Czarny Wygon. Tom I. Słoneczna Dolina, Starzyzna - Stefan Darda - ebook
Opis

Cykl Czarny Wygon Stefana Dardy to jedno z najbardziej spektakularnych dzieł polskiej literatury grozy. Wydany wcześniej w czterech tomach, zdobył serca czytelników i recenzentów, był nagradzany i wyróżniany nominacjami w wielu prestiżowych plebiscytach. Zapraszamy do magicznego, wykreowanego z rozmachem świata, łączącego elementy słowiańskiej mitologii ludowej oraz głęboko zakorzenionych wierzeń religijnych z twardymi realiami początku dwudziestego pierwszego wieku; do świata urzekającego klimatycznymi krajobrazami Roztocza, ale też wywołującego niepokój i stawiającego przed bohaterami wiele trudnych wyzwań. Czarny Wygon to opowieść o walce z samym sobą, przyjaźni, miłości i odwiecznych zmaganiach ze złem, które czasem bywa bliżej, niż mogłoby się nam wydawać…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 638

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja

Jadwiga Kwiecień

Projekt okładki

Marek J. Piwko {mjp}

Ilustracja na okładce oraz na stronach działowych

Dariusz Kocurek

Redakcja techniczna, skład, łamanie i opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

części I:Urszula Bańcerek

części II:Jadwiga Kwiecień

Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń rzeczywistych jest w tej książce niezamierzone i przypadkowe.

Wydanie I w tej edycji, Chorzów 2014

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35, fax 32-348-31-25

[email protected]

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

[email protected]

www.dictum.pl

© Copyright by Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2014

© Copyright by Stefan Darda

ISBN 978-83-7835-365-2

Nie narzekaj, że wszystko przemija, bo gdyby czas się zatrzymał, to wtedy dopiero miałbyś prawdziwy problem.

Rafał Gielmuda

Przedmowa

Mam wrażenie, że każdy człowiek, którego spotykam podczas rejsu przez bardziej lub mniej wzburzone wody losu, odciska na mnie jakieś piętno.

Czasem pozostaje jedynie przelotna refleksja, trudne do zdefiniowania wrażenie, zadziwienie lub uśmiech. Czasem czyjś wizerunek pozostaje na dłużej w pamięci, nie pozwala mijającym dniom zbyt łatwo zatrzeć obrazu i odczuć, które pozostały gdzieś głębiej.

Są też osoby, których nigdy nie zapomnę i które na zawsze przewartościowały moje życie. Chciałbym, żeby ta książka była hołdem dla jednego z takich ludzi. Z pewnością wiele bym stracił i byłbym kimś zupełnie innym, gdybym wiele lat temu nie spotkał Staszka — męża mojej kochanej Siostry, Urszuli, który potrafił prosto, bezinteresownie i z ogromną lekkością pokazać mi świat taki, jaki — w co głęboko wierzę — naprawdę jest. To świat pełen wyzwań, piękna i wzruszeń.

Tak się składa (a przynajmniej ja to tak pamiętam), że wszystko zaczęło się w okolicach Guciowa. Ta była pierwsza taka nasza wyprawa. Byłem wtedy kilkunastoletnim chłopakiem, który przymierzał się do kończenia podstawówki i, chyba jak wielu moich rówieśników, niezwykle potrzebował wskazania drogi, którą mógłby kiedyś podążyć.

Miałem cholerne szczęście.

Potem były nasze wspólne wyprawy w Tatry, Gorce, Beskidy, w okolice Krakowa i do podlubyckich bunkrów. Chyba właśnie wtedy tak naprawdę przejrzałem na oczy. Później już jeździłem sam lub z przyjaciółmi, zawsze jednak pamiętając, kto tę drogę przede mną otworzył. W czasie studiów grałem w „Orkiestrze Świętego Mikołaja” i jednym z najfantastyczniejszych dla mnie koncertów był ten w krakowskiej Rotundzie, na którym pojawili się Ula, Staszek i ich dwaj Synowie.

A potem? Minęło mało czasu, zdecydowanie zbyt mało, kiedy w piątkę, w Wielki Piątek dwa tysiące czwartego roku, pojechaliśmy na wycieczkę po Roztoczu. Odwiedziliśmy Krasnobród, Guciów, Zwierzyniec…

I to była moja ostatnia wyprawa ze Staszkiem.

Drogi Przyjacielu!

Gdziekolwiek jesteś, wiem, że czekasz tam na mnie. Mam nadzieję, że przeczytasz książkę, którą dedykuję Twojej Pamięci.

Nie pamiętam, czy wtedy, pierwszym razem, szliśmy przez Słoneczną Dolinę… Ale wyobrażam sobie, że tak właśnie było.

Podziękowania

Serdecznie dziękuję wszystkim tym, którzy pomogli mi przy redakcji tej książki. Dziękuję za czas, cierpliwość, wiarę i zaufanie.

Dziękuję też Tobie, Jacku, za to, że całkiem niedawno, być może po raz drugi, odkryłeś przede mną uroki Słonecznej Doliny.

(Jeśli chodzi o czereśnię, to — obiecuję — więcej o niej będzie w drugiej części.)

Dziękuję Panu Stanisławowi Jachymkowi za opowieści i mapę, a także za zsiadłe mleko, które po wizycie w Słonecznej było pyszniejsze nawet od piwa.

I Tobie, Drogi Czytelniku, składam ogromne podziękowania. Nie wiem, czy byłeś już ze mną w Wyrębach, czy też może będzie to nasza pierwsza wspólna podróż, ale jestem Ci wdzięczny za to, że zdecydowałeś się wybrać ze mną na bardziej lub mniej znane Ci Roztocze.

Jeśli już byłeś w okolicach Zwierzyńca, to z pewnością nie muszę Cię zachęcać do ponownej wizyty. A jeśli nie? Pora pakować walizy.

Być może kiedyś się tam spotkamy…

S.D.

Staszkowi

Prolog

Gdyby tylko mógł cofnąć czas, Adam zrobiłby to bez najmniejszego wahania. Z każdym dniem rosło w nim przeświadczenie, że to, co się stało, jest w dużej mierze jego winą. Nie okazał się wystarczająco stanowczy i nie rozmawiał wtedy z Witkiem tak, jak należy. A przecież nigdy wcześniej nie miał tak wyrazistego przeczucia. Po raz pierwszy dotknęło go po przebudzeniu ze snu, w którym główną rolę odegrała Magda. Później, zaraz po wyjeździe Witolda Uchmanna, niepokój przerodził się w strach, na który nie było lekarstwa, w paniczną wręcz obawę, drążącą Adama od środka jak złośliwa choroba, niepozwalająca myśleć o czymkolwiek innym.

Z nadzieją i niecierpliwością oczekiwał na najmniejszą choćby wiadomość od przyjaciela, lecz na próżno; dokładnie od trzech tygodni — od wtorku, ósmego marca — Witek nie odezwał się ani razu. A przecież miał pojechać tam tylko najwyżej na cztery dni.

Ostatnia nadzieja związana była ze Świętami Wielkanocnymi, które skończyły się wczoraj. Do tej pory Nawrot łudził się jeszcze. Teraz, we wtorek, dwudziestego dziewiątego marca, siedział samotnie w biurze redakcji, wpatrując się w puste miejsce naprzeciw swojego biurka.

Nie tylko z powodu Uchmanna była to dla niego smutna Wielkanoc. Wiele godzin spędził w szpitalu, czuwając przy łóżku matki, która nagle poczuła się bardzo źle. Lekarze nie zdążyli postawić jeszcze diagnozy, ale sugestie były dość jednoznaczne — podejrzewano nowotwór w zaawansowanym stadium. Do tego doszło nagłe pogorszenie zdrowia papieża, co dla Adama, jako człowieka bardzo mocno wierzącego, było wydarzeniem nie bez znaczenia. Wspólnie z matką oglądali na sali szpitalnej przejmujące błogosławieństwo urbi et orbi — błogosławieństwo, podczas którego Jan Paweł II, pomimo starań, nie był w stanie wypowiedzieć nawet jednego słowa. Oddychał tylko z trudem, po czym bezsilnie uderzył w poręcz fotela, a potem jedynie błogosławił w ciszy wiernym zgromadzonym na Placu świętego Piotra.

W Poniedziałek Wielkanocny, kiedy Adam wracał od matki, wstąpił jeszcze na cmentarz, aby pomodlić się przy grobie Magdy. Nie przyniosło mu to ukojenia, ale pozwoliło podejść do tych trudnych wydarzeń z większym dystansem. Mimo wszystko jej śmierć była o wiele cięższym doświadczeniem.

Z rozmyślań wyrwały go podniesione głosy dobiegające z korytarza. Jeden z nich należał do Kamila, drugiego zaś nie potrafił rozpoznać.

— Nie może pan wejść dalej — tłumaczył Sadoń. — To jest zamknięta część redakcji. Proszę dać, co ma pan do przekazania…

— Mogę to oddać tylko do rąk własnych pana Nawrota! Nie ruszę się stąd, dopóki tego nie zrobię. Będę czekał, aż…

Adam wyszedł z pokoju.

— O co chodzi? — zapytał.

— To jest pan Adam Nawrot — mruknął do nieznajomego Kamil. — Proszę zostawić przesyłkę.

Mniej więcej czterdziestoletni, szczupły, lekko szpakowaty mężczyzna patrzył podejrzliwie.

— Na pewno? Pan Adam? — zapytał. — Mogę zobaczyć dowód?

— Panie, do cholery! — Sadoniowi puściły nerwy. — Czyś pan oszalał? Zaraz wzywam policję…

— Spokojnie, Kamil. Zaraz pokażę panu dowód, tylko można wiedzieć o co chodzi?

— Mam dla pana przesyłkę. Oczywiście, jeśli nazywa się pan Nawrot. To jest bardzo ważna sprawa i nie dam paczki nikomu innemu.

— Proszę zaczekać sekundę.

Po chwili Adam wrócił z dowodem. Mężczyzna wziął go do ręki i uważnie przyglądał się to redaktorowi, to twarzy na zdjęciu. Wreszcie, oddając dokument, rzekł:

— W porządku. Proszę, to dla pana. Na pewno będzie pan wiedział, co z tym zrobić. Tylko błagam, niech się pan pośpieszy…

— Kim pan jest? Od kogo jest ta przesyłka?

— Nieważne, kim jestem. A co do paczki, to dowie się pan wszystkiego po jej otwarciu.

Mężczyzna odwrócił się i już miał wyjść, gdy nagle stanął w drzwiach. Popatrzył na Nawrota.

— Panie Adamie… — powiedział cicho. — Z całego serca pana przepraszam… Jak mi Bóg miły, nie chciałem tego i mam nadzieję, że kiedyś będzie pan w stanie mi wybaczyć.

Zniknął równie nagle, jak się pojawił. Stali z Kamilem jeszcze chwilę w korytarzu, Adam wzruszył tylko ramionami i odszedł w kierunku swojego pokoju z przesyłką pod pachą. Sadoń podążył za nim, lecz Nawrot zatrzymał się w progu, mówiąc:

— To do mnie paczka, szefie. Najpierw sam ją obejrzę, a jak będzie trzeba, to dam znać, co w niej było — powiedział i zatrzasnął drzwi przed nosem kierownikowi.

Niecierpliwym ruchem rozerwał szary papier i wydobył starannie zbindowany plik zapisanych obustronnie kartek formatu A4. Nie były ponumerowane, ale wprawne dziennikarskie oczy Adama oszacowały, że jest ich około dwustu. Nie miał wątpliwości, że autorem zapisków jest Witold Uchmann.

