Czarny tulipan. La tulipe noir - Aleksander Dumas (ojciec) - ebook
Opis

Czarny tulipan to powieść, której głównym bohaterem jest holenderski hodowca tulipanów, Korneliusz van Baerle, postanawiający wyhodować czarnego tulipana, co jeszcze nikomu się nie udało. Za to dokonanie przeznaczona jest nagroda 100 000 florenów. Akcja powieści toczy się w drugiej połowie XVII w., na terenie Niderlandów. Powieść zaczyna się w roku 1672, kiedy to obserwujemy okrutne morderstwo dokonane na braciach Janie i Korneliuszu de Witt przez pospólstwo Hagi. Jak się okazuje, Korneliusz van Baerle jest synem chrzestnym Korneliusza de Witt, który przekazał swojemu chrześniakowi dokumenty mogące świadczyć o zdradzie stanu. Korneliusz, nie znając treści dokumentów, przechowuje je w swojej szufladzie, w której trzyma również cebulki tulipanów. Jego sąsiadem jest Izaak Boxtel, również zapalony ogrodnik, który, dowiedziawszy się o sukcesie Korneliusza w postaci wyhodowania cebulek czarnego tulipana, staje się o to zazdrosny i szuka sposobności do wykradzenia cennych roślin.

A co było dalej i jak było dalej, czytelnik dowie się po przeczytaniu całej ksiązki. Zachęcamy! Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i francuskiej. Version bilingue: polonaise et française.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 609

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

Alexandre Dumas / Aleksander Dumas

(ojciec / père)

 

Czarny tulipan

La Tulipe noire

 

Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i francuskiej

Version bilingue: polonaise et française

 

przekład anonimowy

 

 

Armoryka

Sandomierz

 

Projekt okładki: Juliusz Susak

 

 

Wydaniepolskiewedług edycji z roku 1932.

Wydanie francuskie z roku 1850

 

Zachowano oryginalną pisownię.

 

© Wydawnictwo Armoryka

 

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

 

ISBN 978-83-7950-473-2

 

 

ROZDZIAŁ I. WDZIĘCZNOŚĆ LUDU

 

Dnia 20 sierpnia 1672 miasto Haga miało wygląd tak wspaniały, ożywiony i czysty, iż każdy dzień w nim spędzony wydaje się świątecznym, ta Haga z parkiem cienistym, zarosłym drzewami pochylającemi się nad domami gotyckiemi, z zwierciadlanemi kanałami, w których się odbijają dzwonnice z kopułami wyglądu orjentalnego, ta stolica siedmiu prowincyj zjednoczonych, była przepełniona tłumami obywateli, cisnącymi się, dyszącymi, niespokojnymi, którzy dążyli z nożami za pasem, z muszkietami na ramieniu lub z pałkami, w kierunku Buitetnhof, więzienia warownego, którego okna zakratowane do dni naszych widzieć się dają i gdzie od czasu obwinienia o zabójstwo przez chirurga Tyckelaera, osadzony był Korneljusz de Witt brat wielkiego Pensjonarza Holandji.

Gdyby historja tej epoki, a mianowicie tego roku, w którym rozpoczynamy naszą powieść, nie było ściśle związaną z dwoma imionami, które przytoczyliśmy, to być może, że ustęp objaśniający poniższy, wydawałby się zbytecznym; lecz uprzedzamy przedewszystkiem czytelnika, że to jest koniecznem równie dla dokładnego zrozumienia treści powieści, jak i dla zgłębienia znakomitego wypadku politycznego obejmującego nierozdzielnie całość naszego opowiadania.

Korneljusz de Witt Ruart z Pulten, to jest inspektor tam i szluz tej prowincji, były burmistrz Dordrechtu, gdzie się rodził, deputowany do stanów Holandii, miał lat 49, gdy naród holenderski sprzykrzywszy sobie rząd rzeczypospolitej ustanowiony przz Jana da Witt Wielkiego Pensjonarza Holandji, upodobał sobio statudarat, pomino wydanego edyktu zwanego wiecznym, mocą którego na zawsze miał być zniesionym. Rzadko się zdarza w podobnych przewrotach porządku rzeczy, ażeby opinja publiczna nie upatrywała uosobienia systemu i tak za obrębem rzeczypospolitej lud przedstawiał sobie dwie surowe postacie braci Wittów, tych Rzymian Holandji, lekceważących pochlebiać skłonnościom narodowym, przyjaciół swobód w ścisłych granicach porządku i pomyślności umiarkowanej; równie jak za odbrębem statuderatu widział poważnego i roztropnego młodego Wilhelma Oranji, którego współcześni nazwali małomównym i który to przydomek potomność zachowała.

Bracia Wittowie starali się zachować dobre porozumienie z Ludwikiem XIV, którego wpływ moralny na Europę umieli ocenić, a nadto uczuli przewagę materjalną w czasie tej cudownej kampanji Reńskiej, wsławionej przez bohatera romansu zwanego hrabią de Guiche i opiewanej przez Boala; kampanji, która w przeciągu trzech miesięcy zniweczyła potęgę stanów zjednoczonych.

Ludwik XIV był od dawna nieprzyjacielem holendrów, którzy się z niego naigrywali i znieważali, przyznać wprawdzie należy przez pośrednictwo francuzów zbiegłych do Holandjii. Duma narodowa nadawała nazwę Mitrydata Rzeczypospolitej. Tak więc zjednoczyła się podwójna nienawiść przeciw Wittom.

Ten wódz, gotowy mierzyć się z Ludwikiem XIV, którego przyszłość wydawała się i urzeczywistniła olbrzymią był Wilhelm książę Oranji, syn Wilhelma VI i wnuk z Henryki Stuart Karola I króla angielskiego, to dziecię, o którym wspomnieliśmy, że cień jego spostrzegano za statuderatem. Ten młodzieniec miał lat 22 w 1672 r. Jan de Witt był nauczycielem. Pomimo przywiązania, jakie miał do swego wychowańca, uważając korzystnem dla dobra powszechnego, wyjednał edykt wieczny pozbawiający go nadziei statuderatu. Lecz Opatrzność odrzuciła zarozumiałość ludzką, która tworzy i niweczy władze ziemskie bez Jej pośrednictwa; przez zmienność holendrów i obawę wzbudzoną przez Ludwika XIV, zniewoliła Wielkiego Pensjonarza, że zniósł wieczny edykt przywracając startuderat dla Wilhelma Oranji, którego powołała do celów ukrytych, dotąd w tajemniczych otchłaniach przyszłości pogrążonych.

Wielki Pensjonarz uczynił żądaniom swych złomków, lecz Korneljusz okazał się uporczywszym i pomimo pogróżek oranżystów, którzy trzymali go w oblężeniu w Dordrechcie, odmówił podpisać akt przywracający statuderat.

Nakoniec na prośby żony zalanej łzami podpisał, dodając przy umieszczeniu swego nazwiska dwie zgłoski V.C. (vi coactus), co oznaczało, zmuszony przemocą. Cudem prawie ocalał tego dnia przed razami swych nieprzyjaciół. Co się tyczy Jana de Witt, jego przyzwolenie lubo było rychlejsze i bez ograniczeń, jednakże nie zabezpieczyło go od prześladowań. W kilka dni potem, zamierzano go zamordować. Pomimo kilku razów nożem zadanych, pozostał przy życiu.

Oranżyści uważając, że do spełnienia swych zamiarów, dwaj bracia będą im zawsze na zawadzie postanowili zmienić taktykę dla zgładzenia ich ze świata; spróbowali zatem innej broni, gdy ich sztylet zawiódł, to jest użyli potwarzy. Często się zdarza, że w chwili stanowczej znajdzie się mąż wiedziony ręką Stwórcy, wielki człowiek do wykonania wielkiego czynu i dlatego, gdy się trafi to zjednoczenie Boskie, historja zapisuje imię tego wybrańca i podaje uwielbieniu potomności.

Lecz gdy zły duch miesza się do spraw ludzkich dla zguby jednej osoby lub przewrotu w społeczeństwie, rzadko kiedy nie znajdzie się natychmiast pod jego ręką jaki nikczemnik, któremu dostatecznem jest jedno słowo, ażeby go użył według swego celu.

Tym nikczemnikiem był Tycklear, jak już nadmieniliśmy, był to chirurg z powołania.

Zeznał on, że Korneljusz de Witt, miotany rozpaczą, jak tego dowiódł przez swoją apostylę z powodu zniesienia wiecznego edyktu i pałający nienawiścią przeciw Wilhelmowi Oranji, ugodził mordercę dla oswobodzenia Holandji od nowego Statudera, i że tym zabójcą miał być on, Tycklear, lecz dręczony wyrzutami sumienia na samo wspomnienie zbrodni, do której go chciano nakłonić, przekłada raczej uczynić wyznanie zbrodni, jak ją spełnić. Teraz osądźmy jakie wrażenie musiało to sprawić na Oranżystach. Prokurator fiskalny kazał uwięzić Korneliusza 16 sierpnia 1672; Ruart z Pulten szlachetny brat pana de Witt, osadzony w Buitenkof dręczony był na torturze przygotowawczej jak najnikczemniejszy zbrodzień dla wybadania o mniemanym spisku przeciw Wilhelmowi!

Lecz Korneljusz obdarzony był nie tylko wzniosłym umysłem, lecz i mężnem sercem. Był on z tego rodzaju ludzi, którzy przejęci wiarą polityczną podobnie jak ich przodkowie religijną, uśmiechali się na widok katuszy; jakoż gdy go wzięto na tortury, powtarzał donośnym głosem zachowując miarę wierszy, pierwszą strofę ody Justum et tonacem Horacjusza; nie przyznał się do niczego i znużył nie tylko siłę, lecz i fanatyzm swych katów.

Sędziowie pomimo tego uwolnili Tyckleara od wszelkiego zarzutu wspólnictwa, wydawszy wyrok przeciw Korneljuszowi skazujący go na utratę praw i godności, na koszta procesu i wieczne wygnanie z rzeczypospolitej.

Było to już żadnem zadowoleniem dla ludu, którego dobru stale się poświęcał Korneliusz de Witt, jednakże jak się przekonamy, nie było to dostatecznem.

Ateńczycy pozostawili wprawdzie piękny przykład niewdzięczności, lecz holendrzy ich przewyższyli w tym względzie. Pierwsi wygnali tylko Arystydesa.

Jan de Witt dowiedziawszy się o obwinieniu brata, pospieszył złożyć dostojeństwo Wielkiego Pensjonarza.m Ten również godnie był wynagrodzony za swoje poświęcenia. Pozostali mu nieprzyjaciele i rany, jedyne korzyści osiągnięte, które bywają udziałem ludzi zacnych, poświęcających się bezinteresownie dobru ogólnemu.

