Wydawca: WAB Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 387 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Czarne złoto - Bartłomiej Rychter

 

 

Koniec XXI wieku na wschodnich krańcach monarchii austro-węgierskiej. Pionierskie czasy przemysłu naftowego. W tej scenerii toczą się losy Borysa Pasternaka. Poznaliśmy go kilka lat temu w intrygującej powieści „Złoty wilk” . Teraz ciąg dalszy.

Borys zostawia całe swoje dotychczasowe życie i rusza na poszukiwanie kobiety, którą kocha. Ślad urywa się w Drohobyczu, a jedyną wskazówką jest rozmowa z konduktorem, który zapamiętał dwie samotnie podróżujące kobiety. Borys zatrudnia się jako nauczyciel, za dnia pracuje, wieczorami zaś przeszukuje przytułki, przykościelne noclegownie, domy publiczne i karczmy. Po kilku tygodniach dostaje krótki list: imię i nazwisko, adres majątku gdzieś pod Stryjem i dopisek, iż tam właśnie znajdzie to, czego szuka. Ślad prowadzi do Stojanowa, sporego majątku ziemskiego, którego zasadniczą częścią jest kopalnia ropy naftowej.

Kiedy padający śnieg i trzaskające mrozy odetną Stojanów od świata, Borys Pasternak będzie musiał zmierzyć się z tajemnicą, której tak naprawdę nie chce poznać.

 

Z recenzji „Złotego wilka”:

 

Autor nie tylko umie wykorzystać klasyczne, można by rzec, motywy, ale też jest w stanie wydobyć z nich intrygującą jakość.

Bernadetta Darska, bernadettadarska.blog.onet.pl

 

„Złoty wilk” pozwala odbyć podróż w czasie oraz przeżyć przygodę i na nowo przemyśleć kilka ważnych spraw. To jedna z nielicznych polskich książek, które warto mieć na swojej półce.

Karolina Górska, arenahorror.pl

 

Opinie o ebooku Czarne złoto - Bartłomiej Rychter

Fragment ebooka Czarne złoto - Bartłomiej Rychter

Bar­tło­miej Rych­ter

CZAR­NE ZŁO­TO

Co­py­ri­ght © by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Wy­da­nie I

War­sza­wa

1

Gę­sty jo­dło­wy las scho­dził w dół wzgó­rza ku po­ro­śnię­tej bru­nat­ną tra­wą do­li­nie. Na­siąk­nię­ta zie­mia nie była już w sta­nie przyj­mo­wać desz­czu, le­śne stru­mie­nie wy­stą­pi­ły z brze­gów i prze­le­wa­ły się wo­kół omsza­łych pni, tor­fo­we łąki w do­li­nie zmie­ni­ły się w roz­le­wi­ska. Po­łu­dnio­wy stok wznie­sie­nia gó­ru­ją­cy nad ba­gni­stym wy­kro­tem prze­cho­dził w pła­sko­wyż aż po ho­ry­zont. Pół­noc­na część do­li­ny bie­gła ła­god­nie wo­kół je­zio­ra i opa­da­ła na­gi­mi po­la­mi prze­cię­ty­mi na­sy­pem ko­le­jo­wym bie­gną­cym od Chy­ro­wa w kie­run­ku Sam­bo­ra. Na­syp cią­gnął się od za­cho­du, wzdłuż li­nii lasu, na wy­so­ko­ści je­zio­ra od­bi­jał od roz­my­tej desz­czem pla­my drzew i prze­ci­nał pu­stą, owie­wa­ną li­sto­pa­do­wym wia­trem prze­strzeń, po czym zbli­żał się do za­bu­do­wań sta­cji.

Kłę­by pary wy­pusz­cza­ne przez lo­ko­mo­ty­wę nie były w sta­nie roz­pły­nąć się w wil­got­nym po­wie­trzu, cięż­ko pra­cu­ją­ca ma­szy­na po­wo­li wy­cią­gnę­ła skład po­cią­gu zza li­nii drzew. Po­ciąg su­nął przez łąki, zbli­ża­jąc się do roz­ło­żo­ne­go u stóp wzgó­rza mia­stecz­ka. Gwiz­dek lo­ko­mo­ty­wy prze­bił się przez wi­cher, ko­lej­ne ob­ło­ki pary spły­nę­ły z na­sy­pu i po­ciąg za­czął zwal­niać.

Sta­cja ko­le­jo­wa w Sto­ja­no­wie skła­da­ła się z drew­nia­ne­go po­de­stu przy to­rach, peł­nią­ce­go rolę pe­ro­nu, dłu­gie­go par­te­ro­we­go bu­dyn­ku, w któ­rym znaj­do­wa­ła się kasa wraz z po­cze­kal­nią, oraz dru­gie­go, bliź­nia­cze­go, po prze­ciw­nej stro­nie dro­gi – ma­ga­zy­nu spół­ki ko­le­jo­wej. Na po­de­ście, zbi­tym z nie­oko­ro­wa­nych brzo­zo­wych bali, sta­ła prze­mok­nię­ta gro­ma­da: męż­czyź­ni w mil­cze­niu pa­trzy­li na zbli­ża­ją­cy się po­ciąg, nie zwra­ca­li uwa­gi na kro­ple desz­czu spły­wa­ją­ce wprost z su­mias­tych wą­sów do ust i prze­mo­czo­ne to­boł­ki na ple­cach, ko­bie­ty za­wi­nię­te w kwia­cia­ste chu­s­ty nie spusz­cza­ły oka z dzie­ci prze­bie­ra­ją­cych no­ga­mi w ocze­ki­wa­niu na zbli­ża­ją­cą się po­dróż.

Naj­star­sza z ko­biet, zła­ma­na wpół sta­ro­wi­na kry­ją­ca reszt­ki si­wych wło­sów pod chu­s­tą, prze­tar­ła pal­ca­mi oczy, by ze­trzeć z po­wiek kro­ple desz­czu i łez. Mia­ła na­dzie­ję, że nikt z jej bli­skich: ner­wo­wy, wiecz­nie na coś zły syn, zło­śli­wa sy­no­wa, któ­ra na­wet nie kry­ła na­dziei na szyb­kie po­wo­ła­nie te­ścio­wej na łono Abra­ha­ma, czy gro­ma­da wnu­cząt nie za­uwa­żą, jak bar­dzo boi się nad­jeż­dża­ją­ce­go po­cią­gu. Sta­rusz­ka nig­dy nie po­dró­żo­wa­ła ko­le­ją, kil­ka razy w ży­ciu wi­dzia­ła z da­le­ka bu­cha­ją­cą parą lo­ko­mo­ty­wę, ale są­dzi­ła, że zdo­ła prze­żyć swo­je dni bez ko­niecz­no­ści wcho­dze­nia do trze­wi tego dia­bel­skie­go po­two­ra. Się­gnę­ła dło­nią pod gu­nię i wy­ma­ca­ła wy­krę­co­ny­mi od reu­ma­ty­zmu pal­ca­mi krzy­żyk i me­da­lik świę­te­go Ga­brie­la Mę­czen­ni­ka. Je­dy­nym jej uko­je­niem była mo­dli­twa. Wie­dzia­ła, że musi zo­sta­wić za sobą mia­stecz­ko, w któ­rym się uro­dzi­ła i z któ­re­go nig­dy jesz­cze nie wy­jeż­dża­ła, a gdzie prze­ży­ła prze­szło osiem­dzie­siąt lat, cer­kiew, w któ­rej po­ślu­bi­ła swo­je­go męża, mały cmen­ta­rzyk, na któ­rym go po­cho­wa­ła, i wą­ski spła­che­tek pola, któ­ry ży­wił jesz­cze jej ro­dzi­ców, a któ­ry jej ro­dzo­ny syn stra­cił na rzecz li­chwia­rza. Skra­wek pola, od lat ob­sie­wa­ny psze­ni­cą i ob­sa­dza­ny ziem­nia­ka­mi, wpadł w oko­jed­ne­mu z przy­by­szów cią­gną­cych ostat­ni­mi laty ca­ły­mi sta­da­mi do Sto­ja­no­wa. Ele­ganc­ki męż­czy­zna w me­lo­ni­ku, z tecz­ką i la­ską, wy­glą­dał jak praw­dzi­wy pan. Dłu­gi­mi go­dzi­na­mi opo­wia­dał coś jej sy­no­wi, po­le­wał go­rzał­kę i po­ka­zy­wał de­li­kat­ną jak u mło­dej dziew­czy­ny dło­nią są­sied­nie wzgó­rza, gdzie jak grzy­by po desz­czu wy­ra­sta­ły drew­nia­ne wie­że, spod któ­rych cią­gnię­to kam­fi­nę. Ra­dzi­ła sy­no­wi, by nie od­da­wał zie­mi, bo poza nią nie mie­li ni­cze­go. Cza­sy były co­raz cięż­sze. Jej syn od świ­tu do nocy pra­co­wał na pań­skim, naj­star­szy wnuk, gdy tyl­ko skoń­czył dzie­sięć lat, na­jął się przy wy­ko­pie wo­sku ziem­ne­go, był mały i zwin­ny, spusz­cza­li go na li­nie w roz­pa­dli­ny, przez któ­re le­d­wie prze­ci­ska­ło się drew­nia­ne wia­der­ko. Mimo to nie ja­da­li do syta. Sta­ro­wi­na mia­ła świa­do­mość, że ko­lej­nej zimy mogą nie prze­żyć. Wi­dzia­ła, jak inne ko­bie­ty pra­cu­ją od rana do nocy, a gdy nad oko­licz­ny­mi wzgó­rza­mi za­pa­da ciem­ność, wy­kra­da­ją się z domu do ba­ra­ków przy­by­szy mó­wią­cych w ob­cych ję­zy­kach i ob­słu­gu­ją­cych sta­lo­we ma­szy­ny, któ­re wy­do­by­wa­ją w jed­nej chwi­li całe ka­dzie kam­fi­ny. Nie chcia­ła ta­kie­go losu dla sy­no­wej, choć ta nig­dy nie mia­ła dla niej do­bre­go sło­wa i nie­raz za­mach­nę­ła się na nią ścier­ką. Prze­sta­ła krę­cić no­sem, gdy ele­ganc­ki pan w me­lo­ni­ku roz­le­wał do gli­nia­nych kub­ków ko­lej­ną bu­tel­kę go­rzał­ki, a kil­ka dni póź­niej pod­su­nął do pod­pi­sa­nia pa­pie­ry. Za­pła­cił nie­wie­le, le­d­wie tyle, by po­zwo­li­ło to prze­żyć do wio­sny, resz­ta mia­ła być póź­niej, kie­dy ma­szy­ny wy­cią­gną z zie­mi kam­fi­nę, becz­ka po becz­ce. Kam­fi­ny jed­nak nie było. Sta­lo­we ma­szy­ny prze­sta­ły pra­co­wać, ktoś wy­wiózł je gdzieś na inne pole, a wie­ża z so­sno­wych bali chy­li­ła się pod na­po­rem kar­pac­kich wia­trów. Kam­fi­ny nie było, pie­nią­dze się skoń­czy­ły, ele­gant w me­lo­ni­ku za­padł się pod zie­mię, a oj­co­wi­znę prze­jął bank. Nie było rady. Mu­sie­li zo­sta­wić Sto­ja­nów, rów­ne rzę­dy ma­łych dom­ków, cer­kiew ze zło­tą ko­pu­łą, mały cmen­ta­rzyk i zie­mię, któ­ra kie­dyś da­wa­ła im żyć. Sta­ro­wi­na prze­łknę­ła łzę, z trwo­gą my­śląc o nad­cho­dzą­cych ty­go­dniach tu­łacz­ki.

Za­blo­ko­wa­ne koła wy­tra­ca­ją­cej pręd­kość lo­ko­mo­ty­wy su­nę­ły ze zgrzy­tem po to­rach. Po­ciąg za­trzy­mał się przy drew­nia­nym po­de­ście i je­den z męż­czyzn się­gnął do drzwi wa­go­nu. Otwo­rzył je i po­sta­wił nogę na pierw­szym stop­niu, ale za­raz cof­nął się i ustą­pił miej­sca wy­sia­da­ją­ce­mu po­dróż­ne­mu: z wa­go­nu wy­sko­czył mło­dzie­niec obar­czo­ny dwo­ma pa­kun­ka­mi. Po­dróż­ny za­chwiał się, roz­po­star­te poły li­che­go płasz­cza od­sło­ni­ły szczu­płą syl­wet­kę, któ­rą przed upad­kiem uchro­nił ekwi­li­bry­stycz­ny ba­lans trzy­ma­ny­mi przez mło­dzień­ca pa­kun­ka­mi: wy­tar­tą w wie­lu miej­scach skó­rza­ną wa­li­zą i drew­nia­ną klat­ką. W ką­cie klat­ki, sku­lo­ny i wy­raź­nie nie­za­do­wo­lo­ny z desz­czo­wej aury, sie­dział czar­ny ko­cur z bia­łą łatą na łbie.

