Czarnoksiężnik z Krainy Oz. Literatura klasyczna - Lyman Frank Baum - ebook
Opis

Mała Dorotka w magiczny sposób przenosi się do zielonej, pełnej kwiatów i słońca krainy. Mimo uroku tego miejsca, jedyne czego pragnie dziewczynka, to powrót do domu. W spełnieniu jej marzenia pomóc może Oz - wielki czarnoksiężnik, który rządzi całą krainą. Ubrana w Srebrne Trzewiki, Dorotka udaje się na spotkanie z czarodziejem. Po drodze spotyka Stracha na Wróble, Blaszanego Drwala i Tchórzliwego Lwa, którzy dołączają do wyprawy w nadziei, że wielki Oz wysłucha również ich marzeń.

Seria "Literatura Klasyczna" to zbiór najpiękniejszych dzieł światowej literatury dla dzieci i młodzieży. Piękne, nowoczesne wydanie sprawia, że czytelnicy w każdym wieku z przyjemnością sięgną po lekturę, a piękne ilustracje umilą czytanie i pomogą wyobraźni przenieść się do świata fascynujących historii.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 161

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: THE WONDERFUL WIZARD OF OZ
Przekład: PAWEŁ ŁOPATKA
Tekst: LYMAN FRANK BAUM
Ilustracje i projekt okładki: AGATA ŁUKSZA, Pracownia Bobra
Redaktor prowadzący: NATALIA GALUCHOWSKA
Korekta: URSZULA MALEWICKA
DTP okładki: BERNARD PTASZYŃSKI
© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Warszawa 2017 All rights reserved
Wszystkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.
Wydanie I
ISBN 978-83-8073-504-0
Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o. Al. Jerozolimskie 94, 00-807 Warszawa Tel. +48 22 379 85 50, Faks: +48 22 379 85 51 e-mail:[email protected]
Konwersja:eLitera s.c.

Dorotka mieszkała wśród wielkich prerii stanu Kansas razem z wujkiem Henrykiem, który był farmerem, i jego żoną, ciocią Em. Ich dom był mały, ponieważ drewno na jego budowę trzeba było przywozić wozem z bardzo daleka. Cztery ściany, podłoga i dach tworzyły jedną izbę, gdzie znajdował się zardzewiały piec, kredens na naczynia, stół, trzy czy cztery krzesła i dwa łóżka. Wujek Henryk i ciocia Em mieli swoje łoże w jednym kącie, a Dorotka – małe łóżeczko w drugim. Strychu wcale nie było. Dom nie miał też właściwie piwnicy – poza jamką wykopaną w ziemi. Rodzina mogła się w niej schować, gdyby nadeszła jedna z wielkich trąb powietrznych, niszczących wszystkie budynki na swojej drodze. Do ciemnej jamki-kryjówki schodziło się po drabinie przez klapę w podłodze pośrodku pokoju.

Kiedy Dorotka stawała w progu i rozglądała się wokół, wszędzie widziała tylko wielką szarą prerię. Nudnego, płaskiego pejzażu nie ożywiało choćby jedno drzewo czy budynek. Jak okiem sięgnąć, równina zdawała się dotykać skraju nieba. Słoneczny żar zmienił zaoraną ziemię w szarą, miejscami popękaną skorupę. Nawet trawa nie była zielona, bo słońce tak spaliło jej długie źdźbła, że zmieniły barwę i stały się szare jak wszystko wokół. Dom kiedyś pomalowano – ale słońce złuszczyło farbę i deszcze całkiem ją spłukały. Był więc teraz równie smutny i szary jak jego otoczenie.

