Czarny zakon - James Rollins - ebook
Opis

Koktajl kryminału, thrillera historycznego i powieści przygodowej – trochę tu Browna, trochę Cusslera i trochę Ludluma. Ponowne spotkanie z agentami elitarnej jednostki SIGMA Force, w której skład wchodzą komandosi i naukowcy.

Dziwna epidemia, objawiająca się atakami kanibalizmu, dotyka mnichów w klasztorze w Nepalu. Ktoś skupuje cenne historyczne dokumenty (jak na przykład Biblię należącą przed laty do Charlesa Darwina, twórcy teorii ewolucji) związane z uczonymi epoki wiktoriańskiej. Dla osiągnięcia celu gotów jest na morderstwo. Co łączy te wydarzenia z przerażającymi eksperymentami prowadzonymi przez nazistów na terenie Polski w czasie II wojny światowej? Na trop spisku zagrażającego przyszłości ludzkiej rasy wpadają agenci SIGMY, Grayson Pierce i Painter Crowe, oraz młoda lekarka Lisa Cummings.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 649

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


O książce

Czym się mogą skończyć próby ingerencji w przebieg ewolucji?I „jakaż to prawda jest zbyt piękna, by pozwolić jej sczeznąć,i zbyt straszna, by puścić ją samopas”?

Tragedia w Himalajach

W buddyjskim klasztorze wybucha tajemnicza epidemia: mnisi w amoku zabijają się nawzajem, dochodzi do aktów kanibalizmu. Dyrektor Sigmy Painter Crowe i lekarka Lisa Cummings, którzy niezależnie od siebie przybyli na miejsce, by zbadać to zjawisko, stają się celem ataku bezwzględnych zabójców. Komuś bardzo zależy na tym, żeby nikt nie przeżył.

Aukcja w Kopenhadze

W środowisku antykwariuszy panuje poruszenie. Niespodziewanym zainteresowaniem zaczynają się cieszyć książki związane z uczonymi epoki wiktoriańskiej, zwłaszcza Biblia należąca niegdyś do Darwina. Zęby ją zdobyć, niektórzy są gotowi zabijać.

Zaskakujące przymierze

Żadnemu z agentów Sigmy nie przyszłoby do głowy, żeby współpracować z nazistami. Czasem jednak trzeba się sprzymierzyć nawet z wrogiem… przeciwko groźniejszemu wrogowi. A tego należy szukać w RPA, w ściśle chronionej posiadłości tamtejszego miliardera. Który – jak wszystko na to wskazuje – ma w rękach coś, czego pod koniec II wojny światowej pilnie strzegli hitlerowcy. Coś, co zagraża ludzkości.

JAMES ROLLINS

Amerykański pisarz, z zawodu weterynarz, z zamiłowania płetwonurek i grotołaz. Absolwent University of Missouri, karierę literacką rozpoczął w 1999 r. powieścią o wyprawie do wnętrza Ziemi, Podziemny labirynt. Kolejne – m.in. Ekspedycja, Amazonia oraz książki z cyklu SIGMA FORCE zapoczątkowanego w 2004 r. Burzą piaskową – których akcja toczy się często w niedostępnych rejonach świata – dżunglach, głębinach oceanów, podziemnych grotach oraz na pustyniach i lodowcach – odniosły międzynarodowe sukcesy. Obecnie trwają przygotowania do ekranizacji Mapy Trzech Mędrców.

www.jamesrollins.com

Tego autora

LODOWA PUŁAPKAAMAZONIAOŁTARZ EDENUEKSPEDYCJAPODZIEMNY LABIRYNTCykl SIGMA FORCEBURZA PIASKOWAMAPA TRZECH MĘDRCÓWCZARNY ZAKONWIRUS JUDASZAKLUCZ ZAGŁADYOSTATNIA WYROCZNIAKOLONIA DIABŁALINIA KRWIOKO BOGASZÓSTA APOKALIPSALABIRYNT KOŚCIJames Rollins, Rebecca CantrellCykl ZAKON SANGWINISTÓWEWANGELIA KRWINIEWINNA KREWDIABELSKA KREW

Tytuł oryginału:BLACK ODRER

Copyright © Jim Czajkowski 2006All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2017

Polish translation copyright © Lech Z. Żołędziowski 2007

Redakcja: Beata Słama

Zdjęcie na okładce: Bildagentur Zoonar GmbH/Shutterstock

Projekt graficzny okładki i serii: Mariusz Banachowicz

ISBN 978-83-7985-396-0

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.(dawniej Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.)Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, 88em.eu

DLA DAVIDAza wszystkie przygody

PODZIĘKOWANIA

Pisanie powieści to – poza czasem spędzanym samotnie nad czystą kartką – rezultat współpracy bardzo wielu osób, które odciskają piętno na ostatecznej wersji książki. Przede wszystkim niech wolno mi będzie podziękować Penny Hill za długie lunche i cenne uwagi, ale przede wszystkim za jej przyjaźń. To samo dotyczy Carolyn McCray, która wciąż potrafi kuksańcem zmusić mnie do jeszcze większego wysiłku. Mam też zaszczyt podziękować grupie przyjaciół – spotykającej się co drugi tydzień w restauracji Coco’s – a do której należą: Steve i Judy Prey, Chris Crowe, Lee Garrett, Michael Gallowglas, Dave Murray, Dennis Grayson, Dave Meek, Jane O’Riva, Dan Needles, Zach Watkins i Caroline Williams. Wszyscy oni tworzą klikę wspierającą autora. Szczególną wdzięczność wyrażam pisarzowi Joemu Konrathowi za jego energię, podtrzymywanie mnie na duchu i cenne uwagi na temat wątków zawartych w książce, a także Davidowi Sylvianowi za jego niezmordowane taszczenie sprzętu fotograficznego także na najwyższy szczyt w łańcuchu Sierra. Pragnę też z wdzięcznością wymienić książki Nicka Cooka i intrygujące badania Johnjoe McFaddena, które stały się źródłem inspiracji do napisania tej powieści. Na koniec dziękuję czterem osobom, które w trakcie powstawania tej książki wywarły istotny wpływ na jej ostateczny kształt: mojemu wydawcy Lyssie Keusch i jej współpracownicy May Chen oraz moim agentom – Russowi Galenowi i Danny’emu Barorowi. Jak zwykle pragnę podkreślić, że odpowiedzialność za wszelkie błędy i przeinaczenia obciąża wyłącznie mnie.

KOMENTARZ HISTORYCZNY

Wraz z upadkiem Niemiec w ostatnich miesiącach drugiej wojny światowej w gronie aliantów rozgorzała zupełnie nowa wojna, której celem było przechwytywanie osiągnięć nazistowskich naukowców. W batalii toczonej przez Brytyjczyków, Amerykanów, Francuzów i Rosjan każdy kraj walczył o swoje. Wykradano sobie niemieckie patenty, na przykład na nowe lampy próżniowe, nieznane chemikalia i tworzywa sztuczne, a nawet na metodę pasteryzacji mleka przy użyciu ultrafioletu. Większość najważniejszych patentów utonęła jednak w sejfach ściśle tajnych akcji w rodzaju operacja Spinacz, w ramach której setki naukowców zatrudnionych do pracy nad programem broni rakietowej V2 przerzucono potajemnie do Stanów Zjednoczonych.

Przejmowanie najnowszej technologii napotykało na zdecydowany opór samych Niemców, którzy próbowali chronić swoje tajemnice w nadziei na odrodzenie się Rzeszy. Naukowców mordowano, laboratoria badawcze niszczono, dokumentację ukrywano w górskich jaskiniach, zatapiano w jeziorach i grzebano w podziemnych kryptach. Wszystko po to, by nazistowskie sekrety nie trafiły do rąk aliantów.

Rozpoczęły się mozolne poszukiwania. Wiele nazistowskich laboratoriów, w których pracowano nad nowymi rodzajami broni, mieściło się w podziemnych bunkrach na terytorium Niemiec, Austrii, Czechosłowacji i Polski. Jedno z najlepiej strzeżonych znajdowało się w starej kopalni w pobliżu Wrocławia. Prowadzony tam program badawczy oznaczony był kryptonimem Die Glocke, czyli Dzwon, a mieszkańcy okolicznych wiosek opowiadali o pojawianiu się dziwnego światła i nękających ludność tajemniczych chorobach i nagłych zgonach.

Pierwsze dotarły na miejsce wojska rosyjskie, znalazły jednak kopalnię całkowicie opróżnioną. Wszystkich sześćdziesięciu dwóch naukowców uczestniczących w programie badań rozstrzelano, a urządzenia wywieziono w nieznanym kierunku.

I tylko jedno wiadomo na pewno: Dzwon istniał naprawdę.

KOMENTARZ NAUKOWY

Życie bywa dziwniejsze od fikcji literackiej. Wszystkie rozważania na temat mechaniki kwantowej, sztucznej inteligencji i procesów ewolucji przedstawione w tej książce oparte są na faktach naukowych.

Czy to, że ewolucja stanowi kręgosłup biologii, przez co biologia nabiera szczególnego charakteru nauki opartej na wzmocnionej teorii, czyni ją nauką, czy przedmiotem wiary?

KAROL DARWIN

Nauka bez religii jest chroma, religia bez nauki jest ślepa.

ALBERT EINSTEIN

A kto powiedział, że nie jestem pod szczególną opieką Boga?

ADOLF HITLER

1945

Festung Breslau4 maja, godzina 6.22 czasu miejscowego

Zwłoki płynęły podziemnym kanałem ściekowym w strumieniu nieczystości. Ciało chłopca było rozdęte, nadgryzione przez szczury i pozbawione butów, spodni i koszuli. W oblężonym mieście nic nie mogło się zmarnować.

Obergruppenführer SS Jakob Sporrenberg ominął trupa i brnął dalej w śmierdzącej mazi pełnej odpadków i fekaliów, krwi i wydzielin. Wilgotny kawałek materiału, którym zakrył sobie nos i usta niewiele pomagał w walce ze smrodem. Oto, czym się kończy wielka wojna. Władcy Europy, którzy jak szczury uciekają śmierdzącymi kanałami. Ale jak rozkaz, to rozkaz.

W górze trwała kanonada rosyjskiej artylerii, która ostrzeliwała miasto. Każdy kolejny wybuch Jakob odczuwał jak cios wymierzony jemu osobiście. Rosjanie wdarli się już na teren miasta, zbombardowali lotnisko, ich czołgi chrzęściły na ulicznym bruku, a transportery opancerzone dotarły już do Kaiserstrasse. Śródmiejską arterię zamieniono w lądowisko dla samolotów, znakując je po bokach rzędami beczek z płonącą ropą. Wydobywający się z nich czarny dym mieszał się z dymami pożarów i jeszcze bardziej zasnuwał poranne niebo, nie pozwalając przebić się promieniom wstającego słońca. Walczono o każdą ulicę i każdy dom od piwnic aż po dach.

Każdy dom jest twierdzą.

Tak brzmiał ostatni rozkaz wydany ludności cywilnej przez gauleitera Hankego. Miasto miało się bronić do końca. Od tego zależała przyszłość Trzeciej Rzeszy.

