Czarne Miasto - Marta Knopik - ebook + audiobook + książka

Czarne Miasto ebook i audiobook

Knopik Marta

4,0

14 osób interesuje się tą książką

Opis

Losy śląskiej rodziny splecione niczym warkocz z tego, co realne, i z tego, co magiczne, prowadzą do odkrycia tajemnicy sięgającej wiele lat wstecz…

Wanda mieszka samotnie w Czarnym Mieście w ogromnym mieszkaniu pełnym mebli i wspomnień. Jej mąż Zdzisiek zginął w kopalni w Roku Zaćmienia, kiedy to zapadały się kolejne podziemne chodniki, a ludzie szukali schronienia w budowanych naprędce tunelach. W umierającym mieście, wśród duchów przeszłości, zaczyna się toczyć codzienne życie. Wanda nadal nie otrząsnęła się z żałoby, a jej córki, zwane siostrami Bebe, wyemigrowały do Białego Miasta. Jednak wspomnienia i sny nie pozwalają im uwolnić się od tragicznych wydarzeń…
Czarne Miasto jest niczym jeden z bohaterów powieści, którego losy, od narodzin do śmierci, utkane są z legend, fragmentów starych kronik i chaosu sprzętów pozostawionych przez kolejne pokolenia.

Czarne Miasto wciąga i ugniata bohaterów, pożera ich metaforycznie... To może być debiut literacki sezonu!” Wojciech Dutka, pisarz.

Marta Knopik jest absolwentką filologii polskiej, autorką scenariuszy dla Teatroteki Szkolnej prowadzonej przez Instytut Teatralny w Warszawie. Pasjonatka wypraw wysokogórskich, wycieczek rowerowych i nurkowania „Czarne Miasto” jest jej debiutem powieściowym, a zarazem początkiem cyklu opowieści z Czarnego Miasta.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 338

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 32 min

Lektor: Lena Schimscheiner

Popularność




© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2020

© Copyright by Marta Knopik, 2020

Projekt okładki: Magdalena Wójcik

Zdjęcia na okładce: © Patrick Guenette,

© Benjawan Sittidech/123rf.com

Zdjęcie Marty Knopik: © Maciej Zienkiewicz Photography

Retusz zdjęcia okładkowego: Katarzyna Stachacz

Redakcja techniczna: Kaja Mikoszewska

Redaktor inicjujący: Paweł Pokora

Redakcja: Barbara Kaszubowska

Korekta: Joanna Dzik

Skład: Klara Perepłyś-Pająk

Producenci wydawniczy: Marek Jannasz, Anna Laskowska

Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2020

ISBN: 978-83-66503-15-1 (EPUB); 978-83-66503-16-8 (MOBI)

www.wydawnictwolira.pl

Wydawnictwa Lira szukaj też na:

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Niekiedy

ROZDZIAŁ I
Wanda

Ostatnie dni października to czas, w którym powietrze w Czarnym Mieście zaczyna gęstnieć i tracić przejrzystość. Przez smugi dymu przebija jeszcze złoty blask słońca, powoli zalega jednak ciemność, która za kilka dni, z początkiem listopada, pochłonie całe miasto. Na razie czai się w brudnych bramach, w zapachu piwnic, ulatnia się z kominów i oplata dachy budynków. Powietrze ma lekko rdzawy posmak dymu, trochę podobny do smaku krwi. „To zapach ziemi ojców, zapach węgla” – mówią z dumą rdzenni czarnomieszczanie i wgryzają się w niego z lubością.

Wanda Bóbr nie jest jednak rdzenną czarnomieszczanką. Od kiedy mąż ją tu przywiózł w młodości, zasłania twarz szalikiem, narzekając na smród.

Obecne życie Wandy jest szare i monotonne jak krajobraz Czarnego Miasta. Spędza czas w starym fotelu, rozmyślając lub czytając. Wieczorami zasypia w gnieździe uwitym z koców, kołder i poduch, oświetlona melancholijnym, żółtym słońcem abażuru z frędzlami. Czarny pies o łagodnym spojrzeniu leży na tureckim dywanie koło łóżka i pochrapuje. W ogromnym mieszkaniu, w pozostałych pokojach, a także schowkach i przedpokojach, panują chłód i mrok. I tylko bańka światła chroni przed ich naporem, przed wniknięciem pod kołdry, koce, a potem pod piżamę i skórę.

Jest to przenikliwy chłód zapomnianych sprzętów, dawno niedotykanych ludzką ręką, chłód wielu niedogrzanych pokoi w tym wysokim na cztery metry mieszkaniu. Chłód nieczytanych książek i nieoglądanych zdjęć, chłód porcelanowych figurek stojących pojedynczo, parami, grupkami na komodach i regałach. Chłód krzeseł, na których nikt nie siada, oraz łóżek, w których nikt nie śpi.

Jest to chłód podszyty mrokiem, który wsączał się latami w dywany, obicia sof, w książki i ubrania, a teraz wydobywa się z niedomkniętych szaf, z szuflad komód, spod łóżek, otoman i skrzyń, wypływa spomiędzy podłogowych desek, z pęknięć i rys na ścianach.

Czasami Wanda czuje, że to mieszkanie jest smutną, opuszczoną istotą, rozrastającym się w chaotyczny sposób organizmem, którego macki rozpaczliwie przeszukują kolejne pomieszczenia w poszukiwaniu energii życiowej mieszkańców, którą się żywi. Jest to rodzaj symbiozy, jaki często występuje w naturze, kiedy zwierzęta czy rośliny współpracują ze sobą dla obopólnego dobra. Mieszkanie w zamian za energię daje schronienie i dzieli się skarbami, których ma w zanadrzu nieskończoną ilość. Kiedyś, w lepszych czasach, ten układ się sprawdzał, teraz jednak jest tu tylko Wanda. Córki dorosły i wyjechały do odległego Białego Miasta. Mąż nie żyje od lat, a ona sama jest smutną, opuszczoną istotą, w której niewiele pozostało energii życiowej, niewiele ma więc dla ducha domu, który wydaje się coraz bardziej wrogi.

Wanda wychodzi już tylko na krótkie spacery z psem. Idzie zawsze tą samą trasą, najpierw wokół podwórka, wzdłuż komórek na węgiel, potem przy murze przeciwległej kamienicy, następnie przez bramę na sąsiednie podwórko. Czarny pies, zwany po prostu Czarnym, na tej krótkiej trasie odwiedza swoje murki i drzewa. Raczej nie zmieniają wiele w wyznaczonym szlaku. Czasem w trakcie popołudniowego spaceru idą na pobliski skwerek, gdzie Wandzia spotyka się ze znajomą, Kazią, która wyłania się z mgły, sapiąc jak lokomotywa. Jej pies, Adonis, drepcze za nią na cienkich nóżkach dźwigających nieproporcjonalnie tłuste ciało.

Kazia lubi mówić o gotowaniu.

– Jaki ja przepis ostatnio widziałam w gazecie! Muszę wypróbować, jak syn do mnie przyjedzie. Taki zawijaniec z sera z warzywami albo, o, zupa krem z cukinii! To jest niezłe. Albo przegrzebki w winie! Albo dynia faszerowana warzywami po grecku i kalarepki po norwesku! Słyszałyście o takich daniach? Teraz to się inaczej gotuje. – Kiwa głową.

Pani Kazia namiętnie ogląda programy kulinarne, kupuje książki i zbiera przepisy z gazet. I o tych potrawach, programach i przepisach opowiada z wypiekami na twarzy.

Wanda i Kazia stoją tak czasami na skwerku, zatopione w dymie jak głębinowe ryby na dnie oceanu, i myślami konsumują egzotyczne, wymyślne dania, jakby były z jakiegoś lepszego kraju, w którym bez zdziwienia się te wszystkie rzeczy zjada naprawdę.

Dołącza do nich jeszcze Biała Irka z pudlem Gabrielem. Irka, wiadomo, zawsze na biało: białe buty, biała kurtka, biała czapka na białych włosach, do tego biały pudel ze srebrną obróżką. Ich jasne sylwetki wyraźnie odcinają się od rozmytych, burych konturów czarnomiejskiego krajobrazu. Jednak podczas stania na skwerku z wolna szarzeją, pokrywają się sadzą opadającą z nieba, nasiąkają dymem i wtapiają się w otoczenie, po czym – nieco poszarzali i wyblakli – idą do domu, by na kolejnym spacerze znowu porazić czystością i bielą.

