Czarne światło - Marta Guzowska - ebook
Opis

Przed złożeniem ciała do grobu ktoś je związał w kostkach. Grubym sznurem. Tam, gdzie kiedyś biło serce, teraz tkwiły kawałki po drewnianym kołku. Zmarły był garbusem i kulał. Dałbym sobie uciąć obie dłonie, że był wampirem.

Tyle udało mi się ustalić, dopóki ktoś nie podpieprzył szkieletu. Podobnie jak wcześniej czterech innych.

To miały być zwykłe wykopaliska w małym miasteczku pod Warszawą. Archeolodzy odkryli jednak bardzo ciekawe antywampiryczne pochówki. Nie podoba się to proboszczowi, który podburza mieszkańców i oskarża naukowców, twierdząc, że obudzili Złego. A w takiej niewielkiej społeczności ludzie wolą pozostać ze swoimi grzechami w cieniu, niewiele trzeba, by zasiać zamęt i panikę.

Zanim szczątki zostają przebadane, wszystkie odkopane szkielety znikają… Jakby tego było mało, na pobliskim cmentarzu ktoś nocą rozkopuje groby i wypisuje na nich satanistyczne hasła.

Podejrzenia mieszkańców padają na tajemniczego chłopaka, Maurycego, który cierpi na rzadką chorobę i musi – jak wampir – unikać światła słonecznego. Gdy ktoś podrzuca na wykopaliska szkielet ze świeżo rozkopanego grobu, okazuje się jednak, że Maurycy zniknął…

Profesor Mario Ybl, cyniczny i nieustępliwy geniusz antropologii, który bezbłędnie potrafi wyczytać z kości historię zmarłego, postanawia rozwikłać zagadkę. Jego chorobliwy lęk przed ciemnością będzie najmniejszym problemem w czasie śledztwa.

Czarne światło to fascynujący, mroczny thriller z akcją osadzoną w małym miasteczku, niczym w powieściach Stephena Kinga, i ze sprawą, która mogłaby trafić do serialu Kości.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 539

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Text copyright © 2016 by Marta Guzowska

Copyright © 2016 by Burda Publishing Polska Sp. z o.o.

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Opieka merytoryczna: Anna Luboń

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Redakcja: Redaktornia.com

Korekta: Marzena Kłos, Magdalena Szroeder-Stępowska

Skład i łamanie: Beata Rukat/Katka

Redakcja techniczna: Mariusz Teler

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Zdjęcie na okładce: Hanka Steidle/Arcangel Images

Zdjęcie autorki na skrzydełku: Szymon Kobusiński/Studio Bank, stylizacja powstała we współpracy z Atelier Joanna Klimas

ISBN: 978-83-8053-152-9

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.burdaksiazki.pl

Skład wersji elektronicznej:

Dla moich Rodziców, którzy całe życie mieszkają w małym miasteczku, a mimo to nie boją się wampirów

It’s the terror of knowingWhat this world is aboutWatching some good friendsScreaming ‘Let me out’Pray tomorrow – gets me higherPressure on people – people on streets.

Fragment piosenki Under pressure zespołu Queen

Queen i David Bowie, ale jeszcze lepszą wersję wykonali Annie Lennox i David Bowie podczas pamiętnego wieczoru na stadionie Wembley, 20 kwietnia 1992 r.

Trafiło się Anno 1674, że człowiek ieden umarł w Trzeszawey, który z krewnych swoich osobom wielkie czynił złości onych dusząc, biiąc y krew z nich wysysaiąc; mówią, że to stryga: którego doł otworzywszy naleźli go iako wor świeżutenkiey krwie pełnego, kazałem go wdole na gębę położyć, ale teyże nocy przyszedł do swego syna, którego srodze zbił y wczoraj powiadano, że umarł. Panowie parochiani instant bardzo, żeby mu szyię uciąć rydlem, dubitant an sit receptum ab Ecclesia tak postępować crudeliter.

Zapisek umieszczony na jednej ze stron łacińskiej księgi Summa angelica de Casibus, Angelusa de Clavasio z 1492 r.

Czwartek. Siedem dni do Wszystkich Świętych

Prolog

Trup leżał płytko pod ziemią. Na trzydziestu czterech centymetrach, licząc od powierzchni gruntu, znajdowały się ramiona, miednica na czterdziestu pięciu, a na pięćdziesięciu siedmiu stopy. Oraz głowa.

Zmarły był płci męskiej, adultus. Średnia wysokość przyżyciowa ciała, którą obliczyłem na kolanie na podstawie nomogramu Lee-Pearsona, wynosiła plus minus sto czterdzieści centymetrów. Stwierdziłem zrośnięcie pierwszego i drugiego żebra oraz skostnienie więzadła pobocznego piszczelowego na kościach piszczelowych, poniżej kłykcia przyśrodkowego. I silne skrócenie trzonów prawych kości piszczelowej i strzałkowej, ślad po zagojonym złamaniu.

Osiem kręgów piersiowo-lędźwiowych było całkowicie ze sobą zrośniętych, a całość wygięta w łuk. Potocznie to się nazywa garb.

Zmarły leżał odwrócony twarzą do ziemi. Wróć, źle powiedziałem. Do ziemi przylegały żebra, a łopatki i kręgosłup znajdowały się nad nimi. Twarz była całkiem gdzie indziej, w nogach. Na żuchwie i na kręgu C3 ciągle wyraźnie widać było ślady cięcia. Mimo resztek piasku między zębami wyraźnie dostrzegalne były też nieprawidłowo ustawione przedtrzonowce P1 i P2 po prawej stronie i obustronna próchnica na trzonowcach M1 i M2.

Nogi zginały się pod nienaturalnym kątem. Najprawdopodobniej przed złożeniem ciała do grobu, a może tuż po śmierci, zanim jeszcze rozpoczął się rigor mortis, ktoś je związał w kostkach. Grubym sznurem. Po lewej stronie kręgosłupa, na wysokości, na której kiedyś musiało znajdować się serce, między żebrami tkwiły kawałki drewna, pozostałości po drewnianym kołku. Mądrale z pracowni dendrochronologicznej mogą bez trudu określić, z jakiego drzewa wyciosano ten kołek. Byłem pewien, że to głóg, klon albo lipa. Albo osika.

Zmarły był garbusem i kulał, nie da się normalnie chodzić z krótszą prawą nogą. Poza tym, sądząc ze stanu uzębienia, był szpetny. Dałbym sobie uciąć obie dłonie i na zawsze pozbawić się możliwości poklepania Poli po tyłku, że był wampirem.

Rozdział 1

Tyle udało mi się ustalić, dopóki ktoś nie podpieprzył szkieletu. Podobnie jak wcześniej czterech innych.

– Ja nic z tego nie rozumiem – wyznał Adam. – Po co komu szkielet z wykopalisk?

Nikt mu nie odpowiedział. Nikt z wyjątkiem faceta z rowerem, który zaglądał każdego dnia, żeby sprawdzić, jak postępują prace.

– A bo to panie, co tu jest do rozumienia – zauważył przytomnie. – Ukradli i tyle. Panie, tera wszystko kradną.

– No tak – westchnął Adam. – Kto dzisiaj przyszedł pierwszy na wykop?

– Ja – chłopak z Darthem Vaderem na koszulce podniósł rękę, ale zaraz sobie przypomniał, że to nie szkoła, i ją opuścił. Nie pamiętałem jego imienia, bo nie było mi do niczego potrzebne.

– I nic nie widziałeś?

Darth Vader pokręcił głową. Głowami pokręciły też równocześnie Larysa i Inez (ja tego nie wymyśliłem, sama się tak przedstawiła). Miejscowy menel zatrudniony w charakterze siły roboczej oparł się na łopacie i splunął petem.

– A pan, panie Heniu? – facet z rowerem uznał, że włączy się do śledztwa. Dopiero teraz zauważyłem, że nie miał przednich górnych siekaczy.

– A co ja, panie Nowakowski, policjant jestem? – Menel splunął jeszcze raz, chociaż nie miał już peta. – Kazali kopać, to kopię. Ja nie jestem od pilnowania.

– A może ty coś widziałeś, Mario? – dopytywał się Adam.

– Ja przyszedłem ostatni – przypomniałem mu.

– Nic z tego nie rozumiem – powtórzył Adam. – Nic a nic. Widziałem już, jak z wykopalisk znikały cenne obiekty, bo ja wiem, na przykład średniowieczna srebrna biżuteria. Ale szkielet?

– A bo co tu jest do rozumienia, panie. – Facet z rowerem zbliżył się do krawędzi wykopu i omal tam nie wpadł.

– Może ktoś robi to dla dowcipu – zauważyła Inez.

– Chyba dla bardzo głupiego dowcipu. – Larysa siedziała na brzegu wykopu i grzebała patykiem w ziemi.

– Dowcipy z definicji są głupie – zwróciłem jej uwagę.

– Mario, nie pomagasz. – Adam popatrzył na mnie poważnie. – Wczoraj wykopaliśmy szkielet. Nie zdążyliśmy całości narysować, więc przykryliśmy go na noc folią. A dzisiaj rano zniknął. Nie została nawet najmniejsza kosteczka. I to już piąty.

Zastanowiłem się, w czym mogłoby pomóc podsumowanie tego, co wszyscy i tak już wiedzieli. I czułem, że żuchwa przykleja mi się do szczęki. Nie miałem siły jej oderwać, żeby coś powiedzieć.

– Co ja mam zrobić, do diabła? Przecież jak zaczniemy wykopywać następny, to też zniknie.

– Można zadzwonić na policję – mruknęła Inez.

– Już dzwoniłem. Cztery razy. Powiedzieli, że niska szkodliwość społeczna czynu i tak dalej, ale jak będą w okolicy, to wpadną spisać protokół.

– To dobrze, panie doktorze – Darth Vader obciągnął koszulkę – że przynajmniej jeden udało nam się wydobyć i ukryć.

Adam obrócił się i popatrzył na targowisko, puste, bo był dopiero czwartek. Plac zastawiały budy typu szczęki, każda zamknięta na kłódkę. Przy najbliższej stał ford kombi, stary model. Koloru nie można się było domyślić, bo karoserię pokrywał kurz.

– Pewnie – zgodził się Adam. – Pewnie, że dobrze. Ale boję się, że z bagażnika też go w końcu ukradną. Albo ukradną cały samochód, na litość boską!

