Czarne echo - Michael Connelly - ebook
Opis

Los Angeles. W rurze kanalizacyjnej znaleziono ciało mężczyzny. Okazuje się, że detektyw Wydziału Zabójstw, Harry Bosch, zna denata. Służyli razem podczas wojny w Wietnamie jako „tunelowe szczury”, oczyszczając je z lokalnych partyzantów. Bosch orientuje się, że były żołnierz miał związek z niedawnym napadem na bank. Sprawcy dostali się do środka, wykonując podkop. Policjant kontaktuje się z FBI, które wszczęło śledztwo w tej sprawie, jednak okoliczności zmuszają detektywa do prywatnego dochodzenia, które prowadzi go do zaskakującego odkrycia… „Czarne echo to jeden z najbardziej wiarygodnych kryminałów, jakie czytałem. Akcja wciąga czytelnika od pierwszej strony i nie zwalnia. Zakończenie czyta się z zapartym tchem. Autor zabiera czytelnika do podziemnych tuneli, czy to w Los Angeles czy w Wietnamie, których mroczny i smętny klimat mógłby oddać jedynie Joseph Conrad”. James Lee Burke „Dobra i trzymająca w napięciu powieść kryminalna, którą czytasz z zaciśniętymi w pieści dłońmi, nie mogąc doczekać się rozwiązania sprawy”. New York Times Book Review

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 578

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

THE BLACK ECHO

Copyright © 1992 by Michael Connelly

Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Amber Sp. z o.o. under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga.

Wykorzystanie przekładu za zgodą Wydawnictwa Amber Sp. z o.o.

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie autora: Mark DeLong Photography

ISBN: 978-83-8110-167-7

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Dla W. Michaela Connelly’ego i Mary McEvoy Connelly

Część pierwsza

Niedziela, 20 maja 1990 r.

Chłopak nic nie widział w ciemnościach, ale to nie miało znaczenia. Doświadczenie i długoletnia praktyka mówiły mu, że jest dobrze. Powierzchnia była gładka i równa. Wykonując całym ramieniem płynny ruch, jednocześnie miękko obracał dłoń w przegubie. Spokojnie rozprowadzał farbę. Nie ma pośpiechu. O tak, znakomicie.

Usłyszał syk uchodzącego powietrza i niemal ujrzał smugę farby. Czuł prawdziwe ukojenie. Zapach aerozolu przypomniał mu o schowanej w kieszeni skarpecie z klejem. Pomyślał, czy sobie nie niuchnąć. „Może później” – postanowił. Nie chciał przerywać, tylko jednym ciągiem dokończyć dzieło.

Nagle znieruchomiał – poprzez syk aerozolu dosłyszał warkot silnika. Rozejrzał się, ale nie dostrzegł nigdzie świateł – tylko srebrzystobiałe odbicie księżyca na powierzchni wody i słabą żarówkę nad drzwiami pompowni, w połowie zapory.

Jednak słuch go nie mylił. Coś nadjeżdżało. Warkot kojarzył się chłopakowi z silnikiem ciężarówki. Wtem wydało mu się, że słyszy chrzęst opon na żwirowej drodze okalającej jezioro. Z każdą chwilą warkot stawał się wyraźniejszy. Ktoś tędy jechał, choć była trzecia nad ranem. Po co? Chłopak wstał i cisnął puszkę farby przez płot, do wody. Usłyszał, jak upadła w krzaki. Za słabo rzucił. Wyciągnął z kieszeni skarpetę i postanowił raz powąchać, tak dla kurażu. Wsadził w nią nos i wciągnął opary kleju. Zachwiał się na nogach, poczuł mimowolne drżenie powiek. Zamachnął się i wyrzucił skarpetę przez parkan.

Podniósł motorower i przeprowadził go na drugą stronę drogi, tam gdzie u stóp wzgórza rosła wysoka trawa, skrzypy polne i sosny. Pomyślał, że to świetna kryjówka. Będzie mógł stamtąd wszystko obserwować. Warkot silnika stawał się coraz wyraźniejszy. Był pewien, że pojazd znajduje się kilka metrów od niego, ale nie widział reflektorów. Poczuł niepokój, ale było już za późno na ucieczkę. Położył motorower w wysokiej, brązowej trawie i ręką zatrzymał obracające się w powietrzu przednie koło. Potem przypadł do ziemi, czekając, co teraz nastąpi.

Harry Bosch słyszał w górze helikopter krążący gdzieś nad spowijającym wszystko mrokiem. Dlaczego nie lądują? Dlaczego nie spieszą mu z pomocą? Przeciskał się zadymionym, ciemnym tunelem. Baterie miał prawie wyczerpane, latarka świeciła coraz słabiej. Potrzebował pomocy. Powinien posuwać się szybciej. Musi dotrzeć do końca tunelu, zanim latarka zgaśnie i ogarną go ciemności. Usłyszał, jak śmigłowiec robi jeszcze jedno okrążenie. Dlaczego nie ląduje? Gdzie jest ta pomoc, której tak potrzebuje? Kiedy łoskot śmigieł znów się oddalił, poczuł dławiący strach. Zaczął się szybciej czołgać, skórę na kolanach miał zdartą do krwi. Jedną ręką trzymał w górze latarkę, drugą czepiał się ziemi, by utrzymać równowagę. Nie oglądał się za siebie, bo wiedział, że w czarnej mgle za plecami czai się wróg. Niewidzialny, ale obecny. I że z każdą chwilą jest coraz bliżej.

Kiedy w kuchni zadzwonił telefon, Bosch natychmiast się obudził. Liczył dzwonki, zastanawiając się, ile przespał: jeden czy dwa. Próbował sobie przypomnieć, czy zostawił włączoną automatyczną sekretarkę.

Nie zostawił. Automat się nie uruchomił i dopiero po ósmym dzwonku zapanowała cisza. Zaspany Bosch zastanawiał się, skąd wziął się ten zwyczaj. Czemu nie sześć dzwonków? Albo dziesięć? Przetarł oczy i rozejrzał się dookoła. Znów zasnął w pokoju dziennym w miękkim rozkładanym fotelu, który stanowił główny mebel skromnie urządzonego mieszkania. Nazywał go „fotelem służbowym”, jednak nie była to odpowiednia nazwa, bo często zasypiał w nim, nawet kiedy nie miał dyżuru.

Światło poranka wpadało przez szparę w zasłonach, tworząc jasną smugę na białej sosnowej podłodze. Obserwował cząsteczki kurzu unoszące się leniwie w powietrzu w pobliżu przesuwanych szklanych drzwi. Lampa na stoliku obok była włączona, podobnie jak stojący pod ścianą telewizor; nadawali akurat jakiś program religijny, jak zwykle w niedzielę o tej porze. Na stole obok fotela czuwali niezawodni kompani cierpiących na bezsenność: karty, czasopisma i kieszonkowe wydania kryminałów; te ostatnie zaledwie przekartkowane i porzucone. Leżała też na nim zmięta paczka papierosów i stały trzy puste butelki po piwie – każda po innym. Bosch był kompletnie ubrany – łącznie z pomiętym krawatem przymocowanym do białej koszuli srebrną spinką.

Sięgnął ręką do paska, a potem przesunął ją do tyłu, w okolicę nerek. Czekał. Kiedy tylko rozległ się dźwięk pagera, natychmiast wyłączył denerwujący sygnał. Wyciągnął urządzenie zza paska i spojrzał na numer. Nie zdziwił się. Wygramolił się z fotela i przeciągnął, aż zatrzeszczało mu w stawach. Poszedł do kuchni, gdzie na kontuarze stał telefon. Zanim wykręcił numer, zapisał w notesie wyciągniętym z kieszeni marynarki: „Niedziela, godzina 8.53”. Po dwóch dzwonkach rozległ się głos:

– Wydział Policji Los Angeles, komisariat w Hollywood, posterunkowy Pelch, w czym mogę pomóc?

– Człowiek zdążyłby umrzeć, zanimby wysłuchał tego wszystkiego do końca – burknął Bosch. – Połącz mnie z dyżurnym.

Znalazł w szafce kuchennej nową paczkę papierosów i po raz pierwszy tego dnia zaciągnął się dymem. Spłukał kurz ze szklanki i nalał do niej wody z kranu, a następnie wyjął dwie aspiryny z plastikowej buteleczki, która stała w tej samej szafce. Połykał drugą tabletkę, kiedy usłyszał w słuchawce głos sierżanta Crowleya.

– Co tam, czyżbym cię wyciągnął z kościoła? Dzwoniłem do domu. Nikt nie odbierał.

– Co masz dla mnie, Crowley?

– Cóż, wiem, że wczoraj wieczorem brylowałeś w telewizji, ale nadal jesteście na służbie. Ty i twój partner, przez cały weekend. A to znaczy, że macie trupa w jeziorze Hollywood. W rurze obok drogi dojazdowej do Zapory Mulhollanda. Wiesz gdzie?

– Znam to miejsce. Co jeszcze?

– Wysłałem tam patrol. Lekarz i ekipa techniczna zostali już powiadomieni. Moi ludzie wiedzą tylko, że mają trupa. Sztywny znajduje się jakieś dziesięć metrów od wlotu rury. Nie chcą tam wchodzić, by nie zatrzeć ewentualnych śladów na miejscu zbrodni. Kazałem im przywołać twojego partnera pagerem, ale jeszcze nie zadzwonił. Jego telefon też nie odpowiada. Pomyślałem, że może jesteście razem, ale potem doszedłem do wniosku, że on nie jest w twoim typie. Ani ty w jego.

– Skontaktuję się z nim. Skoro nie weszli do środka, to skąd wiedzą, że to trup? Może jakiś facet uciął sobie drzemkę?

– No wiesz, trochę się tam pokręcili, trącili go kijem czy czymś w tym rodzaju, chyba nawet nieźle go poszturchali. Sztywny jak kutas pana młodego w noc poślubną.

– Nie chcieli zatrzeć ewentualnych śladów na miejscu zbrodni, ale szturchali kijem ciało. Cudownie. Czy ci faceci trafili tu, kiedy w college’ach zaostrzyli kryteria przyjęć?

– Słuchaj, Bosch, dostaliśmy wiadomość, musieliśmy ją sprawdzić. Jasne? Chcesz, żebyśmy przekazywali wszystkie zgłoszenia bezpośrednio do Wydziału Zabójstw. Możecie je sami sprawdzać. Po tygodniu dostalibyście kręćka.

Bosch zgniótł niedopałek w nierdzewnym zlewozmywaku i wyjrzał przez okno. Patrząc w dół wzgórza, dostrzegł wagoniki tramwaju dla turystów jadące wzdłuż potężnych, beżowych gmachów studiów dźwiękowych wytwórni Universal. Na fasadzie jednego z długich budynków wymalowano błękitne niebo i białe chmurki; służyła podczas kręcenia zdjęć plenerowych, kiedy niebo nad Los Angeles robiło się burobrązowe.

