Wydawca ebooka: WAB Wydawca audiobooka: Heraclon International Sp. z o.o. Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 139 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 3 godz. 50 min Lektor: Piotr Borowski

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 3 godz. 50 min Lektor: Piotr Borowski

Opis ebooka Czarny Maciek i tunel grozy - Dariusz Rekosz

Czarny Maciek i pozostała trójka z klubu detektywistycznego „Herkules" znów mają ręce pełne roboty! I wcale nie chodzi o supertrudne zadanie z matmy... Na początku nic nie zwiastuje kłopotów. Klasa Maćka zwyciężyła w wojewódzkim konkursie ekologicznym i w nagrodę jedzie na trzy dni w góry - do zamku Komorowskich w Suchej Beskidzkiej. Na miejscu czeka ich mordercza wyprawa do Zawoi, zajęcia informatyczne i tajemnicza, bardzo cenna niespodzianka, którą... ktoś kradnie! W dodatku ich wychowawca przepada bez śladu. Czyżby miał z tym coś wspólnego? Czarny, Kisiel i siostry Góreckie rozpoczynają prywatne dochodzenie. Czasu jest niewiele. Czy młodych detektywów naprowadzi na ślad dostawca owoców, złamany długopis i stare dokumenty w miejskiej bibliotece? Porywająca historia, tajemne przejścia, niebezpieczny przestępca i podpowiedź, gdzie można zjeść najlepsze lody na świecie.

 

Z recenzji poprzednich książek o Czarnym Maćku:

Zależy mi najbardziej, by młodzi ludzie, czytając moje książki, świetnie się bawili, ale też uczyli czegoś nowego... Bo czary miną, a wiedza, logika i przygoda pozostaną na zawsze.

„Gazeta Wyborcza"

 

Warto poznać Czarnego, bliźniaczki - Kaśkę i Baśkę i Kisiela. Książka ta przeznaczona jest dla dzieci powyżej 9 lat i znakomicie wpisuje się w realia tego wieku. Słownictwo używane przez autora jest jak żywcem wyjęte z przerwy w szkole podstawowej czy gimnazjum. Mali bohaterowie mają problemy z nauczycielami i mówieniem prawdy rodzicom. Są to jednak dobre dzieciaki, które dzięki swojej odwadze, ale i lekkomyślności podejmują nierówną walkę z bandytami.

strefamamy.pl

 

Książka przekorna wobec literackich mód. [...] Rekosz rezygnuje z popularnych schematów, terminuje u najlepszych - widać tutaj ślady twórczości Edmunda Niziurskiego, Janiny Zającówny czy Joanny Chmielewskiej.

Damian Gajda, kultura.onet.pl

Opinie o ebooku Czarny Maciek i tunel grozy - Dariusz Rekosz

Fragment ebooka Czarny Maciek i tunel grozy - Dariusz Rekosz

Redaktor serii: Natalia Sikora

Redakcja: Jadwiga Piller-Rosenberg

Korekta: Joanna Stryjczyk, Ilona Kosior

Projekt graficzny serii, I strony okładki i ilustracje we wnętrzu: Olga Reszelska

Projekt logo serii: Joanna Rusinek

Skład i łamanie: www.pagegraph.pl

Wydawnictwo W.A.B.

02-386 Warszawa, ul. Usypiskowa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

ISBN 978-83-7747-383-2

Copyright © by Dariusz Rekosz, 2012

Wydanie I

Warszawa 2012

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Zadanie

Pokłóciłem się wczoraj z mamą.

Poszło oczywiście o kompletną bzdurę – o zwykłą chusteczkę do nosa. Wiecie, taką z materiału, nie papierową. Ale najlepiej, jak opowiem od początku.

Wybraliśmy się z tatą, Kisielem i jego ojcem na mecz siatkówki. Hala sportowa w naszym mieście znajduje się w sąsiedztwie starego basenu, który miał być kiedyś wyremontowany, potem chcieli go zlikwidować, aż w końcu zarósł chaszczami, a jedyne, co się przydało, to wielki parking urządzony na tyłach basenu. Wszystko przez sok, który… Ale czekajcie. Właściwie to zaczęło się jeszcze inaczej. Lecz najpierw… Nie. Najpierw przypomnę, kto jest kim.