W tymże czasie Wilhelm Oranji oczekiwał, nie przyspieszając wypadku przez środki zależne od niego, ażeby lud, którego był bożyszczem, utorował mu wstęp do statuderatu, usuwając dwóch braci Wittów.

Tak więc 20 sierpnia jak na wstępie tego rozdziału nadmieniliśmy, prawie wszyscy mieszkańcy biegli do Buitenhof dla przypatrzenia się wyjściu z więzienia Kornela de Wtti udającego się na wygnanie i jakie znaki pozostawiły fortuny na człowieku, który tak dokładnie pamiętał wiersze Horacjusza. Należy tu dodać, że te tłumy gromadzące się przed Builtenhof nie zebrały się jedynie w niewinnym celu zaspokojenia ciekawości, było bowiem wielu pomiędzy ich zastępami, którzy zamierzali mieć czynny udział, czyli raczej uważając niedostatecznie spełnione zadanie, postanowili ja dokonać.

Rozumie się, że to byli niezadowoleni z kata.

Byli wprawdzie i tacy, którzy przybywali zamiarami mniej nieprzyjaznemu. Dla tych bowiem było to poprostu widowisko zawsze powabne dla motłochu, pochlebiające jego instynktownej dumie, napawać się widokiem poniżenia tego, który tak długo stał wyżej od innych.

Ten Korneljusz de Witt, ten człowiek nieustraszony, mówiono, czyliż nie był więziony, dręczony torturami? a więc ujrzymy go bladym, cierpiącym, zawstydzonym? Nie byłoż to pięknym triumfem dla mieszczan baz porównania zawistniejszych od pospólstwa, gdyż każdy prawie obywatel Hagi nie omieszkał spieszyć na to widowisko.

A przytem, szeptali, między sobą agitatorowie oranżyści zręcznie wciskający się pomiędzy gromady, tusząc sobie, że potrafią nimi kierować jak narzędziem ostrem i silnem zarazem, czyliż nie zdarzy się sposobność rzucania błotem, a nawet kamieniami na tego Ruarta z Pulten, który niedość, że podpisał na akcie przywracającym statuderat vicoactus, lecz nadto targnął się na życie Wilhelma Oranji.

Oprócz tego dodawali zawzięci nieprzyjaciele Francji, że gdyby obywatele Hagi byli dobrze myślący i odważni nie dozwoliliby udać się na wygnanie Kornelemu Witt, gdyż bezwątpienia zawiąże intrygi z Francją i będzie żyć za złoto margrabiego Luvois wraz z drugim zbrodniarzem bratem Janem. W podobnych usposobieniach widzowie nie idą lecz biegną. Dlatego też mieszkańcy Hagi pospieszali tak szybko do Buitenhof.

Pomiędzy najgorliwszymi, dążył z wściekłością w sercu lecz bez zamiaru w umyśle zacny Tyklaer, oprowadzany przez oranżystów jako bohater nieskażonej poczciwości, zaszczyt narodu i wzór miłości chrześcijańskiej.

Ten odważny nikczemnik opowiadał, przyozdabiając kwiatami swego rozumu i wszelkiemi środkami swej wyobraźni, usiłowania, które Korneljusz de Witt czynił dla przezwyciężenia jego cnoty, wyliczał znakomite sumy, które mu obiecywano i opisywał piekielny podstęp, mający ułatwić jemu środki bezkarnego zamordowania Wilhelma Oranji.

Słowa jego z chciwością pochłaniane przez pospólstwo obudzały zapał dla statudera, wzniecając zarazem wściekłe przekleństwa przeciw braciom Wittom.

Nakoniec motłoch doszedł do tego, że przeklinał tych niesprawiedliwych sędziów, którzy wydali wyrok dozwalający oddalić się zdrowym i wolnym podobnemu zbrodniarzowi jakim był Korneliusz.

Przytem podburzyciele powtarzali zCicha:

— On odjedzie!... umknie nam.

Na co inni odpowiadali:

— Okręt oczekuje na niego w Scheweningu, okręt francuski, Tycklear jego widział.

Poczciwy Tycklear, mężny Tycklear, wołano chórem.

Oprócz tego — odezwał się jeden głos, że i drugi zdrajca, brat jego Jan, podobnież chce nam umknąć.

I obaj złoczyńcy będą tracić we Francji nasze pieniądze, pieniądze za nasze okryty, arsenały, warsztaty sprzedane Ludwikowi XIV.

— Nie dajmy im wyjechać! — wołał jeden z najzagorzalszych.

— Do więzienia, do więzienia — powtarzani. I na te krzyki, mieszczanie biegli z większym zapałem, nabite muszkiety i siekiery błyskały, oczy się zaiskrzyły.

Pomimo tego nie dopuszczono się dotąd żadnego gwałtu i oddział jazdy strzegący przystępów do Buitenhof zachowywał milczącą obojętność, daleko groźniejszą przez umiarkowanie od tych tłumów mieszczan wrzeszczących, wzburzonych, złorzeczących; oddział ten uszykowany we wzorowym porządku, baczny tylko na skinienie swego dowódcy hrabiego de Tilly, kapitana jazdy haskiej, który trzymał w ręku gołą szpadę opuszczoną ku strzemieniu.

Ten hufiec, jedyny szaniec broniący przystępu do więzienia, wstrzymywał przez swoją postawę wojowniczą nie tylko tłumy pospólstwa rozprzężone i hałaśliwe, lecz nadto oddział gwardji miejskiej uszykowany wprost Buitenhofu dla zachowania porządku wspólnie z wojskiem, dający przykład burzycielom przez okrzyki:

— Niech żyje Orainji. Precz ze zdrajcami!

Obecność Tillego i jego oddziału była z początku hamulcem skutecznym dla żołnierzy miejskich; lecz wkrótce, stopniowo podnieceni własnemi okrzykami i nie pojmując, ażeby odwaga mogła być udziałem milczenia, wnieśli przeto, iż jeźdźcy strwożeni nie stawią im oporu i postąpili ku więzieniu wraz z pospólstwem.

Wtedy hrabia de Tilly wyruszył sam naprzeciw nim i podnosząc szpadę, zmarszczywszy czoło odzywa się:

Mości panowie gwardziści! co znaczy ton pochód? w jakim celu?

Mieszczanie szczękając muszkietami powtarzali okrzyki:

— Niech żyje Oranja, umierć zdrajcom!

— Niech żyje Oranja — mówi Tilly — i ja to powtórzę, lecz wolałbym, ażebym to usłyszał od ludzi w dobrym usposobieniu będących. Śmierć zdrajcom i na to się zgadzam, lecz to się ograniczyć powinno do życzeń. Krzyczcie tak długo dopóki się wam spodoba, jestem tu dla zapobieżenia tego i zapobiegnę.

Poczem odwróciwszy się do żołnierzy, zokomenderowa:

— Do ataku broń!

Żołnierze wykonali rozkaz z taką szybkością, że obywatele i lud natychmiast rozpoczęli odwrót z pośpiechem, który wywołał uśmiech na twarzy oficera.

— Bądźcie spokojni — odzywa się tonem właściwym wojskowemu — moi żołnierze nie dadzą jednego wystrzału, lecz z waszej strony wymagam, ażebyście nie postąpili ani kroku do więzienia.

— Czy wiesz panie oficerze, że i my mamy muszkiety — mówi dowódca gwardji obywatelskiej.

— Widzę to dobrze — odpowiada de Tilly — gdyż migacie nimi bezustannie przed moimi oczyma; lecz chciejcie uważać, że i my mamy pistolety, które niosą celnie na 50 kroków, a wy jesteście zaledwie na 25.

— Śmierć zdrajcom — zawołali gwardziści z rozjątrzeniem.

— Ba! wy zawsze jedną piosenkę śpiewacie, to jest nużącem.

Poczem zajął stanowisko na czele swego oddziału, gdy tymczasem tłumy się gromadziły około Buitenhof.

Pomimo tego, pospólstwo wzburzone, chciwe krwi jednej ze swych ofiar, nie dostrzegło, że druga spiesząca naprzeciw swemu przeznaczaniu, przejeżdżała o sto kroków za oddziałem jazdy, udając się do Buitenhof.

Był to Jan de Witt, który wysiadł z karety ze służącymi i przechodził spokojnie podwórze więzienne.

Zbliżywszy się do dozorcy więzienia mówi:

— Dzień dobry Gryfus, przychodzę do mego brata Kornela, ażeby go odwieźć za miasto, gdyż jak ci wiadomo skazany został na wyginanie.

Dowódca podobny do niedźwiedzia wyuczonego otwierać i zamykać drzwi więzienia, ukłonił się w milczeniu i wpuścił go do wnętrza budowli, zamknąwszy za nim drzwi.

Uszedłszy kilkanaście kroków spotkał piękną dziewicę osiemnastoletnią w ubiorze fryzyjskim, która mu się powabnie ukłoniła, potem wziąwszy ją pod brodę mówi:

— Dzień dobry zacna i piękna Różo, jak się ma mój brat?

— Oh! pan Korneljusz — odpowiada dziewica — jest zdrów i nie lękam się o to, aby mu się co złego stało, gdyż to już minęło.

— Czegóż się więc obawiasz piękne dziecię?

— Obawiam się tego co się stać może.

— Ah prawda — mówi p. de Witt — te wrzaski pospólstwa.

— Czyś pan słyszał?

— Rzeczywiście lud jest wzburzony, lecz spodziewam się, że gdy nas ujrzy być może, iż się uspokoi, gdyż zawsze staraliśmy się o jego dobro.

— Niestety, nie jest to dostatecznem dla niego — szepnęła dziewica oddalając się posłuszna nakazującemu znakowi danemu jej przez ojca.

— W istocie mówi do siebie Jan ta dziewczyna, która bezwątpienia i czytać nie umie wyrozumiała w kilku słowach dzieje świata.

I zawsze równie spokojny, lecz posępniejszy od chwili wejścia do więzienia, były Pensjonarz zbliżał się do komnaty brata swego.

 

ROZDZIAŁ II. DWAJ BRACIA

 

Piękna Róża przepowiedziała, jak się zdaje rzeczywisty stan rzeczy, gdyż w tym czasie jak Jan de Witt wstępował na schody wiodące do więzienia swego brata, obywatele usiłowali wszelkiemi sposobami oddalić Tillego z jego oddziałem.

Widząc to pospólstwo, oceniło zgodne zamiary swej milicji ze swojemi skłonnościami, wrzeszcząc z całej siły:

— Niech żyją mieszczanie!

Co się tyczy Tillego, równie roztropny jak stały, parlamentował z oddziałem gwardji obywatelskiej pod wpływem wymierzonych pistoletów swego szwadronu, tłumacząc im dokładnie, iż miał polecenie od stanów strzec więzienia i miejsc okolicznych.

— Dlaczego wydano ten rozkaz? dlaczego strzec więzienia? — wołali oranżyści.