– Kto przekazał wiadomość? – spytał Bosch.

– Anonimowy rozmówca, zadzwonił pod dziewięćset jedenaście. Parę minut po czwartej. Według dyspozytora dzwonił z budki na Hollywood Boulevard. Ktoś, kto się akurat kręcił w tamtej okolicy, natknął się w rurze na trupa. Nie chciał podać nazwiska. Powiedział tylko, że w rurze jest sztywny. W centrali mają nagranie rozmowy.

Bosch poczuł, że wzbiera w nim gniew. Wyjął z szafki buteleczkę z aspiryną i wsunął ją do kieszeni. Rozważając w myślach wiadomość przekazaną policji o czwartej nad ranem, otworzył lodówkę i się schylił. Nie dostrzegł nic interesującego. Rzucił okiem na zegarek.

– Skoro otrzymaliście meldunek o czwartej rano, to dlaczego dzwonicie do mnie dopiero teraz? Minęło prawie pięć godzin.

– Słuchaj, Bosch, mieliśmy tylko ten anonimowy telefon. To wszystko. Dyspozytor powiedział, że dzwonił jakiś dzieciak. Nie mam w zwyczaju wysyłać swoich ludzi w środku nocy do jakiejś rury, dysponując tylko taką wiadomością. To mógł być kawał. Albo zasadzka. Zresztą cholera wie. Poczekałem, aż się rozwidni i trochę tu uspokoi, i pod koniec zmiany wysłałem tam paru ludzi. A skoro mowa o końcu zmiany, to już mnie tu nie powinno być. Czekałem tylko na telefon od nich, a potem od ciebie. Jeszcze coś?

Bosch miał ochotę zapytać, czy Crowleyowi przyszło do głowy, że w rurze będzie ciemno bez względu na to, czy patrol uda się tam o czwartej, czy o ósmej, ale się powstrzymał. Zresztą co by mu z tego przyszło?

– Jeszcze coś? – powtórzył sierżant.

Boschowi nie nasuwała się żadna myśl, więc Crowley skorzystał z okazji i oświadczył:

– Słuchaj, Harry, to prawdopodobnie jakiś narkoman, który się zaćpał na śmierć. Raczej nie sto osiemdziesiąt siedem. Ciągle mamy podobne wypadki. Pamiętasz, jak w ubiegłym roku z tej samej rury też wyciągnęliśmy jednego…? Ach nie, to było, zanim cię przenieśli do Hollywood… Według mnie jakiś facet wlazł do tej samej rury. Wiecznie śpią tam jacyś włóczędzy. Dał sobie w żyłę i koniec. Wszystko pasuje. Tyle tylko, że poprzednim razem nie znaleźliśmy go tak szybko. Kiedy dotarliśmy do niego po kilku dniach, był kompletnie ugotowany. Upieczony jak indyk. Tylko nie pachniał tak smakowicie.

Crowley roześmiał się z własnego żartu. Bosch milczał.

Sierżant mówił dalej:

– Kiedy go wyciągnęliśmy, miał jeszcze szprycę w ramieniu. Teraz będzie tak samo. Zwykła gówniana sprawa, nic poważnego. Pojedziesz tam, przed południem wrócisz do domu, zdrzemniesz się, może obejrzysz mecz Dodgersów. A za tydzień przyjdzie kolej na kogoś innego, ty będziesz miał wolne. Akurat wypada dłuższy weekend, bo świętujemy Dzień Pamięci, więc zrób mi przysługę: jedź tam i zobacz, co mają.

Bosch zastanowił się chwilę. Już miał odłożyć słuchawkę, ale w ostatniej chwili zapytał:

– Co miałeś na myśli, mówiąc, że tamtego nie znaleźliście tak szybko? Dlaczego uważasz, że na tego natrafiliśmy szybciej?

– Chłopaki powiedziały, że nic od niego nie czuć, tylko trochę sikami. Musi być świeży.

– Powiedz im, że będę za piętnaście minut. Poproś, by niczego już tam nie ruszali.

– Ale…

Bosch wiedział, że Crowley będzie próbował bronić swych ludzi, więc rozłączył się, by tego nie słuchać. Zapalił drugiego papierosa, podszedł do drzwi frontowych i wziął z progu „Timesa”. Potem rozpostarł pięciokilogramowe, niedzielne wydanie gazety na kuchennym kontuarze, zastanawiając się, ile drzew z jego powodu wycięto, odszukał dodatek o nieruchomościach i zaczął przerzucać stronice, póki nie ujrzał dużego ogłoszenia agencji Valley Pride Properties. Powiódł palcem wzdłuż rubryki „Domy na sprzedaż”, aż znalazł jakiś adres, a przy opisie uwagę „Dzwonić do Jerry’ego”. Wykręcił numer.

– Valley Pride Properties, w czym mogę pomóc?

– Proszę z Jerrym Edgarem.

Minęło kilka sekund, w słuchawce rozległo się kilka trzasków i Bosch usłyszał głos swojego partnera:

– Jerry Edgar, w czym mogę pomóc?

– Cześć, Jed. Właśnie otrzymaliśmy wezwanie. Okolice Zapory Mulhollanda. Znów nie masz pagera.

– Cholera – zaklął Edgar, po czym zapadła cisza. Bosch niemal słyszał, jak w głowie jego partnera kołacze się myśl: „Mam dzisiaj trzy prezentacje”.

Cisza się przedłużała i Bosch wyobraził sobie, jak na drugim końcu linii jego partner stoi w swoim garniturze za dziewięćset dolarów z miną bankruta.

– Co się stało?

Bosch powtórzył mu wszystko, co usłyszał od Crowleya.

– Jeśli chcesz, żebym sam się tym zajął, nie ma sprawy – powiedział. – W razie gdyby wynikły jakieś problemy z Cherlakiem, powiem, że wziąłeś na tapetę tych transwestytów, a ja zająłem się sztywnym z rury.

– Wiem, stary, że tak byś zrobił, ale w porządku, zaraz wyjeżdżam. Muszę tylko najpierw znaleźć kogoś, kto mnie zastąpi.

Uzgodnili, że spotkają się przy zaporze, i Bosch odłożył słuchawkę. Włączył automatyczną sekretarkę, wziął z szafki dwie paczki papierosów i wsunął je do kieszeni sportowego płaszcza. Z drugiej szafki wyciągnął kaburę z pistoletem – smith and wesson, kalibru dziewięć milimetrów, z nierdzewnej stali, na osiem naboi typu XTP w magazynku. Przypomniał sobie reklamę, na którą się kiedyś natknął w magazynie dla policjantów. „Extreme Terminal Performance” – tak brzmiało rozwinięcie tego akronimu. Ekstremalnie zabójczy skutek. Pocisk przy uderzeniu rozpłaszcza się do rozmiarów półtora raza większych od nominalnego kalibru, wywołując poważne obrażenia ciała. Ten, kto to napisał, miał rację. Rok temu Bosch zabił człowieka jednym strzałem z odległości siedmiu metrów. Pocisk wszedł pod prawą pachą, wyleciał poniżej lewego sutka, po drodze rozrywając serce i płuca. XTP. Ekstremalnie zabójczy skutek. Przypiął kaburę do paska po prawej stronie, by móc sięgnąć do niej lewą ręką.

Poszedł do łazienki i umył zęby szczoteczką bez pasty; stara się skończyła, a zapomniał wstąpić do sklepu, by kupić nową. Przejechał po włosach mokrym grzebieniem i przez dłuższą chwilę wpatrywał się w przekrwione oczy czterdziestolatka. Potem z uwagą przyjrzał się siwym włosom, których coraz więcej widać było w brązowej czuprynie. Zaczęły mu siwieć nawet wąsy. Gdy się golił, zdarzało mu się często znajdować w umywalce szare kawałki szczeciny. Dotknął dłonią brody, ale zrezygnował z golenia. Wyszedł z domu, nawet nie zmieniwszy krawata. Wiedział, że jego klientowi będzie to obojętne.

Bosch znalazł fragment barierki nieupstrzony gołębimi odchodami i oparł się na łokciach. Barierka biegła wzdłuż korony Zapory Mulhollanda. Z ust zwisał mu papieros. Spojrzał przez szczelinę między wzgórzami na rozpostarte w dole miasto. Niebo było ołowianoszare, a smog spowijał całe Hollywood niczym całun. Kilka wieżowców w centrum miasta sterczało nad trującą mgłą, ale resztę okrywał szary pled. Całość wyglądała jak miasto upiór.

Ciepły wiatr niósł ze sobą słabą woń jakichś chemikaliów. Bosch dopiero po chwili uświadomił sobie, co to takiego. Malation. Słyszał w radiu, że w nocy helikoptery miały spryskiwać całe Północne Hollywood, aż do przełęczy Cahuenga. Przypomniał sobie swój sen o śmigłowcu, który nie wylądował.

Za jego plecami rozciągały się niebieskawozielone wody sztucznego jeziora Hollywood – szesnaście milionów metrów sześciennych wody pitnej dla miasta, uwięzionej przez sędziwą zaporę w wąwozie między dwoma wzgórzami. Wzdłuż brzegu ciągnął się dwumetrowy pas spękanej gliny, przypominając o tym, że w Los Angeles od czterech lat panuje susza. Cały zbiornik otoczony był trzymetrowej wysokości parkanem. Kiedy Harry był tu pierwszy raz, przyglądając się uważnie tej przegrodzie, zastanawiał się, czy ma ona chronić ludzi, czy też wodę znajdującą się po drugiej stronie.

Bosch miał na sobie zmięty garnitur, a na nim niebieski kombinezon. Pod pachami widoczne były plamy potu, który przeniknął przez dwie warstwy odzieży. Włosy miał wilgotne, wąsy mu obwisły. Przed chwilą wyszedł z rury. Czuł, jak lekkie podmuchy gorącego wiatru wiejącego od strony Santa Ana osuszają mu pot na karku.

Harry nie należał do postawnych mężczyzn. Miał niespełna metr siedemdziesiąt wzrostu i był szczupłej budowy ciała. W prasie nazwano go „żylastym”. Mięśnie pod kombinezonem przypominały nylonowe postronki, ale za ich niepozornym wyglądem kryła się niezwykła siła. Pasemka siwizny we włosach były bardziej widoczne z lewej strony. Brązowo-czarne oczy rzadko zdradzały emocje lub zamiary swego właściciela.