Mło­dzie­niec ski­nie­niem gło­wy prze­pro­sił ko­bie­ty stło­czo­ne przy kra­wę­dzi pe­ro­nu i zszedł z po­de­stu, ostroż­nie sta­wia­jąc sto­py na mo­krych brzo­zo­wych ba­lach. Nie zwra­cał uwa­gi na krzy­ki dzie­ciar­ni, gwiz­dek kon­duk­to­ra ani wodę z ka­łu­ży, w któ­rą wdep­nął, a któ­ra mo­men­tal­nie prze­mo­czy­ła jego sfa­ty­go­wa­ne trze­wi­ki – mi­nął bu­dy­nek dwor­ca i ru­szył pla­cem w kie­run­ku ma­ga­zy­nów spół­ki ko­le­jo­wej. Mi­nął też kil­ka drew­nia­nych wo­zów. Przy jed­nym z nich, mimo sią­pią­ce­go zim­ne­go desz­czu, rzeź­nik w bru­nat­nym far­tu­chu spra­wiał koń­skie tru­chło, nie­na­tu­ral­nie wy­pro­sto­wa­ne tyl­ne ko­py­ta wzno­si­ły się ku oło­wia­ne­mu nie­bu.

Mło­dzie­niec był je­dy­nym pa­sa­że­rem, któ­ry wy­siadł z po­cią­gu na dwor­cu w Sto­ja­no­wie, ma­łej sta­cji za­gu­bio­nej gdzieś na skra­ju świa­ta. Kil­ka par oczu wpa­try­wa­ło się w nie­go chci­wie, kie­dy prze­cho­dził na tyły ma­ga­zy­nu, gdzie za­trzy­mał się przed drzwia­mi go­spo­dy. Wstą­pił na drew­nia­ne scho­dy pro­wa­dzą­ce ku drzwiom bez ja­kie­go­kol­wiek szyl­du, na­ci­snął klam­kę i wszedł do ciem­ne­go wnę­trza prze­siąk­nię­te­go za­pa­chem piwa i go­to­wa­nej ka­pu­sty. Go­spo­da była nie­mal opu­sto­sza­ła, tyl­ko przy jed­nym ze sto­łów trzech męż­czyzn sie­dzia­ło nad cy­no­wy­mi ku­fla­mi, je­den z nich za­śmiał się, wska­zu­jąc to­wa­rzy­szom klat­kę z ko­tem, któ­rą niósł ze sobą mło­dzie­niec.

Sto­ją­cy za ba­rem go­spo­darz szyb­ko osza­co­wał wy­gląd no­we­go go­ścia: zno­szo­na ka­po­ta, prze­mo­czo­ne no­gaw­ki spodni i sta­re trze­wi­ki nie wró­ży­ły wiel­kie­go za­rob­ku, ale pę­ka­ta wa­li­za wska­zy­wa­ła na utru­dzo­ne­go po­dróż­ne­go, głod­ne­go i spra­gnio­ne­go, a kto wie, może na­wet szu­ka­ją­ce­go po­ko­ju na naj­bliż­szą noc. Nie prze­ry­wa­jąc po­le­ro­wa­nia por­ce­la­no­we­go ku­fla z wi­ze­run­kiem naj­ja­śniej­sze­go ce­sa­rza i sta­lo­wą po­kry­wą, któ­ry za­re­zer­wo­wa­ny był dla naj­lep­szych go­ści, pa­trzył, jak mło­dzie­niec wczy­tu­je się w spis miej­sco­wych spe­cja­łów, wy­rżnię­ty na za­wie­szo­nej przy ba­rze de­sce. Pie­ro­gi, ka­pu­ścia­ne fucz­ki, go­to­wa­na fa­so­la po­da­wa­na z czosn­kiem, fla­ki wo­ło­we. Przy­bysz od­sta­wił wa­li­zę, się­gnął do kie­sze­ni, przej­rzał roz­sy­pa­ne na dło­ni mo­ne­ty i scho­wał je z ża­lem. Karcz­marz wie­dział już, że żad­ne­go za­rob­ku nie bę­dzie.

Mło­dzie­niec wy­szedł z karcz­my i głę­bo­kim wy­de­chem wy­rzu­cił z płuc za­pach stę­chli­zny i roz­go­to­wa­nej ka­pu­sty. Wol­nym kro­kiem czło­wie­ka, któ­ry nie ma przed sobą żad­ne­go kon­kret­ne­go celu, ru­szył w kie­run­ku dwor­ca.

Za ple­ca­mi usły­szał od­głos koń­skich ko­pyt roz­bry­zgu­ją­cych bło­to i skrzy­pie­nie skó­rza­nych re­so­rów. Chciał się od­wró­cić, gdy tuż koło nie­go prze­mknął zgrab­ny dwu­ko­ło­wy po­wo­zik za­przę­żo­ny w dwa nie­pa­su­ją­ce do lek­kiej bry­ły po­jaz­du ni­skie ko­nie. Woź­ni­ca ścią­gnął lej­ce, wstrzy­mał ko­nie, ze­sko­czył z ko­zła i sta­nął twa­rzą w twarz z mło­dzień­cem.

– Dzień do­bry. – Woź­ni­ca był nie­wie­le star­szy od przy­by­sza. Miał na so­bie ele­ganc­ką ma­ry­nar­kę skro­jo­ną we­dle an­giel­skiej mody i bry­cze­sy wpusz­czo­ne w buty z wy­so­ki­mi cho­le­wa­mi. – Pan Pa­stew­ski, praw­da?

– Pa­ster­nak – od­ru­cho­wo po­pra­wił go mło­dzie­niec, ze zdzi­wie­niem się­ga­jąc ku wy­cią­gnię­tej na po­wi­ta­nie dło­ni. – Bo­rys Pa­ster­nak.

– Na­uczy­ciel?

– Tak...

– Bar­dzo mi miło pana po­znać. Je­stem Ka­rol Susz­ko, za­rząd­ca w ma­jąt­ku pana Kiesz­kow­skie­go. To ja wy­sła­łem panu te­le­gram. Dzię­ku­ję, że ze­chciał pan przy­jąć na­szą pro­po­zy­cję.

Pa­ster­nak ki­wał tyl­ko gło­wą, z wy­ra­zem zdzi­wie­nia na twa­rzy słu­cha­jąc słów Susz­ki.

– Pro­szę, niech pan wsia­da. – Susz­ko wska­zał miej­sce na wo­zie. – Je­że­li się po­śpie­szy­my, zdą­ży­my na obiad. We dwo­rze po­win­ni­śmy być za ja­kieś pół go­dzi­ny.

Bo­rys Pa­ster­nak spo­glą­dał raz w przy­stoj­ną, nie­mal ko­bie­co wy­pie­lę­gno­wa­ną twarz Susz­ki, raz na za­przę­gnię­ty w ku­dła­te ko­ni­ki po­wóz, ale wzmian­ka o obie­dzie, praw­dzi­wym go­rą­cym obie­dzie po­da­wa­nym we dwo­rze Kiesz­kow­skie­go, kim­kol­wiek ten był, prze­ko­na­ły go do wrzu­ce­nia wa­li­zy na tył po­wo­zu. Sam za­jął miej­sca na koź­le, ostroż­nie ukła­da­jąc klat­kę z ko­tem tuż obok sie­bie. Susz­ko po­pra­wił ka­pe­lusz, naj­mniej­szym na­wet gry­ma­sem twa­rzy nie dał po so­bie po­znać, że wi­dok ko­cu­ra za drew­nia­ny­mi prę­ta­mi klat­ki robi na nim ja­kie­kol­wiek wra­że­nie, wsko­czył na wóz, strze­lił lej­ca­mi i po­pro­wa­dził ko­nie stę­pa przez plac.

Po­wóz, pod­ska­ku­jąc na nie­rów­no­ściach dro­gi, prze­je­chał przez głów­ną uli­cę mia­stecz­ka, któ­ra naj­pew­niej była też je­dy­ną uli­cą w Sto­ja­no­wie. Za­raz za nią za­czy­na­ła się plą­ta­ni­na błot­ni­stych ście­żek, wą­skich przejść i pa­sów wy­dep­ta­nej zie­mi cią­gną­cych się pa­ję­czy­ną wo­kół drew­nia­nych cha­tek, ni­skich dom­ków o jed­no­spa­dzi­stych da­chach i le­pia­nek uszczel­nia­nych le­śnym mchem. Z ko­mi­nów, a cza­sem na­wet ze szcze­lin w da­chach są­czył się dym pach­ną­cy wil­go­cią i ja­łow­cem. Gdzieś w od­da­li, po­nad da­cha­mi i dasz­ka­mi, wi­dać było bul­wia­stą syl­wet­kę cer­kiew­nej dzwon­ni­cy.

Susz­ko spraw­nie po­pro­wa­dził ko­ni­ki w la­bi­ryn­cie ście­żek, za­bu­do­wa­nia zro­bi­ły się rzad­sze, nie wi­dzie­li już drew­nia­nych dom­ków, tyl­ko sza­ła­sy nie­po­rad­nie skle­co­ne z oko­ro­wa­nych żer­dzi. Dro­ga szła w górę, skrę­ca­ła do lasu, co­raz węż­sza i bar­dziej stro­ma. Susz­ko mil­czał, jak gdy­by uznał, że ode­grał już swo­ją rolę wy­słan­ni­ka go­spo­da­rza, uprzej­mie wi­ta­ją­ce­go goś­cia, te­raz całą swo­ją uwa­gę kon­cen­tro­wał na le­śnej ścież­ce wio­dą­cej przez mo­kry, po­zba­wio­ny li­ści las, od cza­su do cza­su ru­sza­jąc krót­ko przy­cię­tym, na­po­ma­do­wa­nym wą­sem. Pa­ster­nak rów­nież mil­czał, wsłu­cha­ny w nie­za­do­wo­lo­ne po­mru­ki kota i bur­cze­nie wła­snych ki­szek.

Pro­wa­dzo­ny wpraw­ną ręką po­wóz je­chał po­wo­li dro­gą, któ­ra wiła się mię­dzy dwo­ma wzgó­rza­mi, z jed­nej stro­ny mi­ja­li las, z dru­giej zaś na­gie pola. Pa­ster­nak do­strzegł, że mimo póź­nej już je­sie­ni gru­pa wie­śnia­ków wy­ko­ny­wa­ła ja­kieś pra­ce: bro­da­ty, bied­nie ubra­ny męż­czy­zna szedł po­chy­lo­ny ni­sko przy zie­mi, su­nąc drew­nia­nym wia­drem mię­dzy za­mar­z­nię­ty­mi mul­da­mi. Tuż za nim po­dą­ża­ła ko­bie­ta, naj­pew­niej jego żona, z tru­dem dźwi­ga­ją­ca sta­lo­wy ce­ber. Zdzi­wio­ne spoj­rze­nie na­uczy­cie­la nie uszło uwa­dze Susz­ki.

– Kam­fi­na.

– Słu­cham?

– Kam­fi­na – po­wtó­rzył Susz­ko. – Zwa­na też przez miej­sco­wych ole­jem skal­nym albo ma­zią ziem­ną. Zbie­ra się już na po­wierzch­ni zie­mi, w wy­kro­tach, do­łach i za­głę­bie­niach. Tu­tej­si uży­wa­ją jej od wie­ków. Le­czą nią cho­ro­by skó­ry, od­mro­że­nia i opa­rze­li­ny, sma­ru­ją za­wia­sy i osie przy wo­zach. Dziś na­wet naj­bied­niej­si pró­bu­ją na niej za­ro­bić. Szcze­gól­nie o tej po­rze roku, kie­dy pra­ce na roli się skoń­czy­ły, a lada chwi­la mro­zy za­blo­ku­ją od­wier­ty w Sto­ja­no­wie i w są­sied­nich ko­pal­niach. Chło­pi zbie­ra­ją kam­fi­nę wia­der­ka­mi, nie­któ­rzy na­wet pró­bu­ją od­sy­sać ją pry­mi­tyw­ny­mi pom­pa­mi, a po­tem sprze­da­ją w mia­stecz­ku.

Krę­pe wło­cha­te ko­nie z co­raz więk­szym tru­dem bro­dzi­ły w bło­cie, wcią­ga­jąc po­wo­zik pod stro­mą górę. Woź­ni­ca po­ga­niał je ba­tem, co­raz to strze­la­jąc nim po­nad ich okla­pły­mi usza­mi. Po­wóz w koń­cu wto­czył się na szczyt wznie­sie­nia i od­tąd dro­ga była lep­sza, szer­sza i nie tak bar­dzo stro­ma, a w od­da­li, mię­dzy drze­wa­mi, wi­dać już było bry­łę dwo­ru.

– Wi­ta­my w Sto­ja­no­wie – mruk­nął Susz­ko, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od koń­skich łbów.

