sta­re. Jed­na z nich po­ma­cha­ła mu i pi­snę­ła coś na po­że­gna­nie.

Rin­ce­wind co­fał się wol­no, aż coś do­tknę­ło jego nóg i zmro­zi­ło go lę­kiem. Oka­za­ło się, że to ka­mien­na ława. Przyj­rzał się jej uważ­nie, ale chy­ba nie spie­szy­ła się do uciecz­ki. Usiadł więc z wdzięcz­no­ścią.

Wszyst­ko to ma za­pew­ne ja­kieś na­tu­ral­ne wy­tłu­ma­cze­nie, po­my­ślał. Albo cał­kiem zwy­kłe nie­na­tu­ral­ne.

Ja­kiś zgrzyt zwró­cił jego uwa­gę.

To, co zo­ba­czył, nie mia­ło na­tu­ral­ne­go wy­tłu­ma­cze­nia. Z nie­wy­obra­żal­ną po­wol­no­ścią, zsu­wa­jąc się po pa­ra­pe­tach i ryn­nach, w cał­ko­wi­tej ci­szy – je­śli nie li­czyć rzad­kich zgrzyt­nięć ka­mie­nia o ka­mień – gar­gul­ce opusz­cza­ły da­chy.

Szko­da, że Rin­ce­wind nig­dy nie oglą­dał mar­nej ja­ko­ści fil­mu, po­nie­waż wte­dy wie­dział­by, jak opi­sać to, co wi­dzi. Stwo­ry wła­ści­wie nie po­ru­sza­ły się, ale prze­miesz­cza­ły cią­ga­mi zmie­nia­nych w szyb­kim tem­pie nie­ru­cho­mych kla­tek. Wy­mi­nę­ły go w po­cho­dzie ster­czą­cych dzio­bów, grzyw, skrzy­deł, szpo­nów i go­łę­bich od­cho­dów.

– Co się dzie­je? – wy­krztu­sił.

Stwór z py­skiem go­bli­na, tu­ło­wiem har­pii i ku­rzy­mi ła­pa­mi se­rią drob­nych szarp­nięć od­wró­cił gło­wę i prze­mó­wił gło­sem przy­wo­dzą­cym na myśl pe­ry­stal­ty­kę góry. Co praw­da efekt głę­bo­kie­go, dźwięcz­ne­go re­zo­nan­su nie był szcze­gól­nie uda­ny, po­nie­waż – oczy­wi­ście – gar­gu­lec nie mógł za­mknąć pasz­czy.

– Ało­zi­ciel acho­zi! – po­wie­dział. – Uekaj!

– Słu­cham? – nie zro­zu­miał Rin­ce­wind. Ale stwór był już da­le­ko i su­nął nie­zgrab­nie po sta­rym uni­wer­sy­tec­kim traw­ni­ku3.

Rin­ce­wind sie­dział za­tem nie­ru­cho­mo i przez peł­ne dzie­sięć se­kund wpa­try­wał się tępo w nic szcze­gól­ne­go, nim wresz­cie krzyk­nął ci­cho i po­gnał jak naj­szyb­ciej po­tra­fił.

Nie za­trzy­my­wał się, póki nie do­tarł do swo­je­go po­ko­ju w bu­dyn­ku Bi­blio­te­ki. Nie był to ja­kiś spe­cjal­ny po­kój i zwy­kle uży­wa­no go do prze­cho­wy­wa­nia sta­rych me­bli… ale dla Rin­ce­win­da był do­mem.

Pod jed­ną z ciem­nych ścian sta­ła sza­fa. Nie jed­na z tych no­wo­mod­nych szaf, na­da­ją­cych się tyl­ko do tego, by wska­ki­wał do niej gach, kie­dy mąż wcze­śniej wró­ci do domu. Nie; była to sta­ra dę­bo­wa sza­fa, czar­na jak noc. W jej za­ku­rzo­nych ot­chła­niach cza­iły się i mno­ży­ły wie­sza­ki. Pod­ło­gą wła­da­ły sta­da wy­tar­tych bu­tów. Cał­kiem moż­li­we, że była ta­jem­nym przej­ściem do ja­kichś ba­śnio­wych świa­tów, jed­nak nikt nig­dy nie pró­bo­wał tego spraw­dzić, a to z po­wo­du nie­przy­jem­ne­go za­pa­chu naf­ta­li­ny.

Na sza­fie, owi­nię­ty w ka­wał­ki po­żół­kłe­go pa­pie­ru i sta­re szma­ty, stał duży ku­fer z mo­sięż­ny­mi oku­cia­mi. No­sił mia­no Ba­ga­żu. Dla­cze­go zgo­dził się stać wła­sno­ścią Rin­ce­win­da, było ta­jem­ni­cą, któ­rą znał je­dy­nie Ba­gaż i nie zdra­dzał jej ni­ko­mu. Praw­do­po­dob­nie ża­den inny sprzęt po­dróż­ny nie mógł się po­chwa­lić tak bo­ga­tą hi­sto­rią mrocz­nych se­kre­tów i groź­nych ura­zów fi­zycz­nych. Ba­gaż moż­na opi­sać jako skrzy­żo­wa­nie wa­liz­ki z ma­nia­kal­nym mor­der­cą. Miał wie­le nie­zwy­kłych cech, któ­re już wkrót­ce mogą, ale nie mu­szą się ujaw­nić. Jed­nak w tej chwi­li tyl­ko jed­no od­róż­nia­ło go od zwy­kłe­go ku­fra z mo­sięż­ny­mi oku­cia­mi: chra­pał, co brzmia­ło tak, jak­by ktoś bar­dzo po­wo­li ciął piłą drew­nia­ną bel­kę.

Ba­gaż był może ma­gicz­ny. Może strasz­ny. Ale w głę­bi ta­jem­ni­czej du­szy był spo­krew­nio­ny z każ­dym in­nym ele­men­tem ba­ga­żu w ca­łym mul­ti­ver­sum i lu­bił spę­dzać zimy hi­ber­nu­jąc na ja­kiejś sza­fie.

Rin­ce­wind po­stu­kał go mio­tłą i chra­pa­nie uci­chło, wy­peł­nił kie­sze­nie róż­ny­mi dro­bia­zga­mi wyj­mu­jąc je z peł­nią­cej funk­cje sto­li­ka skrzyn­ki po ba­na­nach, po czym ru­szył do drzwi. Nie mógł nie za­uwa­żyć, że znik­nął jego ma­te­rac, jed­nak nie mia­ło to zna­cze­nia, gdyż był prze­ko­na­ny, że już nig­dy, ale to nig­dy nie bę­dzie spał na ma­te­ra­cu.

