Wydawca: WAB Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2018

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 355 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 9 godz. 51 min Lektor: Andrzej Ferenc

Opis ebooka Czarne powietrza - Arnaldur Indridason

Czarne powietrza to ponura i wstrząsająca historia o chciwości, brudnych interesach i dumie.

Sigurdur Oli ma poważny problem. Na spotkaniu z okazji rocznicy matury zauważa przepaść między swoim życiem a tym, jak żyją jego dawni znajomi. To bez wyjątku ludzie sukcesu, inaczej niż on. Trudno się dziwić, że jest rozgoryczony i przygaszony.
Tymczasem dawny kolega prosi go o pomoc, szantażowany po tym, jak wziął udział w spotkaniu swingersów. Sigurdur się zgadza, a gdy przybywa do mieszkania szantażystki, widzi ją leżącą w kałuży krwi.
Ofiara umiera w szpitalu, a Sigurdur uczestniczy w śledztwie w sprawie tajemniczego morderstwa. Policjant nie ujawnia jednak przyczyny swojej obecności na miejscu zbrodni.

Opinie o ebooku Czarne powietrza - Arnaldur Indridason

Fragment ebooka Czarne powietrza - Arnaldur Indridason

ARNALDUR

INDRIÐASON

CZARNE ‌POWIETRZA

przełożył Jacek ‌Godek

Tytuł oryginału: ‌Svörtuloft

Copyright © Arnaldur ‌Indriðason, ‌2009

Published by agreement with ‌Forlagið, forlagid.is

Copyright © for ‌the Polish ‌edition ‌by ‌Grupa ‌Wydawnicza Foksal, ‌MMXVIII

Copyright ‌© ‌for ‌the ‌Polish ‌translation ‌by Jacek Godek, ‌MMXVIII

Wydanie I

Warszawa

1

Z foliowej reklamówki ‌wyjął skórzaną maskę. ‌Żadne ‌cacko – nie udała ‌mu się, ‌jak by ‌chciał – ‌ale taka też się ‌nada.

Najbardziej się bał, ‌że po drodze natknie ‌się na policję, ‌jednak w ogóle nikt nie ‌zwrócił na niego ‌uwagi. W reklamówce miał nie ‌tylko maskę – w monopolowym ‌kupił dwie flaszki, a w budowlanym ‌ciężki ‌młotek i długi gwóźdź.

Materiał ‌na maskę ‌załatwił dzień ‌wcześniej u hurtownika sprowadzającego skóry. ‌Wyprawione ‌i niewyprawione. Ogolił ‌się najlepiej ‌jak umiał i włożył ‌najlepsze ‌ciuchy. Wiedział, czego potrzebuje, ‌i nie miał ‌żadnych ‌problemów z zakupem ani ‌skóry, ani ‌dratwy, ani szydła. ‌

Nie ‌zakładał, że ‌może zwrócić ‌czyjąś uwagę. ‌Był wczesny ranek, ruch ‌w mieście niewielki. Ze ‌spuszczoną głową pokuśtykał ‌do drewnianego domu przy ‌Grettisgata. Zszedł ‌schodkami do ‌sutereny, ‌otworzył ‌drzwi, ‌wślizgnął się do ‌środka ‌i dokładnie zamknął je za ‌sobą. ‌

Na ‌chwilę przystanął w ciemnościach. ‌Orientował się już ‌na tyle ‌w rozkładzie ‌mieszkania, że nie potrzebował ‌światła, ‌by się po nim ‌poruszać. Zresztą nie było ‌wielkie. Kibel na prawo z korytarza, ślepy. Kuchnia z dużym oknem, wychodzącym na podwórko, po tej samej stronie. Zasłonił je grubym kocem. Naprzeciwko kuchni salon, obok drzwi do sypialni. Okno w salonie wychodziło na ulicę Grettisgata. Zasłonięte ciężkimi storami. Tylko raz do tej pory zajrzał do sypialni. Tam też było okno, wysoko pod sufitem. Zasłonięte czarnym workiem foliowym.

Sięgnął po ogarek, dyżurujący na półce w korytarzu, zapalił go i tę upiorną poświatę wniósł ze sobą do salonu. Słyszał zduszone jęki przywiązanego do krzesła mężczyzny. Ręce związane na plecach, knebel w ustach. Starał się nie patrzeć na niego; unikał zwłaszcza jego wzroku. Odłożył reklamówkę na stół, wyjął z niej młotek, maskę, gwóźdź i flaszki. Otworzył pierwszą butelkę brennivin i z lubością wlał w siebie ciepławą ciecz.

Odstawił butelkę i wziął maskę. Wykroił ją z grubej świńskiej skóry prima sort, zszył podwójnym szwem z impregnowanego grępła. W miejscu czoła wyciął okrągły otwór, na tyle duży, by zmieścił się w nim gwóźdź wykonany z galwanizowanego żelaza. Ścianki otworu dodatkowo pogrubił i wzmocnił, żeby gwóźdź siedział w nim stabilnie. Po bokach maski wyciął szczeliny na szerokie rzemienie, podtrzymujące maskę na twarzy, a także otwory na oczy i usta. Do górnej krawędzi, wystającej ponad czoło, przyszył rzemień do wiązania pasków podtrzymujących maskę z tyłu. To miało zapewnić stabilność całej konstrukcji. Nie robił żadnych pomiarów, zdał się na intuicję i wyobraźnię.

Znów pociągnął łyk brennivin.

Podobną maskę widział w dzieciństwie na wsi. Tyle że z żelaza. Przechowywano ją w starej oborze i nigdy nie pozwolono mu jej wziąć do ręki. Ale raz zakradł się tam. Żelazo było lekko podrdzewiałe, zimne w dotyku. Koło otworu na gwóźdź zauważył stare ślady krwi. Tylko raz widział maskę w użyciu. Latem gospodarz ubił chorego cielaka. Był biedny, nie stać go było na pistolet ubojowy. Maska zresztą też się sprawdzała. Ledwie dało się ją włożyć cielakowi na łeb, bo wykonana została z myślą o owcach. Tak mu powiedział gospodarz. Potem wziął do ręki młotek i jeden jedyny raz uderzył w główkę gwoździa. Zwierzę padło i już się nie podniosło.

Dobrze czuł się na wsi. Tam nikt go nie wyzywał od gówniarzy i szumowin.

Na zawsze zapamiętał, jak gospodarz nazywał ten przyrząd z gwoździem sterczącym w powietrze.

Piekielna maska.

Nazwa budziła w nim grozę.

Długo patrzył na gwóźdź sterczący z wykonanego przez siebie przyrządu. Wiedział, że wejdzie w czaszkę na głębokość pięciu centymetrów. Był pewien, że to w zupełności wystarczy.

2

Sigurdur Oli ciężko westchnął. Już prawie trzy godziny siedział w aucie przed blokiem i nic. Gazeta wciąż tkwiła w skrzynce. Wprawdzie niewiele osób weszło do klatki, ale żadna nawet nie spojrzała na gazetę, którą umieścił w taki sposób, by wystawała do połowy. Gdyby ktoś chciał, to kradzież nie stanowiłaby żadnego problemu. Ale do tego trzeba być złodziejem lub chcieć dokuczyć tej starej z pierwszego piętra.