– Dwór nosi taką samą na­zwę jak mia­stecz­ko?

Za­rząd­ca ski­nął gło­wą.

– Dia­beł je­den wie, co było pierw­sze.

Dro­ga wy­cho­dzi­ła na pod­mo­kłą łąkę, bie­gła sze­ro­kim łu­kiem przed ścia­ną lasu, by skrę­cić w stro­nę pię­tro­we­go dwo­ru. Pierw­sza kon­dy­gna­cja Sto­ja­no­wa była mu­ro­wa­na, sza­re po­lne ka­mie­nie two­rzy­ły fron­ton ota­cza­ją­cy wej­ście do sie­ni. Drew­nia­ne pię­tro flan­ko­wa­ły dwie bliź­nia­cze, trój­kon­dy­gna­cyj­ne wie­życz­ki. Zza dwo­ru wy­glą­da­ły bu­dyn­ki go­spo­dar­cze: po le­wej stro­nie szo­py i staj­nie, po pra­wej ma­ga­zyn z drew­nia­ną ram­pą uła­twia­ją­cą za­ła­du­nek wo­zów. Po­wóz ob­je­chał owal­ny ga­zon, przy­po­mi­na­ją­cy te­raz trzę­sa­wi­sko po­ro­śnię­te na­gi­mi ra­chi­tycz­ny­mi krza­ka­mi. Susz­ko wstrzy­mał ko­nie, za­cze­kał, aż chło­piec sta­jen­ny pod­bie­gnie do nich, i ze­sko­czył z ko­zła. Zdjął wa­li­zę Pa­ster­na­ka, dał mu czas na wzię­cie klat­ki i po­pro­wa­dził go do sie­ni. Prze­szli przez ciem­ny przed­po­kój wy­ło­żo­ny orze­cho­wą mo­zai­ką. W nie­spo­dzie­wa­nie ja­snym holu cze­ka­ła słu­żą­ca.

– Pro­szę za­brać te rze­czy do po­ko­ju na­uczy­cie­la – za­rzą­dził Susz­ko.

Słu­żą­ca dy­gnę­ła, się­gnę­ła po wa­li­zę, ze zdzi­wie­niem spoj­rza­ła na kota mio­ta­ją­ce­go się nie­spo­koj­nie za drew­nia­ny­mi prę­ta­mi, ale w koń­cu za­bra­ła też klat­kę. Bo­rys, pro­wa­dzo­ny przez za­rząd­cę, wstą­pił na scho­dy wy­ło­żo­ne wy­tar­tym czer­wo­nym chod­ni­kiem. Wspi­na­jąc się na pię­tro, na­uczy­ciel spoj­rzał w górę, na krysz­ta­ło­wy ży­ran­dol od­bi­ja­ją­cy świa­tło są­czą­ce się z okrą­głych świe­tli­ków.

– Za­raz bę­dzie miał pan oka­zję po­znać swo­je­go pra­co­daw­cę – ode­zwał się Susz­ko. Nie od­wró­cił się na­wet w stro­nę idą­ce­go tuż za nim Pa­ster­na­ka. – Za­pre­zen­tu­ję pana An­zel­mo­wi Kiesz­kow­skie­mu, dzie­dzi­co­wi ma­jąt­ku. Pan Kiesz­kow­ski jest oj­cem dzie­ci, któ­re bę­dzie pan uczył.

Na pię­trze skrę­ci­li w ciem­ny ko­ry­tarz i sta­nę­li przed drzwia­mi ga­bi­ne­tu. Susz­ko za­pu­kał dwa razy i na gło­śne: „wejść”, otwo­rzył drzwi.

An­zelm Kiesz­kow­ski cze­kał na nich roz­par­ty w swo­im fo­te­lu, za sze­ro­kim biur­kiem, usta­wio­ny w por­tre­to­wej po­zie na tle wiel­kie­go okna. Wy­pro­sto­wa­ny, z wło­sa­mi za­cze­sa­ny­mi do tyłu, z mo­no­klem na srebr­nym łań­cusz­ku i daw­no nie­przy­ci­na­ny­mi bo­ko­bro­da­mi wy­glą­dał na pięć­dzie­się­cio­lat­ka, choć po­zba­wio­ne zmarsz­czek czo­ło i żywo po­ły­sku­ją­ce oczy wska­zy­wa­ły, że nie prze­kro­czył jesz­cze czter­dziest­ki. Kiesz­kow­ski wstał, ele­ganc­kim ru­chem po­pra­wił sta­ro­mod­ny fu­lar, ob­cią­gnął ka­mi­zel­kę i wy­szedł zza biur­ka.

– Ser­decz­nie wi­tam pana na­uczy­cie­la. – Uśmiech­nął się, ści­ska­jąc de­li­kat­nie dłoń Pa­ster­na­ka. – Przy­znam, że spo­dzie­wa­łem się ko­goś star­sze­go.

– Cóż mam po­wie­dzieć. – Pa­ster­nak od­wza­jem­nił uśmiech. – Mam dwa­dzie­ścia osiem lat.

– Za­kła­dam, że po­sia­da pan sto­sow­ne do­świad­cze­nie?

– Pra­co­wa­łem z mło­dzie­żą gim­na­zjal­ną, by­łem też na­uczy­cie­lem w szko­le po­wszech­nej. Mam dy­plom...

– Nie o to py­tam. – Kiesz­kow­ski uśmiech­nął się w no­bli­wym, ary­sto­kra­tycz­nym gry­ma­sie. – Bę­dzie pan pra­co­wał z mo­imi dzieć­mi, pod moim da­chem. In­te­re­su­je mnie, czy po­sia­da pan do­świad­cze­nie w pra­cy w do­brym zie­miań­skim domu?

Pa­ster­nak ski­nął gło­wą.

– Ostat­nie dwa lata spę­dzi­łem jako pry­wat­ny na­uczy­ciel w domu le­ka­rza miej­skie­go w Sa­no­ku.

– Do­sko­na­le. Mam na­dzie­ję, że speł­ni pan ocze­ki­wa­nia moje i mo­jej mał­żon­ki.

– Zro­bię, co w mo­jej mocy.

– Pa­nie...

– Pa­ster­nak – przy­po­mniał swo­je na­zwi­sko na­uczy­ciel. – Bo­rys Pa­ster­nak.

– Pa­nie Pa­ster­nak – pod­jął An­zelm Kiesz­kow­ski – wie­rzę, że zna pan swo­je obo­wiąz­ki i za­pew­ni pan moim dzie­ciom na­le­ży­te wy­kształ­ce­nie. Za­zna­czam jed­nak, że jako pań­ski pra­co­daw­ca mam pew­ne wy­ma­ga­nia zwią­za­ne z moją po­zy­cją spo­łecz­ną i pla­na­mi na naj­bliż­sze lata. Moje dzie­ci będą po­dró­żo­wać wraz ze mną po ca­łym świe­cie. Wie­deń, Bu­da­peszt, Pa­ryż, ale też Lon­dyn, a kto wie, pew­ne­go dnia może i Nowy Jork. Lek­cje nie­miec­kie­go są oczy­wi­sto­ścią, ale mam na­dzie­ję, że mówi pan rów­nież po an­giel­sku?

– Oczy­wi­ście – skła­mał bez wa­ha­nia Pa­ster­nak.

– To do­brze – od­parł z za­do­wo­le­niem Kiesz­kow­ski. – To bar­dzo do­brze. Świat zmie­nia się na na­szych oczach. Mój dzia­dek zaj­mo­wał się ho­dow­lą psze­ni­cy. Moje po­ko­le­nie od­kry­ło, że ta zie­mia ma do za­ofe­ro­wa­nia coś o wie­le cen­niej­sze­go. Olej skal­ny. Ropa. Każ­de­go roku od­kry­wa­my ko­lej­ne za­sto­so­wa­nia tej nie­zwy­kłej sub­stan­cji. Bę­dzie­my oświe­tla­li nią na­sze domy, bę­dzie­my grza­li się nią zimą, na­pę­dza­li nią na­sze fa­bry­ki... Bóg je­den wie, do cze­go jesz­cze bę­dzie nam słu­żyć! A ropa to przede wszyst­kim Ame­ry­ka! Naj­lep­si spe­cja­li­ści od jej wy­do­by­cia to Ir­land­czy­cy i Szko­ci. Nie­dłu­go wy­ru­szę w po­dróż do Lon­dy­nu, spę­dzę tam kil­ka ty­go­dni, a je­że­li in­te­re­sy uło­żą się po mo­jej my­śli, prze­pły­nę oce­an i za­wi­tam do No­we­go Jor­ku. Chcę po­znać naj­więk­szych naf­cia­rzy z Tek­sa­su. Będę z nimi ro­bił in­te­re­sy!

Pa­ster­nak słu­chał ze sku­pio­ną miną i po­waż­nym spoj­rze­niem, sta­ra­jąc się nie zwra­cać uwa­gi na ro­sną­cą eks­cy­ta­cję no­we­go chle­bo­daw­cy ani też na sta­ro­mod­ny wy­gląd jego ga­bi­ne­tu: cięż­ki dę­bo­wy se­kre­ta­rzyk ob­ło­żo­ny mnó­stwem róż­no­ra­kich bi­be­lo­tów, za­ku­rzo­ne olej­ne pej­za­że na ścia­nach, fo­tel obi­ty po­prze­cie­ra­nym ak­sa­mi­tem i sta­ro­świec­kie ka­se­to­ny na su­fi­cie. Wszyst­ko to bar­dziej przy­po­mi­na­ło wnę­trze tra­dy­cyj­ne­go ga­li­cyj­skie­go domu niż sie­dzi­bę no­wo­jor­skie­go przed­się­bior­cy naf­to­we­go.

Zdy­sza­ny Kiesz­kow­ski za­milkł, się­gnął do kie­sze­ni ka­mi­zel­ki i prze­tarł czo­ło chu­s­tecz­ką.

– Sam pan wi­dzi, pa­nie...

– Pa­ster­nak.

– Wi­dzi pan, pa­nie Pa­ster­nak, mam swo­je pla­ny, swo­je am­bi­cje, a moja ro­dzi­na musi być go­to­wa, aby speł­niać je ra­zem ze mną. Do­sta­nie pan do dys­po­zy­cji bi­blio­te­kę, któ­rą zgro­ma­dził mój oj­ciec. Może być pan pew­ny, nie mamy się cze­go wsty­dzić. To wspa­nia­ły księ­go­zbiór, któ­ry dzię­ki sub­skryp­cji w naj­lep­szych lwow­skich księ­gar­niach jest sta­le uzu­peł­nia­ny. Upo­waż­ni­łem pana Susz­kę do roz­dy­spo­no­wa­nia pew­nej kwo­ty pie­nię­dzy na po­trze­by edu­ka­cyj­ne mo­ich dzie­ci, dla­te­go je­że­li bę­dzie pan cze­go­kol­wiek po­trze­bo­wał, pro­szę zwró­cić się do mo­je­go za­rząd­cy.

– Oczy­wi­ście.

– Do­sta­nie pan swój po­kój na pię­trze. Po­miesz­cze­nia służ­by znaj­du­ją się w ofi­cy­nie, poza głów­nym bu­dyn­kiem, ale pan bę­dzie trak­to­wa­ny jak do­mow­nik. Po­kój, jak i cały dwór po­ka­że panu za­rząd­ca. Jest pan pew­nie zmę­czo­ny po po­dró­ży, dla­te­go nie będę pana dłu­żej za­trzy­my­wał.

Pa­ster­nak ukło­nił się.

– Dzię­ku­ję panu bar­dzo.

– Do zo­ba­cze­nia przy ko­la­cji. – Kiesz­kow­ski uśmiech­nął się i na po­wrót przy­brał te­atral­ną, por­tre­to­wą pozę. – Wte­dy po­zna pan moją mał­żon­kę i dzie­ci.

Ku­char­ka prze­chy­li­ła wiel­ką że­liw­ną pa­tel­nię i ka­wał­ki sma­żo­nych ziem­nia­ków po­sy­pa­ły się na ta­lerz, ukła­da­jąc się wo­kół pie­czo­nej wo­ło­wi­ny. Ko­bie­ta spoj­rza­ła py­ta­ją­co na sie­dzą­ce­go przy sto­le mło­dzień­ca, ale ten żad­nym ge­stem nie dał jej do zro­zu­mie­nia, że por­cja wy­da­je mu się wy­star­cza­ją­ca. Sze­ro­kim ge­stem drew­nia­nej łyż­ki zgar­nę­ła całą za­war­tość pa­tel­ni, a zle­pio­ne skwar­ka­mi, pa­ru­ją­ce ziem­nia­ki za­ję­ły ta­lerz po brze­gi. Obok stał pół­mi­sek ki­szo­nych ogór­ków.