Irka jest specjalistką od prania białego, od detergentów, wybielaczy, proszków, płynów i kapsułek. Czas pomiędzy spacerami spędza na namaczaniu, praniu, suszeniu, prasowaniu ubrań oraz na kąpieli, myciu i układaniu białych loków: swoich i psich, na pielęgnacji pięknego pudla przy użyciu szamponów i lotionów. W białej łazience stoją rzędami preparaty ściągane z różnych stron świata, w tym również z Ameryki, przysyłane przez siostrę bliźniaczkę, która dwadzieścia lat temu wyjechała na turystycznej wizie i nie wróciła, czasem tylko zadzwoni, przyśle zdjęcie, na którym stoi pod Statuą Wolności, koło Wielkiego Kanionu, na jakimś moście, w jakimś mieście, niezmiennie cała na czarno, z czarnymi włosami, czarnymi oczami, w czarnych butach, słynna w całej Ameryce specjalistka od prania czarnego.

Irka, gdy ją dopuścić do głosu, mówi zawsze, jak co uprać, na co uważać, czego użyć, jakie są najnowsze wynalazki i w czym się pierze w Ameryce, jakie oni tam mają pralki sterowane głosem, suszarki, co same rozwieszają, jakie zapachy i cudowności.

– Udało mi się wczoraj kupić proszek z Niemiec! – ogłasza z dumą. – Od razu wypróbowałam. Uprałam te białe ściereczki, o których wam ostatnio opowiadałam, te, co mi pożółkły, leżąc w szafce, i niczym nie dawało się przywrócić bieli. I doprały się za pierwszym razem! Bez namaczania!

– No popatrz! – oburza się Kazia. – A niby u nas te same proszki, te same marki. Zawsze nas ciulają. Z jedzeniem jest to samo! Kup kawę z Niemiec, to się dowiesz, jak powinna pachnieć i smakować! Albo słodycze czy ser. U nas sam plastik i sztuczne dodatki. Niemiec by tego nie zjadł.

– A pewnie. Niemcy to chodzą w bielutkich koszulach, a w oknach mają śnieżne firanki. A popatrzcie u nas: smętne bure szmaty w oknach i niczym tego nie dopierzesz – wtóruje Irka.

– Z owocami też oszustwo. Kup melona albo jakiś inny egzotyczny owoc. Wszystko bez smaku!

Wanda słucha uważnie i potakuje, ale sama mówi niewiele, częściowo za sprawą chroniącego przed dymem szala zasłaniającego usta i nos. Czasem coś mruknie, kiwnie potakująco głową. Słucha i robi wielkie zdziwione oczy, oczy zachwycone, oczy podejrzliwe zmrużone w szparki, półprzymknięte rozmarzone oczy lub wspierające, pełne wzruszenia, lśniące od łez. Czasem oczy pocieszające, oczy rozbawione z iskierkami śmiechu, oczy o spojrzeniu ironicznym lub sarkastycznym.

Po spacerze wraca do domu, idąc wzdłuż ulicy, po której suną smętnie brudne samochody z wolna wyłaniające się z mgły, a czasem zapowiedziany głębokim głuchym stukotem toczy się majestatycznie tramwaj. Obok niej przemykają pogrążone w dymie sylwetki czarnomieszczan, snujące się po zdewastowanym mieście jak potępione duchy. Wyłaniają się na chwilę, a potem rozpływają w powietrzu, nie pozdrawiając się wzajemnie, właściwie niemal się wzajemnie nie spostrzegając.

Przed szumem, stukotem i duchami Wanda umyka do swojej bramy, zamykając ciężkie, odrapane drewniane drzwi, pękające ze starości i piszczące w zawiasach, te same, w które w tysiąc dziewięćset czterdziestym piątym rąbali kolbami żołnierze Armii Czerwonej, kiedy w atmosferze terroru i strachu na pół roku zajmowali miasto. Opowieść o tym strasznym okresie Wanda zna od pani Genowefy, która z wypiekami na twarzy i na bezdechu, mimo upływającego czasu, opowiadała, że weszli, że bili, że gwałcili, że okradli, że spalili i splądrowali.

Po zamknięciu bramy robi się w sklepionym strzelistym łukiem przejściu ciemno, ale również ciszej i spokojniej. Wanda skręca do klatki schodowej i po drewnianych rozchybotanych schodach powoli pnie się do góry. Z roku na rok schody wydają się coraz mniej stabilne. Poręcze coraz bardziej tracą pion i odginają się na boki. Tralki, niegdyś rzeźbione, potem zastąpione zwykłymi, prostymi słupkami, a w końcu deskami, systematycznie znikają, wyrywane strudzonymi rękami czarnomieszczan, którzy w poszukiwaniu opału plądrują klatki schodowe i opuszczone mieszkania.

Kiedy staje pod drzwiami, za każdym razem ma jakąś chwilę zawahania, krótkotrwałe zastygnięcie z kluczami w dłoniach i pytaniem w oczach, czy to aby na pewno tu. Jakby nadal była trochę obca. Jakby po trzydziestu latach mieszkania w Czarnym Mieście, w tym osobliwym mieszkaniu, nadal nie była na swoim miejscu.

Przyjechała tu wiele lat temu, na początku lat osiemdziesiątych, z rodzinnego Kamiennego Miasta. Nie odczuła większej zmiany. Obydwa miasta były poniemieckie, oba obdrapane, pełne zaułków, brudnych bram, odpadającego tynku i szarości. Mieszkańcy obu miast nie czuli się gospodarzami. Eksploatowali, co było, co zostało po Niemcach, co przetrwało. Oba miasta wydawały się rozpadać, dryfować z wolna w kierunku dekonstrukcji i niebytu.

Na początku jej mąż, Zdzisiek, mieszkał w hotelu robotniczym. Potem dostał z kopalni małe mieszkanko w nieco nowszej części miasta, trochę bardziej komfortowe niż to, w którym mieszkał w Kamiennym Mieście, bo tam piece, brak łazienki, ciemna kuchnia i zimna woda. Tu było ciasno, ale wygodnie. Potem przyszły na świat dziewczynki i Zdzisiek, wbrew namowom, żeby poczekać, że na pewno wnet dostaną większe mieszkanie z kopalni na którymś z rosnących wokół miasta osiedli, znalazł, nie wiadomo skąd, ofertę zamiany ich przytulnej kawalerki na wielkie mieszkanie w starej kamienicy. Starowinka, która je zajmowała, nie żądała żadnej dopłaty. Chciała tylko mieszkać wygodniej, w mniejszym, ciepłym, łatwiejszym do posprzątania mieszkaniu. Jak Zdzisiek to załatwił, jakim sposobem dogadał się z panią Leokadią, to już jego tajemnica. Wanda dała się w końcu przekonać mężowi, który – oszołomiony liczbą pokoi i przestrzenią w mieszkaniu staruszki – nie mówił o niczym innym, tylko o tym, jak sobie pomalują i urządzą, co będzie w którym pokoju, że każda z córeczek będzie miała swój kąt, że będzie sypialnia, salon, spiżarnia, wielka kuchnia, jadalnia i nie wiadomo co jeszcze. Wychowany w wielkim ścisku wielodzietnego domu, gdzie nawet łóżko dzieliło się z rodzeństwem, zupełnie oszalał na punkcie zamiany i w końcu dopiął swego.

Spakowali swój niewielki dobytek i przenieśli się do mieszkania w kamienicy. Pomógł im kolega Zdziśka, Gienek, który na ten dzień pożyczył żuka z pracy. Zastali starowinkę, panią Leokadię Baumann, zapłakaną, daremnie próbującą wybrać i spakować to, co zabierze spośród niezliczonych przedmiotów nagromadzonych w trakcie życia, odziedziczonych po przodkach od pokoleń zajmujących piętro luksusowej niegdyś kamienicy w centrum miasta, kamienicy o rzeźbionych balustradach, marmurowych ścianach, zdobionej płaskorzeźbami i witrażami. Nie potrafiła zdecydować, co zabrać, a co zostawić. Miała spakowane tylko cenne rzeczy, jakieś srebra i biżuterię. Brała w ręce kolejne przedmioty: lampy, książki, kryształy, pledy, obrazy, poduszki, po czym odkładała je i szła dalej. Pokój po pokoju. Godzina po godzinie.

Każdy przedmiot miał tu swoją historię, z każdym wiązała się jakaś opowieść.