Ba­gaż z gło­śnym stu­kiem wy­lą­do­wał na pod­ło­dze. Po kil­ku se­kun­dach z naj­wyż­szą ostroż­no­ścią uniósł się na set­kach ró­żo­wych nó­żek. Za­ko­ły­sał się w przód i w tył, na­cią­ga­jąc każ­dą z nich po ko­lei, po­tem uchy­lił wie­ko i ziew­nął.

– Idziesz czy nie?

Wie­ko za­trza­snę­ło się z hu­kiem. Ba­gaż prze­su­wał nogi w skom­pli­ko­wa­nym ukła­dzie, póki nie sta­nął przo­dem do drzwi. I po­dą­żył za swo­im pa­nem.

W Bi­blio­te­ce wciąż pa­no­wa­ło na­pię­cie; od cza­su do cza­su za­brzę­czał łań­cuch4 czy za­sze­le­ści­ła stro­ni­ca. Rin­ce­wind się­gnął pod biur­ko i chwy­cił bi­blio­te­ka­rza, wciąż sku­lo­ne­go pod ko­cem.

– Po­wie­dzia­łem: chodź!

– Uuk.

– Po­sta­wię ci coś do pi­cia – obie­cał zroz­pa­czo­ny Rin­ce­wind.

Bi­blio­te­karz wy­pro­sto­wał się ni­czym czwo­ro­no­gi pa­jąk.

– Uuk?

Rin­ce­wind nie­mal siłą wy­cią­gnął mał­pę z kry­jów­ki i za drzwi. Nie kie­ro­wał się w stro­nę głów­nej bra­my, ale do ni­czym się nie wy­róż­nia­ją­ce­go frag­men­tu muru, gdzie kil­ka ob­lu­zo­wa­nych ka­mie­ni od dwóch ty­się­cy lat gwa­ran­to­wa­ło stu­den­tom dys­kret­ną dro­gę wyj­ścia po zga­sze­niu świa­teł. Na­gle za­trzy­mał się tak gwał­tow­nie, że bi­blio­te­karz wpadł na nie­go, a Ba­gaż na nich obu.

– Uuk!

– O bo­go­wie! Po­patrz tyl­ko!

– Uuk?

Lśnią­ca czar­na fala wy­pły­wa­ła zza kra­ty w po­bli­żu kuch­ni. Wcze­sne wie­czor­ne gwiaz­dy od­bi­ja­ły się w mi­lio­nach czar­nych pan­ce­rzy­ków.

Lecz to nie wi­dok ka­ra­lu­chów tak za­nie­po­ko­ił Rin­ce­win­da. Rzecz w tym, że ma­sze­ro­wa­ły rów­nym kro­kiem, po sto w sze­re­gu. Oczy­wi­ście, jak wszy­scy nie­ofi­cjal­ni miesz­kań­cy Uni­wer­sy­te­tu, ka­ra­lu­chy tak­że były odro­bi­nę nie­zwy­kłe, jed­nak dźwięk mi­liar­dów nó­żek, w rów­nym ryt­mie ude­rza­ją­cych o ka­mie­nie, bu­dził zde­cy­do­wa­nie nie­przy­jem­ne sko­ja­rze­nia.

Rin­ce­wind prze­stą­pił ostroż­nie nad mar­szo­wą ko­lum­ną. Bi­blio­te­karz ją prze­sko­czył.

Ba­gaż na­tu­ral­nie ru­szył za nimi z dźwię­kiem jak­by ktoś ste­po­wał na wor­ku chru­pek.

I tak, zmu­sza­jąc Ba­gaż do wyj­ścia okręż­ną dro­gą, przez bra­mę, po­nie­waż w prze­ciw­nym ra­zie wy­bił­by tyl­ko dziu­rę w mu­rze, Rin­ce­wind opu­ścił Uni­wer­sy­tet ze wszyst­ki­mi in­sek­ta­mi i prze­ra­żo­ny­mi gry­zo­nia­mi. Uznał, że je­śli kil­ka piw nie po­zwo­li mu zo­ba­czyć sy­tu­acji w in­nym świe­tle, to praw­do­po­dob­nie do­ko­na tego kil­ka na­stęp­nych. W każ­dym ra­zie war­to spró­bo­wać.

Wła­śnie dla­te­go nie zja­wił się w Głów­nym Holu na ban­kie­cie. Jak się oka­za­ło, był to naj­waż­niej­szy opusz­czo­ny ban­kiet jego ży­cia.

Ka­wa­łek da­lej coś za­dźwię­cza­ło ci­cho nad uni­wer­sy­tec­kim mu­rem: to ko­twicz­ka za­cze­pi­ła o kol­ce na szczy­cie. Po chwi­li szczu­pła, czar­no odzia­na po­stać ze­sko­czy­ła lek­ko po we­wnętrz­nej stro­nie i bez­gło­śnie po­bie­gła do Głów­ne­go Holu, gdzie roz­pły­nę­ła się w cie­niach.

Zresz­tą i tak nikt by jej nie za­uwa­żył. Do bra­my po dru­giej stro­nie mia­stecz­ka aka­de­mic­kie­go zbli­żał się Cza­ro­dzi­ciel. Gdzie jego sto­py do­tknę­ły bru­ku, tam strze­la­ły w górę nie­bie­skie iskry, a kro­ple wie­czor­nej rosy zmie­nia­ły się w parę.

Było go­rą­co. Wiel­ki ko­mi­nek na ob­ro­to­wym krań­cu sali prak­tycz­nie ział ża­rem. Ma­go­wie ła­two mar­z­ną, więc po­dmuch go­rą­ca z trza­ska­ją­cych po­lan roz­ta­piał świe­ce na dwa­dzie­ścia stóp od pa­le­ni­ska, a po­li­tu­ra na drew­nia­nych sto­łach po­kry­wa­ła się bą­bla­mi. Po­wie­trze było błę­kit­ne od kłę­bów ty­to­nio­we­go dymu, ukła­da­ją­cych się w dziw­ne kształ­ty wy­wo­ły­wa­ne przy­pad­ko­wy­mi po­dmu­cha­mi ma­gii. Na głów­nym sto­le cała pie­czo­na świ­nia wy­da­wa­ła się nie­co zi­ry­to­wa­na fak­tem, że ktoś ją za­bił nie cze­ka­jąc, aż skoń­czy jeść jabł­ko. Ma­śla­ny mo­del Uni­wer­sy­te­tu po­wo­li zmie­niał się w ka­łu­żę tłusz­czu.