Pa­ster­nak z naj­więk­szym wy­sił­kiem do­cze­kał, aż ku­char­ka od­wró­ci się w stro­nę wyj­ścia. Chwy­cił wi­de­lec i we­pchnął so­bie w usta pa­rzą­cą pod­nie­bie­nie po­łów­kę ziem­nia­ka. Prze­łknął, nie zwa­ża­jąc na ból. Ode­tchnął głę­bo­ko, chło­dząc pie­czo­ny prze­łyk, chwy­cił za nóż i z za­pa­łem za­brał się do kro­je­nia wo­ło­wi­ny.

Sie­dział sam przy sto­le zaj­mu­ją­cym cały śro­dek ja­dal­ni. Do­mow­ni­cy daw­no już skoń­czy­li obiad, a ko­la­cję po­da­wa­no w Sto­ja­no­wie o dzie­więt­na­stej. Jadł szyb­ko i łap­czy­wie, nie pa­mię­tał już, kie­dy ostat­ni raz miał w ustach ka­wa­łek do­brze przy­rzą­dzo­ne­go mię­sa, wil­got­ne od tłusz­czu ka­wał­ki ziem­nia­ków po­ły­kał nie­mal bez gry­zie­nia, byle prę­dzej za­spo­ko­ić ogrom­ny głód, któ­ry to­wa­rzy­szył mu od wie­lu dni.

Nie prze­rwał je­dze­nia na­wet wte­dy, gdy w pro­gu ja­dal­ni sta­nął Ka­rol Susz­ko. Za­rząd­ca ma­jąt­ku Kiesz­kow­skich za­mknął za sobą drzwi, po­wo­li pod­szedł do sto­łu, za­ma­szy­stym ge­stem wy­su­nął jed­no z krze­seł i usiadł. Roz­parł się wy­god­nie, od­piął gu­zi­ki man­kie­tów i pod­wi­nął rę­ka­wy ko­szu­li aż po łok­cie. Wy­glą­dał bar­dziej na go­spo­da­rza niż na­jem­ne­go za­rząd­cę. Z wy­po­ma­do­wa­ny­mi wło­sa­mi oka­la­ją­cy­mi przy­stoj­ną twarz i ciem­nym, krót­ko przy­strzy­żo­nym wą­si­kiem mu­siał sta­no­wić za­gro­że­nie dla wszyst­kich po­ko­jó­wek i po­mo­cy ku­chen­nych w oko­licz­nych dwo­rach.

– Wi­dzę, że je­steś głod­ny jak dia­bli – za­śmiał się bez cie­nia ra­do­ści Susz­ko. Pa­ster­nak od­no­to­wał w my­ślach, że za­rząd­ca prze­szedł z nim na ty, ale w ża­den spo­sób nie za­re­ago­wał. Na ta­le­rzu zo­stał mu jesz­cze spo­rej wiel­ko­ści ziem­niak i dwa ki­szo­ne ogór­ki.

– Bę­dzie ci tu do­brze – mó­wił da­lej Susz­ko, pa­trząc, jak na­uczy­ciel bez­ce­re­mo­nial­nie chwy­ta w pal­ce ocie­ka­ją­ce­go so­kiem ogór­ka i wgry­za się w nie­go zę­ba­mi. – Cie­płe łóż­ko, dach nad gło­wą, czte­ry po­sił­ki dzien­nie. Pań­ski stół, czy­sta pra­ca, ty­go­dnio­wa por­cja ty­to­niu, cza­sem bu­tel­ka na­lew­ki wy­pi­ta w to­wa­rzy­stwie dzie­dzi­ca i jego przy­ja­ciół. Pań­skie ży­cie. Jak u Pana Boga za pie­cem.

Pa­ster­nak prze­łknął ogry­zek ogór­ka, wy­ssał z pal­ców sło­ny smak i wbił wi­de­lec z ostat­ni ka­wa­łek ziem­nia­ka.

– Bę­dzie ci tu do­brze – po­wtó­rzył Susz­ko. – Albo i nie bę­dzie. Wszyst­ko za­le­ży od cie­bie.

Pa­ster­nak do­kład­nie wy­skro­bał wi­del­cem reszt­ki sosu.

– Po­zna­łeś już na­sze­go dzie­dzi­ca – mó­wił da­lej Susz­ko. – Wie­czo­rem, przy ko­la­cji, po­znasz jego mał­żon­kę i resz­tę do­mow­ni­ków. Bę­dziesz dzi­siaj głów­ną atrak­cją. Nie mamy tu zbyt wie­lu go­ści. Bę­dziesz w sa­mym cen­trum uwa­gi, dla­te­go dam ci kil­ka rad, a od cie­bie tyl­ko za­le­ży, czy ich po­słu­chasz i spę­dzisz zimę w przy­tul­nym dwo­rze, przy za­sta­wio­nym sto­le, czy też bę­dziesz mu­siał szu­kać pra­cy gdzie in­dziej. Ro­zu­miesz, co mam na my­śli.

– Ro­zu­miem.

– Do­sko­na­le. – Za­rząd­ca uniósł ką­ci­ki ust w uda­wa­nym uśmie­chu. – Kiesz­kow­ski pła­ci two­ją pen­sję, ale to ja dbam o to, aby ten dom i cały ma­ją­tek funk­cjo­no­wa­ły jak na­le­ży. Dzie­dzic jest za­ję­ty snu­ciem swo­ich pla­nów i wi­zji, szcze­gó­ły tech­nicz­ne zo­sta­wia­jąc mnie. Dla­te­go to ode mnie za­le­ży staw­ka, jaką pła­ci­my na­szym ro­bot­ni­kom, wy­bór do­staw­cy, któ­ry do­wo­zi nam za­opa­trze­nie, a tak­że to, kto bę­dzie na­uczy­cie­lem dzie­ci ja­śnie pań­stwa. Ro­zu­miesz mnie?

Pa­ster­nak znów ski­nął gło­wą.

– Sto­ja­nów to dość... – Susz­ko szu­kał od­po­wied­nie­go sło­wa lub uda­wał, że go szu­ka, chcąc zro­bić wra­że­nie na roz­mów­cy – ...nie­zwy­kłe miej­sce. Wy­glą­dasz na by­stre­go, ale i tak mi­nie spo­ro cza­su, za­nim bę­dziesz po­ru­szał się wśród miejsc i lu­dzi z na­le­ży­tą swo­bo­dą. Żeby ci to uła­twić, udzie­lę ci kil­ku in­for­ma­cji przy­dat­nych na sa­mym po­cząt­ku. Za­cznie­my od dzie­ci. Na­ta­lia i An­to­ni. Na­ta­lia ma dwa­na­ście... Nie, trzy­na­ście lat. Chło­piec sie­dem. To do­bre, spo­koj­ne dzie­ci, choć nie­co za­mknię­te w so­bie. Bra­ku­je im kon­tak­tu z ludź­mi.

– W oko­li­cy nie ma in­nych dzie­ci? W ma­jąt­ku? Albo w mia­stecz­ku?

– W ma­jąt­ku nie ma. W mia­stecz­ku jest ich pew­nie wie­le, ale mat­ka two­ich pod­opiecz­nych, a żona pana Kiesz­kow­skie­go jest prze­ciw­na kon­tak­tom ich dzie­ci z dzieć­mi z mia­stecz­ka. Mu­sisz to usza­no­wać.

Pa­ster­nak przy­tak­nął.

– No wła­śnie. – Susz­ko wes­tchnął ci­cho. – Mał­żon­ka pana dzie­dzi­ca. Elż­bie­ta Kiesz­kow­ska. Mu­sisz pa­mię­tać, że nie tyl­ko dzie­ci nie mają tu­taj zbyt wie­lu atrak­cji.

– Nie ro­zu­miem.

– Ro­zu­miesz. A ja, tak samo jak pra­gnę, abyś oka­zał dzie­ciom Kiesz­kow­skie­go tak wie­le uwa­gi, jak tyl­ko je­steś w sta­nie, chcę, abyś zu­peł­nie igno­ro­wał pa­nią Kiesz­kow­ską.

– Je­stem tu po to, aby uczyć dzie­ci Kiesz­kow­skich. Nic wię­cej mnie nie in­te­re­su­je.

– To do­brze.

Pa­ster­nak od­su­nął od sie­bie ta­lerz, wy­tarł pal­ca­mi ką­ci­ki ust. Nie pa­mię­tał, kie­dy ostat­nio był tak na­je­dzo­ny.

– In­try­gu­je mnie jed­na spra­wa – po­wie­dział po chwi­li za­sta­no­wie­nia. – Mó­wisz o An­zel­mie Kiesz­kow­skim jako o dzie­dzi­cu. To zna­czy, że nie jest wła­ści­cie­lem Sto­ja­no­wa, ale do­pie­ro go odzie­dzi­czy?

Susz­ko uśmiech­nął się, tym ra­zem zu­peł­nie szcze­rze.

– Tak, Kiesz­kow­ski odzie­dzi­czy ma­ją­tek. A przy­najm­niej bar­dzo tego chce. Wszyst­ko za­le­ży jed­nak od sta­re­go Kiesz­kow­skie­go, a z nim nig­dy nic nie wia­do­mo.

– Sta­ry Kiesz­kow­ski to oj­ciec pana An­zel­ma? Po­znam go przy ko­la­cji?

– Nie.

– Miesz­ka poza Sto­ja­no­wem?

– Miesz­ka tu­taj, we dwo­rze, ale nie bę­dzie go przy ko­la­cji. Ma bli­sko osiem­dzie­siąt lat i całe dnie spę­dza w swo­jej sy­pial­ni. Nie po­znasz pra­wo­wi­te­go wła­ści­cie­la Sto­ja­no­wa, ale masz moje sło­wo, atrak­cji to­wa­rzy­skich ci nie za­brak­nie.

Susz­ko wstał, wsu­nął dło­nie do kie­sze­ni spodni i spoj­rzał na Pa­ster­na­ka przy­jaź­nie, choć z po­czu­ciem wyż­szo­ści.

– Pa­mię­taj, to ode mnie za­le­ży, czy spę­dzisz tu­taj zimę, czy zaj­miesz się szu­ka­niem no­wej po­sa­dy. Te­raz mo­żesz od­po­cząć po po­dró­ży w swo­im po­ko­ju. Zo­ba­czy­my się przy ko­la­cji.

Sy­pial­nia na­uczy­cie­la znaj­do­wa­ła się na pię­trze, jej okna wy­cho­dzi­ły na tyły bu­dyn­ku, wprost na skład drew­na, sze­ro­ką po­łać na­giej zie­mi i li­nię lasu po­ra­sta­ją­cą wzgó­rza, któ­re przy­sła­nia­ły ho­ry­zont. Za­nim Pa­ster­nak udał się do sie­bie, wy­pro­sił u ku­char­ki tro­chę mle­ka i reszt­ki zupy z obia­du. Jego ba­gaż, skó­rza­na wa­li­za i klat­ka, cze­ka­ły na za­ście­lo­nym łóż­ku. Otwo­rzył klat­kę i spró­bo­wał na­kar­mić ko­cu­ra, ale zwie­rzę na­tych­miast czmych­nę­ło pod łóż­ko. Pa­ster­nak po­sta­wił mi­secz­kę z zupą oraz spodek mle­ka przy pro­gu, sam po­ło­żył się na łóż­ku z rę­ko­ma sple­cio­ny­mi pod gło­wą.

Po­kój był schlud­ny, choć nie­co chłod­ny. Piec ka­flo­wy sto­ją­cy w ką­cie przy drzwiach mógł za­pew­ne umi­lić dłu­gie zi­mo­we noce i chłod­ne po­ran­ki, te­raz jed­nak był zu­peł­nie zim­ny. Uczu­cie chło­du po­tę­go­wa­ły na­gie bie­lo­ne ścia­ny i skrom­ne ume­blo­wa­nie: pro­sta sza­fa, ko­mo­da, nie­wiel­ki sto­lik pod oknem i krze­sło. Pa­ster­nak le­żał z za­mknię­ty­mi oczy­ma, od­po­czy­wa­jąc po tru­dach po­dró­ży. Z za­my­śle­nia wy­rwa­ło go pu­ka­nie.

– Pa­nie na­uczy­cie­lu – usły­szał zza drzwi głos Susz­ki – za­pra­szam na ko­la­cję. Będę na pana cze­kał na dole w holu.

Pa­ster­nak wstał, po­ko­naw­szy odrę­twie­nie spo­wo­do­wa­ne zim­nem i dłu­gim bez­ru­chem. Szyb­ko zmie­nił ko­szu­lę, ża­łu­jąc, iż ma tyl­ko jed­ną parę wy­mię­tych spodni i jed­ne trze­wi­ki, któ­re szyb­ko prze­czy­ścił. Wy­gła­dził wło­sy, na­cią­gnął ma­ry­nar­kę i wy­szedł na ko­ry­tarz.