— Otóż — odpowiedział de Tylly — zapytujecie mnie o to czego nie potrafię wam wytłumaczyć. Powiedziano mi — pilnuj i ja pilnuję. Wy moi panowie, którzy jesteście prawie wojskowymi, znać powinniście co to jest rozkaz.

— Lecz ten rozkaz został wydany, ażeby ułatwić ucieczkę zdrajcom.

— Być może ponieważ zdrajcy są skazani na wygnanie — odpowiada Tilly.

— Któż wydał ten rozkaz?

— Stany, już to wam mówiłem.

— Stany zdradzają?

— To mi jest niewiadome.

— I ty, podobnież jesteś zdrajcą.

— Ja!

— Tak, ty.

— No, no. Posłuchajcie mnie moi panowie: kogóż mógłbym odradzić? Stany? Nie mogę ich zdradzić, ponieważ będąc na ich żołdzie, wykonuję ściśle ich rozkazy.

Następnie gdy hrabia Udowodnił dokładnie, iż miał niezaprzeczoną słuszność, wrzawa powiększyła się wraz z pogróżkami, na które hrabia odpowiadał z umiarkowaniem:

— Moi panowie współobywatele! błagam was nie nabijajcie muszkietów, bo gdyby przypadkiem, który wystrzelił i ranił mojego żołnierza, wtedy położylibyśmy na placu przynajmniej 200 ludzi, co dla nas byłoby bardzo dotkliwem, a dla was jeszcze bardziej, gdyż zdaje mi się, że z obu stron nie mamy przyczyny życzyć sobie czegoś podobnego.

— Gdybyście się tego dopuścili i my dalibyśmy ognia — zawołali mieszczanie.

— Przyznaję to, lecz chociażbyście nas wszystkich pozabijali, dlatego nie przywrócilibyście do życia tych, którzyby padli od naszych strzałów.

— Ustąp nam miejsca, a uczynisz zadość obowiązkowi! dobrego obywatela.

— Naprzód nie jestem obywatelem — mówi Tilly — lecz oficerem, co jest zupełnie odmiennem; przytem nie jestem holendrem, lecz francuzem, co jeszcze większą stanowi różnicę. Nie uznaję innej władzy nad stany, które mi za to płacą, przynieście mi rozkaz stanów, ażebym ustąpił, a natychmiast zakomenderuję pół obrotu w prawo, gdyż bardzo mi się tu nudzi.

— Tak, tak! — zawołało ze sto głosów, co powtórzyło natychmiast pięćset innych. — Dalej na ratusz, idźmy do deputowanych, dalej, dalej.

— Otóż dobrze — pomrukuje Tilly, spoglądając na oddalających się zagorzańców — idźcie, a zobaczymy czy wam dadzą zezwolenie, idźcie przyjaciele.

Zacny oficer liczył na cześć magistratu, który ze swej strony liczył na jego honor żołnierski.

— Zdaje mi się — mówi do ucha Tillego jego porucznik — że deputowano powinni odrzucić ich żądanie, lecz zarazem należałoby nam przysłać posiłki, to byłoby nieźle.

W tymże czasie, Jan de Witt, którego opuściliśmy wstępującego na schody po rozmowie z Gryfusem, i jego córką, Różą, stanął przed drzwiami izby, w której leżał na materacu brat jego Korneljusz, który był wzięty na tortury przygotowawcze.

Wyrok wygnania zapadł przed rozkazem wydania go na tortury nadzwyczajne.

Korneljus z rozciągnięty na łożu odpoczywał nareszcie po trzechdniowych katuszach mając ręce i stawy wyłamane; pomimo tego nie przyznał się do zbrodni, której zamiar mu przypisywano, oczekując śmierci dowiedział się nakoniec, że skazany został na wygnanie.

Budowy ciała energicznej, ożywionej duszą wzniosłą mógłby zawstydzić swych nieprzyjaciół, gdyby ci przeniknęli pośród głębokiej ciemności więzienia do jego osoby; wtedy ujrzeliby na jego wybladłych policzkach uśmiech męczennika zapominającego o znikomościach ziemskich ad chwili, gdy dostrzegł okazałości niebios.

Korneljusz odzyskał siły wskutek postanowienia silnej woli raczej jak środków pomocniczych i zastanawiał się ile czasu zatrzymywać go będą formy prawne w więzieniu.

W tejże chwili wrzaski milicji i ludu odnoszące się do obu braci, zagrażały kapitanowi de Tilly, który osłaniał ich swoją opieką. Odgłos tej wrzawy odbijający się od murów więziennych podobnie jak przypływ morza, doszedł do uszu więźnia.

Lecz jakikolwiek groźnym wydawał się ten odgłos, Korneljusz był na to obojętnym i nie podniósł się do okna zakratowanego, przez które przenikało światło i dochodziła wrzawa.

Cierpienia jego tak dalece przejęły jego jestestwo, że uważał je za swój stan normalny. Nakaniec doznawał rozkoszy, czując, że dusza jego i władze umysłowe blskiemi są odłączenia od cierpień cielesnych i wydawało mu się, że dusza i rozum pozbywszy się materjalności, unosiły się za jej sferą, podobnie jak się wzbija w powietrzu płomień, ogniska prawie wygasłego, który go opuszcza dążąc do nieba.

Pomyślał o swym bracie.

Bezwątpienia zbliżanie się jego wywarło ten wpływ tajemniczy, który w późniejszym czasie wytłumaczyć możnaby silą magnetyzmu. W chwili, gdy Jan był obecnym w myśli Korneljusza, gdy wymawiał imię jego, drzwi się otworzyły. Jan wchodzi i spiesznym krokiem zbliża się do łoża więźnia, który wyciągnął ręce pokaleczone, obwinięte bandażami! do swego czcigodnego brata, którego przewyższył nie tak w zasługach położonych dla Holandji, jak raczej w nienawiści, którą pozyskał od współziomków. Jan pocałował brata z rozrzewnieniem i złożył zwolna jego ręce na materacu.

— Korneljuszu, drogi bracie, ty jesteś bardzo cierpiącym.

— Już nic nie czuję, gdy ciebie widzę.

— Oh! mój kochany Korneljuszu, jeżeli tak jest, to ja przeciwnie widząc ciebie w tym stanie, cierpię za nas obu.

— I ja podobnież, gdym myślał o tobie pośród katuszy, nie uskarżałem się wcale, raz tylko wymówiłem te słowa: biedny mój brat, lecz otóż jesteś, zapomnijmy o wszystkiemu. — Czy po mnie przybyłeś?

— Tak.

— Mam się dobrze, pomóż mi tylko powstać, a ujrzysz jak chodzę.

— Nie będziesz potrzebował iść daleko, gdyż moja kareta stoi stąd niedaleko, za oddziałem Tillego.

— Tilly stai tu ze swoimi żołnierzami?

— Z jakiej przyczyny?

— Bo mówił Wielki Pensjanarz z posępnym uśmiechem jemu właściwym — mieszkańcy Hagi objawili żądzę ciekawości wadzenia twego odjazdu, i z tego powodu lękano się zaburzenia.

— Zaburzenia? — powtórzył Konneljusz wpatrując się w oblicze pomieszanego brata — zaburzenia?

— Tak, Korneljuszu.

— A więc ta wrzawa, którą słyszałem nie była urojeniem? — mówił więzień do siebie.

Poczem odwracając się do brata:

— To tedy gromadzą się wokoło Buitenhof... nieprawdaż?

— Tak, mój bracie.

— Lecz jak mogłeś się tu dostać?

— I cóż...

— I przepuścili ciebie swobodnie?

— Wiesz dobrze, iż nie jesteśmy lubiani Korneljuszu — dodaje Wielki Pensjonarz z melancholijną goryczą. — Udałem się więc przez mniej ludne ulice.

— Więc się kryłeś Janie?

— Pragnąłem dostać się do ciebie niebawem i czyniłem co mogłem, jak to się zdarza na morzu i w polityce, gdy wiatr jest nam przeciwny, dążyłem wilczym śladem.

W tej chwili wrzawa uliczna dała się słyszeć w więzieniu. Tilly spierał się z milicją miejską.

— Oh, oh, Janie — mówi Korneljusz — wiem, że jesteś zręcznym sternikiem, lecz nie mam nadziei, ażebyś wyprowadził brata twego z Buitenhof pośród motłochu tak szczęśliwie, jak oswobodziłeś flotę admirała Trampa z Antwerpii.

— Za pomocą Boską, Korneljuszu, spróbujemy; lecz naprzód zapytam ciebie...

— O co?

Hałas znów dał się słyszeć.

— Oh, oh — mówi Korneljusz — jakże ci ludzie są rozjątrzeni. Czy przeciw mnie? lub przeciw tobie?

— Zdaje mi, się, że przeciw nam obu... chciałem ci powiedzieć mój bracie, że oranżyści najbardziej nas o to obwiniają, żeśmy weszli w układy z Francją.

— Zaślepieńcy!

— Przyznaję to, lecz z tem wszystkiem jest to naszem potępieniem.

— Lecz gdyby te układy przyszły do skutku, oszczędziłyby porażek pod Ress d‘Orsay, Weselą, i Reinbergiem; francuzi nie przeszliby Renu i Holandja mogłaby się uważać niezwyciężoną pośród swych bagien i kanałów.

— Wszystko to jest prawdą mój bracie, lecz wiedzieć należy i to jest niezaprzeczenie, iż gdyby znaleziono w tej chwili przy nas korespondencję naszą z panem de Louvois pomimo, że jestem dobrym sternikiem, nie potrafiłbym ocalić wątłego statku, który ma uwieść Wittów z Holandjii. Ta korespondencja zgubiłaby nas będąc odkrytą oranżystom. Spodziewam się zatem Korneljuszu, żeś ją spalił wyjeżdżając z Dordrechtu.

— Mój (bracie — odpowiada Korneljusz — korespondencja twoja z margrabią Louvois najdowodniej przekonywa, żeś w ostatnich czasach okazał się najznakomitszym, najszlachetniejszym obywatelem stanów zjednoczonych. Cenię sławę mego kraju; lecz również i twoją mój bracie i dlatego nie spaliłem tych pism.

— Jeżeli tak, to wkrótce zakończymy nasze doczesne życie — mówi spokojnie były Wielki Pensjonarz zbliżając się do okna.

— Nie, bynajmniej, Janie, gdyż ocalimy nasze ciało i wskrzesimy naszą wziętość u narodu

— Co uczyniłeś z temi papierami?

— Powierzyłem je Korneljuszowi van Baerle mojemu chrzestnemu synowi, którego znasz, i który mieszka w Dordrechcie.

— Biedny młodzian! drogie i niewinne stworzenie, ten uczony, rzecz osobliwa! posiadający tyle wiadomości i poświęcony wyłącznie pielęgnowaniu kwiatów witających Boga i Boga stwórcy kwiatów. Złożyłeś więc w jego ręce ten zakład śmierci, a więc jest zgubiony biedny Korneljusz.