Pod przeźroczystą folią spoczywała niewielka karteczka, również zapisana ręką Witka.

Cześć, Adam,

mam nadzieję, że wybaczysz mi moje milczenie, ale z pewnych względów nie mogłem się do Ciebie odezwać.

Oddaję w Twoje ręce moje zapiski z Guciowa i Krasnobrodu. Być może na początku będziesz zdziwiony ich formą, jednak z czasem dowiesz się, dlaczego tak wyglądają. Część z nich jest mojego autorstwa, a część przepisałem z powierzonego mi brulionu. Nie wiem, czy to możliwe, ale chciałbym, żeby trafiły one do szerszego grona odbiorców. Postaraj się o to, proszę. Być może od tego zależy los wielu ludzi.

Wiem, że pod koniec poprzedniego tygodnia wypytywała o mnie w okolicy policja (dały mi o tym znać zaprzyjaźnione osoby). Pewnie to właśnie Ty poinformowałeś, że zaginąłem. Przepraszam, ale nie mogłem się ujawnić.

Dziś jest Wielki Piątek, 25 marca, i jestem teraz w Krasnobrodzie. Wybieram się w miejsce, z którego być może nie będę mógł wrócić, ale — kto wie? — może wszystko się uda i za jakiś czas znów się spotkamy (mam wielką nadzieję, że tak właśnie się stanie).

Jeśli przyjdę do pracy we wtorek po Wielkanocy, ta przesyłka nigdy do Ciebie nie dotrze.

Zakładam jednak, że czytasz te słowa, a wydarzenia potoczyły się tak, jak planowałem.

Tymczasem jestem zmuszony się z Tobą pożegnać.

Do zobaczenia, Przyjacielu.

Witek

Rzeczywiście, Adam poinformował policję o zaginięciu Uchmanna. Wiedział, dokąd się wybiera i zapewne tam właśnie go szukano.

Nawrot nie miał pojęcia, dlaczego Witek nie chciał dać się odnaleźć, jednak miał pewność, że wszystko wyjaśni się, gdy przeczyta dostarczone przez tajemniczego mężczyznę zapiski. Nie mógł czekać. Zwolnił się tego dnia z pracy, ponieważ chciał się zapoznać z materiałem jak najszybciej, w ciszy własnego mieszkania.

Kiedy przebijał się przez śródmiejskie korki, nie mógł się doczekać chwili, gdy w spokoju zacznie czytać notatki. Niemniej jednak najważniejsze było to, że jego przyjacielowi — przynajmniej do ostatniego piątku — nie stało się nic złego.

Po raz pierwszy tej wiosny miał nadzieję, że może nie wszystko będzie tak źle, jak mogło się wydawać. Ciepłe, już prawie kwietniowe słońce rozgrzewało wnętrze auta, z głośników płynęła kojąca muzyka Dire Straits.

„Wszystko będzie dobrze” — powtarzał w myślach. — „Na pewno wszystko będzie dobrze…”.

Wszedł do domu, zdjął kurtkę i natychmiast zasiadł przy stole, na którym wcześniej położył dostarczone mu zapiski.

Rozdział pierwszy

1.

Kilka gęsto zadrukowanych kartek formatu A4 z głośnym plaśnięciem spadło na moje biurko. Dwie z nich ześlizgnęły się po gładkim blacie i sfrunęły na podłogę. Pochyliłem się i powolnym ruchem wziąłem najpierw jedną, a potem kolejną, której róg opierał się na wypucowanym czarnym lakierku. Sadoń nawet nie cofnął nogi.

— Wiesz, Witold, ile to jest warte? — zapytał, gdy już się wyprostowałem i spojrzałem mu w oczy. — Siedziałeś nad tym artykułem przez trzy dni i co? Przecież to się nie nadaje nawet do… — Zawahał się. — To się do niczego nie nadaje, psiamać!

Patrzyłem na tego szczyla, starając się zachować stoicki spokój. Czułem, jak krew szumi w uszach i w jednej chwili rozbolała mnie głowa. Miałem ochotę złapać za tę jego cieniutką szyjkę i wyprowadzić z pokoju. A później zasadzić mu jeszcze sążnistego kopa. Jedną nogę miałem przecież jeszcze całkiem sprawną.

Był jednak moim szefem. Zacząłem z pedantyczną dokładnością składać kartki. Prawie udało mi się opanować drżenie rąk.

— Halo, jestem tutaj! I co ty na to?

— Na to, że tu jesteś? — zapytałem.

— Nie rżnij głupa. Chodzi mi o artykuł. Co teraz? Nie mamy nic na to miejsce.

Znów na niego spojrzałem i to nie był najlepszy pomysł, bo zrobiło mi się niedobrze. Przypatrywał mi się z przekrzywioną głową, nerwowo mrugając świńskimi oczkami. Rzadki kosmyk blond włosów komicznie opadł mu na czoło. Chciałem, żeby już sobie poszedł.

— Poprawię — rzekłem z udawanym spokojem. — Tylko powiedz, Kamil, co ci się nie podoba.

Chyba nie tego się spodziewał.

— Przeczytaj to jeszcze raz — zaczął niepewnie — a sam zobaczysz, co jest nie tak. Sporo różnych błędów, literówki, styl…

— Nie ma sprawy. To wszystko?

— Zapewniam cię, że musisz ostro wziąć się do roboty. I zrób to dzisiaj, bo kończymy składać numer.

Obiecałem, że się wyrobię i chwilę potem już go nie było.

Spojrzałem w kierunku przeciwległego biurka. W czasie całej tej krótkiej awantury Adam udawał, że ma coś ogromnie pilnego do zrobienia i klepał w klawisze jak opętany. Teraz, gdy poczuł na sobie mój wzrok, przestał i siedział nieruchomo. Po kilku sekundach podniósł oczy.

— Ten gnój mógłby być twoim synem — odezwał się. — Może powinieneś…

Przerwał, gdy usłyszał odgłos rozdzieranego papieru. Starałem się przedrzeć trzymane w rękach kartki dokładnie przez środek. Całkiem nieźle mi to wyszło.

— …może powinieneś pogadać z prezesem? — skończył.

— Wiesz przecież, że to nic nie da — powiedziałem, wstając. — Oni grają w jednej drużynie, mają mnie za esbeka i najchętniej by mnie stąd wywalili — ciągnąłem, kuśtykając w kierunku kosza na śmieci. — Nie dam im tej satysfakcji.

Przedarty plik kartek spoczął na dnie prawie pustego pojemnika.

— Co zamierzasz? — Adam nie spuszczał mnie z oczu, gdy wracałem na swoje miejsce.

— Spieprzam stąd, stary. To już nie na moje nerwy.

Tak naprawdę Adam Nawrot był jedynym człowiekiem w redakcji, z którym się dogadywałem. Właściwie, to można nawet powiedzieć, że był prawie moim przyjacielem. Spotykaliśmy się co kilka dni wieczorem przy piwie i najczęściej gadaliśmy do późna w nocy. Ja — zdeklarowany stary kawaler zaraz po pięćdziesiątce i on — czterdziestokilkuletni, bezdzietny wdowiec. Pracowaliśmy ze sobą od parunastu lat, ale dopiero niedawno, po tym, gdy wczesną wiosną dwa tysiące pierwszego roku, czyli niemal dokładnie przed czterema laty, jego żona zginęła w wypadku samochodowym, bardziej się do siebie zbliżyliśmy. Potrzebował kogoś do wspólnego spędzania wieczorów, żeby do końca nie zwariować, a i mnie przyjemnie było zobaczyć się z kimś od czasu do czasu, chociaż na początku nie były to łatwe spotkania. Bardzo ją kochał.

Znał wiele moich tajemnic, ale były rzeczy, o których mu nie powiedziałem. Na przykład o tym, że na początku lat dziewięćdziesiątych, trochę przez przypadek, kupiłem pod Warszawą dwa hektary pola. Nigdy nie miałem smykałki do interesów, ale akurat wtedy znajomy rolnik potrzebował pilnie gotówki, więc postanowiłem zaryzykować i ulokować trochę grosza w ziemi. Od tamtego czasu miasto sukcesywnie powiększało swoje terytorium, aż wreszcie dotarło niemal do moich gruntów. Efekt przypadkowej lokaty przerósł moje najśmielsze oczekiwania, kiedy jakiś czas temu jedna z zachodnich firm postanowiła między innymi na moim polu wybudować olbrzymi kompleks handlowy.

Nawrot patrzył na mnie wyczekująco, gdy sięgałem do szuflady, w której od kilku miesięcy tkwił jeden tylko dokument. Teraz miarka się przebrała i stwierdziłem, że to jest właśnie ta chwila, w której wniosek o rozwiązanie stosunku pracy powinien znaleźć się na biurku prezesa.

— Wypisuję się z tego interesu — powiedziałem i podałem Adamowi papier. — Wystarczy tylko wpisać dzisiejszą datę i gotowe.

— To już przesądzone? — spytał, gdy przeczytał nagłówek. — Myślisz, że nie będziesz miał problemów ze znalezieniem nowej roboty? Wiesz, w twoim wieku…

— Dziękuję ci bardzo — uśmiechnąłem się. — Tak naprawdę, to nie wiem, czy jeszcze będę czegoś szukał. Mam trochę oszczędności, może uda mi się na nich dojechać do przystani zbudowanej z czterech desek.

— Z sześciu — poprawił mnie odruchowo, zajęty czytaniem pisma. — Wiesz, to może jeszcze trochę potrwać… — teraz on się uśmiechnął. — Tylko mnie nie łap za słowa.

Oddając mi papier, powiedział:

— Sugerowałbym, żebyś to jeszcze przemyślał. Pamiętasz, jak mi mówiłeś, że ta robota trzyma cię w pionie…

Wiedziałem, co ma na myśli. Oprócz Adama nikt w pracy nie wiedział o moich problemach z alkoholem, które najpierw sprawiły, że straciłem prawo jazdy, a potem, gdy zatoczyłem się pod nadjeżdżający samochód, doprowadziły do tego, że stałem się kuśtykającym kaleką. Przez chwilę zastanawiałem się, czy przypadkiem nie ma racji. Wreszcie schowałem wniosek do szuflady i powiedziałem:

— W porządku. Prześpię się z tym jeszcze i jutro podejmę decyzję. Wyskoczymy dziś wieczorem na piwo?

— Jasne. O dwudziestej, tam, gdzie zawsze. Może być?

Kiwnąłem głową.

— Teraz muszę się zbierać, bo mam sprawę na mieście — mówił dalej. — Ale ty lepiej popraw ten artykuł. Tak na wszelki wypadek.

— Pomyślę.

Naprawdę to nie miałem takiego zamiaru. Planowałem zostać nieco dłużej w pracy, żeby popakować swoje szpargały i przekopiować co ważniejsze dokumenty z firmowego komputera.

Po wyjściu Adama zabrałem się do roboty. Godzinę później byłem przygotowany do wyprowadzki. Właśnie miałem zamiar wyłączyć komputer, gdy na firmowej skrzyncemailowej pojawiła się nowa wiadomość.

Przeczytałem ją kilkakrotnie, zaplotłem dłonie za głową i wygodnie rozparłem się w fotelu. Siedziałem tak dłuższą chwilę, po czym wstałem i poczłapałem do kubła na śmieci. Właśnie wyjmowałem z niego wrzucony tam uprzednio artykuł, gdy drzwi do pokoju się uchyliły i zobaczyłem w nich głowę Sadonia.

— A to ci dopiero — roześmiał się. — Jak już skończysz szukać skarbów, to podrzuć mi ten materiał. Tracę powoli cierpliwość.