Susz­ko cze­kał opar­ty o ba­lu­stra­dę. Przy­wi­tał się ski­nie­niem gło­wy i po­pro­wa­dził Pa­ster­na­ka ko­ry­ta­rzem w stro­nę ja­dal­ni. W pro­gu spo­tka­li An­zel­ma Kiesz­kow­skie­go przy­stro­jo­ne­go w sur­dut ko­lo­ru bu­tel­ko­wej zie­le­ni, któ­re­go krój po­cho­dził jesz­cze z krwa­wych cza­sów chłop­skiej ra­ba­cji. O ile pan domu na każ­dym kro­ku ro­bił wszyst­ko, by do­dać so­bie lat i po­wa­gi, o tyle jego mał­żon­ka – młod­sza o do­brą de­ka­dę – sta­ra­ła się uzy­skać efekt wprost prze­ciw­ny: wy­so­ko upię­te wło­sy od­sła­nia­ją­ce szy­ję, na­ło­żo­na na usta szmin­ka w ko­lo­rze i ilo­ści przy­wo­dzą­cych na myśl ra­czej pa­ry­ski ka­ba­ret niż zie­miań­ski dom, uno­szą­cy się w takt od­de­chu de­kolt od­sło­nię­ty od­waż­nym wy­cię­ciem wie­czo­ro­wej suk­ni. Elż­bie­ta Kiesz­kow­ska po­zwo­li­ła uca­ło­wać swo­ją dłoń, ob­da­rza­jąc no­we­go na­uczy­cie­la prze­lot­nym uśmie­chem. Pa­ster­nak ukło­nił się, od­wza­jem­nił uśmiech i z za­in­te­re­so­wa­niem spoj­rzał na sto­ją­cą w mat­czy­nym cie­niu dwój­kę dzie­ci: ciem­no­wło­są dziew­czyn­kę w skrom­nej su­kien­ce i znacz­nie młod­sze­go chłop­ca. Dziew­czyn­ka dy­gnę­ła, chło­piec po­trze­bo­wał re­pry­men­dy ojca, by prze­móc nie­śmia­łość i od­po­wie­dzieć na po­wi­ta­nie.

– To do­bre dzie­ci, nie bę­dzie miał pan z nimi kło­po­tu. – Pani Kiesz­kow­ska po­gła­ska­ła cór­kę po gło­wie. – Na­ta­lia co praw­da naj­chęt­niej całe dnie spę­dza­ła­by w le­sie, a An­toś wciąż ma kło­po­ty z al­fa­be­tem, jed­nak pod opie­ką do­bre­go na­uczy­cie­la z pew­no­ścią na­bio­rą ogła­dy.

Pro­wa­dzo­ny przez go­spo­da­rza Pa­ster­nak za­jął wska­za­ne miej­sce przy sto­le. Na wprost nie­go usie­dli go­spo­da­rze: no­bli­wy pan domu, jego mał­żon­ka i dzie­ci. Z za­in­te­re­so­wa­niem przy­glą­dał się swo­im no­wym pod­opiecz­nym: dzie­ci wy­glą­da­ły na uło­żo­ne, choć nie­co przy­ga­szo­ne. Star­sza dziew­czyn­ka uda­wa­ła, że cała jej uwa­ga sku­pio­na jest na za­war­to­ści ta­le­rza, co rusz rzu­ca­ła jed­nak w jego stro­nę ukrad­ko­we spoj­rze­nie. Chło­piec nie­chęt­nie mie­szał łyż­ką pły­wa­ją­cą w barsz­czu fa­so­lę, nie­szczę­śli­wą miną pró­bu­jąc sku­pić na so­bie uwa­gę mat­ki. Pani Kiesz­kow­ska za­ję­ta była jed­nak za­ba­wia­niem roz­mo­wą ro­dzeń­stwa Pa­prot­ków, Ro­mu­al­da i Anny, swych da­le­kich krew­nych, któ­rzy przy­je­cha­li do Sto­ja­no­wa w od­wie­dzi­ny spod Lwo­wa. Poza nimi przy sto­le sie­dział jesz­cze Ka­rol Susz­ko oraz mil­czą­ca ko­bie­ta w śred­nim wie­ku, któ­rą przed­sta­wio­no jako do­mow­nicz­kę Kiesz­kow­skich.

Pan domu pod­niósł kie­li­szek wina i ukło­nił się w stro­nę Pa­ster­na­ka.

– Cie­szę się, że pierw­szy z mo­ich dłu­go ocze­ki­wa­nych go­ści za­wi­tał do Sto­ja­no­wa.

– Pierw­szy z go­ści? – za­szcze­bio­ta­ła Pa­prot­ków­na, przy czym nie­mal ze­rwa­ła się z miej­sca. – Wuju, czy spo­dzie­wa­my się ko­goś jesz­cze?

Pa­ster­nak ukrył uśmiech za kie­lisz­kiem. Anna Pa­prot­ków­na we­szła wła­śnie w wiek, w któ­rym naj­waż­niej­szym pro­ble­mem ko­bie­ty było zna­le­zie­nie od­po­wied­nie­go kan­dy­da­ta na męża. Przy po­wi­ta­niu po­czuł na so­bie jej czuj­ny, ba­daw­czy wzrok, uważ­nie tak­su­ją­cy jego strój i moż­li­wo­ści za­rob­ko­we. Pro­win­cjo­nal­ny na­uczy­ciel nie był może wy­ma­rzo­nym kan­dy­da­tem na męża, ale kan­dy­dat w wy­tar­tej ma­ry­nar­ce i sfa­ty­go­wa­nych bu­tach był lep­szy niż ża­den. Te­raz jed­nak na ho­ry­zon­cie po­ja­wić się mógł ktoś nowy.

Kiesz­kow­ski roz­parł się z dumą na krze­śle.

– Do­sta­łem te­le­gram, że w naj­bliż­szych dniach od­wie­dzi nas pan Jo­achim Loeb z Wied­nia, peł­no­moc­nik spół­ki Schin­kler Und Fie­sch­ke. Chce przed­sta­wić nam wa­run­ki współ­pra­cy przy wy­do­by­ciu ropy.

Pa­prot­ków­na pi­snę­ła ra­do­śnie.

– Z sa­me­go Wied­nia?

– To do­sko­na­ła wia­do­mość. – Ro­mu­ald Pa­pro­tek z uzna­niem po­ki­wał gło­wą. – Współ­pra­ca z Wied­niem to przy­szłość tych ziem. Sto­li­ca się roz­wi­ja, prze­mysł po­trze­bu­je su­row­ców.

– Przy­szłość tej zie­mi leży na wscho­dzie – wtrą­cił się do roz­mo­wy Susz­ko. – Lwów jest nam bliż­szy niż Wie­deń. A Ro­sja? Tam się do­pie­ro robi in­te­re­sy!

Pa­pro­tek, po­czer­wie­nia­ły ze zło­ści, odło­żył łyż­kę.

– Lwów jest bliż­szy, ale to Wie­deń jest sto­li­cą! Naj­waż­niej­szy jest po­pyt we­wnętrz­ny...

Susz­ko prych­nął z lek­ce­wa­że­niem.

– Au­striac­ki po­pyt we­wnętrz­ny przy po­trze­bach ryn­ku ro­syj­skie­go jest jak pchła przy do­rod­nej ja­łów­ce.

– Ro­sja­nie ku­pu­ją, ale łódz­kie tek­sty­lia! Swo­jej ropy mają pod do­stat­kiem!

– Pa­no­wie! – Kiesz­kow­ski kla­snął po­nad ta­le­rza­mi. – Bar­dzo was pro­szę! Nie za­nu­dzaj­cie na­szych pań.

Męż­czyź­ni wy­mie­ni­li nie­chęt­ne so­bie spoj­rze­nia i za­ję­li się po­sił­kiem.

Pa­ster­nak od­chy­lił się od sto­łu i po­zwo­lił słu­żą­cej za­brać pu­sty ta­lerz. Jego spoj­rze­nie skrzy­żo­wa­ło się ze wzro­kiem dziew­czyn­ki. Na­ta­lia zo­rien­to­wa­ła się, że za­uwa­żył jej za­in­te­re­so­wa­nie, ale nie spu­ści­ła wzro­ku, twar­do wpa­try­wa­ła się w oczy swo­je­go no­we­go na­uczy­cie­la. Po­sta­no­wił dać jej na­ucz­kę: uśmiech­nął się przy­jaź­nie, ale sku­pił spoj­rze­nie w jej sze­ro­ko otwar­tych oczach. Dziew­czyn­ka sie­dzia­ła nie­ru­cho­mo, jak gdy­by pa­trzy­ła w swo­je wła­sne od­bi­cie w lu­strze. Pa­ster­nak za­mru­gał i spoj­rzał w bok.

Drzwi ja­dal­ni otwo­rzy­ły się sze­ro­ko i w pro­gu po­ja­wił się mło­dy męż­czy­zna w sa­mej tyl­ko ko­szu­li, bez ma­ry­nar­ki, z bu­rzą zmierz­wio­nych wło­sów.

An­zelm Kiesz­kow­ski za­ci­snął szczę­ki, po­si­niał na twa­rzy, uniósł dłoń, jak­by chciał ude­rzyć nią o stół.

– An­te­nor!

Męż­czy­zna ener­gicz­nym kro­kiem ob­szedł stół, od­su­nął wol­ne krze­sło i roz­siadł się za­ma­szy­ście, da­jąc znak słu­żą­cej, że cze­ka na po­si­łek.

– Prze­pra­szam. Za­sie­dzia­łem się przy lek­tu­rze.

An­zelm Kiesz­kow­ski po­wo­li wy­pu­ścił po­wie­trze z płuc.

– Mój młod­szy brat, An­te­nor – zwró­cił się do Pa­ster­na­ka.

Na­uczy­ciel ski­nął gło­wą, ale brat go­spo­da­rza nie zwró­cił uwa­gi na ten gest, całą uwa­gę sku­piał na ta­le­rzu pa­ru­ją­cej zupy po­da­wa­ne­mu przez słu­żą­cą.

Wej­ście An­te­no­ra Kiesz­kow­skie­go po­zba­wi­ło do­mow­ni­ków na­stro­ju do roz­mo­wy. Go­spo­darz, po­si­nia­ły ze zło­ści, cią­gle po­pra­wiał wy­pa­da­ją­cy spod krza­cza­stej brwi mo­nokl, Pa­prot­ków­na spu­ści­ła wzrok, by co rusz rzu­cać cie­kaw­skie spoj­rze­nia to na Susz­kę, to na no­we­go na­uczy­cie­la, i tyl­ko pani Kiesz­kow­ska do­trwa­ła do koń­ca ko­la­cji z pro­mien­nym uśmie­chem na twa­rzy i we­so­łym bły­skiem w oku.

Mimo zmę­cze­nia spo­wo­do­wa­ne­go po­dró­żą i roz­le­ni­wie­nia, ja­kie nie­sie ze sobą suty cie­pły po­si­łek, Pa­ster­nak dłu­go nie mógł za­snąć. Wciąż miał w ustach kwa­śny po­smak za­bie­la­ne­go śmie­ta­ną barsz­czu, w żo­łąd­ku czuł cię­żar ziem­nia­cza­nych de­ru­nów po­da­wa­nych przez ku­char­kę z gę­stym so­sem przy­pra­wio­nym pa­pry­ką. Sta­ry drew­nia­ny dwór nie da­wał o so­bie za­po­mnieć: raz z jed­nej stro­ny, raz z dru­giej, raz z dołu, to znów z góry, gdzieś z oko­lic stry­chu, do­cho­dzi­ły go trza­ski, stu­ki i pi­ski, raz cich­sze, le­d­wie sły­szal­ne, in­nym ra­zem tak gło­śne, że zda­wa­ły się do­bie­gać wprost zza drzwi sy­pial­ni. Dę­bo­we kro­kwie, de­ski na ko­ry­ta­rzu i scho­dach, bel­ki pod­trzy­mu­ją­ce strych, sza­lu­nek fron­to­nu, do­pie­ro te­raz, nocą, kie­dy ucichł dzien­ny gwar i krzą­ta­ni­na, mo­gły za­zna­czyć swo­ją obec­ność.

Pa­ster­nak po raz ko­lej­ny gwał­tow­nie prze­to­czył się na dru­gi bok, po­pra­wił zwi­nię­tą pod gło­wą po­dusz­kę, od­krył pie­rzy­nę, ale mimo że so­lid­nie na­ła­do­wa­ny przez słu­żą­cą drew­nem pie­cyk wciąż bu­chał ża­rem, zro­bi­ło mu się zim­no i nie­przy­jem­nie. Na po­wrót na­cią­gnął na sie­bie koł­drę. Ucisk w żo­łąd­ku do­skwie­rał mu co­raz bar­dziej. Nie­chęt­nie wstał i wy­ma­cał sto­pa­mi za­gu­bio­ne w ciem­no­ściach buty.

