Czarny humor czyli o kościele na wesoło - ks. Piotr Pawlukiewicz, ks. Bogusław Kowalski - ebook
Opis

Zbiór anegdot, żartów i zabawnych historii z życia księży, parafii, ślubów i wizyt duszpasterskich oraz wszelkich innych „kościelno-parafialnych” okoliczności, w których nie trudno o komiczne wpadki niepublikowane nigdy wcześniej historie opowiedziane przez legendę polskiego kaznodziejstwa– ks. Piotra Pawlukiewicza i jego serdecznego przyjaciela – ks. Bogusława Kowalskiego

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 114

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


CZARNY HUMOR

CZYLI O KOŚCIELE NA WESOŁO

Ks. Piotr Pawlukiewicz i ks. Bogusław Kowalski dla RTCK

Książka powstała na podstawie treści audiobooków Czarny humor i Czarny humor 2, z wykorzystaniem niepublikowanych wcześniej nowych anegdot i żartów.

© RTCK 2017

Wydanie I

Redakcja: Krystyna Sadecka

Uwagi redakcyjne: Renata Czerwicka

Korekta: Seiton, www.seiton.pl

Rysunki, skład i łamanie: Graphito, www.graphito.pl

Zdjęcia: Piotr Wyszyński (okładka); Piotr Litwic

Projekt okładki: Jakub Kosakowski

RTCK Rób to co kochasz

Dołącz do społeczności ludzi, którzy chcą robić to, co kochają. Zapisz się na www.rtck.pl.

RTCK

ul. Myśliwska 2

33-300 Nowy Sącz

NIP: 734-328-68-44

sklep:www.rtck.pl/sklep

tel. 531 009 119

[email protected]

ISBN 978-83-65927-18-7

Wersja epub i mobi | Graphito studio graficzne, www.graphito.pl

Ksiądz Piotr Pawlukiewicz:

Ktoś kiedyś powiedział, że prawdziwy śmiech można usłyszeć u dzieci i za murami klasztoru. I to się po części sprawdza. Siostry zakonne zawsze są bardzo ciekawe, co tam nowego słychać w świecie... A już szczególnie śmieszne rzeczy dzieją się na obiadach, jubileuszach czy jakichś przyjęciach.

Kiedyś opowiedziałem dwa dobre dowcipy kardynałowi Nyczowi. I od tamtej pory, jak ksiądz kardynał mnie widzi, to pyta: „Masz coś nowego?”.

Chcemy Wam razem z ks. Bogusławem Kowalskim, moim serdecznym przyjacielem jeszcze z czasów seminarium, pokazać Kościół trochę od innej strony. W Kościele, owszem, jest smutek, cierpienie, łzy. Ale jest także miejsce na śmiech!

Pamiętacie, co powiedział Bóg do Kaina? Dlaczego masz smutną twarz? Gdybyś nie zgrzeszył, nie byłbyś smutny. Najgorszym i pierwszym źródłem naszego skostnienia, zlodowacenia, jest grzech, który prowadzi do smutku, widocznego także na twarzy. Nieraz spotykamy kogoś, patrzymy, a on jakiś taki zdołowany. Pytamy, o co chodzi. „Aaa, bo źle spałem, ciśnienie skoczyło, bo mnie ten czy inny, taki i owaki, wkurza”. Wszystko, tylko nie grzech...

Miejscem, w którym wskrzesza się człowieka i jego radość, jest konfesjonał.

Pamiętam, kiedyś siedzę w konfesjonale... Przychodzi chłopak z dziewczyną, obydwoje nosy na kwitnę, że się człowiekowi odechciewa... No i w końcu ona mówi:

– To idź ty.

– Nie, to ty idź pierwsza.

– Idź ty.

A po spowiedzi?

Klęczą, patrzę na nich – biorą się za ręce i uśmiechają się do siebie. Zmartwychwstali! Dzięki sakramentowi pojednania! (Dlatego właśnie uparcie twierdzę, że najlepszym gabinetem kosmetycznym jest – Drogie Czytelniczki i Drodzy Czytelnicy też – konfesjonał. To jest cudowny kosmetyczny gabinet – całkowicie za darmo, a przywraca istotę szczęścia).

Tak więc będziemy Wam na żywo relacjonować, co tam słychać za murami plebanii, jakie tam się rzeczy dzieją, że ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało...