Piwa nie bra­ko­wa­ło. Tu i tam za­czer­wie­nie­ni ma­go­wie we­so­ło in­to­no­wa­li sta­re pi­jac­kie pie­śni, wy­ma­ga­ją­ce czę­ste­go kle­pa­nia się po ko­la­nach i okrzy­ków „Ha!” Je­dy­nym uspra­wie­dli­wie­niem ta­kie­go za­cho­wa­nia jest fakt, że ma­go­wie utrzy­mu­ją ce­li­bat, więc szu­ka­ją roz­ry­wek wszę­dzie, gdzie to moż­li­we.

Ko­lej­nym po­wo­dem tej ogól­nie przy­ja­ciel­skiej at­mos­fe­ry było to, że nikt nie pró­bo­wał za­bić ni­ko­go in­ne­go. W krę­gach ma­gicz­nych jest to oko­licz­ność ra­czej nie­zwy­kła.

Wyż­sze po­zio­my ma­gii to nie­bez­piecz­ne miej­sce. Każ­dy z ma­gów usi­łu­je po­zbyć się tych, któ­rzy sto­ją nad nim, a rów­no­cze­śnie dep­cze po pal­cach tym z dołu; po­wie­dzieć, że ma­go­wie mają w swej na­tu­rze zdro­we współ­za­wod­nic­two, to jak­by po­wie­dzieć, że pi­ra­nie są z na­tu­ry nie­co ła­ko­me. Jed­nak­że od dni, gdy Woj­ny Ma­gów uczy­ni­ły nie­miesz­kal­ny­mi wiel­kie ob­sza­ry Dys­ku5, ma­go­wie mają za­kaz roz­strzy­ga­nia spo­rów środ­ka­mi cza­ro­dziej­ski­mi. Przede wszyst­kim dla­te­go, że spra­wia to licz­ne pro­ble­my oko­licz­nej lud­no­ści, a poza tym trud­no oce­nić, któ­ra z dy­mią­cych ka­łu­ży mazi jest zwy­cięz­cą. Tra­dy­cyj­nie więc ko­rzy­sta­ją ze szty­le­tów, sub­tel­nych tru­cizn, skor­pio­nów w bu­tach i za­baw­nych pu­ła­pek wy­ko­rzy­stu­ją­cych ostre jak brzy­twa wa­ha­dła.

Jed­nak w wi­gi­lię Po­mniej­szych Bóstw za­bi­cie bra­ta-maga uzna­wa­no po­wszech­nie za prze­jaw wy­jąt­ko­wo złych ma­nier. Dla­te­go też ma­go­wie po­zwa­la­li so­bie na od­wró­ce­nie się do przy­ja­ciół ple­ca­mi bez oba­wy, że na­gle po­czu­ją w nich nóż.

Fo­tel nad­rek­to­ra stał pu­sty. Way­zy­go­ose jadł sa­mot­nie w swym ga­bi­ne­cie, jak przy­stoi czło­wie­ko­wi wska­za­ne­mu przez bo­gów po po­waż­nej na­ra­dzie z roz­sąd­ny­mi star­szy­mi ma­ga­mi, któ­ra od­by­ła się wcze­śniej. Mimo swych osiem­dzie­się­ciu lat był nie­co zde­ner­wo­wa­ny i pra­wie nie tknął dru­gie­go kur­czę­cia.

Za kil­ka mi­nut bę­dzie mu­siał wy­gło­sić mowę. W la­tach mło­do­ści Way­zy­go­ose szu­kał wie­dzy w nie­bez­piecz­nych miej­scach, si­ło­wał się z de­mo­na­mi w pło­mien­nych okta­gra­mach, spo­glą­dał w wy­mia­ry, któ­re nie były lu­dziom prze­zna­czo­ne, a na­wet zwy­cię­żył ko­mi­tet do­ta­cji ba­daw­czych Nie­wi­docz­ne­go Uni­wer­sy­te­tu; jed­nak nic w ośmiu krę­gach ni­co­ści nie było tak strasz­ne, jak kil­ka­set twa­rzy, spo­glą­da­ją­cych na nie­go z wy­cze­ki­wa­niem po­przez chmu­ry ty­to­nio­we­go dymu.

Wkrót­ce przyj­dą po nie­go he­rol­do­wie. Wes­tchnął, od­su­nął ta­lerz z de­se­rem, któ­re­go na­wet nie skosz­to­wał, prze­szedł przez po­kój, sta­nął przed wiel­kim lu­strem i się­gnął do kie­sze­ni po no­tat­ki.

Po chwi­li zdo­łał uło­żyć je w mniej wię­cej wła­ści­wej ko­lej­no­ści i od­chrząk­nął.

– Bra­cia moi w Sztu­ce – za­czął. – Nie zdo­łam was prze­ko­nać, jak bar­dzo… eee, jak bar­dzo… wspa­nia­łe tra­dy­cje na­sze­go sta­ro­żyt­ne­go uni­wer­sy­te­tu… ehem… kie­dy spo­glą­dam wo­kół sie­bie i pa­trzę na po­do­bi­zny nad­rek­to­rów, któ­rzy ode­szli… – Urwał, prze­szu­kał no­tat­ki i za­czął zno­wu, tro­chę pew­niej­szym gło­sem. – Kie­dy sto­ję tak dzi­siaj mię­dzy wami, przy­cho­dzi mi na myśl hi­sto­ria o trój­no­gim han­dla­rzu i… ee… cór­kach kup­ca. Jak się zda­je, ów ku­piec…

Ktoś za­stu­kał do drzwi.

– Wejść – burk­nął Way­zy­go­ose i raz jesz­cze zaj­rzał do no­ta­tek. – Ten ku­piec… Tak, ten ku­piec miał trzy cór­ki… Tak to chy­ba było. Tak, trzy. A po­tem…

Spoj­rzał w zwier­cia­dło i od­wró­cił się.

– Kim je… – za­czął.

I prze­ko­nał się, że jed­nak ist­nie­ją rze­czy gor­sze niż wy­gła­sza­nie prze­mó­wień.

Drob­na, czar­na po­stać, skra­da­ją­ca się pu­stym ko­ry­ta­rzem, usły­sza­ła ha­łas i nie zwró­ci­ła na nie­go uwa­gi. Za­ska­ku­ją­ce ha­ła­sy na te­re­nach, gdzie po­wszech­nie prak­ty­ko­wa­no ma­gię, sta­no­wi­ły rzecz nor­mal­ną. Po­stać cze­goś szu­ka­ła. Nie mia­ła pew­no­ści, cze­go wła­ści­wie; mia­ła za to pew­ność, że kie­dy znaj­dzie, bę­dzie wie­dzieć.

Po kil­ku mi­nu­tach po­szu­ki­wa­nia do­pro­wa­dzi­ły ją do ga­bi­ne­tu Way­zy­go­ose’a. Po­wie­trze wy­peł­nia­ły kłę­by gę­ste­go dymu. Płat­ki sa­dzy dry­fo­wa­ły w po­wietrz­nych prą­dach, a na pod­ło­dze było kil­ka wy­pa­lo­nych plam w kształ­cie stóp.