Kiedy ciocia Em przyjechała, aby w nim zamieszkać, była młodą, ładną kobietą. Słońce i wiatr jednak odmieniły i ją. Odebrały blask jej oczom, które stały się matowoszare. Odebrały czerwień policzkom i ustom, nadając im szarą barwę. Ciocia była teraz chuda i wymizerowana i nigdy się nie uśmiechała. Kiedy Dorotka, która straciła rodziców, zjawiła się na farmie, ciocia Em była tak zaskoczona jej śmiechem, że zawsze gdy dobiegał jej uszu radosny głosik dziecka, z okrzykiem przyciskała dłoń do serca. Do tej pory, spoglądając na dziewczynkę, dziwiła się, że potrafi ona znaleźć sobie powody do wesołości.

Wujek Henryk nie śmiał się nigdy. Pracował ciężko od rana do nocy i nie wiedział, czym jest radość. On także był szary – od długiej brody po robocze buty; wyglądał surowo, poważnie i rzadko się odzywał.

Tylko Toto rozśmieszał Dorotkę, i to dzięki niemu nie zrobiła się szara jak całe otoczenie. Toto nie był szary: był małym czarnym pieskiem, o długiej jedwabistej sierści i czarnych oczkach błyszczących figlarnie po obu stronach śmiesznego, malutkiego noska. Bawił się całymi dniami, a Dorotka bawiła się razem z nim i kochała go nad życie.

Dzisiaj jednak nie mogli dokazywać. Wujek Henryk przysiadł na progu i niespokojnie spoglądał w niebo, które przybrało barwę jeszcze bardziej szarą niż zwykle. Dorotka stanęła w drzwiach z Totem na rękach i także popatrzyła w górę. Ciocia Em zmywała naczynia.

Z daleka, z północy, dobiegło ciche zawodzenie wiatru, a wujek i Dorotka spostrzegli, jak wysokie trawy zaczynają falować przed nadchodzącą burzą. Wtem usłyszeli ostry gwizd wichru z południa, a kiedy spojrzeli w tamtą stronę, też zobaczyli falujące łany.

Nagle wujek Henryk wstał.

– Nadchodzi cyklon, Em! – zawołał do żony. – Pójdę zająć się bydłem. I pobiegł do obórek, gdzie trzymali krowy i konie.

Ciocia Em porzuciła swe zajęcie i podeszła do drzwi. Wystarczyło krótkie spojrzenie – i już wiedziała, że niebezpieczeństwo jest bardzo blisko.

– Szybko, Dorotko! – krzyknęła. – Biegnijcie do piwnicy!

Toto wyrwał się Dorotce i schował pod łóżkiem, a ona zaczęła go stamtąd wyciągać. Ciocia Em, okropnie przestraszona, otworzyła klapę w podłodze i zeszła po drabinie do ciemnej jamy. Dziewczynce w końcu udało się złapać pieska i ruszyła za nią. Nie doszła nawet do środka izby, bo wiatr zawył przeszywająco, a dom zatrząsł się tak strasznie, że straciła równowagę i usiadła na podłodze.

Wtedy stało się coś dziwnego.

Dom obrócił się dwa czy trzy razy wokół osi i powoli uniósł w powietrze. Dorotka miała wrażenie, że leci balonem.

Wiatry z północy i południa spotkały się dokładnie w miejscu, gdzie stał dom, i powstało tam oko cyklonu. Powietrze w środku trąby powietrznej jest zazwyczaj nieruchome, ale wielkie ciśnienie wiatrów napierających na dom ze wszystkich stron zaczęło unosić go coraz wyżej i wyżej, aż znalazł się na samym wierzchołku cyklonu, który poniósł go wiele mil w dal jak piórko.

Mimo że wokół zrobiło się bardzo ciemno i wiatr wył przeraźliwie, Dorotka stwierdziła, że jej podróż właściwie nie jest nieprzyjemna. Po kilku początkowych zawirowaniach i dość niemiłej chwili, kiedy dom nagle się przekrzywił, czuła się tak, jakby ktoś delikatnie ją kołysał niby dziecko w kołysce.

Pieskowi wcale się to nie spodobało: biegał po wszystkich kątach pokoju, głośno szczekając. Tymczasem Dorotka siedziała sobie spokojnie na podłodze i czekała, co będzie dalej.

