Wydawca: Albatros Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 504 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Czarny dom - Peter May

Na olśniewającej niesamowitymi krajobrazami szkockiej wyspie Lewis położonej w najbardziej na północ wysuniętym rejonie archipelagu Hebrydów zostaje popełnione brutalne morderstwo. Wśród policjantów, którzy przybywają na wyspę, by poprowadzić dochodzenie, jest inspektor Fin Macleod z Edynburga, który urodził się i wychowywał na Lewis. Wcześniej zajmował się sprawą niemal identycznej i jak na razie niewyjaśnionej zbrodni w stolicy Szkocji. Fin od początku podejrzewa, że oba zabójstwa nie są dziełem tego samego sprawcy. Śledztwo jest dla niego okazją do powrotu w przeszłość, którą dawno pogrzebał – do okresu dorastania oraz do wspomnień o utraconej miłości.

Licząca zaledwie 17 tys. mieszkańców szkocka wyspa Lewis tworzy scenerię wielokrotnie nagradzanej trylogii kryminalnej Petera Maya, obejmującej powieści Czarny dom, CZŁOWIEK Z WYSPY LEWIS i JEZIORO TAJEMNIC. Bohaterem trylogii jest Fin Macleod, oficer policji z Edynburga, który urodził się i dorastał na wyspie. Po kilkunastu latach nieobecności powraca tam, by rozwiązać zagadkę brutalnego morderstwa.

Opinie o ebooku Czarny dom - Peter May

Fragment ebooka Czarny dom - Peter May

Wydanie elektroniczne

O książ­ce

Na olśnie­wa­ją­cej nie­sa­mo­wi­ty­mi kra­jo­bra­za­mi szkoc­kiej wy­spie Le­wis po­ło­żo­nej w naj­bar­dziej na pół­noc wy­su­nię­tym re­jo­nie ar­chi­pe­la­gu He­bry­dów zo­sta­je po­peł­nio­ne bru­tal­ne mor­der­stwo. Wśród po­li­cjan­tów, któ­rzy przy­by­wa­ją na wy­spę, by po­pro­wa­dzić do­cho­dze­nie, jest in­spek­tor Fin Mac­le­od z Edyn­bur­ga, któ­ry uro­dził się i wy­cho­wy­wał na Le­wis. Wcze­śniej zaj­mo­wał się spra­wą nie­mal iden­tycz­nej i jak na ra­zie nie­wy­ja­śnio­nej zbrod­ni w sto­li­cy Szko­cji. Fin od po­cząt­ku po­dej­rze­wa, że oba za­bój­stwa nie są dzie­łem tego sa­me­go spraw­cy. Śledz­two jest dla nie­go oka­zją do po­wro­tu w prze­szłość, któ­rą daw­no po­grze­bał – do okre­su do­ra­sta­nia oraz do wspo­mnień o utra­co­nej mi­ło­ści. Dziew­czy­na, któ­rą wte­dy ko­chał, jest te­raz żoną jego naj­lep­sze­go przy­ja­cie­la z cza­sów dzie­ciń­stwa, mat­ką sie­dem­na­sto­let­nie­go chłop­ca. Fin przy­po­mi­na so­bie o tra­gicz­nych wy­da­rze­niach sprzed bli­sko dwu­dzie­stu laty, któ­re skło­ni­ły go do opusz­cze­nia wy­spy – i któ­re mogą być klu­czem do roz­wią­za­nia za­gad­ki mor­der­stwa. Uczest­ni­czył wte­dy w pra­daw­nym ry­tu­ale: wy­pra­wie na An Sge­ir, ska­łę na Atlan­ty­ku, gdzie od se­tek lat dwu­na­stu męż­czyzn z Le­wis przez dwa ty­go­dnie w roku za­bi­ja mło­de głup­ta­ki – wiel­ki miej­sco­wy przy­smak. Dla do­ra­sta­ją­cych chłop­ców udział w po­lo­wa­niu jest sym­bo­lem wej­ścia w wiek mę­ski. Dla Fina i jego bli­skich oka­że się pu­łap­ką, z któ­rej nie ma uciecz­ki – nie­za­bliź­nio­ną raną, któ­ra musi pro­wa­dzić do zbrod­ni…

PE­TER MAY

Ce­nio­ny pi­sarz i sce­na­rzy­sta. Uro­dził się w Glas­gow. Od naj­młod­szych lat ma­rzył o ka­rie­rze li­te­rac­kiej. Za­nim wy­dał swą pierw­szą po­wieść The Re­por­ter, utrzy­my­wał się z dzien­ni­kar­stwa, pi­su­jąc dla „The Scot­sman” i „Glas­gow Eve­ning Ti­mes”. W wie­ku 21 lat zdo­był ty­tuł Szkoc­kie­go Dzien­ni­ka­rza Roku. W 1978 roz­po­czął pra­cę w BBC; rów­no­le­gle współ­pra­co­wał z nie­za­leż­ną te­le­wi­zją ITN. Jest au­to­rem kil­ku­set sce­na­riu­szy do se­ria­li i wi­do­wisk te­le­wi­zyj­nych. Ten etap ka­rie­ry za­wo­do­wej za­koń­czył de­fi­ni­tyw­nie w 1996, po­świę­ca­jąc się wy­łącz­nie pi­sa­niu ksią­żek. Jego do­ro­bek li­te­rac­ki obej­mu­je po­nad 20 po­wie­ści kry­mi­nal­nych (łącz­nie z naj­now­szą – En­try Is­land), z któ­rych więk­szość wcho­dzi w skład róż­nych se­rii – Enzo Fi­les, try­lo­gia Wy­spa Le­wis i tzw. se­ria chiń­ska. May jest m.in. lau­re­atem fran­cu­skich na­gród Prix In­tra­mu­ros, Ce­zam Prix Lit­téra­ire In­ter CE oraz przy­zna­wa­nej przez czy­tel­ni­ków Prix des Lec­teurs. Czar­ny dom zna­lazł się w gro­nie fi­na­li­stów ame­ry­kań­skich The Bar­ry Award i The Ma­ca­vi­ty Award w ka­te­go­rii Naj­lep­sza Po­wieść Kry­mi­nal­na.

www.pe­ter­may.co.uk

Tego au­to­ra

WY­SPA EN­TRY

Try­lo­gia WY­SPA LE­WIS

CZAR­NY DOM

CZŁO­WIEK Z WY­SPY LE­WIS

JE­ZIO­RO TA­JEM­NIC

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

THE BLAC­KHO­USE

Co­py­ri­ght © 2011 by Pe­ter May, re­pre­sen­ted by Ro­uer­gue

All ri­ghts re­se­rved

Pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with Agen­ce de l’Est French Li­te­ra­ry Agen­cy

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2014

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Jan Ka­bat 2014

Re­dak­cja: Ma­rze­na Wa­si­lew­ska-Gi­nal­ska

Ilu­stra­cja na okład­ce: Ala­my/BE & W 

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7985-015-0

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Oto kra­ina daw­nej ra­do­ści

Wi­dzę ją w ca­łej kra­sie

Szczę­śli­we go­ściń­ce mej mło­do­ści

Któ­rych nie uj­rzę, zda się.

A. E. Ho­usman, Blue Re­mem­be­red Hills

Tri ru­dan a thig gun iar­ra­idh: an t-eagal,

an t-eu­dach s an gaol.

(Trzy rze­czy, o któ­re nikt nie pro­si: strach, mi­łość i za­zdrość).

ga­elic­kie przy­sło­wie

Dla Ste­phe­na,

z któ­rym prze­mie­rza­łem te szczę­śli­we go­ściń­ce

PROLOG

To tyl­ko dzie­cia­ki. Szes­na­sto­let­nie. Ośmie­lo­ne al­ko­ho­lem, przy­na­gla­ne nad­cho­dzą­cą nie­dzie­lą; za­głę­bia­ją się w mrok, szu­ka­jąc mi­ło­ści, a znaj­du­ją je­dy­nie śmierć.

O dzi­wo, wy­czu­wa się lek­ki wie­trzyk, ale tym ra­zem przy­najm­niej cie­pły, ni­czym tchnie­nie na skó­rze, piesz­czo­tli­we i uwo­dzi­ciel­skie. Nie­znacz­na mgieł­ka na sierp­nio­wym nie­bie skry­wa gwiaz­dy, ale księ­życ w trze­ciej kwa­drze rzu­ca bla­de, bez­kr­wi­ste świa­tło na ubi­ty pia­sek, po­zo­sta­łość od­pły­wu. Mo­rze od­dy­cha ła­god­nie przy brze­gu, fos­fo­ry­zu­ją­ca pia­na wy­rzu­ca sre­brzy­ste bań­ki na tle zło­ta. Dwo­je mło­dych lu­dzi zbie­ga po­spiesz­nie pro­wa­dzą­cą ze wsi as­fal­to­wą dro­gą; krew w ich gło­wach pul­su­je w rytm mor­skich fal.

Na po­wierzch­ni wody, któ­ra wzno­si się i opa­da w nie­wiel­kiej przy­sta­ni po le­wej, za­ła­mu­je się blask księ­ży­ca; sły­chać, jak skrzy­pią małe ło­dzie zma­ga­ją­ce się z cu­ma­mi, jak stu­ka­ją o sie­bie drew­nia­ny­mi bur­ta­mi, prze­py­cha­ją się na­wza­jem i trą­ca­ją w ciem­no­ści, jak­by się prze­ko­ma­rza­ły.

Uil­le­am trzy­ma ją za rękę, wy­czu­wa­jąc jej nie­chęć. Sma­ko­wał sło­dycz al­ko­ho­lu w jej od­de­chu i czuł nie­cier­pli­wość w po­ca­łun­ku; wie, że tej nocy dziew­czy­na wresz­cie ule­gnie. Po­zo­sta­ło jed­nak tak mało cza­su. Nie­dzie­la się zbli­ża. Za szyb­ko. Tyl­ko pół go­dzi­ny, co ujaw­nia ukrad­ko­we spoj­rze­nie na ze­ga­rek, gdy świa­tła uli­cy zo­sta­ją w tyle.

Ceit od­dy­cha te­raz szyb­ko. Boi się, nie sek­su, ale ojca, któ­ry – o czym do­sko­na­le wie – bę­dzie sie­dział przy ko­min­ku i pa­trzył, jak roz­ża­rzo­ne grud­ki tor­fu bled­ną oko­ło pół­no­cy i za­mie­ra­ją w ide­al­nie ob­li­czo­nym mo­men­cie, nim na­sta­nie dzień od­po­czyn­ku. Wy­czu­wa nie­mal tę jego nie­cier­pli­wość prze­ra­dza­ją­cą się z wol­na w gniew, gdy wska­zów­ki ze­ga­ra zmie­rza­ją nie­ubła­ga­nie ku dniu ju­trzej­sze­mu, a jej nie ma jesz­cze w domu. Jak to moż­li­we, że na tej bo­go­boj­nej wy­spie zmie­ni­ło się tak nie­wie­le?

W gło­wie Ceit roją się my­śli, zma­ga­jąc się z po­żą­da­niem, któ­re się tam za­gnieź­dzi­ło, i al­ko­ho­lem, przy­tę­pia­ją­cym jej mło­dzień­czy sprze­ciw. Zda­wa­ło się, że ich so­bot­ni wie­czór w klu­bie, za­le­d­wie przed kil­ko­ma go­dzi­na­mi, bę­dzie trwał w nie­skoń­czo­ność. Czas jed­nak nig­dy nie mija tak szyb­ko jak wte­dy, gdy jest go mało. A te­raz upły­nął nie­mal do koń­ca.

Kie­dy obo­je mi­ja­ją cień sta­rej ry­bac­kiej ło­dzi, któ­ra spo­czy­wa prze­chy­lo­na na ka­mie­niach nad zna­kiem po­zio­mu wody, w pier­si dziew­czy­ny wzbie­ra jed­no­cze­śnie pa­ni­ka i na­mięt­ność. Przez od­sło­nię­tą część ce­men­to­we­go han­ga­ru wi­dzą w dali pla­żę w ob­ra­mo­wa­niu nie­oszklo­nych okien. Wy­da­je się, że mo­rze jest oświe­tlo­ne od we­wnątrz, nie­mal fos­fo­ry­zu­ją­ce. Uil­le­am pusz­cza jej dłoń, uchy­la drew­nia­ne drzwi – tyl­ko tro­chę, żeby mo­gli się wsu­nąć do środ­ka – i lek­ko ją po­py­cha. Pa­nu­je tu mrok. W po­wie­trzu uno­si się pa­skud­na woń pa­li­wa, sło­nej wody i wo­do­ro­stów, ni­czym smut­ny za­pach po­spiesz­ne­go na­sto­let­nie­go sek­su. Nad nimi ma­ja­czy cień ło­dzi na przy­cze­pie, a dwa pro­sto­kąt­ne okien­ka, ni­czym wi­zje­ry w drzwiach, otwie­ra­ją się na wy­brze­że.

Kie­dy po­pchnię­ta, przy­wie­ra do ścia­ny, od razu czu­je jego usta na swo­ich, ję­zyk wsu­wa­ją­cy się mię­dzy war­gi, dło­nie ugnia­ta­ją­ce mięk­kie pier­si. Boli, więc go od sie­bie od­py­cha.

– Nie tak moc­no. – Jej szept nie­mal grzmi w tym ciem­nym po­miesz­cze­niu.

– Nie ma cza­su.

Sły­szy na­pię­cie w jego gło­sie. Mę­skie na­pię­cie, po­brzmie­wa­ją­ce jed­no­cze­śnie po­żą­da­niem i nie­po­ko­jem. I za­czy­na się za­sta­na­wiać. Czy na­praw­dę chce, by tak wy­glą­dał ten jej pierw­szy raz? Kil­ka obrzy­dli­wych i po­spiesz­nych chwil w ciem­no­ściach brud­ne­go han­ga­ru dla ło­dzi?

– Nie.