Po­stać wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. Trud­no wy­ja­śnić zja­wi­ska ob­ser­wo­wa­ne w po­ko­jach ma­gów. Po­chwy­ci­ła swe wie­lo­krot­ne od­bi­cie w po­pę­ka­nym zwier­cia­dle, po­pra­wi­ła uło­że­nie kap­tu­ra i wró­ci­ła do po­szu­ki­wań.

Po­ru­sza­jąc się jak ktoś, kto słu­cha we­wnętrz­nych in­struk­cji, prze­mknę­ła bez­sze­lest­nie przez po­kój i do­tar­ła do sto­łu, na któ­rym le­ża­ło okrą­głe, wy­tar­te skó­rza­ne pu­dło. Po­de­szła bli­żej i uchy­li­ła po­kryw­kę.

Głos z wnę­trza brzmiał tak, jak­by do­bie­gał przez kil­ka warstw dy­wa­nu.

Na­resz­cie, po­wie­dział. Cze­mu tak dłu­go?

– Więc py­tam, jak się to wszyst­ko za­czę­ło? Ro­zu­miesz, za daw­nych cza­sów żyli praw­dzi­wi ma­go­wie, nie było żad­nych stop­ni. Zwy­czaj­nie, wy­cho­dzi­li so­bie i… i ro­bi­li, co trze­ba. Bum!

Je­den czy dwóch klien­tów w ciem­nym koń­cu baru Za­ła­ta­ny Bę­ben obej­rza­ło się po­spiesz­nie, sły­sząc ha­łas. Nie­daw­no zja­wi­li się w mie­ście. Sta­li klien­ci nig­dy nie zwra­ca­li uwa­gi na za­ska­ku­ją­ce od­gło­sy, na przy­kład jęki czy char­cze­nia. Tak było zdro­wiej. W pew­nych czę­ściach mia­sta cie­ka­wość nie była pierw­szym stop­niem do pie­kła, ale do rze­ki, z oło­wia­ny­mi cię­ża­ra­mi u nóg.

Rin­ce­wind nie­pew­nie wo­dził dłoń­mi nad ko­lek­cją pu­stych na­czyń na sto­le. Już pra­wie za­po­mniał o ka­ra­lu­chach. Jesz­cze parę piw i za­po­mni rów­nież o plu­skwach.

– Ziut! I kula ogni­sta! Bzzz! Zni­ka jak dym! Wiuu! Prze­pra­szam…

Bi­blio­te­karz ostroż­nie od­su­nął poza za­sięg rąk Rin­ce­win­da to, co po­zo­sta­ło z jego piwa.

– Praw­dzi­wa ma­gia… – Rin­ce­wind stłu­mił czknię­cie.

– Uuk.

Rin­ce­wind przyj­rzał się pie­ni­stym reszt­kom na dnie swo­je­go ku­fla, po czym z naj­wyż­szą ostroż­no­ścią, żeby nie od­padł mu czu­bek gło­wy, schy­lił się i na­lał tro­chę na spode­czek dla Ba­ga­żu. Ba­gaż przy­cza­ił się pod sto­łem i mag był mu za to wdzięcz­ny. Zwy­kle w lo­ka­lach przy­no­sił wstyd, gdyż przy­su­wał się do pi­ją­cych i zmu­szał ich, żeby kar­mi­li go chrup­ka­mi.

Przez chwi­lę Rin­ce­wind za­sta­na­wiał się, gdzie zbo­czył tor jego my­śli.

– O czym mó­wi­łem?

– Uuk – pod­po­wie­dział bi­blio­te­karz.

– A tak. – Rin­ce­wind roz­pro­mie­nił się. – Oni nie mie­li tych wszyst­kich stop­ni i po­zio­mów. Wte­dy żyli jesz­cze cza­ro­dzi­cie­le. Wy­ru­sza­li w świat, znaj­do­wa­li nowe za­klę­cia, mie­li przy­go­dy…

Za­nu­rzył pa­lec w ka­łu­ży piwa i za­czął kre­ślić wzór na po­pla­mio­nym, odra­pa­nym bla­cie.

Je­den z na­uczy­cie­li Rin­ce­win­da po­wie­dział o nim kie­dyś: „na­zwać jego zro­zu­mie­nie ma­gii tra­gicz­nym ozna­cza, że brak­nie nam od­po­wied­nie­go sło­wa, by opi­sać jego opa­no­wa­nie prak­ty­ki”. Za­wsze dzi­wi­ło to Rin­ce­win­da. Nie poj­mo­wał, dla­cze­go ko­niecz­nie trze­ba umieć cza­ro­wać, żeby być ma­giem. Prze­cież wie­dział, że sam jest ma­giem – wie­dział z ab­so­lut­ną pew­no­ścią. Umie­jęt­ność cza­ro­wa­nia nie mia­ła z tym nic wspól­ne­go. Była tyl­ko do­dat­kiem, nie okre­śla­ła czło­wie­ka.

– Kie­dy by­łem mały – wes­tchnął tę­sk­nie – wi­dzia­łem w jed­nej książ­ce ob­ra­zek maga. Stał na szczy­cie góry i wy­cią­gał ręce… Fale się­ga­ły ku nie­mu, wiesz, tak jak w Za­to­ce Ankh pod­czas sztor­mu, a do­oko­ła świe­ci­ły bły­ska­wi­ce…

– Uuk?

– Nie wiem, dla­cze­go nie. Może miał gu­mo­we buty – burk­nął Rin­ce­wind i kon­ty­nu­ował z roz­ma­rze­niem: – Miał la­skę i ka­pe­lusz, taki jak mój, i oczy mu lśni­ły, a z pal­ców try­ska­ły pro­mie­nie… Po­my­śla­łem, że pew­ne­go dnia ja też tego do­ko­nam…

– Uuk?

– Ale tyl­ko po­łów­kę.

– Uuk.

– Jak wła­ści­wie pła­cisz za to wszyst­ko? Prze­cież jak tyl­ko ktoś daje ci pie­nią­dze, od razu je zja­dasz.

– Uuk.

– Za­dzi­wia­ją­ce.

Rin­ce­wind do­koń­czył piw­ny ob­raz. Przed­sta­wiał na­szki­co­wa­ną kre­ska­mi po­stać na szczy­cie urwi­ska. Nie była do nie­go po­dob­na – ry­sun­ki kre­ślo­ne zwie­trza­łym pi­wem nie są zbyt pre­cy­zyj­ne – ale mia­ła być.