W pewnym momencie Toto za bardzo zbliżył się do otworu w podłodze i wpadł do środka. Dziewczynka pomyślała, że na pewno już po nim, ale wkrótce zobaczyła wystające z dziury jedno ucho. Otóż silny nacisk powietrza utrzymywał pieska w górze, tak że nie mógł upaść na ziemię. Dorotka podczołgała się do otworu, chwyciła Tota za ucho i wciągnęła z powrotem do izby, po czym zamknęła klapę, by znów nie zdarzył się jakiś przykry wypadek.

Mijały godziny i dziewczynka powoli opanowywała strach. Czuła się jednak samotnie, a wiatr wokół wył tak głośno, że prawie zupełnie ją ogłuszył. Początkowo zastanawiała się, czy rozbije się na kawałki, kiedy dom spadnie na ziemię, ale ponieważ godziny mijały i nic strasznego się nie działo – przestała się martwić i postanowiła czekać spokojnie na to, co przyniesie los. W końcu po rozkołysanej podłodze podczołgała się do łóżka i ułożyła się w nim. Toto poszedł w ślady swojej pani i przytulił się do jej boku.

Wkrótce, mimo kołysania domu i zawodzenia wichru, Dorotka zamknęła oczy i zapadła w sen.

Dorotkę obudził wstrząs tak raptowny i silny, że gdyby nie leżała w miękkim łóżku, na pewno by się potłukła. Aż zaparło jej dech; zaskoczona próbowała zrozumieć, co też się stało. Toto wtulił zimny nosek w jej policzek i skomlał żałośnie. Dziewczynka usiadła i zorientowała się, że dom już się nie kołysze. Wcale nie było też ciemno, bo całą izdebkę zalewał teraz wpadający przez okno słoneczny blask. Wyskoczyła z łóżka i z Totem u nogi podbiegła do drzwi.

Otworzyła je, rozejrzała się wokół i aż krzyknęła ze zdumienia. Na widok otaczających ją cudowności otworzyła oczy szeroko, szeroko...

Trąba powietrzna postawiła dom – nadspodziewanie delikatnie – w samym środku jakiegoś niezwykłej urody kraju. Wokół było mnóstwo pięknych trawników, na których rosły wspaniałe drzewa obwieszone dojrzałymi, soczystymi owocami. Na klombach kwitły piękne kwiaty, a wśród drzew i krzewów śpiewały, trzepocząc skrzydłami, ptaki o niespotykanie barwnym upierzeniu. Nieopodal, ukryty wśród zieleni, płynął bystro strumyk, połyskując w słońcu i wdzięcznie nucąc piosenkę dziewczynce, która tak długo mieszkała na szarej, wyschniętej prerii.

Dorotka stała, z zachwytem przyglądając się temu dziwnemu i pięknemu pejzażowi, kiedy nagle zauważyła, że zbliża się ku niej grupa najbardziej zdumiewających ludzi, jakich kiedykolwiek widziała. Nie byli tak wysocy, jak dorośli, których znała, ale nie byli też bardzo niscy. Prawdę mówiąc, wydawali się być wzrostu Dorotki, dziewczynki dobrze wyrośniętej jak na swój wiek, tyle że jednocześnie sprawiali wrażenie o wiele starszych.

Wszyscy – trzech mężczyzn i jedna kobieta – byli ubrani bardzo osobliwie. Na głowach mieli okrągłe, wysokie na stopę spiczaste kapelusze z zawieszonymi wokół rond dzwoneczkami, które uroczo dzwoniły przy każdym ruchu. Kapelusze mężczyzn były niebieskie, a kapelusz kobiety biały. Miała ona na sobie białą, fałdzistą szatę, od góry do dołu obsypaną gwiazdkami połyskującymi w słońcu jak diamenty. Mężczyźni ubrani byli w stroje o tym samym odcieniu błękitu co kapelusze i nosili lśniące, wysokie buty z niebieskimi cholewami. Dorotka pomyślała, że są mniej więcej w wieku wujka Henryka, bo dwóch z nich miało brody. Ale mała pani bez wątpienia była o wiele starsza: miała twarz pokrytą zmarszczkami, włosy prawie całkiem białe, a do tego jej chód był trochę sztywny.

