Opis

Oleg Tsun i Alex Fitzwilliam wrócili do Krakowa, do miejsca, które kiedyś było ich domem. Nie jest to powrót, o jakim śnili.

Ich partnerka, Andrea Niwiński, dalej się nie odnalazła. Jest "gdzieś w świecie" i nie zostawia za sobą śladów, które dałoby się znaleźć sposobami konwencjonalnymi czy magicznymi. Epidemia wśród Zmiennych niby wygasła, nikt także nie już drenuje Magicznych, ale dalej nie wiadomo, kto zmontował spisek? Wydaje się także, że spiskowcy próbują zdestabilizować również Nieśmiertelnych. Kto chce przejąć władzę nad Nadnaturalnymi i rządzić Ludźmi? Nitki dowodów się pozrywały, a najważniejsi spiskowcy się przyczaili. 

Nie dość zatem, że Alex i Oleg stracili ukochaną żonę, to jeszcze nie zdołali usunąć zagrożenia wiszącego nad ich światem. Jakby tego było mało, Alex uświadamia sobie, że nie mogli odnaleźć Andrei, bo szukali jej… po prostu niewłaściwie.

Na dodatek Kuba, przyjaciel Andrei, Alexa i Olega, Ludzki członek Watahy Hyeon Ju umiera na raka. Jest niekompatybilny ze Zmianą, więc magia Zmiennych nie może go uratować. Klasyczna medycyna się poddała, uzdrowicielska moc Olega jest całkowicie bezradna. 

Jest wrzesień 2058 roku. Minęło prawie sześć lat od wybuchu epidemii wśród Zmiennych; pięć lat od zaginięcia Andrei; trzy lata od kiedy Hyeon Ju ostatni raz widział swoją żonę, Parvaneh; ponad dwa lata od nawiązania współpracy z Magicznymi; rok od przesłuchania, w czasie którego spisek wyszedł na jaw; trzy miesiące od ostatecznej diagnozy Kuby. Wataha Hyeon Ju zbiera się w Krakowie, by czekać na nieuniknione, by towarzyszyć umierającemu Człowiekowi. 

Tymczasem Parvaneh, królowa Nieśmiertelnych, zdecydowała, że dla niej czekanie już się skończyło. Miłość i małżeństwo same się nie uratują, a tysiącletnia separacja to przesada, nawet jak na warunki Nadnaturalnych. Informacja o śmiertelnej chorobie Kuby daje jej wymarzony pretekst, żeby wyciągnąć dłoń do Yi Hyeon Ju i spróbować naprawić to, co oboje zepsuli.

 

Czy uda się uratować "miłość po przejściach"? Czy przepowiednia Andrei ma szansę się wypełnić? Czy istnieje coś takiego, jak"happily ever after"? Czy Nadnaturalni  znajdą się bliżej namierzenia sprawców tylu nieszczęść? 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 587

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


CZARNE PIASKI

DROGA SMOKA, CZĘŚĆ4

Copyright 2019 Monika Lech

Published by Monika Lech

ISBN978-83-953592-4-8

Szanowna Czytelniczko, Drogi Czytelniku:

To jest ROMANS URBAN FANTASY!

Bohaterowie tej książki mówiądużo, do siebie i czasem bez sensu, bo człowiek nie zawsze myśli według zasad logiki kartezjańskiej, prawda? Akcja nie posuwa siędo przodu jak w filmowych blockbusterach, czasem sobie zbacza i meandruje. Jeśli zatem oczekujesz jedynie tempa, możesz sięzawieść. Ta książka to slowburner.

Postaci nie prowadzązdrowego trybużycia: klną, sąbrutalne, nie mająszacunku dla prywatności, podejmujązłe decyzje, mająnawetżycie intymne, które chętnie analizują.

Dlatego niniejsza książka jest przeznaczona wyłącznie dla dorosłych odbiorców. Zawiera sceny, które nie sąodpowiednie dla młodego czytelnika. Autorka prosi o to, by osoby nieletnie po niąnie sięgały.

"Czarne Piaski" sąpowieścią, utworem fikcji literackiej. Imiona, postaci, miejsca, zdarzenia sąalbo wytworem wyobraźni autora lub sąużyte w kontekście fikcji literackiej i należy je interpretowaćwyłącznie w zgodzie z zasadami gatunku, do którego ta powieśćnależy. Jakiekolwiek podobieństwo do osób, czy wydarzeńjest całkowicie przypadkowe i absolutnie niemożliwe.

~~*~~

Credits:

Pixel2013 on Pixabay.com,

Wrony: by GDJ iLoulou Nashon Pixabay.com

Książka, którąnabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyśprzestrzegałpraw, jakie im przysługują. Jej zawartośćmożesz udostępnićnieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudząwłasnośći prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

SPOILER ALERT!

W poprzednich częściach "Drogi Smoka":

Morze krwi

Alex Dougal Fitzwilliam,Wilk, doskonale zna swojąrasę: Zmiennych. Wie, ile może zbroićHomo Sapiens Variabilis, który nie chce lub nie umie zapanowaćnad swojąBestią. Fitz jest Inkwizytorem i pracuje dla PBI, Preternatural Bureau of Investigation, które zarządza społecznościąZmiennych, i zdarzyło mu sięjużwidziećco nie co.

Ktośpoluje na Alexa.

Zamachy sązwiązane z jego pracą, Inkwizytor wie o tym doskonale. Trzy ataki, kilku rannych, kilku zabitych i on sam w bardzo złym stanie, oto podsumowanie czterech ostatnich dni.

Yi Hyeon Ju, dyrektor Zmiennego PBI i zwierzchnik Alexa, chce zapewnićswoim Inkwizytorom możliwośćsprawnego przeprowadzenie dochodzenia w tej sprawie, a Alexowi chce umożliwićbezpieczny powrót do zdrowia. Dlatego teżwysyła go do Krakowa.

Dlaczego do Krakowa?

PonieważKraków jest nudny, daleki od politycznego zamieszaniaświata Nadnaturalnych i tam właśnie Alex ma miećnajlepsząochronę, jakąHyeon Ju może mu w tej sytuacji zapewnić.

Ochrona toAndrea Niwińskii nie należy do najmilszych niewiast naświecie, nawet jak na niewysokie standardy 2052 roku, a w dodatku jest Człowiekiem. Alex nie jest przesadnie zadowolony z decyzji szefa.

Andrea równieżnie promieniuje radością. Nie chce w domu faceta, który wygląda jak biker, jest wytatuowany od stóp po głowęi wygląda, jakby umiałzabijaćłyżeczkądo herbaty oraz wzrokiem. Nieżeby jej nie fascynowały jego tatuaże, zwłaszcza jesion na jego karku i wrony, oraz księżyc w pełni, które ma wytatuowane na czaszce. No i płomienie, które widaćna rękach i dłoniach. Tyleże każda dziewczyna musi byćostrożna. Nawet taka, która spędziła dziesięćlatżycia w Legii Cudzoziemskiej, w Afryce, w czasie Wielkiego Głodu.

Ku swemu zdziwieniu, i trochęprzerażeniu, Alex dobrze dogaduje sięze swojągospodynią. Dochodzi do zdrowia i jednocześnie prowadziśledztwo mające wyjaśnić, gdzie, do jasnego czorta, zniknęło kilkudziesięciu Zmiennych?

Zarówno jegożycie jak i jego rehabilitacja wydająsięproste i pozbawione dramatów. Spokój kończy się, kiedy pracująca jako ochroniarz Andrea zostaje złapana i zgwałcona przez trójkęZmiennych. Alex udowadnia, jak szybko, sprawnie i jak bezlitośnie działa Prawo Nadnaturalnych.

Jakby mało było zamieszania i problemów, Andrea musi wyjechaćz Krakowa półtora dnia po gwałcie. Wzywa jądawneżycie i byli koledzy. Ex-żołnierze Legii mająw Afryce niezałatwioną"sprawęzawodową", którąwreszcie chcądomknąćostatecznie. "Ostatecznie" nie jest słowem wybranym przypadkowo.

Otóżkiedy Andrea służyła w Kongo, "mówiło się",że w tym kraju działa dobrze okopana grupa białych, która prawdopodobnie stoi za rzeziami i porwaniami. Rzezi było kilka, porwanych mogło byćnawet tysiąc osób. Nikt nikogo nie złapałza rękę, a lokalne władze odmawiałyśledztwa. Przeniesienie bazy Legii o kilka tysięcy kilometrów i Wielki Głód teżnie pomogły w rozdzieleniu plotek od prawdy. Nie było wtedy ani czasu, ani odpowiednich warunków do prowadzeniaśledztwa.

Co innego, kiedy zainteresowani dogrzebaniem siędo faktów sąna emeryturze.

Grupażwawych emerytów Legii Cudzoziemskiej, w gronie których jest Andrea, w końcu namierzyła "białych panów", odkryła ich powiązania biznesowo-towarzyskie, oraz znalazła miejsce, które jest ich stolicą, a które sami "panowie". nazwali Enklawą. Jak sięokazuje kilka rzezi i tysiąc porwanych, to tylko wierzchołek góry lodowej, a prawda o "białym Raju" w dżungli jest o wiele bardziej przerażająca. Enklawa jest centrum potężnego biznesu, ośrodkiem handlu niewolnikami i miejscem, gdzie bogaci Ludzie polująna Zmiennych.

W ten oto sposób okazało się,żeśledztwo Alexa i "sprawa zawodowa". Andrei mająze sobąwięcej wspólnego, niżoboje mogli przypuszczać.

Rozprawa z handlarzami niewolników jest krwawa, bo nikt nie bawi sięw branie jeńców i dostarczanie ich przed oblicze sprawiedliwości. Po Enklawie nie zostaje nawetślad w dżungli. Andrea, która odpowiadała za wywiad elektroniczny, musi niestety sięgnąćpo brońi walczyćjak wszyscy. Nie podoba sięto ani Alexowi, anisiedmiu Napierom, Zmiennymżołnierzom, których Hyeon Ju przysłałjako wzmocnienie dla Legionistów. Na szczęście Niwiński umie zadbaćo siebie i o innych.

Żywa, choćpoobijana i posiniaczona, wraca do Krakowa z Alexem i z numerami telefonów Napierów, którzy zdążyli sięjej oświadczyćco najmniej trzy razy.

Ani ona, ani Wilk nie ukrywają,że licząna trochęświętego spokoju,żeby móc sięzająćsobą.

Pracowite wakacje w Rzymie

Andrea i Alexledwo co wrócili z Kongo i ledwie zdążyli odpowiedziećna milion pytań, które zadawali przyjaciele Andrei, kiedy zadzwoniłtelefon z zaproszeniem do Rzymu.