Rura znajdowała się nad ziemią i biegła na odcinku pięćdziesięciu metrów wzdłuż drogi dojazdowej do zbiornika. Była skorodowana i pusta w środku. Używali jej wyłącznie ci, którzy w jej wnętrzu szukali schronienia albo wykorzystywali zewnętrzną powierzchnię w charakterze płótna malarskiego. Bosch nie miał pojęcia, do czego służy rura, póki dozorca samorzutnie nie udzielił mu informacji. Okazało się, że stanowiła zaporę przed błotem. Dozorca powiedział, że intensywne opady mogą spowodować osuwanie się ziemi ze zboczy wzgórz do zbiornika. Rura o średnicy półtora metra, pozostałość po jakiejś tajemniczej budowie, została umieszczona na obszarze ewentualnych osunięć jako pierwsza i jedyna linia obrony. Przytwierdzono ją półtoracentymetrowej szerokości, osadzonymi w betonie żelaznymi obręczami.

Bosch przed wejściem do rury włożył kombinezon. Na plecach miał wymalowane białą farbą litery LAPD. Gdy wyciągnął drelich z bagażnika samochodu, uświadomił sobie, że ubranie ochronne, które wkłada, jest prawdopodobnie czyściejsze od garnituru, który miało ochraniać. Mimo to wciągnął je, bo zawsze tak robił. Był metodycznym, podejrzliwym, konserwatywnym funkcjonariuszem policji.

Kiedy trzymając latarkę w dłoni, wszedł do przesiąkniętego stęchlizną, klaustrofobicznego cylindra, poczuł, że serce zaczyna mu mocniej bić i coś go ściska za gardło. Ogarnęło go znajome uczucie ssania w dołku. Strach. Włączył latarkę, rozpraszając ciemności, a razem z nimi nieprzyjemne odczucia. Przystąpił do pracy.

Gdy skończył, stanął na koronie zapory, zapalił papierosa i zaczął analizować fakty. Uznał, że sierżant Crowley miał rację – mężczyzna w rurze z całą pewnością nie żył. Ale zarazem się mylił, bo to nie będzie łatwa sprawa. Harry nie wróci do domu, by uciąć sobie popołudniową drzemkę albo posłuchać meczu Dodgersów w KABC. W tej sprawie coś śmierdziało. Czuł to od chwili, gdy tylko wszedł do rury.

W środku nie było żadnych śladów. A raczej brakowało śladów, które przedstawiałyby jakąś wartość dla śledztwa. Dno rury pokrywała warstwa zaschniętej pomarańczowej gliny, zasłana papierowymi torbami, pustymi butelkami po winie, wacikami, używanymi strzykawkami, gazetami, śmieciami zostawianymi przez bezdomnych i narkomanów. Bosch obejrzał wszystko dokładnie w świetle latarki, posuwając się wolno w kierunku zwłok. Nie znalazł żadnych śladów, które mógłby pozostawić denat. Coś mu nie pasowało. Jeśli mężczyzna wczołgał się tu z własnej woli, musiały zostać jakieś ślady. Gdyby go tu zaciągnięto, również coś powinno o tym świadczyć. Tymczasem Bosch nie znalazł nic – i była to jedna z pierwszych rzeczy, które nie dawały mu spokoju.

Kiedy dotarł do nieboszczyka, okazało się, że mężczyzna leży nogami w stronę wlotu rury, ma naciągniętą na głowę czarną, roboczą, rozpinaną pod szyją koszulę, a ręce zaplątane w rękawy. Bosch widział dość trupów, by wiedzieć, że wydając ostatnie tchnienie, człowiek zdolny jest do wszystkiego. Spotkał się kiedyś z przypadkiem samobójcy, który strzelił sobie w łeb, po czym zmienił przed śmiercią portki, najwidoczniej nie chcąc, by go znaleziono w ekskrementach. Mimo to Harry’emu coś nie pasowało w sposobie, w jaki nieboszczyk w rurze miał naciągniętą koszulę na głowę. Wyglądało to tak, jakby ktoś wciągnął trupa do rury, trzymając go za kołnierz.

Bosch nie dotknął ciała denata ani nie odkrył mu twarzy. Zauważył tylko, że ma przed sobą białego. Na pierwszy rzut oka nie można było stwierdzić, co spowodowało zgon. Skończył oględziny zwłok i ostrożnie je ominął, z konieczności zbliżając do nich twarz na odległość piętnastu centymetrów. Zbadał pozostałe czterdzieści metrów rury, ale nie znalazł żadnych śladów – niczego, co mogłoby mieć jakąkolwiek wartość dowodową. Dwadzieścia minut później znów był na świeżym powietrzu. Wysłał do środka technika imieniem Donovan, by ten opisał rozmieszczenie śmieci w rurze i utrwalił na taśmie wideo położenie zwłok. Donovan nie krył zdumienia, że musi wleźć do rury w sprawie, którą już zakwalifikował jako klasyczny zgon ćpuna. Bosch domyślił się, że technik ma bilety na Dodgersów.

Zleciwszy robotę Donovanowi, Harry zapalił papierosa i podszedł do barierki, by spoglądając na brudne miasto, uporządkować myśli.

Stojąc przy barierce, słyszał odgłosy samochodów dobiegające od Hollywood Freeway. Z tej odległości brzmiały całkiem przyjemnie, przypominając szum oceanu. Przez gardziel wąwozu widział niebieskie baseny i pokryte hiszpańską dachówką domy.

Obok niego przebiegła kobieta w białej bluzie i zielonożółtych spodenkach. Do ściągacza szortów przymocowane miała radio tranzystorowe. Dźwięki płynęły cienkim, żółtym przewodem do nasuniętych na uszy słuchawek. Kobieta sprawiała wrażenie, jakby znajdowała się we własnym świecie, zupełnie nieświadoma obecności policjantów – póki nie natrafiła na żółtą taśmę przeciągniętą w poprzek tamy. Dwujęzyczne napisy nakazywały zatrzymanie się. Joggerka przez chwilę dreptała w miejscu, aż długie jasne włosy przylepiły jej się do spoconych ramion. Popatrzyła na policjantów, którzy w większości utkwili wzrok w niej, po czym odwróciła się i przebiegła obok Boscha. Harry powiódł za nią oczami i zauważył, że kiedy znalazła się na wysokości pompowni, zrobiła łuk, by coś ominąć. Natychmiast poszedł w tamtą stronę i znalazł na chodniku szkło. Zaciekawiony uniósł głowę i zobaczył, że żarówka nad drzwiami do pompowni jest rozbita. Zanotował w myślach, by spytać dozorcę, kiedy ostatnio sprawdzano światło nad wejściem.

Gdy wrócił na miejsce przy barierce, jego uwagę zwrócił jakiś ruch w dole. Pochylił się i wypatrzył kojota, który węszył wśród sosnowych szpilek i odpadków zaścielających ziemię pod drzewami rosnącymi obok zapory. Zwierzę było małe i miało zmierzwione, miejscami zupełnie wyliniałe futro. W mieście została ich tylko garstka, głównie na obszarach chronionych, gdzie mogły buszować na wysypiskach śmieci.

Za plecami Harry’ego rozległ się czyjś głos:

– Wyciągają go.

Bosch odwrócił się i zobaczył jednego z mundurowych. Skinął głową, ruszył za nim i minąwszy żółtą taśmę, zbliżył się do rury.

U wlotu pokrytego napisami walca odbijała się echem kakofonia głuchych pomruków i ciężkich oddechów. Po chwili wyłonił się idący tyłem mężczyzna bez koszuli. Na jego podrapanych i brudnych plecach grały mięśnie, gdyż ciągnął płachtę grubego, czarnego plastiku, na której umieszczono zwłoki. Denat leżał na wznak, twarz i ręce nadal zakrywała mu czarna koszula. Bosch rozejrzał się za Donovanem. Zobaczył go, gdy ten chował w niebieskiej furgonetce kamerę wideo. Harry podszedł do niego.

– Chciałbym, żebyś tam wrócił i zebrał wszystko, co tam jest: gazety, puszki, torebki, widziałem kilka strzykawek, watę, butelki.

– Już się robi – odparł Donovan, lecz po chwili dodał: – Harry, to nie moja sprawa, ale powiedz, naprawdę sądzisz, że trafiliśmy na coś poważnego? Coś, co jest warte aż takiego zachodu?

– Obawiam się, że dowiemy się dopiero po sekcji. – Zrobił kilka kroków i przystanął. – Słuchaj, Donnie, wiem, że dziś niedziela i… dzięki, że znów tam pójdziesz.

– Nie ma sprawy. Przecież to należy do moich obowiązków.

Mężczyzna bez koszuli i technik z biura koronera kucali obok zwłok. Obaj mieli na dłoniach białe gumowe rękawiczki. Technik nazywał się Larry Sakai. Bosch znał go od lat, ale nigdy nie darzył sympatią. Obok ciała stało na ziemi otwarte plastikowe pudełko na przybory wędkarskie. Sakai wyciągnął z niego skalpel i zrobił dwucentymetrowe nacięcie w ciele denata, tuż nad lewym biodrem. W ranie nie pojawiła się krew. Następnie wyjął z pudełka termometr i przymocował go do zakrzywionej na końcu sondy, po czym wetknął ją w nacięcie i obracając z wprawą, choć bez zbytnich ceregieli, umieścił termometr w wątrobie. Mężczyzna bez koszuli skrzywił się i Bosch zauważył w zewnętrznym kąciku jego prawego oka wytatuowaną niebieską łzę. Harry pomyślał, że tatuaż pasuje do profesji wykonywanej przez jego właściciela. Niestety, był to jedyny objaw współczucia, na jaki mógł tu liczyć nieboszczyk.

– Nieźle się upieprzymy, by określić godzinę zgonu – odezwał się Sakai, nie odrywając wzroku od trupa. – Widzisz, ta cholerna rura w miarę nagrzewania się wpłynęła na tempo spadku temperatury wątroby denata. Osito – wskazał na swojego pomocnika – zmierzył temperaturę wewnątrz rury. Było dwadzieścia osiem stopni, a dziesięć minut później już trzydzieści.

– I co z tego? – spytał Bosch.

– To z tego, że nic nie mogę teraz powiedzieć. Konieczne jest przeprowadzenie skomplikowanych wyliczeń.

– Chcesz powiedzieć, że musisz to dać komuś, kto potrafi się z tym uporać? – odezwał się Harry.

– Nie martw się, stary, po sekcji zwłok będziesz wiedział wszystko.

– À propos, kto dzisiaj kroi?

Sakai nie odpowiedział, zajęty badaniem nóg nieboszczyka. Chwycił za buty i zaczął wyginać stopy w kostce, po czym przesunął dłonie w górę, aż do ud. Unosił nogi, obserwując, jak się uginają w kolanach. Następnie zaczął obmacywać brzuch trupa, jakby szukał kontrabandy. W końcu spróbował obrócić głowę denata. Nie poruszyła się. Bosch wiedział, że stężenie pośmiertne postępuje od głowy w dół ciała, a na końcu obejmuje kończyny.

– Kark ma zupełnie sztywny – oświadczył Sakai. – Mięśnie brzucha też twarde, ale kończyny jeszcze całkiem giętkie.