— Zgubiony!

— Tak, gdyż okaże się mężnym lub słabym. Jeżeli jest mężnym (bo lubo jest obcym w naszej sprawie, chociaż żyje na ustroniu w Dordrechtcie, lubo zwykle bywa roztargniony, przecież dowie się kiedyś co się z nami stało) będzie się nami zaszczycał, jeżeli jest słabym będzie się obawiał, że miał z nami stosunki; jeżeli jest mężnym rozgłosi tajemnicę, jeżeli zaś słabym, podejdą go zręcznie. W obu wypadkach Korneljusz ulegnie podobnemu losowi jak my. Tak więc, mój bracie, uciekajmy co prędzej, jeżeli jest czas jeszcze. — Korneljusz podniósł się na łożu i ująwszy rękę brata, który zadrżał dotknąwszy bandaży.

— Czyliż nie mam mego syna chrzestnego — mówi — czyliż nie przywykłem czytać w głębi myśli van Baerla. Zapytujesz mnie czy jest mężnym lub słabym? Nie jestem jednym, ani drugim, lecz cóż stąd? Lecz najgłówniejsza jest, że zachowa tajemnicę, gdyż nawet jej nie zna.

Jam odwróci! się zdziwiony.

— Oh! — mówi Komeljusz ze słodkim uśmiechem — Ruart z Pulten jest politykiem ze szkoły Jana, powtarzam ci, że Korneljuszowi nie jest wiadoma osnowa i znaczenie depozytu, który mu powierzyłem.

— A więc należy pospieszyć — zawołał Jan — ponieważ mamy czas jeszcze, wydać mu polecenie, ażeby papiery spalił.

— Przez kogo?

— Przez mego sługę Kracke, który miał nam towarzyszyć konno, i który tu przyszedł, ażeby ci pomóc zejść ze schodów.

— Zastanów się Janie, czy należy zniszczyć te chlubne dowody?

— Zastanowiłem się przede wszystkiem, mój Komeljuszu, że potrzeba, ażeby bracia Wittowie zachowali życie dla ocalenia swej sławy. Skoro zginiemy, któż nas bronić będzie? Któż nas zrozumie?

— Sądzisz więc, żeby nas zamordowano, gdyby wykryli te papiery?

Jan nic nie odpowiedziawszy wyciągnął rękę w kierunku Buitenhof, skąd w tej chwili dochodziły dzikie okrzyki.

— Tak, tak, słyszę tę wrzawę, lecz przecież o co im idzie?

Jan otworzył okno.

— Śmierć zdrajcom — wyło pospólstwo.

— Czy słyszysz teraz Korneljuszu?

— Zdrajcy... to my! — mówi więzień wznosząc oczy do nieba wzruszając ramionami.

— Tak to my — powtórzył Jan.

— Gdzie Kracke?

— Przy drzwiach jak mi się zdaje.

— Każ mu wejść.

Jan drzwi otworzył, wierny sługa oczekiwał przy progu.

— Zbliż się Krake i zachowaj w pamięci co ci brat poleci.

— Oh to nie jest dostatecznem Janie; muszę na nieszczęście napisać

— Z powodu?

— Ponieważ van Baerle nie odda tych papierów i nie spali uch bez mego wyraźnego zlecenia.

— Lecz czy będziesz mógł napisać, drogi przyjacielu — mówi Jan spoglądając na opalone i jątrzące się ręce brata.

— Oh! gdybym miał pióro i atrament przekonałbyś się.

— Otóż ołówek.

— Czy masz papier, gdyż nic mi tu nie zostawiono.

— Wydrzyj kartę z tej biblji

— Masz słuszność.

— Lecz twoje pismo będzie nieczytelne.

— Co mówisz — zawołał Korneljusz spoglądając na brata. — Te palce, które się oparły wpływowi ognia, ta wola, która poskromiła boleści, zjednoczą się we wspólnem usiłowaniu i bądź spokojny mój bracie, pismo moje nie będzie drżące..

Konneljusz wziąwszy ołówek napisał.

Wtedy dostrzec było można sączącą się krew z palca na obandażowanie.

Pot spływał ze skroni Wielkiego Pensjonarza.

Korneljusz pisał:

 

Drogi Synu!

„Spal papiery, które ci powierzyłem, spal je nie spojrzawszy na nie, nawet nie odpieczętuj, niech treść ich będzie ci nieznaną. Tajemnice podobne tym, które one zawierają, mogą się stać przyczyną śmierci. Spal je, a ocalisz Jana i Korneljusza.

 

Bywaj zdrów i kochaj mnie zawsze.

20 sierpnia 1672.

Korneljusz de Witt.

Jan ze łzami w oczach, otarł kroplę szlachetnej krwi padłej na papier, poczem oddał go Krackemu przy stosownem zleceniu, powrócił do Korneljusza, który zbladł i zdawał się bliskim omdlenia.

— Teraz, mówi — gdy poczciwy Kracke da znak ze swej piszczałki rotmańskiej, będzie to znakiem, iż znajduje się na drugim brzegu kanału... poczem i my odjedziemy.

Pięć minut zaledwie upłynęło, gdy się dał słyszeć przeciągły świst marynarski, który przeniknął szczyty posępnych wiązów i był donośniejszy od wrzawy panującej na Buitenhof.

Jan podniósł ręce z dziękczynnem gestem ku niebu.

— A teraz jedźmy Korneljuszu.

 

ROZDZIAŁ III. WYCHOWANIEC JANA DE WITTA

 

W tym czasie, gdy wrzaski pospólstwa zgromadzonego na Buiteinhof dochodziły coraz w groźniejszym sposobie do obu braci, gdy Jan de Witt w skutku tego naglił na odjazd, deputacja obywateli została wysłaną, jak nadmieniliśmy do ratusza z żądaniem oddalenia jazdy Tillego.

Od Buitenhof do Hoogstraat było dość blisko, dlatego można było dostrzec pewnego człowieka, który od początku opisywanej sceny, z ciekawością, śledził wszystkie jej szczegóły i nakoniec udał się wraz z innymi, raczej postępował za orszakiem deputacji zmierzającej do ratusza, dla powzięcia prędzej wiadomości o wypadku poselstwa.

Tan nieznajomy był młodzieńcem od 22 do 23 lat liczącym, wątłej budowy wnosząc z powierzchowności. Zakrywał (mając bezwątpienia powody ku temu) swoją bladą twarz, podłużną chustką płócienną, którą często ocierał pot z czoła lub usta palące.

Oko niewzruszenie, podobne jak u ptaków drapieżnych, nos orli i długi, usta proste i wąskie wpół otwarte, raczej rozdarte jak otwór rany; stanowiły cechy, które byłyby dostarczyły Lawaterowi, (gdyby żył) w tej epoce, przedmiotu do spostrzeżeń fizjologicznych, i które nie wypadłyby korzystnie dla młodzieńca.

Pomiędzy postacią wojownika i rozbójnika morskiego mówili starożytni, zachodzi taka różnica, jak pomiędzy orłem a jastrzębiem.

Pogodne lub posępne spojrzenie.

Tak więc, ta fizjonomja chorobliwa, to ciało wątłe i mieszczące zarody cierpień, krok trwożliwy, którym postępował z Buitenhof do Hoogstraaf za tłumami wyjącego pospólstwa, były to cechy odznaczające podejrzliwego pana lub niespokojnego złoczyńcy; i być może gdyby był dostrzeżony przez urzędnika policyjnego, tenby uważał w nim ostatniego.

Przytem był ubrany skromnie i nie widać było przy nim żadnej brani, ramię jego było szczupłe, lecz nerwowe, ręka sucha lecz biała, arystokratyczna, opierała się o ramię oficera trzymającego dłonią rękojeść szpady.

Stanąwszy na placu Hoogstratu, człowiek z bladą twarzą, posunął swego towarzysza za obszerną okiennicę wpół otwartą, sam zaś zwrócił wzrok na balkon ratusza.

Na krzyki, wściekłości otworzyło się okno Hoogstraatu i ukazał się w nim człowiek pragnący przemówić do ludu.

— Kogo tam widzisz na balkonie? zapytuje młodzieniec oficera wskazując jedynie wzrokiem mówcę, który wydawał się bardzo wzruszonym i utrzymywał raczej równowagę nóg swoich, aniżeli opierał się o balustradę.

— Jest to deputowany Bowelt, odpowiada oficer.

— Co to za człowiek? czy go znasz?

— Jest to zacny człowiek, tak mi się przynajmniej wydawał.

Młodzieniec usłyszawszy podobne zdanie o Bowelcie, okazał poruszenie niezadowolenia tak widoczne, że oficer dostrzegłszy to pośpieszył dodać.

— Tak o nim mówią panie. Co się tyczy mnie, nie mogę tego potwierdzić nie znając osobiście Bowelta.

— Zacny człowiek... powtarza młodzieniec — w jakim rozumieniu można to uważać?

— Wasza Książęca Mość raczy mi przebaczyć, że nic więcej nadmienić nie mogę o człowieku, którego znam tylko z widzenia.

— W istocie — podszepnął młodzieniec, należy cierpliwie oczekiwać wypadku, bo jeżeli ten Bowelt jest rzeczywiście zacnym mężem, to będzie w wielkim kłopocie, gdy usłyszy wymagania tych szaleńców.

To mówiąc przebierał palcami na plecach swego towarzysza podobnie jak na klawiszach fortepianu, co zdradzało jego wrzącą niecierpliwość źle ukrytą w pewnych chwilach, a szczególniej w obecnej, pod lodowatą postacią, którą przybrać usiłował.

W tymże czasie możną było posłyszeć głos naczelnika deputaci i zapytującego Bowelta, gdzie znajdują się jego towarzysze.

— Jużem wam oznajmił moi panowie, że oprócz mnie jest tylko p. Aspern; przytem nie mogę sam na siebie przyjąć odpowiedzialności.

— Chcemy wydania rozkazu... zawołało tysiące głosów. I P. Bowelt usiłował mówić, lecz słowa jego nie były dosłyszane, można tylko było dostrzec poruszenia rąk jego znamionujące drażliwe położenie.

Widząc, że niepodobieństwem było, ażeby go słuchano, odwrócił się do okna otwartego i przywołał p. Aspern.

P. Aspem ukazał się na balkonie i został powitany okrzykami gwałtowniejszemi jak przed 10 minutami powitano p. Bowelt.

Pomimo tego, postanowił przemówić do ludu, lecz to było bezskutecznem, albowiem zamiast słuchania go, tłoczono się do bramy ratusza nie znając oporu ze strony straży.

— Teraz jak uważam — odzywa się młodzieniec obojętnie, gdy lud cisnął się przed główną bramę Hoogstratu — zdaje się, że rozprawy będą miały miejsce wewnątrz.