W za­chod­niej czę­ści dwo­ru, któ­rą zaj­mo­wa­ła ro­dzi­na Kiesz­kow­skich, znaj­do­wa­ła się ła­zien­ka, po­zo­sta­li miesz­kań­cy Sto­ja­no­wa mie­li do dys­po­zy­cji drew­nia­ny wy­cho­dek usta­wio­ny na ty­łach bu­dyn­ku bądź noc­ni­ki. Pa­ster­na­ko­wi nie uśmie­chał się spa­cer w środ­ku li­sto­pa­do­wej nocy, ale jesz­cze bar­dziej niż zim­na i za­ci­na­ją­ce­go desz­czu oba­wiał się przy­krych za­pa­chów we wła­snej sy­pial­ni. Ziew­nął, na­cią­gnął na sie­bie spodnie, za­pa­lił lam­pę i wy­szedł na ko­ry­tarz. Zszedł scho­da­mi na dół i skie­ro­wał się do tyl­ne­go wyj­ścia, któ­re kil­ka go­dzin wcze­śniej po­ka­zy­wał mu za­rząd­ca. Otwo­rzył drzwi i wy­szedł na mroź­ne, wil­got­ne po­wie­trze. Kie­ru­jąc świa­tło lam­py pod nogi, sta­rał się omi­jać grzą­skie ba­gni­ste ka­łu­że. Wte­dy usły­szał coś, co spra­wi­ło, że za­marł z prze­ra­że­nia.

Gdzieś z ciem­no­ści do­bie­gło go ni­skie, gar­dło­we bul­go­ta­nie roz­wście­czo­ne­go psa. Se­ria krót­kich wark­nięć za­głu­szo­na szcze­ka­niem, no­so­wy char­kot prze­cho­dzą­cy we wście­kły pisk. Pa­ster­nak otwo­rzył sze­ro­ko usta i spoj­rzał za sie­bie. Do drzwi miał ja­kieś dzie­sięć me­trów. Omiótł pro­mie­niem świa­tła krąg wo­kół sie­bie. Uja­da­nie nie usta­wa­ło. War­czał nie je­den, ale kil­ka psów. Ja­zgot do­cho­dził wciąż z tego sa­me­go miej­sca. Psy mu­sia­ły być uwią­za­ne. Pa­ster­nak prze­mógł strach i z bi­ją­cym ser­cem do­padł do wy­chod­ka. Za­wie­sił lam­pę za spe­cjal­nie ku temu przy­go­to­wa­nym gwoź­dziu i wszedł do środ­ka. W ab­so­lut­nej ciem­no­ści wy­ma­cał dło­nią szorst­ką drew­nia­ną de­skę.

Opu­ścił wy­gód­kę tak szyb­ko, jak się dało, chwy­cił lam­pę i nie­mal bie­giem wró­cił do dwo­ru. Zdy­sza­ny, wbiegł na scho­dy. W sy­pial­ni zzuł prze­mo­czo­ne buty, zga­sił lam­pę i wsko­czył do cie­płe­go łóż­ka.

Wsłu­cha­ny w od­le­głe szcze­ka­nie psów, za­snął, nie wie­dząc na­wet kie­dy. Obu­dził się o świ­cie, rów­nie zmę­czo­ny jak przed po­ło­że­niem się spać. Pie­cyk zdą­żył już osty­gnąć. Trzę­sąc się z zim­na, wstał i na­cią­gnął na sie­bie ko­szu­lę. Zszedł na dół, gdzie po­pro­sił słu­żą­cą o cie­płą wodę. Umył się szyb­ko i zmie­nił bie­li­znę, a po­tem wró­cił do kuch­ni, by zjeść śnia­da­nie. Dzie­ci wsta­wa­ły póź­niej i przed lek­cja­mi miał tro­chę cza­su dla sie­bie.

Za­ję­cia mia­ły się od­by­wać w bi­blio­te­ce. Pa­ster­nak ro­zej­rzał się po po­miesz­cze­niu, uważ­nie prze­glą­da­jąc za­war­tość re­ga­łów znaj­du­ją­cych się naj­bli­żej sto­łu prze­zna­czo­ne­go do pra­cy z dzieć­mi. Zna­lazł ma­te­ria­ły po­zo­sta­wio­ne przez po­przed­nie­go na­uczy­cie­la: tro­chę no­ta­tek, z któ­rych wy­ni­ka­ło, że nie trak­to­wał on zbyt po­waż­nie za­le­ceń pro­gra­mo­wych Rady Szkol­nej Kra­jo­wej, kil­ka ar­chi­wal­nych nu­me­rów pra­sy na­uczy­ciel­skiej: „Szko­ły”, „Mu­zeum” oraz „Ru­chu Pe­da­go­gicz­ne­go”, do tego ja­kieś pry­wat­ne li­sty i zbiór wy­bla­kłych akwa­rel. Przy­go­to­wał so­bie kil­ka­na­ście ar­ku­szy czy­ste­go pa­pie­ru, ołó­wek, któ­rym młod­szy chło­piec mógł wpra­wiać się w ka­li­gra­fii, oraz kil­ka na­sa­dek i sta­ló­wek dla star­szej dziew­czyn­ki. Z za­do­wo­le­niem od­krył słow­nik ję­zy­ka an­giel­skie­go, któ­ry na­tych­miast odło­żył na bok ze szcze­rym za­mia­rem na­uki.

Z za­my­śle­nia wy­rwa­ło go ci­che pu­ka­nie. W drzwiach po­ja­wi­ła się słu­żą­ca, a wraz z nią dwój­ka jego przy­szłych pod­opiecz­nych.

– Pan Osta­szew­ski pro­wa­dził za­ję­cia do go­dzi­ny trzy­na­stej – po­in­for­mo­wa­ła go słu­żą­ca. – O tej go­dzi­nie dzie­ci mają po­da­ny obiad.

Ski­nął gło­wą na znak, że za­mie­rza usza­no­wać te re­gu­ły, i z uśmie­chem spoj­rzał na dzie­ci. An­toś spra­wiał wra­że­nie wy­stra­szo­ne­go, ści­skał dłoń star­szej sio­stry i wy­glą­da­ło na to, że naj­chęt­niej skrył­by się za jej ple­ca­mi. Na­ta­lia dy­gnę­ła ele­ganc­ko i z za­cie­ka­wie­niem przy­glą­da­ła się no­we­mu na­uczy­cie­lo­wi. Pa­ster­nak po­pro­sił, aby dzie­ci za­ję­ły miej­sce przy sto­le. Za­czął od prze­py­ta­nia o ma­te­riał, jaki prze­ra­bia­li z pa­nem Osta­szew­skim. Tak jak przy­pusz­czał, po­przed­ni na­uczy­ciel sta­rał się usza­no­wać pro­gram szko­ły ele­men­tar­nej, a więc ję­zyk nie­miec­ki, pol­ski, lek­cje ry­sun­ków, ka­li­gra­fii, śpie­wu oraz geo­gra­fii z hi­sto­rią, ro­bił to jed­nak bez więk­sze­go prze­ko­na­nia. Dziew­czyn­ka była już zbyt duża na ucze­nie się w domu, a jej uważ­ne spoj­rze­nie zdra­dza­ło pre­dys­po­zy­cje do na­uki. Pa­ster­nak po­sta­no­wił, że nie­dłu­go po­roz­ma­wia z Kiesz­kow­ski­mi o wy­sła­niu Na­ta­lii do naj­bliż­sze­go mia­sta, gdzie mia­ła­by szan­sę na na­ukę z ró­wie­śni­ka­mi w gim­na­zjum. Mały An­toś mógł za to z po­wo­dze­niem uczyć się pod okiem do­mo­we­go na­uczy­cie­la i przy­swo­ić so­bie pod­sta­wo­wy prog­ram na­ucza­nia.

Pa­ster­nak roz­ło­żył przed An­to­siem ar­ku­sze do ka­li­gra­fii, gdyż chciał spraw­dzić, jak chło­piec ra­dzi so­bie z kre­śle­niem li­ter. Się­gnął po pod­ręcz­nik z za­mia­rem wy­szu­ka­nia od­po­wied­nie­go te­ma­tu do wy­pra­co­wa­nia dla Na­ta­lii, ale naj­pierw po­sta­no­wił zaj­rzeć do no­ta­tek pana Osta­szew­skie­go. Prze­kart­ko­wał ze­szyt i od­krył coś, co wpra­wi­ło go w zdzi­wie­nie. Po kil­ku­na­stu stro­nach cha­rak­ter pi­sma pana Osta­szew­skie­go zmie­nił się nie do po­zna­nia.

– Mie­li­ście w tym roku dwóch na­uczy­cie­li? – za­py­tał.

Na­ta­lia już mia­ła za­miar od­po­wie­dzieć, ale nie­ocze­ki­wa­nie ubiegł ją młod­szy brat.

– Czte­rech. – An­toś pod­niósł wzrok znad ar­ku­sza za­pi­sa­ne­go wy­myśl­nie na­kre­ślo­ny­mi li­te­ra­mi.

– Czte­rech?

Na­ta­lia ski­nę­ła gło­wą.

– Czte­rech w cią­gu jed­ne­go roku? Ża­den nie za­grzał tu miej­sca dłu­żej? Ża­den nie spodo­bał się wa­szym ro­dzi­com?

– Nie cho­dzi o ro­dzi­ców – od­po­wie­dzia­ła dziew­czyn­ka.

– Więc o co?

– Ucie­kli.

– Słu­cham?

– Ucie­kli – po­wtó­rzy­ła spo­koj­nie Na­ta­lia, bez wy­sił­ku wy­trzy­mu­jąc zdzi­wio­ne spoj­rze­nie na­uczy­cie­la.

– Przez Mag­da­le­nę. – An­toś po­chy­lił się nad kart­ką pa­pie­ru i uważ­nie ko­pio­wał ołów­kiem kształ­ty li­ter.

– A kim jest Mag­da­le­na?

– To na­sza sio­stra – od­po­wie­dzia­ła Na­ta­lia.

– Ma­cie więc sio­strę – zdzi­wił się Pa­ster­nak. – Dla­cze­go jej tu nie ma?

– Ona nie może przyjść – tym ra­zem to An­toś ubiegł dziew­czyn­kę.

– Dla­cze­go nie może?

– Mag­da­le­na jest nie­grzecz­na. – Chło­piec da­lej kre­ślił swo­je li­te­ry, oba­wia­jąc się spoj­rzeć na na­uczy­cie­la. – To przez nią uciekł pan Osta­szew­ski. Pan też so­bie stąd po­je­dzie?

– Nie, An­to­siu, nig­dzie się nie wy­bie­ram. Ża­łu­ję tyl­ko, że nie wie­dzia­łem o ist­nie­niu Mag­da­le­ny. Wasz oj­ciec nic mi o niej nie wspo­mi­nał.

– Oj­ciec nie lubi o niej mó­wić.

Pa­ster­nak wzru­szył ra­mio­na­mi i wró­cił do za­jęć. Dzie­ci oka­za­ły się wy­jąt­ko­wo zdol­ne. An­toś miał pew­ne za­le­gło­ści i bra­ko­wa­ło mu wpra­wy, ale z za­pa­łem za­brał się do na­uki ka­li­gra­fii. Na­ta­lia wy­ka­zy­wa­ła duże zdol­no­ści ję­zy­ko­we, pi­sa­ła bar­dzo do­bre wy­pra­co­wa­nia i Pa­ster­nak tyl­ko utwier­dził się w prze­ko­na­niu, że jak naj­szyb­ciej po­win­na pod­jąć na­ukę w mie­ście, wśród ró­wie­śni­ków. Rów­no o trzy­na­stej po­dzię­ko­wał swo­im pod­opiecz­nym za wspól­ną pra­cę. Dzie­ci ze­rwa­ły się z miejsc i wy­bie­gły do kuch­ni, on zaś upo­rząd­ko­wał no­tat­ki, zło­żył ze­szy­ty i od­no­to­wał plan za­jęć na ko­lej­ny dzień.

Opu­ścił bi­blio­te­kę i zszedł scho­da­mi na dół. W holu na­tknął się na An­zel­ma Kiesz­kow­skie­go w to­wa­rzy­stwie za­rząd­cy. Obaj byli w bu­tach do kon­nej jaz­dy i bry­cze­sach. Wy­glą­da­ło na to, że zro­bi­li so­bie prze­rwę w pra­cy i z ja­kie­goś po­wo­du wró­ci­li do dwo­ru. Kiesz­kow­ski przy­wi­tał na­uczy­cie­la uśmie­chem.

– Jak za­ję­cia? Mam na­dzie­ję, że dzie­ci nie dały się panu zbyt­nio we zna­ki?

– Nie, skąd­że zno­wu – od­po­wie­dział uprzej­mie Pa­ster­nak. – Chciał­bym jed­nak o coś pana za­py­tać.

– Słu­cham?