Kisiel to mój najlepszy kumpel z klasy. Razem z bliźniaczkami Góreckimi – Kaśką i Baśką – tworzymy zgraną paczkę, a w tajemnicy przed wszystkimi spotykamy się w naszym klubie detektywów „Herkules”, który powołaliśmy do życia już jakiś czas temu. Spotkania klubu odbywają się albo w szałasie, który znajduje się na peryferiach naszego osiedla, za starym magazynem z butami, albo – gdy jest zimno – u któregoś z nas w domu. Niektórzy dorośli wiedzą o„Herkulesie”(więc, sorry, trochę przesadziłem z tą tajemnicą), ale założę się, że kolesie z naszego gimnazjum nie mają o nim zielonego pojęcia. I dobrze!

Dla wyjątkowo ciekawskich mamy zawsze jedno wytłumaczenie. Gdyby zapytali nas, dlaczego nasza czwórka spędza ze sobą więcej czasu niż z innymi, to bez namysłu możemy odpowiedzieć, że pomagamy sobie w nauce. Co wcale nie jest do końca nieprawdą. Zdarza się nam bowiem, że zamiast rozwiązywać detektywistyczne zagadki, ślęczymy nad zadaniem z matmy lub fizyki. O! Ostatnio mieliśmy niezłą zagwozdkę.

Dostaliśmy zadanie domowe, żeby obliczyć sumę wszystkich naturalnych liczb od jednego do tysiąca. Na początku myślałem, że będzie to dziecinnie proste – zacząłem dodawać kolejno: jeden plus dwa, plus trzy, plus cztery i tak dalej. Dodawałem w pamięci, tylko od czasu do czasu wspomagałem się kartką i długopisem. Niestety gdzieś w okolicach dwudziestu ośmiu wydawało mi się, że się pomyliłem. Sięgnąłem więc po kalkulator i zacząłem wstukiwać kolejne liczby.

Szybko się zorientowałem, że zanim dojdę do stu, minie kawał czasu, a gdzie tam do tysiąca! Wtedy przyszły siostry Góreckie. Rozsiadły się na moim tapczanie i zaczęły chrupać paprykowe chipsy, które mama podrzuciła mi do pokoju razem z fantą. One też nie miały pomysłu na policzenie tego piekielnego tysiąca.

– Zejdzie nam cały tydzień, żeby to wszystko dodać – wypaliła Baśka.

– Bez przesady – żachnąłem się.

– A co, Czarny? Masz jakiś pomysł? – przejęła pałeczkę jej siostra. – Może na komputerze? – zaproponowała.

– Nie no – skrzywiłem się. – Musi być jakiś sposób. Założę się, że to zadanie wymyślono, zanim jeszcze na świecie pojawiły się komputery.

Postanowiliśmy zadzwonić po Kisiela. Zjawił się po kilku minutach. On też ślęczał nad matematyczną zagadką. I też nie wiedział, jak się do tego zabrać.

– Słuchajcie – wysapał. – A może się podzielimy?

– Podzielimy? – zdziwiła się Baśka. – Ale jak?

– Normalnie. Każdy z nas zsumuje tylko część. Na przykład Czarny weźmie od jedynki do dwustu pięćdziesięciu, ty – następną część, do pięćsetki, Kaśka…

– I myślisz, że tak będzie szybciej? – przerwałem. – Dodałem już prawie pierwsze trzydzieści liczb i zajęło mi to sporo czasu, a co dopiero sumowanie ostatniej ćwiartki. W dodatku o pomyłkę nietrudno.

– No to ja nie wiem – rozłożył bezradnie ręce. – Zima nas zastanie, nim to rozwikłamy.

– Nie panikuj!

– A co? Masz jakiś bardziej konstruktywny pomysł?

– Możemy dodawać parami! – wywaliła zęby na wierzch i założyła ręce na piersiach.

– Świetnie. – Paweł zamknął oczy i potarł czoło dłonią. – I to miał być konstruktywny pomysł…

– Główkujcie! – rozkazałem.

Zamilkli. Ale chyba główkowanie nie wychodziło im najlepiej. Kisiel co chwilę wzruszał ramionami, Baśka zaczęła bazgrać coś na kartce, a Kaśka zapatrzyła się na okno, jakby za szybą szukała rozwiązania. Na domiar złego skończyły się chipsy. Dopiłem fantę i przysiadłem na krawędzi biurka.