Od­py­cha go i od­su­wa się na bok, po­tem ob­ra­ca się twa­rzą do okna i świe­że­go po­wie­trza. Je­śli się po­spie­szą, może uda jej się wró­cić przed pół­no­cą.

Wi­dzi nie­wy­raź­ny kształt, któ­ry wy­ła­nia się z cie­nia, i nie­mal w tej sa­mej chwi­li go do­ty­ka. Jest mięk­ki, zim­ny i cięż­ki. Z jej ust wy­ry­wa się bez­wied­ny krzyk.

– Jezu, Ceit! – Uil­le­am prócz po­żą­da­nia i nie­po­ko­ju od­czu­wa fru­stra­cję; kie­dy rzu­ca się na dziew­czy­nę, śli­zga mu się sto­pa, jak­by wszedł na lód. Lą­du­je cięż­ko na łok­ciu, rękę prze­szy­wa bły­ska­wi­ca bólu. – Cho­le­ra!

Pod­ło­ga jest mo­kra od ole­ju na­pę­do­we­go. Uil­le­am czu­je, jak pa­li­wo prze­sią­ka przez spodnie na tył­ku. Ma je na dło­niach. Bez na­my­słu wy­grze­bu­je z kie­sze­ni za­pal­nicz­kę.

Za mało tu prze­klę­te­go świa­tła. Do­pie­ro gdy ob­ra­ca kciu­kiem ka­mień, krze­sząc iskrę, przy­cho­dzi mu do gło­wy, że może się lada chwi­la za­mie­nić w żywą po­chod­nię. Ale jest już za póź­no. Ciem­ność gwał­tow­nie roz­ja­śnia prze­ra­ża­ją­cy błysk. Uil­le­am kuli się w so­bie, ale nie do­cho­dzi do za­pło­nu opa­rów, nie wy­bu­cha hu­czą­cy pło­mień. Po­ja­wia się tyl­ko ob­raz – tak głę­bo­ko szo­ku­ją­cy, że nie spo­sób go w pierw­szej chwi­li po­jąć.

Z be­lek pod su­fi­tem zwi­sa męż­czy­zna, gło­wa w pę­tli z po­strzę­pio­nej pla­sti­ko­wej liny po­ma­rań­czo­we­go ko­lo­ru jest prze­krzy­wio­na pod dzi­wacz­nym ką­tem. To po­tęż­ny męż­czy­zna, cał­kiem nagi; z pier­si i po­ślad­ków opa­da­ją pła­ty nie­bie­sko-bia­łe­go cia­ła, jak­by miał na so­bie gar­ni­tur za duży o dwa nu­me­ry. Mię­dzy no­ga­mi plą­czą się zwo­je cze­goś gład­kie­go i lśnią­ce­go, cze­goś, co zwi­sa z dziu­ry w brzu­chu, przy­po­mi­na­ją­cej sze­ro­ki, ga­pio­wa­ty uśmiech. Pło­mień za­pal­nicz­ki wpra­wia w ta­niec cień mar­twe­go czło­wie­ka na po­pę­ka­nych ścia­nach po­kry­tych graf­fi­ti; przy­po­mi­na to du­chy, któ­re wi­ta­ją w swym gro­nie no­we­go to­wa­rzy­sza. Tuż za wi­siel­cem Uil­le­am wi­dzi twarz Ceit. Bla­dą, ciem­no­oką, za­sty­głą w gry­ma­sie prze­ra­że­nia. Przez chwi­lę my­śli ab­sur­dal­nie, że ta ota­cza­ją­ca go ka­łu­ża to za­bar­wio­ne na czer­wo­no – znak, że jest wol­ne od ak­cy­zy – bio­pa­li­wo, za­nim so­bie uświa­da­mia, że to krew, lep­ka, gę­sta i brą­zo­wa, kie­dy za­sy­cha na jego dło­niach.

ROZDZIAŁ 1

I

Było póź­no i par­no, po­go­da ty­po­wa dla Fe­sti­wa­lu Edyn­bur­skie­go. Fin z tru­dem się kon­cen­tro­wał. Mrok nie­wiel­kie­go ga­bi­ne­tu przy­gnia­tał go ni­czym wiel­kie, mięk­kie czar­ne dło­nie. Krąg świa­tła z lamp­ki na biur­ku ra­ził go w oczy – przy­cią­gał wzrok jak ćmę i ośle­piał, więc trud­no mu było od­czy­ty­wać no­tat­ki. Kom­pu­ter po­mru­ki­wał ci­cho w tej ab­so­lut­nej ci­szy; Fin wi­dział ką­tem oka mru­ga­ją­cy ekran. Po­wi­nien po­ło­żyć się daw­no temu, ale bez­myśl­nie zwle­kał. Mu­siał skoń­czyć pi­sa­nie pra­cy – uni­wer­sy­tet otwar­ty był dla nie­go je­dy­ną uciecz­ką.

Usły­szał w drzwiach za ple­ca­mi ja­kiś ruch i ob­ró­cił się gniew­nie w fo­te­lu, pe­wien, że zo­ba­czy Monę. Jed­nak z jego ust nie pa­dły sło­wa na­ga­ny, po­nie­waż za­miast żony uj­rzał ze zdu­mie­niem ja­kie­goś męż­czy­znę, tak wy­so­kie­go, że z tru­dem za­cho­wy­wał po­zy­cję wy­pro­sto­wa­ną. Gło­wę prze­krzy­wiał na bok, by nie za­ha­cza­ła o su­fit. Po­ko­je w domu były sto­sun­ko­wo ni­skie, ale ten czło­wiek i tak mu­siał mieć ze dwa me­try czter­dzie­ści cen­ty­me­trów wzro­stu.

Ciem­ne spodnie na bar­dzo dłu­gich no­gach marsz­czy­ły się wo­kół czar­nych bu­tów. Ba­weł­nia­na ko­szu­la w kra­tę była we­tknię­ta za pa­sek, poza tym no­sił roz­pię­tą kurt­kę z kap­tu­rem i pod­nie­sio­nym koł­nie­rzem. Ręce zwi­sa­ły po bo­kach, wiel­kie dło­nie ster­cza­ły ze zbyt krót­kich rę­ka­wów. We­dług Fina wy­glą­dał na ja­kieś sześć­dzie­siąt lat; w po­bruż­dżo­nej i smęt­nej jak u ża­łob­ni­ka twa­rzy osa­dzo­ne były ciem­ne, po­zba­wio­ne wy­ra­zu oczy. Srebr­no­sza­re wło­sy, dłu­gie i tłu­ste, przy­kry­wa­ły uszy. Nie od­zy­wał się. Stał tyl­ko, pa­trząc na Fina; blask lamp­ki na biur­ku spra­wiał, że w jego ka­mien­nych ry­sach za­głę­bi­ły się nie­prze­nik­nio­ne cie­nie. Co on tu ro­bił, na Boga? Fin po­czuł na kar­ku i ra­mio­nach gę­sią skór­kę, a strach przy­kuł go do miej­sca, nie po­zwa­la­jąc się ru­szyć.

Po­tem, gdzieś w mrocz­nej od­da­li, usły­szał wła­sny głos, za­wo­dzą­cy, dzie­cin­ny.

„Śmiesz­ny czło-owiek…”

Męż­czy­zna wciąż na nie­go pa­trzył.

„Oto śmiesz­ny czło-owiek…”

– Co się sta­ło, Fin? – Mona była wy­raź­nie za­nie­po­ko­jo­na i po­trzą­sa­ła go za ra­mię.

Na­wet gdy otwo­rzył oczy i zo­ba­czył jej wy­stra­szo­ną twarz, wciąż opuch­nię­tą od snu, sły­szał swo­je za­wo­dze­nie: „Śmiesz­ny czło-owiek…”.

– Na li­tość bo­ską, co się dzie­je?

Od­wró­cił się od niej i po­ło­żył na ple­cach, od­dy­cha­jąc głę­bo­ko i pró­bu­jąc się uspo­ko­ić. Ser­ce wa­li­ło mu jak mło­tem.

– To tyl­ko sen. Zły sen.

Jed­nak wspo­mnie­nie męż­czy­zny sto­ją­ce­go w jego ga­bi­ne­cie wciąż było żywe, jak dzie­cię­cy kosz­mar. Spoj­rzał na ze­ga­rek na noc­nym sto­li­ku. Elek­tro­nicz­ny wy­świe­tlacz wska­zy­wał sie­dem po czwar­tej. Fin pró­bo­wał prze­łknąć śli­nę, ale usta miał su­che; wie­dział, że już nie za­śnie.

– Wy­stra­szy­łeś mnie na śmierć.

– Prze­pra­szam. – Od­su­nął koł­drę i spu­ścił sto­py na pod­ło­gę. Za­mknął oczy i po­tarł się po twa­rzy, ale wciąż miał pod po­wie­ka­mi ob­raz tego czło­wie­ka, jak­by wy­pa­lo­no mu go na siat­ków­ce. Wstał.

– Do­kąd idziesz?

– Do ła­zien­ki.

Po­czła­pał ci­cho po dy­wa­nie i otwo­rzył drzwi na ko­ry­tarz, któ­ry to­nął w świe­tle księ­ży­ca; pseu­do­ge­or­giań­skie okna cię­ły jego blask na geo­me­trycz­ne wzo­ry. W po­ło­wie ko­ry­ta­rza do­tarł do drzwi swo­je­go ga­bi­ne­tu. W środ­ku pa­no­wa­ły egip­skie ciem­no­ści i Fin wzdry­gnął się na myśl o czło­wie­ku, któ­ry na­wie­dził go we śnie. Jak wy­raź­nie, jak upo­rczy­wie ten ob­raz trwał w jego gło­wie. Jak wy­czu­wal­na była obec­ność tego męż­czy­zny. Za­trzy­mał się przy drzwiach ła­zien­ki, co ro­bił każ­dej nocy od pra­wie czte­rech ty­go­dni, a jego wzrok po­wę­dro­wał w stro­nę po­ko­ju na koń­cu ko­ry­ta­rza. Drzwi były uchy­lo­ne, prze­strzeń za pro­giem za­la­na świa­tłem księ­ży­ca; ktoś po­wi­nien za­cią­gnąć za­sło­ny, ale nie zro­bił tego. Wnę­trze skry­wa­ło tyl­ko strasz­li­wą pust­kę.

Plusk mo­czu roz­bry­zgu­ją­ce­go się w wo­dzie wy­peł­nił ła­zien­kę uspo­ka­ja­ją­cym dźwię­kiem nor­mal­no­ści. De­pre­sja za­wsze do­pa­da­ła go w ci­szy. Tej nocy jed­nak próż­nia znik­nę­ła. Ob­raz męż­czy­zny w kurt­ce z kap­tu­rem wy­parł wszyst­kie inne my­śli, ni­czym pod­rzu­co­ne ku­kuł­cze jajo. Fin za­sta­na­wiał się te­raz, czy go zna, czy w tej po­cią­głej twa­rzy i nie­chluj­nych wło­sach nie do­strzegł cze­goś zna­jo­me­go. I na­gle przy­po­mniał so­bie ry­so­pis kie­row­cy – ry­so­pis, któ­ry Mona po­da­ła po­li­cji. Tam­ten czło­wiek no­sił kurt­kę z kap­tu­rem, po­my­ślał. Miał oko­ło sześć­dzie­siąt­ki i dłu­gie, tłu­ste, sza­re wło­sy.

II

Ja­dąc do mia­sta au­to­bu­sem, pa­trzył, jak za szy­bą prze­su­wa­ją się sze­re­gi sza­rych ka­mien­nych do­mów; przy­po­mi­na­ły ulot­ne ob­ra­zy nud­ne­go czar­no-bia­łe­go fil­mu. Mógł wziąć sa­mo­chód, ale Edyn­burg nie jest mia­stem, po któ­rym ma się ocho­tę jeź­dzić. Nim do­tarł do Prin­ces Stre­et, roz­ch­mu­rzy­ło się i po roz­le­głej zie­le­ni ogro­dów u stóp zam­ku za­czę­ły się prze­su­wać fale sło­necz­ne­go bla­sku. Wo­kół gru­py ar­ty­stów ulicz­nych, któ­rzy po­ły­ka­li ogień i żon­glo­wa­li, ze­brał się tłu­mek fe­sti­wa­lo­wych wi­dzów. Na stop­niach ga­le­rii gra­ły ze­spo­ły jaz­zo­we. Fin wy­siadł przy dwor­cu Wa­ver­ley i ru­szył mo­stem w stro­nę sta­re­go mia­sta, po­tem skie­ro­wał się na po­łu­dnie, prze­szedł obok uni­wer­sy­te­tu, aż w koń­cu skrę­cił w kie­run­ku wschod­nim i po­grą­żył się w cie­niu Sa­lis­bu­ry Crags. Słoń­ce pa­da­ło uko­śnie na pną­ce się ku kli­fom na­gie zie­lo­ne zbo­cza, na któ­rych tle wzno­sił się bu­dy­nek ko­men­dy po­li­cji.

Na ko­ry­ta­rzu spo­ty­kał lu­dzi o zna­jo­mych twa­rzach; wi­ta­li się z nim zdaw­ko­wo. Ktoś po­ło­żył dłoń na jego ra­mie­niu i po­wie­dział: „Przy­kro mi z po­wo­du two­jej stra­ty, Fin”. Od­po­wie­dział tyl­ko ski­nie­niem gło­wy.

Głów­ny in­spek­tor Black pod­niósł wzrok znad pa­pie­rów i wska­zał krze­sło po dru­giej stro­nie biur­ka. Miał wą­ską twarz o zie­mi­stej ce­rze; prze­su­wał do­ku­men­ty mię­dzy pal­ca­mi żół­ty­mi od ni­ko­ty­ny. Kie­dy w koń­cu sku­pił wzrok na Fi­nie, w jego oczach było coś dra­pież­ne­go.

– Jak tam uni­wer­sy­tet otwar­ty?

Fin wzru­szył ra­mio­na­mi.

– W po­rząd­ku.