Od tego i od powodzenia misji Jakoba Sporrenberga.

– Mach schnell – upomniał idących za nim ludzi.

Jego oddział Sicherheitsdienst, zwany komandem ewakuacyjnym, liczył czternastu ludzi, którzy szli za nim po kolana w śmierdzącej brei. Wszyscy byli ubrani na czarno, w rękach mieli broń, a na plecach ciężkie plecaki. Środek grupy tworzyli czterej najroślejsi – byli dokerzy z portów Morza Północnego – niosący kilka skrzyń na drągach trzymanych na ramionach.

Rosjanie nie bez powodu z taką zajadłością atakowali to nieznajdujące się na głównej linii natarcia miasto, leżące u podnóża Sudetów na pograniczu Niemiec i Polski. Festung Breslau stanowiła bramę do ciągnących się dalej terenów górskich, gdzie więźniowie dowożeni z obozu koncentracyjnego w Gross-Rosen przez ostatnie dwa lata drążyli tunele i pieczary w zboczu jednej z gór. Posługując się ładunkami wybuchowymi i kilofami, wydrążyli blisko sto kilometrów tuneli w jednym tylko celu: by uchronić przed dociekliwością aliantów pewien ściśle tajny projekt:

Der Riese… Olbrzym.

Mimo wszystko wieści o prowadzonych pracach trafiły do wielu niepowołanych uszu. Być może ktoś mieszkający w pobliżu kopalni zaczął rozpowiadać o tajemniczych chorobach i nagłych zgonach nękających miejscową ludność.

Gdyby tylko mieli więcej czasu na dokończenie badań…

Jakob Sporrenberg aż się wzdrygnął. Wprawdzie poza nazwą ściśle tajnego projektu – Chronos – nie znał zbyt wielu szczegółów, wiedział wystarczająco dużo. Widział zwłoki ludzi używanych do doświadczeń i słyszał ich krzyki…

Przerażające.

To jedyne określenie, jakie przychodziło mu do głowy i mroziło krew w żyłach.

Przeprowadzenie egzekucji grupy naukowców nie sprawiło mu żadnych trudności. Sześćdziesięcioro dwoje kobiet i mężczyzn wyprowadzono na zewnątrz i zabito dwoma strzałami w tył głowy. Nikt nie mógł się dowiedzieć, co naprawdę działo się w czeluściach kopalni Wenceslas, ani co się w niej znajdowało. Darowano życie tylko jednej osobie z personelu naukowego.

Doktor Toli Hirszfeld.

Jakob słyszał za plecami, jak z wysiłkiem wlecze się z rękami związanymi na plecach, niemal ciągnięta przez jednego z jego ludzi. Wysoka, niespełna trzydziestoletnia, obdarzona przez naturę niedużymi piersiami, rozłożystymi biodrami i zgrabnymi nogami, miała długie czarne włosy i mlecznobiałą cerę, która od wielu miesięcy była pozbawiona światła słonecznego. Zginęłaby wraz z pozostałymi gdyby nie to, że jej ojciec, Hugo Hirszfeld, kierownik naukowy projektu Oberarbeitsleiter, ostatecznie ujawnił swą zdradziecką naturę półkrwi Żyda i podjął próbę zniszczenia dokumentacji prowadzonych badań. Na szczęście jednemu ze strażników udało się temu zapobiec i zastrzelić go, nim zdążył zdetonować ładunek wybuchowy w swym podziemnym gabinecie. To, że musiał pozostać przy życiu ktoś mający pełną wiedzę o programie Die Glocke po to, by móc w przyszłości kontynuować pracę, uratowało życie jego córce. Będąc jak ojciec wybitnym naukowcem, Tola Hirszfeld znała szczegóły programu lepiej niż ktokolwiek z pozostałych pracowników naukowych.

Ale z góry było wiadomo, że łatwo nie pójdzie.

Oglądając się za siebie, Jakob widział w jej oczach jarzący się gniew i czuł emanującą z niej nienawiść, ale wiedział, że w końcu, wzorem ojca, podejmie z nimi współpracę. Jakob umiał sobie radzić z Juden, a już szczególnie z mieszańcami. Mischlinge. Ci byli najgorsi… Niemcy z domieszką krwi żydowskiej. W siłach zbrojnych Trzeciej Rzeszy służyło około stu tysięcy Mischlinge, Żydów w niemieckich mundurach. Stosowanie wyjątków w egzekwowaniu nazistowskich przepisów rasowych pozwalało takim mieszańcom służyć Trzeciej Rzeszy i w ten sposób uchodzić z życiem. Każdorazowo wymagało to indywidualnej zgody i zwykle tacy Mischlinge okazywali się najgorliwszymi wykonawcami rozkazów. Musieli codziennie udowadniać, że lojalność wobec Rzeszy jest dla nich ważniejsza od rasy.

Ale Jakob i tak nigdy im do końca nie ufał, a postępek ojca Toli dowodził, że jego podejrzliwość była uzasadniona. Próba sabotażu podjęta przez doktora go nie zaskoczyła. Juden zasługują tylko na eksterminację, nie na zaufanie.

Tyle że w papierach Hugo Hirszfelda widniał podpis samego Führera, który osobiście wyraził zgodę nie tylko na zatrudnienie ojca i córki, ale także na oszczędzenie wiekowych rodziców doktora, którzy mieszkali gdzieś w środkowych Niemczech. I o ile Jakob nie miał za grosz zaufania do Mischlinge, o tyle niezłomnie wierzył, że Führer zawsze podejmuje słuszne decyzje. Rozkaz nie pozostawiał cienia wątpliwości: wywieźć z kopalni wszystko, co pozwoli kontynuować pracę, resztę zniszczyć.

A to wymagało pozostawienia tej kobiety przy życiu.

Jej i tego niemowlaka.

Miesięczne niemowlę płci męskiej, rasy żydowskiej, opatulono i włożono do plecaka. Wcześniej podano mu lekki środek uspokajający, by nie zdradziło ich kwileniem.

Ten bękart sprawiał, że Jakob był sfrustrowany i czuł odrazę do całej sytuacji. Bo oto najszczytniejsze plany i nadzieje Trzeciej Rzeszy znalazły się nagle w maleńkich rączkach żydowskiego noworodka. Na samą myśl o tym dławiła go wściekłość i chętnie nadziałby szczeniaka na bagnet. Ale rozkaz to rozkaz.

Widział też spojrzenia Toli, jakimi obrzucała niemowlę. W jej oczach była zawziętość, ale i żal. Do jej obowiązków należała nie tylko praca naukowa pod kierunkiem ojca, ale także pełnienie roli zastępczej matki malca – usypianie go i karmienie. To dziecko było właściwie jedynym powodem, dla którego zgodziła się współpracować. Zagrożenie jego życia ostatecznie przechyliło szalę i skłoniło Tolę do ustępstw wobec żądań Jakoba.

Pocisk z moździerza rozerwał się tak blisko nad ich głowami, że wszyscy przyklękli, czując nieznośne dzwonienie w uszach. Betonowe sklepienie zatrzeszczało i na ich głowy posypał się cementowy pył.

Jakob zaklął pod nosem i podniósł się pierwszy.

Podszedł jego zastępca Oskar Henricks i pokazał odchodzącą w bok odnogę kanału.

– Pójdziemy tamtędy, Herr Obergruppenführer. To stary burzowiec. Z planu miasta wynika, że główny kanał burzowy dochodzi do rzeki w pobliżu Wyspy Katedralnej.

Jakob skinął głową. W pobliżu wyspy powinny na nich czekać dwie zamaskowane kanonierki z załogą złożoną z członków ich komanda. Są już blisko.

Ruszył ze zdwojoną energią, wsłuchując się w przybierające na sile rosyjskie bombardowanie nad głowami. Wzmożona kanonada świadczyła zapewne o tym, że wróg szykuje się do ostatecznego szturmu. Jakob nie miał wątpliwości, że losy miasta są przesądzone.

Dotarł do odnogi i wspiął się na betonowy próg, którym zaczynał się kanał burzowy. Buty nasiąknięte obrzydliwą mazią z kanału ściekowego zaskrzypiały na suchym betonowym dnie burzowca, a rozsiewany przez nie dławiący smród fekaliów zdawał się jeszcze intensywniejszy. Kanał ściekowy nie pozwalał o sobie zapomnieć.

Reszta oddziału ruszyła za nim.

Jakob oświetlił latarką ciągnący się przed nimi burzowiec. Wydało mu się, że wyczuwa świeższy powiew, i to dodało mu sił. Do końca przeprawy, a tym samym do wypełnienia powierzonej mu misji, było już bardzo blisko. Nim Rosjanie dotrą do pełnego szczurów podziemnego labiryntu kopalni Wenceslas, jego oddział będzie już na drugim krańcu Śląska, a w kopalni powita ich jeszcze parę zastawionych przez niego min pułapek. Na Ruskich i ich sprzymierzeńców nie czekało w tamtych górach nic poza śmiercią.

Pokrzepiony tą myślą, szybko posuwał się w stronę coraz wyraźniej odczuwalnego prądu świeżego powietrza. Dno kanału lekko opadało i cała grupa przyspieszyła kroku. Dodatkowo mobilizowała ich cisza, jaka nagle zapadła na górze. Znaczyło to zapewne, że Rosjanie przystąpili do szturmu.

Zostało im bardzo mało czasu. Już niedługo rzeką nie da się uciec.

Jakby wyczuwając ogarniające wszystkich napięcie, niemowlę zaczęło cicho płakać. Widocznie środek uspokajający przestał działać. Zresztą Jakob uprzedził sanitariusza, że ilość środka ma być bardzo mała. Bał się, że większa dawka mogłaby dziecku zaszkodzić. Może jednak się przeliczył…

Płacz niemowlaka przybierał na sile.

Gdzieś dalej, na północy, usłyszeli wybuch pojedynczego pocisku moździerzowego.

Płacz zaczynał przechodzić w krzyk, który zwielokrotnionym echem odbijał się od kamiennych ścian tunelu.

– Uciszcie tego bachora! – rzucił Jakob do żołnierza niosącego niemowlaka.

Chudy jak tyczka żołnierz o ziemistej cerze zsunął z ramion plecak, przy okazji strącając też z głowy czapkę. Zaczął rozsznurowywać plecak, co jeszcze bardziej wzmogło dochodzący z niego wrzask.

– Dajcie… dajcie go mnie! – wykrzyknęła Tola, próbując wyszarpnąć łokieć z uścisku pilnującego ją żołnierza. – On mnie potrzebuje.

Żołnierz mocujący się z plecakiem spojrzał pytająco na Jakoba. W świecie nad ich głowami panowała głucha cisza i tylko ten kanał rozbrzmiewał wrzaskiem.

Jakob skrzywił się i kiwnął głową.

Przecięto więzy krępujące nadgarstki Toli. Rozmasowała je sobie, by przywrócić krążenie, i sięgnęła po dziecko. Żołnierz skwapliwie pozbył się ciężaru, a ona ułożyła dziecko na zagiętej ręce i podtrzymując mu główkę, zaczęła je łagodnie kołysać. Tuląc dziecko, czule do niego przemawiała.