– Ten zegar – mówiła szeptem starowinka – moi rodzice zakupili u słynnego zegarmistrza, którego zakład był przy placu Cesarza Franciszka Józefa, Kaiser Franz Josef Platz, później, po trzydziestym dziewiątym, nazwany placem Adolfa Hitlera. Pamiętam z dzieciństwa, jak ojciec dumny był z zakupu, bo wiecie państwo, zawsze lubił sceny mitologiczne, a te rzeźbienia to porwanie pięknej Europy. Matka stawiała zegar na kominku. Służąca go nie lubiła, bo trudno było odkurzyć, tyle tu szczegółów, postaci i zawijasów. – Odstawiała zegar i brała w dłonie kolejny przedmiot, tym razem zdobioną paterę, porcelanową figurkę, jakiegoś jelonka, pastereczkę, i o każdej rzeczy mówiła parę słów. – Widzą państwo, to jest jajo Fabergé, myślę, że cenne, choć sama nie wiem, bo to chyba nie oryginał. Dostałam je od Johana, kiedy wrócił ze studiów z Wiednia. To był dobry chłopak, od dzieciństwa mieliśmy się ku sobie. Popatrzcie, to się otwiera, a w środku jest mała karuzela, z konikami o białych grzywkach, bo my jako dzieci lubiliśmy karuzele. I raz na jednej karuzeli, jako dzieci, obiecaliśmy sobie, że będziemy mężem i żoną. Ale nie było nam dane – westchnęła.

Pani Leokadia nie miała rodziny, nie miała nikogo, komu mogłaby dać to wszystko, te skarby opowiadające historię wielu pokoleń. Nie potrafiła ogarnąć tego ogromu rzeczy ani niczego wycenić. Rodzina Bobrów w końcu chciała się wycofać, ale skończyło się tak, że Zdzisiek zaproponował, że pani Leokadia może wszystko zostawić i przyjść po swoje rzeczy, kiedy będzie chciała, że niczego nie wyrzucą i wszystko dla niej zatrzymają. Starowinka, uspokojona, spakowała się w ciągu paru godzin i Zdzisiek przeprowadził ją do nowoczesnej kawalerki. Poukładał jej zastawy stołowe i ozdobne sztućce w szafkach kuchennych. Pozawieszał zasłony, przewiózł meble i komody, które Leokadia wybrała. Razem z Gienkiem do późnej nocy nosili kartony z obrusami, ubraniami, najróżniejszymi pamiątkami, aż staruszka, widząc zapełniające się mieszkanie, powiedziała „dość”. I jak wcześniej ustalili, resztę rzeczy zostawiła. Nigdy ich nie odebrała. Była ze dwa razy, raz po album ze zdjęciami, raz po jakąś szkatułkę, której dłuższą chwilę nie umiała znaleźć, aż w końcu triumfalnie odkopała w jednej z szuflad.

Tak rodzina Bobrów znalazła się w owym mieszkaniu nie do ogarnięcia, bogatym w niezliczone przedmioty: bibeloty, dywany, obrusy, pełnym komód, regałów z książkami, otoman, lamp i zegarów. W mieszkaniu jednocześnie wspaniałym i paskudnym, bo przecież zapuszczonym, dawno nieremontowanym, chaotycznym, zbyt pełnym sprzętów, którym pani Leokadia widocznie się poddała, ich historii i nieogarniętej wielości; sprzętów w większości starych i niemodnych. Czuć było zapach tego bezwładu, zapach rezygnacji i niemożności opanowania rozrastającej się do wewnątrz siedziby.

Ich skromny dobytek składał się z pralki Frani, czarno-białego telewizora, sześciu kartonów ubrań, dwóch kartonów ze sprzętami kuchennymi, czyli dwa garnki, patelnia, tanie talerze, sztućce, szklanki (sześć sztuk) oraz z sześciu ręczników, pościeli i jednego kartonu z lnianymi ściereczkami i obrusami podarowanymi przez matkę Wandy, która całe życie przestała przy krosnach w fabryce lnu w Kamiennym Mieście. Te obrusy, drukowane w egzotyczne krainy, dalekie kontynenty i wyspy, w mięsiste kwiaty, palmy i zwierzęta, stanowiły jedyny element ozdobny ich dobytku, jedyny łączący funkcję użytkową z estetyczną. Wszystko inne było praktyczne, konieczne i używane codziennie. Nic nie było na potem, na kiedyś, na później, od święta czy na niedzielę.

Byli młodym małżeństwem, na dorobku. Talerzy mieli tyle, żeby można było zjeść obiad, a garnków tyle, żeby go ugotować, ubrań tyle, żeby nie chodzić na golasa. Żadnych zbytków, obrazków, pamiątek, bibelotów. Jedno ślubne zdjęcie, na którym siedzą bladzi i przestraszeni. I tyle.

W mieszkaniu na Szerokiej przeżyli szok cywilizacyjny, jakby ktoś przeniósł ich w inną rzeczywistość, do krainy, gdzie żyją ludzie o zupełnie odmiennych potrzebach i zwyczajach. W tej krainie ma się na przykład sześć serwisów obiadowych, bo tyle pani Leokadia zostawiła, a zabrała ze sobą tylko jeden, sześć serwisów obiadowych i kawowych, z cukiernicami, imbrykiem, delikatnymi filiżankami. Każdy zestaw z innym wzorkiem, zdobieniem, złoceniem, malunkiem, bo jeden biały z delikatnymi zawijasami srebra układającymi się w kształt liści, drugi w maki malowane pędzlem, jakby rozwiane przez wiatr. Niektóre komplety miały mnóstwo elementów.

– Pół miasta można by zaprosić! – śmiał się Zdzisiek, gotów zorganizować przyjęcie dla wszystkich ludzi, których znał.

Na co Wandzia z przerażeniem wykrzykiwała:

– Patrz, Zdzisiu, tu są jeszcze takie małe miseczki pod spodem! Matko Boska! Ile tego! Chowaj to, Zdzisiek, bo się pogubi. Nie ruszaj! Nie nasze!

Te ich skromne kilka talerzy, które wydawały się w sam raz, mimo że jeden się wyszczerbił, a dwa inne zmatowiały, teraz wydawały się biedne i brzydkie. Poczuli się oszukani. Myśleli, że mieli, co trzeba, tyle, ile inni, takie jak inni. A teraz widzą, że wcale nie, że można inaczej, piękniej. Wanda wspominała opowieści swojej matki, jak to kiedyś, za dziecka, jeszcze na wsi w domu dziadków Wandy, jadło się z jednej michy postawionej na środku stołu, a trzeba się było spieszyć, żeby ci inni nie zjedli.

– Przy jedzeniu się nie mówi, bo kto mówi, zamiast jeść, będzie głodny. A najważniejsze to być najedzonym – powtarzała matka, nauczona tej żelaznej zasady z domu.

Owszem, ponoć mieli talerze, kilka sztuk, wielkie i ciężkie, gliniane, ale to od święta. A na co dzień micha wystarczyła.

Wanda jeździła w odwiedziny do dziadków na wieś jako dziecko i żadnej michy na środku stołu nie pamięta. Mieli talerze, zwykłe, białe. Może któreś z dziewięciorga dzieci dziadkom kupiło. Rozjechały się te dzieci po świecie, a potem odwiedzały rodziców, zawsze z jakimś praktycznym prezentem, bo kto by tam jakie głupoty kupował. Pewnie i talerze dziadkowie dostali. Ale gdyby oni usłyszeli, że można mieć w domu sześć kompletów talerzy, a każdy inny, inaczej zdobiony, malowany, toby nie uwierzyli w takie bogactwo i zbytek. Owszem, malowane talerze były, ale kto by na tym jadł! Malowane talerze wieszało się na ścianie jako ozdobę. Miały przecież z tyłu taki sznureczek do zawieszania. A kto tam słyszał o serwisie kawowym! Były kubki gliniane, z których tak dobrze smakuje woda ze studni, a można też kawy zbożowej nalać z garnuszka, jak się na piecu naparzy, a i kompot z gruszek albo jabłek. Dzban na wodę, kubki gliniane i wystarczy. Po co komu więcej? A te wszystkie fikuśne małe filiżanki uznano by za zabawki dla lalek. Dziadek by tego złapać nie umiał, palca by w uchwyt nie wcisnął, zmiażdżyłby swoimi spracowanymi dłońmi.

Wanda i Zdzisiek mieli szklanki, nie gliniane kubki, do szklanek zaś uchwyty, nakładki, żeby się nie poparzyć, jak się kawy naleje albo czarnej herbaty z puszki z kwiatkiem. Nakładki Wanda zrobiła na szydełku.

– Teraz szklanki modne, kto by z tych staromodnych naparstków pił – śmiał się Zdzisiek, przekładając kolejny komplet z jednego miejsca w inne podczas sprzątania i oswajania mieszkania.