– Nig­dy cię nie py­ta­łem, dla­cze­go po­rzu­ci­łeś kie­dyś stu­dia. W Glas­gow, tak?

Fin ski­nął gło­wą.

– Bo by­łem mło­dy, sze­fie. I głu­pi.

– Dla­cze­go zo­sta­łeś gli­nia­rzem?

– Tak się ro­bi­ło w tam­tych cza­sach, kie­dy czło­wiek przy­by­wał z wysp i nie miał pra­cy ani kwa­li­fi­ka­cji.

– Zna­łeś ko­goś w po­li­cji?

– Parę osób.

Black przy­glą­dał mu się w za­my­śle­niu.

– Je­steś do­brym po­li­cjan­tem, Fin. Ale nie tego chcesz, praw­da?

– Je­stem po­li­cjan­tem.

– Nie, by­łeś nim. Jesz­cze mie­siąc temu. A to, co się sta­ło… no cóż, to tra­ge­dia. Ale ży­cie pły­nie da­lej, a my ra­zem z nim. Każ­dy ro­zu­miał, że po­trze­bu­jesz cza­su, żeby się po­zbie­rać. Bóg wie, że dość się na­pa­trzy­li­śmy w tej ro­bo­cie na śmierć, by to poj­mo­wać.

Fin spoj­rzał na nie­go z nie­chę­cią.

– Nie ma pan po­ję­cia, co to zna­czy stra­cić dziec­ko.

– Nie, nie mam. – W gło­sie Blac­ka nie było na­wet cie­nia współ­czu­cia. – Ale tra­ci­łem bli­skich lu­dzi i wiem, że na­le­ży się z tym po pro­stu upo­rać. – Złą­czył przed sobą dło­nie, jak­by się mo­dlił. – Ale roz­pa­mię­ty­wać to bez­u­stan­nie, no cóż… to nie­zdro­we. To cho­re. – Wy­dął war­gi. – Więc naj­wyż­szy czas, że­byś się zde­cy­do­wał. Co za­mie­rzasz zro­bić z resz­tą ży­cia. Tym­cza­sem chcę, że­byś wró­cił do pra­cy, chy­ba że na prze­szko­dzie sto­ją ja­kieś po­waż­ne wzglę­dy na­tu­ry me­dycz­nej.

– Kie­dy?

– Na­tych­miast. Dzi­siaj.

Fin był zszo­ko­wa­ny. Po­krę­cił gło­wą.

– Po­trze­bu­ję tro­chę cza­su.

– Dość go mia­łeś, Fin. Wra­casz albo od­cho­dzisz. – Black nie cze­kał na od­po­wiedź. Na­chy­lił się nad biur­kiem, wziął sza­rą tecz­kę z bez­ład­ne­go sto­su ta­kich sa­mych i pod­su­nął ją Fi­no­wi. – Pa­mię­tasz spra­wę mor­der­stwa przy Le­ith Walk? Tę z maja?

– Tak.

Fin nie zaj­rzał do tecz­ki. Nie mu­siał. Do­brze pa­mię­tał na­gie cia­ło wi­szą­ce na drze­wie mię­dzy po­zna­czo­nym stru­ga­mi desz­czu ko­ścio­łem Du­cha Świę­te­go a ban­kiem. Pla­kat na ścia­nie gło­sił: „Je­zus zba­wia”. Fin przy­po­mniał so­bie, że wy­glą­da­ło to jak re­kla­ma ban­ku i po­win­no brzmieć: „Je­zus zba­wia tych, któ­rzy oszczę­dza­ją w Bank of Sco­tland”.

– Jest ko­lej­ne – cią­gnął Black. – Iden­tycz­ny spo­sób dzia­ła­nia.

– Gdzie?

– Na pół­no­cy. Tam­tej­sza ko­men­da. Wy­pluł to kom­pu­ter. Nasz wspa­nia­ły HOL­MES. Praw­dę mó­wiąc, wy­ka­zał się by­stro­ścią i cie­bie przy­dzie­lił do tego śledz­twa. – Black za­mru­gał dłu­gi­mi rzę­sa­mi i przy­gwoź­dził Fina spoj­rze­niem, w któ­rym ma­lo­wał się scep­ty­cyzm. – Nie za­po­mnia­łeś tej wa­szej mowy?

Fin był za­sko­czo­ny.

– Ga­elic­kie­go? Nie po­słu­gi­wa­łem się nim od cza­su, gdy opu­ści­łem wy­spę.

– Więc le­piej go so­bie przy­po­mnij. Ofia­ra po­cho­dzi­ła z two­jej ro­dzin­nej wio­ski.

– Z Cro­bost? – spy­tał osłu­pia­ły Fin.

– Dwa lata star­szy od cie­bie. Na­zy­wał się – zaj­rzał do pa­pie­rów na biur­ku – Ma­crit­chie. An­gus Ma­crit­chie. Zna­łeś go?

Fin ski­nął gło­wą.

III

Blask słoń­ca pa­dał przez okno w sa­lo­nie, jak­by czy­nił im wy­rzu­ty z po­wo­du ich nie­szczę­ścia. W nie­ru­cho­mym po­wie­trzu wi­sia­ły dro­bin­ki ku­rzu uwię­zio­ne przez świa­tło. Na ze­wnątrz ha­ła­so­wa­ły dzie­ci gra­ją­ce w pił­kę. Jesz­cze kil­ka ty­go­dni temu mógł z nimi grać Rob­bie. Ty­ka­nie ze­ga­ra na gzym­sie ko­min­ka pod­kre­śla­ło mil­cze­nie mię­dzy nimi. Mona mia­ła za­czer­wie­nio­ne oczy, ale łzy obe­schły i po­zo­stał tyl­ko gniew.

– Nie chcę, że­byś tam je­chał – po­wie­dzia­ła. Te sło­wa przy­bra­ły w ich kłót­ni cha­rak­ter re­fre­nu.

– Jesz­cze dziś rano mó­wi­łaś mi, że­bym po­szedł do pra­cy.

– Ale my­śla­łam, że po­tem wró­cisz do domu. Nie chcę sie­dzieć tu sama, i to bez koń­ca. – Ode­tchnę­ła cięż­ko. – Ze wspo­mnie­nia­mi. Z… z…

Być może nie zdo­ła­ła­by zna­leźć od­po­wied­nich słów. Fin ją wy­rę­czył.

– Po­czu­ciem winy?

Nig­dy nie po­wie­dział, że ją wini. Ale wi­nił, choć w głę­bi ser­ca sta­rał się tego nie ro­bić. Ob­rzu­ci­ła go spoj­rze­niem tak peł­nym bólu, że na­tych­miast po­ża­ło­wał swo­jej bez­myśl­no­ści.

– Zresz­tą to tyl­ko kil­ka dni. – Prze­su­nął dło­nią po krę­co­nych ja­snych wło­sach. – Na­praw­dę my­ślisz, że chcę tam je­chać? Uni­ka­łem tego przez osiem­na­ście lat.

– I te­raz ko­rzy­stasz ocho­czo z oka­zji. Z oka­zji, żeby uciec. Ode mnie.

– Och, nie bądź śmiesz­na.

Wie­dział jed­nak, że żona ma ra­cję. Wie­dział też, że nie tyl­ko od Mony chce uciec. Cho­dzi­ło o wszyst­ko. Po­wró­cić do miej­sca, w któ­rym ży­cie wy­da­wa­ło się nie­gdyś pro­ste. Po­wró­cić do dzie­ciń­stwa, do łona. Jak ła­two było te­raz zi­gno­ro­wać fakt, że przez więk­szość do­ro­słe­go ży­cia sta­rał się tego unik­nąć. Jak ła­two było za­po­mnieć, że gdy miał kil­ka­na­ście lat, nic nie wy­da­wa­ło się waż­niej­sze niż wy­jazd z wy­spy.

I przy­po­mniał so­bie, jak ła­two było po­ślu­bić Monę. Z wszyst­kich nie­wła­ści­wych po­wo­dów. Dla to­wa­rzy­stwa. Dla wy­mów­ki, by nig­dy nie wra­cać. Jed­nak w cią­gu czter­na­stu lat mał­żeń­stwa osią­gnę­li tyl­ko ro­dzaj przy­sto­so­wa­nia, stwo­rzy­li prze­strzeń dla tego dru­gie­go. Prze­strzeń, któ­rą ra­zem zaj­mo­wa­li, ale któ­rej tak na­praw­dę nig­dy nie dzie­li­li. Byli przy­ja­ciół­mi, cie­pły­mi wo­bec sie­bie i szcze­rze ser­decz­ny­mi. Wąt­pił jed­nak, czy kie­dy­kol­wiek się ko­cha­li. Praw­dzi­wa mi­łość. Jak wie­lu lu­dzi, za­do­wo­li­li się byle czym. Rob­bie sta­no­wił po­most mię­dzy nimi. Ale Rob­bie­go już nie było.

– Masz po­ję­cie, jak się czu­łam w cią­gu tych kil­ku ostat­nich ty­go­dni? – spy­ta­ła Mona.

– Chy­ba tak.

Po­krę­ci­ła gło­wą.

– Nie. Nie mu­sia­łeś spę­dzać każ­dej mi­nu­ty z kimś, kto sa­mym mil­cze­niem wy­ra­żał pre­ten­sje. Wiem, że mnie wi­nisz, Fin.

– Nig­dy tego nie po­wie­dzia­łem.

– Nie mu­sia­łeś. Ale wiesz co? Bez wzglę­du na to, jak bar­dzo mnie ob­wi­niasz, ja ob­wi­niam się dzie­sięć razy bar­dziej. Ja też od­czu­wam stra­tę, Fin. On był tak­że moim sy­nem. – Łzy po­wró­ci­ły, czu­ła, jak palą ją w oczy, a on nie po­tra­fił się zdo­być na żad­ne sło­wa. – Nie chcę, że­byś je­chał.

Sta­ry re­fren.

– Nie mam wy­bo­ru.

– Oczy­wi­ście, że masz. Za­wsze jest ja­kiś wy­bór. Ty­go­dnia­mi nie cho­dzi­łeś do pra­cy, bo tak po­sta­no­wi­łeś. I mo­żesz znów do­ko­nać wy­bo­ru i nie je­chać na wy­spę. Po­wiedz im po pro­stu: nie.

– Nie mogę.

– Fin, je­śli wsią­dziesz ju­tro do sa­mo­lo­tu…

Cze­kał na ul­ti­ma­tum, pod­czas gdy ona pró­bo­wa­ła się zdo­być na od­wa­gę i je po­sta­wić. Ale nie zro­bi­ła tego.

– Co, Mono? Co się sta­nie, je­śli ju­tro wsią­dę do sa­mo­lo­tu? – spy­tał, pro­wo­ku­jąc ją, by to po­wie­dzia­ła. Wte­dy to by­ła­by jej wina, nie jego.

Od­wró­ci­ła wzrok, za­gry­za­jąc dol­ną war­gę, aż po­czu­ła smak krwi.

– Nie spo­dzie­waj się, że za­sta­niesz mnie po po­wro­cie, to wszyst­ko.

Pa­trzył na nią dłu­gą chwi­lę.

– Może tak bę­dzie le­piej.

• • •

Dwu­sil­ni­ko­wy sa­mo­lot z trzy­dzie­sto­ma miej­sca­mi dla pa­sa­że­rów za­drżał w gwał­tow­nym po­dmu­chu po­wie­trza, krą­żąc nad Loch a Tu­ath i szy­ku­jąc się do lą­do­wa­nia na krót­kim, chło­sta­nym wia­trem pa­sie lot­ni­ska w Stor­no­way. Gdy wy­nu­rzy­li się z gę­stej i ni­sko wi­szą­cej chmu­ry, Fin spoj­rzał w dół na oło­wia­ne mo­rze, któ­re roz­bi­ja­ło się spie­nio­ną bie­lą o pal­ce czar­nej ska­ły, wy­su­wa­ją­ce się z pół­wy­spu Eye, po­strzę­pio­ne­go skraw­ka lądu zwa­ne­go Po­int. Do­strzegł zna­jo­me wzo­ry wy­cię­te w kra­jo­bra­zie, jak oko­py z cza­sów pierw­szej woj­ny świa­to­wej, tyle że te tu­taj zo­sta­ły wy­ry­te przez lu­dzi nie z my­ślą o woj­nie, lecz cie­ple. Wie­ki wy­ci­na­nia tor­fu po­zo­sta­wi­ły bli­zny na bez­kre­snych po­ła­ciach ską­di­nąd mo­no­ton­nych grzę­za­wisk. Woda w za­to­ce spra­wia­ła wra­że­nie lo­do­wa­tej, a wiatr upo­rczy­wie marsz­czył jej po­wierzch­nię. Fin za­po­mniał daw­no o wie­trze, o tym nie­zmor­do­wa­nym na­past­ni­ku wie­ją­cym przez pięć ty­się­cy ki­lo­me­trów Atlan­ty­ku. Poza drze­wa­mi w po­bli­żu por­tu w Stor­no­way, na wy­spie nie było ich pra­wie wca­le.

Pod­czas go­dzin­ne­go lotu sta­rał się nie my­śleć. Żeby nie ocze­ki­wać nie­cier­pli­wie po­wro­tu w ro­dzin­ne stro­ny ani nie prze­ży­wać po­now­nie kosz­mar­ne­go mil­cze­nia, któ­re to­wa­rzy­szy­ło jego wy­jaz­do­wi z domu. Mona spę­dzi­ła noc w po­ko­ju Rob­bie­go. Kie­dy się pa­ko­wał, sły­szał jej płacz z dru­gie­go koń­ca ko­ry­ta­rza. Rano wy­szedł bez sło­wa i za­my­ka­jąc za sobą drzwi, uświa­do­mił so­bie, że od­gra­dza się nie tyl­ko od Mony, ale też od pew­ne­go roz­dzia­łu swe­go ży­cia; ża­ło­wał, że ten roz­dział w ogó­le zo­stał na­pi­sa­ny.