Płacz dziecka zaczął powoli cichnąć i przechodzić w kwilenie.

Jakob z zadowoleniem kiwnął głową i dał znak pilnującemu Tolę żołnierzowi. Ten uniósł rękę i przycisnął lufę lugera do pleców kobiety. Zapadła cisza i oddział wznowił wędrówkę podziemnym kanałem burzowym pod miastem Breslau.

Wkrótce smród ścieków zastąpiła gryząca woń dymu. Latarka Jakoba oświetlała coraz gęściejsze kłęby dymu wciskające się do kanału przez jego ujście do rzeki. Ostrzał artyleryjski zupełnie ustał, natomiast coraz wyraźniejsza stawała się zbliżająca się od wschodu kanonada z ręcznej broni maszynowej. Coraz głośniejszy był też chlupot wody.

Jakob kazał ludziom zatrzymać się i ręką przywołał do siebie radiooperatora.

– Daj sygnał łodziom – rozkazał.

Żołnierz służbiście kiwnął głową i rozpłynął się w mroku. Chwilę później kilkakrotnie błysnął lampą w stronę pobliskiej wyspy, przekazując umówiony sygnał. Na opuszczenie kryjówki i dopłynięcie do wylotu kanału kanonierki potrzebowały nie więcej niż minutę.

Jakob popatrzył na Tolę, która nie przestawała tulić dziecka. Niemowlę ucichło, zamknęło oczy.

Tola odwzajemniła harde spojrzenie Jakoba.

– Dobrze wiesz, że mój ojciec miał rację – powiedziała spokojnym, pewnym siebie tonem. Jej wzrok na moment powędrował do opieczętowanych skrzyń. – Widzę to po twojej minie. Posunęliśmy się w naszych badaniach… za daleko.

– O tym nie decyduje żadne z nas – odwarknął.

– A kto?

Jakob wzruszył ramionami i odwrócił głowę. Rozkaz, jaki otrzymał, pochodził od samego Heinricha Himmlera i zastanawianie się nad jego sensem mijało się z celem. Przez skórę czuł, że kobieta nie spuszcza z niego wzroku.

– To jak wyrzeczenie się Boga i natury – powiedziała cicho.

Dochodzące z końca kanału wołanie zwolniło go od odpowiedzi.

– Łodzie już tu płyną! – powtórzył radiooperator, podchodząc bliżej.

Jakob wydał rozkazy i poderwawszy oddział, ruszył w stronę wylotu kanału kończącego się na stromym brzegu Odry. Wprawdzie zbawcze ciemności już się rozpraszały i na wschodzie widać było wstające słońce, ale mieli szczęście, bo rzekę pokrywały kłęby czarnego dymu, które gęstniejąc przy powierzchni wody, tworzyły otulający ich całun.

Tylko jak długo będzie ich jeszcze osłaniał?

Salwy z broni ręcznej nie ustawały – zupełnie jakby ktoś strzelał na wiwat, ciesząc się ze zniszczenia Breslau.

Wydobywszy się z kanałowego smrodu, Jakob odjął od twarzy wilgotną szmatkę i tocząc wzrokiem po ołowianoszarych wodach rzeki, pełną piersią zaczerpnął świeżego powietrza. Kilkadziesiąt metrów dalej zobaczył prujące w ich stronę dwie sześciometrowe kanonierki i usłyszał równy warkot ich silników. Na dziobach widać było po dwa lekko tylko zamaskowane karabiny maszynowe MG-42.

Za łodziami wyłaniała się z dymu ciemna masa wyspy. Wbrew swej nazwie Wyspa Katedralna nie była już właściwie wyspą, bo z biegiem lat nurt rzeki naniósł tyle piachu, że już w dziewiętnastym wieku połączyła się z przeciwległym brzegiem. Z ich brzegu na wyspę prowadził pochodzący z tego samego okresu szmaragdowozielony żelazny most i to właśnie pod nim skryły się napływające szybko kanonierki.

Uwagę Jakoba przyciągnął na chwilę refleks wschodzącego słońca na dwóch potężnych wieżach katedry, której wyspa zawdzięczała nazwę. Oprócz niej stało tam jeszcze pięć innych kościołów.

W uszach wciąż dźwięczały mu słowa Toli Hirszfeld:

„To jak wyrzeczenie się Boga i natury”.

Poranny chłód przenikał na wskroś jego przemoczone ubranie i powodował, że po skórze przebiegały mu zimne dreszcze. Cieszyło go, że już niedługo się stąd wydostanie i że będzie mógł zapomnieć o wszystkim, co się tu działo.

Pierwsza z łodzi przybiła do brzegu, co kazało mu odsunąć od siebie myśli o przeszłości i zająć się teraźniejszością. Wydał rozkaz, by załadowano skrzynie na łodzie.

Tola z dzieckiem na rękach stała z boku pilnowana przez jednego z żołnierzy. Ona też patrzyła na lśniące w zadymionym powietrzu wieże, jednocześnie wsłuchując się w coraz bliższe odgłosy walki. Dawało się już rozróżnić chrzęst gąsienic sunących ku nim czołgów. Wszystkiemu towarzyszyły okrzyki i wrzaski.

Gdzież jest teraz Bóg, którego wyrzeczenia się obawiała?

Bo na pewno nie tu.

Po skończonym załadunku Jakob podszedł do Toli.

– Wsiadaj – rozkazał. Chciał to powiedzieć tonem nieznoszącym sprzeciwu, ale coś emanującego z jej twarzy złagodziło jego głos.

Bez słowa wykonała polecenie. Nie odrywała wzroku od wież, ale jej myśli szybowały jeszcze wyżej.

Jakob po raz pierwszy stwierdził, że jest piękna… chociaż Mischling. Chwilę potem zahaczyła o coś obcasem, zachwiała się i z trudem uniknęła upadku. Mimo to nie upuściła dziecka. Wróciła myślami do otaczającej ją zadymionej szarości, jej twarz spochmurniała i stężała. Gdy zaczęła szukać wzrokiem miejsca dla siebie i dziecka, jej spojrzenie znów było kamiennie twarde.

Wybrała ławkę przy prawej burcie, a pilnujący ją żołnierz stanął obok.

Jakob usiadł przy przeciwległej burcie i dał znak szyprowi, że może odbijać.

– Nie wolno nam się spóźnić – mruknął, wbijając wzrok w wody rzeki. Ruszyli na zachód, odwracając się tyłem do zbliżającego się frontu i wschodzącego słońca.

Jakob spojrzał na zegarek. Zgodnie z planem ich transportowy junker Ju 52 powinien już czekać na starym, zrujnowanym lotnisku dziesięć kilometrów od miasta. Samolot miał mieć znaki Niemieckiego Czerwonego Krzyża i udawać jednostkę transportu medycznego, co było dodatkowym zabezpieczeniem przed atakiem.

Łodzie wypłynęły na głębszą wodę, silniki zawyły na wyższych obrotach. Rosjanie już ich nie zatrzymają. Udało się.

Nagle wzrok Jakoba przyciągnął nieoczekiwany ruch koło przeciwległej burty.

Tola pochyliła się nad dzieckiem i delikatnie ucałowała jego pokrytą miękkim puszkiem główkę. Potem uniosła głowę i spojrzała Jakobowi w oczy. W jej wzroku nie dostrzegł ani uległości, ani agresji. Tylko determinację.

W mgnieniu oka pojął, co zamierza zrobić.

– Nie!

Ale było już za późno.

Tola zerwała się z miejsca, przechyliła do tyłu przez niski reling, zrobiła zamach nogami i trzymając dziecko przy piersi, rzuciła się w zimne wody Odry.

Pilnujący jej żołnierz osłupiał, po czym skoczył do burty i zaczął na oślep strzelać w wodę.

Jakob jednym susem dopadł go i podbił rękę trzymającą pistolet.

– Możesz trafić dziecko! – wrzasnął.

Przechylił się przez reling i zaczął wpatrywać w nurt rzeki. Wszyscy rzucili się do burty i łódź zakołysała się niebezpiecznie. Na ołowianej powierzchni wody widać było tylko odbicie ich głów. Jakob wrzasnął na pilota, by popłynął w koło.

Nurt rzeki był pusty.

Rozglądał się za pęcherzykami powietrza, ale wiry po śrubie obładowanej łodzi burzyły ołowianą toń i wszystko zamazywały. W bezsilnej złości uderzył pięścią w reling.

Jaki tatuś… taka córeczka…

TylkoMischling może wymyślić coś tak drastycznego. Był już świadkiem podobnych zdarzeń, kiedy żydowskie matki odbierały życie własnym dzieciom po to, by je uchronić przed większymi cierpieniami. Myślał, że Tola jest silniejsza, bardziej uodporniona. Musiała jednak uznać, że nie ma innego wyjścia.

Krążyli na tyle długo, by pozbyć się wszelkich wątpliwości. Potem jego ludzie przeszukali jeszcze oba brzegi, bez skutku. Tola zniknęła. Gwizd przelatującego nad głowami pocisku z moździerza zniechęcił ich do dalszych poszukiwań.

Gestem ręki Jakob przywołał swoich ludzi, potem machnął ku zachodowi, gdzie czekał na nich samolot. Przynajmniej zostały im skrzynie z urządzeniami i dokumentacją. Zniknięcie Toli stanowiło nieoczekiwaną komplikację, ale nie było czymś, z czym nie można sobie poradzić.

– W drogę! – rozkazał.

Łodzie skręciły na zachód i stopniowo zaczęły nabierać szybkości.

W ciągu paru minut rozpłynęły się w dymach pożarów trawiących Breslau.

Tola wsłuchiwała się w oddalający się warkot silników.

Tkwiła zanurzona w wodzie, kryjąc się za jednym z potężnych kamiennych filarów, na których wspierała się żelazna konstrukcja starego Mostu Katedralnego. Jedną dłonią zatykała buzię niemowlęciu. Modliła się w duchu, by umiało zaczerpnąć dość powietrza przez nos. Widać było, że dziecko ledwo dyszy.

Podobnie jak ona.

Jeden z pocisków trafił ją w szyję i rana obficie krwawiła, zabarwiając na czerwono otaczającą ją wodę. Czuła, jak stopniowo mąci jej się wzrok, wciąż jednak walczyła, by utrzymywać główkę niemowlęcia nad powierzchnią wody.

Najpierw miała zamiar po prostu utopić siebie i dziecko, poczuwszy jednak przenikliwe zimno i szarpiący ból w szyi, stwierdziła, że jej determinacja słabnie i zmienia się w wolę walki. W pamięci został jej błysk rozświetlający katedralne wieże. To, co wtedy poczuła, nie miało nic wspólnego z jej wiarą czy pochodzeniem, uświadomiło jej natomiast, że nad otaczającym człowieka mrokiem jest światło. I że są takie miejsca, gdzie brat nie walczy z bratem, a matki nie zabijają swoich dzieci.