– Ale z nas detektywi – rzuciłem do reszty naszej paczki. – Ze zwykłym dodawaniem nie potrafimy dać sobie rady…

– Wcale nie jest takie zwykłe! – przerwała Baśka.

– Zgadza się – przytaknął Kisiel.

– A ty? – Spojrzałem na drugą Górecką.

Oderwała się od okna.

– Co ja? – Zamrugała oczami.

– Nic nie gadasz. Wymyśliłaś coś? – Rozłożyłem ręce.

– Jeszcze nie, ale…

– Ale?

– Tu musi być jakiś haczyk.

– Haczyk? Jaki haczyk? – dopytywał się Kisiel.

– Bo ja wiem… Ale nie sądzicie chyba, że przez tyle tysięcy lat żaden ze znanych matematyków nie wpadł na to, żeby rozwiązać tak banalne zadanie, co?

– Banalne?! – zacietrzewił się Paweł.

– Jasne, że banalne. Pewnie rozwiązanie mamy cały czas przed oczami.

– I powiesz mi, że go nie widzimy? – zapytał cynicznie.

– No… tak… – przyznała rozbrajająco.

– Eee… – skrzywił się znowu. – Gadanie…

Wtedy odezwała się komórka Baśki.

– Tak? – zaszczebiotała do aparatu. – Dobrze… Dobrze, mamo.

Rozłączyła się i spojrzała na Kaśkę.

– Co?

– Musimy wracać – zakomunikowała. – Mama chce, żebyśmy pojechały z nią na zakupy.

Kisiel zerknął na swoją komórkę, aby skontrolować czas.

– Ja też muszę już lecieć – oznajmił. – Wyjdę razem z wami.

– A co z zadaniem? – zapytałem.

– Chyba nic nie wykombinujemy, Czarny. – Podrapał się po łepetynie.

– Mów za siebie – obruszyła się Kaśka. – Założę się, że wpadnę na pomysł, jak to zrobić.

Mimowolnie uśmiechnąłem się i poklepałem kumpla po plecach.

– Słyszałeś? Górecka da nam jutro odpisać.

– Dam… albo i nie dam – wystękała, wkładając w przedpokoju adidasy.

– Nie bądź taka.

– Postawicie dobrego hamburgera, colę i frytki, to pogadamy.

– Wypchaj się! – fuknął Kisiel. – Sam znajdę rozwiązanie! A jak nie, to pogadam z mamą. Ona z matmy jest najlepsza na świecie. Zresztą ojciec także.

– To się nie liczy – Baśka stanęła w obronie swojej siostry.

Reszty rozmowy już nie słyszałem, bo odbyła się za moimi drzwiami, na korytarzu, a potem przed blokiem. Wróciłem do pokoju, przykleiłem nos do szyby i jeszcze przez chwilę obserwowałem całą trójkę, jak sprzeczali się, idąc w stronę wąskiego przejścia między budynkami.

W oddali zamajaczyły neony sklepów, które właśnie się rozświetlały. Zapadał zmierzch. Przez chwilę pomyślałem, czy nie pogadać z rodzicami o tym piekielnym dodawaniu, ale stwierdziłem, że to byłoby nie fair. Góreckie okrzyknęłyby mnie lalusiem. Z kolei we dwójkę z pewnością łatwiej było im wykombinować to i owo. Mogły przedyskutować różne pomysły, porównać propozycje albo nawet… pomóc sobie w liczeniu. Czasami żałowałem, że nie mam brata. Została mi gadka z Kisielem – przez telefon albo przez komputer. Popatrzyłem na monitor i machnąłem ręką.

Gapiłem się przez to moje okno i gapiłem, aż zrobiło się całkiem ciemno. Zacząłem ziewać i w końcu poczułem się okropnie śpiący. Zawlokłem się do łazienki, potem wskoczyłem do łóżka i zasnąłem z wyjątkową łatwością. Bez kolacji! Matmy oczywiście nie odrobiłem.