Jak pokazały kolejne lata, była to praca daremna, bo mieszkanie na Szerokiej nie dało się oswoić, uporządkować, ogarnąć, było obojętne na próby Bobrów, żeby to jakoś wszystko poustawiać, posegregować, posprzątać i zrobić sobie trochę miejsca do życia. A czasem, jak skrycie podejrzewała Wanda, jakaś mroczna siła im to uniemożliwiała, jakaś szafa, którą chcieli uporządkować, nie chciała się otworzyć, a jeszcze wczoraj przecież się nie domykała i co człowiek próbował ją zamknąć, to drzwi się uchylały z piskliwym skrzypnięciem – a teraz, proszę, nie otworzysz.

I jeszcze te figurki stojące na półeczkach, stoliczkach i komódkach, te figurki ciągle patrzące na Bobrów zimnymi oczami. Pastereczka niby patrzy na gąski, baletnica niby zajęta tańcem, młodzian niby wpatrzony w ukochaną, nimfa cała w pląsach – a Wanda czuje, że patrzą na nią, gdy idzie przez pokoje, że śledzą jej każdy krok.

– Wezmę karton – mówi do Zdziśka – pochowam te figurki, bo dziewczynki biegają, nie daj Boże potłuką.

Nie powie przecież, że na nią patrzą, że podglądają, że się z niej nabijają, że miny robią za plecami. Popukałby się w czoło.

Idzie z kartonem przez mieszkanie i... nie do wiary, nie ma figurek! Stały tutaj, na tej komodzie, na tej półce, na tym stoliczku, a nie ma! No, owszem, są figurki zwierząt, ale do nich żadnych pretensji nie ma: ani do kotków, ani do jelonków, ani do piesków. Gdzie ta nimfa śmieszka, gdzie ten pół kozioł i pół człowiek, gdzie pastereczka, młodzian, baletnica?

– Pewnie dziewczynki wzięły do zabawy. – Zdzisiek wzrusza ramionami. – Daj, Wandzia, spokój, nie potłuką. Daj się dzieciom bawić.

Jednak dziewczynki odpowiadają, że o żadnych figurkach nie wiedzą, że one sobie dzisiaj cały dzień rysowały. I Wanda się poddawała. A po jakimś czasie figurki się pojawiały. Najpierw pastereczka, potem młodzian i jego ukochana z całą resztą. Czasem Wanda spostrzegała jakąś wcześniej niewidzianą figurkę: fauna, boginkę, królewnę, aniołki, pastuszka, i zachodziła w głowę, skąd to, jak to? Czy one się mnożą? A może wypełzają nocami z zakamarków?

Oj, trudno było zrobić dla siebie miejsce w tym mieszkaniu! Skoro zobowiązali się jeszcze przez czas jakiś niczego nie wyrzucać, gdyby pani Leokadia przypomniała sobie nagle o czymś ważnym i cennym, skazani byli na przekładanie rzeczy z miejsca na miejsce. Trzeba się było nagłówkować, żeby zmieścić w kredensie swoje szklanki, żeby wepchnąć w komody swoje ubrania, bo najpierw trzeba wyciągnąć, co się zastało po poprzedniej właścicielce, poprzekładać, poupychać, pochować do szaf, pawlaczy, spiżarek. Długi i mozolny był proces osiedlania się, choć na początku rzeczy mieli niewiele.

Wanda może by wybłagała u Zdziśka, żeby jednak wymyślił sposób, jak pozbyć się tego mrowiska skarbów, ale za zachowaniem stanu rzeczy w jego chaotycznym trwaniu, przesypywaniu i przekładaniu z miejsca w miejsce, ze sterty na stertę, przemawiał niesłabnący entuzjazm dziewczynek, które jak tylko trochę podrosły, zaczęły eksplorować mieszkanie z jego wszystkimi zakamarkami. Zatrzaskujące się przed Wandą szafy, zacinające się szuflady komód, na amen pozamykane skrzynie stały otworem dla tych dwóch rumianych, rozradowanych istot, które napełniały pokoje piskiem zachwytu nad kolejnymi znaleziskami. Wanda Bóbr miała wrażenie, że kiedy córki przechodzą przez mieszkanie, całe w świergotach, podskokach i obrotach, łagodnieją rysy postaci na obrazach i fotografiach, jakby cień czułości zmiękczał ich surowe spojrzenia, że zimne i wrogie twarze figurek rozgrzewa cień uśmiechu. Na nią, Wandę, portrety patrzyły surowo: na jej stare kapcie, podomkę, szlafrok, poplamioną bluzkę, patrzyły z dezaprobatą, z naganą, toteż Wandzia coraz częściej czesała się porządnie; mimo że od rana sprzątanie, pranie, prasowanie, gotowanie, to ubierała coś ładnego. Jej matka by się w głowę popukała, gdyby zobaczyła, że bierze się do prac domowych uczesana, w bluzeczce i apaszce.

Z czasem jednak wbrew temu, co Wanda mruczała pod nosem, zadomowili się nieco i z miesiąca na miesiąc coraz bardziej przyzwyczajali się do sprzętów, figurek i obrazów. Rodzina Bobrów adoptowała, jeden po drugim, portrety przodków, tak pozornie surowych i obcych. Najpierw tego w białym, wysoko postawionym kołnierzu, „wujcia Gniewka”, jak nazwały go dziewczynki. Różnił się od reszty, bo włos miał zmierzwiony, jakby z szychty wracał pod wiatr, spojrzenie ogniste, trochę poeta wieszcz, trochę uciekinier z domu wariatów.

– Co wujcio się tak jeży? – mruczała pod nosem Wanda, nakrywając do stołu. – Dziś pomidorowa, samo zdrowie.

Wujcio Gniewko wisiał w jadalni, do której przechodziło się z kuchni przez dwuskrzydłowe rzeźbione drzwi, na wprost okien, tak że najczęściej znajdował się w plamie światła, co nadawało jego spojrzeniu, mimo szaleństwa w oku, życzliwość, a całej postaci raczej zabawny niż jakiś tragiczno-romantyczny rys, co być może było zamiarem malarza. Informowano wujcia, co na obiad, co na drugie, co do kawy, że ciasto dobre się kupiło, że kompot trzeba wypić, bo skwaśnieje, że dziś będzie bez mięsa. A wujcio się wtedy nabzdyczał, patrzył wzrokiem szalonym i gniewnym, jakby właśnie żądał mięsnego obiadu, że jak można tyle cukru spożyć w ciastku, że pomidorowa to jednak nie jest królowa zup i nie ma się czym chwalić.

Grę w wujcia zaczął chyba Zdzisiek, kiedy to przy urodzinach uniósł w stronę portretu kieliszek i wygłosił toast. Wszyscy spojrzeli na obraz. Przodek się zjeżył z uniesieniem, a obecni: sąsiad z drugiego piętra, kolega z pracy Gienek, brat Zdzisia z małżonką, roześmiali się, bo – doprawdy – cała postać zdawała się wołać, że wódki nie pije. Od tego dnia Bobrowie zagadywali do portretu, a kiedy przodek pani Leokadii zyskał już przydomek i został mianowany członkiem rodu Bobrów przez nadanie mu statusu wujcia, poszło łatwo. Wandzie to nawet weszło w nawyk, że do wujcia parę słów mówiła, gdy przechodziła przez jadalnię.

Ośmielona adopcją wujcia Wandzia zaczęła z uwagą spoglądać na pozostałe portrety. W jadalni wisiał również portret damy w czarnej sukni z dużym, białym, haftowanym kołnierzem. Wokół szyi dama miała owiniętą futrzaną etolę. Miała też, i to łączyło ją z wujciem Gniewkiem, osobliwą fryzurę. Otóż jej ciemne, mocno kręcone włosy podzielono na trzy części w taki sposób, że część środkowa sterczała na czubku głowy i tworzyła płasko zakończony stosik, a pozostałe dwie rozczesano na boki tak, że zasłaniały uszy. Fryzura ta upodabniała damę do fantazyjnie ufryzowanego czarnego pudla z wiszącymi uszami. Pudlom dobrze w takim uczesaniu, kobietom nie. Nigdy na żadnym portrecie, w żadnym albumie ani w żadnym filmie historycznym Bobrowie nie widzieli tak dziwnej fryzury. Nie pasowała do żadnej epoki, nie pasowała do sukni i do miny owej damy. Nawet przez chwilę się zastanawiano, czy ktoś jej tych włosów nie domalował, ale badanie przeprowadzone z pomocą latarki i lupy pokazało, że nie. Opozycję do absurdalnej fryzury stanowiła mina owej damy, mina osoby rzeczowej, rozsądnej i trzeźwo patrzącej na życie. Damę nazwano Adelajdą.

