Wydawca ebooka: WAB Wydawca audiobooka: Heraclon International Sp. z o.o. Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 162 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 4 godz. 5 min Lektor: Piotr Borowski

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 4 godz. 5 min Lektor: Piotr Borowski

Opis ebooka Czarny Maciek i wenecki starodruk - Dariusz Rekosz

Pościgi samochodowe, policyjny helikopter, bomba i skradziony starodruk - wbrew pozorom to nie film akcji a najnowsza powieść Dariusza Rekosza. W ręce Kaśki Góreckiej wpada niezwykle cenna książka pochodząca z XVIII wieku. Miała być sprzedana na czarnym rynku, jednak dziewczynie udało się wykraść ją przestępcom. Razem z Czarnym i Kisielem wyruszają w szaloną podróż do Włoch, aby oddać starodruk właścicielowi. Przeszkodzić im chce najprawdziwsza szajka przemytnicza... Jednak w zetknięciu z młodymi detektywami to przestępcy powinni czuć się zagrożeni! Wartka akcja, wielka przygoda i kryminalna zagadka - Czarny Maciek i wenecki starodruk to książka, od której nie można się oderwać nawet na chwilę!

Opinie o ebooku Czarny Maciek i wenecki starodruk - Dariusz Rekosz

Fragment ebooka Czarny Maciek i wenecki starodruk - Dariusz Rekosz

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2010

Wydanie I 

Warszawa 2010

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o. o.

LIŚCIK

Właściwie powinienem rozpocząć od środowego polaka. To znaczy od lekcji języka polskiego, mówiąc oficjalnie. Kopciowa, czyli nasza nauczycielka, omawiała tego dnia jakąś szczegółową różnicę pomiędzy czymś-tam a czymś-tam. Nie bardzo słuchałem, bo gramatyka w ogóle mnie nudzi. Tymczasem pani Maria Kopeć w najlepsze ciągnęła swój arcynudny wywód. W pewnej chwili niepostrzeżenie sięgnąłem do plecaka i wyciągnąłem sudoku. Wiecie, taką układankę z cyferkami. Zasada jest prosta: w każdym rzędzie, w każdej kolumnie i w tych mniejszych kwadratach trzeba wpisać cyfry od jednego do dziewięciu w ten sposób, żeby się nie powtarzały. Kiedyś kupowałem gazety albo takie specjalne krzyżówki, w których były drukowane diagramy do sudoku, i w każdej wolnej chwili smarowałem rozwiązania ołówkiem, długopisem, kredką albo czymkolwiek, co miałem akurat pod ręką. Pewnego razu mama zezłościła się na mnie, bo znalazłem sudoku w jej kolorowej gazecie. Wypełniłem cały diagram czarnym flamastrem. Zaliczyłem tylko dwie pomyłki, ale zaraz poprawiłem i było cacy. Niestety okazało się, że akurat w tych dwóch miejscach flamaster przebił się na drugą stronę i doszczętnie zamazał przepis na faszerowanego kurczaka, którego mama chciała przygotować specjalnie dla taty na przyjęcie z okazji rocznicy ślubu. Domyślacie się, że nie była zachwycona. Musiałem pędem biec do kiosku i ze swojego kieszonkowego odkupie jej tę gazetę. Wydałem prawie dziewięć złotych, masakra! Mamę najwyraźniej wzruszyło moje honorowe zachowanie, bo na urodziny, które miałem tydzień temu, kupiła mi… elektroniczne sudoku! Mówię wam, zupełnie odlotowe! Ma taki mały wyświetlacz, cztery przyciski z różnymi funkcjami i mieści się w kieszeni mojej ulubionej, granatowej kurtki. No i najważniejsze – ma chyba z milion kombinacji, które trzeba ułożyć. To właśnie owo elektroniczne cudo całkowicie mnie wciągnęło, kiedy pani Kopeć bajdurzyła coś o odmianie rzeczowników przez przypadki w liczbie mnogiej. Błeeee… Cała klasa pochyliła się nad zeszytami, pewnie żeby coś zanotować. Pochyliłem się i ja, ale tylko dla niepoznaki, i wylosowałem jedno z trudniejszych zadań. Dopasowywałem w myślach cyferki, a potem wstawiałem je w odpowiednie miejsca, kiedy poczułem lekkie klepnięcie w ramię. Niechętnie oderwałem się od gry, sądząc, że to Kisiel, czyli Paweł Kisielewicz, mój kumpel, który siedzi ze mną w jednej ławce. Podniosłem wzrok i w tej samej chwili skamieniałem. To była pani Kopciowa. Stała, świdrując mnie wzrokiem. Pomyślałem, że zaraz pewnie palnie takie kazanko, że aż mi w pięty pójdzie. A klasa będzie mi dogryzać przez najmarniej tydzień.