– Nie wolno wzywać imienia Pana Boga nadaremno!

Ksiądz, siwy i przygarbiony, wyszedł z bramy cmentarza tak szybko, jakby ćwiczył chodzenie z kijkami, ale bez kijków. Sutanna wlokła mu się po ziemi i przydeptywał ją co chwila. Drugi ksiądz, który próbował dotrzymać mu kroku, wyglądał jak wampir: miał czarne włosy, wystającą chrząstkę tarczowatą na szyi, wąskie ramiona, a na lewym policzku, obok kępki szczeciny, której nie zauważył przy goleniu, smugę niedokładnie rozsmarowanego filtru przeciwsłonecznego. Niestety nie był garbaty i nogi miał, przynajmniej na pierwszy rzut oka, tej samej długości.

Facet z rowerem się przeżegnał. A potem wsiadł na swój pojazd, nacisnął pedały i odjechał. Słyszałem skrzypienie łożysk, nawet kiedy już zniknął za rogiem.

– Niech będzie pochwalony. – Adam skłonił głowę.

– Na wieki wieków – mruknął siwy ksiądz. Podszedł do krawędzi wykopu.

– Nie ma go – powiedział.

– Tak, proszę księdza proboszcza, znowu ktoś nam ukradł szkielet. Dobrze, że ksiądz…

– To żywy trup. Wstał z grobu. Jest wśród nas. Chodzi ulicami naszego miasteczka. Ściągnęliście na nas Złego!

– Pan nie mówi poważnie – próbowałem się upewnić.

– Mario, do kurwy! – syknął Adam. – Do księdza się nie mówi „pan”.

– A przy księdzu się nie mówi „do kurwy” – zwróciłem mu uwagę.

Poczerwieniał. Albo tak mi się tylko wydawało, bo rosnące przy cmentarnej bramie topole rzucały cienie na jego twarz.

Proboszcz nie zwracał na niego uwagi. Był zajęty cytowaniem z pamięci:

– „Upiory są to, według powszechnego mniemania, ciała umarłych, niejakim sposobem ożywione. Te, nie czekając powszechnego zmartwychwstania, powstają z trumien przed czasem; z grobów wychodzą; na domy nachodzą; ludzi, których mogą, duszą; krew wysysają; na ołtarze łażą, one krwawią, świece łamią…”. Tak pisał ksiądz Jan Bohomolec.

– Proszę księdza – Adam otarł czoło, chociaż nie było upału – ksiądz Bohomolec pisał to w tysiąc siedemset siedemdziesiątym piątym…

– Poza tym, technicznie rzecz ujmując – wszedłem mu w słowo – nie ma tu mowy o ciele ani o trumnie. Odkopaliśmy tylko szkielet.

Ksiądz Wampir wsunął palec pod koloratkę i poruszył nim kilka razy, jakby wytrząsał okruchy chrupiącej bułeczki, którą jadł na śniadanie.

– Księże proboszczu! – Pociągnął staruszka za rękaw. Pochylił się, żeby zaszeptać mu do ucha, ale i tak usłyszałem. – To są przecież naukowcy.

Proboszcz nie zamierzał zniżać głosu, co mnie ucieszyło, bo nie lubię podsłuchiwać.

– Odmówiono mu pochówku na cmentarzu – machnął ręką w stronę muru. – Nie pochowano go w poświęconej ziemi, bo był nieczysty. A teraz powrócił. Wstał z grobu! Ja go widziałem!

– Proszę księdza, ten szkielet jest z końca dziesiątego wieku – wtrącił Adam. – Wtedy zarys cmentarza był zupełnie inny.

Studenci ciężko pracowali, jak to studenci na praktykach wykopaliskowych. Larysa wydłubywała szpachelką kamienie z podeszwy buta, Inez sprawdzała coś w komórce, a Darth Vader wodził wzrokiem od twarzy Adama do proboszcza, jak na jakimś cmentarnym meczu tenisowym rozgrywanym na bardzo małym korcie.

– Rozkopywanie grobów to bezczeszczenie zwłok! Szczątki zmarłych powinny spoczywać w spokoju.

Adam otarł czoło. Powietrze było nieruchome i zawierało dziwnie mało tlenu.

– Proszę księdza, powtórzę jeszcze raz: to są szczątki z dziesiątego wieku. A my ich nie bezcześcimy. Prowadzimy badania archeologiczne, firmowane przez uniwersytet. Po zbadaniu wszystkie szkielety zostaną powtórnie pochowane.

– Jeśli złodziej je odda – mruknęła Larysa, ale chyba tylko ja to usłyszałem.

Proboszcz skupił się na pierwszej części wypowiedzi Adama.

– Choćby były sprzed potopu, trzeba je zostawić w spokoju. W Biblii jest napisane: Strzeż się, by cię nie zwiodła obfitość i nie zmylił hojny okup.

Wszyscy przez chwilę milczeli, może się zastanawiali, jak się ma zacytowany ustęp do tematu rozmowy. Potem ksiądz Wampir zerknął na zegarek, jakby miał nadzieję, że na jego tarczy znajdzie instrukcję wydostania się z trudnej sytuacji. I znalazł.

– Księże proboszczu, pani Ewa prosiła, żeby ksiądz dzisiaj wcześniej przyszedł na obiad, bo ona ma potem wizytę u lekarza.

Trudno powiedzieć, czy na proboszcza podziałało słowo „obiad”, czy słowo „lekarz”, raczej to pierwsze. Obejrzał się za siebie, na bramę cmentarza.

– Bezbożnicy! – wycedził przez zęby. – Ja wszystko powiem na mszy! Całą prawdę o waszych bezbożnych praktykach. A pan, panie Heniu, niech pan więcej nie przychodzi na plebanię po rzeczy z darów.

Menel oparty na łopacie splunął.

– Każdy musi zarobić, proszę księdza proboszcza – wychrypiał głosem, który sugerował, że on akurat zarabia na flaszkę. – A ja tam się wampirów i strzygów nie boję.

– Jak panu mało tego, co pan dostaje za opiekę nad grobami, to trzeba znaleźć uczciwą pracę, a nie z tymi… – Proboszcz o mało też nie splunął, ale się opamiętał. – Powinien pan się wstydzić, panie Heniu!

– Proszę księdza… – zaczął Adam, ale nie dane mu było dokończyć.

– Sprowadziliście Złego! – proboszcz krzyknął i nawet ja podskoczyłem. – Ja go widziałem!

Adam potarł czoło. Proboszcz obrócił się na pięcie i pomaszerował przez pusty plac. Przy każdym jego kroku wzbijał się w powietrze obłoczek kurzu i osiadał na fałdach sutanny.

Nikt nic nie powiedział, dopóki proboszcz nie zniknął pomiędzy rzędami metalowych bud.

– No i super. – Adam znowu potarł czoło. Było już czerwone. – Teraz proboszcz ogłosi z ambony, że jesteśmy czarcim pomiotem, i miejscowi przyjdą nas obrzucić zgniłymi jajami.

Larysa zachichotała. Spojrzenie, które rzucił jej Adam, miało wepchnąć jej śmiech z powrotem do gardła, lecz jego moc okazała się za słaba.

– Prosiłem cię, Mario, żebyś się bardziej postarał. To jest małe miasteczko, opinia proboszcza się liczy, czy to ci się podoba, czy nie.

Chciałem zaczerpnąć powietrza, żeby mu odpowiedzieć, ale nie miałem na to siły. Na nic nie miałem siły.

Ksiądz Wampir nie spieszył się na obiad.

– Ksiądz proboszcz to bardzo tradycyjny człowiek. Ma ograniczo… bardzo sprecyzowane poglądy. – Znowu sięgnął palcem za koloratkę. – Porozmawiam z nim wieczorem. Postaram się go przekonać, że jesteście poważnymi naukowcami.

Otarłem pot z czoła. Nie powinienem się pocić w końcu października. Kiedy miałem na sobie tylko sweter i siedziałem od dłuższego czasu bez ruchu na odwróconej do góry dnem skrzynce po owocach.

– Bo wiecie panowie, myśmy mieli tu niedawno serię takich nieprzyjemnych wydarzeń. Ktoś powypisywał sprejem na nagrobkach cmentarza takie różne hasła. Satanistyczne. Pewnie gównia… Pewnie jakieś dzieciaki. Dzisiaj rodzice na różne rzeczy pozwalają.

Nikt nie podjął tematu metod pedagogicznych stosowanych przez dzisiejszych rodziców, więc ksiądz Wampir mówił dalej.

– Ale napisy to jeszcze nic. Ktoś rozkopał kilka grobów. Nie tych średniowiecznych, tylko tamtych. – Ksiądz Wampir machnął ręką w kierunku cmentarnego muru. – Ludzie się do tej pory nie mogą otrząsnąć. Wiele osób już nawet zadeklarowało, że wykupią miejsce na cmentarzu w sąsiedniej parafii, ale na szczęście udało mi się je przekonać, że człowiek po śmierci powinien leżeć tam, gdzie żył.

– Na szczęście. – Przesunąłem dłonią po włosach. Poczułem jak drobinki piasku spadają mi na nos i osiadają na brwiach. – To byłaby niepowetowana strata. Mam na myśli stratę finansową, bo przecież za pogrzeb daje się, co łaska, niezłą sumkę.

Adam szturchnął mnie w nerkę. Chciałem mu powiedzieć, ile się czeka na przeszczep, ale ksiądz odezwał się pierwszy.

– Może to ten sam wandal ukradł wasze szkielety. Albo wandale, bo przecież to ciężka robota rozkopać grób.

– Jak dla kogo. – Menel od łopaty znowu splunął. – Dla mnie to pół dnia roboty. Trzeba mieć krzepę.

Machnął łopatą, żeby zademonstrować nam swoją.

– Panie Heniu, pan nie powinien zadzierać z księdzem proboszczem – zwrócił mu uwagę Wampir. – Bo to on decyduje, kogo zatrudnić do opieki nad cmentarzem.

– Ja nic złego nie robię, proszę księdza, i niech ksiądz mi tu niczego nie wmawia. Uczciwie zarabiam na życie.

Menel pokuśtykał pod mur, oparł się o niego plecami, pogrzebał w kieszeni i wyciągnął paczkę papierosów. Nie spuszczałem go z oka, bo dzisiaj już nie tak łatwo o chodzący i gadający przypadek przebytego polio.

