Wydawca ebooka: WAB Wydawca audiobooka: Heraclon International Sp. z o.o. Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 129 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 3 godz. 35 min Lektor: Piotr Borowski

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 3 godz. 35 min Lektor: Piotr Borowski

Opis ebooka Czarny Maciek i Wieża Śmierci - Dariusz Rekosz

Czarny Maciek znowu w akcji! Wyobraźcie sobie, że pewnego dnia dostajecie tajemniczy list od starego kumpla z poprzedniej szkoły, a zaraz potem wpadacie na trop kryminalnej afery z przeszłości. Lato zbliża się wielkimi krokami, a tajna grupa detektywistyczna Herkules spędza leniwe popołudnia głównie na kopaniu piłki na okolicznym podwórku. Wieje nudą! Wszystko zmienia jedna wyprawa do ruin – tam na Maćka, Kisiela i siostry Góreckie czeka zagadka z przeszłości. Zdani tylko na siebie, młodzi detektywi muszą połączyć elementy układanki: dziwny list, kosmiczne wskazówki i łacińskie napisy na murach kościoła. Sprawa przestaje być niewinną zabawą, gdy trop prowadzi do starej wieży na wyspie, stawką okazują się wielkie pieniądze, a za śledczymi amatorami podąża ubrany na czarno osobnik o podejrzanych intencjach. I kto by przypuszczał, że pozornie małe miasto może kryć tyle tajemnic, które tylko czekają, aby je odkryć?

Opinie o ebooku Czarny Maciek i Wieża Śmierci - Dariusz Rekosz

Fragment ebooka Czarny Maciek i Wieża Śmierci - Dariusz Rekosz

Copyright © by Dariusz Rekosz, 2011

Wydanie I

Warszawa 2011

Redaktor serii: Natalia Sikora

Redakcja: Anna Adamiak

Korekta: Elżbieta Jaroszuk, Małgorzata Kuśnierz

Projekt graficzny serii, I strony okładki i ilustracje we wnętrzu: Olga Reszelska

Projekt logo serii: Joanna Rusinek

Wydawnictwo W.A.B.

02-386 Warszawa, ul. Usypiskowa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

ISBN 978-83-7747-267-5

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

(ur. 1970)

z wykształcenia informatyk, z wyboru pisarz i animator kultury. Od 2007 roku wydaje książki dla dzieci z seriiMors, Pinky i…W 2008 roku został Honorowym Ambasadorem Literatury dla Dzieci i Młodzieży Kampanii MAMA, TATA… & MYSELF.

Jest także autorem słuchowisk radiowych oraz powieści dla dorosłych, m.in.Zamachu na Muzeum Hansa Klossa(2010). Zdobywca grand prix Ogólnopolskiego Konkursu na Opowiadanie Kryminalne (2008). Laureat nagrody za osiągnięcia w dziedzinie twórczości artystycznej, upowszechniania i ochrony kultury.Czamy Maciek i wieża śmiercito drugi tom przygód Czarnego i jego kolegów z organizacji detektywistycznej „Herkules”.

www.rekosz.pl

w serii z kotem ukazały się m.in.

Anna DaleTajna agentka Dawn

Franklin W. Dixon

Bracia Hardy. Śmiertelne niebezpieczeństwo

Bracia Hardy. W oparach szaleństwa

Bracia Hardy. Śledztwo na promenadzie

Karen Karbo

Mineroa Clark na tropie

Minerva Clark schodzi na psy

Mineroa Clark traci ducha

Sophie de Mullenheim

FBI i dziewięć kocich żywotów

Marcin Pałasz

Dziwne przypadki Ferdynanda Szkodnika

Dariusz Rekosz

Czarny Maciek i wenecki starodruk

Christopher Russell

Szybki Jack t krwawy gabinet

Małgorzata Strękowska-Zaremba

Detektyw Kefirek na tropie kościotrupa

Detektyw Kefirek i pierwszy trup

KÓŁKO

Moja mama ma chyba dziewiąty zmysł!

Że ma osiem (chociaż naukowcy mówią, że normalny człowiek ma tylko pięć: wzrok, słuch, węch, smak i dotyk) – już dawno się przekonałem. Ale dziewiąty?! Albo nawet jedenasty?! No bo sami powiedzcie – wychodzę do szkoły, świeci piękne słońce, a skąd ona wie, że po południu będzie lało? I każe mi zabrać kurtkę z kapturem! To jest chore!