– Czerny! Nie słyszałeś pytania? – Powiedziała to w taki sposób, że po plecach przeszły mi ciarki.

Wstałem. Gwoli ścisłości – Czerny to moje nazwisko. Chociaż, jak łatwo się domyślić, wszyscy w klasie mówią na mnie Czarny.

– No, Maćku? – głos polonistki nieco złagodniał.

Teraz już wiecie, jak mam na imię.

– Podpowiadać! – zasyczał Kisiel, chyba trochę za głośno.

– Co proszę? Podpowiadać? – zareagowała Kopciowa. – Wstań, Kisielewicz!

Paweł podniósł się ze zrezygnowaną miną.

– Nie sądzisz chyba, że koledze Czernemu trzeba podpowiadać? – kolejne pytanie Kopciowej nie doczekało się odpowiedzi.

W klasie zapadła cisza jak makiem zasiał. Spojrzałem na tablicę w nadziei, że znajdę tam jakąś wskazówkę. Nic z tego. Tablica była pusta. Musiałem dać za wygraną.

– Czy mogłaby pani powtórzyć pytanie? – odezwałem się słabym głosem, całkiem zbity z tropu.

Cała klasa zastygła w bezruchu. Wszyscy doskonale wiedzieliśmy, jak ostra jest Kopciowa. Moje pytanie musiało jej się wydać szczytem bezczelności.

– Powtórzyć? Bardzo proszę! – Uśmiechnęła się z przekąsem. – Odmień przez przypadki rzeczownik „liceum”. Ale w liczbie mnogiej – dodała bezlitośnie.

Wyprostowałem się. W głowie miałem zupełną pustkę.

– Kisielewicz, siadaj! – zgromiła mojego kolegę, a do mnie odezwała się łagodniej: – Słuchamy uważnie, Maćku.

– Więc tego… liceum. To w liczbie mnogiej będą „liceumy”?

Kopciowa zrobiła taką minę, jakby przed chwilą zjadła nieświeże jajko.

– Jak? – zapytała, mrużąc oczy.

– Nieeee… Oczywiście, że nie „liceumy”, tylko „licea” – powiedziałem i poczułem się nieco pewniej. – Kto, co? Licea. Kogo, czego? Liceów. Komu, czemu?… komu, czemu? – niespodziewanie zaciąłem się przy celowniku. Wszystkie te „umy”, „ea” i inne kombinacje słowa „liceum” pomieszały mi się do tego stopnia, że ani w ząb nie mogłem ruszyć z miejsca z nieszczęsną odmianą.

– Kto pomoże koledze? – zapytała nauczycielka.

Kaśka z drugiej ławki natychmiast podniosła rękę, a chwilę po niej jeszcze Ulka, a jakże. Reszta siedziała jak zaczarowana.

– Słucham, Kasiu – dobrotliwym głosem odezwała się Kopciowa.

– Proszę pani! – wyrwałem się. – Ja już wiem!

– Za późno! Mów proszę, Kasieńko.

Kasieńka-lizuska uśmiechnęła się słodko i wstała.

– Liceom, licea, z liceami, o liceach i wołacz – o, licea!