– Spróbuję porozmawiać z księdzem proboszczem – powtórzył Wampir.

– Będę księdzu bardzo wdzięczny – westchnął Adam.

– Może powinniśmy sobie mówić po imieniu. Nie lubię stawiać sztucznych barier, a wy nie jesteście przecież nawet naszymi parafianami. Jestem Janusz.

Ksiądz Wampir wyciągnął rękę. Podałem mu swoją, bo była uwalana ziemią. Chciałem sprawdzić, ile sekund minie, zanim wytrze dłoń o spodnie.

– To ty jesteś tym słynnym antropologiem, prawda? Słyszałem od naszego burmistrza, tutaj każda informacja rozchodzi się błyskawicznie.

Siedem, osiem, dziewięć…

– …to wielki zaszczyt dla naszego małego miasteczka. Może wpadlibyście któregoś dnia na plebanię na kawę?

– Raczej nie. – Nie spuszczałem wzroku z jego ręki. Czternaście, piętnaście, szesnaście… – Ksiądz proboszcz na pewno nas poszczuje psami.

– Nie mamy psów.

W małym miasteczku słowo „ironia” było w równie powszechnym użyciu jak słowa „naukowy światopogląd”.

– Bardzo chętnie, bardzo chętnie – wtrącił Adam, żebym tylko nie powiedział na głos tego, co myślałem. – Mogę przynieść naszą dokumentację, zdjęcia i plany i pokazać księdzu proboszczowi, jeśli tylko zechce.

– Świetny pomysł – ucieszył się ksiądz Wampir zwany Januszem.

Dwadzieścia jeden! Wytarł dłoń w prawą nogawkę, kiedy myślał, że nie patrzę. A potem pochwycił moje spojrzenie.

– To był naprawdę wampir? – starał się zmienić temat.

Wyprostowałem się. Powoli. Czułem się jak na jodze, której nigdy nie miałem ochoty ćwiczyć.

– To był osobnik maturus, płeć nieokreślona, ogólny stan zachowania szkieletu nie najlepszy. Kości długie charakteryzują się dość grubymi ściankami kostnymi. Według opisu Miśkiewicza schorzenia przyżyciowe mogą tłumaczyć specyficzny układ ciała…

Nie widziałem jego twarzy, bo stał pod słońce, ale po sposobie, w jaki kilka razy przestąpił z nogi na nogę, poznałem, że osiągnąłem swój cel, czyli zanudziłem go na śmierć.

– To już nasz szósty pochówek antywampiryczny – wtrącił się Adam. – Wszystkie z końca dziesiątego wieku. To unikat na skalę europejską. Zazwyczaj odkopuje się jeden, góra dwa tego typu groby. A my mamy aż sześć, i pewnie będzie więcej!

Ksiądz Wampir po raz kolejny sięgnął za koloratkę. Okruchów z bułki musiało być tam sporo.

– Wcale mnie to nie dziwi. Podobno ten region w ogóle ma silną tradycję wiary w gusła i zabobony. Wiecie, jeszcze moja babcia opowiadała historie, od których włos się jeży. Pamiętam taką, która wydarzyła się jeszcze przed wojną. W trzydziestym ósmym bodajże.

Myślałem, że księdzu nie wolno mówić „bodajże”. Ale nie strzelił w niego piorun, niebo było bezchmurne.

– Babka była ze wsi pod Toruniem i tam kiedyś umarł jeden gospodarz, i trumnę wystawiono w chałupie, jak to na wsi, żeby baby mogły przy nim śpiewać pieśni. No i baby śpiewały, a nieboszczyk nagle zaczął się poruszać. Baby wyleciały z chałupy z krzykiem, że to strzygoń. Nikt nie chciał wejść do środka, dopiero później zebrało się kilku najodważniejszych chłopa, każdy wziął drąg, siekierę, widły, co tam kto miał. Kiedy wpadli do izby, nieboszczyk siedział w trumnie i próbował z niej wyjść. Ale jak go jeden walnął kłonicą, to się osunął i więcej nie poruszył. Na wszelki wypadek chłopi obcięli mu głowę, co poskutkowało, bo więcej już nie próbował wstawać.

Ksiądz Wampir zwany Januszem zaśmiał się krótko. Zabrzmiało to jak kaszel.

– Było nawet później śledztwo policyjne w tej sprawie, podobno gazety o tym pisały. Chłopi zeznawali przy świadkach, że to bardzo dobrze, że mu zdążyli obciąć głowę, zanim zaczął atakować ludzi ze wsi.

– Tak. – Pokiwałem głową. – Piękne czasy. Nie to co teraz. Jeszcze nie tak dawno pana, z takim wyglądem, też by zatłukli kłonicami.

Ksiądz przez chwilę gapił się na mnie bez słowa. W końcu wydusił tylko:

– Mieliśmy mówić sobie na ty.

Adam się ocknął. Odwrócił się do studentów i pokazał palcem ścianę wykopu, z której sterczała kość piszczelowa następnego szkieletu.

– Dobra, kochani, do roboty. Macie odczyścić jedynkę. Ale zostawcie co najmniej dziesięć centymetrów ziemi nad szkieletem, bo jak zaczniemy, to trzeba go będzie od razu wydobyć.

– Ja dzisiaj nie kopię – powiedziała Larysa. – Kopałam wczoraj. Dzisiaj kolej na Inez.

– Ja będę robiła rysunki profilu, bo wczoraj nie dokończyłam. – Inez schowała komórkę do kieszeni.

– Ja miałam robić rysunki! Też się chcę tego nauczyć.

– Dziewczyny, dajcie spokój – spróbował zażegnać spór Adam. –Najpierw pokopie Larysa, a potem się zamienicie.

– Ja się nie będę zamieniać. Muszę skończyć rysunek z wczoraj.

– Wczoraj się umówiłyśmy, że dzisiaj to ja będę rysować!

Menel odrzucił peta i przykuśtykał bliżej.

– Cisza, panieneczki. Ja będę kopał, bo wy do nocy nie skończycie.

– No właśnie. – Adam przesunął palcami pod kołnierzem koszuli. – Najpierw będzie kopał pan Henio. Piotrek, ty mu pomożesz przy taczce, dobrze?

Darth Vader skinął głową.

– Larysa zrobi w tym czasie szkic topograficzny, a Inez dokończy wczorajszy profil. Może być?

– Ja też chciałam się nauczyć robić szkic topograficzny!

– Ty możesz sobie skończyć ten swój głupi rysunek!

Chłopak z Darthem Vaderem na koszulce pochylił się nad wykopem. Pod Darthem Vaderem był jakiś napis, ale słońce świeciło mi w oczy, więc nie mogłem odczytać.

– To ja już będę leciał. – Ksiądz Wampir zadreptał w miejscu. – Obowiązki wzywają. Zaproszenie na plebanię jest aktualne.

Przesunąłem dłonią po karku. Miałem wrażenie, że ktoś wbił mi w ciało drewniany kołek, jak wampirowi, tylko w złym miejscu.

Usiadłem na krawędzi wykopu, tam, gdzie nie wolno, bo się może zarwać, i sięgnąłem po termos z kawą. Topole przy ogrodzeniu cmentarza szeleściły, ale na skórze nie czułem powiewu. W cieniu największego drzewa, przy bramie stał facet. Miał na głowie kaptur bluzy, a na nosie okulary przeciwsłoneczne. Uniosłem dłoń. Pochylił głowę, odwrócił się i odszedł.

– Nie siedź na profilu, Mario. – Adam podszedł i usiadł obok. – Co za cholerny dzień! Nie ma czym oddychać.

Facet w kapturze skręcił za mur i już go nie widziałem.

Wyjąłem ze skrzynki z narzędziami latarkę i zacząłem nią pstrykać. Pstryk-pstryk. Pstryk-pstryk. W ostrym słońcu nic się nie zmieniało.

– Zostaw, Mario, bo zepsujesz.

– Latarkę?

– To latarka na ultrafiolet. Czarne światło, jak w kryminałach. Będziemy szukać śladów kolagenu w kościach.

– W kościach sprzed prawie tysiąca lat? – upewniłem się.

– Czytałem, że w sprzyjających warunkach można znaleźć kolagen nawet w kościach sprzed czterech tysięcy lat. Może udałoby się nam wziąć próbki DNA.

– Może i tak – zgodziłem się. – Jak znajdziemy te szkielety, które nam ktoś podpieprzył, to na pewno uda nam się dokładnie przebadać DNA złodzieja.

Adam się zaczerwienił. Wyjął mi z ręki latarkę i włożył ją do skrzynki na narzędzia.

– Lepiej zostaw, bo to drogie.

– Drogie? – zdziwiłem się. – Widziałem ostatnio taką na eBayu za dwa dolary pięćdziesiąt. Plus koszty przesyłki.

– Cholera, poważnie? Ja za to dałem dwieście euro. Z grantu.

– Trochę przepłaciłeś.

Ulicą jechał samochód. Wrzucił kierunkowskaz i skręcił na plac. Ominął wielkim łukiem przygarbioną babę, która siedziała pod cmentarnym murem na małym stołeczku. Przed babą na skrzynce po owocach obitej ceratą ustawione były znicze.

Samochód zaparkował przy pierwszej budzie targowiska, równolegle do auta wykopaliskowego. Pola wysiadła, położyła sobie ręce na kości ogonowej i odgięła się do tyłu. Potem się uśmiechnęła i pomachała.

– No i co z tym szkieletem? – spytała, kiedy podeszła na tyle blisko, żeby nie musieć krzyczeć. – Coś już wiadomo?

Cienka nitka znamienia nad górną wargą, ta, która nadawała jej wygląd dziecka umorusanego czekoladą, zapulsowała. Nie mogłem przestać się na nią gapić.

– Nic nie wiadomo. – Głos Adama był grobowy, stosowny do miejsca. – I jeszcze mieliśmy krótkie spięcie z proboszczem.

– Naprawdę? – zdziwiła się Pola i każdy głupi mógł usłyszeć, że pyta wyłącznie przez grzeczność. Adam nie był głupi, więc zajął się przeglądaniem dziennika.

– Mario. – Pola położyła mi dłoń na ramieniu delikatnym ruchem. Zbyt delikatnym. – Musimy się zbierać.