Te­raz, wi­dząc zna­jo­me ba­ra­ki na lot­ni­sku i nie­zna­jo­my nowy ter­mi­nal pro­mo­wy, któ­ry lśnił w dali, Fin po­czuł przy­pływ oży­wie­nia. To było tak daw­no; nie przy­go­to­wał się na gwał­tow­ny stru­mień wspo­mnień, któ­re nie­mal go przy­tło­czy­ły.

ROZDZIAŁ 2

Sły­sza­łem, jak lu­dzie uro­dze­ni w la­tach pięć­dzie­sią­tych opi­su­ją swo­je dzie­ciń­stwo w od­cie­niach brą­zu. Świat se­pii. Ja do­ra­sta­łem w la­tach sześć­dzie­sią­tych i sie­dem­dzie­sią­tych, a moje dzie­ciń­stwo mia­ło ko­lor fio­le­to­wy.

Miesz­ka­li­śmy, jak się to mó­wi­ło, w bia­łym domu, w od­le­gło­ści oko­ło ki­lo­me­tra od wio­ski Cro­bost. Była to część lo­kal­nej wspól­no­ty zwa­na Ness, na pół­noc­nym cy­plu Le­wis, naj­bar­dziej na pół­noc wy­su­nię­tej wy­spy ar­chi­pe­la­gu He­bry­dów Ze­wnętrz­nych. Bia­łe domy zbu­do­wa­no w la­tach dwu­dzie­stych z ka­mie­nia i wap­na albo be­to­nu i po­kry­to płyt­ka­mi łup­ko­wy­mi albo bla­chą fa­li­stą czy papą. Wznie­sio­no je na miej­scu sta­rych czar­nych do­mów ze strze­cha­mi i ścia­na­mi bez za­pra­wy mu­rar­skiej, któ­re sta­no­wi­ły schro­nie­nie za­rów­no dla lu­dzi, jak i dla zwie­rząt. Na środ­ku ka­mien­nej pod­ło­gi w głów­nej izbie dzień i noc pa­lił się torf. Tę izbę na­zy­wa­no ognio­wą. Nie było ko­mi­nów, a dym wy­do­sta­wał się przez dziu­rę w da­chu. Oczy­wi­ście nie było to sku­tecz­ne, i wnę­trza do­mostw za­wsze wy­peł­niał dym.

Nic dziw­ne­go, że ich miesz­kań­cy nie żyli zbyt dłu­go.

Reszt­ki czar­ne­go domu mo­ich dziad­ków ze stro­ny ojca za­cho­wa­ły się w ogro­dzie, o rzut ka­mie­niem od na­szej sie­dzi­by. Dach znik­nął, ścia­ny w więk­szo­ści ru­nę­ły, ale było to wspa­nia­łe miej­sce do za­ba­wy w cho­wa­ne­go.

Mój oj­ciec był prak­tycz­nym czło­wie­kiem, z czu­pry­ną gę­stych czar­nych wło­sów i nie­bie­ski­mi ocza­mi o ostrym spoj­rze­niu. Miał skó­rę jak per­ga­min; la­tem, gdy więk­szość dnia spę­dzał na świe­żym po­wie­trzu, przy­bie­ra­ła bar­wę smo­ły. Gdy jesz­cze by­łem mały, za­nim po­sze­dłem do szko­ły, brał mnie ze sobą na pla­żę, gdzie zbie­ra­li­śmy to, co fale wy­rzu­ci­ły na brzeg. Nie ro­zu­mia­łem tego wte­dy, ale póź­niej się do­wie­dzia­łem, że nie miał pra­cy. W ry­bo­łów­stwie na­stą­pił kry­zys, a łódź, na któ­rej pły­wał, zo­sta­ła sprze­da­na za gro­sze. Miał więc mnó­stwo cza­su, dla­te­go też wsta­wa­li­śmy o świ­cie i prze­cze­sy­wa­li­śmy pla­żę w po­szu­ki­wa­niu wszyst­kie­go, co mo­rze wy­rzu­ci­ło nocą na brzeg. Drew­no. Mnó­stwo drew­na. Po­wie­dział mi kie­dyś, że zna czło­wie­ka, któ­ry zbu­do­wał dom z ka­wał­ków zna­le­zio­nych na pia­sku. Oj­ciec sam zdo­był więk­szość bu­dul­ca na na­sze po­ko­je na pod­da­szu, dzię­ki mo­rzu, któ­re dużo nam da­wa­ło, ale też dużo bra­ło. Nie było nie­mal mie­sią­ca, by­śmy nie usły­sze­li o ja­kimś nie­szczę­śni­ku, któ­ry się uto­pił. Wy­pa­dek przy po­ło­wach. Ktoś się ką­pał i padł ofia­rą prą­du przy­den­ne­go. Ktoś spadł z kli­fu.

Przy­no­si­li­śmy do domu wszel­kie do­bra zdo­by­te pod­czas tych wy­praw. Liny, sie­ci ry­bac­kie, alu­mi­nio­we boje, któ­re oj­ciec sprze­da­wał po­tem dru­cia­rzom. Sztorm ozna­czał jesz­cze ob­fit­sze łowy. Wła­śnie po jed­nym z tych sztor­mów zna­leź­li­śmy dużą, po­nad­dwu­stu­li­tro­wą becz­kę. Wpraw­dzie sztorm się tro­chę uspo­ko­ił, ale wciąż wiał wście­kły wiatr, a mo­rze było wzbu­rzo­ne i gniew­nie ata­ko­wa­ło wy­brze­że. W gó­rze, z pręd­ko­ścią stu ki­lo­me­trów na go­dzi­nę, pę­dzi­ły po­strzę­pio­ne zbit­ki chmur, a wy­zie­ra­ją­ce spo­mię­dzy nich słoń­ce po­kry­wa­ło zie­mię ru­chli­wy­mi ła­ta­mi o ja­snym od­cie­niu – zie­lo­nym, li­lio­wym i brą­zo­wym.

Choć becz­ka nie no­si­ła żad­nych ozna­ko­wań, była peł­na i cięż­ka; oj­ciec nie krył eks­cy­ta­cji tym zna­le­zi­skiem. Nie da­li­śmy jed­nak rady jej ru­szyć – prze­chy­la­ła się pod dzi­wacz­nym ką­tem, za­ko­pa­na do po­ło­wy w pia­sku – więc oj­ciec ścią­gnął trak­tor z przy­cze­pą i kil­ku lu­dzi do po­mo­cy i przed wie­czo­rem becz­ka sta­ła w szo­pie w na­szym obej­ściu. Otwo­rzył ją po pew­nym cza­sie i od­krył, że jest peł­na fio­le­to­wej far­by. Ja­sno­fio­le­to­wej ema­lii. Co tłu­ma­czy, dla­cze­go wszyst­kie drzwi, każ­da szaf­ka i pół­ka, okno i pod­ło­ga w na­szym domu były po­ma­lo­wa­ne na fio­le­to­wo. Przez te wszyst­kie lata, któ­re tam spę­dzi­łem.

Moja mat­ka była uro­czą ko­bie­tą z ja­sny­mi blond lo­ka­mi, któ­re wią­za­ła z tyłu gło­wy. Mia­ła bla­dą, pie­go­wa­tą cerę i szkli­ste brą­zo­we oczy; nie przy­po­mi­nam so­bie, bym kie­dy­kol­wiek wi­dział ją uma­lo­wa­ną. Była ła­god­ną oso­bą o po­god­nym uspo­so­bie­niu, ale też ogni­stym tem­pe­ra­men­cie, je­śli za­la­zło się jej za skó­rę. Pra­co­wa­ła na go­spo­dar­stwie, któ­re li­czy­ło nie­ca­łe dwa i pół hek­ta­ra i mia­ło po­stać dłu­gie­go, wą­skie­go pa­sma zie­mi bie­gną­ce­go od domu do wy­brze­ża. Był to ma­cha­ir – piasz­czy­sta gle­ba na­da­ją­ca się na pa­stwi­sko dla owiec, któ­re dzię­ki rzą­do­wym sub­sy­diom przy­no­si­ły spo­ry do­chód. Mat­ka ho­do­wa­ła też ziem­nia­ki, rze­pę i tro­chę zbóż, sia­ła rów­nież tra­wę na sia­no i ki­szon­kę. Wciąż ją wi­dzę, jak w swo­im nie­bie­skim kom­bi­ne­zo­nie i czar­nych gu­mow­cach sie­dzi na na­szym trak­to­rze i uśmie­cha się z za­kło­po­ta­niem do fo­to­gra­fa z lo­kal­nej ga­ze­ty, któ­ry zja­wił się, by zro­bić jej zdję­cie, po­nie­waż zdo­by­ła ja­kąś na­gro­dę na lo­kal­nym fe­sty­nie.

Nim za­czą­łem uczęsz­czać do szko­ły, oj­ciec do­stał pra­cę w no­wej fa­bry­ce pro­du­ku­ją­cej sprzęt dla prze­my­słu naf­to­we­go w Ar­nish Po­int w Stor­no­way i każ­de­go ran­ka, wraz z gru­pą męż­czyzn z na­szej wio­ski, wsia­dał do bia­łej fur­go­net­ki, by udać się w dłu­gą dro­gę do mia­sta. To mat­ka mia­ła mnie od­wieźć pierw­sze­go dnia do szko­ły na­szym za­rdze­wia­łym for­dem an­glią. Moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem był Ar­ta­ir Ma­cin­nes, któ­ry rów­nie gor­li­wie jak ja pra­gnął za­cząć na­ukę. Uro­dzi­li­śmy się w od­stę­pie mie­sią­ca i by­li­śmy naj­bliż­szy­mi są­sia­da­mi. W dniach po­prze­dza­ją­cych szko­łę spę­dza­li­śmy więc ra­zem mnó­stwo cza­su. Jed­nak na­szych ro­dzi­ców nie wią­za­ła szcze­gól­na przy­jaźń. Cho­dzi­ło, jak przy­pusz­czam, o ja­kieś róż­ni­ce kla­so­we. Oj­ciec Ar­ta­ira był na­uczy­cie­lem – ma­te­ma­ty­ki i an­giel­skie­go – w miej­sco­wej szko­le, któ­ra obej­mo­wa­ła nie tyl­ko sied­mio­let­nią pod­sta­wów­kę, ale tak­że dwa pierw­sze lata li­ceum.

Pa­mię­tam, że był aku­rat wietrz­ny wrze­śnio­wy dzień, a ni­skie chmu­ry rzu­ca­ły na zie­mię ru­chli­wy si­na­wy cień. W po­wie­wach wia­tru wy­czu­wa­ło się nad­cho­dzą­cy deszcz. Mia­łem brą­zo­wą kurt­kę z kap­tu­rem i no­si­łem krót­kie spodnie; wie­dzia­łem, że je­śli za­mok­ną, będą mi ocie­ra­ły skó­rę. Czar­ne gu­mow­ce pla­ska­ły o łyd­ki. Prze­rzu­ci­łem przez ra­mię nowy sztyw­ny bre­zen­to­wy tor­ni­ster, w któ­rym znaj­do­wa­ły się płó­cien­ne kap­cie z gu­mo­wą po­de­szwą i dru­gie śnia­da­nie. Nie mo­głem się do­cze­kać, kie­dy po­je­dzie­my do szko­ły.

Mat­ka wy­pro­wa­dza­ła ty­łem sa­mo­chód z drew­nia­nej szo­py słu­żą­cej za ga­raż, gdy przez za­wo­dze­nie wia­tru prze­bił się dźwięk klak­so­nu. Od­wró­ci­łem się i zo­ba­czy­łem Ar­ta­ira i jego ojca, któ­rzy pod­jeż­dża­li swo­im ja­sno­po­ma­rań­czo­wym hil­l­ma­nem aven­ge­rem. Był uży­wa­ny, ale wy­glą­dał nie­mal jak nowy; prze­wyż­szał na­sze­go for­da pod każ­dym wzglę­dem. Pan Ma­cin­nes, nie ga­sząc sil­ni­ka, wy­siadł z sa­mo­cho­du i pod­szedł do mat­ki, żeby za­mie­nić z nią kil­ka słów. Po chwi­li zbli­żył się do mnie, po­ło­żył mi dłoń na ra­mie­niu i po­wie­dział, że pod­wie­zie nas do szko­ły, mnie i Ar­ta­ira. Do­pie­ro kie­dy od­jeż­dża­li­śmy, a ja się od­wró­ci­łem i zo­ba­czy­łem, jak mat­ka ma­cha mi na po­że­gna­nie, zda­łem so­bie spra­wę, że się z nią nie po­że­gna­łem.

Wiem, co czu­je czło­wiek w dniu, gdy jego dziec­ko idzie po raz pierw­szy do szko­ły. To­wa­rzy­szy mu oso­bli­we po­czu­cie stra­ty, nie­od­wra­cal­nej zmia­ny. I te­raz, pa­trząc wstecz, wiem, że to wła­śnie czu­ła moja mat­ka. Wi­dzia­łem to w jej twa­rzy, na któ­rej ma­lo­wał się tak­że żal, że nie bę­dzie uczest­ni­czy­ła w tej waż­nej chwi­li.

• • •

Szko­ła w Cro­bost przy­cup­nę­ła w do­li­nie, zwró­co­na fron­tem na pół­noc, ku Port of Ness, w cie­niu ko­ścio­ła, któ­ry do­mi­no­wał ze wzgó­rza nad całą wio­ską. Ota­cza­ło ją nie­ogro­dzo­ne pa­stwi­sko, a w dali wid­nia­ła la­tar­nia mor­ska w Butt. Nie­kie­dy moż­na było zo­ba­czyć sta­ły ląd, któ­ry ja­wił się jako nie­wy­raź­ny za­rys gór na od­le­głym ho­ry­zon­cie. Ma­wia­no, że je­śli się je wi­dzi, to po­go­da ule­gnie po­gor­sze­niu. I za­wsze się to spraw­dza­ło.