I jak to bywa w sytuacjach stresowych – bo przecież nieodrobienie lekcji trochę stresuje, co nie? – śniły mi się jakieś dziwaczne rzeczy. Śniło mi się najpierw, że ciągle wyglądałem przez okno. Za szybą świeciły się szyldy sklepów – „Warzywa i Owoce” (powinno być jeszcze „oraz Słodycze, Soki i Inne Napoje”, bo asortyment tego sklepu był przeogromny), „Kamasz” (to sklep z butami), „1001 drobiazgów” (chociaż założę się, że wewnątrz było ich z milion), a także „Elektron” (żarówki i takie tam – bez komentarza). Potem dziwnym trafem sfrunąłem z okna na chodnik i przechadzałem się koło tych sklepów. Właściwie to nie przechadzałem się, ale unosiłem nad ziemią. Jakbym lewitował. Dziwaczne uczucie.

Falowałem. Unosiłem się trochę do góry, to znowu w dół. Podpływałem do witryn sklepowych, a potem do ich szyldów. Najdłużej zatrzymałem się przy… „1001 drobiazgów”. Ciekawe dlaczego?

W końcu walnąłem głową w coś twardego i… przebudziłem się. Leżałem w poprzek łóżka. Nogi zwisały mi z jednego boku, a głową opierałem się ścianę. Guz murowany! Pocierając głowę, spojrzałem na zegarek. Co? Do ósmej został tylko kwadrans! Dlaczego mama nie obudziła mnie do szkoły?!

Wybiegłem jak szalony z pokoju.

– Mamo! – krzyknąłem, jakby się paliło.

Pojawiła się w drzwiach sypialni, przecierając zaspane oczy.

– Co się stało? – wydukała.

– Zaspałem!

– Która jest?

– Za piętnaście ósma!

– Rany boskie! Zapomniałam nastawić budzik! – zaskoczyła i poprawiła kapeć, który utkwił jej między drzwiami a podłogą. – Myj zęby! Zaraz zrobię ci śniadanie.

– Zęby? Nie mam czasu! – odkrzyknąłem już ze swojego pokoju.

Zacząłem ubierać się w pośpiechu.

– A śniadanie? – nie dawała za wygraną.

– Kupię sobie coś w sklepiku.

– W jakim sklepiku? – Wsadziła głowę do pokoju.

– W szkolnym.

– Prawda. – Ziewnęła. – Ale zęby… Zęby musisz umyć.

– O, rany! Mamo!

– No, szybko, szybko – poganiała mnie, nie zważając na nieubłaganie upływający czas.

– Nie zdążę…

– Zdążysz, tylko już nie marudź. No, ciach, do łazienki.

Nie było gadania. Musiałem wyszorować zębiska i dopiero wtedy mama wypuściła mnie z domu. Biegłem, ile sił w nogach, żeby nie spóźnić się na pierwszą lekcję, którą w tym dniu mieliśmy z Barszczem, to znaczy z panem Barszczykowskim – naszym wychowawcą. Uczył nas historii i muszę przyznać, że zanim trafiłem do gimnazjum, przedmiot ten nie należał do moich ulubionych. Tutaj sytuacja się odmieniła. Historię wręcz chłonąłem! Jak gąbka! Poza tym sam Barszcz był fajnym facetem. Czasami przypominał zwariowanego naukowca, zamotanego i zamyślonego, ale zawsze potrafił znaleźć czas, żeby porozmawiać z nami jak równy z równym i zapytać, co słychać.

Do klasy wpadłem tuż po dzwonku. Niestety historyk rozpoczął już lekcję.

– Dzień dobry – wydyszałem. – I przepraszam. – Skłoniłem się, po czym posunąłem na swoje miejsce.

Kisiel usłużnie dał mi odpisać temat i zajęcia potoczyły się normalnym rytmem. Przerabialiśmy akurat epokę Łokietka i bitwę pod Płowcami. I gdy w zeszycie wpisywałem rok bitwy, coś mnie tknęło. Tysiąc trzysta trzydziesty pierwszy – 1331. Gdzie ja widziałem niedawno te cyfry? Nie… To nie były te… Zaraz, zaraz. Tak. To było 1001 – tysiąc jeden. No tak! Sklep za moim oknem! I w moim śnie. Poruszyłem się niespokojnie na krześle, które zaszurało trochę nazbyt głośno.

– Czerny! Źle się czujesz? – zapytał nauczyciel.

Wstałem.

– Nie, proszę pana – odparłem najszybciej, jak tylko potrafiłem.

– Siadaj i nie przeszkadzaj!

– Przepraszam – bąknąłem i zająłem się zapisywaniem punktów, które przed momentem pojawiły się na tablicy.