Żadna wielka sprawa. Szczerze mówiąc, najdrobniejsza i najnudniejsza sprawa, jaką Oli zajmował się jako policjant. Matka poprosiła go o przysługę dla przyjaciółki, która mieszkała w bloku przy Kleppsvegur i prenumerowała gazetę, ale zawsze kiedy schodziła po nią w niedzielny poranek, już jej w skrzynce nie było. Pytała sąsiadów, ale wszyscy z ręką na sercu twierdzili, że jej gazety nawet nie tknęli. Niektórzy pozwalali sobie na krytykę wydawcy i zarzekali się, że takiego konserwatywnego szmatławca w życiu by do ręki nie wzięli. Do pewnego stopnia podzielała ich zdanie, a gazecie pozostawała wierna głównie z powodu artykułów wspomnieniowych, które potrafiły zająć i jedną czwartą objętości.

Przyjaciółka miała swoich podejrzanych. Na przykład piętro nad nią mieszkała kobieta, którą uważała za „chorą na chłopów”. Ciągnęły do niej całe procesje mężczyzn, zwłaszcza wieczorami i w weekendy. Może to któryś z nich był złodziejem albo nawet ona sama. Inny sąsiad, dwa piętra wyżej, nigdzie nie pracował, siedział tylko całymi dniami w domu i nic nie robił; mówił, że jest kompozytorem.

Sigurdur obserwował nastolatkę wchodzącą do klatki. Wyglądało na to, że wraca z nocnej eskapady, wciąż nieco podchmielona. Nie od razu udało jej się znaleźć klucze w niedużej portmonetce, którą wyjęła z kieszeni, zachwiała się i chwyciła klamki, żeby nie upaść. Na gazetę nawet nie spojrzała. Nie ma jej zdjęcia w kolumnie plotkarskiej, pomyślał, patrząc, jak dziewczyna gramoli się po schodach.

Wciąż jeszcze dokuczała mu grypa; jakoś nie mógł się jej pozbyć. Pewno zbyt wcześnie wstał z łóżka, bo nie chciało mu się już oglądać filmów w nowym czterdziestodwucalowym telewizorze. Znudziły go.

Przypomniał mu się sobotni wieczór. Wraz z kolegami z ogólniaka obchodzili rocznicę matury i z tej okazji zebrali się w domu u Guffiego, jak go nazywali, kabotyna z palestry, który Sigurdurowi działał na nerwy od momentu, kiedy spotkał go po raz pierwszy. To typowe dla Guffiego, który już za młodu wiązał muchę na szyi, że zaprosił ich z tej okazji do siebie do domu. I wygłosił dętą mowę, w której oznajmił swoim kolegom szkolnym, że dostał awans na szefa jakiegoś działu w banku i że to jest równie dobra okazja do świętowania jak każda inna. Oli nie przyłączył się do oklasków.

Ogarniał wzrokiem zebranych i zastanawiał się, czy to on z całej klasy najmniej w życiu osiągnął. Takie myśli zwykle go nachodziły, gdy zdarzało mu się zajrzeć na imprezę klasową. Schodzili się tam prawnicy, jak Guffi, inżynierowie, dwóch pastorów, trzech lekarzy po specjalizacjach. Również pisarz, którego żadnej książki Sigurdur nie przeczytał, a którego niektóre kręgi chwaliły za wyjątkowy styl, graniczący z nieodgadnionym. Kiedy porównywał się z kolegami, a potem myślał o śledztwach, współpracownikach, Erlendurze i Elinborg, i wszystkich tych kreaturach, z którymi miał na co dzień do czynienia, nie czuł powodów do radości. Matka powtarzała mu zawsze, że stać go na więcej niż to, czyli harówkę w policji. Ojciec zdawał się bardziej zadowolony, powiadał, że jego praca jest dla społeczeństwa ważniejsza niż wiele innych zawodów.

– A co tam w policji? – zapytał go Patrekur, jeden z inżynierów, który w czasie przemówienia Guffiego stanął obok niego. Oli przyjaźnił się z nim od ogólniaka.

– Nic szczególnego – odpowiedział. – Ty za to pewno masz pełne ręce roboty w związku ze wzrostem gospodarczym, inwestycjami i tym wszystkim?

– Nie ma kiedy odetchnąć – odparł Patrekur poważniej niż zwykle. – Przyszło mi do głowy, że moglibyśmy się spotkać w najbliższym czasie. Mam do ciebie sprawę.

– Jasne. Będę cię musiał aresztować?

Patrekur się nie uśmiechnął.

– Skontaktuję się z tobą w poniedziałek, jeśli nie masz nic przeciwko – powiedział i odwrócił się.

– Zadzwoń – powiedział Sigurdur i skinął głową żonie Patrekura, Susannie. Przyszła z nim na imprezę, choć nieczęsto zdarzało się, by absolwenci przychodzili z partnerkami. Uśmiechnęła się. Zawsze ją lubił i uważał swego przyjaciela za wielkiego szczęściarza.

– Ciągle w policji? – zapytał Ingolfur, podchodząc do niego ze szklanką piwa. To był jeden z ich dwóch pastorów; wywodził się z pastorskiego rodu i nigdy w życiu nawet nie pomyślał o czymś innym niż służba Bogu. Ale święty nie był – lubił wypić i był łasy na damskie wdzięki, miał już drugą żonę. Czasem zażarcie się kłócił z drugim klasowym pastorem, Elmarem, który wywodził się z zupełnie innej stajni; był wyjątkowo bogobojnym ascetą, wierzył w to, co napisano w Biblii, i kłopotał się wszelkimi zmianami mającymi na celu zrewolucjonizowanie tradycyjnych podstaw chrześcijaństwa, zwłaszcza tymi dotyczącymi osób homoseksualnych. Ingolfur miał głęboko w nosie, jakie okazy fauny ludzkiej szukały u niego wsparcia, i postępował według jedynej zasady, jaką wpoił mu jego ojciec pastor: wszyscy ludzie są równi wobec Boga. Ale z drugiej strony lubił przekomarzać się z Elmarem. Regularnie pytał go, czy nie ma zamiaru założyć sekty tak zwanych elmarytów.

– A ty wciąż w posługach? – zażartował Sigurdur.

– Oczywiście, obaj jesteśmy niezastąpieni. – Ingolfur uśmiechnął się.

Podszedł do nich Guffi i po koleżeńsku poklepał Olego po ramieniu.

– Co tam u naszego gliniarza?

– Wszystko w porządku.

– Nie żałujesz, że nie skończyłeś prawa? – zapytał Guffi, zadowolony z siebie jak zawsze. Od studiów sporo przybrał na wadze. Muszka, która swego czasu nawet mu pasowała, teraz zaczynała się chować pod wydatnym podbródkiem.

– Nie żałuję – odparł z przekonaniem policjant, choć czasem się zastanawiał, czy nie rzucić tej roboty, nie wrócić na prawo, nie skończyć go i nie zająć się czymś sensownym. Ale przecież nie mógł się do tego przyznać przed Guffim. Tym bardziej do tego, jakim to drogowskazem w tych rozmyślaniach był mu Guffi: Sigurdur myślał sobie często, że jeśli tacy kretyni jak Guffi radzą sobie z prawem, to nikt nie powinien mieć z tym kłopotów.

– Widziałem, że udzielasz ślubów zboczeńcom – wtrącił Elmar, zbliżając się do nich i patrząc z potępieniem na Ingolfura.

– Zaczyna się – rzucił Sigurdur Oli i salwował się ucieczką, nim rozgorzał spór teologiczny.