Boguś, zapomnij na chwilę, że jesteśmy kumplami. Wyobraź sobie, że jestem dziennikarzem i pytam Cię: Czy księża to dowcipni, czy raczej smutni i stetryczali ludzie? Czy stwierdzenie, że śmiech słychać za murami klasztorów, dotyczy też plebanii?

Ksiądz Bogusław Kowalski:

Najlepiej, jak zacznę od konkretnego przykładu.

W jednej parafii, w której pracowałem, trwały rekolekcje wielkopostne dla szkoły. Całe gimnazjum było w kościele, księża przyjechali nam pomagać spowiadać. Ja wyskoczyłem na chwileczkę z kościoła do siebie, do mieszkania. Na parkingu stał samochód mojego kolegi, księdza, który pomagał nam w spowiedzi. I ja, dla żartu, przywiązałem do rury wydechowej jego poloneza karton po soku, na takim dziesięciometrowym sznurku. Tak sobie pomyślałem, ruszy, to się pomyrda i będzie śmiesznie. I rzeczywiście.

Wieczorem do mnie zadzwonił i mówi:

– Kowal, jak cię dorwę, to się jeszcze policzymy. Kierowcy w Warszawie światłami mi dawali znać, że coś mi się tam ciągnie... (Sznureczek był długi, więc nie widział).

Następnego dnia jadę do szkoły, bo już było po rekolekcjach. Patrzę, idzie nauczycielka, która mieszkała na sąsiedniej ulicy.

– Pani Jadziu, może podwieźć?

– A bardzo proszę, bo to kawałek. – Wsiadła i mówi: – Proszę księdza, ja nie byłam wczoraj w kościele, bo nie miałam dyżuru i wyszłam na zakupy w czasie, jak były nauki. Właśnie wyjeżdżał ksiądz Tadeusz. Proszę księdza, niech mi ksiądz powie, co to za hołota?! Jemu ktoś, proszę księdza, przywiązał do rury wydechowej karton na takim, wie ksiądz, sznurku... I po co ta łobuzeria chodzi do kościoła?

Na to ja skręcam się ze śmiechu i mówię:

– Pani Jadziu, muszę się pani przyznać... To ja mu to zrobiłem.

– Naprawdę? Oj, księża to weseli ludzie...

PP: Wysłuchaliście w życiu setek, jeśli nie tysięcy, kazań i nauk o cierpieniu. Droga krzyżowa, Wielki Piątek, boleści, łzy... O humorze mówi się natomiast w Kościele raczej rzadko. Owszem, porusza się tematy radości chrześcijańskiej wynikającej z Paschy Chrystusa, z jakichś poważnych decyzji Pana Boga, ale o takim zwyczajnym, codziennym humorze prawie wcale się nie mówi. A on jest bardzo ważny! Coraz bardziej się do tego przekonuję, kiedy patrzę na ludzi ciągle smutnych albo wiecznie wesołych, albo też takich, którzy dawniej byli radośni, a teraz są smutni, lub przeciwnie: byli smutni, a są radośni.

Żeby zacząć poważnie (bo tytuł może sugerować, że będzie trochę niepoważnie), to powiem, co na temat poczucia humoru przeczytałem w jednym ze słowników: „Umiejętność zauważania śmiesznych sytuacji i wypowiedzi, reagowanie na nie śmiechem, wymyślanie ich, realizowanie, aby śmiali się inni i aby samemu się śmiać”. Czyli – okazuje się – że zawsze chodzi o wyśmiewanie czegoś lub kogoś!

„Życie...” – tak sobie pomyślałem. I zorientowałem się, że np. kamień, choćby miał jakieś tam fikuśne kształty, nigdy nas nie rozśmieszy. Nie doprowadzi nas do łez deska, nie rozbawi nas dżdżownica czy komar. (Wkurzyć, to co innego – to on potrafi). Ale dajmy na to kot, na przykład... „Ale fikołki robi ten nasz kot, zupełnie jak człowiek...” No właśnie. Wniosek z tego taki, że w humorze zawsze chodzi o KOGOŚ. Oczywiście, żebyśmy się dobrze zrozumieli – śmiejemy się z kogoś, ale chodzi mi o „śmianie się” w dobrym tego słowa znaczeniu (trzeba to odróżnić od zwykłego chamstwa).