A oboje mieli zamiar cieszyćsięspokojnymi i zasłużonymi wakacjami w Krakowie! Planowali nieśpiesznie odkrywać, czym dla nich jest "bycie razem", co to znaczy "kochać", jak przestaćsiębaćbliskości i jak nie zabićprzyjaciółAndy z dzieciństwa.

Tymczasem okazuje się,że musząstawićsięw Rzymie. To znaczy musi tam jechaćAndrea, a Alex kategorycznie odmawia wypuszczenia jej z rąk.

Pobyt w Rzymie nie zapowiada sięspecjalnie wypoczynkowo i taki chyba nie będzie, ponieważAndy i jej specyficzne umiejętności sąpotrzebne Iwanowi Dołhorukiemu, szefowi jednej z mafijnych Rodzin. Kilka tygodni wcześniej zniknęła dwunastoletnia córka Iwana, Susana, i nikt nie może jej znaleźć.

Jeśli nie może jej znaleźćmafia, to słowa "bezśladu". zaczynająnagle znaczyćbardzo dużo. To dlatego stary Dołhoruki sięga po Andreę, która ma byćjego ostatniąnadziejąna odnalezienie córki.

W Wiecznym Mieście spotkająOlega Tsun, Zmiennego Tygrysa, AlfęWatahy Rzymu. Spotkanie z Olegiem to początek sporych kłopotów, nie tylko dlatego,że dwóch osobników Alfa i jedna kobieta, która podoba sięobu, to zawsze zapowiedźwalki naśmierćiżycie.

Alex jednak nie ma obaw. Pamięta,że Andrei przepowiedziano kiedyś"psa i kota" i domyśla się,że jego Wilk może być"psem", a Tygrys Olega "kotem" z przepowiedni.

Zresztągroźniejszy niżpołączone terytorializmy Alexa i Olega, okaże siębratanek starego mafioza, Jura Dołhoruki, który za wszelkącenęchce udowodnić,że "jest kimś". Jura jest młodym człowiekiem, który zdążyłdaćsiępoznaćAndrei jako ktoścałkowicie pozbawiony rozsądku i hamulców. Jeśli chodzi o rozwój charakteru Jury, to niewiele sięzmieniło przez osiem lat od ich pierwszego spotkania.

Jura nienawidzi Zmiennych i granic, jakie sięmu stawia. Jest skupiony na dwóch rzeczach: chce miećAndreęi zostaćcapo di tutti capi Rodziny. Kolejność, w której obie rzeczy mająsięzadziać, jest mu obojętna, byle obie zdarzyły sięod razu. Jura nie zwraca uwagi na to,że Andrea go nie chce, a Rodzina i tak kiedyśbędzie jego, bo jest przecieżlegalnym następcąswojego stryja.

To Jura porwałcórkęIwana. Zrobiłto w dodatku tak,że nikt nie połączyłgo z porwaniem i nikt nie mógłznaleźćdziecka. Chłopak nie jest może normalny, jest za to inteligentny i nieźle planuje.

I tak oto na Campusie via Olona, w kwaterze głównej Rodziny Dołhorukich, znajdująsięAndy, Alex, Oleg, Jura oraz kilkanaście innych osób. Dla Andrei zaczyna sięintensywny okres: szukanie dziecka, unikanie młodego Dołhorukiego, strach o Alexa i Olega, a wszystko to przerywane wydarzeniami towarzyskimi. Skąd w tym wszystkim wydarzenia natury innej niżbiznesowe? Bo czerwiec zawsze byłdla Iwana wyjątkowym miesiącem ze względu na jego imieniny i rocznicęślubu i wszyscy o tym wiedzieli. Pozory sąw Rzymie wszystkim i nic nie jest tak ważne jak one.

Dwóch Nadnaturalnych i jedna kobieta wiedządoskonale,że ratowanie słabszych i zagrożonych jest ważniejsze i pilniejsze, niżustalanie hierarchii i dominacji. Oleg i Alex, ku ich zaskoczeniu, odkrywają,że biologiczne imperatywy ich rasy nie sątak mocne, jak tego zwykle doświadczali.

To jednak nie koniec odkryć.

Po pierwsze, Andrea zakochuje sięw Olegu. Nie, nie przestaje przy tym kochaćAlexa. I w końcu dociera do niej,że ma w nosie dziwnośći "niemoralność" sytuacji, w której sięznalazła. Po drugie, Alex nie czuje potrzeby pokazania Tygrysowi, gdzie jest jego miejsce. Wręcz przeciwnie. Po trzecie, Oleg zakochuje sięw wyszczekanym Człowieku i odkrywa,że po raz pierwszy od lat ma przy sobie Zmiennego przyjaciela, któremu może ufaći z którym nie musi konkurować. Po czwarte, Bestie Alexa i Olega mająteorięwyjaśniającądokładnie, chociażniejasno, co siędzieje w trójkącie Alex-Andrea-Oleg: "ja to on, on to ona. Ja to ona, ona to on". Prawda,że niejasne?

Nim uda sięodnaleźći uwolnićSusanę, Alex zostaje napadnięty i zostawiony w stanie, który nie pozostawia mu specjalnych nadziei na happily ever after z "jego dwójką". Ratuje go interwencja Olega i Andrei, którzy słuchająintuicji, nie rozumu i dlatego pewnie im sięudaje. A intuicja podpowiedziała im użycie magii, której obecności i wzrostużadne z nich nie jest w stanie dłużej ignorować.

Ani Oleg, ani Andrea nie mająstuprocentowej pewności, co siętak naprawdęwydarzyło, ani co zrobili.

Fakty sąnastępujące: Alex zostałzałatany iżyje, Andrea potrafi wykorzystywaćenergięśmierci, Oleg umie leczyć, wszyscy w trójkępołączyli sięjakimśsposobem i wiedzą, co pozostała dwójka myśli i czuje. Dodatkowo wytatuowany jesion przenosi sięz czaszki Alexa na kark Olega, a wrony Wilka przysiadająna Andrei i nie chcąsięz niej ruszyć. Wyleczenie można jakośwyjaśnić, ruchomych tatuaży niestety sięnie da.

Jak mocna jest ich magia, przekonująsiętak naprawdęw momencie, kiedy Jura ze swoimiżołnierzami pojawia sięna terytorium Dołhorukich i jest gotowy do ostatecznego uderzenia na stryja. Atakuje Campus. Umiera, kiedy Andrea wpada w szałberserkera i zabija czwórkęZmiennych i jego.

Bracia Napierowie oświadczająsięAndrei kolejny raz.

Polowanie na cienie

Andrea, Oleg i Alex cali i zdrowi przyjechali z Rzymu. Udało im sięprzetrwaćszaleńca, nie dopuścićdo wojny między dwiema Rodzinami, przeżyć"wieczór kawalerski" Olega i wrócićdo Krakowa.

Normalneżycie i kłopoty, które zawsze sąz nim związane, zaczynająsięjednak dopiero teraz, kiedy wydaje się,że jużwszystko jest OK.

Andrea, mimo iżdoskonale wie, co dzieje sięw głowach/umysłach/sercach jej partnerów, nie jest pewna tego, co ichłączy.

Dlaczego?

Z powodu przepowiedni, która jej zdaniem sprawiła,że Alex i Oleg znaleźli sięw jejżyciu. A sporo spotkali sięprzez nią, to i zakochali sięprzez nią. Prawda,że to logiczne? Szczęśliwie Andrea ma kogoś, kto potrafi niąpotrząsnąći uświadomićjej podstawowy błąd w rozumowaniu. DoktorMary Nitschnie obawia siętakich zadań.

Obawy i niepewności Andrei to tylko początek trudów wspólnegożycia.

Sąjeszcze sąsiedzi, którym nie podoba sięwspólne mieszkanie dwóch mężczyzn i kobiety (Sodoma i Gomora!), sąkłopoty Mary w Klinice, koszmary, które nękająAndreępraktycznie każdej nocy, jest nadmiar pracy Alexa, dar leczenia, który odkrywa Oleg, dwa napady na Andreę,Święta Bożego Narodzenia spędzone w szerokim gronie w Krakowie i wrony Andrei, które sąruchliwe i ciekawskie jak nigdy dotąd. Jest wreszcie coś, co Andy nazywa "epidemią": zwiększająca sięilośćZmiennych, którzy tracąkontakt z Bestiąi których trzeba po prostu… zlikwidować, bo sązagrożeniem i dla siebie, i dla Ludzi.

Hyeon Juna początku nie wierzy w epidemię, potem jest tylko lekko sceptyczny, ale i tak powołuje WydziałWewnętrzny. Na jego czele stajeAkanishi no Yoshitsune, przyjaciel i sekretarz Hyeon Ju, który wraz z Andreąszukająźródełproblemu. Bo problem istnieje i nie da sięudawać,że go nie ma.

Nie epidemia jest jednak największym problemem Alexa, Olega i Andrei.Jest nimżona Alexa z jego ludzkich czasów.Margaret Ann, znana obecnie jako "dama Solange" ciągle jeszcze chodzi po ziemi, ponieważzostała, excusez le mot, wampirem, czyli Nieśmiertelnym. Margaret Ann zwraca siędo swojej Królowej,Parvaneh,z prośbąo przywrócenie jej w prawach małżonki Alexandra Dougala Fitzwilliama.

Królowa Nieśmiertelnych nie ma innego wyjścia niżspotkanie z Hyeon Ju i poinformowanie go o tym,że jego syn mażonę, ażona chce miećmęża z powrotem. Prawo Nadnaturalnych jest jasne: czas nic nie zmienia, jeśli małżonkowieżyjąi jedno z nich nie chce sięrozstać, to małżeństwo jest ważne iżadne, ale tożadne stałe związki nie mogąmiećmiejsca. Hyeon Ju nie ma innego wyjścia, tylko zgodzićsięna rozpoczęcie procedur prawnych,żąda jednak,żeby wszystko odbyło siędopiero sześćmiesięcy po spotkaniu władców.

Przywódca Zmiennych, z niekoniecznie kierowany altruistycznymi motywami, chce daćswojemu synowi trochęwięcej czasu na bycie w związku, który daje mu szczęście.

Kiedy wreszcie spotkanie z prawnikami sięodbywa, Oleg, Andrea i Alex mająwrażenie,że niebo spadło im na głowę. Wszyscy jednak wiedzą,że Prawo jest Prawem. Andrea i Alex nie mogąnawet zbliżaćsiędo siebie, a zakaz na wszelki wypadek ma byćzabezpieczony magicznymi systemami alarmowymi.