Technik wziął zatknięty za uchem ołówek i nacisnął końcem z gumką skórę na boku zmarłego. W dolnej części ciała widoczne były fioletowe plamy, jakby do połowy wypełniało je czerwone wino. Bosch wiedział, że gdy serce przestaje pracować, krew gromadzi się w najniższych partiach ciała. Kiedy Sakai nacisnął ołówkiem ciemną skórę, ta nie zbielała, co stanowiło widomy dowód, że krew całkowicie zakrzepła. Mężczyzna nie żył od wielu godzin.

– Plamy opadowe – odezwał się Sakai. – Na tej podstawie mogę stwierdzić, że klient nie żyje już od jakichś sześciu, ośmiu godzin. Na razie musi ci to wystarczyć. Póki nie uporamy się z danymi o temperaturze.

Mówiąc to, Sakai nie uniósł wzroku. Razem z Ositem zaczęli wywracać kieszenie zielonych, sfatygowanych spodni nieboszczyka. Były puste, podobnie jak wielkie, workowate kieszenie naszyte po bokach. Następnie przekręcili ciało na bok, by sprawdzić zawartość tych tylnych. Kiedy to robili, Bosch pochylił się, by przyjrzeć się gołym plecom trupa. Skóra była czerwona i brudna, ale nie dostrzegł żadnych zadrapań ani znaków świadczących o tym, że zwłoki ciągnięto po ziemi.

– Kieszenie puste, brak dokumentów – powiedział Sakai, nadal nie podnosząc wzroku.

Zaczęli delikatnie ściągać z głowy denata czarną koszulę. Ukazały się rzadkie, mocno przyprószone siwizną włosy i zaniedbana broda. Wyglądał na pięćdziesiąt lat, co skłoniło Boscha do wniosku, że musiał mieć koło czterdziestki. W kieszeni koszuli coś było. Sakai wyciągnął to, przez chwilę obracał w rękach, a potem włożył do podsuniętej przez pomocnika plastikowej torebki.

– Bingo – oświadczył technik, wręczając znalezisko Boschowi. – Kompletny zestaw. To nam ułatwi pracę.

Następnie Sakai uniósł powieki denata. Niebieska tęczówka była zmętniała, a źrenica miała średnicę mniej więcej grafitu ołówka i przypominała małą, czarną studnię bez dna. Martwe oko spoglądało na Boscha obojętnie i bez wyrazu.

Sakai, który najwyraźniej miał już wyrobione zdanie w tej sprawie, zapisał coś na kartce. Potem wyciągnął z pudełka poduszkę do pieczątek i kartonik do rejestrowania odcisków palców, zwilżył tuszem opuszki palców lewej ręki denata i zaczął jeden po drugim odciskać je na kartoniku. Bosch podziwiał szybkość i fachowość, z jaką to robił. Nagle Sakai przerwał.

– Oho, trzeba to sprawdzić.

Technik delikatnie poruszył palec wskazujący. Zginał się z łatwością we wszystkie strony, więc był złamany w stawie, ale nie dało się zauważyć opuchlizny ani krwiaka.

– Według mnie to obrażenie pośmiertne – powiedział Sakai.

Bosch pochylił się, by dokładniej się przyjrzeć. Ujął rękę nieboszczyka, pomacał ją obiema dłońmi, po czym wymownie spojrzał – najpierw na Sakaia, następnie na Osita.

– Lepiej nie zaczynaj – warknął technik. – Co się tak gapisz? Nie jest głupi, sam go szkoliłem.

Bosch nie chciał przypominać Sakaiowi, że to właśnie on prowadził furgonetkę, która kilka miesięcy temu zgubiła na Ventura Freeway przypasanego do noszy trupa. W godzinach szczytu! Nosze potoczyły się w dół wyjazdu na Lankershim Boulevard i uderzyły w tył wozu stojącego na stacji benzynowej. Sakai dopiero w kostnicy zauważył, że zgubił nieboszczyka.

Bosch puścił rękę zmarłego. Sakai chwycił ją ponownie i zadał Ositowi jakieś pytanie po hiszpańsku. Drobna, smagła twarz Osita spoważniała. Mężczyzna pokręcił głową.

– Nawet nie dotknął ręki tego faceta. Więc lepiej ugryź się w język, zanim powiesz coś, czego nie jesteś pewien.

Sakai skończył zdejmować odciski palców i wręczył kartonik Boschowi.

– Zabezpieczcie mu ręce plastikowymi torbami – polecił Harry, choć wcale nie musiał tego mówić. – I stopy.

Wyprostował się i zaczął machać kartonikiem, by tusz szybciej wysechł. Drugą ręką podniósł do oczu plastikową torebkę wręczoną mu przez Sakaia. Wewnątrz znajdowały się igła do zastrzyków podskórnych, mała fiolka do połowy wypełniona czymś, co przypominało brudną wodę, kawałek waty i karnecik zapałek. Kompletny zestaw ćpuna, sprawiał wrażenie mało używanego. Koniec igły był czysty, bez śladów rdzy, a wacik został użyty jako filtr najwyżej raz, lub może dwa razy. Między włókienkami widać było drobniutkie, biało-brązowe kryształki. Obracając torebkę, Bosch zdołał zajrzeć do środka karneciku – brakowało dwóch zapałek.

W tym samym momencie z rury wyłonił się Donovan. W jednej ręce niósł kilka plastikowych toreb – w każdej była pożółkła gazeta albo opakowanie po produktach spożywczych bądź zgnieciona puszka po piwie. W drugiej ręce trzymał wykres, na którym zaznaczył, gdzie znaleziono poszczególne przedmioty. Na głowie miał oblepiony pajęczyną kask z latarką. Po twarzy płynął mu pot, zostawiając ślady na maseczce zakrywającej nos i usta. Bosch podniósł do góry torebkę z zestawem ćpuna. Donovan się zatrzymał.

– Znalazłeś kociołek? – spytał Harry.

– Kurde, był ćpunem? – jęknął Donovan. – Wiedziałem. W takim razie na cholerę tak się męczymy?

Bosch milczał.

– Odpowiedź brzmi: „tak”. Znalazłem puszkę po coli – powiedział Donovan. Potem spojrzał na plastikowe torby i jedną z nich wręczył Boschowi. Zawierała dwie połówki puszki po coli.

Odkąd posiadanie łyżki stało się wystarczającym powodem aresztowania, narkomani przerzucili się na tak zwane kociołki. Przecinali na pół puszkę po napoju, stawiali dolną połówkę do góry dnem i używali wgłębienia jako naczynia do podgrzewania heroiny i wody. Genialne rozwiązanie – puszkę łatwo się zdobywało, wygodnie się jej używało i bez żalu można ją było wyrzucić.

– Musimy mieć jak najszybciej odciski palców z zestawu i kociołka – powiedział Bosch.

Donovan skinął głową i poszedł z plastikowymi torbami do policyjnej furgonetki. Bosch ponownie zwrócił się do ludzi z ekipy koronera.

– Nie miał przy sobie noża? – spytał.

– Nie – odparł Sakai. – Bo co?

– Potrzebny mi nóż. Bez niego obraz jest niekompletny.

– I co z tego? Facet był ćpunem. Ćpuny kradną od ćpunów. Najpewniej zabrali mu go jego kolesie.

Sakai podwinął rękawy koszuli denata. Na obu przedramionach widoczna była siateczka blizn. Stare ślady po igle, wgłębienia po wrzodach i zakażeniach. W zgięciu lewego łokcia był świeży ślad po wkłuciu i wielki, żółto-fioletowy krwiak pod skórą.

– Bingo – powiedział Sakai. – Sądzę, że facet dał sobie w żyłę, i tyle. Mówiłem ci, Bosch, masz do czynienia z ćpunem. Wcześnie dziś skończysz robotę. Idź obejrzeć Dodgersów.

Bosch ukucnął, by lepiej się przyjrzeć trupowi.

– Wszyscy mi to powtarzają – odparł.

Pomyślał, że Sakai prawdopodobnie ma rację, ale nie był jeszcze gotów uznać tej sprawy za zamkniętą. Zbyt wiele rzeczy mu nie pasowało. Brak śladów w rurze, koszula naciągnięta na głowę, złamany palec, brak noża.

– Dlaczego wszystkie ślady po ukłuciach, z wyjątkiem jednego, są stare? – zadał pytanie bardziej sobie niż Sakaiowi.

– Kto wie? – odpowiedział technik. – Może na jakiś czas z tym skończył, a potem postanowił zacząć od nowa. Ćpun to ćpun. Nie kieruje się żadną logiką.

Wpatrując się w szramy na przedramieniu denata, tuż poniżej rękawa Bosch zauważył ślad niebieskiego tuszu. Za mało widział, by się zorientować, co to takiego.

– Podciągnij wyżej – powiedział, wskazując na podwinięty na wysokość lewego bicepsa rękaw.

Sakai wykonał polecenie. Na ramieniu ukazał się niebiesko-czerwony tatuaż. Przedstawiał szczura stojącego na tylnych nogach i wyszczerzającego zęby we wściekłym grymasie. W jednej łapie trzymał pistolet, w drugiej butelkę alkoholu z trzema krzyżykami na etykiecie. Niebieski napis nad rysunkiem i poniżej był rozmazany ze starości. Sakai spróbował go odcyfrować:

– „Piesza”… Nie, „Pierwsza”… „Pierwsza Dywizja Piechoty”. Służył w armii. Na dole chyba coś w obcym języku. „Non… gratum… anum… ro…”. Nie dam rady tego odczytać.

– Rodentum – powiedział Bosch.

Sakai spojrzał na niego zdziwiony.

– Furmańska łacina – wyjaśnił Bosch. – W bardzo swobodnym tłumaczeniu: „nie wart dupy szczura”. A właściwie: „niżej dupy szczura”. Facet był szczurem tunelowym. W Wietnamie.

– Cóż – odparł Sakai, taksując wzrokiem ciało oraz rurę – można powiedzieć, że skończył też tak jakby w tunelu.

Bosch sięgnął dłonią do twarzy nieboszczyka i odgarnął rzadkie szpakowate włosy, odsłaniając czoło i oczy. Ponieważ był bez rękawiczek, pozostali przerwali swe zajęcia i obserwowali to niezwykłe, wręcz bezmyślne, zachowanie. Bosch nie zwracał na nich uwagi. Przez dłuższą chwilę w milczeniu przyglądał się twarzy nieboszczyka, a jeśli nawet ktoś coś do niego powiedział, nie usłyszał. W chwili, kiedy sobie uświadomił, że zna zarówno tę twarz, jak i tatuaż, mignęła mu przed oczami sylwetka młodego mężczyzny. Kościstego, ogorzałego, z krótko podstrzyżonymi włosami. Żywego, a nie trupa. Harry wstał i gwałtownie się odwrócił.