Kiedy mali ludzie znaleźli się obok domu, na którego progu stała Dorotka, przystanęli i zaczęli szeptać między sobą, jakby bojąc się zbliżyć. Wreszcie kobieta podeszła do Dorotki, nisko się skłoniła i powiedziała słodkim głosem:

– Witaj, szlachetna czarodziejko! Witaj w kraju Manczkinów. Jakże jesteśmy ci wdzięczni za zabicie Złej Czarownicy ze Wschodu i wyzwolenie naszego ludu z niewoli!

Dziewczynka wysłuchała tej przemowy ze zdumieniem. Co też mogła mieć na myśli mała pani, nazywając ją czarodziejką i mówiąc, że zabiła Złą Czarownicę ze Wschodu? Dorotka była niewinnym, bezbronnym dzieckiem, które trąba powietrzna zaniosła wiele mil od domu. Poza tym nigdy w życiu nikogo nie zabiła.

Kobieta jednak najwyraźniej oczekiwała odpowiedzi, więc, z pewnym wahaniem, Dorotka odrzekła:

– Jest pani bardzo miła, ale to chyba jakaś pomyłka. Nikogo nie zabiłam.

– Zrobił to jednak twój dom – odparła ze śmiechem mała pani. – Więc wychodzi na to samo. Widzisz! – mówiła wskazując na narożnik budynku. – Spod tej drewnianej belki wystają jej stopy.

Dorotka popatrzyła i krzyknęła z przestrachu. Rze­czywiście, spod wielkiej belki, na której opierał się dom, wystawały stopy obute w Srebrne Trzewiki ze spiczastymi noskami.

– Ojej! Ojej! – zawołała dziewczynka, załamując ręce w rozpaczy. – Wygląda na to, że dom na nią spadł. I co my teraz zrobimy?

– Zupełnie nic – odparła spokojnie mała pani.

– Ale kto to był? – spytała Dorotka.

– Jak już mówiłam: Zła Czarownica ze Wschodu – odpowiedziała kobieta. – Od wielu lat trzymała Manczkinów w niewoli, zmuszając ich, by dla niej pracowali. Nocą i dniem. Teraz wszyscy są wolni i wdzięczni ci za tę przysługę.

– Kim są Manczkinowie? – chciała wiedzieć Dorotka.

– To lud mieszkający tutaj, we Wschodnim Kraju, rządzonym przez Złą Czarownicę.

– Czy pani jest Manczkinką? – zapytała Dorotka.

– Nie, ale jestem ich przyjaciółką, choć mieszkam w Pół­nocnym Kraju. Kiedy Manczkinowie zorientowali się, że Czarownica ze Wschodu nie żyje, wysłali do mnie posłańca z tą wieścią i natychmiast przybyłam. Jestem Czarownicą z Północy.

– Panie święty! – zawołała Dorotka. – Prawdziwą czarownicą?

– W rzeczy samej – odparła mała pani. – Ale jestem dobrą czarownicą i ludzie mnie kochają. Nie byłam tak potężna jak Zła Czarownica, która tu władała, inaczej sama bym ich uwolniła.

– A ja myślałam, że wszystkie czarownice są złe – powiedziała dziewczynka, która wciąż jeszcze była przestraszona spotkaniem z prawdziwą wiedźmą.

– Ależ skąd. Nic podobnego. W Krainie Oz były tylko cztery czarownice i dwie z nich, mieszkające na Północy i na Południu, są dobre. Wiem to na pewno, bo sama jestem jedną z nich, i nie mogę się mylić. Pozostałe to rzeczywiście złe wiedźmy, ale teraz, kiedy jedną zabiłaś, w całej Krainie Oz została już tylko jedna zła czarownica, ta, która mieszka na Zachodzie.