Nikt z naszej klasy nie ma nawet bluzy czy sweterka. Podczas wszystkich lekcji okna zasłaniamy żaluzjami, bo po prostu nie da się normalnie funkcjonować. No i co? A to, że na ostatniej godzinie – akurat była wtedy matma – na niebie pojawiły się bure chmurzyska i gdy tylko wyszliśmy przed szkołę, grzmotnęło ze dwa razy. A potem spadły pierwsze grube krople deszczu, które z rozpryskiem uderzyły o chodnik. W powietrzu od razu czuć było zapach ulicznego kurzu. Zanim doszedłem do domu, lało już w najlepsze. No i powiedzcie sami, skąd ona wiedziała?

Albo ten mecz w parku. Trafiłem w okienko i tato musi teraz zapłacić… Bo to było tak. Jak wiecie, w naszym parku jest kilka miejsc, w których można grać w nogę. To znaczy miejsc jest kilka, ale takie superowe jest tylko jedno. Jest, a właściwie było. Zarządca parku zgodził się bowiem, żeby na końcu płaskiej łąki, na której zazwyczaj kopaliśmy futbolówkę, jakiś prywaciarz wybudował sobie niewielki sklepik.

Na początku uznaliśmy z chłopakami, że to świetna rzecz, bo i po coś do picia mogliśmy skoczyć albo i loda kupić po meczu. Jednak potem zaczęły się kłopoty. Najpierw ten sklepikarz nakrzyczał na nas, że mu kwiatki przed sklepem dewastujemy – faktycznie, posadził sobie przed wejściem trochę zielska i piłka czasami tam wpadała, ale przecież nie specjalnie, co nie?

A potem miał do nas pretensję, że graficiarze mu sklep „upiększyli”. Ale przecież to nie my! My nigdy w życiu spreju z lakierem nie mieliśmy w dłoni, a co dopiero, żeby czyjś sklep pomalować w dziwaczne wzorki. Racji nie miał, ale się wydzierał. Dowiedział się nawet, do której szkoły chodzimy, i poszedł się poskarżyć dyrkowi. Dyrek zrobił małe dochodzenie i poinformował najpierw Barszcza, a potem naszych rodziców. Mama wiedziała, że nie mam z tym nic wspólnego, mimo to stwierdziła:

– Lepiej chodźcie grac gdzie indziej. Jeszcze jakie większe kłopoty z tego będą.

No i jakby wykrakała. A stało się to w pewną sobotę. Graliśmy z chłopakami z sąsiedniego osiedla. Bramki – jak zwykle – zrobiliśmy, ustawiając dwa kosze na śmieci po jednej stronie (to miały byc słupki) i dwa po drugiej. Co do wysokości poprzeczki, to umówiliśmy się, że sprawiedliwie będziemy oceniać, czy był gol, czy nie.

Od samego początku mecz był bardzo zacięty. Za wszelką cenę chcieliśmy wygrać. Razem z Kisielem zagroziliśmy kilkakrotnie bramkarzowi naszych rywali i tylko dzięki ofiarności, jaką się wykazywał, wynik brzmiał ciągle 0:0. Po zmianie stron nadal my byliśmy drużyną częściej atakującą. Strzelaliśmy na bramkę już nawet z dalszych odległości, aż w końcu usłyszałem głos ich kapitana, który jako jedyny biegał po boisku z zegarkiem: 

– Ostatnie dwie minuty.

Spojrzałem na Kisiela i na Grześka, który nie był zbyt wybijającym się uczniem w naszej klasie, ale na lewym skrzydle nie było lepszego napastnika w całej szkole. Kiwnęli porozumiewawczo głowami i wysunęli się na swoje pozycje. Grzesiek chyba trochę za daleko, jednak dzięki temu absorbował uwagę jednego z obrońców.

Po nieudanej akcji naszych rywali Kisiel prowadził piłkę prawą stroną. Zgarnął ją mniej więcej w połowie boiska. Ofensywni gracze przeciwnej drużyny nawet się nie cofnęli. Miał dzięki temu nieco więcej swobody. Grzesiek jeszcze bardziej ściągnął obrońcę do narożnika boiska, więc Kisiel wszedł do środka i prawie z linii pola karnego huknął, ile tylko miał sił.

Piłka, po linii prostej, przeleciała między dwoma obrońcami i już się wydawało, że padnie gol, kiedy bramkarz wypiąstkował ją przed siebie. Ale to jeszcze nie był koniec akcji. Paweł z rozpędu wpadł między obrońców, a piłka łagodnym łukiem poszybowała nad ich głowami – na wolne przedpole. W jednej chwili dopadłem do niej i „zgasiłem” lewą nogą.