Spotkanie w kancelarii prawnej obsługującej Nadnaturalnych kończy siękatastrofąna kilku frontach. Związek Andrei, Alexa i Olega przestaje istnieć. Wiedźma, która była odpowiedzialna za przeprowadzenie rytuału zabezpieczenia magicznego prawie zabija Andreę, kiedy to sięnie udaje, przecinałącze z jej partnerami. Alex i Oleg tracąkontrolęnad Bestiami i w domu Hyeon Ju czekająna wyrok Inkwizytorów.

Olegowi udaje sięwyciągnąćWilka z dna rozpaczy i kiedy jużzagrożenia dla ichżycia mija, obaj postanawiają,że nie dadząsatysfakcji damie Solange. Będążyć, starając sięnawet zrozumiećwybory, które za nich i dla nich dokonałHyeon Ju.

Tymczasem Andrea wraca do Krakowa, skąd po prostu znika po kilkunastu dniach. Nikt, nawetbracia Napierowiei byli Legioniści, nie może jej namierzyć.

A ona po prostu wyruszyła,żeby znaleźćmiejsce, o którym mówi jej przepowiednia. Skoro tyle jużsięsprawdziło, to musi sprawdzićsięi reszta, która obejmuje jejśmierći powrót z drugiej strony, oraz kilka innych rzeczy na dodatek. Logiczne, prawda?

Andrea nie wie, gdzie idzie i jedyne, co czuje, to wrażenie, jakby gubiła siebie i niknęła. Niewiele wie, niewiele słyszy, niewiele pamięta. Kiedy ma dzień, w którym "ogarnia" więcej, dziwi się, jak czas umyka i zmienia sięotoczenie. Zastanawia się, jak to może być,że nie pamięta nic? Może i ta przepowiednia, i jej droga to po prostu czyste szaleństwo?

Tymczasem Hyeon Ju, Yoshitsune, Oleg i Alex, i Napierowie wraz z PBI starająsięzatrzymaćepidemię. Mary Nitsch zaczyna pracowaćdla Hyeon Ju i dzięki jej pracy o chorobie wiadomo coraz więcej. Epidemia jest powodowana przez spożywanie zakażonego srebrem mięsa. Srebro zamknięte jest w nano-kapsułkach, z których uwalnia sięw organizmie, kiedy przestajądziałaćdwa inhibitory chemiczne i jeden magiczny.

Zakaz spożywania importowanego mięsa i lepsza kontrolażywności hamująrozprzestrzenianie sięepidemii. Oleg leczy tych, których można wyciągnąćz choroby.

Skąd wzięło sięzakażenie? Wszystkie tropy prowadząza ocean, do USA. Stamtąd pochodzi zakażone mięso, stamtąd przyjechała wiedźma, która prawie zabiła Andreę, stamtąd pochodziliżołnierze, którzy zaatakowali Andreęi planowali ataki na PBI. Tam też, w populacji Magicznych, zaczynajądziaćsiędziwne i niepokojące rzeczy.

Hyeon Ju, Alex, Oleg i reszta PBI trafia wreszcie naślad spisku, w który zamieszani sąZmienni, Magiczni i prawdopodobnie Nieśmiertelni, którzy niezadowoleni ze status quo chcąprzejąćwładzęnadświatem Nadnaturalnym i nad Ludźmi. Macki spisku sięgająi do Konga ("Morze krwi") i do Rzymu ("Pracowite wakacje w Rzymie"), pokazując,że pozornie niezwiązane z sobąwydarzenia mająswoje drugie dno iźródło w spisku.

Na miejscu, w Stanach okazuje się,że sytuacja jest tak zła,że nawet dochodzenie trzeba odsunąćna plan dalszy. Kryzys gospodarczy, epidemia i spisek pozostawiły amerykańskich Zmiennych w niezwykle trudnej sytuacji.

Hyeon Ju decyduje,że najważniejsze jest doprowadzenie do pilnej poprawy warunkówżycia jego ludzi.

Kiedy jużamerykańskie Watahy mająz czegożyć, kiedy majądobrych Alfa, kiedy Prawo znowu jest przestrzegane, PBI, Oleg, Alex, Hyeon Ju i Akanishi wracajądo kwestii epidemii.

Zakłady produkcyjne, w których mięso faszerowano srebrem, zostajązniszczone. Prasa amerykańska iświatowa dostajądowody wskazujące,że technologia nano-kapsułek służyła do zatruwania mięsa substancjami akty-koncepcyjnymi dla ludzi, narkotykami, nawet substancjami zwiększającymi ciężar mięsa. Wybucha skandal na skalęmiędzynarodową. Wcześniejszy skandal, w którym ujawniono,że tuzy amerykańskiego i europejskiego biznesu brały udziałw nielegalnych polowaniach na zagrożone i będące pod ochronągatunki oraz na ludzi, dalej jest tematem debat w mediach.

Bilans epidemii jest okrutny: W sumie zaraza dotknęła niemal dziesięćprocent populacji Zmiennych. Jedenaście tysięcy zachorowało. Więcej niżpołowa chorych miała na szczęście jedynie lekkie objawy. Każdego z tych sześciu tysięcy wystarczyło oddzielićod reszty Watahy i pozwolićw spokoju wypocićtruciznę. Tydzieńodosobnienia, dużo jedzenia i byli zdrowi. Pięćtysięcy Zmiennych zachorowało bardzo poważnie. Wszyscy ci chorzy przeszli przez ręce Olega. Ponad cztery i półtysiąca dało sięuratować.

Dla reszty nie było ratunku.

Ani Hyeon Ju, ani Nieśmiertelni czy Magiczni nie wiedzą, kto stoi za spiskiem. Mająw ręku płotki, nie tych, którzy dyrygująwydarzeniami. Jednak epidemia wygasła, Zmienni sąsilniejsi niżprzed nią, Nadnaturalnyświat zacząłwreszcie znowu współpracować.

Dzięki tym dramatycznym wydarzeniom wiele sięzmieniło.

Nie zmieniło siękilka rzeczy: Hyeon Ju i jegożona, Parvaneh, dalej pozostajązakochanymi w sobie, ale oddalonymi małżonkami. Andrea dalej jest nie wiadomo gdzie, a Kuba, jej przyjaciel z dzieciństwa, jestśmiertelnie chory i nikt, ani medycyna, ani Oleg, nie może mu pomóc. Rodzina, która zaczęła siętworzyć, i która przetrwała tylko dlatego,że była razem, znowu staje w obliczu tragedii. Ktoś, kto kiedyśpowiedziałAndrei: dla ciebie, z nimi nie ma "happily ever after", chyba miałrację…

Teraz czas na….

~~*~~

CZARNE PIASKI

~~*~~

Chapter 1: Ratunek dla Kuby

Mediolan 28 września 2058

Rzym, 29 Września

Kraków, Polska, 29 - 30 września 2058

Oleg

Oparłem ręce po obu stronach umywalki. Mam ogromnełapy, silne i sprawne. Ale jakośdziśi teraz, to sięnie czujęani silny, ani specjalnie duży.

Dziśjestem obolały.

Minęły 1683 dni.

Powiem sobie to raz jeszcze: upłynęły 1683 dni, od kiedy ktokolwiek widziałAndreę.

Jutro bedąjuż1684 dni.

Nie mam pojęcia, czy siędowlokędo 1690.

~~*~~

Ona zawsze liczyła takie rzeczy. Wiedziała, ile dni, ile minut, ile sekund upłynęło od jednego do drugiego wydarzenia. Liczenie uspokajało jej pracowity i pokrętny mózg. A ten mózg potrzebowałukojenia, bo wiecznie cośmieliłi składałdo kupy.

Andy ma pamięćabsolutnąi niczego nie zapomina, czego czasemżałowałem, bożona powinna byćobdarzona darem zapominania, prawda? Ale teraz to chciałbym,żeby tu była i pamiętała,że miałem załatwićcoś, czego załatwićzapomniałem. Iżeby mi za to zmyła głowę. Niczego bardziej nie chciałem. Ażflaki bolały od tego chcenia i tęsknoty, która dusiła mnie każdego dnia bardziej. Zwłaszcza w takie dni jak teraz.

W dni zwielokrotnionej bezradności.

"Shhh, Kocie, shhhh" - usłyszałem w swojej głowie kojący głos Alexa.

No, znalazła siękrynica wilczego spokoju, pomyślałby kto. Czytaj tam i nie rozpraszaj ani siebie, ani mnie, bo sięzatnęi nie będętaki piękny.

"Koty, dramatyzujące wszystko, nawet golenie. Zupełnie jak szesnastolatki swój pierwszy bal".

Wilki, emocjonalnie ekspresyjne jak posągi z Wyspy Wielkanocnej.

W takich przepychankach słownych i we wspomnieniach, tych pięknych i ciepłych, chciałem dzisiaj znaleźćodrobinęspokoju i siły.

Przegarnąłem rękądługie włosy. Zaplotłem warkocz zaczynający sięna czubkułba i opadający mi prawie do tyłka. Podobałby sięteraz naszej Andy.

"Masz więcej siły, niżjałącznie z Andy, Oleg. Zawsze byłeśnajsilniejszy z nas".

Mój Wilk, mój przyjaciel, mój brat, mój partner.Honi soi qui mal y pense. Iżeby było absolutnie jasne: to przez Andy i dla niej nauczyłem sięfrancuskiego. Języka oczywiście,żeby nie było,że tych innych rzeczy, to nie umiałem wcześniej.

"Kicia, weźsię, kurwa, ogól wreszcie, czy ki chuj tam robisz w tejłazience od ponad roku i złaźna dół. Za półgodziny mam telekomfęz Nowym Jorkiem i będziesz tu potrzebny. Dupa w troki i już, ruchy, Rudy".

Jak ja bym chciał,żeby on przestałkląć. Alex klnie od 1680 dni. Klnie jak szewc, jak Andrea. Podobno "ktośmusi w tym związku". Na pytanie "a dlaczego?" nie uzyskałem jeszcze odpowiedzi. Ma to być"dziecinne pytanie".

Dzisiaj zgolębrodę, bo wyglądam jak syberyjski drwal, którym byłem dawno, dawno temu. Maszynka, gdzie moja maszynka…

1683 dni nikt nie widziałAndy, a jeszcze dłużej nie szarpała mnie za kucyk, albo nie drapała mnie w brodę,łobuz straszny.Świat jakby jąpołknąłi nie chce wypluć. W sumie, nie dziwięsięświatu, Andy smakuje jak niebo. Ciągle pamiętam stal mięśni ukrytych pod delikatnąskórą, smak jej potu na moim języku, jej krzyk, urywany oddech, mój język w jej…

Tsun, chłopie, opanuj się. Opanuj się.