Pracując nogami, wypłynęła na środek i pozwoliła się nieść prądowi w stronę mostu. Nabierała powietrza i zanurzając się pod wodę, wtłaczała je w usta dziecku, ściskając mu jednocześnie nosek. Wprawdzie w chwili skoku miała zamiar zakończyć swoje i jego życie, to od chwili, gdy podjęła walkę, owładnęło ją bez reszty pragnienie uratowania ich obojga.

Chłopiec nie miał nawet imienia.

A nikt nie powinien umierać bezimiennie.

Wtłaczała mu szybkie, małe hausty powietrza, jednocześnie walcząc z nurtem. Szczęśliwym trafem prąd zniósł ją wprost na jeden z filarów i udało jej się znaleźć za nim kryjówkę.

Ale teraz, gdy łodzie już odpłynęły, siły zupełnie ją opuściły i nie była już w stanie wytrzymać ani chwili dłużej.

Czując, jak uchodzi z niej krew, podejrzewała, że tylko przenikliwe zimno utrzymuje ją przy życiu. Jednak to samo zimno powoli pozbawiało życia kruche niemowlę.

Zaczęła z całych sił machać nogami, kierując się ku brzegowi. Była tak osłabiona i zdrętwiała z zimna, że jej ruchy były bezładne i nieskoordynowane. W pewnej chwili zaczęła się zanurzać, pociągając z sobą dziecko.

Nie!

Z najwyższym wysiłkiem wynurzyła głowę, czując, że woda robi się coraz cięższa i trudniejsza do pokonania.

Wciąż się jednak nie poddawała.

A potem pod stopami poczuła śliskie kamienne dno. Wydała okrzyk radości, zapominając, że wciąż jest jeszcze pod wodą, i zakrztusiła się. Raz jeszcze poszła na dno i ostatnim wysiłkiem odbiła się nogami od kamieni. Wynurzyła głowę i szarpnęła ciało ku brzegowi.

Stopy natrafiły na stromy brzeg rzeki.

Opierając się na jednej ręce i kolanie i przyciskając dziecko do szyi, zaczęła gramolić się z wody. Wydostała się na brzeg i runęła twarzą na warstwę kamieni. Nie miała siły się ruszyć. Ostatnim wysiłkiem woli zmusiła się do spojrzenia na ubrudzone jej własną krwią dziecko.

Nie ruszało się i nie oddychało.

Zamknęła oczy, czując, jak z wolna zapada się w przepastną czerń.

Zacznij płakać, cholera, płacz…

Płacz dziecka pierwszy usłyszał ojciec Varick.

Wraz z resztą braci zakonnych tkwił w piwnicach na wino w podziemiach kościoła Świętych Piotra i Pawła. Gdy ostatniej nocy rozpoczęło się bombardowanie Breslau, schronili się tam, by na klęczkach modlić się o uratowanie ich wyspy. Pochodzący z XV wieku kościół przetrwał w nienaruszonym stanie różne nawałnice i zmienne koleje losu, jakie na przestrzeni wieków nękały miasto na obu brzegach rzeki. Teraz znów przyszło im prosić opatrzność o opiekę nad ich świątynią.

Właśnie dzięki pobożnemu skupieniu do uszu zakonników dotarło ciche popiskiwanie.

Ojciec Varick bez słowa wstał z klęczek, co dla jego starych kości było nie lada wyczynem.

– Dokąd się wybierasz? – zapytał Franz.

– Wzywa mnie moja trzódka – odrzekł zakonnik. Od dwudziestu lat wynosił nad rzekę resztki jedzenia dla dzikich kotów i bezdomnych kundli, które zbierały się u stóp kościoła.

– Nie czas na to – wtrącił inny z braci wystraszonym głosem.

Ale ojciec Varick przeżył zbyt wiele lat, by tak po młodzieńczemu obawiać się śmierci. Przeszedł przez piwnicę i pochylił głowę w wejściu do niskiego korytarzyka prowadzącego do tylnej bramki od strony rzeki. Kiedyś zaopatrywano tędy kościół w węgiel, który składowano w piwnicy, obecnie pełnej omszałych zielonych butelek na dębowych regałach.

Dotarł do węglowej bramki, uniósł sztabę i odsunął zasuwę.

Potem pchnął ją ramieniem, a bramka głośno skrzypnęła.

Najpierw poczuł gryzącą woń dymu, a zaraz potem usłyszał cichy płacz i spojrzał na ziemię.

– Mein Gott im Himmel…

Parę kroków od bramki na kamiennej podmurówce leżała nieruchoma postać kobieca. Zakonnik padł na kolana, szepcąc słowa modlitwy.

Pomacał szyję kobiety w poszukiwaniu oznak życia, ale natrafił tylko na ranę pokrytą zakrzepłą krwią. Kobieta była skąpana we krwi i zimna.

Bez wątpienia nie żyła.

A potem nagle znów rozległo się kwilenie.

Uniósł ciało kobiety i ujrzał pod nim niemowlę, jak ona całe zalane krwią.

Było sine z zimna, ale wciąż jeszcze żywe. Wyciągnął je spod ciała kobiety i ciężki od wody becik zsunął się z jego ciałka.

Chłopiec.

Szybko przejechał dłonią po skórze dziecka, upewniając się, że krew nie jest jego.

To była krew matki.

Ze smutkiem spojrzał na kobietę. Tyle śmierci wokół. Popatrzył przez rzekę na drugi brzeg. Miasto płonęło, a poranne niebo zasnuwały kłęby czarnego dymu. Słychać było strzelaninę. Czyżby ta kobieta przypłynęła tu przez kanał? Żeby ratować dziecko?

– Odpoczywaj w pokoju – szepnął. – Zasłużyłaś na to.

Wytarł dziecko z krwi i osuszył. Jego rzadkie jedwabiste włosy były śnieżnobiałe. Nie mogło mieć więcej niż miesiąc.

Zabiegi ojca Varicka spowodowały, że płacz dziecka przybrał na sile, a jego twarzyczka nabrała koloru, było jednak bardzo osłabione i przemarznięte.

– Płacz, maleńki.

Jakby reagując na jego głos, chłopczyk uniósł opuchnięte powieki i spojrzał na Varicka błękitnymi oczami, błyszczącymi i czystymi. Wprawdzie większość noworodków ma oczy błękitne, ale zakonnik czuł, że te zachowają ten niebiański błękit na zawsze.

Przytulił dziecko, chcąc je trochę ogrzać, i zobaczył coś na jego nóżce. Was ist das? Przyjrzał się maleńkiej stópce. Na piętce ktoś narysował znak.

Nie, nie narysował. Dla pewności lekko potarł piętę.

Wytatuował szkarłatnym tuszem.

Varick wpatrzył się w znamię. Kształtem przypominało ślad kurzej łapki.

Lata młodości ojciec Varick spędził w Finlandii, więc bez trudu rozpoznał, że to jeden z nordyckich symboli runicznych, choć nie znał ani jego nazwy, ani znaczenia. Ze zdumieniem pokręcił głową. Komu mógł przyjść do głowy tak dziwaczny pomysł?

Spojrzał na matkę i ściągnął brwi.

Nieważne. Grzechy rodziców nie obciążają dzieci.

Otarł główkę dziecka z resztek krwi i okrył je swoim ciepłym habitem.

– Biedny Junge… Cóż za okropne powitanie zgotował ci ten świat.

CZĘŚĆ PIERWSZA

1DACH ŚWIATA

Baza pod Everestem, Himalaje16 maja, godzina 6.43 czasu miejscowego

– Ten wiatr niesie z sobą śmierć.

Taski, przywódca Szerpów, wygłosił tę opinię z powagą i pewnością siebie, do jakiej upoważniał go wykonywany zawód przewodnika. Był przysadzisty i miał niecały metr pięćdziesiąt wzrostu, wliczając w to zniszczony kowbojski kapelusz, roztaczał jednak wokół siebie taką aurę ważności, jakby przerastał o głowę wszystkich uczestników wyprawy. Jego skośne oczy wbite były w trzepocące na wietrze chorągiewki modlitewne.

Doktor Lisa Cummings skierowała na niego wizjer swego nikona D-100 i zrobiła zdjęcie. Taski był nie tylko przewodnikiem całej ekipy, ale także przedmiotem prowadzonych przez nią badań psychometrycznych. Idealnym obiektem dla jej testów.

Przyjechała do Nepalu w ramach stypendium przyznanego jej na badanie zjawisk fizjologicznych, jakie towarzyszą wspinaczce na Everest bez użycia tlenu. Do roku 1978 nikomu nie udało się wspiąć na szczyt bez tlenu. Na tych wysokościach powietrze jest bardzo rozrzedzone i nawet doświadczeni himalaiści wyposażeni w butle z tlenem doświadczają uczucia skrajnego wyczerpania, mają trudności z koordynacją ruchową, podwójnie widzą i mają halucynacje. Panowała wówczas opinia, że mierzący ponad osiem tysięcy osiemset metrów szczyt bez tlenu jest nie do zdobycia.

A potem nadszedł rok 1978 i dwaj wspinacze z Tyrolu dokonali niemożliwego i wspięli się na szczyt, posługując się wyłącznie własnymi zmęczonymi płucami. W ciągu następnych lat w ich ślady poszło około sześćdziesięcioro himalaistów obojga płci, ustanawiając dla wspinaczkowej elity nowe standardy.

Lisa nie potrafiła wyobrazić sobie lepszej okazji do badań wysiłkowych w warunkach obniżonego ciśnienia atmosferycznego.

Niedługo przed wyjazdem do Nepalu zakończyła pięcioletni program badań nad wpływem podwyższonego ciśnienia na procesy fizjologiczne człowieka. W ramach programu znaczną część czasu spędziła na pokładzie statku naukowego Deep Fathom, zajmując się badaniem zjawisk zachodzących w organizmach nurków głębinowych. Po zakończeniu programu musiała coś ze sobą zrobić, i to zarówno w sprawach zawodowych, jak osobistych, i to skłoniło ją do przyjęcia niezbyt szczodrego stypendium na przeprowadzenie badań odwrotnych: nad fizjologicznymi efektami przebywania w warunkach niskiego ciśnienia.

Konsekwencją tej decyzji stała się jej podróż na Dach Świata.

Ustawiła kolejny kadr z Szerpą z plemienia Taski w centrum. Podobnie jak większość jego ziomków Taski używał nazwy swej grupy etnicznej jako nazwiska.

Mężczyzna oddalił się od trzepocących na wietrze chorągiewek, zdecydowanym ruchem kiwnął głową i papierosem wetkniętym między palce wskazał na górujący nad nimi masyw.

– Niedobry dzień. Ten wiatr niesie śmierć – powtórzył.

Potem włożył papierosa do ust i odwrócił się. Dla niego temat został wyczerpany.

Czego nie można było powiedzieć o pozostałych członkach wyprawy.

Wśród wspinaczy rozległy się szmery niezadowolenia. Wszyscy siedzieli z zadartymi głowami, wpatrując się w bezchmurne błękitne niebo. Dziesięcioosobowa ekipa od dziewięciu dni czekała bezczynnie na otwarcie się okienka pogodowego. Tyle że wcześniej nikt nie protestował przeciw oczywistej decyzji przeczekania szalejącej od tygodnia burzy, którą wywołał potężny cyklon znad Zatoki Bengalskiej. Wichury osiągające szybkość stu sześćdziesięciu kilometrów na godzinę atakowały obóz, przewracały ludzi i szarpały namiotami tak, że porwany został jeden z namiotów gospodarczych. Zacinały przy tym igiełkami zlodowaciałego śniegu, które na gołą skórę działały jak papier ścierny.