Jej portret wisiał pomiędzy oknami, na wprost wujcia Gniewka. Adelajda wpatrywała się w niego bez sentymentu, surowo, trochę z pogardą i może naganą. Zresztą na wszystkich patrzyła z wyższością. Może ta harda mina miała zamaskować zawstydzenie z powodu głupiej fryzury? Wszak wiadomo, że najnieprzyjemniejsi, najsurowiej komentujący zachowanie, wygląd i dokonania innych są ludzie zakompleksieni. Tacy, co noszą w sobie jakiś brak, a raczej przekonanie o jego istnieniu. I tak biedna Adelajda, wiedząc, że jej uczesanie jest absurdalne i nietwarzowe, broni się przed szyderstwem innych hardą miną. Najeżone spojrzenie wujcia Gniewka nie ułatwiało sprawy. „Jak tyś się uczesała?!” – krzyczały jego szalone oczy. Adelajda zaś patrzyła na niego surowo, na jego kołnierz wieszcza, na rozwiane włosy i mówi w odwecie z pogardą, którą manifestuje jej uniesiona brew: „Mój drogi, na kogo ty się kreujesz? Na kogo pozujesz?”.

Może dlatego wujcio Gniewko i Adelajda zostali zaakceptowani przez Wandzię i resztę rodziny, że wydawali się bardziej ludzcy niż reszta postaci na obrazach. Ludzkimi czyniły ich niedoskonałości – te okropne fryzury – oraz spojrzenia pełne emocji. Pozostałe portrety przedstawiały ludzi apatycznych, bez historii, bez życia, ale z czasem i ich oswojono. Wszak spotykano się z nimi codziennie. Zadziałał mechanizm przystosowania. A jak się już przyzwyczajono do ich strojów, sukni, surdutów, pereł, szabli, wąsów, gorsetów, to zauważono, że, o proszę, ci państwo w salonie jak nic muszą być rodzicami wujcia Gniewka, bo oczy tej pani mają błysk szaleństwa, a nos tego pana jest wąski jak u Gniewka i linia ust identyczna. Surowi i poważni państwo zostali więc Gniewczyńskimi. Okazało się, że w różnych zakątkach mieszkania Gniewczyńskich było więcej, co poznawano po oczach, nosach, ustach i uszach. Wszyscy byli dość poważni, raczej powściągliwi – poza Gniewkiem, który kipiał od emocji.

Natomiast w bibliotece, do której wchodziło się przez salon, królowała Chuda Dama, cała w czerni. Jej podłużna twarz wyrażała bezbrzeżny smutek kobiety samotnej i niekochanej. Od tego portretu wiało chłodem. Cała biblioteka wydawała się smutna i mroczna. Przewieszono więc z salonu jednego z rozlicznych Gniewczyńskich, żeby jakoś przełamać ponurą atmosferę tego pokoju. I pomogło. Rumiany, energiczny Gniewczyński był lekiem na smutki Chudej Damy. Do pomieszczenia można było odtąd wchodzić bez obaw.

To samo oswajanie, które praktykowano w przypadku obrazów, dotyczyło zdjęć w ramkach i albumach. Przedstawionym tam postaciom wymyślano imiona, a za imionami szły opowieści, w które z czasem uwierzono. W końcu rodzinne fotografie pani Leokadii wymieszały się ze zdjęciami rodzinnymi Bobrów, jakby wszyscy byli wielką, wielopokoleniową familią, a nawet było widać, że podobni są jedni do drugich, że niemal tacy sami, że Wandzia ma takie samo spojrzenie jak stryjenka Zosia w białej sukience, co stoi z bukietem lilii, a Zdzisio ma profil jak dziadek Dionizy, zupełnie identyczny. I nikt nie pamiętał już, że przecież Dionizy jest dziadkiem adoptowanym, że Zosia wcale nie jest żoną żadnego stryja, a może nawet nie ma na imię Zosia.

Z własnych zdjęć, nim się wszystko całkowicie wymieszało, oprócz nieudanego ślubnego Bobrowie mieli kilka fotografii zabranych z domów rodzinnych. Do tego skromnego zbioru z czasem dodano ujęcia dziewczynek. Zdjęcia z domów rodzinnych to były głównie takie ustawiane u fotografa, na których wszyscy stali lub siedzieli sztywno, ufryzowani, ubrani odświętnie, gładcy, wyretuszowani tak, że wręcz stawali się podobni jeden do drugiego. Jedna fotografia była nietypowa i – jak pomyślała Wandzia, kiedy ją pierwszy raz zobaczyła – dość frywolna jak na lata, kiedy ją zrobiono. Zdjęcie to przedstawiało jej rodziców jako zupełnie młodych i roześmianych ludzi. Jej, Wandy, jeszcze nie było na świecie. Zrobiono je w Kamiennym Mieście na skałkach nieopodal cmentarza, na łące, którą dobrze znała, z widokiem na miasto. Rodzicie siedzą na kocu podczas pikniku, a oprócz talerzyka z przekąskami można dostrzec butelkę wina. Mamusia jest bez butów, widać jej maleńkie zgrabne stópki o idealnych paluszkach. Oboje mają rozwiane włosy i miny królów życia. Zdaniem Wandy było coś erotycznego w tym niewinnym siedzeniu, lekkim pochyleniu ciał, uśmiechu. Nijak te dwie postaci nie pasowały jej do rodziców, których zna, zwłaszcza ta mama niepodobna do mamy poważnej, pracującej na zmiany, zaradnej, wiecznie zajętej obowiązkami; matki prasującej, palącej w piecu i robiącej swoje słynne przetwory.

Wanda dodała też do kolekcji zdjęcie swoje i Zdziśka zrobione przez córkę, kiedy już mieli prosty, półautomatyczny aparat. Siedzą sobie objęci, w domu, na kanapie, a miny mają nieprzytomne, bo zdrzemnęli się chwilę po obiedzie. Na wszystkich wspólnych zdjęciach wychodzili kiepsko i trudno nawet komuś te pamiątki pokazać. Wanda widzi jednak na nich przede wszystkim bliskość i miłość.

Ach, cóż to była za miłość!

Poznali się jako siedemnastolatki na zabawie nad zalewem w Kamiennym Mieście, gdzie spotykała się młodzież ze wszystkich okolicznych miejscowości. Wanda zazwyczaj spędzała wieczory nad książką, ale tego dnia przyjechała do nich w odwiedziny siostra mamy z dwiema córkami, które koniecznie chciały gdzieś wyjść wieczorem. Mieszkały w maleńkiej wiosce zagubionej wśród pól na nizinach i Kamienne Miasto wydało im się ogromne i wspaniałe, choć to przecież zwykłe prowincjonalne miasteczko z rynkiem i kilkoma odchodzącymi od niego uliczkami. Chcąc nie chcąc, zabrała kuzynki na tę zabawę. Tańczono na pomoście oświetlonym girlandami kolorowych żarówek. Muzyka niosła się po spokojnej tafli wody. Kuzynki wystroiły się w specjalnie przywiezione na tę okazję sukienki, a Wanda ubrała się zwyczajnie, założyła swoją ulubioną granatową bluzkę. Nie przypięła klipsów, do czego usilnie namawiały kuzynki, i nie pozwoliła sobie ufryzować włosów. Splotła je w warkocz, jak zawsze. I taką zobaczył ją Zdzisiek. Potem mówił, że była jak delikatny polny kwiat wśród odpustowych ozdób.

Od tego czasu byli niemal nierozłączni. Spędzili osobno tylko okres, kiedy Zdzisiek wyjechał do Czarnego Miasta, żeby pracować i znaleźć jakieś mieszkanie. I wnet jechała Wanda, po kilku zaledwie miesiącach, urządzać wspólną kawalerkę. Znalezienie mieszkania w Kamiennym Mieście było niemożliwe. Musieliby mieszkać z jedną albo drugą matką, na co nie mieli ochoty. Chcieli być samodzielni.

Zdzisiek pracował, Wandzia prowadziła dom. Potem przyszły na świat córeczki. Najpierw Bianka – dziecko pomysłowe, uporządkowane i rzeczowe, a potem Belinda – dziewczynka spokojna i nieodgadniona, która łagodnie, lecz z uwagą przyglądała się światu, jadła, spała i nie sprawiała żadnych trudności. Zdzisiek bez żadnej krytyki zgodził się na te niezwykłe jak na lata siedemdziesiąte imiona, gdy panowała moda na Anny, Kaśki, Agnieszki, Baśki i Magdy. Sąsiadki otwierały szeroko oczy ze zdumienia i martwiły się na wyrost z udawaną troską, że będą się z dziewczynek w szkole śmiali przez te imiona, „bo wie pani, jakie są dzieci”, a tak naprawdę to chciały powiedzieć, że Wandzię chyba poniosła fantazja, czyli w miejscowym dialekcie „pociulało ją z tymi imionami”. Żadna z prognoz dotyczących brzemienia imion się nie spełniła i nikt się nigdy z dziewczynek nie wyśmiewał. Czuły się wyjątkowe, inne, owszem, ale imiona nosiły z dumą. Nazywano je Siostrami Bebe, bo przecież obie na be i nazwisko na be.