Przykleił się do Steinunn, akurat przechodziła obok z kieliszkiem w ręku. Do niedawna pracowała w skarbówce i czasem do niej dzwonił, kiedy miał kłopoty z wypełnieniem PIT-u. Zawsze mu chętnie pomagała. Wiedział, że jakiś czas temu rozwiodła się z mężem i chwali sobie mieszkanie w pojedynkę. To między innymi dla niej wybrał się do Guffiego.

– Steinunn – zagadał. – Nie pracujesz już w skarbówce?

– Nie, przeniosłam się do Guffiego do banku. – Uśmiechnęła się. – Teraz pomagam bogatym uniknąć podatków. Najczystszy zysk, jak powiada Guffi.

– I bank lepiej płaci.

– Fakt, mam astronomiczną pensję – pochwaliła się Steinunn.

Znów się uśmiechnęła, odsłaniając piękne białe zęby, i poprawiła kosmyk, który opadł jej na oko. Była długowłosą blondynką o nieco szerokiej twarzy, ciemnych oczach i brwiach, które podkreślała ciemną kreską. Wyglądała jak ktoś, kogo młodzi nazywają sunią i Sigurdur Oli zastanawiał się, czy to pojęcie jest jej znane. Bez sensu, zawsze była bardzo trendy.

– Tak, zdaje się, że nie głodujecie w tych bankach – zauważył.

– A ty, dilujesz trochę?

– Diluję?

– Masz chyba jakieś papiery – wyjaśniła Steinunn. – To w twoim stylu.

– W moim stylu? – Zdziwiony Sigurdur Oli uśmiechnął się głupio.

– No, nie masz w sobie żyłki hazardzisty?

– Nie stać mnie na ryzyko – powiedział. – Mnie interesują tylko bezpieczne inwestycje.

– Czyli jakie?

– Kupuję tylko w bankach – wyjaśnił.

Steinunn podniosła kieliszek.

– Pewniejszych nie ma.

– Mieszkasz sama?

– Tak. I polubiłam to nawet.

– To ma swoje dobre strony – zgodził się z nią.

– A ty i Bergthora? Słyszałam, że się wam nie układa.

– Tak, nie wygląda to zbyt dobrze – przyznał. – Niestety.

– Bergthora to świetna dziewczyna. – Steinunn spotkała kilka razy jego byłą partnerkę w podobnych jak ta okolicznościach.

– Tak, była świetna. Zastanawiałem się, czy może nie powinniśmy się spotkać. Na kawę czy coś.

– Że niby ja z tobą?

Sigurdur kiwnął głową.

– Randka?

– Nie, randka nie. To znaczy może coś w tym rodzaju, skoro już to powiedziałaś.

– Siggi… – Steinunn pogłaskała go po policzku. – Ty nie jesteś w moim typie.

Sigurdur Oli spojrzał na nią.

– Wiesz przecież, Siggi. Nigdy nie byłeś. Nie jesteś. I nie będziesz.

W typie?!

Wyrzucił z siebie to słowo, siedząc w samochodzie przed blokiem w oczekiwaniu na złodzieja gazet. W typie? A co to takiego? Że on to jest niby gorszy typ niż inni? Co ta Steinunn bredzi?

Młody człowiek z futerałem na instrument wszedł do klatki, bez wahania wyciągnął gazetę ze skrzynki pocztowej i otworzył drzwi kluczem. Oli zdążył dopaść drzwi, zanim się zamknęły. Młody człowiek niczego złego się po nim nie spodziewał, więc Sigurdur Oli bez problemu dorwał go na schodach i ściągnął na dół. Zabrał mu gazetę i uderzył go nią po głowie. Mężczyzna wypuścił futerał, który odbił się od ściany. Sam się potknął i upadł na podłogę.

– Wstawaj, kretynie! – wycedził Sigurdur Oli, pomagając mu się podnieść. Pomyślał, że to musi być ten leniuszek, który mieszka dwa piętra nad przyjaciółką matki, ten, co się kazał tytułować kompozytorem!

– Nie bij mnie! – krzyknął kompozytor.

– Przecież cię nie biję! Ale masz przestać kraść Gudmundzie z pierwszego piętra gazety. Wiesz, o kim mówię? Co za draniem trzeba być, żeby kraść gazety starszej kobiecie! Lubisz się wyżywać na ludziach, którzy nie są w stanie się obronić?

Młody człowiek zdążył wstać. Wściekły popatrzył na policjanta i wyrwał mu gazetę.

– To moja gazeta – powiedział. – Nie mam pojęcia, o co ci chodzi.

– Twoja gazeta? – warknął Oli. – Nie, kochanieńki. To gazeta Gudmundy!

Spojrzał na ścianę, na której rzędem wisiały skrzynki pocztowe, pięć rzędów poziomych i trzy pionowe, i zobaczył gazetę Gudmundy wystającą ze skrzynki dokładnie tak, jak ją ułożył.

– Cholera jasna! – mamrotał, sadowiąc się z powrotem w aucie. Zawstydzony odjechał spod bloku.

3

Właśnie jechał do pracy w poniedziałkowy ranek, kiedy dostał wiadomość, że w wynajętym mieszkaniu zamordowano młodego człowieka, podrzynając mu gardło. Kiedy dotarł na miejsce zbrodni, wszyscy święci już tam byli; jemu przypadło przesłuchiwanie sąsiadów. Na miejscu spotkał Elinborg, której przydzielono nadzór nad śledztwem. Była spokojna i opanowana jak zawsze; jak na jego gust zbyt spokojna i zbyt opanowana.

Zadzwonił Patrekur i powiedział, że pamięta, że mają się spotkać, ale wie o morderstwie, więc niech się ich spotkaniem nie przejmuje. Oli zapewnił, że wszystko jest w porządku, mogą się spotkać po południu. Wkrótce potem zadzwonili z komisariatu, jakiś człowiek pytał o Erlendura i uparł się, że nie wyjdzie, dopóki z nim nie porozmawia. Powiedzieli, że Erlendur przebywa na urlopie poza miastem, ale nie uwierzył. W końcu oznajmił, że chce rozmawiać z Sigurdurem Olim. Nie chciał podać nazwiska ani powiedzieć, o co chodzi. W końcu poszedł sobie. A potem zadzwoniła jeszcze Bergthora i poprosiła go o spotkanie następnego dnia wieczorem, jeśli nie ma nic lepszego do roboty.

Sigurdur Oli spędził cały dzień na miejscu zbrodni, a koło siedemnastej spotkał się z Patrekurem w kawiarni w centrum. Patrekur już na niego czekał w towarzystwie szwagra, którego Sigurdur Oli znał z imprez u swego przyjaciela. Przed nim stała szklanka z piwem i sznaps w kieliszku, który mężczyzna natychmiast wychylił.

– Nie za ostro tak od poniedziałku? – Sigurdur Oli spojrzał na szwagra, siadając przy stoliku.

Zakłopotany mężczyzna uśmiechnął się do niego i przeniósł wzrok na Patrekura.

– Potrzebuję tego – mruknął i podniósł szklankę z piwem do ust.

Szwagier miał na imię Hermann i pracował w hurtowni; był żonaty z siostrą Susanny.

– Stało się coś? – zapytał Sigurdur Oli.

Zauważył, że Patrekur jest jakiś nieswój; przypuszczał, że mu po prostu głupio, iż bez zapowiedzi przyprowadził na spotkanie szwagra. Zazwyczaj był w doskonałym nastroju, uśmiechnięty i chętny do żartów. Czasem bladym świtem chodzili razem na siłownię i spędzali ze sobą kilka minut przy kawie, jeździli na wycieczki, chodzili do kina. Patrekur był prawie powiernikiem Sigurdura Olego.