I wreszcie wstał słoneczny ranek, piękny jak ich marzenia o zdobyciu szczytu. Promienie słońca lśniły na lodowcu Khumbu i opadających z niego jęzorach lodu. Nad wszystkim górował pokryty śniegiem Everest, stojąc w otoczeniu swych dostojnych sióstr i przypominając orszak weselny w bieli.

Lisa zrobiła już około setki zdjęć, starając się uchwycić zmieniające się światło w całej jego krasie. Teraz już rozumiała, dlaczego Chińczycy nazywali Everest Czomolungma, czyli Boska Matka Świata. Nepalczycy mówili na niego Sagarmatha – Bogini Nieba.

Spowita chmurami góra istotnie była jak bogini lodu i skał, do której zjeżdżali się wspinacze, by oddać hołd i udowodnić, że zasługują na ucałowanie nieba z jej szczytu. A nie było to ani łatwe, ani tanie. Sześćdziesiąt pięć tysięcy dolarów od każdego uczestnika wyprawy. W tej cenie mieścił się już jednak cały potrzebny ekwipunek, tragarze, Szerpowie i oczywiście tyle jaków, ile dusza zapragnie. Ryk jednego z dwudziestu czterech zwierząt potoczył się właśnie po dolinie i powrócił echem odbitym od ścian. Bąble namiotów w czerwono-niebieskie pasy ubarwiały obozowisko – jedno z sześciu rozłożonych w tej dolinie w nadziei, że bogowie burz znajdą sobie wreszcie inne zajęcie.

A teraz okazało się, że zdaniem ich Szerpy ten dzień jeszcze nie nadszedł.

– To jeden wielki przekręt – prychnął szef bostońskiej firmy produkującej sprzęt sportowy. Ubrany w ostatni krzyk himalajskiej mody, puchowy kombinezon, stał obok swego spakowanego plecaka. – Ponad sześćset dolców dziennie za bezczynne siedzenie na tyłku. Oni nas tu specjalnie przetrzymują. Na zasranym niebie nie ma ani jednej chmurki!

Powiedział to półgłosem, jakby chciał podpuścić innych, samemu zbytnio się nie wychylając.

Lisa znała ten typ. Osobowość typu P. P jak palant. Myśląc o nim teraz, nie potrafiła zrozumieć, jak to się stało, że poszła z nim do łóżka. Na samo wspomnienie aż ją skręcało z obrzydzenia. Do amorów doszło jeszcze w Stanach. Poznała go na zebraniu organizacyjnym w hotelu Hyatt w Seattle i wypiła z nim o jedną whisky za dużo. Bostoński Bob stał się kolejną przystanią, do której rzucił ją miotający nią życiowy sztorm… Nie pierwszą i zapewne nie ostatnią. Natomiast jednego była pewna: w tej przystani już nigdy nie zacumuje.

Podejrzewała, że właśnie to jest jedną z głównych przyczyn jego wojowniczości i ciągłego niezadowolenia.

Odwróciła głowę spokojna, że jej młodszy brat poradzi sobie z głosami krytyki. Josh był himalaistą z dziesięcioletnim stażem i to on doprowadził do włączenia jej do kolejnej wyprawy na Everest. Od lat co najmniej dwa razy w roku jeździł na wyprawy w różne rejony świata.

Josh Cummings podniósł rękę. Jak siostra szczupły i jasnowłosy, ubrany był w czarne dżinsy z nogawkami wetkniętymi w stoptuty Millet One Sport i szarą puchową kamizelkę. Potoczył wzrokiem po uczestnikach i odchrząknął.

– Taski był na Evereście dwanaście razy. Zna górę i jej kaprysy. Jeśli uważa, że pogoda jest zbyt niepewna na wspinaczkę, poświęcimy ten dzień na aklimatyzację i ćwiczenia techniczne. Jeśli są chętni, mogę zorganizować dwóch Szerpów, którzy poprowadzą jednodniową wycieczkę do lasu rododendronowego na dolnym piętrze doliny Khumbu.

Jeden z uczestników podniósł rękę.

– A może zamiast tego jednodniowa wycieczka do hotelu Everest View? Od sześciu dni kiśniemy w tych cholernych namiotach. Nie miałbym nic przeciwko gorącej kąpieli.

Przez grupę przetoczyła się fala potakiwań.

– Nie jestem pewien, czy to dobry pomysł – ostudził ich zapał Josh. – Do hotelu jest dzień marszu. By zapobiec chorobie wysokościowej, wszystkie pokoje mają wymuszony dopływ tlenu. Noc w hotelu mogłaby zakłócić waszą aklimatyzację i opóźnić atak na szczyt.

– Jakbyśmy i bez tego nie byli wystarczająco opóźnieni – mruknął Bostoński Bob.

Josh zignorował jego uwagę. Lisa była pewna, że brat nie popełni błędu i nie da się namówić na ryzyko wspinaczki w niesprzyjających warunkach pogodowych. Niebo było bezchmurne, ale wiedziała, że pogoda w górach potrafi zmienić się w ciągu paru minut. Wychowali się z Joshem w nadmorskim rejonie Cataliny i potrafili wywróżyć pogodę nie tylko z braku chmur na niebie. Może Josh nie umie przewidzieć pogody w Himalajach tak dobrze jak Szerpowie, ale z całą pewnością ma respekt dla tych, którzy umieją to robić.

Lisa spojrzała na pióropusz śniegu nad szczytem Everestu. Oznaczał on, że w rejonie wierzchołka wieje huragan, który w porywach osiąga szybkość dobrze ponad trzysta kilometrów na godzinę. Tuman śniegowego pyłu unosił się nad szczytem. Wprawdzie szalejąca w ostatnich dniach burza ustała, ale powyżej ośmiu tysięcy metrów występowały skoki ciśnienia, a potężne prądy powietrzne mogły w każdej chwili przyciągnąć z powrotem sztormową pogodę.

– Moglibyśmy chociaż podejść do pierwszego obozu – nie rezygnował Bostoński Bob. – Zabiwakować i zobaczyć, co przyniesie pogoda.

W jego głosie pojawił się irytujący jękliwy ton, który miał skłaniać do ustępstw. Aż poczerwieniał z rozdrażnienia.

Lisa nie potrafiła zrozumieć, jak mogła się kimś takim zainteresować.

Ale nim jej brat zdążył zareagować, do uszu wszystkich dotarł jakiś dudniący dźwięk, jakby odległe bicie w bębny. Oczy wszystkich zwróciły się na wschód. W oślepiających promieniach wschodzącego słońca pojawiła się sylwetka śmigłowca – przypominający czarnego szerszenia model B-2 Squirrel A-Star Ecuriel, specjalnie zaprojektowany do lotów w wysokich górach i używany w akcjach ratunkowych.

Zapadła cisza.

Tydzień wcześniej, tuż przed ostatnią burzą, od strony Nepalu wyruszyła na szczyt kolejna ekspedycja. Według komunikatów radiowych wspinacze dotarli do obozu drugiego leżącego na wysokości ponad 6400 metrów.

Lisa przysłoniła oczy dłonią. Czyżby jednak coś się stało?

Po drodze odwiedziła należący do Himalajskiego Pogotowia Ratunkowego szpital w Pheriche, do którego trafiały zwożone z gór ofiary wszelkiego rodzaju wypadków i chorób – połamane kończyny, obrzęk płuc czy mózgu, odmrożenia, niewydolność pracy serca, dyzenteria, ślepota śnieżna i wszelkiego rodzaju choroby zakaźne łącznie z wenerycznymi. Wyglądało na to, że nawet zarażonych rzeżączką czy chlamydią gna ambicja zdobywania Everestu.

Ale o co chodzi teraz? Na radiowym kanale ratunkowym nie odebrano żadnego wołania o pomoc. Zresztą z uwagi na rozrzedzenie powietrza śmigłowiec i tak nie mógłby polecieć dużo wyżej ponad bazę. Oznaczało to, że korzystanie z transportu powietrznego i tak wymagało znoszenia rannych z większych wysokości. Wszystkich nieszczęśników, którzy ulegli wypadkom powyżej 7600 metrów, z reguły zostawiano własnemu losowi, przez co górne partie Everestu stopniowo zamieniały się w cmentarzysko porzuconego sprzętu, pustych butli tlenowych i zwłok zmumifikowanych przez mróz.

Zmienił się dźwięk łoskotu wirników.

– Lecą do nas – orzekł Josh, zarządzając, by wszyscy schowali się w namiotach. Chciał, by miejsce pośrodku bazy, które służyło jako lądowisko dla helikopterów, było puste.

Czarny śmigłowiec obniżył się i zawisł nad ziemią, podrywając tuman piachu i kamyków. Puste opakowanie po snickersie przefrunęło tuż obok nosa Lisy, chorągiewki modlitewne gwałtownie furkotały na sznurze, jaki rozbiegały się w popłochu. Po tylu dniach górskiej ciszy hałas wydawał się ogłuszający.

B-2 osiadł na płozach tak lekko i z taką gracją, jakby nic nie ważył. Drzwi się otworzyły i wysiadło z niego dwóch mężczyzn. Jeden ubrany był w polowy mundur Królewskiej Armii Nepalu i trzymał zawieszony na ramieniu karabin automatyczny. Drugi, wyższy od niego, miał ogoloną głowę i ubrany był w przewiązaną w pasie luźną czerwoną szatę buddyjskiego mnicha.

Podeszli do dwóch Szerpów i wymienili kilka szybkich zdań w miejscowym dialekcie. Nastąpiła chwila gorączkowej gestykulacji, potem ramię jednego z Szerpów wyciągnęło się.

W stronę Lisy.

Mnich ruszył ku niej, obok kroczył nieodstępujący go żołnierz. Sądząc po kurzych łapkach wokół oczu, mnich miał pod pięćdziesiątkę, jego skóra była koloru kawy z mlekiem, a oczy jasnobrązowe.

Żołnierz miał skórę ciemniejszą i blisko osadzone oczy. Szedł, nie odrywając wzroku od dekoltu Lisy, która stała w rozpiętej kurtce. Najwyraźniej zafascynował go jej wystający spod puchowej kamizelki sportowy stanik.

W przeciwieństwie do niego mnich skromnie opuścił wzrok i z szacunkiem lekko skłonił głowę. Mówił doskonale po angielsku, z lekkim brytyjskim akcentem.

– Przepraszam, pani doktor, za najście, ale sytuacja jest wyjątkowa. Powiedziano mi w szpitalu HPR, że jest pani lekarką.

– Jestem – potwierdziła Lisa, lekko się krzywiąc.