– Ale – powiedziała Dorotka po chwili namysłu – ciocia Em mówiła mi, że wszystkie czarownice umarły... wiele, wiele lat temu.

– Kim jest ciocia Em? – zapytała mała pani.

– To moja ciocia, która mieszka w Kansas. Stamtąd przybyłam.

Czarownica z Północy przez chwilę zdawała się nad czymś zastanawiać. Spuściła głowę i wbiła wzrok w ziemię, po czym spojrzała na Dorotkę i rzekła:

– Nie wiem, gdzie jest Kansas, bo nigdy wcześniej nie słyszałam o takim kraju. Powiedz mi, czy to cywilizowane miejsce?

– O, tak – odpowiedziała Dorotka.

– To wiele wyjaśnia. Myślę, że w cywilizowanych krajach nie została już ani jedna czarownica, czarnoksiężnik, czarodziejka ani mag. Ale, widzisz, Kraina Oz nigdy nie została ucywilizowana, bo jesteśmy odcięci od reszty świata. Dlatego nadal są wśród nas wiedźmy i czarnoksiężnicy.

– Kim są ci czarnoksiężnicy? – spytała Dorotka.

– Sam Oz jest wielkim czarnoksiężnikiem – odparła Czarownica, zniżając głos do szeptu. – Jest potężniejszy niż my wszystkie razem wzięte. Mieszka w Szmaragdowym Mieście.

Dorotka zamierzała zadać następne pytanie, ale w tej samej chwili Manczkinowie, którzy dotąd stali obok w milczeniu, wydali głośny okrzyk, wskazując na narożnik domu, gdzie leżała Zła Czarownica.

– O co chodzi? – zapytała mała pani, po czym spojrzała i zaczęła się śmiać. Stopy martwej Czarownicy całkiem zniknęły i nie zostało po niej nic prócz Srebrnych Trzewików.

– Była taka stara – wyjaśniła Czarownica z Północy – że na słońcu szybko wyschła. Koniec z nią. A Srebrne Trzewiki należą do ciebie i odtąd będziesz je nosić – schyliła się, podniosła buty i otrzepała z kurzu, po czym podała Dorotce.

– Czarownica ze Wschodu była dumna ze Srebrnych Trzewików – odezwał się jeden z Manczkinów. – Mają w sobie coś magicznego, ale nigdy nie dowiedzieliśmy się, co takiego.

Dorotka zaniosła buciki do domu i położyła je na stole. Potem wróciła do Manczkinów i powiedziała:

– Tak bardzo chciałabym znów być z ciocią i wujkiem. Na pewno bardzo się o mnie martwią. Czy możecie mi pomóc znaleźć drogę?

Manczkinowie i Czarownica najpierw popatrzyli po sobie, potem na Dorotkę, i pokręcili głowami.

– Na wschodzie, niedaleko stąd – rzekł jeden z nich – jest wielka pustynia i jeszcze się taki nie urodził, który by ją przebył.

– To samo jest na południu – powiedział drugi. – Wiem, bo tam byłem i widziałem. Południe to kraj Kwadlingów.

– Słyszałem – odezwał się trzeci Manczkin – że tak samo jest też na zachodzie. I tamtym krajem, zamieszkałym przez Winków, rządzi Zła Czarownica z Zachodu, która każdego, kto jej wejdzie w drogę, robi swoim niewolnikiem.

– Ja mieszkam na północy – powiedziała stara dama – i na krańcu mojego kraju jest ta sama wielka pustynia, która otacza Krainę Oz. Obawiam się, moja droga, że będziesz musiała zamieszkać z nami.