Do pod­sta­wów­ki w Cro­bost uczęsz­cza­ło stu trzech uczniów, do li­ceum osiem­dzie­się­ciu ośmiu. Tam­te­go dnia na­ukę wraz ze mną roz­po­czę­ło jesz­cze je­de­na­ścio­ro dzie­ci o świe­żych twa­rzach; sie­dzie­li­śmy w dwóch rzę­dach po sześć ła­wek w każ­dym, je­den za dru­gim.

Uczy­ła nas pani Mac­kay, chu­da, si­wo­wło­sa pani, praw­do­po­dob­nie znacz­nie młod­sza, niż się nam wy­da­wa­ło. Mia­łem wra­że­nie, że jest wie­ko­wa. W grun­cie rze­czy była ła­god­na, ta pani Mac­kay, ale su­ro­wa, poza tym mia­ła cię­ty ję­zyk. Od razu na wstę­pie spy­ta­ła, czy w kla­sie jest ktoś, kto nie zna an­giel­skie­go. Oczy­wi­ście sły­sza­łem, jak się mówi w tym ję­zy­ku, ale w domu po­słu­gi­wa­no się wy­łącz­nie ga­elic­kim, oj­ciec zaś nie miał te­le­wi­zo­ra, więc py­ta­nie pani Mac­kay było dla mnie cał­ko­wi­cie nie­zro­zu­mia­łe. Ar­ta­ir pod­niósł rękę, a na jego twa­rzy błą­kał się po­ro­zu­mie­waw­czy uśmiech. Usły­sza­łem swo­je na­zwi­sko i w tym mo­men­cie wszy­scy obec­ni w kla­sie spoj­rze­li na mnie. Nie trze­ba być ge­niu­szem, by się do­my­ślić, co Ar­ta­ir po­wie­dział na­uczy­ciel­ce. Po­czu­łem, jak się czer­wie­nię.

– No cóż, Fion­n­lagh – zwró­ci­ła się do mnie po ga­elic­ku pani Mac­kay. – Wy­glą­da na to, że twoi ro­dzi­ce nie wy­ka­za­li się do­sta­tecz­nym roz­sąd­kiem i nie na­uczy­li cię an­giel­skie­go, za­nim po­sze­dłeś do szko­ły.

Moją pierw­szą re­ak­cją był gniew na mat­kę i ojca. Dla­cze­go nie zna­łem an­giel­skie­go? Nie mie­li po­ję­cia, ja­kie to po­ni­ża­ją­ce?

– Po­wi­nie­neś wie­dzieć, że w kla­sie mó­wi­my tyl­ko po an­giel­sku. Oczy­wi­ście nikt nie ma nic prze­ciw­ko ga­elic­kie­mu, ale tak to jest. Prze­ko­na­my się wkrót­ce, jak szyb­ko po­tra­fisz się uczyć.

Nie by­łem w sta­nie ode­rwać wzro­ku od bla­tu ław­ki.

– Za­cznie­my od two­je­go imie­nia. Wiesz, jak brzmi po an­giel­sku?

Pod­nio­słem gło­wę odro­bi­nę wy­zy­wa­ją­co, jak mi się zda­wa­ło.

– Fin­lay – od­par­łem. Wie­dzia­łem, bo tak wła­śnie na­zy­wa­li mnie ro­dzi­ce Ar­ta­ira.

– Do­brze. A po­nie­waż za­mie­rzam dzi­siaj uzu­peł­nić dzien­nik, mo­żesz mi po­wie­dzieć, jak masz na na­zwi­sko.

– Mac­le­oid.

Po­słu­ży­łem się wy­mo­wą ga­elic­ką, któ­ra w tym wy­pad­ku brzmia­ła dla an­giel­skie­go ucha jak „ma­kladż”.

– Mac­le­od – po­pra­wi­ła mnie na­uczy­ciel­ka. – Fin­lay Mac­le­od.

Po­tem prze­szła na an­giel­ski i za­czę­ła spraw­dzać po­zo­sta­łe na­zwi­ska. Mac­do­nald, Ma­cin­nes, Mac­le­an, Ma­crit­chie, Mur­ray, Pic­ko­ford… Wszyst­kie oczy zwró­ci­ły się na chłop­ca, któ­ry się na­zy­wał Pick­ford, a pani Mac­kay po­wie­dzia­ła coś, co wy­wo­ła­ło w kla­sie chi­cho­ty. Chło­piec za­czer­wie­nił się i wy­mam­ro­tał ja­kąś nie­spój­ną od­po­wiedź.

– Jest An­gli­kiem – wy­szep­tał po ga­elic­ku ktoś obok mnie, a ja ob­ró­ci­łem nie­co gło­wę i stwier­dzi­łem za­sko­czo­ny, że pa­trzę na ład­ną drob­ną dziew­czyn­kę z ja­sny­mi wło­sa­mi, za­ple­cio­ny­mi w war­ko­czy­ki prze­wią­za­ne na koń­cach nie­bie­ski­mi wstąż­ka­mi. – Tyl­ko jego na­zwi­sko nie za­czy­na się na m, ro­zu­miesz. Musi więc być An­gli­kiem. Pani Mac­kay do­my­śli­ła się, że jest sy­nem la­tar­ni­ka, bo la­tar­ni­cy są za­wsze An­gli­ka­mi.

– O czym tam szep­cze­cie? – Głos pani Mac­kay był ostry, a jej ga­elic­ki wy­da­wał się jesz­cze groź­niej­szy, po­nie­waż go ro­zu­mia­łem.

– Prze­pra­szam, pani Mac­kay – po­wie­dzia­ła dziew­czyn­ka z war­ko­czy­ka­mi. – Prze­kła­dam dla Fin­laya.

– Och, „prze­kła­dasz”, tak? – W to­nie na­uczy­ciel­ki wy­czu­wa­ło się iro­nię i za­sko­cze­nie. – Duże sło­wo jak na tak małą dziew­czyn­kę. – Zaj­rza­ła do dzien­ni­ka. – Za­mie­rza­łam roz­sa­dzić was al­fa­be­tycz­nie, ale sko­ro z cie­bie taka lin­gwist­ka, Mar­jo­rie, to le­piej, że­byś nadal sie­dzia­ła obok Fin­laya i… prze­kła­da­ła dla nie­go.

Mar­jo­rie, za­do­wo­lo­na z sie­bie, uśmiech­nę­ła się, nie do­strze­ga­jąc iro­nii w gło­sie na­uczy­ciel­ki. Cie­szy­łem się, że będę sie­dział obok ład­nej dziew­czyn­ki z war­ko­czy­ka­mi. Ro­zej­rza­łem się po kla­sie i za­uwa­ży­łem, że Ar­ta­ir pa­trzy na mnie ze zło­ścią. Po­my­śla­łem wte­dy, że chciał, by­śmy sie­dzie­li ra­zem. Te­raz wiem, że był za­zdro­sny.

• • •

Pod­czas prze­rwy wzią­łem go na szkol­nym po­dwór­ku na bok i zbesz­ta­łem.

– Dla­cze­go chlap­ną­łeś, że nie umiem mó­wić po an­giel­sku?

Spra­wiał wra­że­nie zbla­zo­wa­ne­go.

– I tak by się do­wie­dzie­li, no nie? – Wy­jął z kie­sze­ni mały nie­bie­sko-srebr­ny in­ha­la­tor, wsu­nął so­bie jego koń­ców­kę w usta i zro­bił wdech, na­ci­ska­jąc tło­czek.

Nic so­bie wte­dy nie po­my­śla­łem. Miał to urzą­dze­nie od za­wsze, od kie­dy go zna­łem. Był ast­ma­ty­kiem, jak twier­dzi­li moi ro­dzi­ce, co wów­czas nie­wie­le mi mó­wi­ło. Wie­dzia­łem tyl­ko, że cza­sem jest mu cięż­ko od­dy­chać i że je­śli uży­je in­ha­la­to­ra, to wszyst­ko bę­dzie w po­rząd­ku.

Wy­rwał mu go ja­kiś duży ru­do­wło­sy chło­piec.

– Co to jest? – spy­tał i po­pa­trzył na in­ha­la­tor pod świa­tło, jak­by mógł w ten spo­sób po­znać jego we­wnętrz­ne se­kre­ty.

Było to moje pierw­sze spo­tka­nie z Mur­dem Ma­crit­chiem. Wyż­szy i bar­dziej umię­śnio­ny niż po­zo­sta­li chłop­cy, od­zna­czał się cha­rak­te­ry­stycz­ną rudą gę­stą czu­pry­ną. Póź­niej do­wie­dzia­łem się, że na­zy­wa­no go Mur­do Ru­adh. Ru­adh to ga­elic­kie sło­wo ozna­cza­ją­ce „czer­wo­ny”. Do­słow­nie Czer­wo­ny Mur­do. W od­róż­nie­niu od ojca, któ­ry tak­że na­zy­wał się Mur­do Ma­crit­chie, ale miał czar­ne wło­sy i mó­wio­no na nie­go Mur­do Dubh. Wszy­scy mie­li ta­kie czy inne prze­zwi­ska, po­nie­waż czę­sto róż­ne oso­by no­si­ły to samo imię i na­zwi­sko. Mur­do Ru­adh miał bra­ta An­gu­sa, o dwa lata star­sze­go od nas. Prze­zy­wa­no go An­gel, po­nie­waż „rzą­dził” w swo­jej kla­sie, a Mur­do Ru­adh wy­raź­nie szedł w jego śla­dy.

– Od­da­waj! – za­wo­łał Ar­ta­ir, pró­bu­jąc ode­brać in­ha­la­tor, ale Mur­do Ru­adh trzy­mał go poza za­się­giem jego rąk.

Ar­ta­ir był dość krzep­ki, nie mógł jed­nak się rów­nać z Mur­dem, któ­ry rzu­cił in­ha­la­tor in­ne­mu chłop­cu, a ten jesz­cze in­ne­mu, któ­ry z ko­lei rzu­cił go z po­wro­tem w stro­nę Mur­da. Mur­do Ru­adh, jak wszy­scy tego ro­dza­ju osob­ni­cy, zdo­łał już sku­pić wo­kół sie­bie zwo­len­ni­ków, tak jak gów­no przy­cią­ga mu­chy. Chłop­ców nie­zbyt lot­nych, ale na tyle by­strych, by unik­nąć losu jego ofiar.

– Chodź i weź go so­bie, cher­la­ku – pro­wo­ko­wał Ar­ta­ira.

Gdy ten pró­bo­wał mu za­brać in­ha­la­tor, Mur­do rzu­cił go jed­nej ze swo­ich much.

Sły­sza­łem wy­raź­nie świsz­czą­cy dźwięk, któ­ry do­by­wał się z pier­si Ar­ta­ira, kie­dy sta­rał się za wszel­ką cenę od­zy­skać in­ha­la­tor, pod­czas gdy pa­ni­ka i po­ni­że­nie za­ty­ka­ły mu dro­gi od­de­cho­we. Chwy­ci­łem jed­ne­go z kum­pli Ru­adha i wy­rwa­łem mu z ręki urzą­dze­nie.

– Masz. – Od­da­łem je Ar­ta­iro­wi.

Ten wsu­nął so­bie in­ha­la­tor w usta i kil­ka razy ode­tchnął. Wła­śnie wte­dy po­czu­łem dłoń na swo­im koł­nie­rzu i po chwi­li ja­kaś nie­po­wstrzy­ma­na siła rzu­ci­ła mnie na ścia­nę bu­dyn­ku szkol­ne­go. Atak był tak bru­tal­ny, że od­pły­nę­ła mi krew z gło­wy.

– Co ty so­bie wy­obra­żasz, ga­elic­ki gnoj­ku? – Twarz Mur­da Ru­adha dzie­li­ło od mo­jej tyl­ko kil­ka cen­ty­me­trów, wy­czu­wa­łem jego od­ra­ża­ją­cy od­dech. – Nie umiesz mó­wić po an­giel­sku. W ogó­le nie umiesz mó­wić.

Choć wte­dy tego nie do­strze­głem, iro­nia sy­tu­acji po­le­ga­ła na tym, że te swo­je szy­der­cze uwa­gi wy­po­wia­dał po ga­elic­ku. To był ję­zyk obo­wią­zu­ją­cy na po­dwó­rzu szkol­nym. Po an­giel­sku mó­wi­li­śmy tyl­ko w kla­sie.

– Zo­staw go! – Był to głos ma­łe­go chłop­ca, ale miał w so­bie tyle wład­czo­ści, że po­dzia­łał otrzeź­wia­ją­co na tych, któ­rzy ze­bra­li się w po­bli­żu, by zo­ba­czyć, jak ob­ry­wam od Mur­da.

Dużą i brzyd­ką twarz Ru­adha wy­krzy­wił gry­mas zdu­mie­nia. Dwu­krot­nie w cią­gu mi­nu­ty spo­tkał się z opo­rem. Za­mie­rzał z tym skoń­czyć. Pu­ścił mnie i od­wró­cił się. Tam­ten chło­pak nie był wie­le więk­szy ode mnie, ale w jego po­sta­wie wy­czu­wa­ło się coś, co spra­wi­ło, że Mur­do Ru­adh znie­ru­cho­miał. Sły­chać było tyl­ko wiatr i śmiech dziew­cząt, któ­re ba­wi­ły się na dru­gim koń­cu po­dwó­rza ska­kan­ką. Wszy­scy pa­trzy­li na Mur­da. Wie­dział, że staw­ką jest jego re­pu­ta­cja.

– Pod­skocz mi… a za­wo­łam star­sze­go bra­ta.

Za­chcia­ło mi się śmiać.

Mały chło­pak nie spusz­czał wzro­ku z prze­ciw­ni­ka i było wy­raź­nie wi­dać, że Mur­do Ru­adh jest tym za­nie­po­ko­jo­ny.

– Je­śli po­bie­gniesz po star­sze­go bra­ta – sło­wa „star­szy” i „brat” zo­sta­ły wy­po­wie­dzia­ne z nie­ja­ką po­gar­dą – to będę mu­siał po­wie­dzieć swo­je­mu ojcu.