Naniesienie kosmetycznych poprawek zajęło mi nie więcej niż pół godziny. Artykuł był prawie niezmieniony, ale tym razem mój szef wyglądał na zadowolonego. Pewnie wcześniej nawet nie czytał tekstu. Od opublikowania listy Wildsteina zdążyłem się już przyzwyczaić i w ogóle mnie to nie obchodziło. Tym bardziej że miałem na głowie ważniejszą sprawę.

Raz jeszcze przeczytałem otrzymanymail, po czym wydrukowałem jego treść, schowałem kartkę do teczki i wyłączyłem komputer.

2.

Osiedlowy bar „Przystań” był od dawna miejscem moich spotkań z Adamem. Znaleźliśmy go przypadkiem, kiedy pewnego razu knajpę, w której siedzieliśmy, już mieli zamykać, a my nie chcieliśmy jeszcze zbierać się do domów. Miejsce polecił nam taksówkarz czekający na postoju i od tej pory zawsze właśnie w tym lokalu się umawialiśmy.

Z pewnością knajpki nie można było nazwać wykwintną. Przeważnie było w niej aż czarno od papierosowego dymu i zapachu smażonych frytek. W tle zwykle słychać było marną muzykę i gwar rozentuzjazmowanych stałych bywalców, jednak po kilku wizytach czuliśmy się tu jak u siebie. Mieliśmy wielu nowych znajomych, którzy — podobnie jak my — często zawijali do „Przystani”. Ten klimat odpowiadał nam jednak zdecydowanie bardziej niż nadęta atmosfera restauracji położonych w centrum Warszawy. Po jakimś czasie właścicielka, pani Basia, sprezentowała nam nawet specjalne kufle, w których od tej pory piliśmy tylko my. Od wtedy nawet nie pomyśleliśmy, żeby szukać innego miejsca.

Było już dobrze po dwudziestej drugiej. Dotąd nasze rozmowy krążyły wokół dość neutralnych tematów, jednak wreszcie Adam najwyraźniej zebrał się w sobie i zapytał:

— No i co postanowiłeś? Ciągle zamierzasz zrezygnować?

Nie odpowiedziałem od razu. Zamiast tego sięgnąłem do kieszeni kurtki, do której wcześniej włożyłem kartkę z wydrukowaną wiadomością.

— Tak naprawdę, to byłem już zdecydowany na sto procent, jednak dziś dostałem pewienmail. Chyba mam ochotę tam pojechać i trochę się rozejrzeć.

Adam przebiegł wzrokiem tekst.

— No tak, to zdecydowanie twoja działka — powiedział.

— Pewnie jak zwykle to jakieś bzdury, ale kilka dni z dala od Sadonia dobrze mi zrobi. A poza tym, wiesz, że redakcja chętnie umieszcza takie historie, więc nie powinno być większych problemów z uzyskaniem zgody na wyjazd. Tym bardziej że nigdy nie byłem w tych okolicach. No i będę miał trochę czasu na zastanowienie, co dalej z moją pracą.

Aktualnie byłem specjalistą naszego tygodnika od zdarzeń paranormalnych. Gdy tylko pojawiał się jakiś temat związany z nawiedzonymi domami, zjawiskami „nie z tej ziemi” czy ludźmi opętanymi rzekomo przez diabła, zawsze przydzielano go właśnie mnie. Miałem smykałkę do opisywania tego typu rzeczy, a w dodatku — co okazywało się ważnedla szefostwa — były to sprawy bardzo dalekie od polityki.

— To dobrze — odezwał się Adam. — Mam nadzieję, że zmienisz zdanie i jeszcze trochę popracujemy razem. Aż się boję, kogo mogliby ze mną posadzić w pokoju. A tenmailwygląda całkiem ciekawie. Na pewno zrobisz z tego świetny materiał. Facet, który widział coś, czego nie zobaczył nikt poza nim… No, no… Sprzedaż na pewno od razu nam skoczy. — Mrugnął do mnie okiem i trącił swoim kuflem o mój, stojący na stoliku, po czym upił kilka solidnych łyków. Najwyraźniej trochę mu ulżyło.

— A wiesz w ogóle, gdzie to jest? — zapytał po chwili.

— Tak. Na Roztoczu, niedaleko Zwierzyńca.

— Dawne Zamojskie?

— Zgadza się. Byłeś tam?

— Nie, ale o Zwierzyńcu słyszałem. Zdaje się, że robią tam niezłe piwo.

— Ty to tylko o jednym — powiedziałem i podniosłem kufel do ust.

Tego wieczora nie rozmawialiśmy o moim wyjeździe. Niespodziewanie wrócił jednak temat Magdy; Adam znów zaczął ją wspominać. Ostatnio zdarzało się to bardzo rzadko, jednak tym razem wspomnienia wyraźnie dały znać o sobie. W pewnym momencie Nawrot miał nawet łzy w oczach. I wtedy właśnie, zupełnie niespodziewanie, chyba głównie po to, żeby zmienić temat, spytał:

— Witek, nigdy o tym nie gadaliśmy, a trochę mnie to dręczy. Jak to było z tą twoją współpracą ze Służbą Bezpieczeństwa?

Na początku naszych spotkań byłem pewien, że będzie chciał znać prawdę. Kiedy jednak minęło trochę czasu, uznałem, że nie jest to dla niego ważne. Tym bardziej byłem zaskoczony, że zapytał. Gdy przez dłuższą chwilę nie odpowiadałem, powiedział:

— Nie ma sprawy. Jak nie chcesz, to nie mów. Wycofuję pytanie i przepraszam. Nie powinienem…

— Daj spokój — przerwałem. — Wezmę tylko dla nas jeszcze po jednym.

W czasie, gdy pani Basia napełniała kufle, miałem chwilę na zastanowienie. Tak naprawdę cieszyłem się, że rozpoczął rozmowę na ten temat. W redakcji traktowany byłem jak najgorsza kanalia, odwrócili się ode mnie nawet ludzie, których do momentu publikacji listy miałem za przyjaciół. Stałem się trędowaty. Jeśli komuś miałem powiedzieć, jak było, to tylko Adamowi, który jako jedyny nie odsunął się wtedy ode mnie.

Gdy podszedłem do stolika i postawiłem na nim pełne kufle, widziałem, że mój towarzysz kręci się niespokojnie.

— Wiesz, chyba niepotrzebnie cię o to zapytałem. Może czasem lepiej nie wiedzieć…

— To było gdzieś w połowie lat siedemdziesiątych — zacząłem, ignorując to, co powiedział. — Byłem wtedy na studiach. Moi rodzice przyjaźnili się z pewnym lekarzem. Bardzo nam pomagał, głównie dzięki niemu moja matka wyszła z raka, chociaż niewielu dawało jej szansę. Pewnego dnia, gdy ojciec był w pracy, a matka w sanatorium, przyszedł do naszego mieszkania. Powiedział, że chce rozmawiać właśnie ze mną. Zdziwiłem się, bo do tamtego dnia zamieniliśmy ze sobą może kilka zdań, nie licząc sytuacji, gdy byłem chory i przychodził do mnie z wizytą domową.

Adam nie patrzył na mnie. Wpatrywał się w przeciwległą ścianę.

— Powiedział, że ma do mnie wielką prośbę — ciągnąłem. — Wyznał, że jakiś czas temu wplątał się w jakieś układy ze Służbą Bezpieczeństwa. Wyjął z teczki gotową deklarację współpracy i poprosił o jej podpisanie. Ponoć miał taki obowiązek, żeby kogoś zwerbować. Zapewnił jednocześnie, że to tylko jeden podpis i na tym cała sprawa się skończy. Podpisałem bez wahania — po prostu nie mogłem postąpić inaczej. Zbyt wiele mu zawdzięczaliśmy.

Przerwałem, by się napić.

— I co? Pewnie na tym się nie skończyło? — zapytał Adam, wciąż wpatrując się w ścianę.

— Tak. Za jakiś czas pojawił się znów z prośbą o informacje na temat moich kolegów z uczelni. Byłem wściekły i prawie wyrzuciłem go z domu. Od tamtej pory go nie widziałem.

— I tyle?

— Kiedy dowiedziałem się o liście opublikowanej przez Wildsteina, nawet się ucieszyłem. Niewielu wie, że działałem w opozycji. Pisałem pod pseudonimem do pism opozycyjnych, roznosiłem ulotki, rozwieszałem plakaty, nawet mazałem po murach. Dwa razy mnie zamknęli, raz porządnie pobili. Lista wydawała mi się początkowo wyrazem sprawiedliwości dziejowej. Do czasu…

— Do czasu, gdy znalazłeś na niej nazwisko „Witold Uchmann”?

Nie musiałem odpowiadać. Obaj wiedzieliśmy, co było dalej. W redakcji zaczęli nazywać mnie „ucholem”. W rezultacie wylądowałem w dziale brukowych newsów.

— Dlaczego nie próbowałeś tego wyjaśnić? — odezwał się znów Adam.

— A znasz kogoś, kto by mi uwierzył, gdybym udowadniał, że nie jestem wielbłądem?

Pytanie pozostało bez odpowiedzi. Rozmowa przestała się kleić i niedługo potem wyszliśmy z „Przystani”. Adam pojechał taksówką, ja zaś postanowiłem zrobić sobie dłuższy spacer. Kuśtykałem wśród niemal wiosennej, marcowej nocy i jednego byłem pewien: ta rozmowa była mi bardzo potrzebna.

3.

Kiedy następnego dnia pojawiłem się w biurze, nastrój lekkości poprzedniego wieczoru prysł jak bańka mydlana.

Zaraz po wejściu do pokoju spostrzegłem, że coś jest nie tak. Adam ledwie odpowiedział na moje „cześć” i bez słowa wrócił do pracy przy komputerze. Początkowo zrzuciłem to na karb dręczącego go kaca, ale gdy około dziesiątej nic się nie zmieniło, zacząłem żałować, że opowiedziałem mu o epizodzie sprzed lat. Nic już nie mogłem poradzić. Miałem jedynie nadzieję, że gdy wrócę z Roztocza, sytuacja się poprawi i znów będzie tak, jak dawniej.

Przekonanie szefa do mojej wyprawy na południowo-wschodnie krańce Polski nie było tak łatwe, jak przewidywałem. Początkowo w ogóle nie chciał słyszeć o wyjeździe, jednak po jakimś czasie moja perswazja dotarła do jego zakutego łba i zaczął się wahać. Wtedy wyjąłem z rękawa asa — otrzymany dzień wcześniejmail, który dość mocno podrasowałem, żeby sprawa rysowała się bardziej tajemniczo. W rybich oczach Sadonia, chyba po raz pierwszy w życiu, dojrzałem iskierkę zainteresowania.

— Dobrze, Uchmann — powiedział po kilkudziesięciu sekundach teatralnego milczenia. — Masz na przygotowanie tego materiału trzy dni. Spotkaj się z facetem, powypytuj w okolicy… Zresztą, chyba nie muszę cię instruować?

„Nie daj Boże” — pomyślałem.

— Musisz tylko wiedzieć jedno — ciągnął — jak sprawa okaże się niewypałem, to koszty potrącę ci z premii.

— Dobra, szefie, ryzyko biorę na siebie. Mogę jechać już jutro?

Nie brałem pod uwagę, że z materiału może nic nie wyjść. Facet odmaila wyglądał na nieźle nawiedzonego, a ja już dobrze wiedziałem, jak rozmawiać z takimi typkami. Niemniej jednak, nawet gdyby z tego wszystkiego wyszła totalna klapa, to byłem pewien, że parę dni poza Warszawą dobrze mi zrobi. Nawet za cenę paruset złotych.