– Kimś ta­kim chcia­łem zo­stać – rzekł. – Wła­śnie. Bez tego wszyst­kie­go. Tych ksią­żek i w ogó­le… Nie na tym ma po­le­gać ma­gia. Po­trze­bu­je­my praw­dzi­wej ma­gii, ot co…

Ostat­nia uwa­ga zdo­by­ła­by pew­nie na­gro­dę za naj­bar­dziej błęd­ną wy­po­wiedź dnia, gdy­by Rin­ce­wind nie do­dał:

– Szko­da, że nie ma już ta­kich na świe­cie.

Spel­ter za­stu­kał ły­żecz­ką o stół.

Wy­glą­dał im­po­nu­ją­co w ce­re­mo­nial­nej sza­cie ze zdo­bio­nym pur­pu­rą i fu­trem we­rmi­nii6 kap­tu­rem Sza­cow­nej Rady Pro­ro­ków i żół­tą szar­fą maga pią­te­go stop­nia. Pią­ty sto­pień osią­gnął trzy lata temu i cze­kał, aż któ­ryś z sześć­dzie­się­ciu czte­rech ma­gów szó­ste­go stop­nia zwol­ni sta­no­wi­sko pa­da­jąc tru­pem. Tym nie­mniej był dziś w przy­ja­znym na­stro­ju. Nie tyl­ko skoń­czył wła­śnie do­bry obiad, ale też miał w swo­ich po­ko­jach fiol­kę gwa­ran­to­wa­nej, po­zba­wio­nej sma­ku tru­ci­zny, któ­ra – pra­wi­dło­wo uży­ta – po­win­na za­pew­nić mu awans w cią­gu kil­ku mie­się­cy. Przy­szłość za­po­wia­da­ła się jak naj­le­piej.

Wiel­ki ze­gar pod ścia­ną za­drżał na kra­wę­dzi go­dzi­ny dzie­wią­tej.

Ły­żecz­ko­wy wer­bel nie przy­niósł do­strze­gal­nych efek­tów. Spel­ter chwy­cił cy­no­wy ku­fel i moc­no ude­rzył w stół.

– Bra­cia! – za­krzyk­nął i kiw­nął gło­wą, gdy gwar ucichł z wol­na. – Dzię­ku­ję. Po­wstań­cie, pro­szę, i przy­go­tuj­cie się do ce­re­mo­nii, hm, klu­czy.

Za­brzmia­ły śmie­chy i wy­raź­ny szmer ocze­ki­wa­nia. Ma­go­wie od­su­wa­li krze­sła i nie­pew­nie sta­wa­li na nogi.

Po­dwój­ne drzwi do sali były za­mknię­te i za­bez­pie­czo­ne po­trój­ną szta­bą. Za­nim zo­sta­ną otwar­te, nad­rek­tor mu­siał po trzy­kroć pro­sić o po­zwo­le­nie wej­ścia. Mia­ło to sym­bo­li­zo­wać, że zo­stał na­zna­czo­ny za zgo­dą wszyst­kich. Albo coś w tym ro­dza­ju. Po­cząt­ki oby­cza­ju gi­nę­ły w po­mro­ce dzie­jów, co było nie gor­szym od in­nych po­wo­dem, by go pod­trzy­my­wać.

Roz­mo­wy umil­kły. Ze­bra­ni ma­go­wie spo­glą­da­li na drzwi.

Roz­le­gło się ci­che stu­ka­nie.

– Idź so­bie! – krzyk­nę­li ma­go­wie. Nie­któ­rzy po­kła­da­li się ze śmie­chu, po­ru­sze­ni sub­tel­no­ścią żar­tu.

Spel­ter uniósł wiel­ki że­la­zny pier­ścień, na któ­rym wi­sia­ły klu­cze do Uni­wer­sy­te­tu. Nie wszyst­kie były z me­ta­lu. Nie wszyst­kie były wi­dzial­ne. A nie­któ­re wy­glą­da­ły na­praw­dę dzi­wacz­nie.

– Kim­że jest ten, kto stu­ka do na­szych drzwi?

– To ja.

Było coś dziw­ne­go w tym gło­sie: każ­dy z ma­gów miał wra­że­nie, że mó­wią­cy stoi tuż za nim. Więk­szość od­ru­cho­wo obej­rza­ła się przez ra­mię.

W owej chwi­li zdu­mie­nia i ci­szy za­mek w drzwiach szczęk­nął lek­ko. Pa­trzy­li z fa­scy­na­cją i gro­zą, jak co­fa­ją się że­la­zne sworz­nie, jak wy­su­wa­ją się z gniazd cięż­kie dę­bo­we bel­ki, zmie­nio­ne przez Czas w coś tward­sze­go niż ka­mień. Za­wia­sy roz­pa­li­ły się czer­wie­nią, żół­cią, w koń­cu bie­lą… I eks­plo­do­wa­ły. Po­wo­li, ze strasz­li­wą nie­uchron­no­ścią, wro­ta ru­nę­ły do holu.

Nie­wy­so­ka po­stać sta­ła wśród dymu pło­ną­cych za­wia­sów.

– Niech to li­cho, Vir­rid – mruk­nął je­den z ma­gów, sto­ją­cy nie­da­le­ko. – To był nie­zły nu­mer.

A kie­dy przy­bysz wszedł do ja­snej sali, wszy­scy mo­gli zo­ba­czyć, że jed­nak nie jest Vir­ri­dem Way­zy­go­osem.

Był przy­najm­niej o gło­wę niż­szy niż każ­dy z obec­nych ma­gów i miał na so­bie pro­stą bia­łą sza­tę. Był też o kil­ka­dzie­siąt lat młod­szy: wy­glą­dał na mniej wię­cej dzie­sięć. W ręku trzy­mał znacz­nie wyż­szą od sie­bie la­skę.

– Za­raz, prze­cież on nie jest ma­giem…

– Gdzie ma kap­tur?

– Gdzie ma ka­pe­lusz?

Obcy prze­szedł wzdłuż sze­re­gu zdzi­wio­nych ma­gów, aż do­tarł do szczy­tu sto­łu. Spel­ter spoj­rzał z góry na jego szczu­płą mło­dą twarz ob­ra­mo­wa­ną masą ja­snych wło­sów, a przede wszyst­kim spoj­rzał w parę zło­ci­stych oczu. Wy­da­wa­ło się, że są roz­świe­tlo­ne od we­wnątrz i pa­trzą w punkt umiesz­czo­ny sześć cali za jego kar­kiem. Spel­ter od­niósł wra­że­nie, że stoi chłop­cu na dro­dze i że jest cał­kiem zbęd­ny w obec­nej sy­tu­acji.

Przy­wo­łał całą swo­ją god­ność i wy­pro­sto­wał się na peł­ną wy­so­kość.