Do jednej parafii miał przybyć ksiądz biskup na bierzmowanie i z tej okazji ustawiono wielki napis na tle rozciągniętego materiału z wizerunkiem Ducha Świętego, takiego gołąbka. Materiał zawieszony był na dużym kawałku drewna. Napis brzmiał: „On was wszystkiego nauczy”. No i tuż przed przyjazdem biskupa ten cały materiał spadł, a został tylko napis: „On was wszystkiego nauczy” na tle... wielkiego drąga. Nie zdążono już tego naprawić, biskup przyszedł... Ot, nieporozumienie.

Czasem bywa tak, że ktoś odbiera coś nie tak, jak trzeba, coś do czegoś nie pasuje, ktoś się zupełnie pogubi. Wystarczy drobiazg. Jedna kropka...

Opowiadano mi, że we Włoszech jeden z księży studentów odprawiał mszę świętą i niezbyt wyraźnie wymówił pozdrowienie na początku. Zamiast: „Il Signore sia con voi” („Pan z wami”) powiedział: „Il Signore scia con voi”, co znaczyło: „Niech Pan Jezus zjeżdża z wami na nartach”. A ludzie posłusznie odpowiedzieli: „I z duchem twoim”.

Poczucie humoru jest dobre i – jak mówi polskie powiedzenie – śmiech to zdrowie. Kiedy się śmiejemy, zaczynamy oddychać głęboko. Płuca i mózg są lepiej dotlenione, szybciej bije serce, więcej tlenu krąży w komórkach twarzy, rąk, całego ciała. Nie bardzo się na tym znam, to wszystko, co powiedziałem, wynotowałem z książki medycznej, ale faktem jest, że śmiech to zdrowie. Po drugie: śmiech jednoczy ludzi. Ludzie, którzy zgodnie się z czegoś śmieją, zaczynają tworzyć wspólnotę podobnego przeżywania impulsów rozrywkowych. Pamiętam, jak bardzo nas zjednoczył jeden z księży, który, rozmawiając przy nas z robotnikami, wkurzył się na tych, co budowali dom katechetyczny, i wypalił do jednego robotnika: „Idź pan z Bogiem do diabła”. Toż to jest materiał na doktorat albo habilitację! Wyższa teologia! Albo kiedyś jeden proboszcz otwierał tabernakulum, które mu się zacięło, i w końcu zniecierpliwiony mruknął: „Ki diabeł tam siedzi?”.

No to teraz trochę poważniej: Bóg jest nieskończonym miłosierdziem. Uzdrowił takich ludzi i darował takie grzechy, że to po prostu w głowie się nie mieści! Darował Dawidowi zamordowanie Uriasza. Darował Adamowi i Ewie. Przebaczył bandycie na krzyżu. Bóg jest wszechmocny w swym miłosierdziu. No chyba że ktoś uznaje się za wielkiego i posiada tak zwaną w niczym niezachwianą absolutną powagę – krótko mówiąc, czuje się kimś ważnym. Wtedy Bóg rozkłada ręce.

Nieraz ktoś przychodzi na rozmowę duchową: Proszę księdza, byłem już u tego księdza i tamtego, u tego i tego, nie pomogli mi. Proszę, niech ksiądz spróbuje! To brzmi, jakby mówił: „Jestem tak wielki, że mi nie pomoże nawet, gdyby papież do mnie przyleciał. Jestem tak wielki w swoich grzechach”.

Takie myślenie jest niebezpieczne, bo przecież każdy grzech będzie odpuszczony, jeśli się uznamy za małych i śmiesznych. Poczucie humoru bardzo nam w tym pomaga. Dopiero w świetle wiary widać, że wszystkie nasze roszczenia do absolutnej powagi i uznania się za wielkich są naprawdę śmieszne.

Szatan wali w nas jak w bęben przez wmawianie nam naszej wielkości, niedobrej wielkości, z pominięciem Boga: „Zjedz ten owoc, a zobaczysz”. Najgorzej, jak ktoś uwierzy w swoją wielkość. Jesteśmy wielcy, ale tylko dlatego, że mamy Boga Ojca w niebie, Chrystusa Zbawiciela, Maryję... To tak, jakby ktoś powiedział o nas: „A widziałeś tego tam? To wnuk tego faceta z departamentu obrony. Szczęściarz. On to dopiero ma rodzinę...”.