Mur­do zbladł wy­raź­nie pod czu­pry­ną gę­stych ru­dych wło­sów.

– No… nie wchodź mi w dro­gę. – Była to dość kiep­ska ri­po­sta i wszy­scy zda­wa­li so­bie z tego spra­wę. Mur­do prze­pchnął się przez tłu­mek ga­piów i ru­szył na dru­gi ko­niec po­dwó­rza; jego zwo­len­ni­cy po­dą­ży­li za nim, za­sta­na­wia­jąc się być może, czy nie po­sta­wi­li przy­pad­kiem na złe­go ko­nia.

– Dzię­ki – zwró­ci­łem się do chłop­ca, gdy wo­kół nas zro­bi­ło się luź­niej.

Wzru­szył tyl­ko ra­mio­na­mi, jak­by cho­dzi­ło o drob­nost­kę.

– Nie zno­szę pie­przo­nych prze­śla­dow­ców.

Po raz pierw­szy usły­sza­łem, jak ktoś prze­kli­na. Wsu­nął dło­nie w kie­sze­nie spodni i od­da­lił się.

– Kto to jest? – spy­ta­łem Ar­ta­ira.

– Nie wiesz? – Nie krył zdu­mie­nia.

Po­krę­ci­łem gło­wą.

– To Do­nald Mur­ray – wy­ja­śnił przy­ci­szo­nym i peł­nym re­spek­tu gło­sem. – Syn pa­sto­ra.

Roz­legł się dźwięk dzwon­ka i wszy­scy ru­szy­li­śmy do kla­sy. To był naj­zwy­klej­szy przy­pa­dek – sło­wo daję – że kie­dy prze­cho­dzi­łem obok ga­bi­ne­tu dy­rek­to­ra szko­ły, otwo­rzył drzwi i za­czął się roz­glą­dać po tłu­mie uczniów, szu­ka­jąc od­po­wied­nie­go kan­dy­da­ta. Wska­zał mnie pal­cem.

– Ty, chłop­cze.

Za­trzy­ma­łem się w miej­scu, a on wci­snął mi do ręki ko­per­tę. Nie mia­łem po­ję­cia, co jesz­cze mó­wił, i sta­łem tam bez sło­wa, czu­jąc co­raz więk­szą pa­ni­kę.

– On nie mówi po an­giel­sku, a pani Mac­kay po­wie­dzia­ła, że mu­szę mu wszyst­ko tłu­ma­czyć.

Mar­jo­rie krą­ży­ła przy mnie jak anioł stróż. Kie­dy na nią po­pa­trzy­łem, ob­da­rzy­ła mnie uj­mu­ją­cym uśmie­chem.

– Tak? Tłu­ma­czyć? – Dy­rek­tor przyj­rzał się nam z za­cie­ka­wie­niem, z uda­wa­ną su­ro­wo­ścią uno­sząc brew. Był wy­so­kim, ły­sym męż­czy­zną w oku­la­rach do czy­ta­nia i za­wsze no­sił sza­re twe­edo­we gar­ni­tu­ry o nu­mer za duże. – Więc le­piej idź z nim, mło­da damo.

– Tak, pa­nie Ma­cau­lay. – To było zdu­mie­wa­ją­ce, że wie­dzia­ła, jak się wszy­scy na­zy­wa­ją. – Chodź, Fin­lay. – Wsu­nę­ła mi rękę pod ra­mię i wy­pro­wa­dzi­ła z po­wro­tem na po­dwó­rze.

– Do­kąd idzie­my?

– To, co trzy­masz, to za­mó­wie­nie na ar­ty­ku­ły żyw­no­ścio­we do na­sze­go skle­pi­ku.

– Skle­pi­ku? – spy­ta­łem, nie ma­jąc po­ję­cia, o czym mówi.

– Czy ty na­praw­dę nic nie wiesz, głup­ta­sie? Skle­pik to miej­sce, gdzie ku­pu­je­my sło­dy­cze, chip­sy, le­mo­nia­dę i tak da­lej. Że­by­śmy nie mu­sie­li wy­cho­dzić do skle­pu przy dro­dze i ry­zy­ko­wać, że coś nas prze­je­dzie.

– Och. – Ski­ną­łem gło­wą, za­sta­na­wia­jąc się, skąd to wszyst­ko wie. Do­pie­ro póź­niej się do­wie­dzia­łem, że ma sio­strę w szó­stej kla­sie. – Więc tyl­ko my dwo­je ry­zy­ku­je­my, że coś nas prze­je­dzie?

Za­chi­cho­ta­ła.

– Nie dzi­wę się, że sta­ry Ma­cau­lay wy­brał wła­śnie cie­bie.

– Wo­bec tego się my­lił – od­par­łem, przy­po­mi­na­jąc so­bie kon­fron­ta­cję z Mur­dem Ru­adhem.

Zno­wu za­chi­cho­ta­ła.

Sklep mie­ścił się w sta­rej ka­mien­nej sto­do­le na koń­cu dro­gi, ja­kiś ki­lo­metr da­lej, przy skrę­cie na głów­ną szo­sę. Miał dwa małe okna, w któ­rych nig­dy nic nie sta­ło, i wą­skie drzwi mię­dzy nimi. Wi­dzie­li­śmy go w od­da­li, obok ka­mien­nej cha­ty z da­chem z po­rdze­wia­łej bla­chy fa­li­stej. Dłu­ga i wą­ska jed­no­pa­smo­wa dro­ga bez chod­ni­ków bie­gła mię­dzy spróch­nia­ły­mi drew­nia­ny­mi, prze­krzy­wio­ny­mi pa­li­ka­mi pło­tów. Ogro­dze­nia sta­no­wi­ły kiep­ską za­po­rę dla owiec, któ­re wy­cho­dzi­ły na dro­gę. Wy­so­ka tra­wa po­ra­sta­ją­ca rowy była zbrą­zo­wia­ła i przy­gnie­cio­na przez wiatr, a wrzo­sy zwię­dły. Da­lej cią­gnę­ło się zbo­cze upstrzo­ne do­ma­mi wzdłuż głów­nej szo­sy; przy­po­mi­na­ły na­ni­za­ne na sznu­rek kwa­dra­to­we pa­cior­ki. Ani śla­du drzew czy krze­wów, któ­re mo­gły­by zła­go­dzić ich ostre kon­tu­ry. Tyl­ko plą­ta­ni­na ogro­dzeń, rdze­wie­ją­ce szkie­le­ty sa­mo­cho­dów i ze­psu­tych trak­to­rów.

– Miesz­kasz w Cro­bost? Gdzie do­kład­nie? – spy­ta­łem Mar­jo­rie.

– Nie miesz­kam w Cro­bost, tyl­ko w Me­ala­na­is Farm. Oko­ło czte­rech ki­lo­me­trów od Cro­bost. – Zni­ży­ła głos; le­d­wie ją sły­sza­łem przy tym wie­trze. – Moja mat­ka jest An­giel­ką. – Po­wie­dzia­ła to tak, jak­by zdra­dza­ła mi wiel­ki se­kret. – Dla­te­go po­tra­fię mó­wić po an­giel­sku bez ga­elic­kie­go ak­cen­tu.

Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi, za­sta­na­wia­jąc się, dla­cze­go mi to mówi.

– Nig­dy bym się nie do­my­ślił.

Ro­ze­śmia­ła się.

– Oczy­wi­ście, że nie.

Było zim­no i za­czę­ło pa­dać, więc na­cią­gną­łem na gło­wę kap­tur, zer­ka­jąc przy tym na dziew­czyn­kę z war­ko­cza­mi. Po­ru­sza­ły się na wie­trze, a to, że sma­gał jej twarz, spra­wia­ło jej przy­jem­ność. Po­licz­ki przy­bra­ły ja­sno­czer­wo­ną bar­wę.

– Mar­jo­rie – po­wie­dzia­łem gło­śno, żeby za­głu­szyć po­wie­wy wia­tru. – To ład­ne imię.

– Nie zno­szę go. – Spoj­rza­ła na mnie ze zło­ścią. – To po an­giel­sku. Ale nikt tak na mnie nie mówi. Na­praw­dę na imię mam Mar­sa­ili.

Jak w przy­pad­ku Mar­jo­rie, kła­dła ak­cent na pierw­szą sy­la­bę, „s” wy­ma­wia­ła mięk­ko – „sz” – jak za­wsze w ga­ealic­kim po gło­sce „r”, co jest po­zo­sta­ło­ścią po dwu­stu la­tach, kie­dy to wy­spa­mi rzą­dzi­li wi­kin­go­wie.

– Mar­sa­ili. – Spró­bo­wa­łem to wy­mó­wić, żeby spraw­dzić, jak pa­su­je do mo­ich warg; dźwięk tego sło­wa bar­dzo mi się spodo­bał. – Tak jest na­wet ład­niej.

Zer­k­nę­ła na mnie ko­kie­te­ryj­ne; spoj­rze­nie jej ła­god­nych nie­bie­skich oczu na­po­tka­ło mój wzrok, po­tem znów gdzieś czmych­nę­ło.

– A ty lu­bisz swo­je an­giel­skie imię?

– Fin­lay? – spy­ta­łem.

Ski­nę­ła gło­wą.

– Nie – od­par­łem.

– Będę mó­wi­ła na cie­bie Fin. Co ty na to?

– Fin. – Po­now­nie spró­bo­wa­łem do­pa­so­wać to sło­wo do swo­ich warg. Było krót­kie i kon­kret­ne. – Jest w po­rząd­ku.

– To do­brze. – Mar­sa­ili uśmiech­nę­ła się. – Te­raz już za­wsze bę­dziesz Fi­nem.

I tak Mar­sa­ili Mac­do­nald dała mi imię, któ­re przy­lgnę­ło do mnie na całe ży­cie.

• • •

W tam­tych cza­sach przez pierw­szy ty­dzień nowi ucznio­wie zo­sta­wa­li w szko­le tyl­ko do lun­chu. Po­tem wy­cho­dzi­li­śmy. I choć tego pierw­sze­go ran­ka nas pod­wie­zio­no, ja i Ar­ta­ir mie­li­śmy wró­cić do domu na pie­cho­tę. Było to tyl­ko oko­ło pół­to­ra ki­lo­me­tra. Ar­ta­ir cze­kał na mnie przy bra­mie. Mu­sia­łem zo­stać dłu­żej, po­nie­waż we­zwa­ła mnie pani Mac­kay i dała kar­tecz­kę dla ro­dzi­ców. Wi­dzia­łem na dro­dze Mar­sa­ili, któ­ra szła zu­peł­nie sama. Zmo­kli­śmy, wra­ca­jąc ze skle­pu, i przez resz­tę po­ran­ka sie­dzie­li­śmy na ka­lo­ry­fe­rze, żeby wy­su­szyć ubra­nia. Te­raz deszcz prze­stał na chwi­lę pa­dać.

– Po­spiesz się. Jak dłu­go mam tu stać? – Ar­ta­ir nie mógł się do­cze­kać, kie­dy wró­ci wresz­cie do domu. Chciał, że­by­śmy szu­ka­li kra­bów w roz­le­wi­skach skal­nych nie­da­le­ko jego domu.

– Pój­dę przez Me­ala­na­is Farm – po­wie­dzia­łem. – Skró­tem.

– Co? – Po­pa­trzył na mnie jak na wa­ria­ta. – To ci za­bie­rze mnó­stwo cza­su!

– Wca­le nie. Mogę wró­cić dro­gą Cross-Ski­ger­sta.

Nie mia­łem po­ję­cia, gdzie to jest, lecz Mar­sa­ili po­wie­dzia­ła mi, że to krót­ka tra­sa z Me­ala­na­is do Cro­bost.

Nie cze­ka­łem na­wet, aż Ar­ta­ir się sprze­ci­wi, tyl­ko rzu­ci­łem się bie­giem w ślad za Mar­sa­ili. Nim ją do­go­ni­łem, za­bra­kło mi tchu. Uśmiech­nę­ła się do mnie zna­czą­co.

– My­śla­łam, że bę­dziesz wra­cał do domu z Ar­ta­irem.

– Przy­szło mi do gło­wy, że pój­dę z tobą przez Me­ala­na­is. – Sta­ra­łem się mó­wić od nie­chce­nia. – To skrót.

Nie wy­glą­da­ła na prze­ko­na­ną.

– Dość dłu­ga dro­ga jak na skrót. – Wzru­szy­ła nie­znacz­nie ra­mio­na­mi. – Nie mogę ci jed­nak za­bro­nić, je­śli ko­niecz­nie chcesz ze mną iść.

Uśmiech­ną­łem się w du­chu, opa­no­wu­jąc się z tru­dem, by nie wy­ko­nać trium­fal­ne­go ge­stu. Obej­rza­łem się i za­uwa­ży­łem, że Ar­ta­ir od­pro­wa­dza nas wście­kłym wzro­kiem.

Dro­ga na far­mę od­cho­dzi­ła od głów­nej szo­sy przed skrę­tem na Cro­bost. Tyl­ko w kil­ku miej­scach była na tyle sze­ro­ka, że dwa sa­mo­cho­dy mo­gły się wy­mi­nąć, i wiła się w kie­run­ku po­łu­dnio­wo-wschod­nim przez tor­fo­wi­sko, któ­re cią­gnę­ło się po ho­ry­zont. Ale te­ren był tu wznie­sio­ny i spo­glą­da­jąc za sie­bie, wi­dzia­ło się li­nię dro­gi aż do Swa­in­bost i Cross. Jesz­cze da­lej moż­na było do­strzec mo­rze, któ­re roz­bi­ja­ło się bie­lą o za­chod­nie wy­brze­że, pod la­sem na­grob­ków na cmen­ta­rzu w Cro­bost, od­ci­na­ją­cych się po­sęp­nie od nie­ba. Pół­noc­na część Le­wis jest pła­ska i po­zba­wio­na wznie­sień czy gór, dla­te­go pada ofia­rą ży­wio­łów gna­ją­cych od Atlan­ty­ku do cie­śni­ny Minch. I za­wsze się zmie­nia. Świa­tło i mrok w nie­po­wta­rzal­nych wzo­rach, w wiecz­nych zma­ga­niach; deszcz, blask słoń­ca, czar­ne nie­bo, błę­kit­ne nie­bo. I tę­cze. Wy­peł­nia­ły moje dzie­ciń­stwo. Za­zwy­czaj po­dwój­ne tę­cze. Wła­śnie tego dnia ob­ser­wo­wa­li­śmy jed­ną z nich. For­mo­wa­ła się szyb­ko nad tor­fo­wi­skiem, od­ci­na­jąc się ostro od naj­mrocz­niej­szych frag­men­tów czar­no­nie­bie­skie­go nie­ba.