– Co to ma zna­czyć? – za­py­tał. Sam mu­siał przy­znać, że nie było to do­sta­tecz­nie sta­now­cze, ale nie­ru­cho­mość tego pro­mien­ne­go spoj­rze­nia zda­wa­ła się wy­ma­zy­wać z pa­mię­ci po­trzeb­ne sło­wa.

– Przy­by­łem – oznaj­mił obcy.

– Przy­by­łeś? Przy­by­łeś po co?

– By za­jąć swo­je miej­sce. Gdzie mam usiąść?

– Je­steś stu­den­tem? – Spel­ter po­bladł ze zło­ści. – Jak ci na imię, mło­dy czło­wie­ku?

Chło­piec nie zwra­cał na nie­go uwa­gi. Przyj­rzał się zgro­ma­dzo­nym.

– Kto z was jest naj­po­tęż­niej­szym ma­giem? – za­py­tał. – Pra­gnę się z nim spo­tkać.

Spel­ter ski­nął gło­wą. Dwaj woź­ni, któ­rzy od paru mi­nut prze­su­wa­li się dys­kret­nie w stro­nę przy­by­sza, sta­nę­li mu za ple­ca­mi.

– Wy­pro­wadź­cie go stąd i wy­rzuć­cie na uli­cę – po­le­cił Spel­ter.

Woź­ni, po­waż­ni i po­tęż­ni męż­czyź­ni, kiw­nę­li gło­wa­mi. Dłoń­mi jak ki­ście ba­na­nów chwy­ci­li chłop­ca za chu­de ra­mio­na.

– Twój oj­ciec do­wie się o wszyst­kim – oznaj­mił su­ro­wo Spel­ter.

– Już wie – od­parł chło­piec. Zer­k­nął na woź­nych i wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Co się tu dzie­je?

Spel­ter obej­rzał się. Za nim stał Skar­mer Bil­lias, prze­wod­ni­czą­cy Ob­rząd­ku Srebr­nej Gwiaz­dy. O ile Spel­ter był ra­czej chu­dy, to Bil­lias tęgi, po­dob­ny do nie­du­że­go ba­lo­nu na uwię­zi, z ja­kie­goś po­wo­du przy­stro­jo­ne­go w sza­tę z błę­kit­ne­go ak­sa­mi­tu i we­rmi­nii. Obaj ra­zem da­wa­li śred­nio dwóch męż­czyzn nor­mal­nych roz­mia­rów.

Na nie­szczę­ście Bil­lias na­le­żał do lu­dzi, któ­rzy są dum­ni ze swo­je­go sto­sun­ku do dzie­ci. Po­chy­lił się tak ni­sko, jak tyl­ko po­zwa­lał mu obiad, i przy­su­nął do chłop­ca swo­ją czer­wo­ną, przy­ozdo­bio­ną bo­ko­bro­da­mi twarz.

– O co cho­dzi, mój chłop­cze? – spy­tał.

– To dziec­ko wdar­ło się tu­taj, po­nie­waż, jak twier­dzi, chce spo­tkać po­tęż­ne­go maga – wy­ja­śnił z dez­apro­ba­tą Spel­ter.

Spel­ter nie zno­sił dzie­ci i może wła­śnie dla­te­go uwa­ża­ły go za fa­scy­nu­ją­ce zja­wi­sko. W tej chwi­li nie po­zwa­lał so­bie na my­śle­nie o drzwiach. I uda­wa­ło mu się.

– Nie wi­dzę w tym nic zdroż­ne­go – stwier­dził Bil­lias. – Każ­dy chło­pak, któ­ry nie jest ofer­mą, pra­gnie zo­stać ma­giem. Ja sam chcia­łem zo­stać ma­giem jako chło­piec. Mam ra­cję, chłop­cze?

– Czy je­steś moc­ny? – za­py­tał chło­piec.

– Słu­cham?

– Py­ta­łem, czy je­steś moc­ny. Jak bar­dzo je­steś po­tęż­ny?

– Po­tęż­ny? – po­wtó­rzył Bil­lias. Wy­pro­sto­wał się, prze­su­nął pal­ca­mi po swo­jej szar­fie maga ósme­go stop­nia i mru­gnął do Spel­te­ra. – Dość po­tęż­ny. Cał­kiem po­tęż­ny jak na maga.

– To do­brze. Wy­zy­wam cię. Po­każ mi swój naj­lep­szy czar. A kie­dy cię po­ko­nam, wte­dy ja zo­sta­nę nad­rek­to­rem.

– Ty bez­czel­ny… – za­czął Spel­ter, lecz jego sło­wa za­głu­szył chó­ral­ny wy­buch śmie­chu.

Bil­lias po­kle­pał się po ko­la­nach, a przy­najm­niej tak bli­sko nich, jak po­tra­fił się­gnąć.

– Za­tem: po­je­dy­nek? – stwier­dził. – Od­waż­ny je­steś.

– Po­je­dyn­ki są za­ka­za­ne, jak do­sko­na­le wiesz – przy­po­mniał Spel­ter. – Zresz­tą to prze­cież śmiesz­ne! Nie wiem, kto za­ła­twił dla cie­bie te drzwi, ale nie mam za­mia­ru spo­koj­nie pa­trzeć, jak mar­nu­je­my czas…

– Spo­koj­nie – wtrą­cił Bil­lias. – Jak ci na imię, chłop­cze?

– Coin.

– Coin, pro­szę pana – wark­nął Spel­ter.

– A więc, mój Co­inie, chcesz zo­ba­czyć, do cze­go je­stem zdol­ny?

– Tak.

– Tak, pro­szę pana – po­wtó­rzył Spel­ter.

Coin spoj­rzał na nie­go nie­ru­cho­mo, wzro­kiem sta­rym jak Czas, wzro­kiem, któ­ry wy­grze­wa się na ka­mie­niach na wul­ka­nicz­nych wy­spach i nig­dy się nie nu­dzi. Spel­ter po­czuł, że za­sy­cha mu w ustach.

Bil­lias wzniósł ra­mio­na i uci­szył ze­bra­nych. Po­tem, te­atral­nym ge­stem, pod­wi­nął lewy rę­kaw i wy­cią­gnął rękę.

Ma­go­wie przy­glą­da­li mu się z za­cie­ka­wie­niem. Ci z ósme­go po­zio­mu byli już po­wy­żej zwy­kłe­go cza­ro­wa­nia. W za­sa­dzie więk­szość cza­su po­świę­ca­li na kon­tem­pla­cję – zwy­kle naj­bliż­sze­go po­sił­ku – i nie zwra­ca­li na sie­bie uwa­gi am­bit­nych ma­gów siód­me­go stop­nia. Ten po­kaz po­wi­nien być wart oglą­da­nia.