Jej głos był łagodny. Zbyt łagodny.

Odpowiedziałem skinieniem głowy. Też łagodnym i delikatnym jak jasna cholera.

Rozdział 2

Pola przeszła przez plac z powrotem do samochodu i wsunęła się za kierownicę. Włączyła radio i zaczęła szukać jakiejś muzyki. Gapiłem się na nią bez ruchu.

– Wrócisz jeszcze dzisiaj?

Podskoczyłem na dźwięk głosu Adama. Przez chwilę nie mogłem nic z siebie wykrztusić, ale w końcu pokiwałem głową.

– Naprawdę? Pola mówiła, że nie wiadomo, ile to zajmie.

– Wrócę.

Podniosłem się, jakbym miał majtki z ołowiu. Pozbierałem rzeczy do plecaka i ruszyłem w stronę auta.

– Panie, pan kupi znicz. – Baba pod cmentarnym murem skinęła na mnie ręką.

Przystanąłem.

– Kupi pan znicz – zachęciła mnie znowu. – Ładne mam. Kolorowe.

Podszedłem bliżej.

– Lewostronna sakralizacja kręgów piersiowych, co najmniej pięciu. Dawno pani to ma?

Spojrzała na mnie z ukosa.

– Co mam, panie, to mam, a ludziom nic do tego.

Wyciągnąłem dłoń i dotknąłem jej garbu. Myślałem, że da mi po łapach, ale zamiast tego się uśmiechnęła. Miała zadziwiająco kompletne uzębienie, w rzędzie szarych zębów brakowało tylko lewego dolnego dens caninus.

– Ach, garba ma pan na myśli. A dawno, dawno.

– Od dzieciństwa?

Łypnęła na mnie, więc cofnąłem rękę, chociaż miałem ochotę obmacać okolicę jej kręgów piersiowych Th5 i Th6.

– Ja się, panie, we wojnę rodziłam – wyjaśniła nie na temat. – To jak, kupi pan znicz?

– Na cholerę mi znicz.

– Nie wolno tak mówić, panie – pouczyła mnie baba. – Znicz można zmarłemu zapalić. Swojemu albo obcemu, bez różnicy. Dusza potrzebuje wsparcia.

– Tak? A skąd pani wie? – Byłem zły sam na siebie, że się wdaję w metafizyczne dyskusje z garbuską pod cmentarnym murem.

– A idź pan do diabła. – Splunęła mi pod nogi. Nie zdążyłem uskoczyć, ale nie trafiła w mój but. – Nie dziwota, że was ksiądz proboszcz nie lubi. Nie dziwota, panie.

Za moimi plecami zatrąbił klakson. Odwróciłem głowę. Pola pomachała mi ręką. Z jej twarzy nie schodził uśmiech.

Odwróciłem się i poszedłem w stronę samochodu. Usłyszałem za sobą charknięcie, ale ciche, bo człowiek w tym wieku nie produkuje już dużo śliny.

Pola pozwoliła mi wsiąść bez słowa i zapaliła silnik. Sięgnąłem do pokrętła wentylatora i ustawiłem je na maksimum. Stęchłe powietrze dmuchnęło mi w twarz.

– Mario – powiedziała łagodnie. Zbyt łagodnie. – Jak będziesz się tak grzebał, to się spóźnimy. Wiem, że nie lubisz tych wizyt…

Nie dokończyła. Spojrzała na zegar w radiu i wrzuciła jedynkę. Samochód podskoczył na dziurach w ziemi, pozostałościach po kałużach, chociaż nie pamiętałem, żeby padało. W asfalcie też były dziury, a na ich dnie wyschłe kratery. Przejechała kawałek do rynku, zawróciła na czymś, co przy dużej dozie wyobraźni można nazwać rondem, i skręciła w lewo, pod tunel. Kątem oka zarejestrowałem, że na łuku ulicy nie było już barierki, dawniej obowiązkowego miejsca odpoczynku pijaków. Nie dostrzegłem też żadnego pijaka. Zobaczyłem za to piekarnię, zegarmistrza, dwie apteki i kantor wymiany walut.

Przejechała pod tunelem powoli, chociaż tysiąc razy jej mówiłem, że rowerzyści zawsze jeżdżą górą. Na torach nad moją głową załoskotał pociąg. Nie zwolnił, pewnie pospieszny. Spojrzałem na betonowe płyty z zaciekami z rdzy.

Pola nagle zachichotała. Odwróciłem głowę w jej kierunku.

– Przypomniało mi się, jak mi opowiadałeś, że po każdym większym deszczu zalewało ten tunel – wyjaśniła. – I jak te wszystkie maluchy, czy co tam wtedy jeździło, utykały w wodzie, bo każdy oczywiście próbował przejechać mimo wszystko. I jak właściciele je pchali, po pas w błocie. Wyobrażam sobie, jak to musiało…

– Możemy porozmawiać o czymś innym? – poprosiłem.

– Oczywiście. – Spojrzała na mnie uważnie. – Na przykład…

– Na przykład o niczym.

Przesunęła dłonie na kierownicy na pozycję „za dziesięć druga”.

– Rozumiem, że się denerwujesz…

– Kategoria „nic” obejmuje również zagadnienia związane z moimi nerwami.

Zamknęła się. Wypuściłem powietrze z płuc. Powoli, żeby nie zauważyła.

Po drugiej stronie tunelu zawinęła na rondzie, które, dla odmiany, mogło stanowić sewrski wzorzec dla wszystkich rond. Minęła pocztę, minęła straż pożarną, minęła bloki, przepuściła dwie ciężarówki i opla w miejscu, gdzie było zwężenie, bo remontowali krawężnik, i wyjechała na prostą. Nawiew nie pomagał. Otworzyłem okno.

Domy po obu stronach drogi otoczone były ogrodami na tyle starymi, że większość drzew osiągnęła wysokość kilku metrów i litościwie przesłaniała rozmaite warianty sześcianów mazowieckich. Mimo szumu opon mknących po asfalcie miałem wrażenie, że pochłania mnie cisza. Zamknąłem oczy i odchyliłem głowę na oparcie. Starałem się oddychać.

Nie musiałem uchylać powiek, żeby zobaczyć, co będzie dalej. Po lewej skręt do torów, można było tamtędy dojechać skrótem do Pruszkowa. Po prawej sklep Społem. Potem po lewej domy, po prawej domy i jakieś pola. Po lewej, tuż przy szosie coś w stylu hotelu czy sali biesiadnej.

Nic nadzwyczajnego. Pospolite małe miasteczko z przyległościami.

Nienawidziłem go.

Rozdział 3

Oglądaliście taki film Dzień świstaka? Jeśli tak, wiecie, o co chodzi. Facet codziennie przeżywa ten sam dzień. Budzi się rano w tym samym łóżku, je to samo na śniadanie, spotyka tych samych ludzi. Próbuje się wyrwać z tego cholernego kręgu, ale choćby nie wiadomo co robił, choćby nie wiadomo kogo obraził, choćby nie wiadomo kogo sprowokował, żeby ten ktoś nakopał mu w dupę, następnego dnia budzi się o tej samej porze, w tym samym łóżku, je to samo na śniadanie… Dzień w dzień.

***

Godzina siódma, jak każdego ranka, dzień w dzień.

– Mario, wstawaj.

Szturcha mnie w bok. Czy nikt jej jeszcze nie powiedział, że to nie jest najlepsza metoda budzenia faceta o nieprzytomnej porze?

Nakrywam głowę poduszką.

Zabiera mi poduszkę.

Próbuję tego samego z kołdrą i też ją tracę.

Kryję twarz w prześcieradle.

Czuję, jak jej dłoń wsuwa się między materac a moje podbrzusze.

– Mario…

Dłoń przesuwa się w dół. Unoszę biodra. Palce obejmują mojego penisa. Dłoń porusza się kilka razy w górę i w dół. Czuję, jak penis twardnieje.

– Nooo, Mario.

Pola mruczy i przytula się do mnie. Jej dłoń znowu się porusza.

Oswobadzam jedną rękę i próbuję wymacać jej pierś. Pola puszcza mojego penisa i zrywa się z łóżka.

– No, widzę, że już się obudziłeś. To wstawaj.

– Pola – jęczę.

– Wstawaj, wstawaj, nie mamy całego dnia.

Zwlekam się z łóżka i idę do łazienki. Odlewam się, jedną ręką oparty o ścianę, bo kręci mi się w głowie. Potem patrzę w lustro. Puszczam wodę w umywalce i zanurzam w niej twarz, żeby już więcej nie patrzeć.

Wychodzę z łazienki. Pola czeka w korytarzu.

– Wziąłeś lekarstwa?

Kiwam głową. Rano łatwiej jest kłamać bez słów. Pola też to wie. Wchodzi do łazienki i wychodzi stamtąd z butelką i tekturowym pudełkiem. Zerka na dawki wypisane na opakowaniach, wyjmuje pigułki i podstawia mi je pod nos na wyciągniętej dłoni.

– Na sucho nie dam rady.

Idzie do kuchni. Wraca ze szklanką wody.

Zgarniam pigułki językiem z wnętrza jej dłoni.

Czeka, aż przełknę.

– Otwórz usta. I podnieś język do góry.

– Nie jesteś moją pielęgniarką, do cholery!

Chcę jeszcze coś powiedzieć, ale pastylki wpadają mi do gardła i zaczynam się krztusić. Pola czeka, aż minie najgorszy kaszel, i podaje mi szklankę.

– Jak popijesz dużo, to ci nie utkną w przełyku.

– Dzięki za lekcję anatomii i fizjologii.

– Nie ma za co – mówi.

Wraca do sypialni. Idę za nią. Pola stoi przed otwartą szafą z ubraniami.

Obejmuję ją w pasie. Odtrąca moje ręce. Nie patrzy na mnie.

– Wcale się nie spieszymy – mruczę jej do ucha.

– Lekarz ci zabronił. – Ponownie odtrąca moje ręce.

– To nieprawda. Mówił tylko, że w rzadkich przypadkach te świństwa, które każesz mi łykać, mogą oddziaływać na libido. Ale – ciągnę jej rękę w dół, żeby sama się przekonała – jak widzisz, nie oddziałują. Albo oddziałują, ale pozytywnie.