Pułkowniku, chodźmy posłuchać tych narad.

— Nie radziłbym tego W. K. Mości.

— Z powodu?

— Gdyż pomiędzy deputowanymi są tacy, którzy z łatwością mogliby go poznać.

— A wtedy obwinionoby mnie jako podżegacza. Masz słuszność — mówi młodzieniec, którego lica zarumieniły się przez chwilę z powodu, iż okazał podobną niecierpliwość — masz słuszność, pozostańmy tutaj. Z tego miejsca będziemy widzieć wracającą deputację z rozkazem lub bez niego, a wtedy wyrzeczemy stanowczo czy p. Bowelt jest zacnym mężem.

— Lecz zdaje mi się, że W. K. Mość nie możesz przypuścić na chwilę, ażeby deputowani wydali rozkaz Tillemu opuszczenia stanowiska.

— Dlaczego?

— Gdyż podobny rozkaz byłby poprostu wydaniem wyroku śmierci na braci Wittów.

— Przekonamy się o tem — odpowiada obojętnie młodzieniec.

Oficer spojrzawszy na niego badawczo, lecz od niechcenia, zbladł jak ściana.

Ze stanowiska, które obrali, książę i jego towarzysz, słyszeli hałas i stąpania ludzi wstępujących na schody ratusza. Poczem szmer ten przenikał przez otwarte okna sali z balkonem, na którym ukazali się pp. Bowelt i Aspern i którzy zachowali tę przezorność, iż powrócili wewnątrz z obawy bezwątpienia, ażeby tłoczące się tłumy nie wyrzuciły ich za balustradę.

Poczem widać było cienie przesuwające się około tych okien.

Sala obrad napełniała się coraz bardziej.

Wtem, wrzawa ucichła, lecz wkrótce wybuchła z większą gwałtownością i doszła do tego stopnia, że starożytna budowla wstrząsła się w swojej posadzie.

W końcu potok odpływać zaczął przez galerje i schody do bramy pod sklepieniem, który pędził z gwałtownością trąby powietrznej.

Na czele pierwszej grupy leciał, raczej biegł człowiek straszliwie zmieniony wskutek radości.

Był to chirurg Tycklear.

— Mamy go! mamy! — wołał trzymając papier w podniesionej ręce.

— Uzyskali rozkaz! — szeptał zdumiony oficer.

— Teraz można stanowczo wyrzec o panu Bowelt, mówi młody, wątpiłeś czy pan Bowelt jest zacnym mężem lub nie. Zdaje się, że nie okazał się, ani jednym, ani drugim.

Poczem z natężonym wzrokiem przypatrywał się tłumom.

— Teraz udajmy się do Buitenhof, zdaje się, iż ujrzymy tam coś osobliwego.

Zgromadzenie ludu było niezmierne na placu i w pobliżu więzienia. Lecz jeźdźcy Tillego utrzymywali swój posterunek we wzorowym porządku.

Wkrótce hrabia dosłyszał szmer powiększający się za zbliżeniem napływu nowych mas, które przedstawiały sic podobne do bałwanów wodospadu.

W tej chwili dostrzegł papier migający w powietrzu, górujący nad ściśniętemi parsiami i pośród połysku broni.

— Ha! mówi unosząc się na strzemionach i dotykając rękojeści szpady swego porucznika — zdaje się, że nikczemnicy uzyskali rozkaz.

— Niegodziwe łotry, zawołał porucznik.

W istocie był to rozkaz, który kompanja milicji miejskiej powitała z okrzykami radości i natychmiast ruszyła z miejsca z hałasem udając się naprzeciw jeźdźcom Tillego.

Lecz hrabia nie dozwolił im zbliżyć się zbytecznie.

— Stać! stać! zdała od koni, albo zakomenderuję naprzód.

— Oto rozkaz! — odpowiedziały zuchwałe głosy.

Wziąwszy papier, z zadziwieniem spojrzał na niego, poczem dodaje głośno:

— Ci co go podpisali, są prawdziwymi katami Kornela de Witta. Co się tyczy minie, prędzej uciętoby mi obie ręce, niż zmuszonoby mnie do napisania jednej zgłoski podobnego rozkazu.

Następnie odepchnąwszy rękojeścią szpady tego, który chciał mu odebrać papier:

— Podobne pismo jest dla mnie ważnem i winienem go zachować.

Złożywszy starannie papier, włożył go do kieszeni.

Poczem odwróciwszy się do żołnierzy zakomenderował:

— Trójkami od prawego, marsz!

Nakoniec półgłosem tak, że mógł być dosłyszanym od otaczających zbliska:

— A teraz mordercy, możecie dokonać waszego dzieła.

Okrzyk wściekły, mieszczący wsobie wszystkie zawiści i rozkosze dziczy dyszącej na Buitenhof; towarzyszył odwrotowi Tillego.

Jeźdźcy postępowali stępa, kapitan był w tylnej straży.

Jak widzimy, Jan de Witt nie przesadzał niebezpieczeństwa, dopomagając bratu do podniesienia się i nagląc go do odjazdu.

Korneljusz wsparty o ramię Wielkiego Pensjonarza zeszedł ze schodów prowadzących na podwórze.

Przy progu spostrzegł drżącą Różę.

— Oh! Panie Janie! co za nieszczęście.

— Cóż takiego moje piękne dziecię?

— Mówią, że poszli na ratusz wyjednać rozkaz oddalenia oddziału Tillego.

— W istocie moje dziecię, jeżeli go uzyskają, będzie żle z nami.

— A więc... jeżelibym mogła udzielić wam rady — przemawia drżącym głosem dziewica.

— Słuchamy ciebie... cóżby to było dziwnego, gdybyśmy usłyszeli z ust twoich głos Boga,

— Fajnie Janie... ja na twoim miejscu nie wychodziłabym na główną ulicę.

— Dlaczego? przecież Tilly stoi z oddziałem.

— Tak, to prawda... lecz on ma rozkaz stać tylko przed więzieniem.

— Wiem o tem

— I niema innego, ażeby wam towarzyszył za miasto.

— Nie...

— Tak więc, skoro miniecie ostatnich jeźdźców, wpadniecie w ręce motłoch.

— Lecz milicja...

— Właśnie tej najbardziej obawiać się należy.

— Cóż więc czynić?

— Na twoim miejscu p. Janie, wyszłabym przez poternę — mówi dalej bojaźliwie dziewica — skąd jest wyjście na pustą ulicę, gdyż wszyscy zebrali się na placu przy głównej bramie więzienia; poczem pośpieszyłabym do bramy miejskiej, przez którą wyjedziecie.

— Lecz mój brat iść nie zdoła.

— Spróbuję odpowiada Kornaljusz ze stałością

— Wszakże macie wasz pojazd? — zapytuje dziewica.

— Tak, to prawda, lecz on stoi przed głównym wchodem.

— Nie odpowiada dziewica — sądząc, że wasz woźnica jest człowiekiem zaufanym, kazałam mu czekać przed poterną.

Obaj bracia spojrzeli na siebie z rozrzewnianiem i to podwójne spojrzenie przybrawszy wyraz głębokiej wdzięczności zwróciło się na dziewicę.

— Teraz idzie o to — mówił Wielki Penisjonarz — czy Gryfus zechce nam otworzyć drzwi poterny.

— Oh nie, bynajmniej — mówi Róża

— Cóż więc począć?

— Przewidziałam to i przed chwilą gdy rozmawiał przez okno ze swoim znajomym odczepiłam klucz z pęku.

— I masz go?

— Oto jest.

— Moje dziecię — odzywa się Korneljusz — nie mam nic co bym ci mógł dać za twoją przysługę oprócz Biiblji, którą znajdziesz w mojem więzieniu; jest to ostatni dar uczciwego człowieka, spodziewam się, że ci szczęście przyniesie.

— Dziękuję ci p. Korneljusz, ona mnie nigdy nie opuści — poczem mówi do siebie:

— Jakie nieszczęście, że czytać nie umiem.

— Otóż wrzawa znów staje się gwałtowniejsza — mówi Jan — zdaje się moje dziecię, że niema chwili do stracenia.

— Chodźcież więc — mówi piękna fryzka.

I przez kurytarze wyprowadziła braci w przeciwną stronę więzienia.

Poprzedzani przez Różę, zeszli z 12 schodów, następnie przebyli małe podwórze otoczone warownemi wałami i nakoniec wypuszczeni zostali przez drzwi sklepione, na pustą uliczkę, gdzie oczekiwała na nich kareta ze spuszczonym stopniem.

— Spieszcie moi panowie... czy ich słyszycie — wołał strwożony woźnica.

Umieściwszy Kornela w pojeździe, Wielki Pensjonarz odwrócił się do dziewicy.

— Bywaj zdrową moje dziecię! wszystko cokolwiek byśmy powiedzieć mogli, byłaby niedostatecznem do wynudzenia naszej wdzięczności. Polecamy ciebie opiece Boga, który mam nadzieję wynagrodzi ci za ocalenie życia dwom nieszczęśliwym.

Róża ujęła rękę, którą jej podał Wielki Pensjonarz i ucałowała ją z uszanowaniem.

— Spieszcie, spieszcie... zdaje się, że usiłują drzwi wyłamać.

Jan de Witt szybko wsiadł do karety i zamknąwszy drzwiczki, zawołał:

— Do Tol-Hek!

Tol Hek, była bramą miejską przez którą prowadziła droga do małego portu Scheweningen, gdzie oczekiwał statek na obu braci.

Pojazd ruszył galopem.

Róża wiodła go wzrokiem dopóki nie zniknął w zakręcie ulicy.

Wtedy wróciła przez drzwi poterny, które zamknąwszy, rzuciła klucz do studni.

Hałas usłyszany przez Różę, która myślała, że się do bramy więzienia dobywają, pochodził rzeczywiście z tej przyczyny, gdyż po oddaleniu się oddziału Tillego, pozostała tylko ta zawada.

Jakkolwiek brama była mocno osadzaną i lubo odźwierny Gryfus (potrzeba mu oddać tę słuszność) stanowczo wzbraniał się ją otworzyć, łatwo było przewidzieć, że nie będzie w stanie długo opierać się natarczywości i strwożony Gryfus, wahał się, czy nie lepiejby było otworzyć, jak dozwolić zniszczyć bramę, gdy wtem uczuł, iż go ktoś zlekka pociągnął za suknię.

Odwróciwszy się, ujrzał Różę.

— Czy słyszy?, tych szaleńców? mówił.

— Słyszę tak dokładnie.... że na twym miejscu mój ojcze...

— Otworzyłabyś... nieprawdaż?

— Nie, lecz pozwoliłabym bramę wysadzić.

— Lecz wtedy — zamordowanoby mnie.

— Tak, gdyby ciebie widzieli.