My nie pochodzimy z tego świata. My pochodzimy ze świata świętości i pełni szczęścia. Szatan chce nam wmówić: „Nie, ty sam jesteś wielki. Nie potrzebujesz Boga”. Diabeł od początku istnienia świata robi wszystko, żeby wbić klina między nas a Pana Boga. „Jesteś wielki, więc możesz zabrać żonę koledze z pracy. Jesteś wielki – możesz pobić dzieci... Jesteś wielki – możesz wszystkie pieniądze wydać, na co tylko chcesz. Jesteś wielki, jesteś panem!” (W złym tego słowa znaczeniu).

Czy zdarzyło ci się, że poszedłeś sam przed Najświętszy Sakrament i rozradowałeś się? Tak po prostu?

Niektórzy mówią, że trzeba wyśmiać szatana. Jeśli diabeł przyjdzie i oświadczy ci: „Jesteś, głupi”, to trzeba mu powiedzieć: „No jasne! Sam to wczoraj mówiłem!”. Uprzedzić go. Jeśli się sam wyśmiejesz (w pozytywnym sensie), to już nikt cię nie będzie mógł wyśmiać.

„Pajac ze mnie, ale Bóg mnie kocha”.

Broń Boże, nie mam tutaj na myśli żadnego „schodzenia w strefy kryzysu” – wielkiego smutku. Na co dzień wyśmiej się sam, a szatan nie będzie cię mógł zaatakować ani smutkiem, ani nostalgią, ani melancholią. Ktoś kiedyś powiedział, że śmiech jest rodzajem egzorcyzmu.

Powaga własnego „ja” to okropne niebezpieczeństwo, jakie czyha na człowieka. Wyobrażamy sobie, że jesteśmy centrum świata.

Zdarzyło się raz – opowiadam często tę anegdotkę – że zostałem zaproszony przez siostry zakonne na spotkanie opłatkowe dla dzieci upośledzonych, między innymi niewidomych. I te siostry poprosiły, żebym wziął gitarę (bo ja trochę wtedy grałem). Ale kiedy wszedłem z tą gitarą, to ja się tych dzieci po prostu przestraszyłem. Przestraszyłem się dzieci! Biegają, krzyczą... To było zupełnie co innego niż koncerty w szkołach, kiedy Pawlukiewicz gra z zespołem, a wszyscy słuchają. Te dzieci w ogóle nie słuchały! Siostra mówi:

– Niech ksiądz gra Wśród nocnej ciszy.

– Chwileczkę, muszę nastroić instrument.

No i siedzę, jak na tronie... w złotej koronie. Siostra prosi raz jeszcze:

– Proszę księdza, tylko głośno! Wśród nocnej ciszy czy coś innego niech ksiądz zagra.

– Chwileczkę, poprawiam jeszcze instrument! – odpowiadam, a w duszy boję się coraz bardziej.

W końcu przychodzi taki „muminek”, staje naprzeciwko mnie, przechyla głowę i mówi:

– Ty, wal w te druty, bo jak nie walniesz, to ja walnę...

W jednej chwili całe powietrze ze mnie zeszło.

Albo jeden zespół klerycki przyjechał na parafię grać koncert. Niosą sprzęty, te wszystkie miksery, kolumny, odsłuchy. A stareńka siostra zakonna tak patrzy i patrzy...

Nieśli właśnie klawisz – Rolland, Yamaha DX7 chyba.

A siostra pyta piskliwym głosikiem:

– Co to? Fisharmonia?

– Proszę siostry, to jest syntezator. SYN–TE–ZA–TOR – akcentuje z dumą kleryk.

– A ten... zator, to co on?

– No... On gra. On może wszystko zagrać.

– Wszystko? – dopytuje siostra.

– Nawet można zrobić tak, że ptaszki będą ćwierkały.

– Eeee... To ja mam taki zator za stodołą rano. Ptaszki śpiewają...

– Siostro, zero szumów, zero szumów!

– A to nie... Wy macie lepszy, bo mi to nieraz szumi w głowie.

Dopiero wtedy zorientowali się chłopcy, że siostra sobie z nich żarty stroi. Sprowadziła ich na ziemię.