– Słyszałeś o swing party? – zapytał.

– Jakieś imprezy jazzowe?

Patrekur uśmiechnął się.

– Żeby to były imprezy jazzowe… – powiedział i spojrzał na Hermanna pociągającego piwo. Witając się z Sigurdurem Olim, dłoń miał spoconą, a uścisk słaby. Był elegancko ubrany, w garniturze, w krawacie, nie golił się od kilku dni, włosy przerzedzone, twarz ładna.

– Nie chodzi o imprezy klubowe, na których słucha się swingu? – dopytał Sigurdur Oli.

– Nie, na tych imprezach nie chodzi o muzykę – zakończył Patrekur ponuro.

Hermann wypił piwo i skinął na kelnera, żeby przyniósł następne.

Sigurdur Oli długo patrzył na Patrekura. W liceum razem zakładali towarzystwo wolnorynkowe Milton i wydawali ośmiostronicową gazetkę pod tym tytułem, sławiącą inicjatywę prywatną i wolny rynek. Zapraszali znanych ludzi związanych z konserwatystami na spotkania w szkole, na których frekwencja była skandalicznie niska. Potem Patrekurowi coś się odmieniło i ku wielkiemu zdziwieniu Sigurdura zrobił się z niego lewicowiec, Nawoływał do likwidacji bazy amerykańskiej na Midnesheidi, do wyjścia z NATO. Wtedy właśnie poznał swoją przyszłą żonę i to prawdopodobnie ona miała na niego taki wpływ. Sigurdur Oli walczył jeszcze o „Miltona”, ale kiedy z ośmiostronicowego pisemka zrobiło się czterostronicowe, a rzecznikom wolnego rynku przestało się chcieć przychodzić na spotkania, towarzystwo zwinęło żagle. Wciąż miał u siebie wszystkie wydane numery „Miltona”, również ten z jego artykułem: Pomoc Stanów Zjednoczonych: nieprawda o działalności CIA w Ameryce Południowej.

Razem zaczęli studia na uniwersytecie, a kiedy Sigurdur Oli rzucił prawo i wyjechał do Stanów na Akademię Policyjną, regularnie do siebie pisywali, a raz nawet Patrekur przyjechał do niego w odwiedziny w czasie studiów inżynierskich, razem z Susanną i pierwszym dzieckiem. Gadał wyłącznie o jednostkach i skalach.

– Dlaczego rozmawiamy o swingu? – zapytał wreszcie Sigurdur Oli, zupełnie nie rozumiejąc swojego przyjaciela. Strzepnął pyłek z nowego letniego płaszcza, który mimo jesieni miał na sobie. Kupił go na wyprzedaży i był z niego dość zadowolony.

– Trochę trudno mi o tym mówić, nie zwykłem zwracać się z prośbą do ciebie, policjanta – plątał się Patrekur. – Hermann i jego żona wpadli w tarapaty przez ludzi, których zupełnie nie znają.

– Jakie tarapaty?

– Ci ludzie zaprosili ich na imprezę swingową.

– Znowu ten swing.

– Ja mu to wytłumaczę – wtrącił Hermann. – Zrobiliśmy to raz i już tego nie robimy. Swing to po prostu – chrząknął – wymiana partnerów.

– Wymiana partnerów?

Patrekur skinął głową. Sigurdur Oli wbił wzrok w przyjaciela.

– Ty i Susanna też?

Patrekur jakby nie zrozumiał pytania.

– Ty i Susanna też? – powtórzył Sigurdur Oli.

– Nie, skąd – powiedział wreszcie Patrekur. – Myśmy tego nie robili. To Hermann i jego żona, siostra Susanny.

– Takie niewinne urozmaicenie małżeńskiej rutyny – wyjaśnił Hermann.

– Niewinne urozmaicenie małżeńskiej rutyny?

– Będziesz wszystko po nas powtarzał? – zdziwił się Hermann.

– Dawno to uprawiacie?

– Uprawiamy? Nie wiem, czy to jest właściwe słowo.

– Tym bardziej ja – odparł Sigurdur Oli.

– Nie robimy tego, to się zdarzyło kilka lat temu.

Sigurdur Oli spojrzał na przyjaciela, a następnie na Hermanna.

– Nie muszę się przed tobą tłumaczyć – rzucił Hermann, bo Sigurdur Oli go drażnił. Na stole pojawiło się kolejne piwo, pociągnął solidny łyk. – Może to wcale nie jest dobry pomysł – dodał, spoglądając na Patrekura.

Patrekur nie odpowiedział; zasępiony patrzył na Sigurdura, który zapytał:

– Ty się w to nie bawiłeś?

– Oczywiście, że nie. Ja tylko staram się im pomóc.

– A co ja mam z tym wspólnego?

– Mają kłopoty – powiedział Patrekur.

– Jakiego rodzaju?

– W tym wszystkim chodzi o to, żeby bawić się z ludźmi, których człowiek zupełnie nie zna – wtrącił Hermann. Piwo najwyraźniej go rozluźniało. – To jest cały smaczek.

– Nie mam pojęcia, o czym mówisz – powiedział Sigurdur Oli.

– Trafiliśmy na oszustów.

– Oszukali was na dymaniu?

Hermann spojrzał z wyrzutem na Patrekura.

– Ja nie chciałem się z nim spotykać.

– Wysłuchaj go, proszę – powiedział Patrekur do Sigurdura Olego. – Mają poważne kłopoty i pomyślałem, że będziesz im w stanie pomóc. Przestań się wygłupiać i posłuchaj, co ma do powiedzenia.

Sigurdur Oli spełnił prośbę przyjaciela. Okazało się, że Hermann i jego żona kilka lat wcześniej uprawiali swing przez jakiś czas, zapraszali do siebie na imprezy i na podobnych bywali. Pozostawali w tak zwanym otwartym związku i chwalili to sobie. Seks mieli urozmaicony, spotykali się wyłącznie z ludźmi na poziomie, jak to określił, i wreszcie trafili do klubu zrzeszającego niewielką grupkę osób podzielających ich zainteresowania.

– Potem spotkaliśmy Linę i Ebbiego – powiedział.

– Co to za jedni?

– Hołota – warknął Hermann i popił piwem.

– To znaczy nie „na poziomie”? – dociekał Sigurdur Oli.

– Robili zdjęcia – wyjaśnił Hermann.

– Wam?

Hermann skinął głową.

– W trakcie stosunku?

– A teraz szantażują nas, że jak nie zapłacimy, to umieszczą je w necie.

– Siostra Susanny, zdaje się, zajmuje się polityką? – Sigurdur Oli spojrzał na Patrekura.

– Mógłbyś z nimi pogadać? – spytał Hermann.

– Zdaje się, że jest asystentką jakiegoś ministra? – kontynuował Sigurdur Oli.

Patrekur przytaknął.

– To dla nich fatalna sprawa – dodał. – Hermann pomyślał, że może mógłbyś pogadać z tymi ludźmi, odebrać zdjęcia, nastraszyć ich, żeby grali czysto, i zabrać im wszystko, co mają.

– A co mają?

– Krótki filmik – przyznał Hermann.

– Z wami w trakcie?

Hermann skinął głową.