Usłyszawszy to, Dorotka wybuchnęła płaczem. Czuła się samotnie wśród tych dziwnych ludzi. Jej łzy chyba zasmuciły poczciwych Manczkinów, bo natychmiast wyciągnęli chusteczki i też zaczęli szlochać. Mała pani zdjęła kapelusz i balansując jego czubkiem na swym nosie, policzyła poważnym tonem: „Raz, dwa, trzy”. Kapelusz od razu zmienił się w tabliczkę, na której wypisane było kredą, dużymi literami:

NIECH DOROTKA IDZIE

DO SZMARAGDOWEGO MIASTA

Mała staruszka zdjęła tabliczkę z nosa i odczytawszy napis, spytała:

– Czy na imię ci Dorotka, moja droga?

– Tak – odpowiedziała dziewczynka, spoglądając na nią i ocierając łzy.

– Skoro tak, to musisz iść do Szmaragdowego Miasta. Być może Oz udzieli ci pomocy.

– Gdzie jest to miasto? – zapytała Dorotka.

– Dokładnie w samym środku tej krainy. Włada nim Oz, wielki czarnoksiężnik, o którym ci mówiłam.

– A czy to dobry człowiek? – dopytywała się z niepokojem dziewczynka.

– To dobry czarnoksiężnik. A czy jest człowiekiem czy nie, nie umiem powiedzieć, bo go nigdy nie widziałam.

– Jak się tam dostanę? – zapytała Dorotka.

– Musisz iść piechotą. To długa droga, a okolica bywa przyjemna, lecz nieraz jest też mroczna i straszna. Użyję jednak całej mojej czarodziejskiej mocy, by cię uchronić od złego.

– Czy nie mogłaby pani pójść ze mną? – poprosiła dziewczynka, która zaczęła myśleć o małej pani jako o swej jedynej przyjaciółce.

– Nie, tego zrobić nie mogę – odparła kobieta – ale podaruję ci mój pocałunek, a nikt nie odważy się skrzywdzić osoby, którą pocałowała Czarownica z Północy.

Podeszła do Dorotki i delikatnie pocałowała ją w czoło.

W miejscu, gdzie dotknęła ją ustami, pojawiło się okrągłe, lśniące znamię – dziewczynka zauważyła je wkrótce potem.

– Droga do Szmaragdowego Miasta jest wybrukowana żółtą kostką – rzekła Czarownica – więc nie możesz jej nie zauważyć. Kiedy dojdziesz do Oza, nie bój się go, tylko opowiedz, co ci się przydarzyło, i poproś o pomoc. Do widzenia, moja droga.

Trzej Manczkinowie ukłonili się nisko i życzyli Dorotce przyjemnej podróży, po czym odeszli między drzewa. Czarownica przyjaźnie skinęła głową, trzy razy obróciła się na lewej pięcie – i zniknęła ku zdumieniu małego Tota, który dopiero teraz odważył się głośno zaszczekać. Kiedy stała obok, był tak wystraszony, że nawet nie warknął.

Ale Dorotka, wiedząc, że mała pani jest czarownicą, spodziewała się po niej dokładnie takiego zniknięcia wcale nie była zaskoczona.

Kiedy Dorotka została sama, poczuła głód. Podeszła więc do kredensu, ukroiła sobie parę kromek chleba i posmarowała masłem. Trochę dała Totowi, a sama wzięła z półki wiaderko, zaniosła je do strumienia i napełniła czystą, iskrzącą się wodą. Toto pobiegł w stro­nę drzew i zaczął szczekać na siedzące tam ptaki. Dorotka poszła po niego i zobaczyła zwisające z gałęzi tak smakowite owoce, że zerwała kilka, uznając, że będą świetnym uzupełnieniem śniadania.

Potem wróciła do domu i – kiedy z Totem napili się chłodnej, czystej wody – zajęła się przygotowywaniem do podróży ku Szmaragdowemu Miastu.