Wyszarpuje rękę.

– Ja się spieszę. A ty obiecałeś Adamowi, że chociaż raz nie przyjdziesz ostatni.

– Wczoraj też mu to obiecywałem. I przedwczoraj też.

– No właśnie – mówi, jakby to miało wszystko wyjaśniać.

Odwraca się tyłem i wkłada majtki.

Kurwa mać! A to dopiero początek dnia.

***

Każe mi iść po świeże bułki i po gazetę. Po co jej gazeta, jak ma internet? W piekarni jest kolejka. Codziennie stoją w niej ci sami ludzie, a w każdym razie identycznie wyglądający. Menel zostawia rower przed wejściem. Gruba polska baba na emeryturze występuje w kilku wersjach, które różnią się kolorem sukienek, ale już nie krojem. Starszy pan w za ciepłej kurtce jest amatorem bułek albo ma kury, bo codziennie kupuje wielką siatę pieczywa. Kiedy przychodzi moja kolej, sprzedawczyni pyta: „A co dzisiaj dla pana profesora?”, chociaż nie przedstawiałem jej się nazwiskiem ani tytułem naukowym. Starszy pan od kur nieodmiennie zagaduje: „To zostało jeszcze coś ciekawego do wykopania?”. Pewnie ma sklerozę i zapomina, że dopytywał się o to poprzedniego dnia.

Przed kioskiem też jest kolejka. Menel z rowerem, ten sam, co w piekarni, albo taki sam, stoi oparty o półkę przy okienku i gawędzi z kioskarką. Kioskarka podaje mi gazetę, zanim zdążę otworzyć usta,  i codziennie prosi o drobne.

Potem jemy śniadanie, świeże bułki i tak dalej, a Pola kartkuje gazetę. Za drzwiami w kuchni leży stos gazet, które tylko przekartkowała. Kiedy ją pytam, czy wie, ile to drzew, obraża się i milczy.

Po śniadaniu Pola zawozi mnie na wykop. Wita się z Adamem i ze studentami. Rozmawiają i śmieją się nie dłużej niż pięć minut. Pola odjeżdża. Ja kilka godzin nudzę się na słońcu. Szkielet, którego nikt jeszcze nie ukradł, jest w bagażniku wykopaliskowego samochodu i Adam boi się go otworzyć za dnia, żeby nikt nie zobaczył, co tam wozi. Potem Pola przyjeżdża i zabiera mnie na obiad. Zazwyczaj do pizzerii w nowej galerii handlowej. Niedługo będę rzygał na samą myśl o pizzy, nawet bez jej zapachu.

Dwa razy Pola zawiozła mnie do lekarza. Za każdym razem czekała na mnie i po wizycie wracaliśmy do domu.

Po południu zdarza się, że jedziemy jeszcze na wykop, ale nie zawsze.

Potem mam czas, żeby pracować nad raportami. Nie robię tego. Wolę oglądać telewizję.

Wieczorem Pola rozbiera się odwrócona do mnie tyłem. Zakłada piżamę i uchyla okno. Kładzie się do łóżka. Ja też się kładę. Pola mówi, że jest zmęczona, i odwraca się do mnie plecami. Kiedy próbuję ją objąć, wyrywa się. Kiedy próbuję jeszcze raz, grozi, że pójdzie spać na kanapę. Odwracam się. Zasypiam.

A teraz pytanie za milion punktów: kto jest scenarzystą tego pieprzonego serialu?

Rozdział 4

Porządny terapeuta powinien mieć kozetkę, nie? Ale w gabinecie nie było żadnej kozetki, tylko wiklinowe fotele z Ikei, niezbyt wygodne. Trzeszczały przy każdym poruszeniu. W oknach tkwiły kraty.

Mój psychoterapeuta zmiękczał słowa.

– Po studiach ściągnąłem żonę i zamieszkaliśmy w Polsce jeszcze przed pieriestrojką. Z trójką dzieci, dwoje już dorosłych.

Spróbowałem przyjąć wygodniejszą pozycję. Fotel zatrzeszczał.

Lekarz się uśmiechnął. Prawy górny pierwszy przedtrzonowiec miał złoty.

– Profiesor Ybl…

Spojrzałem na niego zdziwiony, bo wymówił moje nazwisko poprawnie, nawet jeśli trochę zbyt miękko.

– …ja wam powiedział o swojej familii, a teraz wy mnie powiedzcie o…

– Mojej? – domyśliłem się.

– Nie. Jeszcze nie. Dościgniemy tego. W tej terapii, jak to wy mówicie, poznawczo-behawioralnej, jest sens badania przeszłości, jak będą konkretne pytania.

Patrzył na mnie przez chwilę w milczeniu. Ja próbowałem dostrzec, czy kraty są przyśrubowane od zewnątrz, czy od wewnątrz. Firanka zwisająca przez pół okna nie pomagała. Ten, kto chciał stworzyć w gabinecie domowy nastrój, powinien częściej dawać ją do prania.

– My już rozpoczęli leczenie farmakologiczne, no – zerknął w plik kartek, które trzymał na kolanach, ale zrobił to szybciej, niż zdążyłem mrugnąć – trochę będzie, zanim leki ustabilizują się w organizmie. Znaczitsia będą działać. A jak wy się czujecie?

– Chujowo.

Nie zareagował. Z drugiej strony, mógł nie znać tego słowa, a ja nie wiedziałem, jak to jest po rosyjsku.

– Ja chciał powiedzieć, czy coś wam boli. Mdłości, napady senności, spadek libido – wyrecytował listę objawów z polskiego podręcznika.

– Nie, ale miło, że pan pyta. Dokucza mi tylko to, co pan nagadał mojej partnerce.

– Ja nagadałem?

– Że nie wolno mi uprawiać seksu.

– Ja niczego takiego nie mówił. – Był tak zdziwiony, że chyba nie mógł kłamać. – Jeśli wy chcecie, ja mogę z nią później porozmawiać.

– Wolałbym to na piśmie. Z pieczątką.

Lekarz poprawił się na krześle.

– Profiesor Ybl, chodźmy do rzeczy. Ja bym chciał dzisiaj zacząć terapię behawioralną. Wy się zgadzacie?

Nie odpowiedziałem.

– U was bardzo mocny lęk ciemności. Jakiej ciemności?

– Ciemnej ciemności – wyjaśniłem najbardziej przystępnie, jak potrafiłem.

– Ja chciał powiedzieć – znowu na ułamek sekundy zerknął w papiery – czy u was musi być ciemność kompletna, czy trochę ciemno?

– Trochę ciemno.

Pokiwał głową.

– Od jak dawna?

Wzruszyłem ramionami:

– Odkąd pamiętam.

Tym razem przerzucił kartki, ale to też trwało tylko moment.

– Czego wy się boicie, profiesor Ybl?

Westchnąłem.

– Ja wiem, że polski język jest trudny i ma wiele idiomów. Nawet po kilkunastu latach rozumienie sensu słów może przysparzać kłopotów. Na rosyjskim w szkole nie uważałem, ale możemy rozmawiać po angielsku.

Znowu się uśmiechnął. Zacisnąłem zęby.

– Ja chciał powiedzieć: czego wy się boicie, jak jest ciemno? Proszę, wy się nie spieszycie z odpowiedzią. Podumajcie.

– Mogę wyskoczyć na kawę? – spytałem. – Najnowsze badania potwierdzają, że kofeina pobudza mózg.

Uśmiechnął się po raz kolejny. Ktoś, kto od lat żyje z rodziną w kraju, gdzie nie lubią Ruskich, jest tak zahartowany, że nie miałem szans.

– Ja chcę poznać, jak to wpływa na waszą żyzń.

Zrobiłem głęboki wdech i równie głęboki wydech.

– Nie mogę iść w nocy siusiu, a kłopoty z prostatą przecież dopiero przede mną.

Patrzył na mnie i wyraz jego twarzy w ogóle się nie zmieniał.

– A jak pan myśli, jak to wpływa na moje życie? Jestem ograniczony do czasu pomiędzy wschodem a zachodem słońca, a jak raz kilku świrów zamknęło mnie w ciemnej łazience w nieogrzewanym pałacu, omal nie oszalałem.

Zaznaczył coś długopisem na jednej z kart.

– Odhaczył pan pozycję „świruje”? – zainteresowałem się.

Znowu się uśmiechnął. W złotym zębie odbił się prostokąt okna.

– Czy wy wiecie, otkuda ten lęk jest u was w życiu?

Odchyliłem się do tyłu. Wiklina posłusznie zatrzeszczała w rytm poruszeń mojego ciała.

– Ma pan na myśli: czy dysfunkcyjny ojciec zamykał mnie w ciemnej komórce, jeśli nie zjadłem owsianki w ciągu pięciu minut?

Poruszył głową, jakby coś mu weszło w kark.

– Niekonieczno ojciec…

– Nie wiem – przerwałem mu. – Nie mam pojęcia. Nikt mnie nigdzie nie zamykał: ani ojciec, ani matka, ani ciotka, ani druga ciotka. Rodzeństwa nie mam.

– A może być, że jak wy byli malieńkij, u was w życiu było coś traumatycznego, coś, co działo się w ciemności?

– Może. – Ta rozmowa zaczynała mnie nudzić. – Ale ja tego nie pamiętam, więc chyba nie ma to znaczenia.

– Wy mylicie się. – Pochylił się w moją stronę. – Może być, wy tego nie pamiętacie, ale wasze ciało tak.

– To może niech pan porozmawia z moim ciałem – rzuciłem pomysł. – A ja w tym czasie wyskoczę…

– Profiesor Ybl, pocziemu wy przyszli na tę terapię?

Oderwałem wzrok od okna.

– Na korytarzu czeka taka jedna pani. Jest niska, ładna i wygląda, jakby chciała kogoś pobić, rozpozna ją pan bez trudu. Proszę iść i ją zapytać.

Lekarz wyglądał na zrelaksowanego. Musiałem się bardziej postarać.

– Ja rozumiem, że ta terapia to nie wasza idea, i teraz wy robicie wsio, żebym ja napisał wam w papierach „nieuleczalny”.

Miałem wielką ochotę przytaknąć, ale tego nie zrobiłem.

– Jeśli wy chcecie, to też mogę wam dać na to papier. Dla tej pani, która czeka na korytarzu. Z pieczątką.