Wróciłem do pokoju i powiedziałem:

— No, stary, Sadoń kupił temat i wyjeżdżam już jutro.

Mój entuzjazm nie zrobił na Adamie specjalnego wrażenia.

— Musimy pogadać zaraz po robocie — powiedział bez cienia uśmiechu i wyszedł z pokoju.

Aż do końca pracy nie zamieniliśmy ze sobą nawet jednego słowa. Po naszym popołudniowym spotkaniu nie spodziewałem się więc niczego miłego.

*

Było po siedemnastej, gdy zasiedliśmy w pobliskim bistro. Zanim zamówiliśmy cokolwiek, powiedziałem:

— Nie sądziłem, że nasza rozmowa zrobi na tobie aż takie wrażenie.

— Zawsze uważałem, że jesteś w porządku — odparł Adam. — A dziś jestem już tego pewien. Tym bardziej musisz posłuchać, co mam do powiedzenia.

— Słucham więc.

— Najpierw zamówmy coś do picia.

Po chwili, gdy przede mną stała szklanka soku pomarańczowego, a przed Adamem filiżanka kawy, usłyszałem coś, co wprawiło mnie w osłupienie.

— Nie powinieneś tam jechać.

Na początku nie wiedziałem, o co chodzi, chwilę potem miałem wrażenie, że się przesłyszałem. Gdy Adam powtórzył to raz jeszcze, popatrzyłem na niego uważnie.

— Możesz mi wytłumaczyć, dlaczego?

— To nie jest takie proste. Daj mi jeszcze chwilę… Od rana zastanawiam się, jak ci to powiedzieć, żebyś nie wziął mnie za kretyna.

Siedziałem więc w milczeniu, ciesząc się, że moje domysły co do przyczyn dziwnego zachowania Nawrota okazały się kompletnie nietrafione.

— A może chcesz mi podebrać temat? — Mrugnąłem do niego z uśmiechem.

— Głupi jesteś — odpowiedział, ale w jego oczach zatańczył przez chwilę cień rozbawienia.

To chyba pomogło Adamowi się odblokować, bo za chwilę odezwał się głosem, w którym nie było już słychać wcześniejszego zdenerwowania:

— Wiele wiesz o mnie i o Magdzie. — Byłem zdziwiony, że wypowiedział imię nieżyjącej żony; do tej pory zdarzyło się to najwyżej dwa lub trzy razy. — O jednym natomiast nigdy ci nie mówiłem.

Przerwał i bawił się swoją wciąż pełną filiżanką, obracając nią na spodku, niczym maleńką kierownicą.

— Od tamtej pory — ciągnął, wpatrując się w parującą kawę — od tego feralnego Wielkiego Piątku, trzynastego kwietnia dwa tysiące pierwszego roku, gdy zginęła pod Lublinem w płonącym samochodzie, nigdy mi się nie śniła. — Na chwilę zamilkł. — Aż do dzisiejszej nocy…

O okolicznościach tamtego wypadku wiedziałem tylko tyle, ile można było wyczytać z prasy; nigdy nie śmiałem zapytać Adama o więcej szczegółów. Jego żona była tłumaczem przysięgłym języka ukraińskiego i w Wielki Piątek wieczorem wracała z konferencji we Lwowie. Na prostym odcinku drogi, niedaleko Krasnegostawu, musiała zjechać na pobocze dlatego, że jadący z naprzeciwka kierowca, wyprzedzając autobus, źle ocenił odległość i wymusił pierwszeństwo. Auto Magdy wpadło do przydrożnego rowu, przekoziołkowało i uderzyło w drzewo, natychmiast stając w płomieniach. Trwające wiele miesięcy poszukiwania sprawcy tragedii — kierowcy białego, osobowego opla — nie przyniosły rezultatu.

— Nie było chyba dnia, w którym nie modliłbym się, żeby przyszła do mnie we śnie, żebym mógł ją jeszcze choć raz zobaczyć, przytulić… — jego głos zaczął wyraźnie drżeć. — Rozumiesz? — Spojrzał na mnie. — Codziennie się o to modliłem. I dopiero dzisiaj… — Adam kilkakrotnie głęboko odetchnął, starając się opanować wzruszenie. Po chwili kontynuował już spokojniej:

— Śniło mi się, że leży obok mnie. Czułem jej zapach, jej ciepło… Przylgnęła do mnie całym ciałem, tak jak zawsze lubiła, a ja byłem przez moment najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. I wtedy… Wtedy mnie pocałowała i powiedziała: „Pamiętaj, co mówiłam wcześniej, dobrze?”. Nie mogłem sobie przypomnieć, żeby w ogóle coś mówiła, więc zapytałem, o co chodzi. Gwałtownie się ode mnie odsunęła i po chwili stała obok łóżka. Sekundę potem z całej siły uderzyła mnie w twarz. „Następnym razem słuchaj mnie uważnie, sukinsynu!” — syknęła.

Adam wciąż patrzył mi w oczy. Trudno było ocenić, czy na jego twarzy malowało się przerażenie, czy zupełna dezorientacja. Mówił jednak dalej:

— Chciała mnie uderzyć raz jeszcze, ale złapałem ją za nadgarstek i brutalnie przyciągnąłem do siebie. „Dlaczego mnie zostawiłaś?!”, krzyknąłem. „Przecież nie musiałaś wtedy jechać do tego cholernego Lwowa!”. Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Zacząłem ją z całej siły dusić, wrzeszcząc przy tym, że jej nienawidzę. Z satysfakcją czułem, jak jej ciało wiotczeje, a później wstrząsają nim gwałtowne konwulsje. Przestała się ruszać, a ja wciąż z całej siły zaciskałem palce na jej szyi. Opanowanie przyszło dopiero wtedy, gdy ręce odmówiły mi posłuszeństwa, a palce całkowicie ścierpły. Spojrzałem na leżącą Magdę i wpadłem w panikę. Zacząłem błagać, żeby do mnie wróciła, próbowałem nawet sztucznego oddychania, ale ona tylko leżała nieruchomo z szeroko otwartymi oczyma…

Przerwał i sięgnął do teczki po chusteczkę higieniczną. Chyba dopiero teraz poczuł, że po jego policzkach spływają łzy.

— Położyłem się obok niej i pomyślałem, że chyba zwariuję — mówił dalej. — Nie wiedziałem, co robić, lecz z całą pewnością nie chciałbyś wiedzieć, jakie myśli przychodziły mi do głowy. Wtedy się poruszyła. Podparła się na łokciu i spojrzała na mnie z uśmiechem. „Przecież ja nie żyję, więc jak mógłbyś mnie zabić?”, zapytała mrugając okiem. Po chwili dodała: „Ale możesz uratować kogoś innego. Jeśli Witek wyjedzie, jeśli go nie powstrzymasz, to jego również stracisz, pamiętaj”. Wstała, zrobiła krok w stronę wyjścia, lecz zatrzymała się i błyskawicznie pochyliła się nade mną, patrząc na mnie ślepymi, szeroko rozwartymi białkami oczu, w których nie było tęczówek ani źrenic. „To nie jest sen… pamiętaj… stracisz go…”, szeptała, przybliżając twarz do mojej twarzy. Odruchowo zamknąłem powieki, a gdy znów spojrzałem przed siebie, już jej nie było…

Uważnie mi się przypatrywał, jakby badając moją reakcję. Byłem wstrząśnięty, wciąż miałem dreszcze i w skrytości ducha dziękowałem Bogu, że nie miewam takich snów.

— Mogłeś sobie darować tak szczegółowy opis… — powiedziałem wreszcie.

— Wtedy nie wiedziałbyś, dlaczego bardzo nie chcę, żebyś tam jechał. To było naprawdę realistyczne, Witek — dodał. — Daj spokój, odpuść tym razem, proszę cię…

W sumie mu się nie dziwię. Gdyby mi się przyśniło coś takiego, to też pewnie długo nie mógłbym dojść do siebie.

— Adam, rozmawialiśmy o niej wczoraj wieczorem, więc pewnie stąd ten sen… Wszyscy miewają koszmary. Poza tym przecież to tylko trzy dni, co może mi się stać? Tym bardziej że jadę pociągiem, a nie samochodem…

Zbyt późno ugryzłem się w język.

4.

Podróż zajęła mi ponad sześć godzin. Wczesnopopołudniowy pociąg był jedynym bezpośrednim środkiem lokomocji, którym mogłem się dostać na samo miejsce. Gdybym jednak wiedział, że spóźni się prawie dwie godziny, raczej wybrałbym autobus z przesiadką w Zamościu. Lubiłem jeździć pociągami, ale tym razem miałem już naprawdę dość i z niecierpliwością oczekiwałem celu podróży.

Było tuż przez dwudziestą drugą, gdy pociąg zaczął zwalniać i za szybą, w jaskrawym świetle kolejowej latarni mignęła mi tablica z napisem „Zwierzyniec”. Był na niej też drugi człon nazwy stacji, ale nie udało mi się go rozszyfrować. Szybko zarzuciłem na siebie kurtkę, złapałem torbę i wygramoliłem się z wagonu. Pociąg ruszył i po chwili zostałem sam, rozglądając się niepewnie wokół siebie.

Zupełnie nie tego się spodziewałem. Poczytałem wcześniej trochę o Zwierzyńcu i wiedziałem, że jest to niewielkie miasto, ale stacja kolejowa całkowicie mnie zaskoczyła. Był to stary, odrapany budynek straszący ciemnymi szybami, otoczony niemal ze wszystkich stron lasem. Prócz latarni znajdujących się na peronie zobaczyłem w oddali coś, co wyglądało na przejazd kolejowy. Ruszyłem więc w tamtą stronę, mając nadzieję, że ulica, do której dotrę, zaprowadzi mnie do centrum miasteczka.

Było mi zimno. Gdy wyjeżdżałem z Warszawy, temperatura wynosiła ponad dziesięć stopni, a o śniegu zapomniałem jakiś miesiąc wcześniej. Tutaj leżało go ponad dziesięć centymetrów i termometry (zakładałem, że jednak jakieś są w pobliżu) z pewnością wskazywały temperaturę grubo poniżej zera.

Śnieg nieprzyjemnie skrzypiał pod butami, gdy żwawo kuśtykałem w kierunku rogatki. Udało mi się trochę rozgrzać, jednak kiedy dotarłem do drogi, stwierdziłem, że jest to jedyna pozytywna zmiana w moim położeniu.

Wyjąłem z torby mapę i od razu pożałowałem, że nie spojrzałem na nią przed wyjazdem. Stacja, na której wysiadłem, była oddalona od centrum miasteczka o dwa i pół, może trzy kilometry. Z mapy wynikało, że czeka mnie spacer przez las. Zrobiło mi się nieprzyjemnie i nawet nie chodziło o to, że był przede mną trudny marsz, tym bardziej uciążliwy dla kogoś, kto prawą nogę zgiął ostatnio przed kilku laty. W dodatku chłód powodował, że zacząłem odczuwać silny ból w uszkodzonym kolanie. Gorsza była noc zatopiona w białej nieprzeniknionej ciszy.

Nie miałem jednak wyboru. Czekanie na okazję mogło skończyć się poważnym przeziębieniem, tym bardziej że nawet jeśli trafiłby się jakiś samochód, to zatrzymanie go przez samotnego mężczyznę na odludziu graniczyło wręcz z cudem.