Wyrecytowała jak z nut i wyszczerzyła zęby.

– Bardzo dobrze, siadaj.

I znowu oczy wszystkich skierowały się na mnie.

– I co ja mam z tobą zrobić? – zapytała Kopciowa.

Zrezygnowany wzruszyłem ramionami.

– Jedynki ci nie postawię, ponieważ to nowy materiał, ale oddasz mi ten magiczny przedmiot – powiedziała, wskazując na moje sudoku.

Posłusznie podałem jej grę i mina jeszcze bardziej mi zrzedła.

– Przekażę go waszemu wychowawcy. Zgłosisz się do niego po odbiór i opowiesz o wszystkim. Niech on da ci naganę. Zresztą, jak widać, to coś – pomachała moim sudoku – wybitnie przeszkadzałoby ci ukończyć gimnazjum i dostać się do liceum – ostatnie słowo specjalnie podkreśliła, po czym obróciła się na pięcie.

W tej samej chwili zadzwonił dzwonek na przerwę. Wszyscy zerwali się z ławek. To znaczy wszyscy oprócz mnie, bo ja ciągle przecież stałem. Kopciowa krzyknęła:

– Spokój! Zapiszcie jeszcze pracę domową!

Pomruk niezadowolenia przetoczył się przez klasę.

– A właściwie nie. Dzisiaj wyjątkowo niczego wam nie zadam.

– Hurrraaaaa…!

W ruch poszły plecaki, pakowane w mgnieniu oka, a potem cała Ic wypadła jak burza na korytarz. Wyszedłem ostatni. Nie ucieszyłem się nawet z tego, że nic nie mieliśmy zadane. Pamiętałem o czekającej mnie rozmowie z Barszczem. Barszcz to nasz wychowawca. Naprawdę nazywa się Barszczykowski. Uczył nas historii, a w starszych klasach również gegry. Fajny gościu, ale gadka z nim na temat mojego sudoku nie wydawała mi się już taka sympatyczna. Zwłaszcza że historia miała być już za dwie godziny. Co ja mu powiem? Kłamać nie ma sensu, bo Kopciowa pewnie wszystko i tak mu zrelacjonuje… Teraz jednak trzeba było myśleć o innych rzeczach. Mieliśmy jeszcze angielski i matmę. Podszedł do mnie Kisiel.

– Sorry, stary, że nie ostrzegłem cię w porę.

Wsadziłem ręce do kieszeni i wzruszyłem ramionami.

– Nie ty jeden. – Kiwnąłem głową w stronę naszej klasy.

– Ale wiesz… Trochę mi głupio… I z tym podpowiadaniem…

– Spoko, jakoś przeżyję.

W tym momencie zjawiła się przy nas Kaśka. Wyobraźcie sobie, po tym wszystkim uśmiechała się do mnie jak gdyby nigdy nic.

– I co, Czarny? Kopciowa dała ci popalić, aż się kopciło, ha, ha, ha!

– Również dzięki tobie – odgryzłem się.

– Nie przesadzaj, mój drogi.

Mówiąc to, sięgnęła do kieszeni i wyjęła jakieś dwa świstki. Jeden z nich wręczyła mnie, a drugi Kisielowi.

– Co to? – zapytał.

– Sami zobaczcie – zaszczebiotała. – Takich rzeczy nie mówi się publicznie.