– Ładuj! – krzyknął Kisiel.

Szybki zamach i siarczystym kopniakiem wysłałem futbolówkę wprost w kierunku jego głowy. Uchylił się w ułamku sekundy i dostrzegłem tylko przerażone miny stojących obok niego obrońców, a potem usłyszałem ryk naszych chłopaków:

– Jeeeeeeeeeeest!

Wszystko się zgadzało. Piłka wpadła do bramki, lecz uderzenie było tak silne, że wytrzaskała boczną szybę stojącego nieopodal sklepiku. Okienko, nie ma co!

Część „bohaterów” uczestniczących w meczu od razu zwiała. Zostało nas kilku na placu boju.

Piłka była własnością Kisiela i czerwony z wściekłości właściciel sklepu (trzymając piłkę pod pachą) domagał się od niego, żeby ten podał mu swój adres. Bez zastanowienia wystąpiłem naprzód i przyznałem się do zwycięskiego strzału.

Sklepikarz pojawił się u nas wieczorem. Rodziców poinformowałem, co się stało, więc tato z nim nie dyskutował, tylko zapytał, ile ma zapłacić. Na to wszystko przyszedł ojciec Pawła (który jak wiecie, jest gliniarzem) i zaproponował, żeby facet najpierw wstawił szybę, a potem przyniósł rachunek. Sklepikarz się zgodził, a nasi ojcowie ustalili, że złożą się na ten rachunek po połowie. Fajny ten ojciec Kisiela.

Z rodzicami gadaliśmy o sporcie i bezpiecznych zabawach jeszcze do późna w nocy. Chcieli, żebym obiecał, że już nie będziemy tam kopać piłki. Ale co mamy zrobić, skoro w mieście nie ma porządnego trawiastego boiska, na którym moglibyśmy grać do woli? Z tym argumentem rodzice nie mogli się nie zgodzić i sprawa zawisła w próżni. Zresztą przy tej aferze z graficiarzami Barszcz przyznał nam rację – nie bardzo gdzie mieliśmy uprawiać sport. Boisko szkolne przedstawiało obraz nędzy i rozpaczy. Nawet skocznia do skoków w dal była w rozsypce, a do przerdzewiałych bramek nie wolno się było zbliżać.

Fakt faktem, że moja mama ma dziwny zmysł, dzięki któremu potrafi przewidzieć, co nastąpi.

Czarodziejka czy wróżka jakaś? Nie wiem. Mogłaby otworzyć firmę „Wszystkowiedząca Prawdę Ci Powie”. Proponowałem jej kilka razy, lecz tato tylko wybuchał śmiechem i na tym się kończyło. A przecież sam mówił, że coraz trudniej jest mu zarobić tyle, żeby na wszystko starczało. Zastanawiał się nawet, czy nie zlikwidować mojej komórki. To znaczy niedosłownie, ale żeby rozwiązać umowę na mój numer. I wtedy mama powiedziała, że przecież telefon jest mi potrzebny, bo może zaistnieć taka sytuacja, że koniecznie będę się musiał z kimś skontaktować. No i nie raz okazywało się, że miała rację. Sam nie wiem, skąd ona to wszystko wie…

A już najlepiej było, gdy razem z Barszczem szukaliśmy… Yyy… Barszcz to nasz nauczyciel historii. W innych klasach uczy też geografii… Ale zaraz! Moment! Bo zgubi mi się wątek o mamie. No więc zaczęło się od tego… to było jakoś w maju… że gdy wychodziłem w piątek do budy…

– Pamiętaj, masz wrócić prosto do domu. Obiad będzie dzisiaj trochę wcześniej – powiedziała, kiedy stałem w progu z plecakiem na grzbiecie. – Chcemy z tatą pojechać do babci.

Tak, jakbym do domu nie przychodził „prosto”, tylko „krzywo”. Też mi coś. Owszem, kilka razy zagadałem się z Kisielem po lekcjach. Ale to były strasznie ważne tematy! O wczorajszym meczu w telewizji albo o tym, jak przejść siódmy poziom wThe Incredible Machine.Macie tę grę na swoim kompie? Nie? To sobie zainstalujcie! Wciąga jak sto diabłów!

Ot, jak się jest w gimnazjum, to przecież różne rzeczy trzeba pozałatwiać z kumplami, co nie? A Paweł miał właśnie tutoriala do tego poziomu.

Więc co miałem odpowiedzieć mamie?

– Spoko – wzruszyłem ramionami i obróciłem się na pięcie.