– Cho­dzi mi o pań­ską cór­kę...

– Na­ta­lię? To do­bra dziew­czy­na, ale tro­chę nie­okrze­sa­na. Wszyst­ko przez to, że ostat­ni­mi cza­sy tak mało prze­by­wa­ła z ludź­mi na od­po­wied­nim po­zio­mie.

– Nie cho­dzi mi o Na­ta­lię. Py­tam o Mag­da­le­nę.

Kiesz­kow­ski otwo­rzył usta, za­ci­snął je gwał­tow­ne i znów otwo­rzył, jak­by chciał coś po­wie­dzieć lub tyl­ko głę­biej za­czerp­nąć po­wie­trza. Jego twarz po­czer­wie­nia­ła w jed­nej chwi­li.

– Wiem od dzie­ci, że to przez nią uciekł pan Osta­szew­ski – mó­wił da­lej Pa­ster­nak, ale nie dane mu było do­koń­czyć. Ka­rol Susz­ko przy­stą­pił krok do przo­du i po­pchnął na­uczy­cie­la. Za­nim Pas­ter­nak zdą­żył za­re­ago­wać, Susz­ko bez­ce­re­mo­nial­nie pchnął go po raz dru­gi, wy­cią­gnął do sie­ni i za­trza­snął za sobą drzwi. Za­sko­czo­ny na­uczy­ciel pró­bo­wał się bro­nić, ale Susz­ko, z gry­ma­sem wście­kło­ści na twa­rzy, nie po­zwo­lił mu na ża­den ruch.

– Co ty wy­pra­wiasz, idio­to – wy­sy­czał przez zęby za­rząd­ca.

Kom­plet­nie zdez­o­rien­to­wa­ny Pa­ster­nak oparł się ple­ca­mi o ścia­nę.

– Mag­da­le­na nie żyje – wark­nął Susz­ko. – Pew­nej nocy wpa­dła do stud­ni. Nikt tego nie wi­dział. Zna­leź­li­śmy ją po trzech dniach po­szu­ki­wań. To dla­te­go stud­nia za­bi­ta jest de­ska­mi.

– Ale dzie­ci...

– Mag­da­le­na nie żyje pra­wie od dwóch lat, ale Kiesz­kow­scy nadal nie po­go­dzi­li się z jej śmier­cią. Wciąż nie po­tra­fią roz­ma­wiać o zmar­łej cór­ce, każ­da wzmian­ka o Mag­da­le­nie bu­dzi w nich ból.

Pa­ster­nak opu­ścił gło­wę.

– Prze­pra­szam. Nie wie­dzia­łem.

Susz­ko od­su­nął się od na­uczy­cie­la, prze­tarł dło­nią spo­co­ne czo­ło. Chciał jesz­cze coś po­wie­dzieć, ale naj­wy­raź­niej zmie­nił zda­nie. Od­wró­cił się i wy­szedł za drzwi.

Pa­ster­nak, wie­dząc, że w holu cze­ka roz­gnie­wa­ny Kiesz­kow­ski, nie wró­cił do środ­ka, tyl­ko wy­szedł na ze­wnątrz. Miał na so­bie je­dy­nie li­chą ma­ry­nar­kę, ale wo­lał zmar­z­nąć, niż spoj­rzeć w oczy dzie­dzi­ca. Nie zwa­ża­jąc na za­ma­rza­ją­ce mul­dy bło­ta, prze­ciął pod­jazd przed wej­ściem, ob­szedł ga­zon i sta­ra­jąc się nie pa­trzeć na mu­ro­wa­ną cem­bro­wi­nę stud­ni, któ­rą przy­kry­wa­ły ob­cią­żo­ne ka­mie­nia­mi de­ski, ru­szył dróż­ką bie­gną­cą do­oko­ła dwo­ru.

Był wście­kły na sie­bie, że tak ła­two dał się po­dejść swo­im no­wym pod­opiecz­nym. Nie miał po­ję­cia, dla­cze­go dzie­ci bez li­to­ści za­ba­wi­ły się jego kosz­tem. Chło­piec wy­glą­dał na wy­stra­szo­ne­go, ale tre­ma przed pierw­szą lek­cją z no­wym na­uczy­cie­lem naj­wy­raź­niej nie prze­szko­dzi­ła mu wziąć udzia­łu w in­try­dze ob­my­ślo­nej przez sio­strę. To dziew­czyn­ka, bez wąt­pie­nia in­te­li­gent­na i ob­da­rzo­na dużą wy­obraź­nią, wpa­dła na po­mysł, by z nie­go za­drwić. Pa­ster­nak mu­siał przy­znać, że po­my­lił się w swej pierw­szej oce­nie dzie­ci Kiesz­kow­skich.

Krót­ki ener­gicz­ny spa­cer na chłod­nym po­wie­trzu przy­wró­cił mu ja­sność my­śle­nia. Dzie­dzic Sto­ja­no­wa naj­praw­do­po­dob­niej opu­ścił już dwór, Pa­ster­nak mógł więc wró­cić. Roz­cie­ra­jąc prze­mar­z­nię­te dło­nie, prze­szedł przez hol, zi­gno­ro­wał słu­żą­cą, któ­ra za­pro­si­ła go na obiad, wbiegł na scho­dy i udał się do swo­je­go po­ko­ju.

Kot otrzą­snął się już z wra­że­nia, ja­kie zro­bi­ło na nim nowe lo­kum. Zwie­rzę zde­cy­do­wa­ło się wyjść spod łóż­ka, ale w dal­szym cią­gu nie chcia­ło jeść ani pić. Pa­ster­nak prze­je­chał dło­nią po mięk­kim pu­szy­stym grzbie­cie. Wstał i wyj­rzał przez okno.

Na na­giej po­ła­ci zie­mi, po­środ­ku ścię­tej je­sien­ny­mi mro­za­mi łąki, do­strzegł dwie po­sta­cie. Ro­sły, po­tęż­nie zbu­do­wa­ny męż­czy­zna szedł w to­wa­rzy­stwie dziec­ka w kie­run­ku lasu. Drob­na po­stać opa­tu­lo­na płasz­czem się­ga­ła mu le­d­wie do pasa. Pa­ster­nak roz­po­znał Na­ta­lię. Ob­ser­wo­wał obie syl­wet­ki tak dłu­go, aż znik­nę­ły na ciem­nym tle od­le­głej li­nii lasu.

Na­uczy­ciel otwo­rzył sze­ro­ko oczy i gwał­tow­nie ode­rwał gło­wę od po­dusz­ki. Za­czerp­nął po­wie­trza, pró­bu­jąc uwol­nić się od sen­ne­go kosz­ma­ru. Po­kój wy­peł­nia­ła ab­so­lut­na ciem­ność. Ode­tchnął po raz dru­gi, z po­czu­ciem ulgi, że to, co wy­wo­ła­ło w nim falę pa­nicz­ne­go stra­chu, było je­dy­nie snem.

Krzyk za­brzmiał po raz dru­gi i te­raz Pa­ster­nak wie­dział już, że wszyst­ko to dzie­je się na­praw­dę. Gło­śny krzyk, nie­mal wrzask śmier­tel­nie prze­ra­żo­ne­go czło­wie­ka roz­brzmie­wał od piw­nic po strych dwo­ru w Sto­ja­no­wie.

Wy­sko­czył z łóż­ka, w ciem­no­ściach wy­ma­cał dło­nią ko­szu­lę i spodnie, wło­żył je i wy­biegł na ko­ry­tarz. W mro­ku stra­cił orien­ta­cję w prze­strze­ni. Ża­ło­wał, że nie wziął ze sobą lam­py. Na­słu­chi­wał ko­lej­nej fali krzy­ku, ale je­dy­ne, co usły­szał, to od­głos ci­chych kro­ków na scho­dach. Zza za­ło­mu ko­ry­ta­rza do­strzegł aurę cie­płe­go świa­tła. Ru­szył w tam­tą stro­nę.

– Kto tam? Co się dzie­je?

Pa­ster­nak, ośle­pio­ny bla­skiem lam­py, zmru­żył oczy.

– Niech pan wra­ca do po­ko­ju – od­po­wie­dział mu ktoś za­gnie­wa­nym gło­sem, po któ­rym roz­po­znał An­zel­ma Kiesz­kow­skie­go. – Niech pan wra­ca do sie­bie.

Pa­ster­nak, su­nąc w ciem­no­ściach dło­nią wzdłuż ścia­ny, wró­cił do swo­jej sy­pial­ni. Usiadł na łóż­ku i na­słu­chi­wał. Drgnął, gdy po­czuł na ra­mie­niu de­li­kat­ne mu­śnię­cie. Przy­tu­lił do sie­bie wy­raź­nie wy­stra­szo­ne­go kota, za­mknął oczy i wy­tę­żył słuch, ale do na­sta­nia świ­tu nic nad­zwy­czaj­ne­go się nie wy­da­rzy­ło.

2

Pa­ster­nak obu­dził się ze sztyw­nym kar­kiem, su­cho­ścią w ustach i uczu­ciem pia­sku pod po­wie­ka­mi. Otwo­rzył oczy i od­ru­cho­wo się­gnął ręką obok sie­bie, spo­dzie­wa­jąc się do­tknąć śpią­ce­go kota, ale jego dłoń za­ci­snę­ła się na pie­rzy­nie. Było jesz­cze ciem­no.

Zza okna do­bie­gło go par­ska­nie ko­nia i czyjś ci­chy głos. Wstał z łóż­ka i wyj­rzał na ze­wnątrz. Ro­sły męż­czy­zna, naj­pew­niej ten sam, któ­re­go ubie­głe­go wie­czo­ra wi­dział w to­wa­rzy­stwie Na­ta­lii Kiesz­kow­skiej, wy­pro­wa­dzał ze staj­ni ko­nia, jed­ną ręką pro­wa­dząc zwie­rzę, dru­gą oświe­tla­jąc so­bie dro­gę. Pa­ster­nak do­strzegł w krę­gu świa­tła rzu­ca­ne­go przez lam­pę po­kry­te bia­łym na­lo­tem zmro­żo­ne bło­to. W nocy mu­siał być spo­ry przy­mro­zek.

Ogień w pie­cy­ku le­d­wie się tlił, choć na­grza­na od wie­czo­ra bla­sza­na pły­ta od­da­wa­ła jesz­cze wspo­mnie­nie cie­pła. Pa­ster­nak umył się szyb­ko i na­cią­gnął na sie­bie ko­szu­lę. Zszedł do kuch­ni, przy­wi­tał się z ku­char­ką, ale tęga, ja­sno­wło­sa ko­bie­ta prze­pa­sa­na bia­łym far­tu­chem ob­rzu­ci­ła go tyl­ko nie­chęt­nym spoj­rze­niem i wró­ci­ła do prze­rwa­nej na mo­ment pra­cy. Nie wie­dząc, co po­cząć, zde­cy­do­wał się usiąść przy sto­le. Służ­ba w Sto­ja­no­wie trak­to­wa­ła go z dużą re­zer­wą i na­uczy­ciel sam nie wie­dział, czy nie­chęć po­ko­jó­wek i ku­char­ki wy­ni­ka­ła z prze­ko­na­nia, że i on nie za­ba­wi dłu­żej we dwo­rze, czy też przy­czy­ny te były zgo­ła inne. Mimo mil­cze­nia i nie­uf­nych spoj­rzeń po chwi­li ku­char­ka po­sta­wi­ła przed nim ta­lerz go­rą­cej owsian­ki, dwie paj­dy chle­ba, ma­sło w gli­nia­nej ry­nien­ce i sło­ik ki­szo­nych ogór­ków. Pa­ster­nak po­dzię­ko­wał i zła­pał za łyż­kę.

W kuch­ni, poza na­uczy­cie­lem i ku­char­ką, była jesz­cze mło­da po­ko­jów­ka, któ­ra naj­wy­raź­niej peł­ni­ła też rolę po­mo­cy ku­chen­nej. Dziew­czy­na znik­nę­ła na ja­kiś czas, by po­wró­cić z wi­kli­no­wym ko­szem peł­nym drob­no po­cię­tych drew­nia­nych szczap. Sta­nę­ła bli­sko ku­char­ki i po­wie­dzia­ła coś ci­cho, śmie­jąc się przy tym. Ku­char­ka wzru­szy­ła ra­mio­na­mi, syk­nę­ła gniew­nie pod no­sem, zła­pa­ła za ścier­kę i uda­ła, że chce ude­rzyć dziew­czy­nę, któ­ra za­raz od­sko­czy­ła, śmie­jąc się gło­śno.

Pa­ster­nak na­brał łyż­ką pa­ru­ją­cej owsian­ki, dmuch­nął i spró­bo­wał. Mla­snął z za­do­wo­le­niem. Ką­tem oka do­strzegł, że jego re­ak­cja nie uszła uwa­dze ku­char­ki. Spró­bo­wał raz jesz­cze i gło­śno po­chwa­lił. Od­kro­ił paj­dę chle­ba i po­sma­ro­wał ją ma­słem.