Co ona sobie wyobraża? – pomyślałem i już miałem rozwinąć zawiniątko, gdy zadzwonił dzwonek, oznajmiając koniec przerwy. Chwyciliśmy plecaki i polecieliśmy pod salę, w której miał być angielski. Na tej lekcji postanowiłem już uważać, Kisiel zresztą też. Umówiliśmy się, że te „tajne” zapiski Góreckiej (czy mówiłem już, że tak właśnie nazywa się Kaśka?) przeczytamy na następnej przerwie. Ledwie mogliśmy usiedzieć do końca lekcji…

HERKULES

Po angielskim była długa przerwa, więc mieliśmy sporo czasu i na kanapkę, i na przeczytanie liściku od Kaśki. Siedliśmy z Kisielem pod parapetem, tuż przy kaloryferze na drugim piętrze i zabraliśmy się do odszyfrowywania jej tekstów. Każdy liścik był inny. W moim napisane było: „COCCINELLA – idź na zachód. Miniesz 50, 52, 54 i dotrzesz do celu. Zapraszam dzisiaj na godz. 16.00”. A w Pawła jeszcze lepiej: „BELLIS – ME – DICUS – dziura w płocie. Zapraszam dzisiaj na godz. 16.00”.

– Co za bzdury! – wybuchnął Kisiel, o mało nie krztusząc się kanapką z pasztetem.

– Chce się z nami umówić.

– Co takiego?

– Wyraźnie gdzieś nas zaprasza.

– Niby gdzie?

– Nie mam pojęcia. Ale i ty, i ja mamy tam być o czwartej.

– Górecka ma chyba nierówno pod sufitem.

– Popukał się w czoło i chapsnął kolejny kęs kanapki.

– Albo po prostu chce nas sprawdzić – dałem mu pod rozwagę inną możliwość.

– Sprawdzić? A co to my jesteśmy? Króliki doświadczalne?

– Nie, Kisiel. Nie o to chodzi. Ja myślę, że ona chce sprawdzić, czy w ogóle rozszyfrujemy te teksty – mówiąc to, wskazałem na liściki.

– Ale po kiego grzyba?

– Nie wiesz? Nie zauważyłeś?

– Czego?

– No, że Kaśka zawsze próbuje być szefową wszystkiego?

– Szefową?

– Jasne! Gdzie tylko się coś dzieje, ona musi być pierwsza. Jak tylko ktoś coś organizuje, panna Katarzyna od razu – ciach! I chce wodzić prym.

– I przez to uważa się za lepszą?

– Czy za lepszą, to nie wiem, ale na pewno za inteligentniejszą od całej reszty.

– Phi! – parsknął. – I myślisz, że stąd te szyfry? – Pomachał swoim świstkiem.

– Tak sądzę – przytaknąłem. – Chce nam pokazać, że jesteśmy barany i nie mamy co się z nią równać.

– Akurat!

– Kisiel, i ty to wiesz, i ja to wiem. Mnie się zdaje, że ona chce zagrać nam na nosie. Wiesz…

– W jaki sposób?

– Zaprosiła nas dzisiaj na spotkanie. Pomyśl. Jak kogoś zapraszasz, to co podajesz?

– Termin i miejsce.

– Właśnie. Termin znamy – dzisiaj o czwartej po południu.

– A miejsce?

– To właśnie mamy rozszyfrować.

Umilkliśmy na chwilę. Każdy z nas przyglądał się swojej karteczce. Co to, do diabła, znaczy „coccinella”? Brzmi jak nazwa jakiegoś płynu do płukania tkanin albo czegoś w tym rodzaju. U Pawła nie lepiej – „bellis – medicus”. To całkiem jak „piękny lekarz”. Co za bzdury!

– Słuchaj! – Kisiel właśnie skończył jeść kanapkę i szarpnął mnie za rękę.

– No?

– Jeżeli i ze mną, i z tobą umówiła się o szesnastej, to w jaki sposób się dowie, że obaj rozszyfrowaliśmy te idiotyczne hasła? Przecież się nie rozdwoi?

Zastanowiłem się. Hmm… Miał rację.

– Chyba że miejsca, do których mamy dotrzeć, znajdują się niedaleko od siebie, lub można je obserwować z jednego punktu…

– Taaaaa… Zapewne Kaśka poleci balonem i przez lunetę przyfiluje, czy Czarny z Kisielem dotarli w wyznaczone miejsca. – Roześmiał się, po czym machnął ręką.

Zadzwonił dzwonek, wzywając na lekcję.