Schowałem mapę, skląłem się w myślach za sprytny pomysł, by komórkę dla świętego spokoju zostawić w Warszawie i niechętnie ruszyłem w kierunku miasteczka. Przez chwilę nic nie widziałem oślepiony latarniami, przy których dopiero co stałem, jednak po kilku minutach wzrok przyzwyczaił się do ciemności i zobaczyłem przed sobą wyraźną, jasną linię drogi, która niknęła w oddalonej niebezpiecznie, mglistej bieli.

Denerwowało mnie skrzypienie śniegu. Wolałbym bezszelestnie przemieszczać się wśród stojących po obu stronach drzew. Miałem wrażenie, że zwracam na siebie uwagę wszystkiego, co żyje w tych mrocznych ostępach.

Po kilku minutach odwróciłem się, żeby zobaczyć, czy dużo już uszedłem. Pasek od torby zaczynał mnie uwierać w ramię, a noga bolała coraz bardziej. Latarnie wciąż były blisko. Zdecydowanie zbyt blisko.

Jak do tej pory skutecznie odganiałem od siebie wspomnienia ostatniej rozmowy z Adamem. Teraz, nagle, ujrzałem przed sobą twarz kobiety patrzącej na mnie ślepymi białkami oczu i przypomniałem sobie jej słowa: „Stracisz go…”. Po raz kolejny, tym razem bardzo zdecydowanie uznałem, że Adam nie powinien był tak szczegółowo opowiadać mi swojego snu. Nawet wtedy, w bistro, to, co usłyszałem, zrobiło na mnie spore wrażenie. No i potem jeszcze te jego usilne namowy, abym dał spokój z wyjazdem. Teraz, w ciszy stojącego nieruchomo, groźnego lasu, gdy niechciane myśli kłębiły się pod czaszką, kolejne skrzypnięcia śniegu układały się w monotonne „stracisz go, stracisz go…”.

Po lewej stronie usłyszałem dźwięk — coś w rodzaju cichego westchnienia lub szeptu. Stanąłem nagle i spojrzałem w tamtym kierunku. Odgłos powtórzył się, tym razem jakby nieco bliżej mnie. Wpatrywałem się uważnie w ciemność przetykaną słabym poblaskiem śniegu, lecz nie udało mi się niczego dostrzec. Poczułem, jak kropelka lodowatego potu ścieka mi wzdłuż kręgosłupa. Drżałem. Latarnie, od których rozpocząłem marsz, były już tylko maleńkimi światełkami. Musiałem iść przed siebie. Na ile to możliwe, przyśpieszyłem kroku.

To coś szło razem ze mną. Słyszałem wyraźnie skrzypienie śniegu wśród drzew, od czasu do czasu dobiegał do mnie stłumiony szept. Teraz chciałem iść jak najgłośniej, żeby tylko te dźwięki do mnie nie docierały. „Stracisz go, stracisz go…” brzmiało coraz głośniej i powtarzało się z większą częstotliwością, jednak wiedziałem, że każdy krok przybliża mnie do upragnionego celu.

Towarzyszący mi, dobiegający spośród drzew odgłos, umilkł równie niespodziewanie, jak się pojawił.

Przystanąłem, aby się upewnić, że znów jestem sam. Wokół żadnego dźwięku. Ruszyłem dalej, myśląc, że do Zwierzyńca mam jeszcze spory kawał drogi, ponieważ nie widziałem przed sobą żadnych świateł, jednak zaraz potem zamajaczyły w ciemności pierwsze zabudowania miasta. Latarnie były wyłączone, zapewne ze względu na oszczędność energii. Blask w oknach mijanych domów emanował ciepłem i spokojem. Z emocji i wysiłku byłem cały mokry, jednak nie zwalniałem kroku. Dwadzieścia minut później, kierując się wskazówkami napotkanego przechodnia, dotarłem do restauracji z hotelem, gdzie miałem zarezerwowany nocleg.

Nie pamiętam, kiedy poprzednio gorący prysznic sprawił mi tak ogromną przyjemność. Zaraz potem, gdy zasypiałem w świeżej, wykrochmalonej pościeli, bardzo wyraźnie usłyszałem swoje kroki. „Stracisz go, stracisz go”, mówiły w rytm monotonnego, lecz nieregularnego marszu kuternogi.

5.

W innych okolicznościach być może cała ta sytuacja wydawałaby mi się komiczna, lecz tym razem w ogóle mnie nie bawiła. Byłem na siebie po prostu wściekły.

Stałem kilka metrów od drogi, którą szedłem poprzedniej nocy i wpatrywałem się w ślady na śniegu. Już podczas rozmowy przy śniadaniu w hotelu, w którym się zatrzymałem, zacząłem mieć pewne podejrzenia. Byłem jedynym gościem, więc właściciel z braku lepszego zajęcia przysiadł się do mojego stolika. Opowiedział mi wiele interesujących rzeczy na temat Zwierzyńca, między innymi wspominając o rezerwacie konika polskiego, który umiejscowiono tuż obok miasteczka. Inne atrakcje przestały mnie wtedy obchodzić. Zanotowałem jeszcze tylko fakt, że wysiadłem na niewłaściwej stacji. Gdybym wcześniej zapytał konduktora, o której będziemy na miejscu, to do hotelu miałbym ledwie kilka minut spacerkiem.

Niedługo potem ruszyłem znaną mi już drogą, tym razem w przeciwnym kierunku. Po prawej stronie zauważyłem niewysoki parkan. Uszedłem jeszcze kawałek i skręciłem w las. Tuż za drewnianymi żerdziami zobaczyłem to, czego się spodziewałem. Ślady kopyt na śniegu nie pozostawiały wątpliwości, że tajemniczą istotą, która śledziła mnie podczas nocnej eskapady, był koń, zapewne zaciekawiony, kogo to diabli niosą drogą o tak późnej porze.

Przypominałem sobie przerażenie, o jakie przyprawiły mnie tajemnicze odgłosy i stwierdziłem z całym przekonaniem, że jestem po prostu starym, miastowym durniem, który w zetknięciu z odrobiną nieznanego, najzwyczajniej w świecie robi pod siebie.

Wracając do hotelu, pomyślałem jeszcze tylko o materiale, który miałem zamiar przygotować dla swojego czasopisma i zacząłem mieć wątpliwości, czy aby na pewno jestem najbardziej odpowiednim do tego zadania dziennikarzem. Przy okazji zastanowiłem się, co by się stało, gdyby w którejkolwiek z opisywanych dotąd przeze mnie historii tkwiło choć ziarno prawdy. Rozważania te nie prowadziły do zbyt optymistycznych wniosków.

*

Pobieżnie obejrzałem najciekawsze punkty miasteczka, koncentrując się na kościółku na wodzie i starym browarze, w którym wciąż warzono piwo „Zwierzyniec”. Przespacerowałem się też parkiem, wyglądającym o tej porze roku niezwykle malowniczo. Zespół drzew, posadzonych przed wiekami, przecięty łagodną wstęgą Wieprza, działał uspokajająco. Postałem przez chwilę na jednym z mostków, wpatrując się w nieśpiesznie uciekającą gdzieś wodę.

W hotelu zjadłem lekki posiłek, popijając nadspodziewanie smacznym lokalnym piwem. Już wcześniej uzgodniłem z właścicielem hotelu, że za niewielką opłatą zawiezie mnie do Guciowa na spotkanie z Krzysztofem Piaseckim — tajemniczym autorem wiadomości, która przygnała mnie w te okolice.

6.

Wymieniającmaile przed moim wyjazdem z Warszawy, ustaliłem z Piaseckim, że spotkamy się o siedemnastej w gospodarstwie agroturystycznym, w Guciowie. Właściciel hotelu zostawił mnie tuż przed bramą zbudowaną z drewna i mostkiem prowadzącym do zagrody. Było kilka minut po trzeciej, czyli sporo przed wyznaczonym czasem spotkania, mimo to miałem przeczucie, że mój rozmówca już na mnie czeka.

Przeszedłem przez rozległe podwórze otoczone drewnianymi zabudowaniami i śmiało wszedłem do restauracji stylizowanej na dziewiętnastowieczną karczmę. Przywitało mnie przyjemne, pachnące dymem ciepło, które dawał stojący po prawej stronie piec chlebowy, pobielony wapnem. Zamknąłem za sobą solidne drzwi i, gdy mój wzrok przyzwyczaił się do panującego wewnątrz półmroku, okazało się, że jestem w pomieszczeniu sam.

Z niewidocznych kolumn dobiegały dźwięki ludowej melodii, wygrywanej na werbelku i skrzypcach. Przyznałem w myślach, że ta muzyka niezwykle pasuje do wystroju wnętrza. Oprócz pieca jego wyposażenie stanowiły grubo ciosane drewniane ławy i przykryte lnianymi obrusami stoły. Na błękitnych ścianach wisiały ręcznie malowane obrazy olejne, wykonane zapewne przez któregoś z miejscowych malarzy samouków. Jedynym niepasującym elementem wystroju było błyszczące, grubo polakierowane pianino marki „Calisia”.

Podszedłem do drewnianego kontuaru, za którym, na rustykalnym kredensie, ujrzałem masę miłych dla oka glinianych i porcelanowych naczyń. Trąciłem dzwonek stojący na ladzie.

Chwilę potem dobiegło do mnie ciężkie szuranie butów i z zaplecza wychynął krępy jegomość w średnim wieku.

— Ładne wnętrze — powiedziałem zamiast tradycyjnego „dzień dobry”.

— Staramy się — odparł, spoglądając na mnie nieco podejrzliwie. — W czym mogę panu pomóc?

— Jestem tu umówiony na rozmowę. Przyjechałem z Warszawy. — Podszedłem bliżej i wyciągnąłem rękę. — Na siedemnastą, więc zostało jeszcze trochę czasu. Witold Uchmann — dodałem, gdy mężczyzna uścisnął moją dłoń.

— Proszę więc znaleźć sobie jakieś wygodne miejsce, bo do piątej faktycznie jeszcze prawie dwie godziny. — Nie przedstawił się, ale spojrzał na mnie odrobinę mniej nieufnie. — Herbaty? Kawy?

— Kawy, jeśli można.

W czasie, gdy właściciel (po jego zachowaniu wnosiłem, że nie może to być nikt inny) przyrządzał dla mnie lavazzę z ekspresu, obszedłem pomieszczenie, uważnie przyglądając się obrazom wiszącym na ścianie. Okazało się, że wcześniej nie dostrzegłem kilku całkiem niezłych fotografii. Gdy mężczyzna podał kawę, powiedziałem:

— Dobre fotografie. Robił je ktoś z miejscowych?

— Tak, czasem lubię poszwędać się po okolicy z aparatem. — Obojętny wyraz jego twarzy się nie zmienił, ale w oczach wyraźnie dostrzegłem radość, jaką sprawił mu komplement.

Usiadłem przy stole, niedaleko ciepłego pieca. Gospodarz dorzucił do niego kilka drewnianych polan, po czym rzekł:

— Chętnie bym z panem posiedział, ale mam dziś huk roboty. — Zwróciłem uwagę, że mówi z sympatycznym, wschodnim akcentem. — Gdyby czegoś było potrzeba, niech pan woła dzwonkiem. A jakby się drewno wypaliło, to proszę dorzucić.

Podziękowałem i usiadłem w kącie, wsłuchując się w cichnące kroki i jakąś nową, skoczną melodię. Miałem nadzieję, że nie będę musiał długo czekać na Piaseckiego.

Mniej więcej kwadrans po czwartej spokojne wnętrze zostało nawiedzone przez hałaśliwą rodzinę z dwójką kilkuletnich dzieci. Fakt ten przyjąłem z niechęcią, ponieważ całkiem miło siedziało mi się samotnie w miejscu, w którym czas zdawał się zawracać. Wrzaski dzieciarni zagłuszyły muzykę, a ja coraz częściej spoglądałem na zegarek.