Po­tem dro­ga za­czę­ła biec w dół ła­god­ne­go zbo­cza, ku far­mie, któ­ra przy­cup­nę­ła w płyt­kiej do­lin­ce. Ogro­dze­nia spra­wia­ły tu wra­że­nie bar­dziej za­dba­nych niż gdzie in­dziej, a na pa­stwi­sku wi­dać było kro­wy i owce. Do­strze­głem wy­so­ką sto­do­łę o czer­wo­nym da­chu i duży bia­ły dom oto­czo­ny ka­mien­ny­mi bu­dyn­ka­mi go­spo­dar­czy­mi. Za­trzy­ma­li­śmy się przy po­ma­lo­wa­nej na bia­ło furt­ce, za któ­rą bie­gła ścież­ka wio­dą­ca do domu.

– Chcesz wejść do środ­ka i na­pić się le­mo­nia­dy? – spy­ta­ła Mar­sa­ili.

Ja jed­nak by­łem już w tym mo­men­cie cho­ry z nie­po­ko­ju. Nie mia­łem tak na­praw­dę po­ję­cia, gdzie je­stem ani jak tra­fię do domu. I wie­dzia­łem, że się bar­dzo spóź­nię. Już czu­łem gniew mat­ki.

– Le­piej nie. – Spoj­rza­łem na ze­ga­rek, sta­ra­jąc się nie oka­zy­wać lęku. – Je­stem tro­chę spóź­nio­ny.

Mar­sa­ili ski­nę­ła gło­wą.

– Tak to jest ze skró­ta­mi. – Uśmiech­nę­ła się po­god­nie. – Mo­żesz przyjść i po­ba­wić się ze mną w so­bo­tę, je­śli chcesz.

Pchną­łem czub­kiem gu­mow­ca grud­kę tor­fu i wzru­szy­łem ra­mio­na­mi, uda­jąc obo­jęt­ność.

– Za­sta­no­wię się.

– Jak chcesz.

Od­wró­ci­ła się i ru­szy­ła w pod­sko­kach w stro­nę du­że­go bia­łe­go domu.

• • •

Do dzi­siaj nie poj­mu­ję, jak uda­ło mi się tego pierw­sze­go dnia do­trzeć z po­wro­tem do domu, po­nie­waż za Me­ala­na­is dro­ga za­koń­czy­ła się ka­mie­ni­stym trak­tem. Po­dą­ża­łem nim przez ja­kiś czas, ogar­nię­ty na­ra­sta­ją­cą roz­pa­czą, gdy na­gle do­strze­głem dach ja­kie­goś sa­mo­cho­du, któ­ry prze­mknął wzdłuż bli­skie­go ho­ry­zon­tu. Wbie­głem na zbo­cze i zna­la­złem się na szo­sie łą­czą­cej Cross ze Ski­ger­sta, o któ­rej mó­wi­ła Mar­sa­ili. Wy­da­wa­ło się, że ta szo­sa z obu koń­ców zni­ka gdzieś na tor­fo­wi­sku. Nie wie­dzia­łem, w któ­rą stro­nę ru­szyć. By­łem prze­ra­żo­ny i bli­ski łez. Mu­sia­ła mną kie­ro­wać ja­kaś życz­li­wa dłoń, któ­ra pchnę­ła mnie w lewo. Gdy­bym po­szedł w pra­wo, nig­dy bym do domu nie do­tarł.

I tak upły­nę­ło po­nad dwa­dzie­ścia mi­nut, za­nim do­sze­dłem do skrę­tu, gdzie prze­krzy­wio­ny czar­no-bia­ły dro­go­wskaz ce­lo­wał nie­pew­nie w stro­nę Cro­bost. Bie­głem te­raz, po­licz­ki pie­kły mnie od łez, gu­mow­ce bo­le­śnie ob­cie­ra­ły łyd­ki. Wy­czu­wa­łem woń mo­rza i usły­sza­łem je, nim się po­ja­wi­ło. A po­tem, gdy po­ko­na­łem wznie­sie­nie, moim oczom uka­za­ła się zna­jo­ma syl­wet­ka ko­ścio­ła po­nad nie­re­gu­lar­nym zbio­ro­wi­skiem do­mów i za­gród, któ­re sku­pi­ły się wo­kół nie­go, nie­da­le­ko dro­gi nad kli­fem.

Kie­dy do­tar­łem do domu, mat­ka pod­jeż­dża­ła wła­śnie na­szym for­dem an­glią. Z tyłu sie­dział Ar­ta­ir. Wy­sko­czy­ła z wozu i chwy­ci­ła mnie, jak­bym był piór­kiem, któ­re w każ­dej chwi­li może po­rwać wiatr. Jed­nak jej ulga prze­ro­dzi­ła się szyb­ko w gniew.

– Na li­tość bo­ską, Fion­n­lagh, gdzieś ty się po­dzie­wał? Dwa razy ob­je­cha­łam dro­gę do szko­ły. Omal nie osza­la­łam z nie­po­ko­ju.

Otar­ła mi z twa­rzy łzy, nad któ­ry­mi sta­ra­łem się za­pa­no­wać. Ar­ta­ir zdą­żył już wy­siąść z sa­mo­cho­du i przy­pa­try­wał się nam z za­in­te­re­so­wa­niem. Mat­ka spoj­rza­ła na nie­go.

– Ar­ta­ir przy­szedł do cie­bie po lek­cjach. Nie wie­dział, gdzie je­steś.

Po­pa­trzy­łem na nie­go nie­chęt­nie, od­no­to­wu­jąc so­bie w pa­mię­ci, że w spra­wach dziew­czyn nie na­le­ży mu zbyt­nio ufać.

– Od­pro­wa­dzi­łem do domu dziew­czyn­kę z Me­ala­na­is Farm. Nie wie­dzia­łem, że to tak dłu­go po­trwa – wy­ja­śni­łem.

Mat­ka była prze­ra­żo­na.

– Me­ala­na­is? Fion­n­lagh, coś ty so­bie my­ślał? Nig­dy wię­cej tego nie rób!

– Ale Mar­sa­ili chce, że­bym w so­bo­tę przy­szedł się z nią po­ba­wić.

– Nie po­zwa­lam! – W gło­sie mat­ki po­ja­wił się sta­lo­wy ton. – To o wie­le za da­le­ko. Ani oj­ciec, ani ja nie bę­dzie­my mie­li cza­su, żeby cię tam za­wieźć i przy­wieźć z po­wro­tem. Ro­zu­miesz?

Ski­ną­łem gło­wą, sta­ra­jąc się nie pła­kać, a jej na­gle zro­bi­ło się mnie żal; uści­ska­ła mnie ser­decz­nie, a jej mięk­kie war­gi mu­snę­ły moje pie­ką­ce po­licz­ki. Wła­śnie wte­dy przy­po­mnia­łem so­bie o kart­ce, któ­rą dała mi pani Mac­kay. Wy­grze­ba­łem ją z kie­sze­ni i wrę­czy­łem mat­ce.

– Co to jest? – spy­ta­ła.

– List od na­uczy­ciel­ki.

Zmarsz­czy­ła czo­ło, wzię­ła ko­per­tę i ją ro­ze­rwa­ła. Pa­trzy­łem, jak jej twarz ob­le­wa się ru­mień­cem. Zło­ży­ła po­spiesz­nie kart­kę i we­tknę­ła ją w kie­szeń kom­bi­ne­zo­nu. Nig­dy się nie do­wie­dzia­łem, co tam było na­pi­sa­ne, ale od tej pory mó­wi­li­śmy w domu wy­łącz­nie po an­giel­sku.

• • •

Na­za­jutrz rano uda­li­śmy się do szko­ły na pie­cho­tę, ja i Ar­ta­ir. Jego tata mu­siał je­chać do Stor­no­way na ja­kieś ze­bra­nie pe­da­go­gicz­ne, a moja mat­ka mia­ła kło­pot z jed­ną z owiec. Przez więk­szość dro­gi mil­cze­li­śmy, chło­sta­ni na prze­mian wia­trem i ogrze­wa­ni przez krót­kie i ską­pe skraw­ki słoń­ca. Na pla­ży w dole mo­rze rzu­ca­ło na pia­sek zwień­czo­ne bie­lą fale. Ze­szli­śmy już nie­mal ze wzgó­rza, kie­dy spy­ta­łem:

– Dla­cze­go uda­wa­łeś przed moją mat­ką, że nie wiesz o tym, że po­sze­dłem do Me­ala­na­is?

Ar­ta­ir par­sk­nął po­gar­dli­wie.

– Je­stem star­szy od cie­bie. Obe­rwał­bym za to, że ci po­zwo­li­łem tam pójść.

– Star­szy? O czte­ry ty­go­dnie!

Ar­ta­ir prze­krzy­wił gło­wę i po­trzą­snął nią z wiel­ką po­wa­gą, jak czy­ni­li to sta­rzy lu­dzie, któ­rzy w so­bot­ni po­ra­nek zbie­ra­li się pod skle­pem.

– To bar­dzo dużo.

Nie by­łem spe­cjal­nie prze­ko­na­ny.

– Po­wie­dzia­łem mat­ce, że po szko­lę idę się do cie­bie po­ba­wić. Więc bę­dzie le­piej, je­śli to po­twier­dzisz.

Spoj­rzał na mnie zdzi­wio­ny.

– To zna­czy, że nie przyj­dziesz?

Za­prze­czy­łem ru­chem gło­wy.

– Więc do­kąd idziesz?

– Za­mie­rzam od­pro­wa­dzić Mar­sa­ili do domu – od­par­łem i spoj­rza­łem na nie­go tak, jak­bym rzu­cał mu wy­zwa­nie.

Znów za­pa­dło mil­cze­nie. Ar­ta­ir ode­zwał się, do­pie­ro kie­dy do­tar­li­śmy do głów­nej dro­gi.

– Nie wiem, po co od­pro­wa­dzasz dziew­czy­ny do domu. – Był wy­raź­nie nie­za­do­wo­lo­ny. – To bab­skie.

Nie od­po­wie­dzia­łem; prze­szli­śmy przez dro­gę i zna­leź­li­śmy się na wą­skim trak­cie pro­wa­dzą­cym do szko­ły. Po­ja­wi­ły się te­raz inne dzie­ci, nad­cią­ga­ły ze wszyst­kich stron, po­dą­ża­jąc pa­ra­mi albo w więk­szych grup­kach w stro­nę wi­docz­ne­go w dali nie­wiel­kie­go sku­pi­ska bu­dyn­ków szkol­nych.

– Do­bra – rzu­cił na­gle Ar­ta­ir.

– Co „do­bra”?

– Je­śli two­ja mat­ka spy­ta, po­wiem jej, że ba­wi­łeś się u nas.

Zer­k­ną­łem na nie­go, ale uni­kał mo­je­go wzro­ku.

– Dzię­ki.

– Pod jed­nym wa­run­kiem.

– Ja­kim?

– Że od­pro­wa­dzę Mar­sa­ili ra­zem z tobą.

Zmarsz­czy­łem czo­ło, da­jąc tym wy­raz głę­bo­kiej kon­ster­na­cji, i zmie­rzy­łem go twar­dym spoj­rze­niem. On jed­nak wciąż uni­kał mo­je­go wzro­ku. Dla­cze­go, za­sta­na­wia­łem się, chce od­pro­wa­dzić Mar­sa­ili do domu, je­śli uwa­ża to za bab­skie?

Oczy­wi­ście te­raz, po tylu la­tach, wiem dla­cze­go. Wte­dy nie mia­łem jed­nak po­ję­cia, że na­sza roz­mo­wa tam­te­go ran­ka ozna­cza po­czą­tek ry­wa­li­za­cji o wzglę­dy Mar­sa­ili, ry­wa­li­za­cji, któ­ra mia­ła trwać przez całą szko­łę i jesz­cze dłu­żej.

ROZDZIAŁ 3

I

Fin le­d­wie zdą­żył pod­nieść swo­ją wa­liz­kę z ta­śmo­cią­gu, gdy za jej uchwyt chwy­ci­ła ja­kaś wiel­ka dłoń i mu ją ode­bra­ła. Od­wró­cił się za­sko­czo­ny i zo­ba­czył dużą przy­ja­ciel­ską twarz, któ­ra uśmie­cha­ła się do nie­go sze­ro­ko. Była okrą­gła, bez śla­du zmarsz­czek; gę­ste, po­kry­te gru­bą war­stwą bry­lan­ty­ny wło­sy za­czy­na­ły się od trój­ką­ci­ka u góry czo­ła. Twarz czło­wie­ka po czter­dzie­st­ce, do­brze zbu­do­wa­ne­go, ale odro­bi­nę niż­sze­go niż Fin mie­rzą­cy sto osiem­dzie­siąt cen­ty­me­trów wzro­stu. Pod gru­bą czar­ną pi­ko­wa­ną kurt­ką no­sił czar­ny gar­ni­tur, bia­łą ko­szu­lę i nie­bie­ski kra­wat. Po­dał Fi­no­wi wiel­ką dłoń.

– Sier­żant Geo­r­ge Gunn. – Mó­wił z ak­cen­tem ty­po­wym dla Le­wis. – Wi­ta­my w Stor­no­way, pa­nie Mac­le­od.

– Mów mi Fin, Geo­r­ge. Jak mnie, u li­cha, po­zna­łeś?