Ludzie o nas mówili, plotkowali o naszym układzie. Wszyscy trzaskali pyskami, a nikt nie wiedziałnawet, jak to było głębokie. Nikt oprócz Alexa nie rozumie, jak to jest, kiedy zamiast kulki jej radosnej, wiercącej sięenergii, patrzy sięna bordowąpieczęć, która nas od Andy oddziela.

Tęranępo Andrei będęwidziałdo jej naturalnejśmierci.

Oparłemłeb o lustro.

Bo ona umrze.

Musi umrzeć, my musimy jąprzeprowadzićprzezśmierći wyjśćpo drugiej stronie. Tak mówiła nasza przepowiednia. Dziwaczne? Serio? To jest dziwaczne? No, może w normalnymświecie jest.

Śmierćjest nie dziwaczna.Śmierćpo prostu jest.

Parvaneh

Schodzenie z roweru było bolesne.Bon, oui,nie chce mi sięnawet opisywaćjak bardzo. Niezależnie od tego, jak często jeżdżę, to i tak po tych 120 kilometrach zsiadanie, a potem siadanie na czymkolwiek robi się…pas tres drôle, niezbyt zabawne. Tyłek jakośdo konia przyzwyczaja sięszybciej niżdo siodełka kolarzówki.

Dziewczyna-ochroniarz wzięła ode mnie rower.

- Proszę, podpompuj mi koła, Bianca, mogęjej jeszcze potrzebować.Bon aprčs midi!- powiedziałam do kobiety w mundurze i poklepałam kierownicę, jakby to byłłeb konia.

Bianca ukłoniła siębez słowa i zabrała mój ukochanyśrodek lokomocji. Miałkolor prawie jakbonbonsŕla menthe, delikatnie i chłodno zielony.

Rower, zwłaszcza szosówka, pozwalałmi sięzmęczyći poczućciało, rozluźnićsięw trudnych momentach. Z siodełka widziałam tyle, ile kiedyś, dawno temu widywało sięz siodła. Mogłam patrzećnażycie, a nie tylko mijaćje, odgrodzona pancernąszybąsamochodu.

Tak, niektórzy z moich ludzi sarkali i krytykowali mojąpasję,mais naturellement! Oczywiście,że to robili! Nieśmiertelni to jedna z bardziej…,non, to po prostu najbardziej marudna z Nadnaturalnych ras. Moi pobratymcy nie tylko krytykująwszystko i wszystkich, umieszczajątakże zdania odrębne nawet w napisanych przez siebie pracach naukowych. Oczywiście wyrażajątakże opinie w sprawie, którąnawet nie powinni sięinteresować.

Nieśmiertelni mają… mamy obsesję,żeby byćzawszeBCBG, bon chic, bon genre. Zawsze piękni, zawsze doskonale ubrani, zawsze zwracający uwagęna to, jak jesteśmy, czy możemy byćoceniani. Ich królowa w spodenkach z pieluchą, w jadowicie różowej koszulce i seledynowym kasku jest obraząmajestatu.

Prawdęmówiącj’ai n’suis pas sűr, nie jestem pewna, czy władca może obrazićswój własny majestat?

Naturellement,moi ludzie mieli trochęracji. Zwykle sama byłamBCBG, ubrana dobrze i pięknie. Kocham kolory, tkaniny, uwielbiam jedwabie i skóry. Lubięto, co zakrywa i opływa, lubiękroje i cięcia. Ale nie, nie jestem jednąz tych mieszkanek Mediolanu, które zarabiająna modzie. Moja firma zarabia na wnętrzach.

Lubięzarabiać. Wiem,że mówienie o pieniądzachc’est pas trop chic, nie jest zbyt eleganckie, ale akurat hipokryzja finansowa nie jest cechąmojej rasy. Lubimy pieniądze i cenimy tych, którzy potrafiąje zdobywać.

Kiedyśto były dla mnie zasadnicze rzeczy:image, postrzeganie, zasady, odbiór społeczny. Przestałam sięnimi przejmowaćdopiero kilka lat temu, dokładnie po 13 maja 2055. Doskonale pamiętam ten wieczór. Jedyny mężczyzna, którego kiedykolwiek nazwałam "moim królem", "moim mężem" i "moim panem" powiedziałmi wtedy "przepraszam".

To było takie małe słowo!

A tak mocno mnie zmieniło.

Tout d’abord,na początku myślałam,że jedynym efektem usłyszenia tego słowa będzie radość, bo przecieżto niesamowite,że wreszcie udało mu sięto wydukać,n’est pas? Ale potem, później… jego małe "przepraszam" zaczęło we mnie pracować. Jestem twarda jak heban. Jak skamieniałe drewno. Niewiele rzeczy jest w stanie zarysowaćmojąpowierzchnię. Myślałam,że po tym wszystkim, co przeszliśmy we dwójkę, nic mnie nie zarysuje i wewnątrz. Tymczasem wśrodku zaczęło mi sięrozpychaćto małe słówko "przepraszam", a ja zaczęłam… widziećwiele rzeczy w nowymświetle.

Oh, lala, i to ile!

Kocham go, to wiedziałam.

Ale nie zdawałam sobie sprawy,że ciągle noszęw sobieżal! W dalszym ciągu, po tylu setkach lat miałam do niegożal! To "przepraszam", nigdy wcześniej jasno i na głos nie powiedziane, zaczęło czyścići pożeraćzłogi zadawnionych emocji. Jak odkurzacz wsysało w siebie to, co dawno jużnie powinno byćczęściąmnie: przestarzały ból.

Jużna drugi dzieńchciałam do niego zadzwonić,żeby zapytać…

Ale ja tak nie robię, prawda?Ce n'est pas fait.Nigdy nie dzwoniłam od razu. Zawsze trochęczekałam,żeby nie wyjśćna zbyt gorliwąlub, co gorsza, natarczywą.

Puis, później pomyślałam,że robięgłupio, bo przecieżto nie jestżadna "kwestia racji stanu", tylko relacja mężczyzny i kobiety, męża iżony. Jeśli chcęmu powiedzieć,że chciałabym,żeby nasza historia przestała nas dzielić, to czemu nie mogę?Bon, pourquoi?

Chciałam,żeby nasza separacja sięskończyła.Żebyśmy byli jak dawniej, jak przed "tym".

Nie wszystkie fortyfikacje między nami były dziełem Hyeon Ju, sama teżswoje zbudowałam. Dzieliła nas nie tylko zdrada, historia, brak "przepraszam", ale i mójżal. Uświadomiłam to sobie w 2056, bo jednak w 2055 nie odważyłam sięzadzwonić.

Kornik drążyłmi duszęi drążył, i dalej zmuszałdo myślenia.

Kwiecień2056 to byłmoment, w którym odkryłam,że szybka jazda na rowerze pomaga mi myśleć. Wtedy właśnie zaczęłam jeździći szokowaćmoich eleganckich i wyrafinowanych poddanych, dając im powód do plotek.

W czasie jednej z takich przejażdżek, robiąc tour dookoła Como, postanowiłam sięskontaktowaćz Hyeon Ju.

Mamy XXI wiek! Kobiety mająnawet prawo głosu! Na co mam czekać, na asteroidęi koniecświata?

Sprawdziłam dyskretnie, gdzie byłmój ukochany mąż, mojeświatło. Brzmięcomme une debille, non? Kiedyżyje siętyle, ile ja, udawanie,że jest sięzadurzonąszesnastolatką, nie jest złamaniem etykiety, tylko niewinnąprzyjemnością.

Nic jednak nie wyszło z wizyty-niespodzianki, bo byłczerwiec 2057, a mój mążbyłStanach. Mnie sprawy Nieśmiertelnych trzymały w Europie i w Chinach. Nie mogłam do niego dołączyć.

Tęskniłam tak,że zdarzało mi siępłakaćw poduszkę. "Tak robiąśmiertelne kobiety!" - mówiłam sobie,żeby sięzawstydzić-Moi, je suis la Reine!, przecieżjestem Królową…

Tyle tylko,że królowe teżcierpią,naturellement.

Kornik "przepraszam", które wypowiedziałHyeon Ju ciągle robiłswoje. Oczyszczał.

Donc,zatem tak właśnie zaczęła sięmoja przygoda z rowerem i ze spodenkami z pieluchą. Składam każdąniestosowność, którązdaniem moich ludzi popełniam, na barki mojego męża. Sąmocne, uniosątakie oskarżenie.

Mamy teraz drugąpołowę2058 i od półroku, czasem nawet kilka razy dziennie, sięgam po komórkę,parce que, bo chcęmu powiedzieć,że przyjeżdżam,że chcęgo zobaczyć, porozmawiać. Powiedzieć,że…

Że to było najdłuższe tysiąc lat w historii.Że nie chcęukrywaćnaszej miłości i małżeństwa, nie mam jużsiłznajdowaćpretekstów,żeby go zobaczyć.że chcęwejść, usiąśćna jego biurku i sprawić,że znowu zacznie mówićpo persku. Do mnie.Że go kocham!

Pas encore, pas encore,jeszcze nie. Jeszcze potrzeba nam pretekstów. Ale to sięniebawem skończy. Czujęto, skóra ażmi wibruje od oczekiwania.

- Kilka ważnych raportów - powiedziała mi Ukimo, moja asystentka, odbierając ode mnie buty. Zatrzymałam sięprzy niej.

Miała skóręo cudownie ciemnym kolorze, miękkąi gładką,comme le chocolat noir,jak ciemna czekolada. Kiedyśbyła partnerkąGeorge’a Napiera, jednego zżołnierzy mojego Hyeon Ju. Kiedyś… Ech.

- Cośważnego?

I tak przeczytam wszystko, jeśli nie teraz, to w nocy, ale wolębyćprzygotowana na to, co może na mnie czekać.

Podeszła bliżej. Jej echo, sposób, w jaki widzęmoich ludzi, było spokojne. Była jak skała, ta moja Ukimo.

- Sąwiadomości z Krakowa - szepnęła mi osoba zarządzająca moimi prywatnymi "szpiegami".

Nic nie powiedziałam, tylko skinęłam i weszłam do mojego gabinetu.

~~*~~

Godzinępóźniej siedziałam ze zmarszczonymi brwiami. Z jednej strony miałam to, co miećchciałam: dobry pretekst do kontaktu z mężem. Z drugiej… jak sięcieszyćz takiego czegoś?

Nie, nie mięknęna starość. Jestem drapieżnikiem, kiedy miękniemy, umieramy. I nie uważam tego określenia za przesadę. W końcu pijękrew. Mam na sumieniu kilka wojen, z czego jednąszczególnie krwawą. Zabijam, jeśli muszę. Stojęna szczyciełańcucha pokarmowego i bronięswojego miejsca z dzikościąi zażartością.Je sais, je sais, mam doskonałe politologiczne uzasadnienie: jestem na samej górze, bo jestem bardzo dobrym władcą.