Wpadł prosto na Jerry’ego Edgara, który w końcu dotarł na miejsce i podszedł, by rzucić okiem na denata. Obaj cofnęli się o krok, lekko ogłuszeni. Bosch uniósł rękę do czoła, Edgar, który był znacznie wyższy, pomacał brodę.

– Cholera – zaklął Jerry. – Nic ci się nie stało, Harry?

– Nie. A tobie?

Edgar sprawdził, czy nie ma na dłoni śladu krwi.

– Też nie. Przepraszam. Czemu tak gwałtownie podskoczyłeś?

– Nie wiem.

Jerry spojrzał przez ramię Boscha na nieboszczyka, a potem ruszył za swym partnerem.

– Przepraszam, Harry – powiedział Edgar. – Czekałem godzinę, aż ktoś przyjdzie i mnie zastąpi. Powiesz mi, co tu mamy?

Mówiąc to, wciąż masował sobie brodę.

– Nie jestem jeszcze pewien – odparł Bosch. – Chciałbym, żebyś poszedł do jednego z radiowozów z terminalem komputerowym. Tylko żeby działał. Sprawdź, czy uda ci się uzyskać informacje o Billym Meadowsie. Nie, wpisz „William”. Rok urodzenia tysiąc dziewięćset pięćdziesiąty lub coś koło tego. Potrzebny nam będzie jego adres.

– To ten sztywny?

Bosch skinął głową.

– Nie ma prawa jazdy?

– Nie znaleźliśmy przy nim żadnych dokumentów. Zrób, o co cię proszę. Powinien być notowany w ciągu ostatnich kilku lat. Przynajmniej jako narkoman w Van Nuys.

Edgar wolnym krokiem ruszył w stronę kilku zaparkowanych opodal czarno-białych wozów, by poszukać terminalu komputera. Ponieważ był potężnym mężczyzną, jego chód wydawał się ociężały, lecz Bosch wiedział z doświadczenia, że trudno dotrzymać Jerry’emu kroku. Jego partner ubrany był w nieskazitelny brązowy garnitur w białe prążki, włosy miał krótko ostrzyżone, a skórę niemal tak gładką i czarną jak oberżyna. Bosch odprowadził Edgara wzrokiem, mimowolnie zastanawiając się, czy jego partner przypadkiem tak nie wyliczył czasu swego przybycia, by uniknąć konieczności wciągania kombinezonu na swe wymuskane ubranie i gramolenia się do rury.

Bosch poszedł do swego samochodu i wyciągnął z bagażnika polaroid. Potem wrócił tam, gdzie leżały zwłoki, stanął nad nimi i pochylił się, by zrobić zdjęcia twarzy nieboszczyka. Uznał, że trzy wystarczą. Położył fotografie na rurze, czekając, aż się wywołają. Patrzył na twarz denata i na zmiany, których dokonał na niej czas. Przypomniał sobie tę twarz wykrzywioną w pijackim uśmiechu tamtego wieczoru, kiedy wszystkie szczury z 1 Dywizji Piechoty opuściły salon tatuażu w Sajgonie. Zajęło im to cztery godziny, ale wszyscy stali się braćmi, tatuując sobie na ramieniu identyczny rysunek. Bosch pamiętał rozradowanego Meadowsa i strach, który wszyscy czuli.

Harry cofnął się, a Sakai i Osito rozwinęli czarny plastikowy wór z zamkiem błyskawicznym na wierzchu. Potem rozsunęli ekler, unieśli Meadowsa i umieścili go w worku.

– Wygląda jak pieprzony Rip van Winkle – powiedział Edgar, podchodząc do nich.

Sakai zasunął ekler. Bosch zobaczył, że kilka kręconych siwych włosów Meadowsa zaplątało się w zamek błyskawiczny. Meadowsowi na pewno było to obojętne. Kiedyś powiedział Boschowi, że jego przeznaczeniem jest znaleźć się pewnego dnia w takim worku, że każdego to czeka.

Edgar trzymał w jednym ręku mały notatnik, a w drugim złotego crossa.

– William Joseph Meadows, urodzony dwudziestego pierwszego lipca pięćdziesiątego roku. To chyba on, co, Harry?

– Tak, to on.

– No więc miałeś rację, był wielokrotnie notowany, nie tylko za narkotyki. Mamy tu napad na bank, próbę napadu, posiadanie heroiny. Jest też włóczęgostwo, właśnie w okolicach zapory, jakiś rok temu. I kilka spraw o narkotyki. W Van Nuys, tak jak mówiłeś. Był twoim informatorem?

– Nie. Masz adres?

– Mieszkał w dolinie San Fernando. W Sepulvedzie, obok browaru. Trudno w tamtych stronach sprzedać dom. Skoro nie był informatorem, to skąd go znasz?

– Nie znam go. Znałem go w innym życiu.

– Nie rozumiem.

– Ostatni raz widziałem Billy’ego Meadowsa jakieś dwadzieścia lat temu. W Sajgonie.

– No tak, czyli faktycznie, dwadzieścia lat temu. – Edgar podszedł do rury i spojrzał na trzy zdjęcia Billy’ego Meadowsa. – Dobrze go znałeś?

– Właściwie nie. Mniej więcej tak jak wszystkich stamtąd. Powierzasz im własne życie, a kiedy jest po wszystkim, uświadamiasz sobie, że właściwie większości z nich nie znasz. Po powrocie nie widziałem go ani razu. W ubiegłym roku rozmawiałem z nim raz przez telefon, to wszystko.

– Po czym go poznałeś?

– Początkowo nie zorientowałem się, że to on. Potem zobaczyłem tatuaż na ramieniu. I wtedy przypomniałem sobie jego twarz. Myślę, że takich facetów zapamiętuje się na całe życie. Przynajmniej ja nie potrafię zapomnieć.

Pozwolili, by przez chwilę panowała cisza. Bosch próbował ułożyć plan dalszych działań, ale prześladowały go jedynie myśli o dziwnym zbiegu okoliczności, który sprawił, że ściągnięto tu właśnie jego i to on miał wyjaśnić śmierć Meadowsa. Edgar wyrwał go z zadumy.

– Może mi powiesz, co cię w tej sprawie męczy? Donovan wygląda, jakby za chwilę miał się zesrać w gacie, tak go zapędziłeś do roboty.

Bosch zapoznał Edgara ze swymi wątpliwościami: powiedział mu o braku śladów w rurze, o koszuli naciągniętej na głowę, o złamanym palcu, o braku noża.

– Po co ci nóż? – spytał Jerry.

– Musiał czymś przeciąć puszkę, by zrobić sobie kociołek. O ile faktycznie należał do niego.

– Mógł przynieść z sobą już gotowy. A może ktoś tam wszedł i zabrał nóż? Jeśli w ogóle jakiś był.

– Niewykluczone. Nie mamy żadnych śladów, by to stwierdzić.

– Wiemy z dokumentów, że był ćpunem. Brał narkotyki, kiedy go znałeś?

– Tak. Brał i handlował.

– No widzisz, gość od wielu lat był uzależniony. Nie można przewidzieć, co taki facet zrobi, kiedy jest na haju lub na głodzie. To straceni ludzie, Harry.

– Tyle że on z tym skończył, przynajmniej tak sądziłem. Na ramieniu znaleźliśmy tylko jeden świeży ślad po ukłuciu igłą.

– Sam powiedziałeś, że nie widziałeś faceta od powrotu z Sajgonu. Skąd możesz wiedzieć, że nie brał?

– Nie widziałem go, ale z nim rozmawiałem. Zadzwonił do mnie jakiś rok temu, zdaje się, że w lipcu czy sierpniu. Został zatrzymany w Van Nuys. Wiedział skądś, może z gazet, że jestem gliną. To było mniej więcej w tym samym czasie co sprawa Lalkarza. Zadzwonił do mnie do wydziału. Z aresztu w Van Nuys. Spytał, czy mogę mu pomóc. Powiedział, że dostałby najwyżej trzydzieści dni, ale tym razem może tyle nie wytrzymać, że nie da sobie sam rady…

Bosch urwał w połowie zdania. Po dłuższej chwili Edgar spytał:

– No i…? Co zrobiłeś?

– Uwierzyłem mu. Porozmawiałem z tamtym gliniarzem. Pamiętam, że nazywał się Nuckles. Potem zadzwoniłem do Departamentu do spraw Weteranów w Sepulvedzie, by go objęli opieką. Nuckles nie robił trudności. Sam jest weteranem. Tak czy inaczej, Departament wysłał Meadowsa do kliniki dla pacjentów dochodzących. Zadzwoniłem tam jakieś sześć tygodni później. Dowiedziałem się, że ukończył kurację, wygrzebał się i dobrze się czuje. Przynajmniej tak mi powiedzieli. I że jest objęty opieką drugiego stopnia. Rozmowy z psychiatrą, terapia grupowa… Nigdy nie rozmawiałem z Meadowsem po tamtym pierwszym telefonie. Nie zadzwonił do mnie, a ja nie próbowałem się z nim skontaktować.

Jerry zerknął w notatnik. Bosch zauważył, że kartka jest czysta.

– Słuchaj, Harry – odezwał się Edgar. – To wszystko zdarzyło się prawie rok temu. Dla ćpuna to kawał czasu, co? Kto wie? Od tamtej pory wiele mogło się zmienić. Ale to nie nasza sprawa. Pytanie, co zamierzasz z tym zrobić.

– Wierzysz w zbiegi okoliczności? – spytał Bosch.

– Nie wiem.

– Ja myślę, że nie ma czegoś takiego.

– Nie bardzo rozumiem, co masz na myśli. Chcesz znać moje zdanie? Nie widzę tutaj nic niezwykłego. Facet wczołgał się do rury, w ciemnościach może nie widział, co robi, wstrzyknął sobie w żyłę za dużo kompotu i wykitował. I tyle. Może ktoś z nim był i wychodząc, zatarł ślady? Przy okazji zabrał też jego nóż. Mogło się zdarzyć sto róż…

– Właśnie w tym rzecz, Jerry. Czasami wszystko wygląda niewinnie. Pomyśl tylko: jest niedziela, wszystkim spieszy się do domu. Chcą sobie pograć w golfa, sprzedawać domy, obejrzeć mecz. Nikt się specjalnie nie wysila. Wszyscy po prostu odwalają swoją robotę. Nie widzisz, że oni właśnie na to liczą?

– Jacy oni, Harry?

– Ci, którzy go zabili.

Zamilkł. To, co mówił, nie brzmiało przekonująco nawet dla niego. Apelowanie do poczucia obowiązku Edgara było błędem. Harry znał swojego partnera i wiedział, że ten zwolni się z roboty, kiedy tylko przepracuje dwadzieścia lat. Umieści wtedy w związkowym biuletynie ogłoszenie: „Emerytowany policjant rezygnuje z prowizji dla kolegów po fachu”, i będzie zarabiał ćwierć miliona dolarów rocznie, sprzedając gliniarzom domy w San Fernando, Santa Clarita, Antelope i każdej innej dolinie, którą obiorą sobie za cel buldożery.