Dorotka miała tylko dwie sukienki na zmianę i szczęściem jedna z nich okazała się czysta i wisiała na kołku przy łóżku. Była w biało-niebieską kratę, i mimo że błękit trochę wyblakł od wielu prań, wciąż wyglądała bardzo ładnie. Dziewczynka dokładnie się umyła, włożyła biało-niebieską sukienkę i pod brodą zawiązała wstążki różowego czepka. Wzięła mały koszyk i napełniła go chlebem z kredensu, nakrywając białą serwetką. Potem spojrzała na swoje stopy i uznała, że buciki ma już stare i bardzo znoszone.

– Na pewno nie wytrzymają długiej drogi, Toto – powiedziała, a piesek spojrzał na nią czarnymi oczkami i pomachał ogonem na znak, że wie, o co jej chodzi.

W tym samym momencie Dorotka spostrzegła leżące na stole Srebrne Trzewiki należące do Czarownicy ze Wschodu.

– Ciekawe, czy będą na mnie pasowały – rzekła do Tota. – Byłyby znakomite na długą podróż, bo zdaje się, że są nie do zdarcia.

Zdjęła stare skórzane buty i przymierzyła Srebrne Trzewiki. Okazało się, że pasują, jakby uszyto je specjalnie dla niej.

Wreszcie podniosła z ziemi koszyk.

– Chodź, Toto – powiedziała. – Pójdziemy do Szmaragdowego Miasta i zapytamy wielkiego Oza, jak wrócić do Kansas.

Zamknęła drzwi na klucz, który schowała pieczołowicie do kieszeni sukienki. I tak – z Totem drepczącym obok niej z powagą – wyruszyła w swą podróż.

Wokoło było kilka dróg, ale Dorotka wkrótce znalazła tę właściwą – wyłożoną żółtą kostką – i po chwili dziarsko maszerowała w kierunku Szmaragdowego Miasta, stukając wesoło Srebrnymi Trzewikami o twardy, żółty bruk. Słońce świeciło jasno, ptaki słodko śpiewały, a Dorotka wcale nie czuła się aż tak źle, jak – można by sądzić – powinna czuć się mała dziewczynka, którą nagle porwano z ojczystej ziemi i postawiono w samym środku nieznanego kraju.

Kiedy tak szła, nie mogła się nadziwić, jak piękna była to okolica. Po obu stronach drogi ciągnęły się porządnie utrzymane płoty w gustownym niebieskim kolorze, a za nimi pola zbóż i najróżniejszych warzyw. Najwyraźniej Manczkinowie byli dobrymi farmerami i świetnie wiedzieli, jak uzyskać obfite plony. Co jakiś czas Dorotka mijała dom, z którego wychodzili ludzie, żeby na nią popatrzeć i nisko się pokłonić. Otóż wszyscy wiedzieli, że to właśnie jej zawdzięczają zgładzenie Złej Czarownicy i odzyskanie wolności. Domy Manczkinów wyglądały dość osobliwie: były okrągłe i miały dachy w kształcie kopuły. Wszystkie pomalowano na niebiesko, bo we Wschodnim Kraju właśnie błękit był ulubionym kolorem.

Kiedy zaczęło się ściemniać, a Dorotka – zmęczona długim marszem – zaczęła się zastanawiać, gdzie spędzi noc, ujrzała dom dużo większy niż inne. Przed nim, na zielonym trawniku, tańczyła duża grupa kobiet i mężczyzn. Pięciu skrzypków przygrywało najgłośniej jak umiało, a ludzie śmiali się i śpiewali. Obok ogromny stół uginał się od smakowitych owoców, orzechów, ciast, ciasteczek i wielu jeszcze innych pyszności.

Ludzie ci życzliwie przywitali Dorotkę, zaprosili na kolację i zaproponowali, żeby u nich przenocowała. Był to dom jednego z najbogatszych Manczkinów, a tego wieczoru jego przyjaciele przybyli tam, by wspólnie świętować uwolnienie spod władzy Złej Czarownicy.