Jeślibym nie była dobra, to każdy mógłby przyjśći wyzwaćmnie, podważając tym mojązdolnośćdo obrony pozycji,n’est pas?モw "każdy", jeśliby wygrała lub wygrał, stałby sięwładcą. Nieśmiertelni zyskaliby jako rasa, bo wspólnota zawsze zyskuje na rządach najlepszego. Jeśliby zaśprzegrała/przegrał, to Nieśmiertelni zyskują, bo władca sięnie zmienia i rządzi nimi najlepsza możliwa osoba.

Jednak tak sobie myślę,że kiedy obierze sięte dywagacje ze wszystkiego: ze słów, pojęć, terminologii,świętoszkowatości, to zostaje jedno: obrona pozycji na szczycie.

Non, c’est pas vrai.

Obrona własnegożycia.

Kiedy chcemy rządzićto, jak Zmienni, walczymy dośmierci.

Wyciągnęłam rękępo komórkę, w głowie układając tekst wiadomości do Hyeon Ju. Stylistycznie rozciągały sięod "Królowa Nieśmiertelnych pozdrawia WładcęZmiennych…" po "Tu veux me voir?". Skasowałam to ostatnie, jak wszystkie wcześniejsze.

Pfffff…. "Chcesz mnie zobaczyć?" byłoby jednak zbyt desperackie. Prawdziwe i sięgające ażdo dna duszy, ale jeszcze nie mogłam tego napisać.

Jest cośniebywałego w tym,że nie potrafiępo prostu napisać,że chcęzobaczyćwłasnego męża!Że nie mogęmu powiedzieć, jak przykro mi,że jeden z bliskich mu ludzi jest chory!Że chcębyćprzy nim! Jest cośstrasznego w tym,że muszępisać, zamiast iśćod niego i sięprzytulić.

Ridicule, no? Nie, to nie jest "niebywałe" czy "śmieszne", nawet nie jest "potworne". "Żałosne" jest najlepszym słowem.

Oto co oboje z sobązrobiliśmy.

Yi Hyeon Ju byłzbyt dumny,żeby powiedzieć,że strasznie…że popełniłgłupotę. A ja pielęgnowałam swojeżale, zamiast byćtąmądrzejsząi wyciągnąćdo niego rękę. Wolałam udawać,że zaciągam go do sypialni przypadkiem, iże to on mnie uwodzi, a ja siępoddaję. Jakbym miała dwadzieścia lat!Tralala.ヌa, c’est faux! Bzdura! Zawsze tego chciałam. Przynajmniej przez chwilęmogłam go mieć.

Komórka gapiła sięna mnie ciemnym ekranem. Patrzyłam na niąze zmarszczonymi brwiami.

- Chcesz jązastraszyć? Nie wystarczy, czy ja wiem… uruchomićaplikację? Chybaże … - rozłożyłramiona z typowo rzymskąafektacją- … ten model jest telepatyczny.

Stałw drzwiach, leniwie oparty o futrynę. Za jego ramieniem widziałam lekko uśmiechniętąUkimo. Prychnęłam i podeszłam go przytulić.

Fabri, mój najstarszy syn, pochyliłsię,żeby mnie ucałować.

Nie byłam niska, ale mój potomek i tak górowałnade mną. Wibrowałniepokojem, stresem i obawą. Rzadka mieszanka,parce que, ponieważmój syn jest zrównoważony i bardzo, bardzo potężny. Quintus Valerius Urbicus nawet własnejśmierci patrzyłprosto w oczy, odmawiając pochylenia przed niągłowy.

Odłożyłam komórkę, kwestięwiadomości do męża odkładając na trochępóźniej. Zabieram sięza to od trzech lat, wreszcie trzeba nacisnąć"send". Dziśdo niego napiszę.

-ヌa va,Fabri?

Martwiły mnie emocje, które w nim buzowały, tym bardziej,że tym razem ich nie ukrywał. Nie byłam przyzwyczajona do tego,że Fabri mnie niepokoi. Mam trójkędzieci i tylko jedno z nich sprawia kłopoty. Nie przez to kim jest, czy jakie jest, ale przez to, czego nie robi. Bo niewiele robi, ale to nie jest nowa rzecz i nie zmieni sięnigdy. Nieśmiertelni jak Ludzie, zmieniająsięrzadko i prawie nigdy z własnej woli.

Fabrizio stanąłprzy oknie, patrząc na Mediolan z góry. Rzymianie tak zwykle patrząna moje miasto, nie brałam tego do siebie.

- Muszęci o czymśpowiedzieć- powiedziałpo chwili, kiedy jużodwróciłsiędo mnie z westchnieniem.

- Poczekaj, ja także.

Mogłam rozmawiaći z nim, i z mojącórką, BazylisąCesarstwa Rosyjskiego, o wszystkim. Z dwójkąmoich potomków wiązała mnie nie tylko magia i miłość, ale i przyjaźń. Oboje byli, po Hyeon Ju, najbliższymi dla mnie istotami. Do Ragny zadzwonięza chwilę, ale Fabriemu powiem jużteraz. Ucieszy się,że przestajęzamykaćsięw swojej wieży z kości słoniowej,że przestajęudawaćbiernąksiężniczkę, która ulega presji konieczności politycznej i spotyka sięz mężem,żeby rozwiązaćjakiśmiędzyrasowy problem, która regularnie ulega jego urokowi i daje się…assez! I tak powiedziałam za wiele!

Chodzi o to,że ucieszy go to,że chcęmiećmęża. Nie"un mari", "a husband". Nie. Chcętego, który jest mój. Jego chcęi jego odzyskam. Ale najpierw sama powiem:pardonne moi, mon amour. Kornik jego "przepraszam" zrobił, co miałzrobići okazało się,że ja teżmam za co przepraszać.

Mój Fabri jest blisko i Alexa, i Olega, i Napierów, i mojego męża. Zawsze byłblisko Olega, od kilku lat zbliżyłsięi do reszty. Jakieścztery lata temu zapytał, czy mam z tym kłopot? Zaprzeczyłam. Nie, nie miałam. Cieszyłam sięz tego. Zupełnie, jakby … jakbym poprzez niego mogła byćprzy Hyeon Ju.

Pathétique, n’est pas?Tak, tożałosne, nie ma dwóch zdań.

Usiadłam przy nim.

- Wiesz,że dawno temu, kiedy jeszcze mówiliśmy po grecku, nie wtrącałaśw grekęobcych słów? Nawet perskiego - powiedział, zdejmując marynarkęi moszcząc sięwygodnie na kanapie, naprzeciw mnie.

Zaśmiałam się. Tak, on to pamięta. I wiecie, co robi mój potomek? Czuje moje napięcie i stara sięje zredukować.

- Zaczęłaśto robićdużo później. Najpierw to byłjakiśchiński dialekt.

Potrząsnąłgłowąz dezaprobatą, a ja sięroześmiałam. Fabri nie znałżadnego języka Azji, nie lubiłich po prostu.

- Potem byłrosyjski, ale szybko od niego odeszłaś, bo zakochałaśsięwe francuskim, który zostałz tobąprzez siedemset lat - uśmiechnąłsięlekko.

Przytakiwałam, milcząc.C’est vrai. Często wkładam w zdania jakieśwypełniacze językowe wzięte z francuszczyzny. Te wszystkie:bon alors, mais non,mais oui, quand męme, en effet. Nigdy chyba nie powiedziałam tylko niesławnego"ouais",czyli "noooo".

Mądrego mam potomka i przystojnego,n’est pas?Wysoki i muskularny, ciemnowłosy rzymski trybun, ze srebrem na skroniach i siwiznąna bródce, którąteraz nosił. Ogorzała twarz, bardzo jasne oczy i zmysłowe usta. Zmarszczki w kącikach oczu. Miałtrzydzieści osiem lat, kiedy umierałz ran i kiedy go Przemieniłam. Ja miałam chyba setkę. Byłam jak na ówczesne standardy młodym Nieśmiertelnym. Nigdy nieżałowałam swojej decyzji.

- Ale te językoweśmieci mająjeden wspólny mianownik - umilkł, a ja popatrzyłam na niego uważnie.

- Jakiżto? - byłam bardzo ciekawa tego, co powie.

Fabrizio widziałrzeczy, które chciałam ukryć. Zawsze. Nie było wiele osób, które umiały mi zwrócićna nie uwagę, on to potrafił.

Teraz sięuśmiechnął. Leciutko.

- Będęimpertynencki - ostrzegł.

Przechyliłam głowę.

- Bardziej niżzwykle?

Udał,że sięzastanawia.

- Tak.

Odchyliłam sięi oparłam sięwygodnie.Bon alors, to będzie ciekawe.

- Mów, Fabri, mów. Zaintrygowałeśmnie.

Pochyliłsiędo mnie, jakby nie chciał,żeby ktokolwiek usłyszał, co ma do powiedzenia. Te dzieci! Myślą,że rodzice nie wiedzą, co robią.

- Zaczęłaśte makaronizmy w czasach Kubilaja - zamarłam, a on mówiłdalej - Im częściej ich używasz, tym bardziej za nim tęsknisz - zaakcentował"nim",żebym przypadkiem nie myślała,że mówiło Kubilaju, starym bandycie.

Mój syn nie patrzyłna mnie, tylko na wibrujący kolorami obraz Miro, który powiesiłam naprzeciw biurka. Miałw sobie smutek, mój syn, nie obraz, i ten staryżal słychaćbyło w jego głosie.

- Kiedy jużspotkasz sięz nim, mówisz przez jakiśczas jak dawna ty. Normalnie, spokojnie. Później… francuski znowu wraca i wszystko sięzaczyna od nowa - podniósłgłowę- Mam dość.

- Moich makaronizmów? - byłam zaskoczona.

- Separacji.

- Chcęjąskończyć.

Jego "Separacji" i moje "chcęjąskończyć" zabrzmiały w tym samym momencie. Patrzyliśmy na siebie w milczeniu. Nie wiem, które z nas czuło większąulgę.

- Mów, synu - powiedziałam, szczęśliwa i lżejsza o tonę.

- Moi przyjaciele sątu i tam. Moja rodzina jest tam i tu. Ale moja lojalnośćmoże byćtylko w jednym miejscu. Teraz jest rozrywana, Parvaneh. Nie umiem i nie mogężyćz tak skonfliktowanymi wartościami. Pomyśl, co siędzieje z tobą? Co z Ragną? A z innymi? Z mojej strony - przesunąłsiębliżej i wziąłmnie za rękę. Pocałowałjąz szacunkiem i czułością- ogłaszam koniec wojny tysiącletniej.