– Daw­no nie ja­dłem cze­goś tak do­bre­go – po­wie­dział z peł­ny­mi usta­mi. – To ma­sło sami ro­bi­cie?

Ku­char­ka drgnę­ła. Wi­dać było, że musi się prze­móc, by od­po­wie­dzieć.

– Nie. Mamy je od chło­pów ze wsi. Kie­dyś były tu kro­wy, ale te­raz dla pana dzie­dzi­ca li­czy się tyl­ko maź.

– Maź? – zdzi­wił się Pa­ster­nak.

– Maź ziem­na. – Ku­char­ka ski­nę­ła dło­nią na dziew­czy­nę i ra­zem za­bra­ły się do prze­no­sze­nia sta­lo­we­go ce­bra wy­peł­nio­ne­go wodą. – Kam­fi­na.

Pa­ster­nak prze­łknął ko­lej­ny kęs chle­ba, się­gnął do sło­ika i wy­jął ogó­rek. Od­gryzł ka­wa­łek i de­lek­to­wał się kwa­śnym so­czy­stym sma­kiem.

– Co to się dzia­ło dziś w nocy? – za­py­tał, ob­ra­ca­jąc w dło­ni nad­gry­zio­ny ki­kut ogór­ka. – Nie mo­głem spać. Ktoś krzy­czał?

Ku­char­ka wy­mie­ni­ła spoj­rze­nia ze swo­ją po­moc­ni­cą. Star­sza ko­bie­ta od­wró­ci­ła się do nie­go ple­ca­mi, by na­sta­wić gar­nek na kuch­ni, ale dziew­czy­na od­po­wie­dzia­ła:

– To sta­ry Kiesz­kow­ski krzy­czał.

– Sta­ry Kiesz­kow­ski? Zna­czy oj­ciec pana An­zel­ma?

– Któż­by inny. – Dziew­czy­na wzru­szy­ła tyl­ko ra­mio­na­mi, się­gnę­ła do ko­sza i pod­ło­ży­ła pod kuch­nię kil­ka szczap.

– Coś mu się sta­ło?

– A co mia­ło­by mu się stać? Zwa­rio­wał i tyle.

– Ty się, głu­pia, o sta­re­go pana nie bój – obu­rzy­ła się ku­char­ka. – Sta­ry Kiesz­kow­ski ma wię­cej ro­zu­mu niż cała resz­ta. On wy­re­mon­to­wał dwór, po­bu­do­wał szo­py i to wszyst­ko, co stoi na wzgó­rzu. Za jego rzą­dów wszyst­ko tu cho­dzi­ło jak na­le­ży! A i te­raz, gdy­by nie on, na­sze­go dzie­dzi­ca daw­no by zli­cy­to­wa­li.

– A cze­mu on tak krzy­czy? – Pa­ster­nak opu­ścił wzrok i wró­cił do nie­co osty­głej owsian­ki, uda­jąc, że cała jego uwa­ga kon­cen­tru­je się na za­war­to­ści ta­le­rza. Żad­na z ko­biet nie od­po­wie­dzia­ła. Sta­ra roz­sy­pa­ła mąkę na stol­ni­cy i za­czę­ła wy­ra­biać cia­sto, młod­sza za­ję­ła się czymś pod oknem, za ple­ca­mi na­uczy­cie­la.

Pa­ster­nak do­koń­czył je­dze­nie, otarł usta i od­su­nął od sie­bie ta­lerz.

– O któ­rej dzie­ci je­dzą śnia­da­nie?

– Niech się pan nie mar­twi – od­po­wie­dzia­ła ku­char­ka, wbi­ja­jąc w śro­dek żół­ta­wej masy ko­lej­ne jaj­ko. – Dzie­ci zdą­żą na lek­cje. Jesz­cze czas.

– Nie ma tu in­nych dzie­ci we dwo­rze? Albo w są­siedz­twie?

– Te­raz już nie ma – ode­zwa­ła się spod okna po­moc­ni­ca ku­char­ki. – Kie­dyś dzie­ci mo­gły się ba­wić z Na­st­ką, cór­ką Per­che­by, ale te­raz pa­nien­ka Na­ta­lia całe dnie spę­dza z Igo­rem, a An­to­sia zo­sta­wi­li sa­me­mu so­bie.

– Igor to ten wiel­ki chłop? Z ple­ca­mi jak drzwi sto­do­ły?

– Ten sam – za­śmia­ła się dziew­czy­na i rzu­ci­ła czymś w kie­run­ku wy­raź­nie zmie­sza­nej ku­char­ki. – Ka­wał chło­pa z tego na­sze­go Igo­ra, praw­da, cio­tecz­ko? Taki wiel­ko­lud to ma chy­ba...

– Ci­cho, głu­pia, bo cię z kuch­ni wy­rzu­cę! – wark­nę­ła ku­char­ka. – Bu­ko­wą ma­ścią ci ple­cy na­trę, cho­le­ro jed­na!

Pa­ster­nak, ob­ser­wu­jąc zza sto­łu prze­ko­ma­rza­nia służ­by, uznał, że ni­cze­go wię­cej się tu nie do­wie. Z pew­nym ża­lem opu­ścił cie­płą kuch­nię i wró­cił do sie­bie. Na­kar­mił kota, któ­ry czuł się już chy­ba w Sto­ja­no­wie nie­co le­piej i spę­dzał czas nie pod łóż­kiem, tyl­ko na pie­rzy­nie. Zi­gno­ro­wał nie­chęt­ne spoj­rze­nie ko­cu­ra i po­dra­pał go za usza­mi. Nie­dłu­go po­tem prze­szedł ko­ry­ta­rzem do bi­blio­te­ki i za­jął so­bie czas czy­ta­niem.

Z za­my­śle­nia wy­rwał go od­głos otwie­ra­nych drzwi. Po­ko­jów­ka przy­pro­wa­dzi­ła dzie­ci, któ­re przy­wi­ta­ły się grzecz­nie i za­raz usia­dły na swo­ich miej­scach przy sto­le. Na­uczy­ciel roz­ło­żył pod­ręcz­ni­ki: ele­men­tarz z kar­ta­mi do ka­li­gra­fii dla An­to­nie­go i książ­kę do na­uki gra­ma­ty­ki ję­zy­ka nie­miec­kie­go dla jego star­szej sio­stry. Chło­piec wy­glą­dał na wy­stra­szo­ne­go, jego wiel­kie ciem­ne oczy po­ły­ski­wa­ły, jak gdy­by za­raz mia­ła z nich wy­pły­nąć łza. Tyl­ko ja­kaś nie­zwy­kła siła, może strach przed oj­cem, może oba­wa, by nie spra­wić za­wo­du uko­cha­nej mat­ce, po­wo­do­wa­ła, że sie­dział w ciem­nym po­ko­ju peł­nym cięż­kich me­bli i ksią­żek, słu­cha­jąc gło­su ob­ce­go męż­czy­zny. Na­ta­lia nie zdra­dza­ła oznak nie­po­ko­ju, była po­słusz­na, ci­cha, zdy­scy­pli­no­wa­na. Pa­trzy­ła spo­koj­nym, wy­cze­ku­ją­cym wzro­kiem, nie od­zy­wa­ła się nie­py­ta­na, być może tak samo jak wie­le ko­biet w jej ro­dzi­nie. Kie­dy już od­po­wia­da­ła na py­ta­nia na­uczy­cie­la, ro­bi­ła to rze­czo­wo, z roz­my­słem, sta­ran­nie do­bie­ra­jąc sło­wa i spo­koj­nie ob­ser­wu­jąc wra­że­nie, ja­kie robi na roz­mów­cy.

Pa­ster­nak za­sta­na­wiał się, czy po­wi­nien za­py­tać Na­ta­lię o spra­wę Mag­da­le­ny i okrut­ny żart, któ­re­go padł ofia­rą. Cie­ka­wi­ło go, czy dziew­czyn­ka jest świa­do­ma, że do­wie­dział się już o tra­gicz­nym lo­sie jej sio­stry, czy też wciąż cze­ka na jego po­tknię­cie i gafę w trak­cie roz­mo­wy z któ­rymś z do­mow­ni­ków. Na­ta­lia sie­dzia­ła nad ćwi­cze­niem z od­mia­ną rze­czow­ni­ków, a on ukrad­kiem ob­ser­wo­wał jej oczy, uważ­nie śle­dzą­ce ko­lej­ne li­nij­ki tek­stu. Nie wy­glą­da­ła na złe dziec­ko. Była po pro­stu za­gu­bio­ną dziew­czyn­ką, któ­rej przy­szło żyć w sta­rym dwo­rze na kar­pac­kiej pro­win­cji, wśród lu­dzi za­ję­tych wła­sny­mi spra­wa­mi, bez kon­tak­tu z ró­wie­śni­ka­mi. Po­sta­no­wił, że nie oka­że jej swo­jej zło­ści z po­wo­du kłam­stwa o sio­strze.

Na­ta­lia od­su­nę­ła od sie­bie ar­kusz pa­pie­ru, dmuch­nię­ciem osu­szy­ła atra­ment, odło­ży­ła pió­ro obok ka­ła­ma­rza i prze­su­nę­ła kart­kę w stro­nę na­uczy­cie­la. Pa­ster­nak uśmiech­nął się i za­czął spraw­dza­nie za­da­ne­go ćwi­cze­nia. Wciąż jesz­cze nie miał ro­ze­zna­nia w umie­jęt­no­ściach swo­jej uczen­ni­cy i ostroż­nie stop­nio­wał trud­ność za­da­wa­nych ćwi­czeń, ale dziew­czyn­ka do tej pory ra­dzi­ła so­bie ze wszyst­kim nie­mal bez­błęd­nie.

– Do­sko­na­le – po­chwa­lił ją. – My­ślę, że na dziś mo­że­my skoń­czyć z gra­ma­ty­ką. Te­raz zaj­mie­my się wy­po­wie­dzia­mi pi­sem­ny­mi. Może sama wy­bie­rzesz so­bie, o czym chcesz na­pi­sać?

Na­ta­lia mil­cza­ła, uważ­nie wpa­tru­jąc się w swo­je­go na­uczy­cie­la.

– Na pew­no jest coś, co cię in­te­re­su­je. Coś, co lu­bisz, a o czym mo­żesz na­pi­sać krót­kie wy­pra­co­wa­nie?

– Lu­bię las – od­po­wie­dzia­ła w koń­cu. – Lu­bię pod­glą­dać dzi­kie zwie­rzę­ta. Wczo­raj Igor po­ka­zy­wał mi tro­py sa­ren przy pa­śni­ku. – Urwa­ła, jak gdy­by zo­rien­to­wa­ła się, że po­wie­dzia­ła za dużo.

– Do­sko­na­le. – Pa­ster­nak ski­nął gło­wą. – Na­pisz o wczo­raj­szej wy­ciecz­ce do lasu i o tym, co tam wi­dzia­łaś.

Wstał z miej­sca i po­chy­lił się nad chłop­cem, któ­ry mo­zol­nie kre­ślił ko­lej­ne rzę­dy li­ter, pla­miąc so­bie atra­men­tem dło­nie po sam nad­gar­stek. Usły­szał mia­ro­wy od­głos koń­skie­go truch­tu i skrzy­pie­nie skó­rza­nych re­so­rów. Pod­szedł do okna. Przed dwór za­je­cha­ła brycz­ka, nie dwu­kół­ka, któ­rą dwa dni temu przy­wiózł go Susz­ko, lecz wy­god­ny po­wóz z gon­do­lą osło­nię­tą dasz­kiem, za­przę­żo­ny w dwa ko­nie. Woź­ni­ca okrą­żył ga­zon i wstrzy­mał ko­nie przed sie­nią. Z wozu wy­sko­czył An­zelm Kiesz­kow­ski, obiegł brycz­kę i po­mógł wy­siąść ni­skie­mu, kor­pu­lent­ne­mu je­go­mo­ścio­wi w czar­nym melo­niku. Za­raz po nim wy­siadł Ka­rol Susz­ko, cią­gną­cy za sobą spo­rych roz­mia­rów skó­rza­ną wa­li­zę. Nie mi­nę­ła chwi­la i gos­po­darz wraz ze swym za­rząd­cą i go­ściem znik­nę­li w drzwiach dwo­ru.

Pa­ster­nak wró­cił do lek­cji. Zmie­nił stro­nę w ele­men­ta­rzu i po­zwo­lił An­to­nie­mu ko­pio­wać nową li­te­rę, spraw­dził, jak idzie Na­ta­lii  pi­sa­nie wy­pra­co­wa­nia. Usiadł na krze­śle i w mil­cze­niu ob­ser­wo­wał pra­cu­ją­ce dzie­ci, aż słu­żą­ca dała znać, że na dziś ko­niec.