– Spoko, spoko – odburknęła. – Zawsze słyszę to samo. – Podparła się pod boki. – Pamiętaj – uniosła wskazujący palec – że jeżeli nie będzie cię do drugiej, to sam sobie odgrzejesz zupę i ziemniaki, bo my nie będziemy czekać na jaśnie królewicza!

– Dobrze – odparłem, siląc się na stoicki spokój.

– Maćku! – dodała jeszcze, łagodząc ton.

Spojrzałem przez ramię. Podeszła i przytuliła mnie bardzo mocno.

– Kocham cię, synku – powiedziała łagodnie.

– Ja ciebie też, mamo – przyznałem.

Dobrze, że chłopaki z naszej klasy tego nie widzieli. Od razu zostałbym szkolnym maminsynkiem. Ale co mi tam. Rodzice mi ufali, stopnie w tym półroczu miałem całkiem znośne, więc nie było powodów, żeby się specjalnie zżymać. Tylko to sprawowanie…

Bo to było tak. Na prima aprilis nasączyliśmy gąbkę przy tablicy odrobinà atramentu. Nie żeby jakaś monstrualna ilość, ot, niecałe pół naboju. Miał być akurat polski z Kopciową. Wparowała do klasy, nawet obecności nie sprawdziła, tylko od razu – łaps za gąbkę, żeby zetrzeć pozostałości po angielskim. A tu atrament prysk, prysk, na lewo i prawo. Cała klasa w ryk! Ale kobieta była w białej spódnicy i zrobiła się afera. Bo ten atrament zabryzgał jej cały przód kiecki. O, rany!

Poleciała od razu do Barszcza. W końcu to nasz wychowawca. Wrócili razem. Ale była jazda! Facet kazał się przyznać temu, który zrobił taki „impertynencki kawał” – jak powiedział. Ale spojrzeliśmy tylko po sobie i nikt nie puścił pary z gęby. Zresztą chyba połowa klasy nie rozumiała słowa „impertynencki”. Nie wiem, czy już mówiłem, ale mamy bardzo zgraną klasę.

Więc pan Barszczykowski wpisał wszystkim odpowiednią notkę w rubryce „sprawowanie”, a w zeszytach korespondencji (dzięki którym komunikuje się z naszymi rodzicami) napisał, że jesteśmy nieodpowiedzialni i szkodliwi społecznie. Całej klasie wpisał! Czujecie? W dwudziestu czterech zeszytach! Że mu się chciało…

A na koniec dopisał, że rodzice mają pokryć szkodę i zwrócić Kopciowej za tę zniszczoną spódnicę. I wtedy ojciec Kisiela – à propos, siedzę z nim w jednej ławce (to znaczy z Kisielem, a nie z jego tatą, oczywiście) – odpisał, żeby nauczycielka przedstawiła paragon zakupu tej kiecki. Żeby było wiadomo, po ile mamy się zrzucić (zupełnie jak z tą szybą u sklepikarza!). Ale ponieważ Kopciowa nie posiadała paragonu, stanęło na tym, że odda spódnicę do pralni i gdyby udało się ją wyczyścić, pokryjemy tylko koszty prania. Ciuch udało się wyczyścić i kosztowało nas to po niecałe dwa złote od łebka.

Ale uwaga w dzienniku została. No i teraz przez tę uwagę mogliśmy mieć obniżone sprawowanie na świadectwie. Przed końcem roku szkolnego tylko cud mógł nas uratować.

Po tym porannym wybuchu matczynej złości i miłości (albo odwrotnie, jak kto woli) wyszedłem z mieszanymi uczuciami do szkoły. Mieliśmy mieć pięć godzin i jeszcze kółko historyczne, które prowadził Barszczu – „gratis, ale z powołania” – jak sam stwierdził, gdy pierwszy raz spotkaliśmy się kilka tygodni temu.

Na kółko zapisałem się ja, Kisiel, Kaśka i Baśka Góreckie oraz Jagoda Szczepańska, jednak ta ostatnia zrezygnowała już po drugich zajęciach. Podobno musiała chodzić na gimnastykę korekcyjną w tym samym czasie, ale kto ją tam wie… 

Została więc nasza paczka z „Herkulesa”. Barszcz nie był chyba zadowolony, że tylko cztery osoby „zaszczyciły go swoją obecnością” (skąd ten facet bierze takie teksty?), ale jak dla mnie, to było OK. Zgrana ekipa – zero obciachu.

– Siemka – rzucił Kisiel, gdy pojawiłem się w szatni.