Miałam zamknięte oczy. Fabri nie miałdanych, a jednak trafiłw punkt, w serce mojej decyzji. Potrząsnęłam głową,żeby wyjśćz moich dywagacji.

-Tu a raison- umilkłam, kiedy zobaczyłam, jakąma tryumfującąminę. Zaczęłam od nowa - Masz rację. I o tym właśnie chcęporozmawiać. Chcęto skończyć- powtórzyłam swojądeklarację.

Skinąłi czekał.

Później słuchałmnie, a jeszcze później ja słuchałam jego. To była bardzo długa rozmowa. Jedna z tych dobrych. Wyjaśnienia bez wyrzutów. Wyznania bez kajania sięi szukania wymówek. Informacje podane bez arogancji.

~~*~~

Fabri powiedziałmi,że mój wnuk miałsformułowaćnastępujące zdanie: skoro my, Nadnaturalni nie chcieliśmy sięzmienić, to zmiana sięzirytowała, przyszła i sama zaczęła sięwdrażać, mając w nosie nasze fochy i plany, wykorzystując ich trójkęjako narzędzie. Jestem pewna,że Alex użyłinnych słów, niż"zirytowaćsię" i "w nosie", ale odpuszczęsobie dopytywanie o szczegóły. Tym razem.

Nie, nie napisałam do Hyeon Ju.

Trochęinaczej zabrałam sięza realizacjęmojego scenariusza. Teżbędęnarzędziem zmiany.

Oleg

Umyłem twarz. Przyjrzałem sięsobie. Zero brody, która zresztąbyła i tak za długa. Ile razy zaczynam przypominaćtatę, wiem,że przesadziłem z zapuszczaniem się. XXI wiek to nie XIX, a ja jestem Uzdrowicielem Zmiennych, nie bojarem z Syberii.

O, teraz jest OK. Piękny Kot w całej okazałości.

"Kicia…"

Mołczi, Wołk. Każdy orze jak może. Każdy radzi sobie ze strachem na swój sposób. Ty straszysz innych, ja robięwszystko,żeby olśniewać.

"Za co mnie Chaos pokarałKotem, to nie wiem…"

Ja wiem, siedzęw twoimłbie. Czytaj, nie przeszkadzaj.

Na czym ja to skończyłem?

"Na urodzie".

A, tak. Prawda. Trzeba siępopodziwiać.

Jasna skóra, rude włosy, brwi i rzęsy, zielone skośne oczy. Czarne linie tatuażu otaczającego mojągłowę. Od karku ażdo obu skroni rozciągająsięgałęzie magicznego jesionu, od potylicy do połowy kręgosłupa sięga jego mocny pień. Dalej, wzdłużkręgów, ażdo lędźwi schodząjego korzenie. Drzewo, które przeszło na mnie z Alexa zawsze pomagało mi leczyć. Teraz jest bezradne jak ja.

Śmierć.Śmierćczeka na mnie na dole.

~~*~~

Kuba umiera na raka. Nic nie mogęna to poradzić. Mogęwyć, kiedy nikt oprócz Alexa nie widzi. Tylu pomogłem. Tysiące Zmiennych i Magicznych przeszło przez moje ręce i znalazło ulgę, a jemu, Człowiekowi pomóc nie mogę.

Mojażona jest gdzieśtam, daleko, już1683 dni. Mój przyjaciel umiera kolejny dzień. Moje wielkie, mocnełapy sąna nic.

To przynajmniej pójdęi mu poczytam. Oczy jeszcze mam niezłe.

"Idę, Wilku, przygotuj sięna wejście Kota, jeszcze piękniejszego niżzwykle".

Hyeon Ju

Rzym powitałmnie trochęnienormalnie jak na koniec września. Lekkim deszczem. Mżawką, która sprawiała,że ptasie odchody czućbyło mocniej.

Lubiłem Rzym w czasie deszczu, Mokry, ze strugami wody omiatającymi Fori Imperiali, zbierającymi sięw kałuże na płaskiej patelni Piazza del Poppolo i płynącymi strumieniami po Piazza Venezia. Rzym byłwtedy bardziej prawdziwy, bardziej na ludzkąmiarę. Dobrze było wiedzieć,że ta "stara kurtyzana", jak Rzym zwykła nazywaćmoja zaginiona synowa, Andrea, miała ludzkątwarz, takąbez makijażu i woalki.

Lubiłem biegać, mimo iżto nie jogging utrzymywałZmiennych w formie, tylko walka i nasze Bestie, w które sięZmieniamy. Zmiana zżera mnóstwo energii, dlatego jeszcze nie widziałem Zmiennego z nadwagą.

Biegałem, bo lubiłem. Lubiłem rytm, podobny do tego w miłości fizycznej, mający cośz powtarzalności mantry; lubiłem, kiedy z każdym przebiegniętym kilometrem głowa robiła sięcoraz to bardziej pusta. Kiedy biegłem, byłem tu i teraz. Nie było przeszłości, niepewnej przyszłości, Zmiennych na całymświecie, ukochanejżony, która bywała okresowo moim wrogiem. Nie było władcy i króla, ojca i kochanka. Nie było tysięcy lat na ramionach. Byłem ja i kilometry.

Lungotevere Gianicolense, starożytne Ianiculum. Nie pamiętałem ani Ianiculum, ani niedalekich Veiów, Rzymian i Etrusków w czasach Wiecznego Miasta. Nie poznałem Attyli, Barbarossy iświętego Franciszka. Mojeżycie było wtedy zupełnie gdzie indziej, na innym kontynencie. Byłem wtedy taki młody. Głupi. Porywczy. Różne części mojego ciała miały udziałw moich decyzjach. Mózg najrzadziej.

~~*~~

Uśmiechałem sięgorzko, do siebie i do swoich wspomnień, kiedy zobaczyłem samotnąpostaćsiedzącąna mokrejławce, ustawionej na ledwożywym kawałku trawnika, jednym z niewielu, jakie cudem jakimśocalały nad Tybrem po upałach. Widok byłzaskakujący. Powiedzieć"niecodzienny" byłoby kompletnym kłamstwem. Powiedzieć"rzadki" byłoby równieżdalekie od prawdy.

Kiedy jątakąwidziałem? Mojąjoon-am, mojeżycie, jedynąi ukochaną? Moją, a tak bardzo nie moją? Mokrą, niezwracającąuwagi na protokoły i zasady, na wygląd, na precedencję? W skórze, jakby zeszła prosto z konia lub motocykla? Chyba wtedy, kiedy Mongołowie niszczyli Azję, a my walczyliśmy ze sobą, nasze rzezie przykrywając ich rzeziami.

Nie widziałem jej prawie trzy lata. Owszem, bywały czasy, kiedy widywaliśmy sięnawet rzadziej, ale te trzy lata wyjątkowo mi ciążyły. Tęskniłem za nią, za jej zapachem, za jej poważnątwarzą.

Nie chciałem telefonami i komunałami wymienianymi za ich pośrednictwem burzyćjej spokoju, a przede wszystkim nie chciałem wywieraćna niąpresji.

Kilka lat temu Andrea przyniosła mi z jednego ze swoich zanurzeńw internet słowa przepowiedni. Andy była przekonana,że dotycząone mnie, mój przyjaciel i towarzysz od pierwszych dni, Akanishi no Yoshitsune, także byłtego pewien. Ja? Najwyraźniej także, bo inaczej pobiegłbym do mojejżony w momencie, kiedy tylko postawiłem stopęna europejskim gruncie, a wcześniej… odezwałbym sięprzynajmniej raz. Może tęsknota byłabyłatwiejsza do zniesienia?

Nie powiem, pozbywanie sięfrustracji i udowadnianie,że stary Irbis nie ma sobie równych w dojo, było satysfakcjonujące, ale ileżmożna?

"Gdy nie-człowiek porzuci dumę. Gdy motylżale odłoży. Gdy razem przekrocząi siebie, i zdradę, i krew. To, co im drogie, przeżyje. Razem nikogo nie zgubią. Inaczej wszystko zginie".

Takie znaki zapamiętała Andrea i takie zapisała, nie wiedząc nawet w jakim języku pisze, nie rozumiejąc przekazu zawartego w ideogramach. Za to ja go zrozumiałem, choćnie od razu. Dlatego właśnie nie chciałem wywieraćpresji na Parvaneh, która jest mojąpaniąi mojąkrólową, niezależnie od innych tytułów, które nosi.

Jestem tym "nie-człowiekiem", który trzymałsięswojej dumy przez wieki i wreszcie niedawno zdobyłsięna odwagęi powiedział"przepraszam". Nigdy wcześniej jej tego nie powiedziałem. Nikomu chyba tego powiedziałem, ale ona na te słowa zasłużyła. Ona, moja Parvaneh, motyl Persji.

Wyobraziłem sobie, co by sięstało, gdybym nie trzymałsięna dystans. Gdybym dzwonił, pisał, przyjechałze Stanów i spotkałsięz nią"w sprawie państwowej" i gdyby dowiedziała sięo tej przepowiedni. Moja dumna królowa nie dość,że nigdy więcej by mi nie zaufała, to przestałaby mnie kochać. Pomyślałaby,że chcęjej powrotu i jej samej tylko dlatego,że pragnęocalićmoich ludzi.

Tak by to wyglądało.

Po tym tysiącu strasznych i osobnych lat wydaje mi się,że wolałbym,żeby wszystko zginęło i odeszło, niżiżbym miałostatecznie utracićją. Mojąduszę. Parvaneh.

~~*~~

Zatrzymałem sięniedaleko niej. Wstała, ruszyła spokojnie w moim kierunku. Szliśmy w milczeniu przez kilkadziesiąt metrów. Uspokajałem oddech, spadało mi tętno, było mi chłodniej. Chłód mi nie szkodzi, zimno mi nie przeszkadza. Moja Bestia to Irbis,Śnieżna Pantera. Moje leża sąwśniegu, tam teżczujęsięnajbardziej sobą. Tam, i w ramionach kobiety, która kroczy przy mnie. Dumna jak tylko królowa byćmoże, zmoknięta jak kura, prosta jak włócznia iśmiertelnie niebezpieczna.

Kiedyśrecytowałem dla niej wiersze.

- Doszło do mojej wiadomości,że… - zawahała sięi umilkła.

Wybór słów zdefiniuje to, jak będziemy sięporozumiewaćtym razem. Co wybierzesz, sheereen am, moja słodka? Dziśprzemawiasz, czy mówisz do mnie? A może dziśwreszcie spróbujemy porozmawiać?