Napiąłem mięśnie, żeby wstać, ale on mówił dalej:

– Ale może wy powinni na chwilę zapomnieć o tej pani i zrobić coś dla siebia. Tylko dla siebia.

Nie znalazłem na to odpowiedzi. W każdym razie nie od razu.

Firanka w oknie poruszyła się. Może za sprawą ektoplazmy, bo przecież nie było wiatru.

Milczenie trwało tak długo, że zacząłem mieć nadzieję na koniec sesji. Drzwi uchyliły się, pielęgniarka wsadziła głowę do gabinetu, powiedziała: „Przepraszam, panie doktorze, nie wiedziałam, że ma pan pacjenta”, wycofała głowę i zamknęła drzwi.

Kiedy wreszcie się odezwał, drgnąłem.

– Jaka jest najgorsza rzecz, jaka może dla was być w ciemności? – spytał.

Wzruszyłem ramionami.

– Tych rzeczy jest mnóstwo. Może mnie pożreć potwór, mogę przestać istnieć…

Przez chwilę walczył sam ze sobą, żeby się nie uśmiechnąć, ale przegrał. Złoty ząb odbił promień słońca.

– A jak wy myślicie, jakie jest prawdopodobieństwo, że to naprawdę wydarzy się? Słyszeli wy, a może czytali w gazecie, albo widzieli w wiadomościach o drugich ludziach, którzy przestali istnieć w ciemności, albo o takich, których pożarł potwór?

Milczałem.

Mówił dalej:

– Ludzkie ciało, o czym wy musicie… – szybko zerknął w papiery na kolanach. – Tak, o czym wy musicie bardzo dobrze wiedzieć z racji waszej profiesji, składa się z tkanek, takich jak skóra, mięśnie, kości i tak dalej. A każda z tych tkanek z kolei składa się z drugich struktur białkowych, których budowę wy znacie lepiej niż ja, bo ja tylko psychiatra. Więc ja nie będę dłużej przynudzał.

Pokiwałem głową w uznaniu dla jego polszczyzny.

– Ja chciał powiedzieć, że te struktury białkowe, z których składają się komórki ludzkiego ciała, nie tak łatwo unicestwiają się. Może tego dokonać bardzo wysoka tiemperatura, może odpowiedni typ promieniowania, ja sam nie znam dokładnie jaki. Ale nie ciemność. Brak światła nie dezintegruje struktur białkowych. Wy zgodzicie się ze mną?

Przytaknąłem.

– Tak jeśli idzie o wasze przekonanie, że może was pożreć potwór, to też bardzo mało prawdopodobne zdarzenie. Można rzec: całkiem nieprawdopodobne. A u was jest na myśli jakiś konkretny potwór?

Machnąłem ręką, żeby dać mu do zrozumienia, że chodziło mi raczej o potwora w sensie ogólnym.

– A wy próbowali sobie kiedyś tego potwora wyobrazić?

Zawiesił głos.

– Ma wielką paszczę. – Odchrząknąłem. – Taką, żeby móc mnie pożreć.

– A poza paszczą?

Znowu wzruszyłem ramionami.

– Ale czy to wielka małpa? Czy ryba? Czy dinozaur jakiś?

– Nie wiem.

Zerknął w papiery, znowu.

– Nie wiecie?

– Nie wiem, do cholery! – Zerwałem się z fotela. Zatrzeszczał, ale się nie rozpadł. – Nie wiem! Nie spędzam czasu w ciemności na wizualizowaniu szczegółów anatomicznych potwora ani na przypominaniu sobie, czego uczyłem się na studiach o promieniowaniu dezintegrującym struktury białkowe. Po prostu się boję! Rozumie pan? Nie mogę oddychać, mam wrażenie, że klatkę piersiową coś mi ściska, i naprawdę jest mi obojętne, czy to szczęki potwora, czy zwykła żelazna obręcz. Kręci mi się w głowie, chce mi się rzygać, a czasem naprawdę rzygam. Mam halucynacje, słyszę głosy i czuję ruch powietrza. Moje mięśnie tracą napięcie i nie mogę ustać na nogach. Coś jeszcze?!

Postawił kilka znaczków w swoich papierach, zanim podniósł głowę i znowu się do mnie uśmiechnął.

– Czy wam będzie lepiej, kiedy ja wam powiem, że to zupełnie typowe objawy?

– Nie, do kurwy!

Opadłem na fotel. Znowu zatrzeszczał. To było już nudne.

– Profiesor Ybl, ja chcę wam wyjaśnić, na czym będzie polegała terapia.

Zawiesił głos, jakby spodziewał się, że wykrzyknę: „hura!”. Rozczarowałem go.

– Naszym celem jest złapanie takiej, jak wy to mówicie, gorącej myśli. My mamy na ogół dwie, może być trzy takie myśli, które determinują nasze zachowanie. Na przykład myśl: mnie nie można polubić ani pokochać. To chyba nie wasz przypadek. Ja chciał tylko podać ilustrację problemu.

Znowu zawiesił głos, ale tym razem tylko na chwilę.

– Kiedy już te gorące myśli u was zidentyfikujemy, spróbujemy je zbilansować, znaczy znaleźć dowody na ich prawdę lub fałsz. Co wy o tym myślicie?

– Sprawdza pan, czy słucham. – Nie odrywałem oczu od firanki. – Niestety tak. W pustym pokoju nie tak łatwo odciąć się od pojedynczego źródła dźwięku. Ja w każdym razie tego nie potrafię.

– Doskonale. – Naprawdę się ucieszył. – Potem, kiedy już rozpracujemy te wasze gorące myśli, postaramy się znaleźć myśli zastępcze. A potem… Zresztą, teraz nie ma sensu sięgać tak daleko w przyszłość.

– Trudno się z panem nie zgodzić – burknąłem.

– W takim razie na dzisiaj to już koniec będzie.

Dźwignąłem się powoli.

– Mam też dla was domowe zadanie.

Opadłem z powrotem na fotel. Spojrzałem na niego i zrobiłem wszystko, żeby moja twarz wyrażała głębokie niedowierzanie.

– Nie, nie. Wy dobrze usłyszeli. Poproszę, żeby wy spisali wszystko, co wam przychodzi do głowy w ciemności.

– Spisali?

Pokiwał głową.

– Na kartce. Ale proszę nie cenzurować tego. Po prostu spisać wszystko, co przyjdzie wam…

Wciągnąłem głęboko powietrze.

– Ja co prawda słuchałem tylko jednym uchem tego, co pan do mnie mówi. Ale pan bierze kasę za każde spotkanie, więc powinien pan słuchać uważnie. Nic mi nie przychodzi do głowy w ciemności, rozumie pan? Nic! To nie moja głowa ma z ciemnością problemy, a w każdym razie nie świadomość, czy jak wy to tam między sobą nazywacie w tym wariatkowie. Ja po prostu nie mogę oddychać. Nie mogę utrzymać się na nogach. Umieram, rozumie pan?

– Rozumiem – powiedział. – Ale na razie wy nie umierli, tak?

Nie wiedziałem, czy to pytanie, czy stwierdzenie, więc milczałem.

– Może ja się źle wyraził. – Uśmiechnął się. – Profiesor Ybl, spiszcie wszystko, co wy czujecie w ciemności. Na następnym spotkaniu my porozmawiamy o tym.

Trzymałem już rękę na klamce, kiedy podniósł głowę znad papierów na kolanie.

– Czy jeszcze wasza familia żyje? Wasi rodzice? Ktoś, kto był z wami blisko w dzieciństwie?

– Bo?

– Bo można z nimi porozmawiać. Może naprawdę było coś traumatycznego, co miało związek z ciemnością.

Nacisnąłem klamkę i uchyliłem drzwi.

– U was bardzo silny mechanizm wyparcia. W takich sytuacjach, zamiast bić mur głową, najlepiej jest go obejść. Profiesor Ybl, wy się zastanówcie, czy wy z kimś możecie porozmawiać.

Otworzyłem drzwi na całą szerokość i wpadłem na Polę.

– Przepraszam, nie podsłuchiwałam. – Popatrzyła poważnie na lekarza. – Zauważyłam ruch klamki i myślałam, że już skończyliście.

Psychiatra wypróbował na niej swój uśmiech numer siedem, ten, w którym w złotym zębie odbijała się nawet firanka.

– My skończyli. Ja teraz…

Popatrzył na mnie.

– Profiesor Ybl, magu ja powiedzieć waszej prijaciółce o naszych zadaniach?

– Mówcie. – Jego sposób mówienia zaczął mi się udzielać.

– Spasiba. – Odwrócił się do Poli. – Ja teraz namawiam profiesora Ybla, żeby porozmawiał z kimś z żyjącej familii na temat dzieciństwa. Jeśli da nam się zahaczyć – wykonał palcami w powietrzu ruch imitujący cudzysłów – ważną informację, cała terapia będzie łatwiejsza. I krótsza, może to ma znaczenie, bo wy przecież płacicie.

Pola zadarła głowę i próbowała spojrzeć mi w oczy.

– To chyba nie powinien być problem, Mario – jej głos brzmiał niepewnie. – Twoja matka powinna coś wiedzieć.

– Matka – ucieszył się lekarz. – Szkoda, że wy od razu nie powiedzieli. Wy z nią jak najszybciej porozmawiajcie. Może być przez telefon, chociaż ja z doświadczenia wiem, że takie rozmowy dobrze przeprowadzać samemu. Daleko mieszka wasza matka?

– Blisko – warknąłem.

Zostawiłem Polę, żeby zamknęła za mną drzwi.

Rozdział 5

– Nie rozumiem, po co chcesz jechać teraz na wykop. Przez te cztery godziny na pewno nie zdążyli odsłonić kolejnego szkieletu.

– Rusek? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie. – Który nie mówi po polsku?

– Mówi. Sama słyszałam. A poza tym ma znakomitą opinię. To podobno świetny specjalista.

Była zła, ale starała się tego nie pokazywać i to było jeszcze gorsze.

– Jak ci się nie podoba, znajdź sobie lepszego.

Patrzyłem przez okno na reklamy przy drodze, które przesuwały się do tyłu w tempie siedemdziesięciu kilometrów na godzinę. Dachy z eternitu, ogrodzenia i bramy kute, cegły i pustaki, wesela i przyjęcia. W ostatnich dniach pojawiło się sporo nowych płacht z informacją o oponach zimowych. Temperatura na zewnątrz utrzymywała się w okolicy plus dwudziestu stopni.