Bil­lias uśmiech­nął się do chłop­ca, któ­ry od­po­wie­dział spoj­rze­niem sku­pio­nym w punk­cie o kil­ka cali za kar­kiem sta­re­go maga.

Nie­co zde­ner­wo­wa­ny Bil­lias zgiął i roz­pro­sto­wał pal­ce. Na­gle wszyst­ko to prze­sta­ło być za­ba­wą. Po­czuł prze­moż­ną chęć za­im­po­no­wa­nia przy­by­szo­wi. I na­tych­miast uczu­cie to prze­sło­ni­ła fala iry­ta­cji na wła­sną głu­po­tę, że po­zwo­lił się zde­ner­wo­wać.

– Po­ka­żę ci… – za­czął i na­brał tchu. – Po­ka­żę ci Cu­dow­ny Ogród Ma­li­gre­ego.

Wśród ze­bra­nych roz­szedł się szmer. W hi­sto­rii Uni­wer­sy­te­tu tyl­ko czte­rech ma­gów zdo­ła­ło uzy­skać peł­ny Ogród. Więk­szość po­tra­fi­ła stwo­rzyć drze­wa i kwia­ty, kil­ku uda­ły się pta­ki. Nie było to naj­po­tęż­niej­sze za­klę­cie, nie zdo­ła­ło­by prze­su­nąć góry, ale uzy­ska­nie drob­nych szcze­gó­łów wbu­do­wa­nych w zło­żo­ne sy­la­by Ma­li­gre­ego wy­ma­ga­ło wy­jąt­ko­we­go kunsz­tu.

– Za­uważ – po­wie­dział Bil­lias. – Ni­cze­go nie mam w rę­ka­wie.

Jego war­gi po­ru­szy­ły się. Ręce za­tań­czy­ły w po­wie­trzu. Ka­łu­ża zło­ci­stych iskier za­skwier­cza­ła w otwar­tej dło­ni, wy­gię­ła się, ufor­mo­wa­ła le­d­wie wi­docz­ną sfe­rę, z wol­na wy­peł­nia­ją­cą się szcze­gó­ła­mi…

Le­gen­da gło­si­ła, że Ma­li­gree, ostat­ni z praw­dzi­wych cza­ro­dzi­cie­li, stwo­rzył Ogród jako nie­wiel­kie, po­za­cza­so­we, oso­bi­ste uni­wer­sum, gdzie mógł w spo­ko­ju za­pa­lić i po­my­śleć, nie dba­jąc o tro­ski tego świa­ta. Co samo w so­bie było za­gad­ką, gdyż ża­den mag nie mógł po­jąć, skąd mia­ły­by się brać tro­ski u isto­ty tak po­tęż­nej jak cza­ro­dzi­ciel. Ja­kie­kol­wiek były po­wo­dy, Ma­li­gree co­raz da­lej i da­lej za­głę­biał się w swój świat, aż pew­ne­go dnia za­mknął za sobą przej­ście.

Ogród stał się błysz­czą­cą kulą w dło­ni Bil­lia­sa. Naj­bliż­si ma­go­wie z po­dzi­wem wy­cią­ga­li szy­je i za­glą­da­li mu przez ra­mię. Wi­dzie­li dwu­sto­po­wą sfe­rę, a w niej de­li­kat­ny, kwiet­ny pej­zaż; w po­bli­żu le­ża­ło je­zio­ro – kom­plet­ne, co do zmarszcz­ki; fio­le­to­we góry wy­ra­sta­ły za in­te­re­su­ją­cym z wy­glą­du la­sem. Ma­leń­kie pta­ki wiel­ko­ści psz­czół prze­la­ty­wa­ły z drze­wa na drze­wo, a para sku­bią­cych tra­wę sa­ren, nie więk­szych od my­szy, pod­nio­sła gło­wy i spoj­rza­ła na Co­ina.

Ten za­czep­nie po­wie­dział:

– Cał­kiem nie­źle. Daj mi to.

Wziął nie­ma­te­rial­ny glob z rąk maga i uniósł go w górę.

– Dla­cze­go nie jest więk­szy? – za­py­tał.

Bil­lias otarł czo­ło ko­ron­ko­wą chu­s­tecz­ką.

– No cóż… – od­parł sła­bym gło­sem, tak zdu­mio­ny to­nem Co­ina, że na­wet nie po­czuł ura­zy. – Od daw­nych dni efek­tyw­ność za­klę­cia nie­co…

Coin przez chwi­lę stał nie­ru­cho­mo, prze­chy­la­jąc gło­wę, jak­by cze­goś na­słu­chi­wał. Po­tem wy­szep­tał kil­ka sy­lab i po­gła­dził po­wierzch­nię kuli.

Za­czę­ła ro­snąć. W jed­nej chwi­li była tyl­ko za­baw­ką w rę­kach chłop­ca, a w na­stęp­nej…

…ma­go­wie sta­li w buj­nej tra­wie, na cie­ni­stej łące opa­da­ją­cej do brze­gu je­zio­ra. Od gór dmu­chał lek­ki wie­trzyk, pach­ną­cy ty­mian­kiem i sia­nem. Nie­bo mia­ło bar­wę ciem­ne­go błę­ki­tu, w ze­ni­cie prze­cho­dzą­ce­go w fio­let.

Sar­ny spo­glą­da­ły po­dejrz­li­wie na nowo przy­by­łych ze swe­go pa­stwi­ska pod drze­wa­mi.

Za­szo­ko­wa­ny Spel­ter opu­ścił gło­wę. Paw cią­gnął go za sznu­rów­ki.

– … – za­czął mag i urwał.

Coin wciąż trzy­mał w ręku sfe­rę. We­wnątrz, znie­kształ­co­ny, jak­by oglą­da­ny przez obiek­tyw „ry­bie oko” albo przez dno bu­tel­ki, znaj­do­wał się Głów­ny Hol Nie­wi­docz­ne­go Uni­wer­sy­te­tu.

Chło­piec ro­zej­rzał się, po­pa­trzył na drze­wa, mru­żąc oczy zer­k­nął na da­le­kie, okry­te śnie­giem góry, i ski­nął gło­wą zdu­mio­nym ma­gom.

– Cał­kiem ład­nie – stwier­dził. – Chęt­nie przyj­dę tu zno­wu.

Po­ru­szył rę­ka­mi w zło­żo­nym ge­ście, jak­by w nie­wy­tłu­ma­czal­ny spo­sób od­wra­cał je wnę­trzem na wierzch.

Ma­go­wie zno­wu zna­leź­li się w holu, a chło­piec trzy­mał w dło­ni ma­le­ją­cy Ogród. Wśród cięż­kie­go, zdu­mio­ne­go mil­cze­nia wło­żył go z po­wro­tem do rąk Bil­lia­sa.