– Niedaleko stąd, w klasztorze, wybuchła tajemnicza epidemia, która zaatakowała niemal wszystkich jego mieszkańców. Z sąsiadującej z klasztorem wioski wysłano człowieka, który szedł trzy dni do szpitala w Khunde. Mieliśmy nadzieję, że uda nam się wysłać do klasztoru jednego z lekarzy HPR, ale z powodu lawiny w szpitalu brakuje rąk do pracy. I wtedy doktor Sorenson powiedziała mi o pani.

Lisa dobrze pamiętała przysadzistą Kanadyjkę. Kiedyś spędziły wieczór we dwie, z sześciopakiem carlsberga i dzbankiem słodkiej herbaty z mlekiem.

– Ale w czym ja mogę pomóc?

– Czy nie zechciałaby pani towarzyszyć mi do klasztoru? Wprawdzie znajduje się w głębi gór, ale można tam dolecieć helikopterem.

– A jak długo… – zaczęła i spojrzała niepewnie na Josha, który stanął obok.

Mnich pokręcił głową. Widać było, że jest zmieszany swoim natręctwem.

– Lot zajmie nam jakieś trzy godziny. Tylko nie wiem, co znajdziemy na miejscu – dodał i z zafrasowaną miną znów pokręcił głową.

– I tak jesteśmy uziemieni na resztę dnia. – Josh wzruszył ramionami. Po chwili jednak dotknął łokcia Lisy i przysunął się bliżej. – Ale powinienem polecieć z tobą – dodał.

Aż się żachnęła. Sama umie o siebie zadbać. Uprzedzano ją jednak, że od roku 1996 sytuacja polityczna w Nepalu jest napięta. Maoistowscy rebelianci prowadzili w górach wojnę partyzancką, której celem było obalenie monarchii konstytucyjnej i zastąpienie jej rządami komunistów. Znane były przypadki odcinania ofiarom kończyn sierpami. Wprawdzie formalnie obowiązywało teraz zawieszenie broni, to jednak od czasu do czasu zdarzały się brutalne napaści.

Spojrzała na groźnie wyglądający karabin na ramieniu żołnierza. Skoro nawet święty mąż potrzebuje zbrojnej eskorty, może powinna się zastanowić nad propozycją brata?

– Tylko, że ja… mam niewiele ponad apteczkę pierwszej pomocy i parę prostych instrumentów diagnostycznych – powiedziała niepewnie. – Nie jestem przygotowana na zajmowanie się poważnymi przypadłościami, zwłaszcza u dużej grupy pacjentów.

Mnich pokiwał głową ze zrozumieniem i wyciągnął rękę w stronę pracującego na wolnych obrotach śmigłowca.

– Doktor Sorenson wyposażyła nas we wszystko, co może być potrzebne. Nie mamy zamiaru zabierać pani więcej niż jeden dzień. Pilot dysponuje telefonem satelitarnym, więc będziemy mogli przekazać wszystkie pani zalecenia. Może się zresztą okazać, że problem został już rozwiązany i przed wieczorem będziemy z powrotem.

Gdy wypowiadał ostatnie słowa, po jego twarzy przemknął cień i widać było, że sam w to nie wierzy. W jego głosie dało się wyczuć niepokój… może nawet strach.

Lisa westchnęła głęboko i wciągnęła do płuc haust rozrzedzonego powietrza, czując, że wcale ich nie wypełnia. Złożyła przecież przysięgę. A poza tym miała dość robienia zdjęć i chętnie zajęłaby się czymś konkretnym.

Mnich musiał chyba wyczytać coś z jej twarzy, bo powiedział z nadzieją w głosie:

– Więc zgadza się pani?

– Tak.

– Liso… – zaczął Josh ostrzegawczo.

– Dam sobie radę. Ty musisz zostać i tłumić bunt w ekipie. – Josh bezwiednie zerknął na Bostońskiego Boba i westchnął. – Więc sprawuj się dzielnie, póki nie wrócę.

Odwrócił się twarzą do niej. Widać było, że nie jest do końca przekonany, ale już nie próbował protestować.

– Tylko uważaj na siebie – powiedział z troską w głosie.

– Będą mnie strzegli najlepsi synowie Królewskiej Armii Nepalu.

Josh popatrzył na błyszczący od smaru karabin żołnierza.

– I to mnie właśnie niepokoi – mruknął. Spróbował obrócić to w żart i zakończył parsknięciem, ale zabrzmiało to jeszcze bardziej złowieszczo.

Wiedząc, że i tak nic więcej z niego nie wydusi, Lisa pospiesznie uścisnęła brata, wzięła z namiotu torbę lekarską i po chwili przemykała z pochyloną głową pod wirującą gilotyną śmigła. Wsiadła do śmigłowca i zajęła miejsce z tyłu.

Pilot nawet nie odwrócił głowy. Żołnierz usiadł na miejscu drugiego pilota, mnich, który przedstawił się jej jako Ang Gelu, dołączył do Lisy.

Założyła na uszy ochraniacze, ale i tak ryk silników był ogłuszający. Śmigłowiec zakołysał się szarpany przez wirnik, starający się wycisnąć z rozrzedzonego powietrza wystarczającą nośność. Łoskot silników osiągał poddźwiękowe rejestry. W końcu maszyna oderwała się od ziemi i zaczęła się wznosić ponad usłane kamieniami lądowisko.

Przyglądając się, jak śmigłowiec zatacza łuk nad sąsiednim wąwozem, Lisa czuła, że żołądek wciska jej się w samo dno jamy brzusznej. Przez boczne okienko przypatrywała się skupisku barwnych namiotów i kręcącym się wokół jakom. Dojrzała też sylwetkę brata. Stał z ręką uniesioną w pożegnalnym geście, choć może tylko tak jej się wydawało w blasku słońca. Obok niego stał Szerpa Taski, łatwo rozpoznawalny dzięki kowbojskiemu kapeluszowi.

Przypomniała sobie jego przepowiednię i poczuła w sercu lodowate ukłucie.

„Ten wiatr niesie śmierć”.

Nie była to w tych warunkach najmilsza myśl.

Wargi siedzącego obok mnicha poruszały się w cichej modlitwie. Wyglądał na zdenerwowanego… Może nie lubi latać, a może obawia się tego, co czeka ich w klasztorze.

Opadła na oparcie fotela. W uszach dźwięczały jej słowa Szerpy.

To rzeczywiście nie jest dobry dzień.

6675 m n.p.m.Godzina 9.13

Wspinał się dnem głębokiej rozpadliny długimi miarowymi krokami. Jego raki wbijały się głęboko w śnieg i lód. Po bokach strzelały w górę strome nagie skały, gdzieniegdzie ubarwione kępami porostów. Żleb piął się ostro w górę.

Wprost ku celowi jego wspinaczki.

Ubrany był w kombinezon w maskujące biało-czarne plamy. Na głowie miał czapkę z polaru, pół twarzy zakrywały gogle. Na plecach niósł ważący dwadzieścia jeden kilo plecak, do którego przypięty był czekan i lina.

Ekwipunek uzupełniał karabinek szturmowy Heckler & Koch, dodatkowy magazynek z dwudziestoma nabojami i torba z dwudziestoma granatami zapalającymi.

Nawet na tej wysokości nie potrzebował butli z tlenem. Od czterdziestu czterech lat góry były jego domem i zdążył przywyknąć do wysokości jak Szerpa, choć nie mówił ich językiem, a po jego oczach – jednym błękitnym jak lodowiec, drugim zupełnie białym – można było rozpoznać całkiem inne etniczne pochodzenie. Te niezwykłe oczy stanowiły cechę wyróżniającą go równie zdecydowanie, jak tatuaż na jego ramieniu. Nawet spośród innych Sonnenkönige, Królów Słońca.

W zahaczonej na uchu słuchawce radiotelefonu zatrzeszczało.

– Dotarłeś już do klasztoru?

Dotknął dłonią gardła.

– Czternaście minut.

– Pamiętaj, wiadomość o wypadku nie może wydostać się na zewnątrz.

– Dopilnuję tego.

Oddychał przez nos spokojnie i miarowo. W tonie rozmówcy słychać było władczość zmieszaną ze strachem. Co za przejaw słabości. Między innymi dlatego tak rzadko bywał w Granitschloss, Granitowym Zamku. Wolał trzymać się na uboczu, do czego miał prawo.

Zresztą nikt go nawet nie prosił, żeby przeniósł się bliżej.

Zwracali się do niego tylko w sytuacjach nadzwyczajnych.

W słuchawce znów zatrzeszczało.

– Już niedługo będą w klasztorze.

Nie chciało mu się nawet odpowiadać, bo już słyszał narastający łoskot wirników. Dokonał w myślach szybkich obliczeń. Nie ma powodu do pośpiechu. Góry uczą cierpliwości.

Wyrównał oddech i rozpoczął łagodne zejście ku niewielkiemu skupisku kamiennych budynków z czerwoną dachówką. Klasztor Temp Och zbudowano w niecce na krawędzi urwiska, do której z dołu wiodła tylko jedna droga. Mieszkający tu mnisi i ich uczniowie nie musieli się specjalnie przejmować resztą świata.

Aż do wypadku, który miał miejsce trzy dni temu.

Jego rolą było posprzątanie po nim.

Łoskot wirników nadlatującego z dołu śmigłowca przybrał na sile, on jednak nie przyspieszył kroku. Ma mnóstwo czasu. Wolał zresztą, żeby tamci pierwsi weszli do klasztoru.

Będzie łatwiej ich wszystkich zabić.

Godzina 9.35

Świat widziany z pokładu śmigłowca przypominał zamrożony negatyw. Studium kontrastów bieli i czerni. Śniegu i skał. Zamglonych szczytów i pogrążonych w mroku rozpadlin. Blasku porannego słońca odbijającego się od oblodzonych grani i pól lodowych, który raził oczy i groził śnieżną ślepotą.

Mrużąc powieki i chroniąc oczy przed blaskiem, Lisa patrzyła w dół. Komu chce się żyć na takim odludziu i w tak nieprzyjaznym środowisku? Dlaczego ludzie tak często uparcie trwają w ekstremalnych warunkach i nie chcą ich zamienić na łatwiejsze życie?

Musiała jednak przyznać, że nawet jej matka zadawała jej to samo pytanie. Dlaczego tak się naraża i męczy? Pięć lat spędzonych na pokładzie statku badawczego, potem rok wytężonego treningu i przyzwyczajanie się do trudów wysokogórskich wspinaczek, w końcu wyjazd do Nepalu z zamiarem zdobycia Everestu. Po co tak ryzykować, skoro na wyciągnięcie ręki miała znacznie łatwiejsze życie?

Odpowiedź Lisy była zawsze tak samo prosta: bo lubi wyzwania. Legendarny himalaista George Mallory na pytanie, dlaczego wspina się na Everest odpowiedział. „Bo jest!”. Oczywiście prawdą było też to, że tej słynnej odpowiedzi udzielił nękany pytaniami namolnego dziennikarza. Zatem czy odpowiedź Lisy na gderanie matki nie była też czymś w rodzaju odruchu obronnego? Bo co tak naprawdę tu robi? Zwykłe codzienne życie pełne było wystarczająco wielu wyzwań: jak związać koniec z końcem, jak zapewnić sobie pogodną starość, jak znaleźć kogoś, kogo da się pokochać, jak nie poddawać się przeciwnościom losu, jak dobrze wychować dzieci.