Zdzisiek słał Wandzie zakochane spojrzenia przy każdej okazji, zachwycał się jej warkoczem, zielonością oczu, klasycznym profilem. Robił wtedy baranią minę i cielęce oczy, rozmarzone, maślane, nieobecne. Od razu potrafiła rozpoznać te momenty zachwytu. Czuła się początkowo zawstydzona, a potem, kiedy dotarło do niej, że to właśnie jej, Wandzie, przygląda się z taką miłością ten dobry, ciepły, wspaniały mężczyzna, że to za nią wodzi zakochanym wzrokiem, urosła wewnętrznie, rozwinęła się z dziewczątka w kobietę. Zazdrościły go jej wszystkie kobiety, takiego pięknego, wysokiego, czarnowłosego, o ciemnych oczach.

Szczególnie zachwycał się kolorem jej oczu. Pewnego razu westchnął, wpatrując się w żonę podczas obiadu:

– Ach, te twoje rubinowe oczy...

– Rubinowe? Jak pierścionek pani Genowefy? – zainteresowała się Belinda.

Wtedy wszyscy zaczęli chichotać, a Zdzisiek zmieszał się i sprostował:

– No nie! Pomyłka! Pomyliłem kamienie szlachetne. Szmaragdy! Przecież chodziło mi o szmaragdy!

Ale rubinowe oczy zostały już w języku rodziny Bobrów. I nieraz pytano się z troską:

– Co masz dziś takie rubinowe oczy? Źle się czujesz?

Wanda rozpieszczała Zdziśka, jak umiała. Gotowała mu to, co lubił: zupę pomidorową, kotlety, kluseczki, placuszki, racuszki, a może by chciał jakieś ciasto, a może owoców by zjadł, może śledzika, sałatkę, herbatkę. Lubili być blisko siebie, w tym samym pomieszczeniu, nawet jeśli zajmowali się różnymi sprawami. Kiedy Wanda gotowała, Zdzisiek przychodził, żeby wypić herbatę przy kuchennym stole, może coś pomóc, porozmawiać o drobiazgach, razem posłuchać radia, które cicho grało w kuchni przez cały czas. Z kolei Wanda szła z prasowaniem do pokoju, gdzie Zdzisiek akurat coś tam naprawiał, lutował, porządkował. Razem siadywali z poobiednią kawą. Niechętnie się rozstawali. Nigdy nie wyjeżdżali oddzielnie. Nie chodzili osobno do znajomych. Wszystko razem.

Jednak ta sielanka została przerwana pewnego chmurnego, deszczowego dnia w roku, który przeszedł do historii miasta jako Rok Zaćmienia. Był to rok tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty dziewiąty, przedostatni rok tysiąclecia, ostatni z jedynką z przodu. Córki z wolna osiągały pełnoletniość, a Zdzisiek zbliżał się do górniczej emerytury.

Któregoś dnia nad miastem rozległo się dzikie wycie syren. Dźwięk ten był dodatkiem do serii tąpnięć, do których wszyscy właściwie przywykli, bo w tamtym okresie co rusz trzęsło i podrzucało nieszczęsne Czarne Miasto tak, że otwierały się szafki, a w kredensach dzwoniły obijające się o siebie naczynia. Wprawdzie i wstrząsy, i wycie syren były wtedy codziennością, tym razem Wanda zamarła, zdrętwiała w pół ruchu, z czajnikiem w dłoni zawieszonym nad filiżanką, a zimne ciarki przeszły jej po kręgosłupie.

– Przygniotło go – szepnęła.

I nie pomyliła się. Tym razem trafiło na chodnik Zdziśka. Rypnęło. Osunęło się. Odcięło. Przygniotło. Zmiażdżyło.

Trzy dni czekała Wandzia na potwierdzenie tego, co jej serce już wiedziało – Zdzisiek nie żyje. Nie ma go.

Pierwszego tygodnia po śmierci Zdziśka nie pamięta. Potem są tylko migawki. Dziewczynki. I uspokajający głos pani Genowefy, że się wszystkim zajmie. Mama Wandy, która na jakiś czas sprowadza się do Czarnego Miasta, żeby pomóc. Ktoś przykrywa Wandę kocem. Ktoś przynosi herbatę. Dziewczynki przychodzą się przytulić. Czyjeś ręce odsłaniają zasłony – jest dzień. Czyjeś ręce je zasłaniają – jest noc. Zmiana pościeli. Pani Genowefa i mama zanoszą Wandę do łazienki. Myją, ubierają, kładą do łóżka. Mijają tygodnie.

Życie trwa dalej. Ale to już nie jest ta sama Wanda. To jest pół Wandy. Drugie pół zostało pod ziemią. Więc oddycha Wanda tylko połowicznie, połowicznie bierze udział w sprawach tego świata. Pół serca się spopieliło, więc bije tylko połowa. I taka już Wandzia została: połowiczna, niepełna i wybrakowana.

I do dziś, kiedy wraca ze spacerów z psem, to wraca tylko pół Wandy. Pół Wandy wchodzi do mieszkania na pierwszym piętrze, wdrapując się po rozdygotanych schodach w drgającej kamienicy stojącej w tym mieście wydrążonym pod spodem, lada chwila mogącym zapaść się w całości pod ziemię ze wszystkimi urzędami, bankami, sklepami, wszystkimi mieszkańcami i ich psami. Kiedy staje przed drzwiami mieszkania przy Szerokiej, częściowo oswojonego, a częściowo cudzego, dzikiego i nieogarniętego, zawsze przez chwilę czuje się nieswojo, jakby nie miało jej tu być, jakby jej właściwie nie było, jakby się z tym dziwnym mieszkaniem, z tą zniszczoną kamienicą i jej wszystkimi dawnymi i obecnymi mieszkańcami, z całym tym spowitym dymem, mogącym w okamgnieniu zniknąć pod ziemią miastem, samej sobie się śniła albo jakby się śniła komuś innemu. Jakby śniło się to wszystko tej drugiej połówce Wandy. Tej czekającej pod ziemią.

Nie pamięta, ile tygodni po śmierci Zdziśka leżała w swoim pokoju, żądając zasłonięcia okna i zostawienia jej w spokoju. W końcu córki zaczęły ją wyciągać z łóżka, prowadzać po mieszkaniu, sadzać przy stole. Pewnego dnia zaprowadziły ją na dół do pani Genowefy. Uchodziła ona za znachorkę lub wiedźmę. Mówiono o niej, że zaklina choroby i umie czarować. Śmiała się z tych przydomków, ale się przed nimi nie wzbraniała.

– Znachorka to taka, co się zna. Ja się znam na ziołach. Wiedźma to taka, co wie. A ja wiem, co komu potrzebne. Matka mnie wszystkiego nauczyła, a ją jej matka. Studiowałam rozmaite księgi. Zioła to dary przyrody, naturalne lekarstwa. Ale czarów w tym nie ma. To wiedza. Nauka.

Kiedy jednak wchodziło się do jej kuchni, można było odnieść wrażenie, że tu się odbywają czary. Pomieszczenie było pogrążone w półmroku. Na kredensie stały w wielkich słojach jakieś dziwne preparaty. Zioła zwisały w wielkich pękach, nadając pomieszczeniu ciekawy, trochę łąkowy, a trochę apteczny zapach. Na ścianie bielał sznur małych kosteczek. Na piecu bulgotały jakieś potrawy. Było duszno i parno.

Bianka i Belinda usiadły na stołeczkach koło okna. Wandę posadzono na środku kuchni. Genowefa najpierw uspokajająco pogłaskała ją po głowie.

– Nie martw się, dziecko. Pomogę ci. Wiesz, od czego zaczniemy? Zetniemy włosy. Pozbędziesz się tego, co stare, minione. Zaczniesz nowe. Zioła ci przygotuję. Już je w garnuszku wstawiłam. Niedługo powinny być gotowe.

Wanda siedziała przodem do kuchennego pieca znajdującego się w rogu pomieszczenia. Pani Genowefa nadal go używała, może ostatnia w mieście. Miała kuchenkę gazową, ale przyzwyczajona była do – jak to mówiła – „żywego ognia”.