Zaczynałem się niecierpliwić. Zastanawiał mnie ktoś, kto był na tyle zdeterminowany, aby bez wahania ściągnąć na to odludzie dziennikarza z Warszawy. Było to tym bardziej intrygujące, że — co wynikało z maili — moim rozmówcą miał być dość młody człowiek. Dopadły mnie też wątpliwości, czy Piasecki w ogóle się pojawi. Wcześniej o tym nie pomyślałem, ale przecież zbieżność imienia i nazwiska ze znanym twórcą kabaretowym mogła nie być przypadkowa. A może ktoś postanowił wyciąć kawał dziennikarzowi czasopisma, za którym specjalnie nie przepadał?

Jedno przynajmniej było pewne — w razie czego będę miał się gdzie zatrzymać. Wiedziałem, że w gospodarstwie, w którym się znajduję, są miejsca noclegowe. Mogłem też, do czego zachęcał właściciel zwierzynieckiego hotelu, zadzwonić na podany przez niego numer i pojawiłby się tu w krótkim czasie.

Rozbrykana rodzina zamówiła tradycyjne danie — kaszę gryczaną ze skwarkami i zsiadłym mlekiem, więc protestom rozkapryszonych dzieciaków nie było końca. Przyglądałem się im z niechęcią, gdy poczułem na sobie ciężkie, świdrujące spojrzenie.

Nie wiem, jak długo mężczyzna stał tuż przy moim stoliku. Drgnąłem. To raczej nie mógł być Piasecki; pisał o sobie jako o studencie, a człowiek, którego miałem przed sobą miał na pewno około czterdziestki. Lekko szpakowaty, pochylony do przodu, jakby cierpiał na ból kręgosłupa. Wpatrywał się uważnie w moje oczy. Nigdy bym nie zapomniał jego twarzy; wyglądała na przedwcześnie pooraną gęstą siecią zmarszczek. Przez jej prawą połowę raz po raz przebiegał mimowolny, doskonale widoczny nerwowy tik.

— Czy pan Uchmann? — zapytał cichym, ledwie słyszalnym głosem. — Z Warszawy?

Skinąłem głową.

Powoli, jakby z rozmysłem, wyciągnął przed siebie rękę.

— Piasecki — powiedział niemal szeptem. — Krzysztof.

Po uściśnięciu jego drobnej, lecz bardzo twardej dłoni, gestem wskazałem miejsce naprzeciw siebie.

— Pisał pan, że jest studentem — zacząłem, gdy usiadł. — Nie wiem, czy… — To, co powiedziałem, nie zabrzmiało zbyt zręcznie, więc zamilkłem, aby zebrać myśli.

— Bo to prawda. Wciąż jestem studentem — rzekł po chwili.

W jego spojrzeniu było coś niepokojącego. Oczy szkliły się jak w gorączce, a jednocześnie wyrażały dojmujący smutek.

Jemu również najwyraźniej przeszkadzała rozwrzeszczana rodzinka. Kilka razy miałem wrażenie, że już zbiera się, aby coś powiedzieć, gdy właśnie w tym momencie któreś z dzieciaków głośno przypominało o swojej obecności. Wreszcie, kiedy byłem niemal pewien, że czeka, aż zostaniemy sami, wstałem i powiedziałem:

— Zdaje się, że w piecu już się dopala. Podłożę do ognia, a przez ten czas może sobie pójdą.

Podziękował mi uśmiechem. Zanim uporałem się ze sporej wielkości polanami, nasi sąsiedzi zakończyli posiłek i uregulowali rachunek. Zostaliśmy w pomieszczeniu sami.

— Bardzo dziękuję, że zechciał pan przyjechać — powiedział. — To dla mnie bardzo ważne…

Nie zamierzałem przerywać. Podejrzewałem, że ma mi coś bardzo ważnego do przekazania (a przynajmniej tak mu się zdaje). Miałem nadzieję, że będzie to coś, co i ja uznam za istotne. Drewno w piecu właśnie się zajęło i ogień zaczął żwawo buzować w kominie, gdy Piasecki sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki.

— Tak naprawdę napisałem do pana na prośbę mojego przyjaciela. On nie mógł się zdobyć na to, żeby komukolwiek powiedzieć o tym, co się tam wydarzyło. Jedyne, co mógł zrobić, to poprosić mnie, żebym komuś przekazał… Mój przyjaciel myśli, że dla nich to jedyny ratunek…

— Dla nich? — Nic z tego nie rozumiałem.

Przesunął w moim kierunku brulion.

— Proszę to przeczytać.

Najpewniej wyczytał w moich oczach zaskoczenie, gdyż natychmiast dodał:

— Nie, nie teraz. Proszę to przeczytać, gdy będzie miał pan chwilę czasu. Może dziś wieczorem? Te notatki są najlepszą formą przekazu, proszę mi wierzyć.

— Czy to od pańskiego przyjaciela?

— Tak. — Jego wzrok umknął gdzieś w bok. — Przyjadę tu jutro. Mam nadzieję, że pan jeszcze będzie. Bardzo mi na tym zależy… Proszę…

Przez całą naszą rozmowę bacznie mu się przyglądałem. I zupełnie nie mogłem rozgryźć tego człowieka. Z jednej strony, jego niepokojąco zbyt widoczne tiki, rozgorączkowane oczy i lekko drżące ręce sprawiały wrażenie, że mam do czynienia z osobą, która może być nie do końca w pełni władz umysłowych. Z drugiej jednak strony, sposób, w jaki na mnie patrzył, zmuszał mnie do zastanowienia, czy taki właśnie odbiór Piaseckiego jest na pewno właściwy. Drugie wrażenie mimo wszystko wzięło górę.

— Dobrze — powiedziałem. — Przeczytam, ale proszę się nie spodziewać zbyt wiele. Niezbyt mi się podoba, gdy ktoś posługuje się posłańcem w takich sprawach. Tym bardziej że — z tego, co rozumiem — sprawa jest dość poważna.

— Przepraszam — odpowiedział, nagle wstając. — Dziś nie mogę zdradzić nic więcej. Do zobaczenia jutro. Bardzo na to liczę. — Wyciągnął rękę na pożegnanie, po czym szybkim krokiem ruszył w kierunku drzwi.

Byłem w izbie sam ledwie przez chwilę. Piasecki wrócił, podszedł do stolika i powiedział:

— Proszę nie wychodzić na zewnątrz. On wie, że pan przyjechał się ze mną spotkać. Widziałem go w oknie za pana plecami, gdy rozmawialiśmy. Błagam pana, niech pan nie wychodzi… Tylko pan może mi pomóc.

Odwróciłem się i spojrzałem za siebie. Podmurówka budynku nie była wysoka, więc z pewnością ktoś mógł zajrzeć do wnętrza. Chciałem zapytać o to, kto i dlaczego miałby chcieć mi zrobić krzywdę, jednak zdążyłem zauważyć tylko, jak drzwi zamykają się z trzaskiem. Usłyszałem kilka szybkich, oddalających się kroków. Piasecki najwyraźniej ruszył przed siebie biegiem. Zaraz potem dobiegł do mnie pisk opon i odgłos pracującego na wysokich obrotach silnika samochodu, który po chwili rozpłynął się w ciszy.

„Więc chyba jednak wariat” — skonstatowałem w myślach. — „Trochę szkoda…”

Sięgnąłem po brulion. Otworzyłem na pierwszej stronie i zdążyłem tylko przeczytać napisany dużymi literami tytuł „Słoneczna Dolina”. Do izby wtoczył się właściciel gospodarstwa i zapytał, czy może przysiąść się do mojego stolika.

7.

Nikt nie zakłócał nam spokoju. Przesiedzieliśmy w pachnącym dymem pomieszczeniu dobre cztery godziny. Janek okazał się niezwykle wdzięcznym rozmówcą. Miał rzadki w dzisiejszych czasach dar opowiadania, więc z przyjemnością zatopiłem się w przekazywany przez niego klimat zagubionej gdzieś na końcu świata wsi. Okazało się też, że trunek własnej roboty, nazywany przez niego „Świeżością poranka”, bardzo pozytywnie wpływał na tok naszej konwersacji.

Spotkanie tego człowieka dało mi o wiele więcej, niż mógłbym się spodziewać. Janek nie wychował się w Guciowie; kilka lat wcześniej uznał, że jest to świetne miejsce na założenie gospodarstwa agroturystycznego i sprowadził się tu wraz z rodziną. Kiedy kończyliśmy nasze posiedzenie, znałem zapewne większość miejscowych historii i legend. Nie było wątpliwości, że zostanę w tym miejscu przynajmniej na jeden nocleg. Zdaje się, że tego właśnie potrzebowałem — dobrej, przyjaznej rozmowy z dala od wielkomiejskiego huku.

— Słyszałeś może o Słonecznej Dolinie? — zapytałem w pewnym momencie.

Popatrzył na mnie, jakbym się urwał z choinki.

— Witek, przecież każdy tutaj o niej słyszał. To rzut beretem stąd, tuż za wzgórzem. Niezwykłe miejsce, musisz się tam wybrać.

Moje pytanie okazało się strzałem w dziesiątkę. Cieszyłem się, że Piasecki zostawił mi brulion kolegi. Był przynajmniej jakiś punkt zaczepienia do kolejnej opowieści Janka.

— O Słonecznej krążą legendy. Ja oczywiście w nie nie wierzę — zastrzegł — ale miejscowi opowiadają, że ponoć kiedyś była tam wieś, po której nic nie zostało. Czasem tylko można wyorać jakiś kamień z fundamentu czy kawałek chałupy. Jest tam też wzgórze, na którym podobno stał kiedyś kościół. Jeden z gospodarzy zarzekał się, że czasem słychać jeszcze bicie dzwonów z przykościelnej dzwonnicy kościoła w Starzyźnie…

— Starzyźnie?

— Starzyzna. Tak ponoć nazywała się ta wieś, ale zdaje się, że jej mieszkańcy nieźle nabroili, bo wszystko, razem z kościołem, zapadło się pod ziemię.

— Brzmi nieźle — powiedziałem. — Faktycznie muszę się tam wybrać. Ale to już nie dziś — uśmiechnąłem się. — Dziś przydałby mi się tylko prysznic i jakieś wygodne łóżko.

Zbliżała się dwudziesta pierwsza. Czułem się już trochę zmęczony, a poza tym byłem ciekaw zawartości brulionu.

— Nie ma problemu — powiedział gospodarz. — Chodźmy, pokażę ci twój apartament.

Wziąłem torbę i przeszliśmy przez podwórze do stojącego obok budynku, w którym mieściły siępokoje gościnne.

Miałem zamieszkać na poddaszu. W korytarzu znajdowała się ogólnodostępna łazienka z prysznicem. Mój pokój był urządzony skromnie, ale schludnie. Były w nim dwa łóżka, szafa i stoliki, na których stały nocne lampki. Na drewnianej podłodze leżał gustowny dywanik, co wzmacniało uczucie przytulności.

— My mieszkamy kawałek stąd — powiedział Janek, wręczając mi klucz. — Jakieś dwieście metrów, po drugiej stronie drogi. Gdybyś czegoś potrzebował, daj znać, ale mam nadzieję, że wszystko, co niezbędne, jest na miejscu. Nie zapomnij o śniadaniu — będzie gotowe na ósmą.