– To nie wiedzieliście, że was nagrywają? Jak mogliście tego nie zauważyć?

– Minęło sporo czasu, niczego nie zauważyliśmy – tłumaczył Hermann. – Przysłali nam zdjęcie. Wygląda na to, że ukryli kamerę u siebie w mieszkaniu, a myśmy tego nie zauważyli. Przypominam sobie, że widziałem taką kamerkę, bardzo małą, na półce z książkami w salonie, w którym się bawiliśmy. Nie przyszło mi do głowy, że mogli ją uruchomić.

– Byliście u nich w domu?

– Tak. Ale zupełnie ich nie znamy i od tamtego czasu się z nimi nie spotykaliśmy. Pewno rozpoznali moją żonę, bo czasem pojawia się w mediach, i postanowili nas zaszantażować.

– Najwyraźniej znają się na tym – wtrącił Patrekur i spojrzał na Sigurdura Olego.

– A czego chcą?

– Pieniędzy – odparł Hermann. – O wiele więcej, niż mamy pod ręką. To ona się do nas odezwała, ta kobieta. Powiedziała, żebyśmy wzięli kredyt. I żebyśmy nie kontaktowali się z policją.

– Masz jakiś dowód na to, że mogą mieć wasze zdjęcia?

Hermann spojrzał na Patrekura.

– Tak.

– Jaki?

Hermann rozejrzał się i sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki, z której wyciągnął fotografię, po czym dyskretnie podał ją Sigurdurowi Olemu. Zdjęcie nie było szczególnie wyraźne, pewno wydrukowane na domowej drukarce, ale przedstawiało ludzi podczas stosunku, dwie słabo widoczne kobiety, których Sigurdur Oli nie rozpoznał, i Hermanna, bardzo wyraźnego. W jego wypadku impreza swingowa właśnie osiągnęła swój szczyt.

– I chcesz, żebym zajął się tymi ludźmi? – Sigurdur Oli spojrzał na przyjaciela.

– Zanim zrobi się z tego jakaś afera – powiedział Patrekur. – Nie znamy nikogo innego, kto mógłby zająć się tymi mętami.

4

Zanim przystąpił do działania, przez kilka miesięcy śledził gnojka.

Nie bacząc na pogodę, całymi dniami węszył wokół nory przy Grettisgata. Pilnował, by zachować należyty dystans, starał się nie rzucać w oczy; nie chciał wydać się podejrzany. Nie mógł zbyt długo stać w jednym miejscu, bo ulicą chodzili ludzie, a mieszkańcy domów mogli zwrócić na niego uwagę, a nawet zadzwonić na policję. Tego nie chciał, ponieważ nie raz i nie dwa zdarzyło mu się zadrzeć z glinami.

Domy w tej okolicy były różne. Tu i ówdzie wyrosły nowe, wzniesione według najnowszej mody, inne bliższe były oryginalnej zabudowie ulicy: niskie i biedne domki drewniane obite blachą falistą, parterowe lub piętrowe, z murowanym podpiwniczeniem. Jedne schludnie utrzymane, inne popadające w ruinę niczym nora szumowiny. Dach niespecjalnie solidny, od strony ulicy ani jednej rynny, jasnoniebieska farba na elewacji wypłowiała, na dachu i bocznych ścianach wyraźne rdzawe zacieki. Okna ciągle zasłonięte. Nigdy nie widział, by ktokolwiek tam wchodził.

Gnojek wiódł dość uregulowany żywot. Czas go nie oszczędzał. Z pewnością miał dobrze po siedemdziesiątce, zgarbiony poruszał się na sztywnych nogach, siwe kosmyki włosów wystawały spod czapki; wokół niego pustka i zniszczenie. Nic w nim nie przypominało dawnej świetności. Co drugi dzień z rana szedł na kryty basen, czasem tak wcześnie, że musiał czekać na otwarcie. Prawdopodobnie nie spał w nocy, bo po basenie wracał do domu i cały dzień nie dawał znaku życia. Pod wieczór znów wyglądał na zewnątrz, szedł do pobliskiego sklepu spożywczego, kupował mleko, chleb i jeszcze coś do jedzenia. Czasem, bardzo rzadko, zachodził do monopolowego. Nigdy podczas tych swoich spacerów nie odzywał się do nikogo, z nikim się nie witał, zatrzymywał się na krótko, załatwiał to, co uważał za niezbędne, i ruszał dalej. Nikt go nie odwiedzał. Od czasu do czasu przychodziła jakaś korespondencja. Wieczorami siedział w domu, chociaż dwa razy zdarzyło mu się pójść nad morze przy Saebraut, stamtąd do Grandi i z powrotem do domu przez dzielnicę zachodnią i Thingholt.

Za drugim razem, kiedy był w połowie drogi, zaczęło padać, więc gnojek pod osłoną mroku wszedł do ogrodu przy starym piętrowym domu i przez okno na poziomie ulicy obserwował rodzinę z kilkorgiem dzieci. Ponad godzinę staruch stał w bezpiecznej odległości, ukryty za drzewem, na zimnym deszczu, i patrzył, jak ludzie szykują się do snu. Światła zgasły, a on długo czekał, po czym podszedł pod okna pokoju dziecięcego. Starał się zobaczyć coś w środku, ale w końcu wrócił do siebie, na ulicę Grettisgata.

Tamtej nocy też pozwolił, by deszcz lał się na niego, kiedy wytrwale przyglądał się drzwiom do sutereny przy Grettisgata. Czuł, że musi czuwać nad wszystkimi niewinnymi dziećmi Reykjaviku.

5

Wieczorem, gdy miasto okryły mrok i cisza, Sigurdur Oli zadzwonił do drzwi Sigurliny Thorbjörnsdottir, czyli – jak ją nazywano – Liny, podejrzanej o szantaż. Chciał jak najszybciej się z nią rozmówić. Mieszkała w szeregowym domku we wschodniej części miasta, niedaleko kina Laugarasbio, ze swoim mężem Ebeneserem, zwanym Ebbim. Sigurdur popatrzył w stronę kina i przypomniał sobie, że widział tu wiele niezłych filmów, kiedy był nastolatkiem i często bywał na seansach. Ale w tej chwili żadnego z nich nie pamiętał. Kino miało jednak w jego pamięci specjalne miejsce z powodu pewnego seansu, na który jeszcze jako licealista wybrał się z dziewczyną; później znalazła sobie innego, ale wciąż pamiętał długi pocałunek w samochodzie przed jej domem.

Nie miał pojęcia, co zrobić, by pomóc Hermannowi i jego żonie. Pomyślał, że może wystarczy poważna rozmowa z Liną i Ebbim oraz zagrożenie interwencją policji. Z tego, co mówił Hermann, wynikało, że niezbyt przekonująco wyglądał ten ich szantaż; w końcu to dość rzadkie przestępstwo.

W drodze do Liny rozmyślał o wczorajszym wieczorze. Leżał sobie w domu na kanapie i oglądał amerykański program sportowy. Kiedy studiował w Stanach, zaczął interesować się dwiema dyscyplinami sportu, wcześniej będącymi dla niego jak czarna magia. Zainteresował się mocniej futbolem amerykańskim i zaczął kibicować jednej z drużyn, Dallas Cowboys. No i kompletnie wsiąkł w bejsbol, który stał się jego ulubioną dyscypliną. Kibicował Red Sox z Bostonu. Kiedy wrócił po studiach do domu, sprawił sobie antenę satelitarną, żeby oglądać transmisje. Wiązało się to jednak z pewnymi kłopotami z powodu różnicy czasu; według czasu islandzkiego mecze zazwyczaj odbywały się późną nocą. Ale on nigdy nie potrzebował wiele snu i nie zdarzyło się, by z powodu swojego zainteresowania sportem amerykańskim opuścił trening na siłowni. Islandzkie sporty zupełnie go nie interesowały; uważał, że wyniki są do bólu wstydliwe w porównaniu ze światowym poziomem, zatem telewizyjne transmisje z islandzkich zawodów zdawały mu się programami niegodnymi oglądania.