— Także chcesz, ażeby mnie nie dostrzegli.

— Ukryj się.

— Gdzie?

— W tajemnem więzieniu.

— A ty moje dziecię?

— I mnie weźmiesz ze sobą. Zamkniemy drzwi, a jak więzienie opuszczą, wyjdziemy z naszego ukrycia.

— W istocie masz słuszność! — zawołał Gryfus — to dziwna — dodał — jaki rozsądek mieści się w tej młodej głowie.

Następnie, gdy brama zdawała się ulegać usiłowaniom pospólstwa, co objawiało okrzyki radości, Róża otwierając drzwi w podłodze, powiedziała.

— Zejdź mój ojcze.

— Ale cóż się stanie z moimi więźniami.

— Bóg będzie się nimi opiekował, dozwól mi czuwać nad tobą.

Gryfus w towarzystwie córki zniknął w otworze i drzwi zapadły za nimi właśnie w tej chwili, gdy brama wyłamana została przez pospólstwo.

Lud cisnął się do więzienia wołając:

— Śmierć zdrajcom! Na szubienicę Kornela de Witt.

 

ROZDZIAŁ IV. MORDERCY

 

Młodzieniec nasunąwszy na oczy Kapelusz i obszernemi skrzydłami opierając się ma ramieniu oficera, ocierający ciągle pot z czoła chustką, stojąc niewzruszony w kącie Buitenhofu pad wystawą sklepu zamkniętego, przypatrywał się widowisku, które zdawało się przybliżać do końca.

— Tak, zdaje się van-Dekenie, że rozkaz, 'który deputowani wydali, jest rzeczywiście wyrokiem śmierci na Korneljusza. Czy słyszysz te okrzyki! Lud bardzo jest rozjątrzany przeciw braciom Wittom.

— W istocie, nie słyszałem nigdy podobnych wybuchów nienawiści.

— Zdaje się, że się dostali do więzienia Korneljusza. Ah! spojrzyj, czy nie jest to okno izby, w której był osadzony?

To mówiąc wskazywał na człowieka, który oburącz trząsł kratą żelazną okna więzienia Korneljusza.

— Hurra! hurra! — wołał ten człowiek, już go tam niema!

— Jak to być może! zapytywali z ulicy ostatni z nadciągających, którzy się nie mogli dostać wewnątrz więzienia.

— Niemasz go! powtarza! z wściekłością ton sam człowiek — musiał więc uciec.

— Co mówi ton człowiek — zapytuje blednąc młodzieniec.

— Bardzo byłoby pożądanem, gdyby tylko prawdę mówił!

— Zapewnie — odpowiada młodzieniec, lecz nieszczęściem to być nie może.

— Jednakże... mówi oficer... uważ W. K. Mość.

W tej chwili kilka innych postaci ukazało się przez okna, wściekli, zgrzytający zębami, wołali.

— Uciekł, uciekł... ocalili go!...

Pospólstwo uliczne powtarzało ze złorzeczeniami:

— Uciekł, uciekł... a więc gońmy go... ścigajmy!

— Zdaje się niewątpliwem, że p. Konneljusz de Witt ratował się ucieczką — mówi oficer.

— Tak, z więzienia być może — odpowiada młodzieniec — lecz nie z miasta, przekonasz się van-Dekenie, że biedny człowiek zawiedziony zostanie, mniemając, że brama przez, którą miał wyjechać będzie otwartą.

— Czy wydany został rozkaz zamykania bram?

— Nie wiem o tem, któżby go wydał?

— A więc skąd ten wniosek?...

— Fatalizm — odpowiada obojętnie młodzieniec — częstokroć ściga wielkich ludzi, którzy padają pod jego ciosami.

Oficer uczuł zimny dreszcz przebiegający w jego żyłach gdyż przekonał się, że Konneljusz nie uniknie śmierci.

W tejże chwili wycia pospólstwa piorunowały w powietrzu, dowiedziano się, że Konneljusz uszedł z więzienia.

W samej rzeczy, Jan i Korneljusz okrążywszy główny kanał dążyli ulicą prowadzącą do Tol-Hek, zalecając woźnicy, ażeby wolniej jechał dla oddalenia podejrzeń nastręczyć mogących się z powodu pośpiechu.

Woźnica był posłuszny temu zleceniu dopóki nie ujrzał bramy miejskiej, lecz wtedy pragnąc jaknajrychlej opuścić miejsce więzienia i śmierci, mając przed sobą życie i wolność, zaniechał wszelkiej ostrożności i puścił się galopem.

Wtem nagle wstrzymał konie.

— Cóż się stało? zapytuje Jan przez drzwiczki.

— Oh! moi panowie — zawołał woźnica... oto...

Przerażenie tłumiło głos poczciwego człowieka.

— Kończże — mówi Wielki Pensjonarz.

— Oto brama jest zamknięta...

— Jak to być może?... przecież nigdy w dzień bram nie zamykają.

— Spójrz pan.

Jan de Witt wychyliwszy się z pojazdu przekonał się o rzeczywistości.

— Jedź dalej — rzeki Jan — mam przy sobie rozkaz wolnego wyjazdu, odźwierny otworzy.

Pojazd ruszył z miejsca, lecz było widocznem, że woźnica nie podniecał rączości koni, straciwszy nadzieję.

Jednocześnie, gdy Jan de Witt wyjrzał przez drzwiczki, poznany został przez pewnego piwowara, który spóźniwszy się, zamykał pośpiesznie bramę dążąc do swych towarzyszy, którzy wyprzedzili go idąc do Buitenhof.

Wydawszy okrzyk zdziwienia, pobiegł za dwoma innymi, którzy byli na przodzie. Dogoniwszy ich zaczął coś mówić i ci zatrzymali się, spoglądając na oddalającą się karetę, nie będąc pewnymi kogo w sobie mieści.

Tymczasem pojazd stanął przed Tol-Hek.

— Otwieraj! — woła woźnica.

— Otworzyć? — powtarza odźwierny stojący w progu — ale czem?

— A oczywiście, że kluczem.

— To prawda... lecz trzeba go mieć.

— Jakto, nie masz klucza od bramy? — zapytuje woźnica.

— Nie.

— Cóż się z nim stało?

— Wzięto mi go.

— Kto?

— Zapewne ten, któremu o to idzie, ażeby nikt się nie oddalił z miasta.

— Mój przyjacelu — rzekł Wielki Pensjonarz wyglądając przez drzwiczki narażając wszystko dla wszystkiego — mój przyjacielu to ja, Jan de Witt, uczyń to d!a mnie i mego brata, którego odprowadzam na wygnanie.

— Oh! Panie de Witt, wierz mi, że jestem w rozpaczy — powiedział odźwierny biegnąc do pojazdu — lecz na honor przysięgam, że mi klucz odebrano.

— Kiedy?

— Dziś z rana.

— Któż go odebrał?

— Młody człowiek blady i szczupły.

— Dlaczegóż mu go oddałeś?

Ponieważ miał rozkaz z pieczęcią i podpisami.

— Przez kogo?

— Przez panów radnych miasta.

— Jeżeli tak, mówi spokojnie Korneljusz, zdaje się, że jesteśmy zgubieni bez ratunku.

— Czy wiesz, że zachowano przy innych bramach podobną przezorność?

— Nie wiem.

— Dalej więc — mówi Jam — Bóg zaleca człowiekowi, ażeby wszelkiemu środkami zachował swe życie, ruszaj do innej bramy.

Poczem, gdy woźnica zawracał, rzekł Jan do odźwiernego:

— Dziękuję ci za twoje dobre chęci, zamiar częstokroć przyjęty bywa za uczynek; miałeś zamiar nas ocalić i w obliczu stwórcy, to znaczy, jakbyś go przywiódł do skutku.

— Ah! zawołał odźwierny — czy widzisz pan co się tam dzieje.

— Ruszaj galopem pomiędzy tą grupą — zawołał Jan na woźnicę — poczem skieruj na lewo, jest to jedyna nasza nadzieja.

Grupa, o której mówił Jan, składała się naprzód z trzech ludzi, którzy śledzili karetę i następnie zwiększyła się siedmiu lub ośmiu nowoprzybyłymi.

Ci wszyscy widocznie nie mieli dobrych zamiarów względem uciekających, albowiem widząc pędzące konie, stanęli wpoprzek ulicy i wywijając pałkami wołali:

— Stój! stój!

Ze swej strony, woźnica pochylił się do koni i chłostał ich biczem.

Pojazd nareszcie dotarł na ludzi.

Bracia Wittowie nie mogli nic widzieć siedząc w głębi, lecz uczuli, iż konie wspinali się i pojazd wstrząsnął się gwałtownie. Przez chwilę kołysała się kareta, poczem ruszyła przejeżdżając coś okrągłego i elastycznego co mogło wydawać się ciałem ludzkiem, nakoniec oddaliła się pośród przekleństw.

— Oh! rzeki Korneljusz, lękam się czy nie staliśmy się przyczyną nieszczęścia.

— Galopem! galopem — wołał Jan

Lecz pomimo tego rozkazu, woźnica zatrzymał się niespodzianie.

— Cóż się stało?

— Spójrz pan — mówi woźnica.

Jan wyjrzał.

Tłumy ludu dążyły z Buitenhfl ulicą, przez którą wypadała droga ucieczki; z zadziwiającą szybkością płynęła ta wyjąca lawa.

— Zatrzymaj się i sam uciekaj — mówi Jan do woźnicy — nadaremnie jechać dalej, jesteśmy zgubieni.

— Otóż ani! otóż oni! — wołają chórem.

— Tak to oni! zdrajcy! rozbójnicy! mordercy! — odpowiadają ci, którzy gonili pojazd, niosąc ciało towarzysza swego, roztratowanego przez konie.

Jego to bowiem przejechała kareta braci Wittów.

Woźnica zatrzymał się, lecz pomimo próśb pana swego, nie chciał ratować się ucieczką.

W jednej chwili kareta została otoczona przez tych którzy naprzeciw niej dążyli i tych, którzy ją ścigali.

W jednej chwili rozniosła się na tym rozkołysanym tłumem jak pływająca wyspa.

Pływająca wyspa zatrzymała się raptem, kowal z tłumu zabił jednego z dwóch koni uderzywszy go szyną żelaza.

W tej chwili uchyliła się okiennica okna i można było poznać postać bladą i wzrok ponury młodzieńca, o którym mówiliśmy.

Za nim dawała się widzieć twarz oficera prawie tak blada jak pierwszego.

— Oh! mój Boże, mój Boże!... cóż to się dziać będzie.

— Zapewne coś okropnego — odpowiada.

— Oh! spójrz pan... otóż wyciągają z karety Wielkiego Pensjonarza, okładają go razami.

— W istocie, ci dudzie muszą mieć ważne powody do podobnego postępowania.