Zaraz potem zostałem w budynku sam. Jeszcze przez jakiś czas przez małe okienko wpadało światło, sączące się od strony gospodarstwa, jednak wkrótce i ono zgasło. Zapewne gospodarze udali się na zasłużony odpoczynek i zamierzałem zrobić dokładnie to samo.

Po „Świeżości poranka” kręciło mi się nieco w głowie, ale nie na tyle, abym nie dał rady zagospodarować się w pokoju. Wypakowałem rzeczy z torby i poszedłem do łazienki wziąć szybki prysznic. Wracając, zgasiłem światło na korytarzu. Rozebrałem się, zapaliłem nocną lampkę i położyłem do łóżka.

Panowała niczym niezmącona cisza, jedynie z oddali dobiegało stłumione ujadanie wiejskich psów. Przez dłuższą chwilę wahałem się, czy sięgnąć po brulion, który wcześniej położyłem na stoliku. Ostatecznie stwierdziłem, że zapoznam się z jego treścią następnego dnia. Wyłączyłem lampkę.

Myślałem, że sen przyjdzie natychmiast, jednak dopadły mnie myśli dotyczące pracy; po mile spędzonym wieczorze byłem już niemal pewien, że dam sobie z nią spokój. Takie miejsca, jak to, w którym się znajdowałem, były tego warte. Zdałem sobie sprawę, jak wiele traciłem, tkwiąc przez lata w dusznej redakcji. Pomyślałem o Piaseckim i byłem mu wdzięczny, że dzięki niemu znalazłem się na nieznanym dotąd Roztoczu. Ciekaw byłem, czy przyjedzie następnego dnia. Z jego zachowania wnosiłem, że raczej się na to nie zdecyduje. Uspokojony tą myślą, powoli zacząłem zapadać w płytki sen, z którego wybudził mnie cichy dźwięk.

Nie byłem pewien, lecz wydawało się, że doszedł on z dołu. Leżałem w ciemności, zastanawiając się, czy się nie przesłyszałem. Zaraz potem przekonałem się, że słuch mnie nie zawiódł.

Wchodziliśmy z Jankiem po drewnianych, skrzypiących schodach. Teraz ich dźwięk nie pozostawił mi wątpliwości; nie byłem w budynku sam — ktoś wspinał się, starając się zachowywać jak najciszej. Zaraz potem usłyszałem na korytarzu kroki osoby obutej najprawdopodobniej w ciężkie kamasze. Ktoś po drugiej stronie zatrzymał się przy moich drzwiach. W ciemności nie widziałem klamki, ale usłyszałem, jak ktoś delikatnie ją naciska.

Leżałem, zastanawiając się, czy to może Janek urwał się swojej połowicy i postanowił wysuszyć ze mną jeszcze jedną flaszkę „Świeżości poranka”…

— Janek? — zapytałem, jednocześnie zapalając nocną lampkę.

Naciśnięta klamka znieruchomiała. Wstałem i ruszyłem do drzwi. Osoba po drugiej stronie puściła klamkę i usłyszałem oddalający się po korytarzu odgłos ciężkich butów. Na tyle szybko, na ile pozwalało mi kalectwo, wypadłem na zewnątrz i zapaliłem światło na korytarzu. W ostatniej chwili dostrzegłem sylwetkę mężczyzny zbiegającego po schodach.

Zszedłem na dół i zamknąłem drzwi, które pozostawił otwarte na oścież, po czym starannie zasunąłem ciężki, stalowy skobel.

Gdy wróciłem do łóżka, senność minęła bezpowrotnie. Oddychałem ciężko i trwało chwilę, zanim przestałem słyszeć krew pulsującą mi w skroniach. Serce jeszcze przez długą chwilę nie mogło się uspokoić, powodując lekkie pieczenie tuż za mostkiem.

Janek liczył najwyżej metr siedemdziesiąt, a Piasecki, chociaż nieco wyższy, był bardzo szczupły. Mężczyzna zbiegający po schodach był potężnie zbudowany i mierzył około dwóch metrów wzrostu. Gdyby zechciał, udusiłby mnie jedną ręką.

O zaśnięciu nie było mowy. Stale nasłuchiwałem odgłosów z dołu, a dla zabicia niespokojnych myśli wziąłem do ręki leżący na stoliku brulion.

Słoneczna Dolina

I

Stary siedział na drewnianym krześle, wspierając się obiema dłońmi o akacjową laskę. W mglistej poświacie, z trudem przenikającej przez noc i zmatowiałą szybę, raz po raz łyskało miedziane wahadło wielkiego, drewnianego zegara. Gdyby nie ten przedwojenny sprzęt, mozolnie odmierzający sekundy, w pomieszczeniu nie dałoby się zauważyć żadnego ruchu. Trześniowski zdawał się upodabniać do otaczających go dębowych mebli. Trwał przy stole, jak dziwny, nikomu niepotrzebny posąg. Wreszcie drgnął, wydając z siebie ciche stęknięcie. Mimo że niecierpliwie czekał na uderzenie zegara, to skrzypiący mechanizm i tak go zaskoczył, powodując mimowolny skurcz zwiotczałych mięśni.

Do północy pozostało już tylko pół godziny, więc podniósł się, oparł laskę o stół i powoli zaczął zakładać wojskowy płaszcz. Potrącony nieostrożnym ruchem akacjowy kostur zsunął się po gładkiej krawędzi blatu i z głośnym stukotem upadł na podłogę. Trześniowski zamarł.

— To ty, ojcze? — dobiegło zza zamkniętych drzwi, prowadzących do kolejnego pokoju.

— Śpij, Helenko. Przepraszam, niedołęga ze mnie.

Po chwili dziewczyna odezwała się ponownie:

— Wychodzisz, prawda?

— Prawda.

— Przecież wiesz, że to na nic…

— Na nic albo i nie na nic — burknął bardziej do siebie niż do córki. — A tobie nic do tego — powiedział głośniej, siląc się na stanowczość. — Śpij już, powiedziałem.

— Wiesz, że Oni…

— Wiem — uciął gwałtownie. — Niedługo będę z powrotem.

Wyszedł do sieni i pewnie ruszył kamiennymi stopniami w dół. Zamykając za sobą drzwi wejściowe, stwierdził, że pogoda przez ostatnie kilka godzin zdecydowanie się pogorszyła. Postawił kołnierz płaszcza i ruszył w noc. Przypomniał sobie, że laska, którą się miał podpierać, została w domu, ale nie chciał wracać, żeby znów nie usłyszeć narzekań córki. Zresztą, przecież nie miał aż tak bardzo daleko. Wyszedł na piaszczystą drogę i skierował się w stronę kościoła, widocznego na ciemniejszym tle lasu.

Przez cały ten czas dokładnie obliczał fazy księżyca, choć od roku tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego drugiego nie widział go ani razu. Nikły blask spływający na okolicę był wystarczający, aby nieco rozjaśnić otoczenie. Trześniowski wiedział, że gdzieś tam, za grubą warstwą szarego powietrza, księżyc jest w okolicach pełni.

Szedł pomiędzy przysadzistymi, drewnianymi budynkami. Cała wieś liczyła dwanaście zagród, w większości postawionych niedługo przed drugą wojną. Trzy z nich zrujnował czas. Kościół znajdował się na samym końcu miejscowości. Drewniana bryła świątyni od dwustu lat strzeżona była pilnie przez rozłożyste dęby, które ściśle otaczały największą we wsi budowlę. Nawet teraz, choć pozbawione liści, groźnie wyciągały ku górze swoje rosochate pięści, jakby grożąc ewentualnym napastnikom.

Mężczyzna zatrzymał się tuż przed kościelną bramą. Popatrzył na prawo, ku zrujnowanemu budynkowi plebanii i westchnął bezgłośnie, po czym usiadł na małej ławeczce ustawionej tuż obok bramy. Czekał na nadejście północy.

Przypomniał sobie to, co przed kilkoma minutami powiedziała jego córka, i delikatny dreszcz przebiegł mu po plecach. Nie pozwolił jej skończyć, ale dokładnie wiedział, co miała na myśli.

Wsłuchał się w dźwięki rozlegające się wokół. Usłyszał jedynie szelest bezlistnych gałęzi i szmer przeciskającego się pośród nich wiatru. Każdy mieszkaniec wioski wiedział, że noc, to Ich czas, a okolice kościoła, to Ich rewir. Ale stary nie bał się aż tak bardzo, żeby nie spełnić swojego obowiązku. Wiedział wprawdzie, że córka miała rację — równie dobrze mógł zostać w domu, a wszystko przebiegłoby dokładnie tak samo. Tyle że nie potrafił inaczej.

„Starzy ludzie mogą mieć swoje dziwactwa” — usprawiedliwił się w myślach.

Jeśli przez te wszystkie lata nie pomylił się ani razu, był trzynasty kwietnia dwa tysiące pierwszego roku. Od lat, w Wielki Piątek, przychodził w to miejsce i siadał na tej samej drewnianej ławce. Za każdym razem miał absurdalną nadzieję, że wreszcie coś się zmieni.

Zrobiło się jeszcze odrobinę jaśniej, a wiatr przycichł nagle, jakby wyczekując. Od strony przykościelnej dzwonnicy dał się słyszeć cichy dźwięk sygnaturki. Najpierw dwa nieśmiałe uderzenia, potem kolejne. Chwilę później dołączył do niej średni dzwon, aż wreszcie w noc popłynął też pierwszy zaśpiew największego, zwanego Świętym Józefem. Cała dolina wypełniła się harmonijnymi, miarowymi uderzeniami, zwielokrotnionymi niosącym się po okolicy echem.

Stary spojrzał za siebie. U stóp dzwonnicy nie zauważył nikogo. Sznury szarpane ciężarem dzwonów podrygiwały i wiły się w takt rozbrzmiewających dokoła dźwięków. Przypomniał sobie pierwszy raz, kiedy czterdzieści dziewięć lat wcześniej, tuż przed północą, dzwony zagrały w Wielki Piątek nad wsią. Zagrały w dniu, w którym Chrystus leży złożony w grobie i wszędzie słychać jedynie odgłos kołatek, w dzień, gdy dzwony mają obowiązek milczeć. Wtedy większość mieszkańców wybiegła z domów, aby zobaczyć, kto dopuścił się takiego świętokradztwa. Tak się zaczęło… Dziś w to miejsce przychodził już tylko sołtys, jakby spełniając swój gospodarski obowiązek. I zawsze widział to samo — dzwony bijące w niezrozumiały sposób, bez niczyjej pomocy.

Kilka metrów na lewo od dzwonnicy, z pochyloną głową i rękoma opuszczonymi wzdłuż tułowia, stała nieruchoma postać. Czarna szata spływała do samej ziemi, zakrywając buty. Stary nie mógł sobie przypomnieć, kiedy ostatnio widział go z tak bliska, o ile w ogóle kiedyś… Wstał z ławki i powoli zaczął się cofać w kierunku domu. Gdy oddalił się na — jak się zdawało — dość bezpieczną odległość, odwrócił się i zaczął iść tak szybko, jak tylko pozwalał na to artretyzm i sędziwy wiek.

Zanim doszedł do domu, zdążył porządnie się zasapać. Wiedział, że to nie było rozsądne. Z Nimi przecież nigdy nic nie wiadomo, a na pewno złego lepiej nie kusić. Kto wie, co by było, gdyby w porę nie zauważył mrocznej sylwetki… Nagle stanął jak wryty i natychmiast zapomniał o zdarzeniu, które miało miejsce przy kościele. Ich przecież widywał od czasu do czasu, ale takiego światła, jakie wypełniło wlot doliny, nie widział od bardzo dawna. Dokładnie rzecz ujmując, tak mocnego światła nie widział od „wtedy”.