Odbiło mi się pizzą. Pola skrzywiła usta.

– Mario, mówię do ciebie. Nie dość, że robię za kierowcę, bo ty bierzesz lekarstwa…

Zagapiłem się na łazienkowski pałac Na Wodzie, ustawiony przy samej szosie, wykonany prawie dokładnie w skali jeden do jednego.

Westchnęła. Specjalnie zrobiła to głośno, żebym usłyszał przez szum silnika i hałas na drodze.

– Mario, jeśli mamy zacząć wszystko od nowa, to każde z nas musi się trochę postarać. Ja się staram, już bardziej nie mogę. Znalazłam ci wykopaliska, najciekawsze, jakie były w okolicy, bo wiem, że jak się nudzisz, zaczyna ci odbijać. Znalazłam ci psychiatrę, żeby pomógł ci chociaż trochę dojść ze sobą do ładu. Wzięłam urlop i opiekuję się tobą jak dzieckiem. Myślisz, że nie wolałabym być teraz w Grecji na wykopaliskach?

Sklep całodobowy Warus. Dlaczego nie Wirus? Łatwiej byłoby zapamiętać.

– Przepraszam, Mario. Nie wolałabym. To mój wybór, chcę być tutaj z tobą. Ale proszę, postaraj się trochę. Trochę…

Przedszkole. Kto chciałby posyłać dzieci do przedszkola przy ruchliwej drodze? Sądząc z tego, jak wypasiony był budynek, chciało bardzo dużo ludzi.

– Jesteś na mnie zły, bo powiedziałam temu terapeucie o twojej matce…

Jeszcze jedno przedszkole?

– Dobra! – warknęła. – Jak sobie chcesz.

Skręciła z głównej szosy w ulicę z ogrodami i sześcianami mazowieckimi, potem były bloki, straż pożarna, rondo, tunel i znowu rondo. Na placu pod cmentarnym murem zahamowała, a kłąb kurzu zasłonił szyby.

– Nie wiem, co masz tutaj do roboty, ale streszczaj się. Musimy się jeszcze przebrać przed imprezą.

Obróciłem głowę i popatrzyłem na nią.

– Nie mów mi tylko, że zapomniałeś o zaproszeniu od Sebastiana.

Zapomniałem, ale skoro nie chciała, nie powiedziałem tego. Wysiadłem z samochodu.

– Poczekam na ciebie – krzyknęła jeszcze.

Nie obejrzałem się.

Studenci już się zmyli. Na brzegu wykopu leżały porzucone trzy łopaty, dwa wiadra z niebieskiego plastiku, który nie zdążył jeszcze zmatowieć, sznurek z ciężarkiem, składana miarka, jakiej używają stolarze, i podkładka z wpiętymi papierami, przysypana piaskiem. Jedna szpachelka wpadła na dno wykopu. Żeby usiąść na krawędzi, musiałem odgarnąć nogą pety pana Henia.

– Nie mogę się doprosić, żeby zostawiali po sobie porządek. – Adam nie podniósł nawet głowy. Siedział w wykopie i sprawdzał rysunek przypięty do podkładki z grubej tektury. – I ten profil też kompletnie skopany, będę musiał to sam od nowa narysować. Nie wiem, jak mam do nich mówić, żeby zrozumieli.

Wskoczyłem do wykopu i uniosłem róg foliowej plandeki. Buchnął spod niej zapach wilgotnej ziemi, która ciągle przykrywała kości.

Powietrze stało nieruchomo. Miałem wrażenie, że każdy wdech i wydech kosztują mnie coraz więcej wysiłku. I że ktoś się na mnie gapi.

Podobno w takich sytuacjach mrowi człowieka w karku, ale ja poczułem to w żołądku. Obejrzałem się na Polę. Przez przednią szybę widziałem, że trzyma przed nosem książkę. Na targowisku nie było nikogo, baba ze zniczami też poszła do domu, zabrała stołek i znicze, ale zostawiła skrzynkę z ceratą. Tylko rudy kot lizał sobie tyłek na środku parkingu.

– Co z nim zrobimy? – spytał Adam.

Odwróciłem się gwałtownie. Adam podniósł obie ręce obronnym gestem.

– Przepraszam, nie chciałem cię przestraszyć.

Wypuściłem powietrze z płuc.

– Masz na myśli szkielet czy kota? – spytałem, kiedy znowu udało mi się zrobić wdech.

– Jakiego kota? Zresztą nieważne. Specjalnie zostawiłem mniej więcej dziesięć centymetrów ziemi nad kośćmi. Jak ktoś nie wie, co tam jest, to nic nie zobaczy. Myślisz, że to wystarczy, żeby go nie ukradli?

– Lepsze byłoby ogrodzenie z drutu kolczastego, fosa pełna krokodyli i paru ochroniarzy.

Wyjąłem ze skrzynki ultrafioletową latarkę. Poświeciłem na piasek. Kilka drobinek rozjarzyło się na fioletowo.

– Robisz sobie jaja, Mario. A ja się martwię, bo jak zniknie następny. A jeszcze po tym, co powiedział proboszcz? – Adam oparł się o profil. Wysuszone drobinki ziemi poleciały na dół z grzechotem. – Boję się, że jak nadal będzie przeciwko nam, to w końcu ktoś tu przyjdzie i spali nam wykop.

– Kości kiepsko się palą – zauważyłem. – Ziemia też nie najlepiej.

– Nie da się dzisiaj z tobą normalnie porozmawiać.

Nie mogłem zebrać myśli. Po karku spacerowały mi mrówki, a w żołądku wiły się węże. Schowałem latarkę do kieszeni. Dźwignąłem się i spojrzałem jeszcze raz na Polę. Podniosła głowę znad książki i pokazała mi zegarek.

Brama cmentarza skrzypnęła, a przecież nie było wiatru.

– Muszę koniecznie pogadać z wikarym, wiesz, z tym Januszem – Adam też się podniósł i otrzepał spodnie z ziemi, chociaż po całym dniu pracy niewiele już mogło im pomóc. – Nie chcę mieć przeciwko sobie kleru, bo w takim małym miasteczku nie wiadomo, jak to się może skończyć. A ty, Mario, przecież jesteś stąd, może znasz kogoś, kto mógłby…

– Mam w dupie małe miasteczka – mruknąłem.

Wygramoliłem się z wykopu i podszedłem do muru. Uchyliłem bramę.

– Mario?

Było tak cicho, że nawet przez całą szerokość parkingu słyszałem, że jest wkurzona.

– Mario, do diabła! Miałeś się pospieszyć, a nie urządzać sobie spacery po cmentarzu!

Odciągnąłem skrzydło bramy na bok. Było ciężkie, aż się spociłem.

Między grobami stare drzewa rzucały cień, ale światła ciągle było pod dostatkiem i nie czułem żadnej obręczy w płucach ani mięknących nóg. Kostka brukowa w alejce skończyła się po kilkunastu metrach. Z parkingu dobiegł urywany dźwięk klaksonu, ale kiedy Pola przestała trąbić, znowu otoczyła mnie cisza.

Zatrzymałem się przy świeżym grobie obłożonym kwiatami, które też zwiędły z braku tlenu w powietrzu. Mrówki biegły szeregiem wzdłuż krawędzi grobu i znikały w miejscu, gdzie między płytami ziała niezacementowana szczelina. Równolegle do pierwszego szeregu przesuwał się drugi, w przeciwną stronę. Każda mrówka niosła coś w szczypcach. Starałem się nie patrzeć, co.

Na płycie czerwonym sprejem ktoś namalował gwiazdę Dawida wpisaną w koło. A pod spodem egipski symbol anch.

Wyprostowałem się. Cienie w alejce pogłębiły się o jeden ton szarości. Jeden cień poruszył się i zniknął za krzakiem. Z każdym moim krokiem słyszałem chrzęst piasku pod butami, ale cień opanował sztukę bezszelestnego ruchu.

Potem zobaczyłem go koło cmentarnej kaplicy. Zmył się, zanim podszedłem na tyle blisko, żeby odczytać litery na kamiennej płycie przed wejściem. Dla porządku pchnąłem drzwi. We wnętrzu panowała ciemność. Zamknąłem drzwi, żeby nie wypuścić jej w świat.

Odwróciłem się i zobaczyłem, jak cień biegnie alejką w kierunku nieczynnego zakładu kamieniarskiego. Kaptur miał nasunięty na czoło, dłonie wciśnięte w rękawy bluzy, a na nosie okulary przeciwsłoneczne, chociaż światło przybrało już odcień krwi. Za budynkiem zniknął mi z oczu. Z kontenera wypełnionego butwiejącymi kwiatami i potłuczonym szkłem ze zniczy buchał smród jak z otwartego grobu, więc zatkałem sobie nos i zawróciłem. I wtedy dostrzegłem go przy bramie.

Ruszyłem za nim, na parking, a potem między budy targowiska. Pola wysiadła z samochodu. Krzyknęła coś za mną, ale nie dosłyszałem co.

Chłopak w bluzie przebiegł przez główną alejkę targowiska. Na ulicy się nie obejrzał. Wywnioskowałem, że był miejscowy i wiedział, że o tej porze nic tu nie jeździ.

Ruszył w stronę tunelu. Był chudy i poruszał się niezdarnie. Zwolniłem do szybkiego kroku, ale dystans między nami pozostawał taki sam.

Za tunelem przebiegł na ukos przez rondo, koło cukierni skręcił w lewo, w ulicę, która kiedyś nosiła nazwisko jednego z wodzów rewolucji, ale od jakiegoś czasu nazywała się po prostu Leśna. Tam musiał się zatrzymać i przez chwilę łapał powietrze zgięty wpół, z dłońmi opartymi na kolanach. Stanąłem, żeby go nie spłoszyć, oparłem się o drewniany słup. Do drewna ktoś przymocował pinezkami plakat z dużym tytułem „Referendum”. Jedna pinezka wypadła i plakat miał oddarty róg.

Ulicą przejechał czarny opel. Chłopak drgnął jak wybudzony z letargu, podniósł głowę, obejrzał się na mnie i pobiegł dalej. Drzewa wzdłuż ulicy rzucały głęboki cień na nierówne płyty chodnikowe, ale ten w bluzie ani na chwilę nie zdjął okularów, żeby lepiej widzieć.