– Nie ma to jak żywy ogień. Czuć wielką różnicę w smaku potraw, zwłaszcza jeśli chodzi o zupy. Ale największa różnica jest w mocy ziół. Kiedy przygotowuję je na gorącej blasze pieca, to pod garnuszkiem pracują siły natury. Moc ognia wzmacnia działanie ziół. Nawet woda zagotowana na piecu ma inny smak i inne właściwości niż ta gotowana na gazie.

Drzwiczki pieca były otwarte i Wanda wpatrywała się jak zahipnotyzowana w tańczący w piecu ogień.

Jak żywa istota – myślała.

Pani Genowefa okrążyła Wandę trzykrotnie, sypiąc jakiś proszek, który z wolna opadał na ciemną, drewnianą podłogę, tworząc wokół nich okrąg. Monotonny głos staruszki i ogień wprowadziły Wandę w trans. Słowa sypały się z ust sąsiadki coraz szybciej, ogień buchał coraz silniej. Blacha rozgrzała się do czerwoności. W garnku ustawionym na brzegu pieca, w miejscu dotychczas chłodnym, a teraz już gorącym, coś zaczęło bulgotać. W garnuszku z ziołami wrzało, wywar podskakiwał niecierpliwie. W kuchni zrobiło się duszno.

Wanda usłyszała szczęk noży i poczuła, że warkocz zsuwa się z jej pleców jak wąż. Pani Genowefa pochwyciła go i szepcząc coś, rzuciła w ogień. Buchnęło z paszczy pieca dzikim płomieniem, po czym nagle, jak nożem uciął, wszystko się uspokoiło i ucichło. Pani Genowefa zamilkła. Ogień przygasł. W garnkach przestało wrzeć i bulgotać. Dziewczęta otworzyły okno, wpuszczając chłodne powietrze, które obudziło Wandę z transu.

Rozejrzała się po kuchni, która przed chwilą wydawała jej się izbą wiedźmy. Pomieszczenie było jasne i czyste. Zioła wisiały równo na sznurku. Na kredensie stały w słojach grzybki, ogórki i inne przetwory. Na ścianie wisiały malowane talerze, jakie pamięta z domu dziadków. To, co wydawało się wcześniej sznurem kosteczek, okazało się różańcem o białych, podłużnych paciorkach.

Pani Genowefa ściągnęła z pieca garnuszek z ziołami i nalała trochę do małej, glinianej, nieco krzywej czarki. Do ziół przed samym podaniem dolała jeszcze jedną kroplę jakiegoś specyfiku w czarnym kolorze, który nosiła zawieszony na szyi w małej kryształowej fiolce.

– Napij się, dziecko. Będziesz dziś jeszcze bardzo zmęczona. Musisz odpoczywać. Wyśpij się. Rano wstaniesz spokojniejsza. Dam ci krople ziołowe. Wystarczy jedna kropla na szklankę wody. Pij to codziennie. – Wręczyła Wandzie fiolkę identyczną z tą, którą miała na szyi.

I było tak, jak powiedziała: Wanda stała się spokojniejsza, choć jakby odrętwiała w środku, pogrążona w transie. Jakby była tu i nie tu, ale gdzieś obok, za przezroczystą kurtyną.

ROZDZIAŁ II
Siostry Bebe

Belinda zawiązuje wysokie trekkingowe buty i siada na drewnianej ławce przed schroniskiem. Dzień zapowiada się wspaniale. Pogoda jest idealna. Koniec października rzadko jest tak ciepły. Widok, jaki ma przed oczami, pochłania ją bez reszty. Strzeliste skały jeżą się ponad linią lasów. W oddali migoce Biała Góra, niczym ogromny, wyszlifowany przez jubilera kryształ.

Podoba jej się wyprawa z siostrą, choć nie chciała jechać i długo broniła się przed pomysłem Bianki, drętwiejąc na myśl, że będzie musiała opuścić swoje przytulne małe mieszkanko w Białym Mieście i dziesięć dni spędzić poza domem. Bianka jest jednak nieustępliwa. Już po tym jednym dniu i jednej nocy Belinda wie, że dobrze się stało, że nie potrafiła odmówić.

Kiedy pakowała plecak i szła na dworzec w Białym Mieście, była pełna wątpliwości i wahania jak zawsze, gdy musi zrobić coś nowego. Jednak w pociągu, gdy zaczęły oddalać się od miasta, poczuła się lepiej. Wczoraj, po zdobyciu pierwszej góry i po sześciu godzinach marszu, usiadły na trawie, całe spocone, zmęczone, bo przecież nieprzyzwyczajone do górskich wędrówek, Belinda spojrzała na rozpościerający się przed jej oczami widok, potem w niebo i poczuła się szczęśliwa. Dobrze jej w towarzystwie Bianki, która od jakiegoś czasu jest bardziej swobodna i zrelaksowana niż tam, na dole. Już wcześniej było widać w niej przebłyski przemiany. Wygląda teraz tak jakoś młodzieńczo i świeżo. Włosy ma niedbale spięte w wysoki kucyk. Jej oczy i skóra błyszczą.

Oczywiście Bianka nie przestała się w górach malować i ma w plecaku tę swoją absurdalnie wielką kosmetyczkę. Pierwszego dnia wycieczki cały czas pilnowała swojego wyglądu. Kiedy wysiadały z pociągu, przeglądała się w lusterku i poprawiała włosy, a gdy pokonywały pierwsze podejście, ciągle przypudrowywała twarz. A że pot lał się z nich strumieniami, więc była to robota zupełnie daremna. Mokre koszulki lepiły się do pleców, a plecaki wbijały się w ramiona.

Prawdę mówiąc, po dwóch pierwszych godzinach podejścia obie żałowały, że się wybrały. Nie zawróciły tylko dlatego, że jedna przed drugą wstydziła się swojej słabości. Belinda nie chciała robić przykrości siostrze, która wszystko zaplanowała, przygotowała, wybrała trasę i zamówiła noclegi. Bianka tym bardziej nie mogła się przyznać do zwątpienia. Przecież długo namawiała Belindę do wyjazdu, kupna butów i nowego plecaka. Szły więc dalej, każda pogrążona we własnych wątpliwościach.

W schronisku miały siłę tylko na to, żeby wziąć prysznic i zjeść kolację. Potem schowały się w śpiworach, rozkoszując się leżeniem i odpoczynkiem po całym dniu marszu, a po chwili obie spały. W nocy co prawda Belinda ocknęła się poruszona od wewnątrz tym znanym sobie od lat ponurym wibrującym pomrukiem duszy, ale leżała w ciemności krócej niż zazwyczaj. Powtórnie zasnęła po kilku minutach wsłuchiwania się w oddech siostry.

No i ma teraz czas na rozmowy z Bianką, nie takie jak zazwyczaj, o pracy, obowiązkach i codziennych zwykłych sprawach. Tutaj są poza codziennością, daleko od niej.

– Wiesz – odezwała się wczoraj wieczorem Bianka podczas wyciągania z plecaka książek, które wzięła na wyjazd – uświadomiłam sobie, że miłość do literatury, do magii słów odziedziczyłam po mamie.

– Też mi odkrycie. – Belinda przewróciła oczami. – Każdy to wie, że ty jesteś podobna do mamy, ja do taty. Żadna filozofia.

– Chodzi mi trochę o coś innego. Nie tylko o to, że mama każdą wolną minutę spędzała pogrążona w lekturze, a nawet nie o jej zaskakującą erudycję. Zaskakującą, bo przecież skończyła tylko zawodówkę. Właśnie, pamiętasz, że jak chodziłyśmy do liceum, mama nam podsuwała dodatkowe lektury?

– Głównie tobie. Ja ją szybko zniechęciłam – zaśmiała się Belinda.

– No tak. – Bianka pokiwała głową. – Ale chodzi mi o jeszcze co innego. Myślę o jej niewykorzystanym potencjale. Gdyby wychowała się w innej rodzinie, lepiej wykształconej, o szerszych horyzontach, byłaby może wykładowcą literatury albo pisarką.

– Hm... Może.

– Pamiętasz bajki, które dla nas wymyślała, kiedy znudziły nam się wszystkie opowiastki z naszej półeczki?

– Pamiętam, że uwielbiałyśmy, gdy przychodziła nam poczytać. Tata był od zabaw, mama od czytania. Naśladowała różne głosy! Ale jej autorskich bajek chyba nie pamiętam.

– Serio? A ta o chłopcu mieszkającym w chmurach?

– Ach! No tak! Pamiętam! Jak mogłam zapomnieć?!

– No właśnie. Mama zainspirowała nas wtedy do tworzenia własnych opowieści.

– A pamiętasz nasz wspólny kryminał? – zaśmiała się Belinda.