– Teraz niczego nie wykombinujemy – powiedziałem i zerwałem się na równe nogi. – Chodźmy na matmę.

– No i na historię.

Psiakrew! Musiał mi o tym przypominać?

– W porządku. Po lekcjach lec do chaty i siadaj do kompa. Niewykluczone, że te dziwaczne słowa znajdziemy na przykład w Wikipedii.

– Dobra – przytaknął i poszliśmy na matmę.

Lekcja minęła piorunem. Jak dla mnie, to mogłaby trwać i trwać. Wszystko przez to moje sudoku i rozmowę wiszącą nade mną jak miecz Damoklesa. Myślałem, że już z miejsca Barszcz wyrwie mnie pod tablicę, wyjaśni, że gimnazjum to nie przedszkole, a potem wymagluje z jakiegoś zabójczego tematu. A tu nic! Zachowywał się, jakby nic się nie stało. A przecież Kopciowa musiała się z nim widzieć, chociażby podczas długiej przerwy. Dopiero kiedy zadzwonił dzwonek, wychowawca spojrzał na mnie i spokojnie powiedział:

– Maćku, zostań na chwilę.

Po czym zwrócił się do klasy:

– Reszta jest wolna.

Cała klasa pognała do szatni, a ja zostałem sam na sam z Barszczem, który niespiesznie wydobył moją gierkę z kieszeni i położył ją na blacie swojego stolika.

– No i co? – zapytał.

Nic nie odpowiedziałem. Usiadł, a ja stałem jak słup soli.

– Zastanawiałem się, czy nie oddać tej zabawki twoim rodzicom na najbliższym zebraniu, ale pewnie nie byłbyś zadowolony?

– Pewnie nie – wzruszyłem ramionami.

– Więc zabieraj to – wskazał ruchem głowy na sudoku – i żebym więcej o tym nie słyszał.

– Mogę? Na serio?

– Tak. Pod jednym warunkiem.

Spodziewałem się tego. Nie ma nic za darmo.

– Właściwie pod dwoma warunkami.

Coraz lepiej, dodałem w myślach.

– Po pierwsze, co jest chyba oczywiste, nie chcę tego więcej widzieć w twoich rękach na terenie szkoły. Jeżeli dowiem się, że przyniosłeś sudoku, to choćbyś je miał na dnie plecaka – nie daruję! Zrozumiano?

– Zrozumiano – potwierdziłem i wyprężyłem się jak na musztrze.

– Warunek drugi. Powiesz mi, gdzie mogę kupić coś takiego.

Mimowolnie parsknąłem śmiechem.

– Tylko bez śmichów-chichów, Czerny!

– Ale ja naprawdę nie wiem.

– Jak to nie wiesz?

– Dostałem to od mamy.

– Aha.

– Myślę, że kupiła to w jakimś sklepie z zabawkami.

– Z zabawkami?

– Tak.

– Dobra. – Uśmiechnął się. – Tylko nikomu ani słowa, w porzadku?

Byłem wniebowzięty.

– No jasne!

– A teraz zmiataj do domu – powiedział i machnął ręką w stronę drzwi. – Mam nadzieję, że docenisz moje zaufanie.

– Myślałem, że dostanie mi się ochrzan…

– I co by to dało?

Nie odpowiedziałem. Zabrałem plecak, moją grę i rzuciwszy „do widzenia”, poleciałem jak na skrzydłach w stronę szatni. Na tym się skończył dywanik u Barszcza. Zmieniając buty, stwierdziłem, że miał absolutną rację. Gdyby mnie zbeształ – czego zresztą się spodziewałem – pewnie nie czułbym do niego takiej sympatii. Jak to mówią dorośli – dał mi kredyt zaufania. Nie ma co. Od jutra sudoku zostaje w domu. Nałożyłem kurtkę, zarzuciłem plecak i szybkim krokiem wyszedłem z budy.