Sądzę, że każdy z nas ma wielkie mniemanie o swojej wyjątkowości i... najwyższa pora, aby się z tym „mniemaniem” rozstać. Jesteście nieraz rozczarowani, że ksiądz mówi w kółko to czy tamto. Ja sam nieraz odpowiadam na listy gotowcami. Ktoś pisze do mnie i opowiada o swoim problemie... Odpisuję: „Spotkajmy się i pogadajmy!”. Niektórzy mają o to pretensje, ale my naprawdę musimy się zacząć z siebie śmiać, bo jesteśmy wielcy i zarazem mali.

Nieraz mi się wydawało, że jeśli zachoruję na jakąś kapłańską chorobę (zapalenie gardła na przykład, szczególnie w Wielkim Poście, kiedy się głosi rekolekcje), pójdę do lekarza i pokażę mu to moje obolałe gardło, to on wykrzyknie:

– Co za angina! KAPŁAŃSKA angina! CHRZEŚCIJAŃSKA!

Zwoła lekarzy, chodźcie, chodźcie, patrzcie, jaka ANGINA...

A lekarz? Popatrzy w gardło, ziewnie...

– Eeee, to proszę tu trzy razy dziennie...

„Źle mnie potraktował” – myślę. Jak to źle? Toż ja jestem pewnie osiemdziesiątym pacjentem w tym tygodniu cierpiącym na to samo! Ale do „wielkiego” to nie dociera i będzie miał pretensje, choćby nie wiem, jak dobry to był lekarz. Wierzcie mi, jak się spotka Hanna I z Gienkiem Sprawiedliwym, to może być nie lada konflikt...

Porażka to nie tragedia. Porażki często są po to, żebyśmy ostatecznie zwyciężyli.

Do dziś jestem wdzięczny mojej pani polonistce, że oblałem dwie próbne matury z polskiego. Bo ja byłem bardzo pewny siebie. Mam brata polonistę i on mi trochę pomagał. „Ha! Maturkę się strzeli, pyknie się maturkę” – myślałem.

Pierwsza próbna... No i co tam? Piątka czy czwórka? A tu słyszę:

– Pawlukiewicz, dwója.

O, kurczę! Coś... No... rzeczywiście przeczytałem to wypracowanie i musiałem się zgodzić z oceną...

No ale druga próbna matura, teraz to po prostu pyknę, strzelę. I znowu:

– Pawlukiewicz, dwa!

Wychowawczyni mnie wezwała:

– Piotr, jak ty chcesz zdawać polski? Dwie dwójki dostałeś z matury!

I wtedy się przeraziłem, spokorniałem. Zacząłem czytać, naprawdę wczytywać się w lektury.

Może po to przegrywasz, żeby dostać więcej. Z braku rodzi się lepsze. Jak dobrze, że w Kanie Galilejskiej zabrakło wina. Przecież gdyby nie zabrakło wina, to by się nigdy nie napili tego dobrego.

Jeden ksiądz szedł na parafię, a był bardzo słabo utalentowany muzycznie. Wszedł do kościoła... Parafianie pięknie śpiewają (poprzedni proboszcz był muzykiem). I on sobie pomyślał tak: „Jezu, ale ich pokarał Pan Bóg mną. Z tym moim śpiewem, jak zacznę beczeć...”.

Tak się przejął, że za dziesięć lat parafia miała scholkę dziecięcą, zespół młodzieżowy, chór i jeszcze tam jakieś panie śpiewały a capella. Z jego braku muzycznego talentu zrodziło się umuzykalnienie w całej parafii.

Albo jeszcze inny przykład.

Spotykam znajomego, starszego już pana:

– Co słychać, panie Heniu?

– Aaaa, proszę księdza, samochód mi ukradli.

– Ukradli panu samochód? Tego maluszka?

– No tak, tego. Jeździłem sobie na działkę, no i ukradli mi.

– No to straszne!

– Niekoniecznie, proszę księdza, bo synowie się zrzucili i kupili mi corsę. Jakby ksiądz spowiadał tych bandziorów, to tam nie krzyczeć na nich za dużo...

Z braku rodzi się lepsze. Coś tracimy, żeby dostać od Pana Boga coś lepszego. I to właśnie wymaga pokory – wyśmiania niektórych problemów.

Nasze