Na samą myśl o takim życiu Lisa aż się wzdragała. I czuła niepokój, wiedząc, co to naprawdę może oznaczać. Czy to możliwe, że szukam skrajności po to, żeby nie stawiać czoła wyzwaniom codziennego życia? Czy dlatego przez moje życie przewinęło się tak wielu mężczyzn i żaden nie został na dłużej?

Bo tak to wyglądało. Trzydziestotrzyletnia, samotna, bez perspektyw, uważająca badania naukowe za treść życia, a śpiwór za jedyne łóżko. Więc może lepiej pójść na całość, ogolić głowę i zamieszkać w jednym z tych górskich klasztorów?

Śmigłowcem zatrzęsło i rzuciło w górę.

Lisa wróciła myślami do teraźniejszości.

Cholera…

Wstrzymała oddech, patrząc, jak śmigłowiec z trudem przelatuje nad ostrą granią, a jego płozy niemal dotykają wysmaganego przez wichry lodowca, po czym spływa w ukazującą się za granią nieckę.

Zmusiła się do rozluźnienia palców kurczowo wczepionych w podłokietniki. Standard w postaci domu z trzema sypialniami na górze i dwa koma pięć dziesiątych dziecka na parę wydał jej się nagle znacznie bardziej atrakcyjny.

Siedzący obok Ang Gelu pochylił się do przodu i wsuwając rękę między przednie fotele, pokazał coś w dole. Coś powiedział, ale jego słowa utonęły w łoskocie silników.

Lisa przytuliła policzek do szyby z pleksiglasu i spojrzała w dół. Pod nimi widać było pierwszy barwny fragment: skupisko dachów z czerwoną dachówką. Na płaskim dnie niecki otoczonej z trzech stron sześciotysięcznikami, a z czwartej ograniczonej stromym urwiskiem stało osiem niedużych kamiennych pawilonów.

Klasztor Temp Och.

Śmigłowiec gwałtownie obniżył lot. Lisa dojrzała po jednej stronie tarasowe poletko ziemniaków, po drugiej zagrody dla zwierząt i budynki gospodarcze, wszędzie jednak panował martwy bezruch. Nie widać było żadnego poruszenia wśród mieszkańców, nikt nie wyszedł na powitanie hałaśliwego przybysza.

Jeszcze bardziej złowieszczo wyglądały stadka kóz i błękitnych owiec bharali zamkniętych w niewielkich zagrodach. Żadne ze zwierząt nie poruszyło się i nie przestraszyło nadlatującego śmigłowca, co byłoby przecież naturalne. Wszystkie trwały nieruchomo, leżąc z podkurczonymi nogami i nienaturalnie skręconymi głowami.

Ang Gelu też to zauważył, bo opadł bezwładnie na oparcie i spojrzał na Lisę przerażony. Co tu się stało? Między pilotem a żołnierzem wywiązała się dyskusja na temat tego, co robić. Najwyraźniej pilot nie chciał lądować, jednak żołnierz położył dłoń na kolbie karabinu i to przeważyło. Pilot skrzywił się i poprawił maskę tlenową, dociskając ją mocniej do nosa i ust. Zapewne nie z braku powietrza, lecz z obawy przed zarazą.

Mimo to wykonał polecenie i jeszcze bardziej obniżył maszynę. Skierował śmigłowiec jak najdalej od zagrody ze zwierzętami i wybrał miejsce lądowania na krawędzi pola uprawnego.

Pole wznosiło się tarasami ku górze, po bokach ograniczone było rzędami karłowatej roślinności. Wysokogórską uprawę ziemniaków wprowadzili tu Anglicy w początkach XIX stulecia i od tej pory ziemniaki stały się jednym z podstawowych płodów rolnych w tym rejonie świata. Płozy śmigłowca z głośnym zgrzytem poszorowały po kamienistym podłożu, gniotąc przy okazji zasadzone rośliny. Podmuch powietrza od wirników przygiął do ziemi rosnące wokół kępy kosodrzewiny.

W dalszym ciągu nikt nie wyszedł, by ich powitać. Mając w pamięci leżące pokotem zwierzęta, Lisa zaczęła mieć wątpliwości czy w ogóle jest ktoś żywy, kogo da się uratować. Co tu się mogło stać? Przez głowę przemknęły jej różne sposoby przedostania się zarazków do organizmu: układ pokarmowy, oddechowy, dotyk. Może to jakaś epidemia? Potrzeba jej więcej danych.

– Niech pani na razie tu zostanie – zaproponował Ang Gelu, odpinając pasy. – Pójdziemy sprawdzić, co się dzieje w środku.

Lisa podniosła z podłogi torbę lekarską i pokręciła głową.

– Nie boję się chorych. A możecie natknąć się na pytania, na które tylko ja będę znała odpowiedź.

Ang Gelu skinął głową, powiedział coś do żołnierza i otworzył tylny właz. Wyskoczył na zewnątrz i wyciągnął rękę, by pomóc Lisie.

Do ciepłej kabiny wdarł się strumień zimnego powietrza, tłoczony dodatkowo przez pracujące wirniki. Lisa wciągnęła na głowę kaptur, czując, jak mroźny podmuch pozbawia jej płuca resztek tlenu zawartego w rozrzedzonym powietrzu. A może to nie brak tlenu ją dławi, tylko paraliżujący strach? Jej buńczuczne słowa nie oddawały tego, co naprawdę czuła.

Wsparła się na wyciągniętej dłoni i mimo grubej wełnianej rękawicy, poczuła bijące od mnicha siłę i ciepło. Nie osłonił nawet swej łysej czaszki, jakby nie czuł lodowatych podmuchów.

Lisa wygramoliła się na zewnątrz, kuląc się w obawie przed wirującym śmigłem. Żołnierz wysiadł ostatni, pilot został w kabinie. Chociaż wykonał polecenie i wylądował, nie miał zamiaru dodatkowo ryzykować i opuszczać fotela za sterami.

Ang Gelu zatrzasnął drzwi i cała trójka ruszyła biegiem przez kartoflisko w stronę stojących kawałek dalej kamiennych pawilonów.

Teraz budynki wyglądały okazalej niż z powietrza, a ten stojący pośrodku miał dwa piętra i był przykryty spadzistym czerwonym dachem typowym dla pagód. Wszystkie ozdobiono bogato freskami w tęczowych kolorach. Girlandy złotych liści zdobiły nadproża, z narożników dachów rozdziawiały paszcze smoki i mityczne stwory. Między poszczególnymi budynkami ciągnęły się zadaszone portyki, tworząc zamknięte dziedzińce i zakamarki. Na słupach widniały mandale pokryte starodawnymi napisami, a nanizane na sznury różnobarwne chorągiewki wściekle furkotały w podmuchach wiatru.

Chociaż z daleka całość wyglądała sielsko jak wysokogórskie Shangri-La, Lisa podświadomie zwolniła kroku. Nigdzie nie było śladu ruchu, większość okiennic była zamknięta. Panowała martwa cisza.

I do tego ta charakterystyczna woń wisząca w mroźnym powietrzu. Wprawdzie Lisa zajmowała się głównie pracą badawczą, to jako stażystka w szpitalu miała okazję wielokrotnie zetknąć się ze śmiercią. Cuchnących wyziewów, jakie towarzyszą procesom gnilnym, niełatwo się pozbyć i Lisa modliła się w duchu, by ich źródłem były tylko padłe zwierzęta w zagrodzie, jednak panująca wokół martwota nie pozwalała mieć złudzeń.

Ang Gelu szedł pierwszy, tuż za nim maszerował żołnierz i Lisa musiała przyspieszyć kroku, by nie zostać w tyle. Przeszli między pawilonami i skierowali kroki ku centralnej budowli.

Na dziedzińcu leżały narzędzia gospodarskie, porozrzucane w nieładzie, jakby w pośpiechu. Kawałek dalej leżał przewrócony na bok dwukołowy wóz z zaprzężonym do niego jakiem. Zwierzę miało rozdęty brzuch, zaszłe bielmem oczy spoglądały martwo, z pyska wystawał obrzmiały poczerniały jęzor.

Lisa zwróciła uwagę na to, że nie ma much ani żadnych innych insektów, jakie zwykle ciągną do padliny. Ale czy na tej wysokości w ogóle są muchy? Nie była pewna. Spojrzała w niebo. Nie latały po nim żadne ptaki, a jedynym dźwiękiem był monotonny szum wiatru.

– Tędy – ponaglił ją Ang Gelu.

Podszedł do głównego wejścia do centralnej budowli, która najwyraźniej była świątynią. Stwierdziwszy, że skobel nie jest zablokowany od środka, pchnął drzwi, które otworzyły się z głośnym zgrzytem zawiasów.

W progu natknęli się na pierwszy przejaw życia. Po obu stronach wejścia płonęły ogromne lampy maślane wielkości beczek, każda zaopatrzona w tuzin knotów. Fetor w środku był jeszcze silniejszy, co nie wróżyło niczego dobrego.

Teraz nawet żołnierz się zawahał i niepewnie przełożył automatyczny karabin z jednego ramienia na drugie, jakby miało mu to w czymś pomóc. Mnich jednak śmiało wkroczył do środka i wykrzyknął słowa powitania. Jego głos odbił się echem od pustych ścian.

Lisa podążyła za nim, żołnierz został na straży przy drzwiach.

Wnętrze rozświetlały dalsze lampy. Po obu stronach do ścian przytwierdzono ogromne młynki modlitewne, stojący zaś pośrodku dwuipółmetrowy posąg Buddy z drewna tekowego obstawiony był pachnącymi jałowcem świecami i pękami wonnych trociczek. Po bokach i nieco z tyłu stały rzędy innych świętych posągów.

Wzrok Lisy przywykał do mroku i powoli zaczęły wyłaniać się liczne malowidła ścienne i misternie rzeźbione drewniane mandale, z których migotliwe światło lamp wydobywało sceny pełne demonów. Z belek stropu zwisały lampy, jednak żadna z nich się nie paliła.

Ang Gelu znów coś zawołał.

Gdzieś wysoko nad ich głowami coś zaskrzypiało.

Ten niespodziewany dźwięk obojgu zmroził krew w żyłach. Żołnierz zapalił latarkę i oświetlił nią sklepienie. Światło wydobyło z mroku dziwaczne cienie, jednak nikogo nie dostrzegli.

Chwilę później znów usłyszeli skrzypnięcie deski w podłodze. Ktoś chodził na górze. Wprawdzie oznaczało to, że ktoś jednak przeżył, Lisa poczuła na plecach zimne dreszcze.

– Na górze jest pomieszczenie do samotnych medytacji – wyjaśnił Ang Gelu. – Tam w rogu są schody. Pójdę sprawdzić, wy zostańcie tutaj.

W pierwszej chwili Lisa była gotowa go posłuchać, jednak torba na ramieniu przypomniała jej o ciężarze lekarskiej odpowiedzialności. Była pewna, że zwierzęta w zagrodzie nie zginęły z ręki człowieka, jeśli więc jest ktoś, kto będzie mógł opowiedzieć, co się tutaj stało, powinna to jak najszybciej usłyszeć.