— A teraz zkolei wyprowadzają Korneljusza, Karneljusza, którego już dręczono na torturach... oh! patrz pan, patrz...

— Tak, w istocie, to jest Korneljusz.

Oficer odwrócił głowę.

Wtedy bowiem stawiając nogę na ostatnim stopniu karety, nie dotknąwszy nawet ziemi, Ruart otrzymał cios szyną żelazną, która roztrzaskała mu głowę.

Powstał jednak, lecz natychmiast upadł.

Następnie kilku ludzi, ująwszy go za nogi ciągnęli pośród pospólstwa i wtedy widzieć można było krwistą ścieżkę widoczną przez chwilę, gdyż cisnący się natychmiast ją zamykali.

Młodzieniec zbladł bardziej, niż zwykle, co wydawało się niepodobieństwem i przez chwilę oko jego ukryło się pod powieką.

Oficer dostrzegłszy tych oznak politowania, poraz pierwszy dających się widzieć w swym surowym towarzyszu i pragnąc korzystać z tego zmiękczenia duszy, powiedział:

— Chodźmy stąd, panie, gdyż zdaje się, że mają zamiar zamordować Wielkiego Pensjonarza.

Lecz młodzieniec już oczy otworzył.

— W istocie ten lud jest niepowściągnięty.

— Biada tym, którzy go zdradzają.

— Czy nie masz środka ocalenia tego człowieka, który zajmował się wychowaniem W. K. Mości. Jeżeli podobna i choćbym miał życie utracić...

Wilhelm Orainji, gdyż to on był, zmarszczył brwi z groźnym poruszaniem, przygasił błyskawicę posępnej wściekłości iskrzącej się pod jego powieką i odpowiedział.

— Pułkowniku van Deken, proszę cię pospiesz do obozu i na każdy wypadek niech wojsko stanie pod bronią.

— Lecz mam Waszą Książęcą Mość pozostawić pośród morderców.

— Nie troszcz się bardziej o umie jak ja o siebie — zawołał gwałtownie książę.

— Pospieszaj pułkowniku!

Oficer oddalił się ze skwapliwością okazującą nit tak posłuszeństwo rozkazom księcia, jak raczej, ażeby nie był świadkiem przerażającego widoku morderstwa drugiego brata.

Zaledwie drzwi się za nim zamknęły, gdy Jan de Witt przez nadzwyczajne wysilenie skoczył na wystawę przedsionka domu położonego naprzeciw tego, w którym był ukryty jego wychowaniec, wkrótce zachwiał się na nogach potrącany przez ścigających go w tym schronieniu; Jan wołał donośnym głosem:

— Mój bracie! gdzież jesteś Korneljuszu!

Jeden z zagorzalców zrzucił mu kapelusz z głowy.

Drugi pokazał mu ręce zakrwawione; był to jeden z morderców Konneljusza, który spieszył, ażeby nie stracił sposobności dręczenia drugiego brata, gdy tymczasem ciągnione do szubienicy ciało pierwszego.

Jan wydał jęk żałosny przyłożywszy rękę do oczu.

— Ah! zamykasz oczy — mówi jeden z milicji miejskiej — niedługo będziesz się niemi cieszył.

I zadał mu raz piką w oblicze, z którego krew trysnęła.

— Mój brat! — zawołał de Witt, usiłując przejrzeć pomimo krwi oślepiającej wzrok jego.

— Idź się z nim połączyć, zawył drugi morderca przykładając mu muszkiet do skroni i spuszczając panewkę.

Lecz wystrzał nie dał się słyszeć.

Wtedy zabójca odwrócił broń i ująwszy ją oburącz za lufę, uderzył kolbą Jana de Witt, który się zachwiał na nogach i upadł, jednakże raz jeszcze zdołał się podnieść.

— Mój bracie! — zawołał głosem tak rzewnym, że młodzieniec zamknął okiennicę.

Przytem nie było już nic ciekawego do widzenia, gdyż trzeci morderca wymierzył z bliska pistolet do głowy Jana de Witt, który mu czaszkę roztrzaskał.

Wielki Pensjonarz padł nieżywy.

Wtedy nikczemni zbrodniarze ośmieleni tym upadkiem, spieszyli zadawać razy trupowi. Każdy chciał go uderzyć to nożem lub drągiem, każdy chciał się napawać widokiem krwi jego i obedrzeć cząstkę odzieży.

Następnie, gdy nasycono się pastwieniem nad ciałami obu braci, pospólstwo zaciągnęło ich do szubienicy naprędce wystawionej, gdzie kaci i zamiłowania zawiesili ich za nogi.

Dalej nadeszli najnikczemniejsi, którzy nie ośmieliwszy się mordować żyjących, krajali ciała, w kawałki i chodzili po mieście sprzedawać je za kilka groszy.

Nie możemy stanowczo twierdzić czy młodzieniec był świadkiem tej ostatniej sceny; lecz w chwili gdy zawieszano ciała Wittów na szubienicy, przechodził pośród tłumów zbyt zajętych, ażeby mogli zwrócić uwagę na niego i dążył w kierunku Tol-Hek.

— Czy pan mi klucz odnosisz? — zapytuje odźwierny.

— Tak, mój przyjacielu, oto masz go.

— Szkoda, żeś mi go pan nie zwrócił przód pół godziną — mówi odźwierny z westchnieniem.

— Z powodu?

— Ponieważ mógłbym bramę otworzyć pp. Wittom; gdy tymczasem zastawszy ją zamkniętą, musieli się zwrócić i wpadli w ręce swych prześladowców.

— Otworzyć bramę! — zawołał głos nakazujący.

Młodzieniec odwróciwszy się, poznał pułkownika van Deken.

— To ty pułkowniku jaszcze jesteś w Hadze? spóźniłeś się z wypełnieniem mego rozkazu.

— Nie moja w tem wina, gdyż to już trzecia brama, którą zastaję zamkniętą.

— Otwórz mój przyjacielu — mówi młodzieniec do zdziwionego odźwiernego, który rozmawiał poprzednio tak poufale z młodzieńcem, wydającym rozkazy pułkownikowi.

Dla naprawienia swego błędu pospieszył w milczeniu otworzyć Tol-Hek.

— Czy W. K. Mość życzysz sobie mego konia — zapytuje pułkownik księcia.

— Dziękuję ci, mój wierzchowiec powinien być stąd blisko.

I wziąwszy do ręki złotą piszczałkę, która w tej epoce służyła do przywoływania służby, wydał przeciągle świśnięcie, na odgłos którego nadbiegł koniuszy konno, trzymając za cugle osiodłanego rumaka.

Wilhelm wskoczył na kania bez pośrednictwa strzemion i spiąwszy go ostrogami, ruszył drogą Lejdejską.

Pułkownik jechał za nim w odległości jednego kania.

Książę dał mu znak, ażeby jechał obok niego.

— Czy wiesz? — mówi nie zatrzymując się — że te łotry zamordowali podobnie Jana jak i Korneljusza.

— Ah! Książę — mówi smutnie pułkownik — wolałbym dla twego dobra panie, ażeby te duże zawady pozostały na twej drodze wiodącej ido Statuderatu Holandji.

— Bezwątpienia, że lepiej byłoby, gdyby to nie nastąpiło, co się stało. Lecz koniec końcem czyn jest dokonany, przecież nikt nas o to nie będzie obwiniał. A teraz przyspieszajmy, gdyż wypada nam być w Alphen przed przybyciem poselstwa, które stany do nas wysłać mają.

Pułkownik skłonił się, poczem książę ruszył naprzód, za nim w tejże odległości, jak przed powyższą rozmową, jechał van Deken.

— Ah! — mówi do siebie Wilhelm, marszcząc brwi, ścisnąwszy usta i spinając konia ostrogami — jakżebym pragnął widzieć postać Ludwika zwanego Słońcem, gdy się dowie o losie, jaki spotkał jego przyjaciół pp. Wittów.

— Oh! słońce! słońce! mnie nazywają Wilhelmem milczącym, lękaj się, ażebym nie przyćmił twoich promieni.

 

ROZDZIAŁ V. HODOWCA TULIPANÓW I JEGO SĄSIAD

 

W tym czasie, gdy lud Hagi, pastwił się nad zwłokami Jana i Korneljusza, gdy Wilhelm Oranji zapewniwszy się. że jego przeciwnicy nie żyją; Kracke, wierny sługa pędził na dzielnym koniu, bitą drogą wysadzaną drzewami, dopóki nie stracił z oczu miasta i wsi okolicznych, daleki będąc od przypuszczenia, ażeby w jego nieobecności zaszły tak smutne wypadki.

Sądząc się w miejscu bezpiecznem, pozostawił swego konia w gospodzie, i ażeby nie obudzić podejrzeń, odbywał dalej podróż powolnie na statkach, aż do Dordrecht.

Kraecke z daleka poznał to powabne miasto, położone u stóp pagórków uwieńczonych wiatrakami. Dostrzegł piękne domy czerwone z białemi żyłami, kąpiącemi swe podstawy w przezroczach wód; ujrzał przez otwarte balkony wychodzące na rzekę, cudowne tkaniny jedwabne zasiane złotemi kwiatami, cuda Indji Chin, pod niemi zaś rozciągały się długie i wąskie sieci, stałe zasadzki na węgorze żarłoczne, nęcone tam przez żywność, którą obficie znajdowały, pochodzącą z pozostałości kuchennych, wyrzucanych w rzekę oknami.

Kracke z pomostu statku, na którym się znajdował, pośród wiatraków z obracającemi się skrzydłami dostrzegł przy spadku jednego pagórka dom dwubarwny, biały i różowy, cel swego posłannictwa. Szczyt tego domu gubił się w liściach żółtawych topól; ściany zaś jego otoczone były olbrzymiemy wiązami. Położenie jego było tak korzystne, że słońce padające na niego jak w lejek osuszało, ogrzewało i użyźniało nawet ostatnie mgły, którym zagrody liściowe, nie mogły zapobiec przenikać co rano i wieczór.

Wylądowawszy pośród zwykłego gwaru miejskiego, Kracke udał się natychmiast do domu, którego niezbędny opis, przedstawiamy czytelnikowi.

Ten biały dom, lśniący od czystości, wewnątrz starannie utrzymany, podłogi czysto wymyte i woskowane w miejscach ukrytych jak będących na widoku; ten dom mieścił w sobie szczęśliwego śmiertelnika.

Tym zaś szczęśliwym śmiertelnikiem, (rara avis) jak mówi Juvenalis był doktór van Baerle syn chrzestny Kornela. Żył on w opisanym domu od lat niemowlęcych, gdyż to był dom, w którym podobnie jak on rodził się ojciec jego i dziad, dawni kupcy szlachetnego miasta Dordrecbtu.