Wynajął nieduże mieszkanko przy Framnesvegur. Kiedy po kilkuletnim związku wyprowadzał się od Bergthory, podzielili dobytek po bratersku – książki, kompakty, sprzęt kuchenny i meble. On chciał wziąć telewizor, ona obraz młodego artysty, który otrzymali w prezencie. Bergthora nigdy nie lubiła telewizji i nie podzielała jego zainteresowań amerykańskim sportem. Mieszkanie było pustawe, a on nie miał pomysłu, jak tę pustkę wypełnić. Może w głębi miał nadzieję, że związek z Bergthorą jeszcze nie całkiem się wypalił.

Ciągle się kłócili, nie potrafili rozmawiać bez wybuchów wściekłości, bez oskarżania siebie nawzajem. Ona miała do niego pretensje o to, że nie okazywał jej dość wsparcia, gdy po raz drugi poroniła. Nie doczekali się dziecka, a szukanie pomocy w naukach medycznych także na nic się nie zdało. Wspomniała o adopcji. Długo się wahał, w końcu oznajmił, że nie chce adoptować dziecka z Chin, choć bardzo na to nalegała.

– To co nam zostało? – spytała.

– My dwoje – odpowiedział.

– Tego nie jestem taka pewna – podsumowała.

W końcu doszli do wspólnego wniosku, że ich związek się wypalił; zgodzili się też, że oboje ponoszą za to winę. Kiedy już stało się to jasne, ich relacje jakby się poprawiły, napięcie między nimi się zmniejszyło, nie byli już tak wrogo do siebie nastawieni. Po raz pierwszy od długiego czasu mogli ze sobą rozmawiać bez goryczy, a rozmowy nie kończyły się cichymi dniami.

Leżał na kanapie przed wielkim ekranem, pił appelsin i z uwagą śledził poczynania amerykańskich bejsbolistów, kiedy zadzwonił telefon. Zerknął na zegarek, było grubo po północy. Spojrzał na wyświetlacz.

– Cześć – odezwał się.

– Spałeś już? – spytała matka.

– Nie.

– Za mało śpisz. Musisz wcześniej się kłaść.

– To byś mnie obudziła tym swoim telefonem.

– A co, już jest tak późno? Myślałam, że może ty zadzwonisz. Kontaktowałeś się może z tatą?

– Nie – odpowiedział, usiłując skoncentrować się na wydarzeniach na ekranie. Był pewien, że matka doskonale wie, która jest godzina.

– Wiesz, że niedługo ma urodziny?

– Pamiętam.

– Wpadniesz do mnie jutro?

– Ostatnio mam dużo roboty, zobaczę, czy mi się uda. Pogadamy.

– Szkoda, że nie znalazłeś złodzieja.

– Tak, nie udało się.

– To może spróbujesz kiedy indziej. Munda kompletnie się załamała. Zwłaszcza z powodu tego muzyka na klatce.

– Tak, zobaczymy – burknął. Co mnie obchodzi, jak się Munda czuje, pomyślał, ale nic nie powiedział.

Pożegnał matkę i usiłował ponownie skupić się na meczu. Telefon go rozkojarzył. Choć rozmowa była z pozoru bardzo niewinna, poczuł wyrzuty sumienia. Matka potrafiła rozmawiać z nim w taki sposób, żeby zachwiać jego duchową równowagę. Wszystko przez te ukryte oskarżenia, zabarwione chęcią dominacji. Nie śpi dobrze i nie dba o zdrowie. Nie kontaktował się z ojcem ani telefonicznie, ani osobiście. Podkreśliła to, wspominając o ojcu, który również nie dbał o siebie. Na domiar złego nie uwolnił się jeszcze od tej cholernej Mundy, chyba że chciałby własnej matce sprawić jeszcze większy zawód. I na koniec dowiedział się, że nie złapał złodzieja gazet i zawiódł pokładane w nim nadzieje, to znaczy, że w tej sprawie, jak i innych, okazał się nieudacznikiem.

Matka była ekonomistką i pracowała jako audytorka w dużej korporacji o obco i pompatycznie brzmiącej nazwie. Pełniła odpowiedzialną funkcję, wiodło jej się znakomicie, w dodatku niedawno związała się z innym biegłym, wdowcem Saemundurem; Sigurdur Oli spotkał go kilka razy u niej w domu. Chodził jeszcze do podstawówki, kiedy jego rodzice się rozwiedli; do pełnoletniości pozostał z matką. Nie wiodła wówczas uporządkowanego życia, przeprowadzała się wciąż do innych dzielnic, co sprawiało, że miewał trudności z adaptacją w nowych szkołach, właściwie nie miał żadnych przyjaciół. Matka zmieniała wtedy mężczyzn jak rękawiczki. Niektóre związki sprowadzały się do jednej nocy.

Ojciec był hydraulikiem o zdecydowanych poglądach politycznych. Lewicowiec w każdym calu, nienawidzący konserwy i kapitału, bronionego zażarcie przez prawicę, na którą jego syn chętnie głosował. Nikt nie ma silniejszych i sprawiedliwszych argumentów politycznych niż my, ludzie najbardziej lewicowi, mawiał jego ojciec. Sigurdur Oli od dawna nawet nie próbował rozmawiać z ojcem o polityce. Po nieudanych próbach nawrócenia syna stary mawiał, że chłopak wyssał konserwatywny snobizm z mlekiem matki.

Powoli tracił zainteresowanie meczem, aż wreszcie wyłączył telewizor, położył się do łóżka i zasnął.

Westchnął ciężko i ponownie nacisnął dzwonek do drzwi domku Liny.

Biegła księgowa i hydraulik.

Nigdy nie udało mu się dowiedzieć, co sprawiło, że jego rodzice postanowili być razem. O wiele łatwiej było mu zrozumieć, dlaczego się rozeszli, choć ani ojciec, ani syn nie otrzymali nigdy satysfakcjonującej odpowiedzi na to pytanie. Bardziej niepodobnych do siebie istot ludzkich niż jego rodzice nie dałoby się znaleźć na tej planecie. I on, jedynak, był ich potomkiem. Sigurdur Oli miał świadomość, że wychowanie, jakie otrzymał w matczynym domu, musiało wpłynąć na jego rozumienie życia i rzeczywistości. Na przykład jego stosunek do ojca. Całe życie marzył, żeby nie być do niego podobnym.

Ojciec wypominał mu inną cechę, którą jego zdaniem odziedziczył „po starej”, związaną ze snobizmem: butę. Jego wielką skłonność do traktowania innych z góry.

Zwłaszcza słabszych.

Na dzwonek nikt nie zareagował, więc Sigurdur zapukał. Nie miał pojęcia, jak skłonić Linę i Ebbiego do wycofania się z tego absurdalnego szantażu. Na początek chciał ich tylko wybadać. A jeśli to wszystko to jakieś wymysły szwagra Patrekura? Jeśli nie, może uda mu się ich nastraszyć i odpuszczą. Sigurdur Oli potrafił być przekonujący, kiedy było to potrzebne.