Tysiąc jeden, tysiąc jeden – przelatywało mi przez głowę raz po raz. Dlaczego liczba ta nie dawała mi spokoju? O co biega? Co jest grane? Rozejrzałem się nerwowo po klasie. Bliźniaczki siedziały jakby nigdy nic. I wtedy doznałem olśnienia.

– Maćku, czy ty masz dzisiaj robaki? – usłyszałem ponownie głos historyka.

Klasa buchnęła śmiechem.

– Nie mam.

– Więc siedź i się nie wierć.

– Dobrze – niemal się ukłoniłem.

– Proszę o spokój – zwrócił się do reszty.

Usiadłem wyprostowany, jakbym połknął kij od szczotki, po czym pochyliłem się, zacierając dłonie. Oczywiście, że tak! – ucieszyłem się w duchu. Szturchnąłem wielce zdziwionego Kisiela w ramię, uśmiechnąłem się głupawo do Góreckich i wysunąłem w ich kierunku kciuk.

– Czerny! – zagrzmiał pan Barszczykowski.

Podniosłem się na równe nogi.

– Nie dość, że się spóźniasz, to… Sam nie wiem, co dziś w ciebie wstąpiło!

– Przepraszam, bo…

– Trzeci raz mi przeszkadzasz. Wyjdź za drzwi!

– Ale…

– Nie ma żadnego ale! Idź się przewietrz. Może poczujesz się lepiej.

Wiedziałem, że z naszym wychowawcą nie było dyskusji. Jak postanowił, tak musiało być. W sumie nie miałem mu tego za złe. Dał mi dwie szanse, a ja i tak nie za bardzo mogłem usiedzieć na miejscu. Ale jak miałem to zrobić, skoro w końcu wykombinowałem, jak rozwiązać to przeklęte dodawanie z matmy?!

Pokręciłem się trochę po korytarzu, obejrzałem dwie gazetki ścienne, po czym przysiadłem pod parapetem okna i z niecierpliwością zerkałem na dzwonek, zawieszony pod sufitem. Dzwoń, dzwoń, dzwoń – zaklinałem go. Nie mogłem doczekać się Kisiela i bliźniaczek. Punktualnie o ósmej czterdzieści pięć rozległ się charakterystyczny odgłos końca lekcji. Barszcz wymaszerował z klasy i pogroził mi palcem. Gdy zniknął na schodach, wbiegłem do klasy z impetem i stanąłem przy Góreckich.

– Chodźcie – rozkazałem krótko. – Ty też – skinąłem na Pawła. – Zabierzcie zeszyty do matmy.

Szybkim krokiem – bo do końca przerwy zostały może trzy minuty – przeszliśmy koło szkolnej świetlicy i usiedliśmy na niskiej ławeczce, stojącej pod ścianą, na której wisiały trzy paprotki.

– Co jest grane? – odezwała się w końcu Baśka.

– Macie rozwiązanie? – odpowiedziałem pytaniem.

– Rozwiązanie? Czego? – Kisiel nie zajarzył.

– Tego wczorajszego zadania z matmy. No wiecie, z dodawaniem.

Góreckie popatrzyły na siebie. Z ich min wywnioskowałem, że raczej nie.

– Nie dałem rady – przyznał Paweł.

– A ty? – zapytała Kaśka.

– Ja wczoraj też niczego nie wymyśliłem.

– Więc po co nas tu przywlokłeś?

– Bo… Eureka! – krzyknąłem i uśmiechnąłem się szeroko. – Znalazłem rozwiązanie! Przed chwilą, na historii!

– Jak to?

– Normalnie. Barszcz mnie na nie naprowadził, a właściwie to Łokietek. Chociaż nie. Raczej mi się śniło…

– Czarny! – przerwała Baśka. – Ty masz chyba gorączkę.

– Nie! – Machnąłem ręką. – Słuchajcie.

Nachyliłem się nad nimi.

– Mamy dodać wszystkie liczby od jeden do tysiąca, tak?

– Tak – odparli chórem.

– A jeżeli dodamy pierwszą i ostatnią z liczb? Ile wam wyjdzie?

– Tysiąc jeden – flegmatycznie odezwała się Kaśka.

– A potem drugą i przedostatnią? Czyli dwa i dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć?

– Tysiąc jeden – powtórzyła.

– A trzecią i przed-przedostatnią?