P. van Baerle ojciec, zebrał w handlu indyjskim trzy do czterech kroć sto tysięcy złotych, które syn jego odziedziczył po śmierci swych rodziców; oprócz tej gotowizny Korneljusz van Baerle, bohater tej powieści posiadał nieruchomości, przynoszące mu 10.000 czystego dochodu.

Czcigodny obywatel, ojciec Korneljusza, przed śmiercią, która nastąpiła w trzy miesiące po pogrzebie żony, uściskawszy swego syna po raz ostatni, w tych słowach odezwał się do niego:

— Pij, jedz i wydawaj pieniądze, jeżeli pragniesz kosztować życia rzeczywistego, bo to nie jest życiem pracować codziennie na drewnianym stołku lub w skórzanym krześle, w pracowni lub sklepie. I na ciebie przyjdzie kolej umierać i jeżeli nie doczekasz szczęścia mieć syna, nazwisko nasze wygaśnie i może złote przejdą w cudze ręce, te nowe złote, których nikt nie ważył oprócz mojego ojca, mnie i mennicy. Nadewszystko, nic wstępuj w ślady twego chrzestnego ojca Korneljusza de Witt, który poświęcił się polityce, najniewdzięczniejszemu zawodowi, i który może się źle skończyć.

Poczem oddał ducha Bogu czcigodny van Baerle pozostawiając zasmuconego syna, który bardzo mało lubił pieniądze, lecą namiętnie kochał chrzestnego ojca swego Korneljusza; znalazł się więc sam w obszernym domu.

Nadaremnie ojciec chrzestny ofiarował mu rozmaite urzędy w służbie publicznej, nadaremnie usiłował obudził w nim żądzę sławy. Gdy Korneljusz van Baerle czyniąc zadość jego woli, wsiadł na okręt pod dowództwem Ruytera zwany Siedem Pirowincyj, będący na czele floty ze 139 okrętów złożonej, z któremi sławmy admirał przeważny wpływ wywierał na losy Francji i Anglji. Korneljusz van Baerle miał czynny udział w bitwach morskich, a mianowicie będąc wysłanym ze sternikiem Leger, zbliżył się na wystrzał ręcznej broni do okrętu zwanego Książę, na którym znajdował się Książę Yorku, brat króla angielskiego, dalej gdy Ruyter tak zręcznie i umiejętnie natarł na niego, że zaledwie mógł się schronić na drugi okręt S. Michał; widząc jak tenże okręt był zdemontowany kulami holenderskiemi, a drugi Sennwick wyleciał w powietrze; jak 400 majtków zginęło w falach morskich; nakaniec widząc, że po zniszczeniu dwudziestu okrętów, gdy trzy tysiące było zabitych i 5000 rannych, nic stanowczego nie nastąpiło i że obie strony przypisały sobie zwycięstwo; że wszystko zapowiadało dalsze prowadzenie wojny, i że jedynie bitwa pod Soathwood-Bay przybyła do liczby bitew; gdy obliczył ile straty czasu ponosi człowiek myślący zatykając sobie uszy i oczy wtedy, gdy inni do siebie strzelają, Karneljusz pożegnał Ruytera Ruart z Pultan i sławę, uściskał kolana Wielkiego Pensjonarza, którego poważał i powrócił do swego domu w Dordrecht, zadowolony, że odzyskał spokojność; zadowolony ze swoich 28 lat życia, zdrowia żelaznego, rzutu oka pewnego, przekładając nad 400.000 zł. kapitału i 10.000 dochodu to przekonanie, które nabył, że człowiek obdarzony został hojnie od nieba, ażeby był szczęśliwym, dostatecznie zaś, ażeby nim nie być.

Dla zapewnienia sobie szczęśliwego bytu podług swego rozumowania, Korneljusz zaczął się zajmować naukami przyrodniczemi, zbierał i porządkował rośliny krajowe podobnie jak owady, nadto ułożył systematyczny traktat swej pracy z rycinami własnej ręki; nakoniec nie wiedząc jak użyć czasu, szczególniej zaś swych pieniędzy, które przybywały w sposób zatrważający, "wybrał sobie z pomiędzy namiętnych upodobań swego kraju i epoki, jedno z najwykwintniejszych i najkosztowniejszych.

Zakochał się w tulipanach.

Był to czas, w którym jak wiadomo flamandczycy i portugalczycy współubiegając się w tej gałęzi ogrodnictwa, doszli do ubóstwiania tulipanów i robili doświadczenia z tym kwiatem pochodzącym ze wschodu, takie, o jakich żaden naturalista nie poważył się powątpiewać, nie śmiejąc obrażać Stwórcy.

Wkrótce ad. Dordrechtu do Mons nie mówiono o niczem jak o tulipanach mynhera van Baerle i jego rysunki, suszarnie, zbiory cebul, nasienników, zwiedzane byty z równem zajęciem jak niegdyś galerje i księgozbiory aleksandryjskie, przez znakomitych podróżników rzymskich.

Van Baerle wydali swój roczny dochód na zaprowadzenie swego zbioru, następnie naruszył swój kapitał. Praca jego i nakład wynagrodzone zostały najpomyślniejszym skutkiem, wynalazł bowiem 5 różnych gatunków, którym nadał nazwy: pierwszemu Joanna, od imienia swej matki, Baerle od nazwiska ojca, Kornel na cześć swego chrzestnego ojca; inne nazwy nie są nam znane, lecz ciekawi mogą je znaleźć w ówczesnych katalogach.

Na początku: 1672 Korneljusz de Witt przybył do Dordrechtu na trzy miesiące do swego rodzinnego domu, gdyż nietylko, że tam ujrzał, światło dzienne, lecz nadto rodzina Wittów pochodziła z tego miasta.

Korneljusz: w tym czasie, jak mówił Wilhelm Oranji, zaczął kosztować owoców nieprzychylności ludu. Jednakże współziomkowie jego Dordrechtscy, nie uważali go za zbrodniarza godnego śmierci i lubo niezadowoleni z jego sposobu myślenia, oceniając jednakże, jego osobiste przymioty, przyjęli go gościnnie, ofiarując mu wino na wstępie do miasta.

Podziękowawszy swoim ziomkom, Korneljusz udał się do swego starego domu, zarządził w nim niezbędne naprawy, mając zamiar osadzić tam swoją żonę i dzieci.

Następnie Ruart odwiedził swego syna chrzestnego, który może był jedynym w Dordrechcie co nie wiedział o jego przybyciu.

O ile Korneljusz de Witt ściągnął na siebie nienawiść siejąc niewdzięczne ziarna zwane namiętnościami politycznemi, o tyle van Baerle zjednał, sobie przychylność, zaniedbując zupełnie zajmowanie się polityką, poświęciwszy się wyłącznie uprawie tulipanów

Van Baerle był uwielbiamy przez swych, ludzi rzemieślników, nie przypuszczał zatem, ażeby, był człowiek w świecie, który źle życzyłby drugiemu.

Jednakie wyznać należy na hańbę ludzkości, Korneljusz Van Baerle, nie wiedząc o tem, miał nieprzyjaciela daleko okrutniejszego, zawziętszego, nieprzebłagalnego, od najzapaleńszego oranżysty zawistnego miłości braterskiej Wittów, która przez całe życie nie zasępiła się żadną chmurą i przez wzajemne poświęcania do śmierci dotrwała.

W tym czasie, gdy Korneljusz zaczął poświęcać się uprawie tulipanów, mieszkał w Dordrechcie i jak mówią drzwi we drzwi, obywatel nazwiskiem Isaak Bokstel, który od najpierwszej młodości, poświęcił się podobnemu zamiłowaniu, unosząc się na samą wzmiankę wyrazu tulipan, który jak zapewnia kwiaciarz francuski, to jest historyk najuczeńszy tego kwiatu, było pierwszem słowem w języku chingulajskim, dla oznaczenia tego arcydzieła natury, zwanego tulipanem.

Bokstel nie miał szczęścia być tak namiętnymi jak van Baerle. Z wielkiemu trudami wskutek zabiegów i cierpliwości, urządził sobie przy swym domu w Dordrechcie, stosowne miejsce do hodowania tulipanów; uprawił ziemię podług wymaganych przepisów, nadając jej potrzebny stopień ciepła i świeżości jak kodeks ogrodniczy przepisuje. Isaak nabył takiej biegłości, że nie omylił się nigdy o 20 część stopnia temperatury w swojej cieplarni. Umiał ocenić pęd wiatru i nadawać mu taki kierunek, że zgadzał się z poruszaniem łodyg kwiatów. Płody jego zaczynały rosnąć. Były bowiem piękne, wyszukane. Amatorowie zwiedzali jego tulipany. Nakoniec Bokstel wypuścił w świat Lineusza, i Toumeforta, nowy rodzaj tulipanu któremu nadał swoje nazwisko. Ten kwiat wędrował po wielu krajach. Przebywszy Francję, dostał się do Hiszpanji, a stąd do Portugalji; król Alfons VI wygnany z Lizbony, żyjący na wyspie Terceirze, gdzie bawił się nie polewaniem gwoździków, jak Wielki Kondeusz, lecz hodowaniem tulipanów, wyrzekł pamiętne słowa przypatrzywszy się tulipanowi Bokstela: „Dość piękny”. Jak wspomnieliśmy dom van Baerla był sąsiednim z domem Bokstela; gdy pierwszy poświęciwszy się hodowaniu tulipanów, uznał za stosowne wznieść piętro nad jednym ze swych budowli będących w podwórzu, to podwyższanie ujęło pół stopnia ciepła, a tem samem zniżyło temperaturę ogrodu Bokstela o pół stopnia, nie licząc, iż przez to wiatr został odwrócony i zniweczył wszystkie ogrodnicze rachuby sąsiada.

Pomimo tego, nic to jeszcze nie znaczyło u Bokstela. Van Baerle uważany był za malarza, to jest rodzaj głupca, który usiłuje wydać ma płótno cuda przyrodzenia, przekształcając je potwornie. Malarz wznosił piętro wyżej, ażeby miał więcej światła i miał do tego prawo.

P. van Baerle był malarzem jak Bokstel tulipanistą, pierwszy pragnął słońca do swych obrazów i odejmował pół stopnia tulipanom p. Bokstel.

Prawo było ma stronie p. van Baerle. Bene sit.

Przytem Bokstel doszedł, że zbytnie ciepło słoneczne szkodliwe jest dla tulipanów, i że ten kwiat rośnie lepiej i przybiera żywsze barwy przy cieple słońca rannego i wieczornego, niż pod wpływem południowego palącego.

Był więc prawie wdzięcznym Korneljuszowi, że mu darmo wystawił słonochron.

Być może, iż to co mówił Bokstel nie było zupełną prawdą, co dotyczyło jego sąsiada, nie wynurzył być może swej myśli w zupełności, lecz wzniosłe dusze znajdują w filozofji zadziwiające środki, pośród wielkich przeciwności.