Co wybierzesz, moja Parvaneh?

W końcu podjęła decyzję. Moja królowa była zawsze odważna. "Poszła w bezpośredniość", jakby powiedzieli obaj moi synowie.

- Alex i Oleg sąod dłuższego czasu w Krakowie. Ponoćszykująsięnażałobę. Na kolejnążałobę. To prawda? - spojrzała w górę, patrząc mi prosto w oczy.

Mojażona, ze wszystkich sposobów komunikacji, które mogła była wybrać, od najbardziej intymnych, po najbardziej sztywne i formalne, wybrała zupełnie nieformalnąkomunikację. Jakby… jak nie robiła od setek lat. Poczułem niepokój.

Normalnie jako Królowa Nieśmiertelnych, powinna była zapytaćo zdrowie Inkwizytora, który jest także i jej potomkiem, i zatroszczyćsięo to, jak sięmiewa Uzdrowiciel, jego partner. Powinna zaniepokoićsięlekko, chociażnieprzesadnie, o mój dobrostan.

Ciekawe. Co robisz, moja królowo? Co tutaj robisz? Do czego zmierzasz,światło mojego serca?

"Co kombinujesz, Milady?" - jakby zapytałOleg.

"Co, kurwa, knujesz, babciu?" - jak zapytałby Alex, którego zdolności językowe budząmojąkonsternację.

Mam dwóch synów. Obaj, jeśli nie jeździli poświecie, wysyłani przeze mnie w sprawach naszego gatunku, mieszkali w Londynie, na to bowiem pozwalała im umowa z byłą/obecną/ciągle jeszczeżonąAlexa.

Teraz jednak przenieśli siędo Krakowa. Do domu, który dzielili kiedyś, krótko, ze swojąpartnerką/przyjaciółką/żoną/miłością, z Andreą. Przenieśli siętam,żeby zająćsięswoimśmiertelnie chorym, ludzkim przyjacielem. Razem z nimi w Krakowie byli wszyscy, którzy sączęściątej dziwacznej, Ludzko-Zmiennej Watahy, wszyscy, których razem trzyma więcej niżkrew i więcej niżmagia. Z całąpewnościąwięcej niżstruktury.

Dołączędo nich jutro rano.

Czekała w milczeniu na mojąodpowiedź. Przytaknąłem.

- Czemu nie Zmienicie tego chłopaka, skoro tak wielu osobom zależy na jegożyciu? - zapytała bezpośrednio.

Uniosłem brwi. Wzruszyła ramionami.

- Moi ludzie sąwszędzie. Kraków jest teraz, wiadomo dlaczego, jednym z centrów ich zainteresowania.

Teraz ja prawie wzruszyłem ramionami. Oczywiście,że byłcentrum zainteresowania.

Alex i Oleg byli tam od miesięcy, a ostatnio dołączyli do nich Napierowie z Mary Nitsch. Od tygodni siedziałtam Yoshitsune. Na nasze nieszczęście,śmierćnie boi sięgroźnych i dużych Szkotów, ani mroku i milczenia mojego syna, ani siły Uzdrowiciela, ani miecza mojego Kruka. Ani chemioterapii, ani radioterapii. Niczego sięnie boi.

- Bo Zmiana by go zabiła - powiedziałem po prostu.

Niech sięteraz dzieje, co chce. Za dużo sięzmieniało, za dużo sięzmieniło,żebym trzymałsięstarych sposobów postępowania i starego siebie. Nie z mojąhamsar am, nie z moimi synami, nie z moimi przyjaciółmi. Dość.

~~*~~

Tysiąc lat w chłodni mi wystarczy.

~~*~~

- Skąd to możesz wiedzieć? - zapytała niedowierzająco.

Do niedawna to, kto przejdzie, a kto nie przejdzie przez proces Zmiany, było w naszej rasie metafizycznątajemnicąi loterią.

- Wiem to, Parvaneh - wszedłem w bezpośredni styl komunikacji jak ona - Oleg widzi kompatybilnośćze Zmianą.

Powiedziałem to. Podałem mojejżonie, Królowej Nieśmiertelnych jak na tacy, prawdędotyczącąmojego gatunku. Coś, czego nie robiłem nigdy. Nie od czasów naszej wojny.

Parvaneh opadła ciężko naławkę, koło której przechodziliśmy. Podniosła na mnie zszokowanątwarz.

Piękna była moja królowa. Z oczyma jak płynny jedwab, z miękką, kremowąskórą, z ustami czerwonymi nawet bez szminki i bez upiększeń. Z włosami wysoko upiętymi na czubku głowy, w uczesaniu, które sprawiało,że jej szyja i kark były tak piękne i eleganckie,że znowu brakło mi tchu, kiedy na niąpatrzyłem. O wszyscy bogowie podziemi! Jak jąkochałem. Tysiąc czterysta lat temu, czy dzisiaj, nie ma najmniejszego znaczenia.

- Hyeon Ju, mężu - mówiła niepewnym szeptem - czy właśnie zdradziłeśmi…

Przykucnąłem przy niej, w geście tak mało eleganckim,że normalnie bym sięgo zawstydził, ale byłem poza tągranicą. Oparłem brodęna jej kolanie. Jej ciało było naturalnie chłodniejsze niżmoje, skóra czarnych spodni była mokra. Migdały iśnieg, zapach mojej Parvaneh, uderzyłmnie w nozdrza. Mój gest byłpoufały, prosty i bardzo nowoczesny. Do dziśbyłgestem całkowicie spoza naszego arsenału publicznych zachowań.

Popatrzyłem na nią, a moja niezwykła Parvaneh, dotknęła przemoczonego koka, którym próbowałem ujarzmićmoje włosy. Kilka kropli wody z czubka mojej głowy opadło powoli wzdłużjej palców, do nadgarstka.

- Uwielbiam twoje długie włosy - powiedziała, a jedna, bladoróżowałza stoczyła sięjej po policzku - Znowu je nosisz jak wojownik. Jak kiedyś…

Kiedyś… tak, dawno temu teżnosiłem długie włosy. Zgoliłem je, pozbyłem sięfryzury wojownika prawie tysiąc lat temu, na znakżałoby, kiedy zaczęliśmy nasząwojnę, po której z Parvaneh poszliśmy osobnymi drogami. Człowiek wżałobie nosi przecieżkrótkie włosy, prawda? Ja to wiedziałem, ona to wiedziała.

Nie tak dawno przestałem obcinaćwłosy, przestałem przypominaćeleganckich biznesmenów ze współczesności i zakończyłem swojążałobę. To stało siępo tym, kiedy uświadomiłem sobie,że mam rodzinę,że jakośzyskałem jąw ciągu wieków. Iże nie muszęjużnosićżałoby. Wtedy teżpostanowiłem,że jeśli mój syn będzie chciałpodpalićświat Nadnaturalnych,żeby odzyskaćmiłość, swojąi Olega, to stanępo ich stronie i przestanębyćwładcąi królem Zmiennych. Będęwalczyću ich boku, o ich prawo do szczęścia.

O swoje kiedyśnie walczyłem.

Ukłoniłem sięz dumą, odwróciłem sięna pięcie i po prostu odszedłem.

Byłem takim głupcem. Nawet nie mogłem powiedzieć,że młodym.

- Zdradziłeśmi tajemnicęswojej rasy, mężu. Mnie. Wampirowi!

Musiała byćwstrząśnięta, bo nie przerwała naszego dotyku i użyła wulgarnego określenia swojej rasy. Objąłem jej twarz dłońmi. Kciukami starłemłzy, płynące po policzkach.

- Powiedziałaśmi kiedyś, Parvaneh,że millenia przychodząi odchodzą, a my działamy tak samo. Zapytałaś"może toźle, Hyeon Ju,że my sięnie zmieniamy, mimo iżcałyświat sięzmienia?" Odpowiedziałem sobie na to pytanie. Po tylu setkach lat czas na zmiany, omr-am, mojeżycie.

Otworzyła usta,żeby cośpowiedzieć, położyłem palec na jej cudnie miękkich wargach, smakujących jak owoce granatu i jak radość.

- Nie chcę,żebyśmi sięodwdzięczała. Nie chcętej gry. Koniec, Parvaneh. Z mojej strony koniec tego, baletu. Kocham cię. I nic nie mów teraz. Miej chłodnągłowę, moja królowo. Moja decyzja nie jest twoją. Moje decyzje nigdy twoje nie były.

Zaczerpnęła powietrza. Opuściła głowę. Odsunęła sięo kilka milimetrów, jakby dystansując sięod mojej prawdy i decyzji. Wiedziałem,że tak zrobi, ale i tak, trochęto zabolało.

Moja Parvaneh, zawsze królowa.

Ucałowałem jej dłoń, ale nie wstawałem. Szukała mnie i jeszcze nie powiedziała po co.

Milczała dobrąminutę, bez ruchu, bez oddechu, zupełnie jak piękny posąg z marmuru. Kiedy podniosła głowę, miała w oczach coś, czego bardzo dawno nie widziałem.

To nie było coś… to byłbrak czegoś.

W jej oczach nie było ostrożności.

- Przyszłam zaproponowaćci umowę. Jeden z moich Synów może Przemienićprzyjaciela Alexa i Olega. Nasza magia leczy wszelkie ludzkie choroby i nie ma ludzi, u których sięnie przyjmuje.

~~*~~

Zamarłem. Magia w Przemianie Nieśmiertelnych faktycznie działa zawsze. Była jednak ekstremalnie rzadko wykonywana. W XVII wieku Nieśmiertelnych Przemieniano zbyt szybko i zbyt beztrosko. Wiele wampirów z tego okresu stało sięzagrożeniem dla wszystkich. Po tej katastrofie, którąw tamtych czasach ledwo zażegnano, bardzo zaostrzono kryteria Przemiany. Godzono sięna niąrzadko i dopiero po dokładnym sprawdzeniu kandydata.Łatwiej było wejśćdo Królestwa Niebieskiego niżzostaćwampirem, tak mówiono wśród Nadnaturalnych.

To dlatego fakt,że Fabri PrzemieniłMary Nitsch byłtak niesamowity. Rzadko to potężny Nieśmiertelny przychodzi do Człowieka z takąpropozycją. Zwykle to Ludzie, którzy sąblisko wampirów, prosząich o dar nieśmiertelności. Odwrotnie? Nie wiem, czy słyszałem o takim przypadku.