Do domu dotarłem w dziesięć minut, chociaż czasami ta sama droga zajmowała mi godzinę. Ale nie dziś. Musiałem się spieszyć, żeby nie wyjść przed Kaśką na gamonia. Ciekawe, co wykombinował Kisiel? W domu mama zauważyła mój pośpiech.

– Tylko się nie udław – upomniała mnie przy obiedzie.

– Spoko, mamo – uspokoiłem ją.

– A dokąd to się wybierasz?

Zamarłem na chwilę.

– Skąd wiesz, że będę wychodził?

– Widzę, że się spieszysz, poza tym nie schowałeś butów do szafki, więc pewnie będą ci jeszcze potrzebne.

Ach, ta moja mama. Mogłaby być super-agentką!

– Umówiłem się z Kisielem – skłamałem połowicznie.

– Z kim?

– No z Pawłem Kisielewiczem.

– Mhm – mruknęła, jakby czekała na dalsze wyjaśnienia.

Starałem się nie patrzeć jej w oczy, tylko pędem dokończyłem drugie danie i wymknąłem się do swojego pokoju. Włączyłem komputer. Zaraz też uruchomiłem stronę z Wikipedią i wystukałem „coccinella”. Nawet nie wiecie, jakie było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłem wynik mojego poszukiwania. Coccinella to po łacinie… biedronka. Normalna biedronka, taka czerwona w czarne kropki. Spojrzałem ponownie na kartkę, otrzymaną od Góreckiej. „Coccinella – idź na zachód”. Brzmiało to zupełnie jak początek drogi, którą miałem przebyć, żeby dotrzeć do celu. „Biedronka – idź na zachód. Miniesz 50, 52, 54…” – zaraz, zaraz! Coś zaczynało mi świtać. Na naszym osiedlu jest taki sklep – Biedronka. A niedaleko są też bloki z numerami od 40 do 64. Lecę! Wbiłem się w buty i w biegu chwyciłem kurtkę.

– Będę za godzinkę! – rzuciłem w stronę mamy, zanim trzasnąłem drzwiami.

– Tylko uważaj na… – tyle usłyszałem.

Ostatnie słowo to było chyba „siebie”. Mama zawsze tak mówi, kiedy wychodzę na dwór. Dobrze, że tato pracował dziś na drugą zmianę. To pomogło mi uniknąć zbędnych pytań.

Pod Biedronką byłem po dwóch, może trzech minutach. Rozejrzałem się wokół. Nic ciekawego. Kilka zaparkowanych samochodów, jacyś ludzie z siatami – normalka. Zorientowałem się, gdzie słońce zachodzi, i ruszyłem w tamtą stronę. I wyobraźcie sobie, że droga prowadziła wzdłuż kolejnych bloków, ponumerowanych 50, 52 i 54! Dokładnie tak jak w moim liście. To znaczy w liście od Kaśki. Przeszedłem obok ogródków działkowych, potem koło budki, gdzie sprzedają chleb, a na końcu skręciłem za stary pawilon, który zdaje się był kiedyś magazynem sklepu z butami. Za pawilonem rosło kilkanaście drzew i gęste krzaki. Na tych krzakach latem pojawiają się białe kulki. Jak się je rozdeptuje, to fajnie strzelają. Ale teraz ledwie pokryły się świeżymi listkami. W końcu mieliśmy kwiecień. Stanąłem pomiędzy drzewami i rozglądałem się niecierpliwie na wszystkie strony. Wyjąłem komórkę. Była za pięć czwarta. Kaśka pewnie zrobiła mnie w konia! Ale po co właściwie miałaby się tak wysilać? Zadzwoniłem do Kisiela. Ciekawe, gdzie go poniosło. Jeśli w ogóle dał się na to nabrać. Lecz kiedy usłyszałem w słuchawce pierwszy sygnał, gdzieś niedaleko odezwała się znajoma muzyczka. Wytężyłem wzrok w tamtym kierunku. Melodia nagle się urwała i usłyszałem głos Pawła.

– Słucham?

– Kisiel?