– Po co wlazł do tej rury? – spytał w końcu Bosch. – Mówiłeś, że mieszkał w dolinie, w Sepulvedzie. Czemu przyjechał aż tutaj?

– A skąd ja to mogę wiedzieć? Harry! Facet był ćpunem. Może wyrzuciła go żona? A może zaćpał się w domu i kumple zaciągnęli go aż tutaj, bo nie chcieli się użerać z glinami?

– Nadal mamy do czynienia z przestępstwem.

– Zgoda, tylko spróbuj znaleźć prokuratora okręgowego, który wniesie sprawę.

– Znaleziony przy nim zestaw wyglądał na nieużywany. Ślady na rękach są stare. Nie sądzę, by znów zaczął brać. Przynajmniej nie regularnie. Coś mi tu nie gra.

– No nie wiem… Mamy AIDS i inne świństwa, nawet ćpuny starają się mieć czyste zestawy.

Bosch spojrzał na swego partnera, jakby zobaczył go pierwszy raz w życiu.

– Posłuchaj, Harry, ten facet dwadzieścia lat temu mógł być twoim kumplem z woja, ale ostatnio był ćpunem. Nigdy nie uda ci się znaleźć wytłumaczenia dla jego czynów. Nie interesuje mnie jego zestaw ani brak śladów po igle. Po prostu wiem, że nie powinniśmy sobie zaprzątać głowy tą sprawą. To zwykły wypadek.

Bosch się poddał. Przynajmniej na razie.

– Jadę do Sepulvedy – oświadczył. – Jedziesz ze mną czy wracasz do swojej fuchy?

– Daj spokój, wykonuję swoje obowiązki – powiedział cicho Edgar. – To, że się ze sobą nie zawsze zgadzamy, nie oznacza, że nie robię tego, za co mi płacą. Nigdy tak nie było i nigdy tak nie będzie. Ale jeśli ci się nie podoba sposób, w jaki traktuję swoje obowiązki, możemy jutro rano iść do Cherlaka i poprosić o nowych partnerów.

Boschowi zrobiło się głupio, że się wyrwał bez sensu, ale powiedział jedynie:

– Dobra. Jedź i sprawdź, czy ktoś jest w domu. Spotkamy się, kiedy tu skończę.

Edgar podszedł do rury, wziął jedno zdjęcie Meadowsa, wsunął je do kieszeni płaszcza i bez słowa ruszył w stronę swego samochodu.

Bosch zdjął kombinezon i schował go do bagażnika. Potem przyglądał się, jak Sakai i Osito bezceremonialnie wrzucają zwłoki na nosze, a następnie wsuwają je do niebieskiej furgonetki. Zaczął się zastanawiać, jaką przyjąć taktykę, by sekcję zwłok potraktowano priorytetowo, to znaczy przeprowadzono ją nazajutrz, a nie za cztery, pięć dni. Podszedł do Sakaia, kiedy ten otwierał drzwi szoferki.

– Zmywamy się stąd, Bosch.

Harry położył rękę na drzwiach w taki sposób, by Sakai nie mógł się wśliznąć do wozu.

– Kto dziś kroi?

– Tego? Nikt.

– Daj spokój, Sakai. Kto ma dyżur?

– Sally. Ale zapomnij, nawet na niego nie spojrzy.

– Słuchaj, omówiłem już wszystko ze swym partnerem. Nie z tobą, jasne?

– To ty mnie posłuchaj, Bosch. Pracuję od wczoraj od szóstej wieczorem. To mój siódmy wyjazd w teren. Mieliśmy ofiary wypadków drogowych, topielców. Ludzie dosłownie umierają, byle się z nami spotkać. Ledwie zipiemy, a to znaczy, że nie mamy czasu na coś, z czego tylko według ciebie może być sprawa. Choć raz posłuchaj swojego partnera. Tego tutaj potraktujemy rutynowo. To oznacza, że zajmiemy się nim w środę, może w czwartek. Obiecuję, że najpóźniej w piątek. Wyniki badań toksykologicznych są nie wcześniej niż za dziesięć dni. Wiesz o tym. Po co więc ten cholerny pośpiech?

– Będą. Wyniki badań toksykologicznych będą nie wcześniej niż za dziesięć dni.

– Pieprz się.

– Powiedz tylko Sally’emu, że musi dziś zrobić wstępną obdukcję. Wpadnę do niego później.

– Chryste, Bosch, słuchaj, co do ciebie mówię. W korytarzu mamy trupy, o których wiemy, że podpadają pod sto osiemdziesiąt siedem i muszą być poddane sekcji. Salazar nie będzie miał czasu na to, co według mnie i wszystkich tu obecnych poza tobą wygląda na klasyczne zejście ćpuna. Koniec, kropka. Niby jakich mam użyć argumentów, by skłonić Sally’ego do pokrojenia go dzisiaj?

– Pokaż mu złamany palec. Powiedz, że w rurze nie było śladów. Wymyśl coś. Powiedz, że zmarły za dobrze znał się na ćpaniu, żeby to mogła być przypadkowa śmierć.

Sakai oparł się o drzwi furgonetki i wybuchnął głośnym śmiechem. Potem potrząsnął głową, jakby usłyszał dowcip opowiedziany przez dziecko.

– Wiesz, co mi odpowie? Że to nieistotne, jak długo się facet szprycował. Wszyscy oni tak kończą. Powiedz, ilu znasz sześćdziesięciopięcioletnich ćpunów? Żaden z nich nie dożywa takiego wieku. Strzykawka wykańcza ich wcześniej. Tak jak tego w rurze.

Bosch spojrzał za siebie, by się upewnić, że żaden z mundurowych nie obserwuje ich ani nie słyszy. Potem odwrócił się do Sakaia.

– Powiedz mu tylko, że do niego później wpadnę – odezwał się cicho. – Jeśli podczas wstępnego badania nic nie znajdzie, możesz umieścić ciało na końcu kolejki, a nawet wywieźć je na stację benzynową przy Lankershim. Będzie mi to obojętne, Larry. Ale poproś go. Pozwól, żeby to on podjął decyzję, nie ty.

Bosch puścił drzwi i się cofnął. Sakai wsiadł do furgonetki, trzasnął drzwiami i uruchomił silnik, lecz zanim ruszył, przez dłuższą chwilę spoglądał przez okno na Harry’ego.

– Jesteś potwornie upierdliwy, Bosch. Jutro rano. To wszystko, co ci mogę obiecać. Dzisiaj odpada.

– Pójdzie pod nóż jako pierwszy?

– Tylko daj nam dzisiaj spokój, dobra?

– Będzie pierwszy?

– Tak, tak. Będzie pierwszy.

– Dobra, zostawiam was samych. I do zobaczenia jutro.

– O nie, stary. Ja będę spał.

Sakai podniósł szybę i furgonetka ruszyła. Bosch cofnął się, by ją przepuścić, i po chwili został sam. Spojrzał na rurę i zauważył graffiti. Już wcześniej widział, że zewnętrzna powierzchnia rury jest dosłownie pokryta malunkami, ale dopiero teraz zaczął się przyglądać poszczególnym napisom. Wiele było starych, prawie zupełnie spłowiałych – w większości groźby, dawno zapomniane albo spełnione. Dostrzegł slogany w rodzaju „Zostawcie L.A.”, pseudonimy, takie jak Ozone, Bomber, Stryker i wiele innych. Jego uwagę zwrócił jeden z nowszych napisów. Składał się z zaledwie trzech liter, umieszczonych jakieś trzy metry od wylotu rury. Sha. Wymalowano je jednym płynnym ruchem. Górna część litery S była postrzępiona i obwiedziona konturem. Przypominała usta. Były bezzębne, ale Bosch niemal widział ostre kły. Rozwarte szczęki. Odniósł wrażenie, jakby autor nie dokończył dzieła. Jednak mimo to praca była dobra, oryginalna i starannie wykonana. Wycelował obiektyw polaroidu i zrobił zdjęcie.

Wsunął fotografię do kieszeni i podszedł do wozu policyjnego. Donovan ustawiał na półkach sprzęt, a torby z dowodami umieszczał w drewnianych skrzynkach po winie z doliny Napa.

– Znalazłeś jakieś zużyte zapałki?

– Tak, jedną – odparł technik. – Była wypalona do samego końca. Leżała ze trzy metry od wylotu rury. Zaznaczyłem na planie.

Bosch wziął sztywną podkładkę, do której przyczepiona była kartka papieru ze szkicem rury oraz zaznaczonymi miejscami znalezienia zwłok i poszczególnych przedmiotów. Harry zanotował w pamięci, że na zapałkę natknięto się około pięciu metrów od ciała. Następnie Donovan pokazał mu plastikową torebkę, w której ją umieścił.

– Poinformuję cię, czy została wyrwana z karnetu znalezionego przy denacie – powiedział. – Jeśli o to ci chodzi.

– A mundurowi? – spytał Bosch. – Co znaleźli?

– Wszystko jest tutaj – odparł technik, wskazując drewniany pojemnik, w którym znajdowały się kolejne plastikowe torby. Zawierały przedmioty znalezione przez policjantów, którzy przeszukali teren w promieniu pięćdziesięciu metrów od rury. W każdej torbie była karteczka z informacją, gdzie natrafiono na daną rzecz. Bosch wyciągał po kolei torebki i oglądał ich zawartość. W większości były to śmiecie, które nie miały nic wspólnego z ciałem znalezionym w rurze: gazety, szmaty, damski but na wysokim obcasie, biała skarpetka z zaschniętym klejem. Do wąchania.

Bosch wziął do ręki torebkę z wieczkiem aerozolu. W drugiej torbie była puszka z farbą. Etykietka informowała, że aerozol zawiera farbę w kolorze „oceanicznego błękitu”. Bosch potrząsnął torbą i stwierdził, że w puszce coś jeszcze zostało. Podszedł z nią do rury, otworzył torebkę i nacisnąwszy zawór długopisem, zrobił niebieską linię tuż obok liter Sha. Za dużo rozpylił. Farba spłynęła po powierzchni rury i wsiąkła w ziemię. Jednak odcień był identyczny.

Zastanowił się przez chwilę. Dlaczego autor graffiti wyrzucił pół puszki farby? Spojrzał na kartkę umieszczoną w plastikowej torbie. Spray znaleziono w pobliżu zbiornika. Ktoś próbował wyrzucić puszkę do wody, ale mu się nie udało. Bosch przykucnął obok rury i przyjrzał się dokładniej literom. Doszedł do wniosku, że napis jest niedokończony. Zaszło coś, co spowodowało, że autor graffiti przerwał pracę i wyrzucił przez parkan puszkę, wieczko i swoją skarpetę do wąchania. Czyżby zjawił się radiowóz? Bosch wyciągnął notes i zapisał sobie, by po północy zadzwonić do Crowleya i spytać, czy jacyś jego ludzie z nocnej zmiany przejeżdżali obok zbiornika.