– Idę z panem – oświadczyła, poprawiając torbę na ramieniu.

Powiedziała to wprawdzie pewnym siebie głosem, ale puściła Ang Gelu przodem.

Mnich obszedł posąg Buddy i skierował się do widocznego w głębi wejścia z ciężką, przetykaną złotem brokatową zasłoną, za którą znajdował się korytarz prowadzący w głąb budynku. Było tu mroczno, bo przez zasłonięte okiennicami okna przedostawały się tylko pojedyncze promyki światła, jednak nawet w tak mizernym oświetleniu nie mogło być wątpliwości, co znaczą ciemnopurpurowe ślady na pobielonej ścianie.

Krew.

W głębi zauważyli wystające z otwartych drzwi i leżące w czarnej kałuży gołe nogi. Ang Gelu dał Lisie znak, że ma zawrócić do świątyni, lecz ona pokręciła głową i wyminęła go. Nie łudziła się, że zdoła udzielić pomocy leżącemu – na odległość było widać, że na to jest już za późno – ale ciekawość kazała jej zobaczyć, co się stało. Przeszła parę kroków i dotarła do drzwi.

Spojrzała w dół i aż się zatoczyła.

Poza odciętymi w połowie ud nagimi nogami nie było nic więcej. Zmusiła się, by zajrzeć w głąb izby, gdzie musiała wydarzyć się tragedia. Na środku leżało kilkanaście odciętych kończyn, które ktoś rzucił na stertę jak kawałki drewna na opał.

A potem zobaczyła odcięte głowy. Leżały ułożone równo pod ścianą i patrzyły na nią martwymi oczami, w których czaiło się jeszcze śmiertelne przerażenie.

Ang Gelu dołączył do niej i na widok tej krwawej jatki stanął jak wryty. Zaczął coś mamrotać pod nosem, ale nie wiedziała czy się modli, czy po cichu klnie.

Być może to jego szept spowodował, że w pomieszczeniu coś się poruszyło. Zza sterty kończyn wyłoniła się naga łysa postać, cała ubrudzona krwią. Jeden z tutejszych mnichów.

Postać wydała z siebie dziki świszczący charkot szaleńca. Skąpe światło odbiło się w jego oczach, które rozbłysły jak u wilka.

Mnich ruszył ku nim, wlokąc po podłodze metrowej długości sierp. Lisa odskoczyła w głąb korytarza, ale Ang Gelu nawet nie drgnął. Uniósł obie dłonie na znak bezbronności i powiedział cichym, uspokajającym tonem:

– Relu Na. Relu Na.

Lisa domyśliła się, że zwraca się do niego po imieniu, które widać zapamiętał z poprzednich wizyt w klasztorze. Prosty zabieg wypowiedzenia na głos imienia jakby uczłowieczył szaleńca, ale jednocześnie jeszcze bardziej podkreślił grozę sytuacji.

Mnich z dzikim wrzaskiem rzucił się na pobratymca, ale Ang Gelu uchylił się przed ciosem sierpem. Szaleniec musiał być w równym stopniu osłabiony umysłowo co fizycznie, bo Ang Gelu bez trudu złapał go za ramiona i przyparł do framugi drzwi.

Lisa szybko się opanowała, zdjęła z ramienia torbę, rozpięła kieszeń i wyciągnęła metalowe pudełko. Nacisnęła wieczko kciukiem i otworzyła.

W środku znajdował się zestaw gotowych do użycia plastikowych strzykawek, napełnionych różnego rodzaju środkami: morfiną dla uśmierzenia bólu, epinefryną na anafilaksję, lasiksem na duszności. Były opisane, ale ona i tak znała na pamięć ich rozmieszczenie. W sytuacjach awaryjnych liczy się każda sekunda. Wyjęła pierwszą z brzegu strzykawkę.

W środku był midazolam – środek uspokajający. Ataki szaleństwa i halucynacje na tych wysokościach zdarzały się dość często i pomoc farmakologiczna bywała niezbędna.

Zębami ściągnęła nasadkę z igły i ruszyła ku drzwiom.

Ang Gelu wciąż przypierał mnicha do framugi, choć ten cały czas wściekle walczył. Szarpał się i wyrywał i zdołał już swemu prześladowcy rozciąć wargę i podrapać szyję.

– Trzymaj go mocno! – krzyknęła.

Ang Gelu starał się jak mógł, ale w tym momencie – być może wyczuwając zamiary kobiety – szaleniec szarpnął się do przodu i wbił zęby w policzek Anga Gelu.

Mnich zawył z bólu, czując, jak zęby docierają aż do kości.

Mimo to nie pozwolił mu się wyrwać.

Lisa skoczyła na pomoc, wbiła igłę w kark szaleńca i wcisnęła tłoczek.

– Możesz go puścić!

Ang Gelu odepchnął mnicha z taką siłą, że jego głowa uderzyła o framugę. Oboje się cofnęli.

– Środek zadziała za niecałą minutę.

Lisa wolałaby go podać dożylnie, ale dzikie skoki szaleńca zupełnie to wykluczały i musiała się zadowolić wstrzyknięciem leku domięśniowo. Kiedy trochę się uspokoi, będzie mogła podjąć dalsze zabiegi, a może uda jej się też wycisnąć z niego jakieś informacje.

Czując piekący ból, mnich zawył i zaczął rozcierać sobie kark. Potem schylił się po sierp, wyprostował i runął w ich stronę.

Lisa pociągnęła Anga Gelu do tyłu.

– Czekaj, zaraz mu…

Huknęło.

Odgłos wystrzału w ciasnej izbie prawie ich ogłuszył, a głowa mnicha wręcz eksplodowała fontanną krwi i odłamków kości. Impet pocisku odrzucił go w tył i jego ciało runęło bezwładnie na podłogę.

Lisa i Ang Gelu przerażeni rozejrzeli się za strzelcem.

Kilka kroków od nich z karabinem przyłożonym do ramienia stał ich nepalski żołnierz. Spiorunowany wzrokiem, powoli go opuścił i w milczeniu wysłuchał potoku słów, jakie wylał na niego Ang Gelu, który z trudem się powstrzymał, by nie wyszarpnąć mu broni.

Lisa pochyliła się nad ciałem i zbadała puls. Brak było jakichkolwiek oznak życia. Przyjrzała się leżącym zwłokom, jakby szukając odpowiedzi w ich wyglądzie, wiedziała jednak, że do ustalenia przyczyn ataku szaleństwa potrzebna jest sekcja, i to z użyciem najnowszych metod medycyny sądowej. Z informacji przekazanych przez posłańca wynikało, że problem, jaki zaistniał w klasztorze, nie dotyczył jednego przypadku. Reakcja pozostałych jego mieszkańców musiała być mniej więcej podobna.

Ale reakcja na co? Czyżby do organizmów mnichów przedostały się jakieś metale ciężkie, na przykład w wodzie pitnej? Albo pojawiły się jakieś trujące gazy? A może zadziałały toksyny ze zleżałego zboża? Jakiś wirus podobny do eboli? A nawet zmutowana postać choroby szalonych krów? Lisa nie wiedziała, czy wirus ten może być groźny dla jaków. Pamiętała rozdęte zwłoki zwierząt, ale nic z tego nie wynikało.

Dołączył do niej Ang Gelu. Miał głęboko rozorany krwawiący policzek, ale mnich zdawał się nie zwracać uwagi na ból. Sprawiał wrażenie, jakby dużo bardziej cierpiał z powodu śmierci szaleńca.

– Nazywał się Relu Na Havarshi.

– Znał go pan?

Kiwnięcie głowy.

– Był kuzynem męża mojej siostry. Pochodził z małej wioski w Raise. Dał się omamić maoistowskim buntownikom, ale nie mógł się pogodzić z ich coraz większą brutalnością i uciekł. Dla maoistów to zdrada karana śmiercią. Pomogłem mu się ukryć i znalazłem miejsce w tym klasztorze… tu jego dawni kompani nigdy by go nie znaleźli. Miał tu mieć spokój, który pozwoli mu dojść do siebie… W każdym razie o to się modliłem. Teraz będzie musiał sam odnaleźć drogę do spokoju.

– Przykro mi.

Lisa wyprostowała się. Przypomniała sobie stertę odciętych kończyn w pomieszczeniu obok. Czy szaleństwo wyzwoliło w nim pourazowy szok, który spowodował odtworzenie najbardziej traumatycznej sytuacji?

Nad ich głowami znów zaskrzypiała podłoga.

Wszyscy troje spojrzeli w górę.

Zdążyła już zapomnieć, po co tu w ogóle weszli. Ang Gelu wskazał wąskie schody prowadzące z korytarza tuż obok zasłoniętego kotarą przejścia do sali modlitw. Wcześniej ich nie zauważyła. Zresztą bardziej przypominały drabinę niż schody.

– Sprawdzę na górze – powiedział.

– Nie, trzymajmy się razem – zaoponowała. Sięgnęła do torby i napełniła nową strzykawkę środkiem uspokajającym. – Tylko niech pan uważa, żeby temu kowbojowi znów nie zachciało się strzelać.

Pierwszy wszedł na górę żołnierz. Rozejrzał się i dał im znak, że mogą iść za nim. Pomieszczenie na górze było zupełnie puste i tylko w jednym z narożników leżała sterta cienkich poduszek. Pachniało żywicą, z dołu dolatywała woń trociczek.

Żołnierz wycelował w drewniane drzwi w głębi. W smudze migotliwego światła przedostającego się przez szparę przy podłodze coś się ruszało.

Za drzwiami ktoś był.

Ang Gelu podszedł i zapukał.

Skrzypienie ustało.

Zawołał coś głośno. Lisa nie zrozumiała, co powiedział, ale osoba za drzwiami najwyraźniej tak, bo dało się słyszeć skrzypnięcie podłogi i szczęk zasuwki. Drzwi lekko się uchyliły i zapadła cisza.

Ang Gelu wyciągnął rękę.

– Ostrożnie – szepnęła Lisa, zaciskając dłoń na strzykawce będącej jej jedyną bronią.

Stojący obok żołnierz ścisnął mocniej karabin.

Ang Gelu pchnął drzwi, otwierając je na oścież. Izba była wielkości garderoby. W rogu stało nieposłane łóżko, na stoliku paliła się lampka olejowa. Powietrze przesycone było dławiącym smrodem fekaliów, który dobywał się z niczym niezasłoniętego naczynia w nogach łóżka. Widać było, że osoba przebywająca w tym pomieszczeniu nie opuszczała go od wielu dni.

W kącie stał starzec odwrócony do nich plecami. Tak jak Ang Gelu miał na sobie czerwoną szatę mnicha, tyle że poplamioną i podartą. Była podwinięta i obwiązana wokół ud, ukazując gołe nogi. Nie zwracając na nich uwagi, starzec malował coś na ścianie, a właściwie mazał po niej palcami jednej dłoni.

Palce miał umoczone we własnej krwi.

Kolejny szaleniec.