Dzwony powoli milkły. Sygnaturka ucichła zupełnie, a dwa pozostałe jeszcze odzywały się od czasu do czasu, każdym razem uderzając ciszej. Wreszcie Święty Józef przemówił po raz ostatni tego wieczora i nad doliną znów zapanowała cisza.

Światło zgasło, ale Trześniowski był pewien, że to nie było przywidzenie. Do domu miał dosłownie kilka kroków. Ze skrytki umieszczonej ponad niskim wejściem do stodoły wydobył karabin, który przechowywał od czasów wojny. Ponownie wyszedł na drogę i rozpoczął kolejny marsz — tym razem w kierunku wlotu doliny.

II

Był jeszcze pomiędzy zabudowaniami, gdy usłyszał trzask, coś w rodzaju cichego wystrzału. Przystanął przestraszony i niedługo potem odgłos się powtórzył. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie wrócić do wsi po posiłki, ale zrezygnował z tego pomysłu, bojąc się reakcji sąsiadów, gdyby wszystko miało okazać się wytworem jego wyobraźni.

Dzięki rozproszonemu blaskowi, padającemu z góry, nie było całkiem ciemno, więc Trześniowski uznał, że lepiej będzie, gdy zejdzie z drogi i pójdzie lasem, który z prawej strony ograniczał piaszczysty trakt. Nie miał zamiaru dać się zaskoczyć. Znał okolicę jak własną kieszeń i mógłby się tu poruszać nawet z zamkniętymi oczyma. Obawa, którą odczuwał przy kościele, zupełnie znikła, a przyśpieszone bicie serca spowodowane było wyłącznie szybkim marszem. To, co odczuwał, mógłby nazwać raczej ekscytacją połączoną z wielką ciekawością. Od dziesiątków lat nikt nie pojawił się w tym miejscu.

Po kilku minutach uznał, że szedł wystarczająco długo i powinien już zacząć uważnie wypatrywać źródła światła, które widoczne było niedawno u wlotu doliny. Ostrożnie stawiał kroki, aż wreszcie, pomiędzy drzewami, zobaczył biały kształt, mniej więcej wielkości furmanki. Przyglądał mu się przez jakiś czas i przypomniał sobie, że kiedyś, dawno temu, widział coś podobnego na wojnie, a potem parę razy, gdy był na targu w Zwierzyńcu. Nie potrafił sobie przypomnieć nazwy tego urządzenia. Zresztą nic dziwnego, przecież minęło już niemal pół wieku.

Zakradł się na jakieś trzy metry i wtedy, dwa razy z rzędu, nadepnął na suche patyki leżące w ściółce. Zobaczył, że za szybą coś się poruszyło. Trwał jak słup soli, dopóki ruch w białej machinie nie ustał. Gdy to nastąpiło, rozejrzał się wokół. Dwa kroki od niego leżał gruby pień przewróconego drzewa.

Trześniowski, najciszej jak to możliwe, przemieścił się w jego kierunku. Usiadł na wprost stojącej na kołach maszynerii, położył karabin na kolanach i zastygł w oczekiwaniu na rozwój wypadków.

*

Nie miał pojęcia, jak długo siedział bez ruchu. Wychodząc z domu, nie spodziewał się, że tyle czasu spędzi na zewnątrz, więc nie był ubrany zbyt ciepło. Na szczęście, sfatygowany wojskowy płaszcz, służący mu jeszcze od czasów wojny, wciąż stanowił przyzwoitą ochronę przed przymrozkiem, który spłynął na okolicę. Ochrona ta nie była jednak na tyle skuteczna, aby siedząc bez czapki, rękawic i w cienkich tylko spodniach, nie zaczął wreszcie drżeć z zimna.

Po kolejnej godzinie trwania w bezruchu trząsł się już na całym ciele. Co gorsza, karabin, trzymany na kolanach, od czasu do czasu wydawał szczęknięcia, które stary odczuwał jako zdecydowanie za głośne.

Powoli zaczynało dnieć i Trześniowski był całkowicie skostniały, gdy usłyszał hałas. Powiódł wzrokiem w poszukiwaniu jego źródła i spostrzegł, że drzwi z boku maszyny się otworzyły, a ze środka wychodzi najwyżej dwudziestokilkuletni chłopak.

Trzasnął drzwiami (stary w ten sposób dowiedział się, jakie było źródło słyszanych wcześniej wystrzałów) i postąpił dwa kroki w kierunku pnia, na którym siedział Trześniowski, który w tym samym czasie, nie wykonując gwałtownych ruchów, wycelował karabin w intruza. Gdy ten zaczął rozpinać spodnie, w lodowatym powietrzu rozległo się ciche, ale bardzo stanowcze:

— Nie ruszaj się.

Chłopak natychmiast popatrzył w kierunku nieruchomej postaci mierzącej do niego z karabinu. W jego oczach pojawił się paniczny strach.

— Coś ty za jeden i jak żeś się tu znalazł — ton głosu Trześniowskiego, cichy i monotonny, nie zmienił się ani na jotę.

Młody zaczął poruszać ustami, jednak nie potrafił wydobyć z nich dźwięku. Wreszcie wyskrzeczał:

— Z sa… samochodu wy… wysiadłem, żeby się załatwić.

— Żebym ja cię zaraz nie załatwił. W Starzyźnie skąd żeś się znalazł. Głupiś czy jaki? — Trześniowski podniósł nieco głos.

— Gdzie? — Chłopak popatrzył na niego zaskoczony.

— W dupie — mruknął pod nosem stary, bardziej do siebie niż do głupka, który wpatrywał się w niego już nie tylko ze strachem, ale też z lekkim zdziwieniem.

— To ten las się tak nazywa? — zapytał młody. — Nie wiedziałem, pan w mundurze, pewnie leśniczy, ja wiem, że tu niedaleko jest Roztoczański Park Narodowy, ale nie sądziłem, że już tu — terkotał jak nakręcony. — Myślałem, że można tu wjeżdżać samochodem, nie widziałem zakazu…

— Jak się nazywasz?! — przerwał zniecierpliwiony Trześniowski.

— Rafał. Rafał Gielmuda, w samochodzie mam dowód, zaraz go przyniosę. — Zrobił ruch, jakby się miał zamiar odwrócić.

— Stój — warknął stary. — To jest samochód, tak? — Kiwnął lufą karabinu za plecy chłopaka.

Rafał przez chwilę stał i wpatrywał się w mierzącego weń mężczyznę. Wreszcie, jakby zrozumiał.

— Proszę, niech pan weźmie auto, ja nikomu nic nie powiem, tylko proszę mnie nie zabijać — jego głos zaczął się łamać, a oczy wpatrzone były w czarny wylot lufy karabinu. — Błagam! Oddam panu wszystkie pieniądze, jakie mam, tylko proszę mnie zostawić w spokoju…

Trześniowski na słowo „pieniądze” prawie się roześmiał. Opuścił karabin i powiedział:

— No już, dosyć. Nic ci nie zrobię. Nie chcę twoich pieniędzy ani, tego tam, jak mu tam, samochoda, dobrze mówię? Tylko powiedz, jak żeś tu trafił.

— I potem będę mógł odjechać? — Trochę uspokojony chłopak przeniósł wzrok z karabinu na twarz starego.

— Tak. Potem będziesz mógł odjechać.

III

Dzień powoli budził się do życia i zabijał delikatne światło księżyca ukryte w koronach najwyższych drzew. Pomiędzy pniami bieliła się gęsta mgła, łagodnie osadzając szadź na niskich krzewach i leśnej ściółce.

Rafał chciał się oddalić w głąb lasu za potrzebą, lecz stary mu na to nie pozwolił, tylko rozkazał załatwić sprawę tuż obok samochodu. Tymczasem Trześniowski mocno tupał nogami w ziemię i, trzymając pod pachą karabin, z całych sił rozcierał dłonie, aby przywrócić krążenie zziębniętym kończynom. Nawet przez myśl mu nie przeszło, że mógłby strzelić do młodego, gdyby ten rzucił się do ucieczki, jednak wciąż mówił do niego ostrym, nieznoszącym sprzeciwu tonem. Najważniejsze teraz było dowiedzieć się, jak chłopak się znalazł w tym miejscu, a gdyby ten uciekł, zagadka mogłaby nigdy nie zostać rozwiązana.

— Jadę z Lublina do Krasnobrodu na święta — powiedział Gielmuda, odwracając się w stronę Trześniowskiego. — W Zwierzyńcu wysadziłem kolegę, który stamtąd pochodzi. Jak dojeżdżałem do Guciowa, to zasnąłem za kierownicą i bałem się, że nie dam rady dojechać do domu, dlatego zjechałem z drogi, żeby się trochę zdrzemnąć…

Stary przestał słuchać. Nazwy miejscowości, które wymieniał chłopak, były znajome, ale jakże odległe; Trześniowski dałby wszystko, żeby móc choć na chwilę znaleźć się w Guciowie albo w Zwierzyńcu.

Z zamyślenia wyrwała go cisza i wyczekujące spojrzenie Rafała.

— To jak będzie? — zapytał Gielmuda.

— Ale z czym?

— No, czy mogę już sobie jechać…

— Chodź ze mną. Coś ci pokażę.

Oczy Rafała zrobiły się okrągłe z przerażenia. Był pewien, że zrobił błąd, mówiąc staremu prawdę.

— Błagam, niech pan mi nie robi nic złego — powiedział wreszcie ze łzami w oczach.

— A ten w koło Macieju swoje — mruknął zrezygnowany Trześniowski, po czym wyjął nabój z komory karabinu i schował go do kieszeni. — Jak chcesz, możesz uciekać.

Jeszcze zanim skończył mówić, Rafał rzucił się biegiem w kierunku, z którego przyjechał. Gdy mijał drewniany krzyż i wbiegał na kamienisty dukt, usłyszał za plecami głos starego:

— Trochę tu na ciebie poczekam! Ale nie za długo!

„Czekaj, czekaj, dziadu jeden… Zaraz tu się zjawię z policją” — myślał chłopak. Biegnąc, wyjął z kieszeni telefon komórkowy, lecz ten, nie dość, że wskazywał brak zasięgu sieci, to nawet nie dawał możliwości połączenia się z numerami alarmowymi. Gielmuda odwrócił się i upewnił, że ze strony napastnika nie grozi mu już niebezpieczeństwo. Uspokojony, spojrzał przed siebie i aż przystanął. Albo pomylił drogę, albo od wczoraj, kiedy tędy jechał, miejsce zmieniło się nie do poznania.

Droga była tak wąska, że nie wiedział, czy dałby radę przejechać nią samochodem. Po obu jej stronach leżało mnóstwo pościnanych drzew, których nocą nie widział. Ten fakt mógł jeszcze sobie wytłumaczyć sennością i ciemnościami, ale to, co zobaczył kilkadziesiąt metrów dalej, zupełnie zbiło go z tropu. Za zakrętem, w poprzek drogi, piętrzyła się sterta licząca jakieś dwadzieścia, może trzydzieści dokładnie okrzesanych i najwyraźniej przeznaczonych do transportu pni.

Rafał obszedł stos, przyglądając mu się z niedowierzaniem. Ponieważ chwilę wcześniej dokładnie obejrzał okolicę i był pewien, że idzie w dobrym kierunku, nawet podszedł do leżącego najbliżej niego kloca, aby go dotknąć i sprawdzić, czy to nie są jakieś przywidzenia. Pień był oszroniony, zimny i jak najbardziej realny. Chłopak ruszył dalej.

Szedł cały czas