A jeśli to nie gliniarze byli przyczyną tego, że malarz wyrzucił farbę za ogrodzenie? Może chłopak zobaczył, jak ktoś umieszcza ciało w rurze? Bosch przypomniał sobie, co Crowley mówił o anonimowym rozmówcy, który zadzwonił z informacją o zwłokach. Był pewien, że telefonował jakiś dzieciak. Czyżby autor graffiti? Bosch zaniósł puszkę z powrotem do furgonetki i wręczył ją Donovanowi.

– Zajmij się tym zaraz po zestawie i kociołku – powiedział. – Myślę, że może należeć do świadka.

– Zrobi się – odparł Donovan.

Bosch zjechał ku wybrzeżu i skręcił w estakadę nad Barham Boulevard, kierując się na północ. Minąwszy przełęcz Cahuenga, skręcił na zachód, w Ventura Freeway, a potem znów na północ, w San Diego Freeway. Przejechanie piętnastu kilometrów zajęło mu dwadzieścia minut. Była niedziela, ruch panował niewielki. Zjechał wyjazdem na Roscoe i jadąc na zachód, minął parę przecznic, by znaleźć się w Langdon.

Sepulveda, jak większość peryferyjnych miejscowości wokół Los Angeles, miała lepsze i gorsze okolice. Bosch nie spodziewał się przystrzyżonych trawników ani volva na ulicy, przy której mieszkał Meadows – i słusznie. Okres świetności okolicznych domów minął przynajmniej dziesięć lat temu. Okna mieszkań na parterze były zakratowane, na drzwiach do garaży widniały graffiti. W powietrzu unosiła się ostra woń z browaru w Roscoe. Okolica cuchnęła jak bar o czwartej nad ranem.

Meadows mieszkał w domu w kształcie litery U, wzniesionym w latach pięćdziesiątych, kiedy wokół nie dominował jeszcze zapach chmielu, członkowie ulicznych gangów nie wystawali na rogach i z okolicami tymi wiązano nadzieje. Na podwórzu był basen, tyle że od dawna wypełniony śmieciami i piaskiem. Teraz dziedziniec składał się z burego trawnika, wokół którego wylano beton. Meadows zajmował narożne mieszkanie na piętrze. Wchodząc po schodach na zewnętrzną galerię i mijając kolejne lokale, Bosch słyszał jednostajny szum samochodów dobiegający od autostrady. Drzwi do numeru 7B nie były zamknięte na klucz. Za nimi znajdował się mały pokój dzienny z kącikiem jadalnym i aneksem kuchennym. Edgar stał oparty o kontuar i zapisywał coś w notatniku.

– Przyjemne miejsce, co? – spytał.

– Tak – powiedział Bosch i się rozejrzał. – Nie ma nikogo w domu?

– Nie. Pytałem sąsiadkę, powiedziała, że od przedwczoraj nikogo nie widziała. I że facet, który tu mieszkał, przedstawił się jej jako Fields, a nie Meadows. Sprytnie, co? Powiedziała, że mieszkał sam. Wprowadził się jakiś rok temu, w zasadzie z nikim nie utrzymywał kontaktów. To wszystko, co wiedziała.

– Pokazałeś jej zdjęcie?

– Tak, rozpoznała go. Choć nie lubi oglądać zdjęć nieboszczyków.

Bosch wszedł do krótkiego holu prowadzącego do łazienki i sypialni.

– Sam otworzyłeś zamek? – spytał.

– Nie. Drzwi nie były zamknięte na klucz. Słowo daję, zapukałem parę razy i już miałem wrócić do samochodu po narzędzia, by pobawić się z zamkiem, ale przedtem spróbowałem, czy nie dadzą się otworzyć.

– I się otworzyły.

– Właśnie.

– Rozmawiałeś z właścicielem?

– Właścicielką. Nie ma jej, ale niedługo powinna wrócić, może wyskoczyła na lunch albo postawić na jakiegoś konia. Odnoszę wrażenie, że tutaj wszyscy się zakładają.

Bosch wrócił do pokoju dziennego i się rozejrzał. Nie było tu wiele do oglądania. Pod jedną ścianą stała kanapa obita zielonym winylem, naprzeciwko znajdował się fotel, a obok niego mały telewizor. W kąciku jadalnym stały stół z fornirowanym blatem i trzy krzesła. Czwarte znajdowało się pod ścianą. Bosch spojrzał na stary, zniszczony stolik przed kanapą. Stała na nim popielniczka pełna petów i leżał magazyn z krzyżówkami. Obok rozłożony był niedokończony pasjans. I gazeta z programem telewizyjnym. Bosch nie miał pojęcia, czy Meadows palił, ale wiedział, że przy denacie nie znaleziono papierosów. Zanotował w myślach, by to sprawdzić.

– Ktoś przeszukiwał ten lokal – odezwał się Edgar. – Nie chodzi o to, że były otwarte drzwi. Ktoś tu najwyraźniej węszył. Robili to metodycznie, ale w pośpiechu. Idź do sypialni i garderoby, to zobaczysz, co mam na myśli. Ja jeszcze raz spróbuję odszukać właścicielkę.

Edgar wyszedł, a Bosch udał się do sypialni. Po drodze poczuł woń moczu. W sypialni ujrzał podwójne łoże bez wezgłowia, przysunięte do ściany. Na białym murze, mniej więcej w miejscu, w którym Meadows mógł opierać głowę, siedząc w łóżku, widoczna była tłusta plama. Pod przeciwległą ścianą stała stara komoda z sześcioma szufladami, a obok łóżka znajdował się tani stolik nocny z palmowej trzciny i lampka. Poza tym w pokoju nie było nic więcej, nawet lustra.

Bosch najpierw przyjrzał się łożu. Było niezasłane, poduszki i prześcieradła leżały na samym środku. Harry zauważył, że róg jednego z prześcieradeł był wsunięty między materac a stelaż pośrodku lewej strony łóżka. „Nikt w ten sposób nie ściele” – pomyślał. Wyciągnął spod materaca róg prześcieradła i pozwolił, by zwisał swobodnie z boku. Następnie uniósł materac, jakby czegoś pod nim szukał, i umieścił go z powrotem na miejscu. Róg prześcieradła znów znalazł się między materacem a stelażem. Edgar miał rację.

Bosch otworzył szuflady komody. Wszystko, co w nich przechowywano – bielizna, białe i ciemne skarpety, kilka podkoszulków – było starannie poukładane, jakby nikt tu nie grzebał. Kiedy zamykał lewą dolną szufladę, zauważył, że nierówno się przesuwa i nie chce domknąć. Wyciągnął ją z komody. Potem wyjął kolejną szufladę. W końcu pozostałe. Kiedy wyciągnął wszystkie szuflady, sprawdził, czy do ich dna czegoś nie przymocowano. Nic nie znalazł. Wsunął je z powrotem, ale tak długo nimi manipulował, aż wszystkie dały się lekko i do końca zamknąć. Okazało się, że teraz układ szuflad był inny. Taki, jaki powinien być. Doszedł do wniosku, że ktoś powysuwał szuflady, szukając czegoś pod spodem, a potem umieścił je w niewłaściwej kolejności.

Wszedł do garderoby. Okazało się, że lokator wykorzystywał ją tylko w jednej czwartej. Na podłodze stały dwie pary butów: czarne reeboki, zapiaszczone i pokryte warstwą szarego kurzu, oraz sznurowane buty robocze, niedawno czyszczone i pastowane. Na dywanie również widoczny był szary kurz z butów. Bosch ukucnął i wziął w palce odrobinę pyłu. Wyglądał jak cement. Wyjął z kieszeni małą plastikową torebkę i wsypał do niej kilka ziarenek. Schował torebkę i wstał. Na wieszakach wisiało pięć koszul – jedna biała, rozpinana, i cztery czarne, z długimi rękawami, wkładane przez głowę, takie same jak ta, którą miał na sobie Meadows. Oprócz koszul na wieszakach wisiały dwie pary spłowiałych dżinsów i dwie pary czarnych spodni od piżamy lub strojów noszonych przez karateków. Kieszenie wszystkich spodni były wywrócone na zewnątrz. W stojącym na podłodze plastikowym koszu na brudną bieliznę leżały czarne spodnie, podkoszulki, skarpetki i para sportowych spodenek.

Bosch wyszedł z garderoby i opuścił sypialnię. Po drodze wstąpił do łazienki i otworzył szafkę na lekarstwa. W środku znalazł do połowy zużytą tubkę pasty do zębów, buteleczkę aspiryny i jedno puste opakowanie po strzykawce do insuliny. Zamknął szafkę, spojrzał w lustro i zobaczył zmęczone oczy. Przygładził włosy.

Wrócił do pokoju i usiadł na kanapie, przed niedokończonym pasjansem. Wszedł Edgar.

– Meadows wynajął mieszkanie pierwszego lipca – oświadczył. – Znalazłem właścicielkę. Miał płacić czynsz co miesiąc, ale dał pieniądze za jedenaście miesięcy z góry. Cztery stówy miesięcznie. To znaczy, że wybulił gotówką prawie pięć kawałków. Nie prosiła go o referencje. Po prostu wzięła pieniądze. Mieszkał…

– Powiedziała, że zapłacił za jedenaście miesięcy? – przerwał mu Bosch. – Czy to nie jedna z tych ofert w rodzaju: zapłać za jedenaście miesięcy, a dwunasty masz za darmo?

– Nie, spytałem ją o to. Zaprzeczyła. Po prostu tak chciał jej zapłacić. Oświadczył, że wyprowadzi się pierwszego czerwca. Zaraz, kiedy to wypada? Za dziesięć dni. Powiedziała, że przeniósł się tu, bo podłapał jakąś robotę, podobno przyjechał z Phoenix. Twierdził, że jest brygadzistą, nadzoruje kopanie tunelu drogowego w centrum. Zrozumiała, że roboty potrwają jedenaście miesięcy i wtedy jej lokator wróci do Phoenix.

Edgar relacjonował rozmowę z właścicielką domu, zaglądając do notesu.

– I to by było tyle. Też go rozpoznała na zdjęciu i też znała go jako Fieldsa. Billa Fieldsa. Wychodził o dziwnych porach, jakby pracował na nocną zmianę. Powiedziała, że w ubiegłym tygodniu widziała go rano, jak wracał z pracy, ktoś go podrzucił beżowym czy jasnobrązowym jeepem. Nie zna numeru, bo nie patrzyła na tablicę rejestracyjną. Pamiętała, że Meadows był brudny, zawsze wracał z pracy w takim stanie.

Milczeli obaj przez kilka chwil, pogrążeni w myślach.

Pierwszy odezwał się Bosch:

– Mam dla ciebie propozycję.

– Propozycję? Słucham.