– Pewnie. Szkoda, że gdzieś się zgubił! Zrobiłaś wspaniałe ilustracje! Już wtedy byłaś artystką.

– Tata zrobił dla nas marionetki i mały teatrzyk z rozsuwaną kurtyną.

– Tak! Zaprosiłyśmy gości na przedstawienie. Oprócz mamy i taty byli Dzida i ciocia Genowefa. Zamiast się bać, co chwilę wybuchali śmiechem. A my się wściekałyśmy.

– Ciocia Gienia aż się popłakała ze śmiechu – zachichotała Belinda.

Cudownie jest wspominać dom i rozmawiać o rodzicach już nie tylko w kontekście nieszczęść, które ich spotkały, żalu za tym, co utracone, jak miało to miejsce do tej pory, ale o codzienności, o zaletach i śmiesznostkach matki i ojca.

Dziś rano, kiedy obudziły się obok siebie w ciasnocie wąskiego i niskiego pokoiku na poddaszu, przypomniało im się, jak zbudowały sobie dom z koców w pokoju Bianki. Było to jakoś niedługo po wprowadzeniu się do mieszkania na Szerokiej, które początkowo swoim ogromem przytłoczyło całą rodzinę. Siostry widocznie tęskniły za przytulnością i spaniem blisko siebie. Tata pomógł zrobić stelaż domku z miotły i długich listewek. Dach powstał ze złotej kapy, a drapowane wejście – z materii w kwiaty. Oba te skarby wygrzebano z komody w przedpokoju.

Mama biadoliła:

– Tylko nie potargajcie! To nie nasze! Po zabawie dajcie do łazienki, to upiorę i odłożymy na miejsce.

Podłogę domku wyłożyły kocami i poduszkami. Przyniosły mały stolik z pokoju Belindy i błagały, żeby mogły tam jeść posiłki. Tata zamontował im nawet światło – podciągnął kabel i zawiesił żarówkę. Belinda zrobiła abażur z kolorowych materiałów, które umocowała na obręczach wykonanych z drutu. Wszyscy tę lampę podziwiali, szczególnie tata, który sam lubił tworzyć różne rzeczy, majsterkował i trochę rzeźbił. Patrząc na dzieło Belindy, mruczał z zadowoleniem:

– Moja krew. Ależ ci to, córcia, pięknie wyszło!

Abażur był rzeczywiście ładny. Wprawdzie zrobiło się trochę za ciemno do czytania i rysowania, ale siostry wzięły przedłużacz i poprzynosiły swoje lampki z biurek.

Mieszkały w tym domku przez kilka dni.

Raz nawet rodzicie dali się zaprosić do środka. Bianka napisała bajkę usypiającą i postanowiła wypróbować na całej rodzinie. Wszyscy ułożyli się uroczyście jedno obok drugiego.

– Wygodnie, co? – Dziewczynki domagały się komplementu.

– Bardzo – zamruczał tata, który zresztą zasnął, jak tylko Bianka zaczęła czytać.

– Działa – szepnęła do niej Belinda, a oczy Bianki rozbłysły jak dwie gwiazdy.

Wkrótce zasnęła Belinda, a po niej mama. Na końcu zapadła w sen autorka bajki usypiającej, mrucząc pod nosem:

– To będzie hit. Zarobię na tej bajce miliony.

Nie spali długo, ale kiedy się obudzili z drzemki, wszyscy czuli się wypoczęci, pełni humoru i energii.

– Córcia, ta twoja bajka jest magiczna – śmiał się tata. – Czuję się jak nowo narodzony.

Bianka przypomniała też o pewnym dziecięcym wariactwie Belindy.

– A pamiętasz, jak przez kilka miesięcy udawałaś, że jesteś kotem?

Rzeczywiście, koty to była wielka miłość Belindy. Rysowała całą swoją rodzinę pod postacią kotów, z kocimi uszami i ogonami. Był duży i brązowy tata kot, który miał długie wąsy i chodził do pracy. Była mama kot, mniejsza od taty, szaro-czarna, z kokardką na głowie, oraz oczywiście dwa małe kotki: czarny i biały. Lepiła koty z plasteliny, modeliny i masy solnej, a zarówno w jej rysunkach, jak i figurkach, a potem w wyklejankach i wyszywankach widać było talent w dobieraniu barw, wyczuciu proporcji i kompozycji. Koty były wyraziste, charakterne i dynamiczne. Rodzicie wróżyli córce wielką karierę artystyczną.

Belinda wcielała się w kota we wszystkich zabawach. Kot podróżował w rakiecie kosmicznej na nieznane planety i tam spotykał inne kocie cywilizacje. Kot ten bywał również kierowcą autobusu albo maszynistą pociągu. Prowadził kocie wydanie wieczornego dziennika telewizyjnego, gdy zachodziła taka potrzeba. Spotykał się z innymi kotami na podwieczorkach u królowej kotów. Na wszystkich przedszkolnych balach przebierańców Belinda występowała w kocim stroju, w wyciętej z papieru masce i z przypiętym ogonem, z uszami przyklejonymi do opaski do włosów lub wąsami narysowanymi mamy kredką do oczu. Bywała też w zabawach i na balach tygrysem, lwem, czarną panterą lub gepardem.

Miała wymyślonego przyjaciela o imieniu Pankot. Rozstała się z nim dopiero, kiedy szła do szkoły. Wcześniej zamęczała rodzinę, żeby zrobili mu miejsce przy stole, dali miseczkę z mlekiem i uważali, gdzie siadają. Wszyscy mieli tego dosyć. Na spacerach chodziła razem z Pankotem kocimi drogami, zbaczała ze ścieżki, właziła gdzieś między krzaki, na górkę lub skałki w miejskim parku i nie dawała się przywołać. Reszta rodziny marzła, przytupywała, pocierała zziębnięte nosy i ręce, a Belinda uparcie tkwiła w swojej kociej kryjówce. W końcu tata przychodził po nią, brał ją pod pachę, a ona miauczała wtedy wniebogłosy.

Kiedy urządzały sobie z siostrą gonitwy po mieszkaniu, biegła zawsze lekkim, kocim krokiem, a kiedy bawiły się w chowanego, niemożliwością było ją odnaleźć. Potrafiła się wspiąć na najwyższą szafę, wcisnąć się w luki między meblami, wejść za kanapę.

Marzyła oczywiście o prawdziwym kocie. Rodzice nie bardzo mieli ochotę na „sierściucha”, jak mawiał tata, ale w końcu się zgodzili. Kot jednak nie pomieszkał u nich długo. Okazało się, że Bianka ma alergię. Kaszlała, smarkała, piekły ją oczy. Lekarz kazał pozbyć się zwierzaka z domu. Belinda zalewała się łzami, ale nie było wyjścia i kot przeprowadził się do domu jej koleżanki z klasy, gdzie go czasem odwiedzała.

Kiedy podrosła, nie wypadało już cały czas udawać kota. Zaczęła zatem kolekcjonować figurki kotów. Najpiękniejsze, najbardziej wyjątkowe okazy znalazła w mieszkaniu na Szerokiej. Pozbierała je z całego domu – najpierw z salonu, gdzie stały na etażerce i na stoliku pod oknem, potem przygarnęła koty z biblioteczki, gdzie poustawiane były na półkach z książkami, na końcu koty z pozostałych pomieszczeń oraz te, które zostały niegdyś pochowane przez rodziców w rozmaitych miejscach – szafach w przedpokoju, w schowku za kotarą. Niemal każde myszkowanie w poszukiwaniu kolejnego kota zakończone było sukcesem. Koty zdawały się w nieskończoność pojawiać się w szafkach, szufladach komód, między obrusami i ręcznikami w szafie, jakby przybywały z całego miasta po to, by znaleźć się w kolekcji Belindy.

W końcu zapełniły całkowicie półki w jej pokoju, parapety, stolik i biurko. Tata zrobił dodatkowe półki nad łóżkiem i nad drzwiami. A Belinda dokupywała figurki, wciąż nienasycona. Rodzice i siostra pukali się w czoło, widząc tę gigantyczną kolekcję „kurzołapów”, jak nazywała figurki mama. Belinda chodziła regularnie do cepelii w Czarnym Mieście, gdzie zdarzało się znaleźć kolejny skarb do kolekcji. Przywoziła koty z wycieczek szkolnych. Kupowała je na rozmaitych straganach z pamiątkami w różnych miastach. Kupowano jej koty w prezencie, bo pytana, co by chciała, odpowiadała niezmiennie to samo: „Figurkę kota do kolekcji”. Miała koty szklane, drewniane, gliniane, kryształowe, z bursztynu, słomkowe, z filcu, wełny i porcelany.

Kiedy