– Nie, święty Antoni!

– Gdzie ty jesteś?

– Za starym pawilonem.

– Na naszym osiedlu?

– Ehe…

– Tu, gdzie kiedyś była „buciarnia”?

– A ty skąd wiesz?

– Bo ja też tu jestem.

– Bez numerów!

– Serio! Idź w stronę działek.

Wysapał coś do komórki, po czym usłyszałem, jak ktoś przedziera się przez krzaczory, które miałem za plecami. Po chwili zobaczyłem zasapanego Kisiela. Wyłączyliśmy telefony.

– Ale jazda! – Uśmiechnąłem się.

– No! – przyznał. – Tylko co to wszystko znaczy?

– Sam mi wytłumacz!

– W moim liście była „bellis”, czyli „stokrotka”. Domyśliłem się, że chodzi o ten sklep, wiesz… koło przedszkola.

– Nieźle! Bo u mnie była Biedronka!

– Ha! A Medicus to przecież nazwa naszej przychodni zdrowia.

– No jasne! – Palnąłem się w czoło.

– No i poszedłem uliczką od Stokrotki obok Medicusa. I wyobraź sobie, że w ogrodzeniu za przychodnią rzeczywiście znalazłem dziurę w płocie!

– Skąd ta Kaśka… – zacząłem, ale nie dokończyłem.

– Brawo, koledzy! – usłyszeliśmy gdzieś za nami.

Natychmiast wykonaliśmy zwrot o sto osiemdziesiąt stopni, ale widok przesłaniały nam gęste krzaki. Wydawało mi się, że tuż nad nimi sterczą jakieś dechy. Kiedy udało się nam przez nie przedrzeć, stanęliśmy jak wryci. W czymś na kształt prowizorycznego domku siedziała sobie najspokojniej w świecie Kaśka Górecka. Przycupnęła na jakimś starym krzesełku, założyła nogę na nogę i uśmiechała się głupkowato.

– No, no. Muszę przyznać, że nie daliście plamy – powiedziała i spojrzała na nas, szczerząc zęby.

– Co to wszystko ma znaczyć? – zapytałem kompletnie zdezorientowany.

Weszliśmy do środka. Kaśka wstała.

– Zdaliście egzamin.

– Odbiło ci do reszty? – Kisiel wyglądał na zdenerwowanego. – Może w końcu powiedz, po co kazałaś nam tu przyjść?

– I po co ta cała konspiracja? – dodałem.

– Właśnie!

Kaśka milczała dłuższą chwilę, przyglądając się nam uważnie.

– Ponieważ mam dla was pewną propozycję.

– Propozycję?

– Tak. Już od zeszłego półrocza planowałam, żeby założyć coś w rodzaju… klubu.

– Jakiego znowu klubu? O czym ty mówisz? -starałem się zrozumieć całą sytuację.

– O rany! Ale wy jesteście trudni!

– No! Tylko bez takich tekstów.

– Dobra, przepraszam – powiedziała ugodowo i uśmiechnęła się.

– Powiesz wreszcie, o co ci chodzi?! – zawołał mocno już poirytowany Kisiel.

Zawahała się przez chwilę.

– W porządku. Skoro tu trafiliście, to znaczy, że nie jesteście takimi głąbami, na jakich…

– Znowu zaczynasz nas obrażać?

– Zaczekaj! – powstrzymałem go. – Mów – zwróciłem się do Góreckiej.

– Słuchajcie. Chodzimy razem do jednej klasy już prawie rok, tak?

– Tak – przyznaliśmy chórem.

– Nie zauważyliście do tej pory, że czasami w naszej szkole dzieją się dziwne rzeczy?

– Dziwne?

– A to komuś coś zginie, a to ktoś zrobi jakiś głupi kawał… i niepotrzebnie zniszczy, na przykład te kolorowe tablice w sali od biologii. Pamiętacie?

– Kaśka, przecież to normalne! Jak w każdej budzie!