Ale teżMary nigdy nie była "zwykłym człowiekiem". Doktor nauk medycznych, patolog, matka jednego z przyjaciółAndrei, szef zespołu naukowego Zmiennego PBI i posiadaczka mózgu jak laser: jasnego i skupionego. Piękna, elegancka kobieta, a wżyciu prywatnym narzeczona Fredericka Napiera, jednego z moich utalentowanychżołnierzy i dowódców. Fabri znałMary od lat i magia zrobiła to, co czasem robiła: pokazała Nadnaturalnemu palcem Człowieka i kazała mu przeprowadzićtego Człowieka na nasząstronęświata. Mnie tak pokazała mojego syna, Alexa.

~~*~~

Teraz Parvaneh ofiaruje mi pewnośćocaleniażycia Kuby.

Jeśli chciała barteru za tęniezwykłąprzysługę, to byłem gotów przyjąćwszystkie jej warunki. Przynajmniej takąmiałem nadzieję, nie mając jeszcze pojęcia, co powie mi moja królowa. Chciałem "zwrócić" moim bliskim Kubę, w zamian za Andreę, którąpomogłem im odebrać.

- Jakie sązatem twoje warunki, o pani moja? - zapytałem z uśmiechem i nie ukrywając jużwięcej mojej miłości za zasłonąprotokołów i twarzy bez wyrazu.

Byłem nagi i otwarty na niąi naświat. Byłwe mnie strach, było i zaufanie. I ciekawość, które z tych uczućzginie wcześniej i jak bardzo zaboli kolejna utrata złudzeń?

Parvaneh pochyliła sięw mojąstronęi pocałowała mnie. Głęboko, namiętnie, z tęsknotą, jakiej nie czułem od niej od stuleci. Pocałowała mnie publicznie. Tego także nie zrobiła od setek lat.

- Zabierz mnie do Krakowa, Hyeon Ju. Po prostu zabierz mnie do Krakowa.

Zrozumiałem. Nie będzie warunków i targowania się.

Dlatego w samolocie zdradziłem jej więcej tajemnic. I nadmieniłem,że w Krakowie, kiedy będziemy miećspokojne momenty po… po Przemianie Kuby, powiem jej wszystko. O epidemii Zmiennych, zatrutychźródłach jedzenia, o kłopotach Magicznych.

Wiedziałem,że Parvaneh wie jużdużo. Fabrizio od początku uprzedzał,że nigdy nie zrobi niczego, o czym nie będzie mógłpowiedziećswoje matce i królowej. Od razu zapowiedziałi mnie, i moim synom,że przyjdzie taki moment,że pójdzie do Parvaneh,żeby wyjaśnićjej, co robiłi dlaczego. Nadmienił,że opowie oczywiście tylko swojączęśćtej historii. Zakładam więc,że Parvaneh wie prawie wszystko. Jest prawdopodobnie tylko jedna rzecz, której nawet Fabrizio di Savoia nie powiedziałby Parvaneh. Obawiałby się,że… cóż, bałby się,że Parvaneh urwie mu głowę.

Nawet najlepsza matka może sięzirytować, kiedy potomek jest nieodpowiedzialny.

Alex

Siedziałem przy stole w kuchni, obracając w dłoniach mojąukochanąfiliżankę, tęześlimakiem. Patrzyłem na Michała, który waliłrękąw ekspres do kawy, jakby to miało mu w czymśpomóc. W końcu oparłgłowęo ciepłą, czarnąpowierzchnię. Miałciemne sińce pod oczami i pochylone plecy. Godziny na klinice, na wykładach, przyłóżku Kuby robiły swoje.

Michałmiał, jak nasza Andrea, jak Wojtek i jak Kuba, trzydzieści pięćlat. Byłoddanym pracy chirurgiem, który teraz pilnował,żeby ostatnie chwile jego przyjaciela były jak najmniej bolesne.

Utalentowany programista, twórca gier komputerowych, milczący i czysty duchowo Kuba umierał. Miałglejaka.

Zdecydowaliśmy,że nie puścimy jużKuby do szpitala. Nie teraz, kiedy wiadomo było,żeżadna terapia mu nie pomoże. Chcieliśmy miećgo w domu, w ciepłym, bezpiecznym miejscu, gdzie sąwszyscy, którzy mogązłagodzićjego ból. Była i spokojna Mary, która jużdoszła do siebie po Przemianie, i trzymająca wszystkożelaznąrękągosposia, pani Oleńką, i kucharka Basia, która na stres reagowała tworzeniem ogromnej ilości jedzenia. ByłWojtek, blady, szczuplejszym po trudach Zmiany i początkowym treningu, byliśmy my, ja i Oleg, i Napierowie, i cichy Yoshi, którego siła przenikała wszystko i stawiała nas na nogi, kiedy wydawało się,że jużnie damy rady.

Miśka, który swojąbezradnośćznosiłjeszcze gorzej niżOleg, nie mogłem po prostu zmłócić,żeby pomóc mu otworzyćdurny mózg. A może mogłem? Może powinien to zrobićDrew, jeden z ulubieńców Andrei, który jak reszta jego braci, mieszkału nas od tygodnia? Obaj siędogadywali doskonale, więc może jak Andrew spuści Miśkowi leczniczyłomot, to wszystkim będzie lepiej?

"Może nie zawszełomot jest odpowiedziąna takie kłopoty, Wilku?" - zapytał, z prawie nieobecnym uśmiechem, mój Kot.

"Czasem trzeba użyćciała,żeby otworzyćgłowę. Na ciebie zadziałało, na mnie działa, na Andy działa. Czemu ma nie działaćna innych?" - wymądrzałem siębardzo moim i bardzo profesorskim tonem.

Odsunąłem Miśka od ekspresu i zrobiłem mu kawę. Włożyłem mu do niej z półsłoika miodu, zupełnie jakby była sobota, jakby wszystko było normalnie, jakby Andy była na górze, a Kuba na kanapie. Jakbyśmy za chwilęmieli zacząćśniadanie. Jakby nie minęło tyle długich lat bez Andy, tyle miesięcy, w czasie których Kuba nie mógłz nami usiąść. Ale Michałpotrzebowałszybkiej energii z tym zastrzykiem kofeiny. Inaczej padnie na podłogę, jak kupka trzęsącego siębiałka.

~~*~~

Oleg byłteraz z Kubą. Czytałmu "Trudno byćbogiem", starą, ponad stuletniąksiążkęStrugackich, którąkiedyśpodrzuciła mu Andy. Powieśćw dziwny sposóbłapała za serce. Przeczytałem jąpo kryjomu do końca i dochodzędo wniosku,że bogiem byćtrudno, ale jeszcze ciężej byćczłowiekiem, bo cokolwiek byśnie zrobiłi tak cośzdupczysz. Sorry Oleg, jużnie będęklął.

Nie wiem, czy sam nie wybrałbym czegoślżejszego, może "Wielki Guslar" Bułyczowa? Ale Kubuśmiałsłabośćdo pięknej Kiry i apetyt na poważniejsze starocie. Nikt nie odmawia umierającemu nerdowi.

~~*~~

Poczułem ojca. Bez zapowiedzi pojawiłsięna moim terenie, pod moimi drzwiami. Gniew urodziłsięi zapłonął. Kochałem go, serio. Bardziej niżjego kochałem tylko Andy i Olega. Ale czasem miałtak unikalnązdolnośćdo wkurwienia mnie,że ręce mi opadały i wolałem go nie widzieć, dopóki mi wkurw nie przejdzie.

Z drugiej strony rozpaczliwie chciałem,żeby byłz nami. Wszyscy potrzebowaliśmy jego siły i spokoju. Byłczęściątego pojebanego czegoś, co sięurodziło nie wiadomo skąd i nie wiadomo po co. Byłgłowąnaszej Watahy, chciałtego czy nie.

Ale dziścośmiłaziło po kręgosłupie i jakby to powiedziała Andy: "wlazło mi w dupę". Może pogarszający sięstan Kuby? Możeświadomośćbraku sprawiedliwości na tymświecie? My, wiecznie młodzi, prawie nieśmiertelni, a Kuba, genialny Kuba umierający…

Odezwałsiędyskretny dzwonek. Michałpodniósłgłowęi popatrzyłna mnie pytająco, kiedy nawet nie raczyłem podnieśćłba znad komputera.

- Nie otwieram - powiedziałem, patrząc na pusty ekran. Brzmiałem jak rozkapryszone książątko, którym byłem. Formalnie.

"Co ojciec robi przed naszymi drzwiami, Wołk?"

"Stoi se, Tigr".

Uśmiech. drapieżny i mało przyjemny. Mój Kot umiałbyćmało przyjemny, jeśli siępostarał. Obaj kochaliśmy i rozumieliśmy ojca, ale czasem mieliśmy mu za złe…wszystko. Także to,że nawet on nie umie zrobićcudu.

Zazwyczaj czuliśmy to jednocześnie, bo zwykle siedzieliśmy sobie nawzajem w głowach i emocje nam sięrozlewały. Dziśjest chyba taki dzień. Dzieńbuntu i wkurwu na cały bożyświat i jego niewinnych mieszkańców.

Kolejny dzwonek. Michałpatrzyłna mnie zdziwiony.

- Mój ojciec. Nie chcęgo widzieć.

- Teżtak mówiłem - odpaliłmi chirurg bez mrugnięcia - ale jak umarł, to dałbym wszystko,żeby, kurwa, przyszedł, wziąłi zadzwoniłdo drzwi. Niechby mnie nawet zjebał, jego sposobem, z góry na dół.

Michałstałoparty o stółi patrzyłna mnie.

-Śmierćmojemu nie grozi - powiedziałem, wiedząc doskonale,że zachowujęsięjak szczeniak. Michałpokręciłgłowąi odblokowałbramę.

- Tego nie wiesz, Alex. Nie maszżadnych, ale tożadnych gwarancji. Nawet wy umieracie. Czasem jesteśtakim tępym chujem,że mam ochotęcięwalnąć, przysięgam.

"Widzisz, Kocie,łomot zawsze jest dobrąrzeczą".

Oparłem głowęo chłodne drewno stołu. Wiedziałem teraz, co Andy widziała w waleniu głowąw twarde powierzchnie w chwilach desperacji. Oj, jak bardzo jąrozumiałem. Gdzie jesteśAndy? Gdzie jesteś, love? Gdzie jesteś? Jak ci tam jest? Co jesz, kto sięo ciebie troszczy, gdzieśpisz, Andy love?

"Ciiii, Wilku, ciii".

Zaczerpnąłem powietrza ażdo dna płuc.

Michałpodszedłdo drzwi i otworzyłje szeroko. Hyeon Ju stałw progu, patrząc na mnie pod wyciągniętąręką, wyższego niżmy obaj, lekarza.

- Mój syn nie chce mnie widzieć.

Nie pytał, stwierdzałfakt.