– Gli­nia­rza wy­czu­wam na ki­lo­metr, pa­nie Mac­le­od. – Uśmiech­nął się i gdy wy­cho­dzi­li na par­king, do­dał: – Za­uwa­ży pan pew­nie, że tro­chę się tu zmie­ni­ło. – Zwró­cił się twa­rzą do sil­ne­go za­chod­nie­go wia­tru i po­now­nie się uśmiech­nął. – Ale jed­no się nie zmie­nia. Wiatr. Nig­dy mu się nie nu­dzi tak wiać.

Tego dnia jed­nak był dość ła­god­ny i miał w so­bie coś mięk­kie­go; ogrze­wa­ło go sierp­nio­we słoń­ce, któ­re wy­glą­da­ło chwi­la­mi zza chmur. Gunn ru­szył volks­wa­ge­nem w stro­nę ron­da przy wjeź­dzie na lot­ni­sko, a po­tem wspię­li się na wzgó­rze i znów skie­ro­wa­li w stro­nę zbo­cza. Skrę­ci­li w pra­wo, ku mia­stu, a roz­mo­wa ze­szła na te­mat mor­der­stwa.

– Pierw­sze w no­wym ty­siąc­le­ciu – oznaj­mił Gunn. – A w ca­łym dwu­dzie­stym wie­ku było tyl­ko jed­no.

– No cóż, miej­my na­dzie­ję, że to jest ostat­nie w dwu­dzie­stym pierw­szym. Gdzie za­zwy­czaj prze­pro­wa­dza się sek­cje zwłok?

– W Aber­de­en. Mamy na wy­spie trzech le­ka­rzy po­li­cyj­nych. Wszy­scy prak­ty­ku­ją w mie­ście. Dwaj z nich peł­nią cza­sem funk­cję pa­to­lo­gów. Ba­da­ją cia­ła ofiar gwał­tow­nych zgo­nów, prze­pro­wa­dza­ją na­wet sek­cje, ale po­dej­rza­ne przy­pad­ki od­sy­ła­ne są do Aber­de­en. Fo­re­ster Hills.

– Nie by­ło­by bli­żej w In­ver­ness?

– Owszem, ale tam­tej­szy pa­to­log nie ak­cep­tu­je wy­ni­ków na­szych ba­dań. Chce wszyst­ko ro­bić sam. – Gunn po­słał Fi­no­wi chy­tre spoj­rze­nie. – Ale nie usły­szał pan tego ode mnie.

– A co mia­łem usły­szeć?

Gunn uśmiech­nął się sze­ro­ko na znak, że ro­zu­mie­ją się do­sko­na­le.

Kie­dy je­cha­li dłu­gą pro­stą dro­gą w stro­nę Stor­no­way, Fin zo­ba­czył roz­cią­ga­ją­ce się przed nim mia­sto wznie­sio­ne wo­kół por­tu i za­drze­wio­ne­go wzgó­rza. Szkla­no-sta­lo­wy ter­mi­nal przy­sta­ni pro­mo­wej u szczy­tu no­we­go fa­lo­chro­nu, zbu­do­wa­ny w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych, przy­po­mi­nał mu la­ta­ją­cy spodek. Wi­docz­ne nie­co da­lej sta­re molo spra­wia­ło wra­że­nie po­rzu­co­ne­go i za­nie­dba­ne­go. Jego wi­dok po­ru­szył go w oso­bli­wy spo­sób. Z tej od­le­gło­ści wy­glą­da­ło pra­wie tak, jak je za­pa­mię­tał. Tyl­ko ten la­ta­ją­cy spodek był nowy.

I bez wąt­pie­nia ozna­czał, że na wy­spę przy­by­ło kil­ku ob­cych.

Mi­nę­li po­ma­lo­wa­ne na żół­to sta­re przę­dzal­nie Ken­neth Mac­ken­zie Li­mi­ted, gdzie kie­dyś prze­cho­wy­wa­no w ma­ga­zy­nach ty­sią­ce me­trów sa­mo­dzia­ło­we­go twe­edu z prze­zna­cze­niem na eks­port. Obco wy­glą­da­ją­ce sze­re­go­we domy cią­gnę­ły się do wiel­kie­go me­ta­lo­we­go ba­ra­ku, gdzie za rzą­do­we pie­nią­dze fi­nan­so­wa­no pro­duk­cję pro­gra­mów w ję­zy­ku ga­elic­kim. Choć nie był po­pu­lar­ny za cza­sów Fina, te­raz stał się wie­lo­mi­lio­no­wym biz­ne­sem. W szko­łach uczo­no w tym ję­zy­ku na­wet ma­te­ma­ty­ki, hi­sto­rii i in­nych przed­mio­tów. Poza tym stał się nie­zwy­kle mod­ny.

– Od­bu­do­wa­li to kil­ka lat temu – po­wie­dział Gunn, kie­dy mi­ja­li sta­cję ben­zy­no­wą i sklep przy ron­dzie, któ­re­go Fin nie pa­mię­tał. – Jest otwar­ty na­wet w nie­dzie­lę. Pra­wie w ca­łym mie­ście moż­na się na­pić albo coś zjeść.

Fin po­krę­cił z nie­do­wie­rza­niem gło­wą.

– I co nie­dzie­la są dwa loty z Edyn­bur­ga – do­dał sier­żant. – Kur­su­je na­wet prom z Ul­la­po­ol.

Za cza­sów Fina cała wy­spa za­my­ka­ła w nie­dzie­lę po­dwo­je. Nie spo­sób było coś zjeść poza do­mem, iść na drin­ka albo ku­pić pa­pie­ro­sy czy ben­zy­nę. Pa­mię­tał tu­ry­stów włó­czą­cych się uli­ca­mi w dni wol­ne od pra­cy, spra­gnio­nych, głod­nych i uwię­zio­nych na wy­spie aż do po­nie­dział­ku, kie­dy to od­pły­wał pierw­szy prom. Oczy­wi­ście wszy­scy wie­dzie­li, że gdy tyl­ko w Stor­no­way pu­sto­sze­ją ko­ścio­ły, w pu­bach i ho­te­lach po­ja­wia­ją się nie­dziel­ni im­pre­zo­wi­cze, któ­rzy wcho­dzi­li do tych przy­byt­ków przez tyl­ne drzwi. Osta­tecz­nie pi­cie al­ko­ho­lu w nie­dzie­lę nie było nie­le­gal­ne, a je­dy­nie nie do po­my­śle­nia. W każ­dym ra­zie nie do po­my­śle­nia było, żeby ktoś dał się na tym przy­ła­pać.

– Wciąż sku­wa­ją huś­taw­ki łań­cu­cha­mi? – spy­tał Fin, któ­ry pa­mię­tał ten smut­ny wi­dok w nie­dzie­lę: huś­taw­ki sku­te łań­cu­cha­mi spię­ty­mi kłód­ką.

– Nie, prze­sta­li to ro­bić kil­ka lat temu. – Gunn par­sk­nął śmie­chem. – Wy­znaw­cy wol­ne­go dnia twier­dzi­li, że to pierw­szy krok do upad­ku. Może mie­li ra­cję.

Fun­da­men­ta­li­stycz­ne odła­my Ko­ścio­ła pro­te­stanc­kie­go od wie­ków spra­wo­wa­ły wła­dzę nad wy­spiar­skim ży­ciem. Mó­wi­ło się, że wła­ści­ciel pubu albo re­stau­ra­cji, któ­ry się sprze­ci­wia Ko­ścio­ło­wi, jest dys­kret­nie wy­pie­ra­ny z ryn­ku. Ban­ki żą­da­ły na­gle zwro­tu po­życz­ki, co­fa­no li­cen­cję. Wła­dza Ko­ścio­ła wy­da­wa­ła się lu­dziom na lą­dzie sta­łym czymś śre­dnio­wiecz­nym. Sta­no­wi­ła jed­nak re­al­ną siłę na wy­spie, gdzie nie­któ­re spo­łecz­no­ści uwa­ża­ły wszyst­kie roz­ryw­ki za grzesz­ne, a każ­dą pró­bę pod­wa­że­nia au­to­ry­te­tu Ko­ścio­ła za dzie­ło sza­ta­na.

– Ale pro­szę pa­mię­tać, że choć nie sku­wa­ją już huś­ta­wek łań­cu­cha­mi, nie zo­ba­czy pan dzie­cia­ka, któ­ry ko­rzy­stał­by z nich w nie­dzie­lę. Tak jak nie zo­ba­czy pan ni­ko­go, kto wy­wie­szał­by pra­nie. W każ­dym ra­zie poza mia­stem.

Nowe cen­trum spor­tu za­sła­nia­ło Fi­no­wi wi­dok na sta­rą szko­łę. Mi­nę­li sie­dzi­bę lo­kal­nych władz i daw­ny ho­tel Se­aforth na­prze­ciw­ko sze­re­gu tra­dy­cyj­nych, wznie­sio­nych z pia­skow­ca do­mów o po­chy­łych da­chach. Mie­sza­ni­na daw­nej brzy­do­ty z nową brzy­do­tą. Stor­no­way nig­dy nie było ład­nym mia­stem i pod tym wzglę­dem nic się nie zmie­ni­ło. Gunn skrę­cił w pra­wo w Le­wis Stre­et, gdzie domy są­sia­do­wa­ły z pu­ba­mi i ciem­ny­mi ma­ły­mi skle­pi­ka­mi, a na­stęp­nie skrę­cił w lewo, w Church Stre­et, w po­ło­wie któ­rej znaj­do­wał się po­ste­ru­nek. Fin za­uwa­żył, że wszyst­kie na­zwy ulic pi­sa­ne są po ga­elic­ku.

– Kto pro­wa­dzi śledz­two?

– Eki­pa z In­ver­ness – od­parł Gunn. – Przy­le­cie­li he­li­kop­te­rem w nie­dzie­lę, wcze­snym ran­kiem. Głów­ny in­spek­tor, de­tek­tyw sier­żant i sied­miu po­li­cjan­tów. Plus tech­ni­cy. Jak do­tąd, nie pa­łę­ta­li się tu za bar­dzo.

Po­ste­ru­nek po­li­cji był kom­plek­sem ró­żo­wych bu­dyn­ków na rogu Church i Ken­neth Stre­et, obok sie­dzi­by świad­ków Je­ho­wy i re­stau­ra­cji chiń­skiej ser­wu­ją­cej da­nia na wy­nos. Gunn prze­je­chał przez bra­mę i za­par­ko­wał obok du­że­go po­li­cyj­ne­go fur­go­nu.

– Jak dłu­go słu­żysz w Stor­no­way, Geo­r­ge?

– Trzy lata. Uro­dzi­łem się tu­taj i wy­cho­wa­łem. Ale przez więk­szość cza­su pra­co­wa­łem na in­nych po­ste­run­kach na wy­spie. Po­tem w In­ver­ness. – Ny­lo­no­wa kurt­ka Gun­na za­sze­le­ści­ła, gdy wy­siadł z wozu.

Fin też wy­siadł.

– Co my­ślisz o tych wszyst­kich fa­ce­tach z ze­wnątrz, któ­rzy przej­mu­ją śledz­two?

Gunn uśmiech­nął się kwa­śno.

– Ni­cze­go in­ne­go się nie spo­dzie­wa­łem. Nie mamy tu do­świad­cze­nia w ta­kich spra­wach.

– Jaki jest in­spek­tor?

– Och, po­lu­bi go pan. – W oczach Gun­na za­mi­go­ta­ły zło­śli­we iskier­ki. – To ka­wał su­kin­sy­na.

• • •

Ka­wał su­kin­sy­na był nie­wy­so­kim, przy­sa­dzi­stym czło­wie­kiem o gę­stych, wy­sma­ro­wa­nych bry­lan­ty­ną wło­sach w ko­lo­rze pia­sku i o ni­skim czo­le. Od­zna­czał się sta­ro­świec­ką twa­rzą i rów­nie sta­ro­świec­kim za­pa­chem (czyż­by Brut?). Jesz­cze nim otwo­rzył usta, Fin się do­my­ślił, że fa­cet po­cho­dzi z Glas­gow.

– Głów­ny in­spek­tor Tom Smith. – Wstał zza biur­ka i wy­cią­gnął rękę. – Przy­kro mi z po­wo­du tego, co się sta­ło, Mac­le­od.

Fin się za­sta­na­wiał, czy wszy­scy wie­dzą, i przy­szło mu do gło­wy, że zo­sta­li praw­do­po­dob­nie uprze­dze­ni. Uścisk dło­ni Smi­tha był krót­ki i moc­ny. Usiadł z po­wro­tem, rę­ka­wy wy­pra­so­wa­nej bia­łej ko­szu­li pod­wi­nął sta­ran­nie do łok­ci, pło­wą ma­ry­nar­kę po­wie­sił rów­niut­ko na opar­ciu krze­sła za ple­ca­mi. Biur­ko za­wa­la­ły pa­pie­ry, ale w tym ba­ła­ga­nie moż­na było do­strzec po­rzą­dek. Fin za­uwa­żył, że dło­nie o gru­bych pal­cach są czy­ste, a pa­znok­cie nie­ska­zi­tel­ne.

– Dzię­ku­ję – od­parł me­cha­nicz­nie.

– Niech pan sia­da. – Smith czę­ściej spo­glą­dał na pa­pie­ry niż na roz­mów­cę. – Mam trzy­na­stu lu­dzi z wy­dzia­łu kry­mi­nal­ne­go, łącz­nie z miej­sco­wy­mi, któ­rzy nad tym pra­cu­ją, plus dwu­dzie­stu sied­miu mun­du­ro­wych. Na wy­spie jest po­nad czter­dzie­stu funk­cjo­na­riu­szy, na któ­rych mogę li­czyć. – Pod­niósł wzrok i spoj­rzał na Fina. – Nie bar­dzo wiem, do cze­go jest mi pan po­trzeb­ny.

– Nie zgła­sza­łem się na ochot­ni­ka, in­spek­to­rze.