Nie miał jednak czasu, by się nad tym zastanawiać, bo drzwi uchyliły się nieco. Zawahał się chwilę, a potem głośno zapytał, czy ktoś jest w domu. Nie uzyskał odpowiedzi. Mógł odejść, ale coś go ciągnęło do środka. Może naturalna ciekawość, a może naturalna bezmyślność.

– Halo! – zawołał i wszedł do korytarza prowadzącego z przedpokoju, obok kuchni, do salonu. Przy drzwiach do kuchni wisiała przekrzywiona akwarela. Poprawił ją odruchowo.

W domu panowały ciemności, rozjaśniane jedynie poświatą z lampy ulicznej, i w tym świetle Sigurdur Oli zauważył, że salon jest dosłownie zdewastowany. Potłuczone lampy i wazony, rozbity żyrandol, obrazy pozrywane ze ścian.

Wśród zaściełających podłogę skorup zobaczył leżącą kobietę z rozbitą głową we krwi.

Pomyślał, że to pewnie Lina.

6

Sprawdził, czy daje oznaki życia, i stwierdził, że nie. Ale nie był żadnym ekspertem w tej dziedzinie, zanim więc dotarło do niego, że będzie musiał wyjaśnić jakoś swoją obecność w tym domu, zadzwonił po karetkę. Pomyślał, że się coś wymyśli, jakiś anonimowy telefon, ale ostatecznie zdecydował powiedzieć prawdę, że przyjaciele przysłali go na przeszpiegi w związku z idiotycznymi próbami szantażu. Wolałby nie mieszać w to Patrekura, Susanny oraz jej siostry, ale wiedział, że już się nie uda. Jak zacznie się śledztwo, wyjdzie na jaw natura ich znajomości z Liną i Ebbim. I jeszcze jedna rzecz była pewna: jak tylko ujawni, kto go tu przysłał, zostanie wykluczony ze śledztwa.

Wszystko to przeleciało mu przez myśl, kiedy czekał na pogotowie i policję. Na pierwszy rzut oka nie zauważył żadnych oznak włamania. Napastnik musiał wejść i wyjść przez główne drzwi, tyle że nie zamknął ich dokładnie za sobą. Niewykluczone, że mieszkańcy sąsiednich domów zauważyli coś dziwnego, samochód albo człowieka, który wyglądał na takiego, co zdewastuje mieszkanie Liny, a na nią napadnie.

Ponownie pochylił się nad ciałem kobiety i w tym momencie usłyszał jakiś szelest, wyczuł obok siebie ruch w ciemnościach. Przed oczyma mignęło mu coś, co wyglądało jak kij do bejsbola zmierzający w kierunku jego głowy. Odruchowo się uchylił, więc dostał w ramię; upadł na podłogę. Kiedy się podniósł, napastnik właśnie znikał za drzwiami.

Wybiegł za nim na ulicę i zobaczył go uciekającego na wschód. Wyciągnął komórkę i w biegu zadzwonił po pomoc. Dystans między nimi rósł. Tamten był naprawdę szybki, przeskoczył płot do ogródka i zniknął z pola widzenia. Sigurdur Oli gnał za nim ile sił, przeskoczył przez kolejne ogrodzenie, wybiegł na równoległą ulicę i wpadł do następnego ogródka. Tam się wywrócił, kiedy nagle na jego drodze wyrosły taczki, i wytarzał się w swoim nowym letnim płaszczu. Podniósł się i przez chwilę nie potrafił zorientować się w kierunkach. Potem znów zaczął gonić napastnika. Widział, że uciekający ma sporą przewagę. Biegli Kleppsvegur, Saebraut i w dół Vatnagardar, w stronę szpitala psychiatrycznego w Kleppur.

Sigurdur Oli w pełnym biegu wpadł na nadmorską ulicę Saebraut. Piszczały hamulce, kierowcy trąbili jak szaleni. Telefon w jego ręku dzwonił, lecz on nie zwolnił, by odebrać. Widział, jak uciekający skręca do szpitala i znika za wzniesieniem. Budynek był oświetlony, ale teren wokół tonął w ciemnościach. Sigurdur Oli nie widział nigdzie radiowozów wezwanych na początku pościgu. Zbliżywszy się do szpitala, zwolnił i odebrał telefon.

Dzwonił policjant z patrolu, któremu podano błędne informacje, przez co znalazł się przy domu starców Hrafnista. Sigurdur Oli kazał mu jechać do psychiatryka i poprosił o więcej wsparcia, zażądał też psów tropiących. Sam zbiegł nad morze, do zatoczki Kleppsvik; panowały tam egipskie ciemności. Zatrzymał się, spojrzał na południe, w stronę Holtagardar i Ellidavogur. Stał nieruchomo i nasłuchiwał. Ścigany przepadł w ciemnościach.

Biegiem zawrócił pod szpital, gdzie podjeżdżały już radiowozy. Kazał policjantom przeszukać teren Holtagardar. Z grubsza opisał im uciekającego: średniego wzrostu, skórzana kurtka, dżinsy, kij bejsbolowy. Skupił się na tym szczególnie – dokładnie pamiętał, że napastnik wciąż trzymał kij, gdy znikał w ciemnościach.

Policjanci rozbiegli się po okolicy zgodnie z instrukcjami Sigurdura Olego. Wezwał kolejne patrole, niebawem do poszukiwań dołączył także oddział specjalny. Powiększono obszar poszukiwań o teren przy ulicy Saebraut i o brzeg zatoki Ellidavogur.

Sam zabrał jeden z radiowozów sprzed szpitala i wrócił do szeregowca. Minęło sporo czasu od chwili, gdy karetka zabrała Linę do szpitala. Powiedziano mu, że kobieta żyje. Oznakowane i nieoznakowane wozy policyjne wypełniały ulicę przed domem, w środku pracę rozpoczęli technicy policyjni.

– Skąd znasz tych ludzi? – spytał go stojący przed domem Finnur. Wiedział wszystko na temat wezwania policji przez Sigurdura Olego.

– Wiesz, co z jej mężem? – odpowiedział pytaniem Sigurdur Oli. Nie był już taki pewien, czy ma im powiedzieć całą prawdę.

– Na imię ma Ebeneser – powiedział Finnur.

– Właśnie. Co to za idiotyczne imię?

– Nie wiemy, gdzie przebywa. A ten, co go goniłeś, to kto?

– Prawdopodobnie ten, co napadł na tę kobietę. Podejrzewam, że uderzył ją w głowę kijem bejsbolowym. Też dostałem, w ramię. Zupełnie mnie zaskoczył.

– Byłeś w środku, w domu?

– Miałem do niej sprawę. Jak wszedłem, już leżała na podłodze. A potem ten się pojawił jak diabeł z pudełka.

– Myślisz, że to włamywacz? Nie ma żadnych śladów włamania. Musiał wejść przez drzwi. Najprawdopodobniej to ona mu otworzyła.

– Były otwarte, jak się zjawiłem. Pewnie zadzwonił do drzwi, a potem się na nią rzucił. To nie było zwykłe włamanie. Myślę, że niczego nie ukradł. Wywraca całe mieszkanie do góry nogami, uderza kobietę w głowę… Wkrótce dowiemy się, czy jeszcze gdzieś ją uderzył.

– Więc…?