– Bar­dzo cie­ka­we – rzekł. – A te­raz ja wam po­ka­żę ma­gię.

Wy­bu­chło pan­de­mo­nium, jak czę­sto się zda­rza przy ta­kich oka­zjach. A po­środ­ku stał Coin, zu­peł­nie spo­koj­ny, oto­czo­ny ro­sną­cą chmu­rą tłu­ste­go dymu.

Igno­ru­jąc za­mie­sza­nie, Spel­ter schy­lił się po­wo­li i z naj­wyż­szą ostroż­no­ścią pod­niósł z po­sadz­ki pa­wie pió­ro. Prze­su­nął nim w za­my­śle­niu po war­gach, spo­glą­da­jąc na drzwi, na chłop­ca, na pu­sty fo­tel nad­rek­to­ra… Wą­skie usta roz­cią­gnę­ły mu się w uśmie­chu.

Go­dzi­nę póź­niej, kie­dy grom prze­to­czył się po czy­stym nie­bie nad mia­stem, kie­dy Rin­ce­wind za­czy­nał ci­cho śpie­wać i za­po­mi­nał o ka­ra­lu­chach, kie­dy sa­mot­ny ma­te­rac wę­dro­wał uli­ca­mi, Spel­ter za­mknął drzwi ga­bi­ne­tu nad­rek­to­ra i sta­nął przed ko­le­ga­mi-ma­ga­mi.

Było ich sze­ściu i wszy­scy wy­raź­nie za­tro­ska­ni.

Tak bar­dzo, jak za­uwa­żył Spel­ter, że słu­cha­li jego: maga za­le­d­wie pią­te­go stop­nia.

– Po­szedł do łóż­ka – oznaj­mił. – A przed­tem na­pił się go­rą­ce­go mle­ka.

– Mle­ka? – po­wtó­rzył je­den z ma­gów znu­żo­nym i za­lęk­nio­nym gło­sem.

– Jest za mło­dy na al­ko­hol – wy­ja­śnił kwe­stor.

– A tak… Za­po­mnia­łem.

– Wi­dzie­li­ście, co zro­bił z drzwia­mi? – za­py­tał sie­dzą­cy na­prze­ciw mag o pu­stym spoj­rze­niu.

– Wi­dzia­łem, co zro­bił z Bil­lia­sem.

– A co zro­bił z Bil­lia­sem?

– Nie chcę tego wie­dzieć!

– Bra­cia, bra­cia – za­wo­łał uspo­ka­ja­ją­cym to­nem Spel­ter.

Przyj­rzał się ich za­tro­ska­nym twa­rzom i po­my­ślał: zbyt czę­ste ban­kie­ty. Zbyt wie­le wie­czo­rów spę­dzo­nych na ocze­ki­wa­niu, aż słu­żą­cy poda her­ba­tę. Zbyt wie­le go­dzin w dusz­nych po­ko­jach, go­dzin po­świę­co­nych czy­ta­niu ksią­żek spi­sa­nych przez lu­dzi umar­łych. Zbyt wie­le zło­te­go bro­ka­tu i śmiesz­nych ce­re­mo­nii. Zbyt wie­le tłusz­czu. Cały Uni­wer­sy­tet cze­kał tyl­ko na so­lid­ne pchnię­cie…

Albo po­cią­gnię­cie…

– Za­sta­na­wiam się, czy istot­nie mamy do czy­nie­nia z, hm, pro­ble­mem – rzekł.

Gra­vie Der­ment z Mę­dr­ców Nie­zna­ne­go Cie­nia ude­rzył pię­ścią w stół.

– Na bo­gów, czło­wie­ku! – wy­krzyk­nął. – Ja­kiś dzie­ciak przy­cho­dzi do nas nie wia­do­mo skąd, po­ko­nu­je dwóch naj­lep­szych na Uni­wer­sy­te­cie, za­sia­da w fo­te­lu nad­rek­to­ra, a ty się za­sta­na­wiasz, czy mamy pro­blem? Ten chło­pak to na­tu­ral­ny ta­lent! Po tym, co­śmy dzi­siaj wi­dzie­li, nie wie­rzę, żeby zna­lazł się na Dys­ku mag, któ­ry mógł­by z nim wal­czyć!

– A dla­cze­go mamy z nim wal­czyć? – za­py­tał Spel­ter roz­sąd­nie.

– Bo jest po­tęż­niej­szy od nas!

– Tak?

Wo­bec gło­su Spel­te­ra, szkla­na szy­ba wy­glą­da­ła­by jak za­ora­ne pole, a miód sma­ko­wał jak żwir.

– To lo­gicz­ne…

Gra­vie za­wa­hał się. Spel­ter ob­da­rzył go za­chę­ca­ją­cym uśmie­chem.

– Ehem…

Chrzą­ka­ją­cym oka­zał się Mar­ma­ric Car­ding, przy­wód­ca Sztuk­mi­strzów. Zło­żył dło­nie i nad czub­ka­mi upier­ście­nio­nych pal­ców spoj­rzał su­ro­wo na Spel­te­ra. Kwe­stor ży­wił do nie­go głę­bo­ką an­ty­pa­tię. Miał też po­waż­ne wąt­pli­wo­ści co do jego in­te­li­gen­cji: po­dej­rze­wał, że może być wy­so­ka, że za tym po­ry­so­wa­nym siat­ką żył tłu­stym ob­li­czem kry­je się umysł pe­łen wy­po­le­ro­wa­nych zę­ba­tych kó­łek, wi­ru­ją­cych w sza­leń­czym tem­pie.

– Nie wy­da­je się prze­sad­nie chęt­ny do uży­wa­nia tej mocy – za­uwa­żył Car­ding.

– A Bil­lias i Vir­rid?

– Dzie­cin­ne dąsy.

Ma­go­wie spo­glą­da­li to na nie­go, to na kwe­sto­ra. Wy­czu­wa­li, że dzie­je się coś waż­ne­go, jed­nak nie bar­dzo wie­dzie­li co.

Po­wód, dla któ­re­go ma­go­wie nie wła­da­li Dys­kiem, był cał­kiem pro­sty: wy­star­czy wrę­czyć dwóm ma­gom ka­wa­łek liny, a na­tych­miast za­czną cią­gnąć w prze­ciw­ne stro­ny. Coś w ge­nach, czy może ja­kiś ele­ment szko­le­nia, bu­dził w nich taki sto­su­nek do owoc­nej współ­pra­cy, że sta­ry słoń-sa­mot­nik ze śmier­tel­nie bo­lą­cym kłem przy­po­mi­nał­by przy nich mrów­kę-ro­bot­ni­cę.