– No tak, ale ja bym chciała, żeby w naszym gimnazjum było inaczej.

– Inaczej?

– Wiecie, żeby nie było tego wszystkiego…

Zaczynałem jarzyć. Spojrzeliśmy na siebie z Kisielem. Przekrzywił głowę, jakby chciał powiedzieć „eee… nie da rady”.

– Opowiadaj dalej – poprosiłem.

– Zauważyłam, że z całej klasy to właśnie wy macie najrówniej pod sufitem.

– O! Wielkie dzięki! – odparł cynicznie Paweł.

– Dlatego pomyślałam sobie, że wspólnie moglibyśmy stworzyć paczkę.

– Paczkę?

– Tak. Żebyśmy mieli wspólny klub. Oczywiście w tajemnicy przed wszystkimi. Nasza paczka pomagałaby rozwiązywać wszystkie te niefajne sytuacje w szkole.

– Co ty? Naprawdę chcesz zostać siostrą miłosierdzia?

– Ojej, no to się nabijajcie! Chyba niepotrzebnie się namęczyłam, żeby was tu ściągnąć.

Usiadła z powrotem na zdezelowanym krzesełku. Zrobiło mi się jej trochę żal.

– Kisiel – przerwałem nieprzyjemną ciszę. – Możemy przecież spróbować.

Widać, że rozważał moją propozycję, a z czachy prawie mu dymiło.

– W sumie…

Rozejrzał się wokół. I ja również. Popatrzyliśmy na dwie „ściany” krzaków oraz deski, przymocowane do drzew stojących po przeciwległej stronie. Na dach ułożony z podobnych kawałków drewna.

– Sama to zrobiłaś? – zapytał.

– Sama. Prawie sama.

– A skąd wzięłaś materiał?

– Ludzie wyrzucili. Tutaj z działek. Walało się koło śmietnika, to zabrałam i przyniosłam.

– Krzesło też?

– Też.

Nie zastanawiałem się już dłużej.

– Dobra. Ja w to wchodzę. Zwłaszcza że jestem pełen podziwu dla Kaśki. Dziewczyna i takie rzeczy… – powiedziałem.

– No to ja też – zgodził się Kisiel.

– Super! – rozpromieniła się i wstała.

Złapała nas za ramiona.

– Świetnie, cieszę się! Słuchajcie! Mam już nawet nazwę dla naszego klubu! „Herkules”. Co o tym myślicie? Aha, wiem już także, czym zajmiemy się na początek…

– Zaraz, zaraz… Momento! – Kisiel przerwał wartki potok jej słów. – Po pierwsze, dlaczego „Herkules”? Po drugie, czemu ty masz o wszystkim decydować? Chyba nie sądzisz, że wstąpię do paczki, w której dziewczyna będzie szefem?

Zerkałem niepewnie raz na Kaśkę, raz na Pawła.

– Nie! Nie… – odparła spokojnie. – Ale po kolei. „Herkules” to na cześć Herkulesa Poirot.

– Kogo? – zapytaliśmy równocześnie.

– Herkulesa Poirot. Czyżbyście nie czytali żadnej książki Agaty Christie?

– Ja… czytałem. Ale to było dawno – ugryzłem się w język, bo tak naprawdę przeczytałem tylko niewielki kawałek i już nawet nie pamiętałem tytułu.

– Otóż Herkules Poirot był świetnym detektywem, bohaterem jej książek. Na maksa odlotowe kryminały! Dlatego chciałabym, żeby nasz klub nosił jego imię. A to miejsce możemy nazywać Szałasem Herkulesa.

– Dobra – zgodził się Kisiel bez większego entuzjazmu. – Może być.

– A szefem nie będę – dodała rezolutnie. – I proponuję, żebyśmy go nie wybierali. Żeby wszyscy byli równi.

Zatkało nas. Kaśka-lizuska, która dzisiaj „dołożyła” mi na polskim, wykombinowała coś tak odjazdowego? Byłem w szoku.