Szliśmy tak, to znaczy ja szedłem, a on truchtał przede mną, dobrych pięć minut. Na skrzyżowaniu skręcił w prawo, w ulicę bez asfaltu. Nie pamiętam, jak się nazywała, chociaż przez osiem lat dzień w dzień chodziłem tędy do szkoły. Po lewej i po prawej wielkie ogrody ocieniały domy, a naprzeciwko widniał róg budynku przedszkola, które się spaliło, kiedy byłem jeszcze mały.

Usłyszałem skrzypienie zawiasów furtki i chłopak zniknął w ogrodzie. Postałem chwilę przed ogrodzeniem, a potem pociągnąłem za klamkę.

Drzwi do domu otwarły się, zanim zdążyłem dotknąć futryny. Dziewczyna miała rude włosy do pasa, a na ręku niemowlę.

– Kim pan jest?

Nie znalazłem dobrej odpowiedzi na to pytanie.

– Maurycy mówi, że pan go śledził. Proszę sobie iść!

– Dzieciak ma już objawy? – spytałem.

– Jeszcze nie – odpowiedziała odruchowo. A potem spróbowała zatrzasnąć mi drzwi przed nosem, ale włożyłem nogę między skrzydło a futrynę.

– A wystawiasz go czasem na słońce?

Zawahała się, zanim odpowiedziała.

– Tylko w półcieniu. Jest jeszcze za mały na opalanie.

– I nic?

Pokręciła głową.

– W większości wypadków objawy występują w pierwszym roku życia, ale mogą też w piątym–szóstym – wyjaśniłem. – A równie dobrze mogą nie wystąpić wcale. Musicie znaleźć jakieś specjalistyczne laboratorium i regularnie badać poziom ferrochelatazy, a w razie czego powiedzcie wszystko lekarzowi, bo wątpię, żeby w okolicy ktoś się na tym znał i potrafił postawić prawidłową diagnozę.

Popchnąłem drzwi. Dziewczyna się cofnęła. W mroku przedpokoju poczułem drżenie napiętych mięśni nóg. Minąłem ją szybko i przeszedłem na koniec korytarza, gdzie przez drzwi wpadało światło. Okna pokoju wychodziły na zachód i ściany wyglądały, jakby płonęły.

Chłopak siedział skulony na kanapie. Kaptur miał nadal naciągnięty na głowę i na oczach okulary.

– To protoporfiria erytropoetyczna, prawda?

Podniósł głowę.

– Gdybyś zdjął kaptur, pewnie by się okazało, że włosy ci rosną na czole. Ale lepiej tego nie rób, chyba że masz w oknach specjalne filtrujące szyby.

– Tylko w tym pokoju – mruknął. – Są strasznie drogie.

Spojrzałem na jego dłonie.

– Nie nosisz rękawiczek?

– To kretyńsko wygląda. Kupuję za duże bluzy i chowam ręce w rękawy.

Podszedłem bliżej i usiadłem na drugim końcu kanapy.

– Masz nadwrażliwość na światło, zmiany skórne, niektóre… – pochyliłem się i przyjrzałem bruzdom wokół jego ust – niektóre o charakterze trwałym. Włosy na czole. Uśmiechnij się.

Spojrzał na mnie jak na wariata, ale wyszczerzył się. Wyjąłem z kieszeni latarkę na ultrafiolet i poświeciłem mu na zęby. Rozjarzyły się jak na dyskotece.

– Oraz brązowe zęby, które świecą w czarnym świetle na skutek odkładania się porfiryn typu jeden. I ty się przejmujesz, że kretyńsko wyglądasz w rękawiczkach. Zaiste natura ludzka jest niezbadana.

Schowałem latarkę do kieszeni.

Chłopak pochylił się i pomasował nogę.

Dziewczyna stanęła w drzwiach. Nadal trzymała niemowlę na rękach, jakby się bała, że je zjem.

– Dzieci mają dzieci. – Pokazałem na niemowlaka skinieniem głowy. – Wcześnie zaczęliście.

– Jak pan jest taki mądry, to sam pan wie, z protoporfirią żyje się krócej – burknął chłopak. – To ona chciała. Powiedziała, że nie zostanie potem sama.

Ruda przestąpiła z nogi na nogę. Dzieciak wyglądał, jakby sporo ważył.

– Powiedział pan, że on – uniosła dziecko odrobinę do góry – wcale nie musi tego mieć?

– Jeśli się zastanawiasz, czy nie lepiej było usunąć ciążę, to trochę za późno na refleksję – zwróciłem jej uwagę.

Wpatrywała się w moje usta.

– Nie musi – powiedziałem, kiedy milczenie stało się nieznośne. – Jeśli w twojej rodzinie nikt nie miał takiego genu, to dziecko ma większe szanse. A zresztą u ośmiu na dziesięciu nosicieli genu w ogóle brak objawów.

Ruda zdecydowała się przysiąść na krześle, ale dzieciaka nadal trzymała w objęciach.

– Kim pan jest? – spytała znowu.

Wzruszyłem ramionami.

– Maurycy widział pana na cmentarzysku.

– Maurycy widuje mnie na cmentarzysku – poprawiłem ją. – Najwyraźniej bywa tam regularnie. Tylko nie rozumiem – spojrzałem na chłopaka – dlaczego nie przychodzisz w nocy. Byłoby ci wygodniej. I nie mów, że oprócz porfirii cierpisz też na nyktofobię…

„Jak ja” – miałem na końcu języka, ale udało mi się tego nie powiedzieć.

– Nykto co? – Machnął ręką. Za długi rękaw zatrzepotał w powietrzu. – Przychodzę też w nocy. Tylko w nocy nie ma ludzi, więc jak chcę kogoś zobaczyć, muszę przyjść w dzień, nie?

Logice jego rozumowania nie można było niczego zarzucić.

– Maurycy nie ma zbyt wielu rozrywek. Głównie siedzi przed komputerem. Musi czasem gdzieś wyjść – wyjaśniła Ruda. Nie wiem, skąd jej przyszło na myśl, że może mnie to interesować.

– Więc rozkopuje groby.

Oboje unieśli głowy. Nawet dzieciak na mnie spojrzał.

– Wikariusz mówił, że to u was lokalna rozrywka – wyjaśniłem.

– I powiedział, że to Maurycy? Naprawdę to powiedział?

Ruda za mocno przytuliła dzieciaka, więc się rozryczał. Nie chciał się uspokoić, dopóki nie zaczęła spacerować z nim po pokoju.

– Tego akurat nie – musiałem podnieść głos, żeby przekrzyczeć płacz. – Sam na to wpadłem.

– To nieprawda! – Ruda zatrzymała się pod oknem. Światło zamieniło jej włosy w ogień, jak ten, który spalał czarownice na stosach. – Maurycy tego nie zrobił.

Dzieciak zaszlochał do rytmu jej słów.

– Jak tylko coś się wydarzy w miasteczku, to od razu jest na niego. Tylko dlatego, że wygląda inaczej niż reszta ludzi. Maurycy nigdy by czegoś takiego nie zrobił!

Odsunęła się od okna i nie przypominała już czarownicy tylko zwykłą wariatkę.

– Maurycy to dobry człowiek. Dużo mi pomaga przy dziecku. Tylko pieluchy nie jest w stanie zmienić, bo wiadomo, tymi rękami…

Zerknąłem na dłonie Maurycego, ale nadal były ukryte w rękawach bluzy. Więc nie mogłem zobaczyć, czy nadal ma wszystkie palce.

– Z czegoś trzeba żyć – zauważyłem. – A ten twój Maurycy nie chodzi przecież chyba do roboty. Co prawda to już nie te czasy, ludzie teraz nie wkładają do grobu nic cennego, ale jak się ograniczy potrzeby…

Ruda fuknęła i mocniej zakołysała dzieciakiem. To był zły pomysł.

– Mój ojciec był poczytnym pisarzem. – Maurycemu udało się przekrzyczeć wycie dziecka. Wiercił się na kanapie, jakby miał owsiki. – Żyjemy z tantiem.

– Powinieneś jeść więcej cukru – poradziłem mu. – Łagodzi objawy. A twój ojciec musiał być bardzo poczytny. Nazywał się Stephen King?

– Nie – burknął. – Stryga.

– Ten Stryga? – zdziwiłem się. – Mateusz Stryga? Słynny pisarz horrorów?

Teraz sobie przypomniałem. Dom pisarza horrorów, który omijaliśmy szerokim łukiem w dzieciństwie.

Rozejrzałem się i gwizdnąłem.

– Fiu, fiu! Nie przypuszczałem, że ludzie w Polsce aż tyle czytają.

Dzieciak zamknął oczy, ale popłakiwał jeszcze w ramionach Rudej.

– Niech pan już lepiej idzie. – Odwróciła się do mnie tyłem i zaczęła mruczeć niemowlakowi przy uchu.

Spojrzałem za okno. Poczułem na klatce piersiowej ucisk. Delikatny, ale wiedziałem, co się stanie, jeśli zostanę do zmierzchu w domu ocienionym gęstymi drzewami albo na zarośniętej ulicy.

Zrobiłem głęboki wdech i głęboki wydech. Potem jeszcze raz. Pomogło jak umarłemu kadzidło.

– Idę – powiedziałem.

Ruda mamrotała do dzieciaka. Maurycy nie zrobił żadnego gestu, który świadczyłby, że zamierza ruszyć tyłek z kanapy i odprowadzić mnie do furtki.

Podniosłem się i otworzyłem drzwi na ciemny korytarz.

– Jak będziesz chciał, to wpadnij jeszcze na wykop – powiedziałem do Maurycego. – Pokażę ci, co by z tobą zrobili w tym miasteczku, gdybyś żył kilkaset lat temu.

Maurycy zdjął okulary. Światło przeszło już nieomal w podczerwień i nie mogło razić jego siatkówek. Z kącika jego prawego oka stoczyła się purpurowa łza. Otarł ją rękawem.

– Co?

– Przebiliby cię kołkiem, odcięli głowę szpadlem i ułożyli ją w nogach trumny. Porfiryków zazwyczaj brano za wampiry.

Odwróciłem się i sam trafiłem do drzwi.