Uśmiechnąłem się szeroko, widząc, jak Paweł otwiera usta, a oczy Baśki robią się wielkie, niczym pięciozłotówki.

– Jak na to wpadłeś?

– Nieważne! – odsunąłem pytanie. – Zobaczcie. – Złapałem za długopis i zeszyt Kisiela.

Otworzyłem go na samym końcu i napisałem:

– Tysiąc jeden. Ile będzie takich par?

– Połowa z tysiąca? – spróbowała Kaśka. – No… Bo łączymy je parami, tak?

– Jasne! – ucieszyłem się i dopisałem: razy pięćset. – Wystarczy pomnożyć… – wskazałem długopisem na obie liczby.

– Tysiąc jeden razy pięćset. To będzie…

– Pięćset tysięcy i pięćset – dokończyła Baśka.

– Zgadza się! – klasnąłem w dłonie.

– Czarny, jesteś niemożliwy.

– E, tam – uśmiechnąłem się. – Przypadek.

Zadzwonili na koniec przerwy. Pognaliśmy na matmę, ale zanim lekcja zaczęła się na dobre, Kisiel nachylił się do mnie i szepnął mi do ucha:

– Mamy z ojcem cztery bilety na mecz siatkówki.

– Na kiedy?

– Na dziś po południu. Myślałem, że pójdziemy całą paczką, wiesz… my i Góreckie, ale on powiedział, żebym zapytał, czy nie wybrałbyś się ze swoim tatą.

– Pewnie! – ucieszyłem się trochę za głośno.

– Ciii… – syknął ktoś z boku.

Niestety ostrzeżenie przyszło zbyt późno.

– Czerny i Kisielewicz – odezwał się matematyk. – Za przeszkadzanie w rozpoczęciu lekcji, za karę wyjdziecie na korytarz. Zaczekacie pod klasą.

– Ale…

– Bez dyskusji!

– Bo my…

– Już! – wskazał na drzwi.

Ze spuszczonymi głowami wyszliśmy z sali.

Nieźle rozpoczął się ten dzień…

Wycieczka

Po południu wybraliśmy się z ojcami na mecz siatkówki.

Pojechaliśmy naszym autem. Pod samą halą stało już całkiem sporo samochodów. Dlatego zdecydowaliśmy się na miejsce parkingowe za starym basenem, o którym wspomniałem wcześniej. Przeszliśmy wąskim chodnikiem wzdłuż metalowego parkanu, który odgradzał kiedyś kąpielisko od reszty parku miejskiego. Po prawej rosły kasztanowce, które przesłaniały widok na halę, po lewej – kilka smukłych brzóz. Oficjalnie nosiła ona nazwę: Hala Widowiskowo-Sportowa „Centrum”.

Wybudowano ją zaledwie kilka lat temu, na miejscu jakichś starych budynków. Tato mówił, że w budynkach tych swoją siedzibę miało pogotowie ratunkowe, a trochę dalej była dyrekcja Miejskiego Przedsiębiorstwa Oczyszczania. Pogotowie przeniesiono jednak w pobliże szpitala numer dwa, a śmieciarki od zawsze wywoziły nieczystości gdzieś na skraj miasta, więc właśnie tam postawiono supernowoczesną spalarnię śmieci i tam też wyekspediowano dyrekcję MPO. Potem wyburzono parterowe budynki i w bardzo krótkim czasie wyrósł niemal w centrum miasta potężny gmach, w którym odbywały się mecze w siatkę, w kosza albo w piłkę ręczną. Czasami nawet i międzynarodowe!

Razem z nami, w kierunku głównego wejścia, maszerowali inni kibice. Niektórzy z nich zabrali ze sobą charakterystyczne szaliki, czapki, trąbki albo inne gadżety, które przydają się na takich imprezach. Przeszliśmy przez bramki, gdzie ochroniarze sprawdzili nasze bilety, zostawiliśmy kurtki w szatni (dostałem blaszkę z numerem 1001 – mówi wam to coś?), a potem zaopatrzyliśmy się w papierowe torebki z popcornem, kartoniki z soczkami oraz po dwie paczki cocacolowych żelek.

Gdy na widowni odszukaliśmy nasz sektor, potem rząd, a w końcu miejsce, okazało się, że dwa rzędy wyżej, dokładnie nad nami, siedzą… Kaśka i Baśka z rodzicami!