Przybiliśmy piątkę. Zaraz za mną przyszły bliźniaczki – Kaśka i Baśka Góreckie. Ich rodzice, po aferze z weneckim starodrukiem, postanowili, że córki będą jednak chodziły do jednej szkoły. Wybrali naszą. I dobrze.

Właściwie to po tej całej aferze myśleliśmy, że zabronią nam spotykać się w naszym Klubie Detektywów „Herkules”. Ale okazało się, że nie mają nic przeciwko temu, żebyśmy wspólnie spędzali czas. Tylko zimą mieliśmy przerwę, bo w szałasie, zbudowanym przez dziewczyny, było jednak trochę zimno. Spotykaliśmy się więc a to u mnie, a to u Kisiela, a to znowu u Góreckich. I nadal w konspiracji. Oczywiście, że nasi rodzice wiedzieli o wszystkim – no, może o prawie wszystkim – ale w szkole? Nieee… Tutaj społeczeństwo żyło w błogiej niewiedzy. Wyjątkiem był Barszcz.

– Jak jest? – przywitała się pierwsza z bliźniaczek.

– Spoko – wykrzywiłem usta i pokręciłem głową.

– Coś nie tak?

– Nie, nie. Wszystko w porządku, tylko mama… Wiecie, jak to jest z mamami.

Zrzuciły sandały i wbiły się w trampki – jak na bliźniaczki przystało – identyczne.

– Nie przejmuj się – wtrąciła Kaśka. – Nasi starzy też zrobili nam wczoraj wykład. Na temat pogawędek przez komórkę.

– A u ciebie? – Baśka spojrzała na Kisiela. – Wszystko gra?

Machnął ręką.

– Ja już jestem przyzwyczajony.

Wybuchnęliśmy śmiechem.

Tak. Niełatwo jest mieć ojca gliniarza. Ale przynajmniej w szkole Paweł mógł się czuć nietykalny. Nawet ten Krzysiek z 3A, który miał na sumieniu to i owo, bał się go ruszyć. Przyznam, że bliższe kolegowanie się z Pawłem i nam wychodziło na dobre.

Podreptaliśmy na lekcje, które minęły bez większych rewelacji. Chyba że do rewelacji zaliczyć kolejny popis matematycznego antytalentu – Marcina Mazurkiewicza – który miał na tablicy narysować okrąg i obliczyć jego obwód, a zabrał się do tego, sięgając po olbrzymiastą… ekierkę.

Zaraz po lekcjach zjawiliśmy się pod klasą, gdzie normalnie mamy historię, i czekaliśmy na Barszcza. Przyszedł, wyraźnie czymś strapiony.

– Wskakujcie – otworzył drzwi i machnął ręką.

Weszliśmy w milczeniu. Zajęliśmy miejsca w pierwszych ławkach – my z Kisielem po drugiej stronie nauczycielskiego stolika, bliźniaczki – w środkowym rzędzie. Barszcz nadal błądził myślami gdzieś poza pomieszczeniem. Chyba nawet poza szkołą.

– Stało się coś? – zaszczebiotała Baśka. Nauczyciel spojrzał na nią niepewnie, a potem przebiegł wzrokiem po pozostałych osobach.

– Nie… – zaskrzeczał, ale jakoś wcale nas nie przekonał.

– Niech pan powie – wypaliłem. Nauczyciel westchnął głęboko, oparł się łokciami o swoje biurko i pokiwał głową.

LIST

– Dobrze – zgodził się. – Ale dzisiejsze zajęcia przeprowadzimy w terenie. Co wy na to?

– W jakim znowu terenie?

– Przejdziemy się – wskazał za okno.

– Dokąd?! – zapytał niepewnie Kisiel.

– Niedaleko.

Nauczyciel podniósł się od biurka i podparł pod boki. Uśmiechał się do nas, a ja czułem, że szykuje nam jakiś głupi kawał.

– Niech pan powie – poprosiła Baśka.

– Wiecie, gdzie jest ulica Sienkiewicza?

– No jasne! – odparliśmy niemal chórem.

– Niedaleko centrum. Tam, gdzie główna poczta i bank… – dodałem.

– Zgadza się – pokiwał głową. – Przy ulicy Sienkiewicza znajduje się także miejska biblioteka, co nie?

– Tak. Z wielkimi zielonymi oknami – przyznała mu rację druga Górecka.

– A pamiętacie ten stary budynek z czerwonej cegły, który jest z tyłu biblioteki?

Zamyśliliśmy się, marszcząc czoła.