– Myślę, że to był windykator. Możemy ich bez problemu zebrać do kupy. Tego nie kojarzę, ale też nie zdążyłem mu się przyjrzeć. Pierwszy raz miałem do czynienia z takim sprinterem.

– Sądząc po bejsbolu i całej reszcie, jest to prawdopodobne – powiedział Finnur. – Pewno przyszedł odzyskać jakiś dług.

Razem z Sigurdurem Olim weszli do domu.

– Myślisz, że był sam? – zapytał Finnur.

– Tak mi się zdaje.

– A co ty tu właściwie robiłeś? Skąd znasz tych ludzi?

Sigurdur Oli skrewił i zdecydował się nie mówić całej prawdy. Ale nie mógł zataić, że napaść na Linę prawdopodobnie miała związek z próbami wyłudzeń przez Linę i Ebbiego. Przecież równie dobrze to Hermann mógł wysłać tego bandziora; Sigurdur nie wierzył tylko, że Patrekur mógłby się do tego posunąć. Postanowił chwilowo nie ujawniać żadnych personaliów; powiedział jedynie, że sprawdzał doniesienie, jakoby Lina i Ebbi działali w biznesie związanym z handlem zdjęciami.

– Pornografia?

– Coś w tym rodzaju.

– Dziecięca?

– Niewykluczone.

– Nie słyszałem o takim doniesieniu.

– I nie mogłeś – odpowiedział Sigurdur Oli. – Dopiero dziś do mnie dotarło. Prawdopodobnie chodzi o szantaż, co by wyjaśniało obecność windykatora. Jeśli to był windykator.

Finnur spojrzał na niego, nie całkiem przekonany.

– I co, chciałeś tak po prostu pogadać sobie z nimi? Tego nie rozumiem, Siggi.

– Jasne, dopiero mieliśmy rozpocząć śledztwo.

– Tak, ale…

– Musimy odnaleźć tego Nestora – powiedział zdecydowanie Sigurdur Oli, jakby już mu się nie chciało na ten temat rozmawiać.

– Jakiego Nestora?

– No, tego, jak on się tam nazywa. Jej męża. I nie mów do mnie Siggi.

7

Po drodze na Framnesvegur Sigurdur Oli zajrzał na komisariat. Elinborg już dawno poszła do domu. Na korytarzu siedział młody człowiek, który od dawna sprawiał kłopoty. Miał skłonność do przemocy i drobnych przestępstw; ojciec w więzieniu, matka nieuleczalna alkoholiczka. Wiele było takich historii w mieście. Chłopak miał osiemnaście lat, gdy pierwszy raz się zetknęli. Włamanie do sklepu elektrycznego. Wtedy już miał dość bogatą kartotekę. Od tego czasu minęło kilka lat.

Sigurdur Oli, wciąż wściekły na siebie za to, że pozwolił windykatorowi się wymknąć, zatrzymał się po drodze do gabinetu i zapatrzył na chłopaka. Podszedł do ławki i usiadł obok.

– Co tym razem? – zagadnął.

– Nic – burknął chłopak.

– Włamanie? – dociekał Sigurdur Oli.

– Moja sprawa.

– Pobiłeś kogoś?

– Gdzie jest ten idiota, co ma mnie przesłuchiwać?

– Ale ty jesteś głupi.

– Stul pysk.

– Wiesz, kim jesteś?

– Zamknij się.

– To nietrudne – ciągnął Sigurdur Oli. – Nawet dla takiego głupka jak ty.

Chłopak nie odpowiedział.

– Jesteś nikim.

– Sam jesteś nikim.

– I nigdy nikim nie będziesz – dodał Sigurdur Oli. – Dobrze o tym wiesz.

Chłopak siedział przykuty do ławki, skulony, ze zwieszoną głową. Gapił się w podłogę w nadziei, że szybko zostanie przesłuchany i zwolniony. Policjanci dobrze wiedzieli, że nie on jeden wykorzystywał system, który pozwalał wypuścić przestępcę, jak tylko sprawa zostanie uznana za wyjaśnioną, co oznaczało, że przyzna się do popełnienia czynu, wyjdzie i dalej będzie robił to samo. A później dostanie wyrok w zawieszeniu. Jeśli w odpowiednim czasie dokona wystarczająco wielu wykroczeń, będzie to kilka miesięcy w Litla-Hraun. Odsiedzi połowę, ponieważ władze więziennictwa też biorą udział w tym flircie, jak to nazywał Sigurdur Oli. Chłopak i tacy jak on znali niezliczone dowcipy na temat sędziów, doświadczeń i słodkiego życia oferowanego przez służbę więzienną.

– Pewno nikt ci wcześniej nie mówił – kontynuował Sigurdur Oli – że jesteś nikim. Nikt ci tego wprost nie powiedział, prawda?

Chłopak nie zareagował.

– Założę się, że sobie myślisz, jaki to z ciebie niesamowity twardziel – ciągnął policjant. – Wiem, że masz kogo o to obwiniać. Wszyscy zwalacie winę na innych, a sobie współczujecie. Twoja matka i twój ojciec z pewnością są wysoko na liście, dwoje socjopatów, takich samych jak ty. Kumple. Szkoła. Wszystkie komisje, przed którymi stawałeś. Masz milion wymówek i na pewno korzystałeś już ze wszystkich. Nie myślisz o chłopakach, którzy mają gorzej od ciebie, którzy naprawdę mają gówniane życie, ale nie rozczulają się nad sobą jak ty. Mają w sobie coś, co pozwala im brać się za bary z okolicznościami, być kimś, a nie takim nikim, rozumiesz? Mają odrobinę inteligencji. Nie są pobawionymi rozumu bandytami.

Chłopak udawał, że nie słyszy słów Sigurdura Olego. Zerkał w głąb korytarza z nadzieją, że zaraz zacznie się przesłuchanie, a on wyjdzie. I kolejna sprawa zostanie wyjaśniona.

Sigurdur Oli wstał.

– Chciałem tylko, żebyś raz usłyszał prawdę od kogoś, kto musi się zajmować takimi debilami jak ty. Chociaż jeden raz.

Chłopak patrzył, jak policjant znika w swoim gabinecie.

– Pajac – szepnął, spuszczając wzrok na ziemię.

Sigurdur Oli zadzwonił do Patrekura. Napaść na Linę była głównym tematem drugiej części wieczornych wiadomości w telewizji i na portalach informacyjnych. Patrekur śledził wszystkie doniesienia, ale nie miał pojęcia, o kogo chodzi. Sigurdur Oli musiał mu to powtórzyć trzy razy.

– Ale to ona?

– To Lina – zapewnił go Sigurdur Oli.

– I co… jest… została zabita?

– Jeszcze żyje, ale nie wiadomo, jak się to skończy. Nie wspominałem o was, ale nie wiem, jak długo uda mi się w to bawić. Byłem przed jej domem, kiedy dokonywano napaści, chciałem pogadać z nią w waszym imieniu, a teraz muszę jakoś wyjaśnić moją obecność, więc tkwię po uszy w tym samym gównie co wy.

Patrekur milczał.

– Nie powinienem był cię w to wciągać – odezwał się w końcu. – Myślałem, że może uda ci się jakoś im pomóc… zresztą nie wiem, co ja sobie myślałem.

– Co to za facet, ten Hermann?

– W jakim sensie?

– Ma jakieś znajomości w półświatku, mógł nasłać kogoś na Linę i Ebbiego?