– Wrócisz teraz do domu czy do swej drugiej roboty, dokąd chcesz. Od tej chwili przejmuję tę sprawę. Wyciągnę taśmę z centrali, pojadę do biura i zajmę się papierkową robotą. Sprawdzę, czy Sakai powiadomił najbliższą rodzinę. O ile pamiętam, Meadows pochodził z Luizjany. Tak czy inaczej, jutro na ósmą jest wyznaczona sekcja. Tym też się zajmę. Ty skończysz jutro tę sprawę z transwestytami i pójdziesz z nią do prokuratora okręgowego. Nie powinieneś mieć większych problemów.

– To znaczy, że ty weźmiesz się za tę śmierdzącą sprawę, a mnie zostawisz dziecinnie prostą? Sprawa tych zboczeńców jest łatwa jak zabawa ptaszkiem. Gra słów niezamierzona.

– Tak. Chcę cię prosić o jeszcze jedno. Jutro w drodze z doliny wstąp do Departamentu do spraw Weteranów w Sepulvedzie i spróbuj od nich wyciągnąć kartotekę Meadowsa. Może trafimy tam na jakieś przydatne nazwiska. Prawdopodobnie był pod opieką psychiatry i uczestniczył w terapii grupowej. Może ktoś z jego grupy szprycował się razem z nim i wie, co tu zaszło. Zdaję sobie sprawę, że szanse są nikłe. Jeśli będą oporni, zadzwoń do mnie, postaram się o nakaz.

– W porządku, ale martwię się o ciebie, Harry. Wiem, że prawdopodobnie starasz się wrócić do Wydziału Zabójstw, ale nie widzę sensu zaprzątać sobie głowy tą sprawą. Racja, przeszukiwano to mieszkanie, ale co z tego? Istotna jest odpowiedź na pytanie, dlaczego to zrobili, a ja na pierwszy rzut oka nie widzę tu nic niezwykłego. Wygląda na to, że ktoś wywiózł Meadowsa nad sztuczne jezioro, kiedy ten wykorkował, a potem przetrząsnął jego mieszkanie, szukając narkotyków. Jeśli Meadows trzymał je w domu.

– Prawdopodobnie tak właśnie było – przyznał Bosch po chwili milczenia. – Mimo to wciąż nie daje mi spokoju kilka drobiazgów. Chcę trochę nad tym pogłówkować, póki się nie upewnię.

– Cóż, jak powiedziałem, nie mam nic przeciwko temu. Zostawiasz mi przyjemniejszą robótkę.

– Myślę, że jeszcze się tu trochę rozejrzę. Ty jesteś już wolny, zobaczymy się jutro, po mojej wizycie w kostnicy.

– Dobra.

– Jeszcze jedno, Jed.

– Słucham?

– To nie ma nic wspólnego z tym, że chcę wrócić do Wydziału Zabójstw.

Bosch siedział pogrążony w myślach, wypatrując w pokoju ukrytych tajemnic. W końcu jego wzrok padł na rozłożone na stoliku karty. Pasjans. Zobaczył, że wszystkie asy są odkryte. Wziął do ręki resztę talii i przejrzał ją, przekładając po trzy karty naraz. Trafił na dwójkę i trójkę pik oraz dwójkę kier. Pasjans nie został rozłożony do końca. Ktoś przeszkodził Meadowsowi i nie pozwolił mu dokończyć gry.

Ta sprawa nie dawała Boschowi spokoju. Spojrzał na popielniczkę z zielonego szkła i dostrzegł, że wszystkie niedopałki są po camelach bez filtra. Palił je Meadows czy jego zabójca? Wstał i przeszedł się po pokoju. Znów uderzyła go słaba woń moczu. Wrócił do sypialni. Otworzył szuflady komody i popatrzył na ich zawartość. Nic mu nie przychodziło do głowy. Podszedł do okna i wyjrzał na tylną fasadę budynku mieszkalnego po drugiej stronie alejki. Jakiś mężczyzna pchał wózek z supermarketu, do połowy wypełniony aluminiowymi puszkami. Bosch odszedł od okna, usiadł na łóżku i oparł głowę o ścianę w miejscu, gdzie powinno znajdować się wezgłowie, a gdzie biała farba przybrała szary odcień. Mur był zimny.

– Powiedz mi coś – szepnął, zwracając się nie wiadomo do kogo.

Był przekonany, że ktoś przeszkodził Meadowsowi w stawianiu pasjansa i że ten umarł w swoim mieszkaniu. Potem wywieziono go nad jezioro. Ale dlaczego? Dlaczego nie zostawiono go tutaj? Bosch znów oparł głowę o ścianę i spojrzał prosto przed siebie. Dopiero wtedy zauważył gwóźdź, jakiś metr nad komodą. Kiedyś, dawno temu, pomalowano go razem ze ścianą na biało, dlatego nie zobaczył go wcześniej. Wstał i zajrzał za komodę. W dziesięciocentymetrowej szparze między meblem a ścianą dostrzegł drewnianą ramkę. Odsunął ciężką komodę i wydobył obrazek. Usiadł na skraju łóżka, przyglądając mu się uważnie. Szkło popękało, prawdopodobnie w chwili, gdy obrazek spadł na podłogę, tworząc coś na wzór pajęczej sieci. Uszkodzona szybka przesłaniała czarno-białą fotografię. Zdjęcie było spłowiałe, przy brzegach żółtobrązowe. Wykonano je ponad dwadzieścia lat temu. Bosch nie miał co do tego żadnych wątpliwości, bo między dwoma pęknięciami szkła ujrzał swoją młodą, uśmiechniętą twarz.

Odwrócił ramkę i ostrożnie odgiął blaszki przytrzymujące z tyłu tekturkę. Kiedy wysuwał pożółkłą fotografię, szkło wypadło i rozprysło się na podłodze na tysiące kawałeczków. Odsunął nogi, ale nie wstał. Przyglądał się zdjęciu. Ani z przodu, ani z tyłu nie było żadnych napisów, po których można by się zorientować, gdzie lub kiedy je zrobiono. Wiedział jednak, że musiało to być pod koniec roku tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego dziewiątego albo na początku tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego, bo później niektórzy mężczyźni ze zdjęcia zginęli.

Było ich na fotografii siedmiu. Same szczury tunelowe. Wszyscy bez podkoszulków, dumnie wypinali opalone torsy, prezentując tatuaże; blaszane identyfikatory mieli zlepione taśmą, by nie dzwoniły, kiedy czołgali się tunelami. Musieli być w Sektorze E okręgu Cu Chi, ale Bosch nie pamiętał nazwy wioski. Stali w okopie po obu stronach wejścia do tunelu, niewiele szerszego niż rura, w której znaleziono martwego Meadowsa. Bosch przyjrzał się swojej twarzy i stwierdził, że ma na zdjęciu głupkowaty uśmiech. Czuł zakłopotanie, wiedząc, co nastąpiło po utrwalonej na zdjęciu chwili. Potem popatrzył na Meadowsa – miał blady uśmiech i nieobecny wzrok. Wszyscy mówili, że Meadows nawet w pomieszczeniu dwa i pół na dwa i pół metra spoglądał tysiąc metrów przed siebie.

Bosch rzucił okiem na odłamki szkła na podłodze i zobaczył świstek różowego papieru, nie większy od biletu na mecz baseballowy. Podniósł go i przyjrzał mu się uważnie. Był to kwit zastawny z lombardu w centrum miasta. W rubryce „nazwisko” wpisano „William Fields”. Wymieniony był jeden przedmiot: złota bransoletka wysadzana jadeitem. Kwit wystawiono sześć tygodni temu. Fields dostał za bransoletkę osiemset dolarów. Bosch wsunął świstek do plastikowej koperty i wstał.

Z powodu samochodów zdążających na stadion Dodgersów jazda do centrum zajęła mu godzinę. Bosch wykorzystał ten czas na rozmyślanie o mieszkaniu Meadowsa. Zostało przeszukane, ale Edgar miał rację – zrobiono to w pośpiechu. Mniejsza o wywrócone kieszenie spodni. Gorzej, że szuflady komody zostały włożone w niewłaściwej kolejności. No i że nie znaleziono zdjęcia i ukrytego za nim kwitu. Co spowodowało taki pośpiech? Prawdopodobnie zwłoki Meadowsa. Ten, kto przeszukiwał mieszkanie, chciał je jak najszybciej usunąć.

Bosch zjechał z autostrady na Broadway i skierował się na południe, aż za Times Square, do lombardu mieszczącego się w Bradbury Building. Podczas weekendów centrum Los Angeles było zwykle spokojne jak Forest Lawn i Harry nie spodziewał się, że Happy Hocker będzie otwarty. Był po prostu ciekaw i chciał przynajmniej przejechać obok lombardu i rzucić na niego okiem w drodze do centrali. Kiedy mijał witrynę, zobaczył stojącego na chodniku mężczyznę, który czarną farbą w aerozolu malował na kawałku dykty słowo „OTWARTE”. Tablicę umieszczono w miejscu szyby wystawowej. Bosch dostrzegł na chodniku odłamki szkła. Zjechał do krawężnika, lecz zanim dotarł do drzwi, mężczyzna zniknął w środku. Harry najwyraźniej przeciął wiązkę promieni wysyłaną przez elektroniczne oko, bo gdzieś z góry, spomiędzy wiszących pod sufitem instrumentów muzycznych, rozległ się dźwięk dzwonka.

– W niedziele nieczynne – usłyszał z głębi. Mężczyzna stał za chromowaną kasą sklepową ustawioną na szklanym kontuarze.

– Napis, który właśnie skończył pan malować, głosi co innego.

– To na jutro. Ludzie zobaczą w oknie dyktę i pomyślą, że zamknąłem interes. A to nieprawda. Pracuję codziennie oprócz weekendów. Ta dykta będzie w oknie przez kilka dni. Napisałem „otwarte”, żeby ludzie nie mieli wątpliwości. Zaczynamy od jutra.

– Jest pan właścicielem? – spytał Bosch, wyciągając legitymację, którą mignął mężczyźnie przed nosem. – To zajmie tylko parę minut.

– Ach, policja! Dlaczego pan nie powiedział od razu? Czekam na was cały dzień.

Bosch rozejrzał się wyraźnie zmieszany, ale po chwili zorientował się, o co chodzi.

– Ma pan na myśli okno? Nie przyjechałem tu w tej sprawie.

– Jak to? Policjant z patrolu powiedział, żebym zaczekał na ludzi z dochodzeniówki. Więc czekałem. Jestem tu od piątej rano.

Bosch rozejrzał się po lokalu. Znajdowały się w nim dęte instrumenty muzyczne, sprzęt elektroniczny, biżuteria i różne drobiazgi mogące zainteresować kolekcjonerów.

– Proszę posłuchać, panie…

– Obinna. Oscar Obinna, właściciel lombardów w Los Angeles i Culver City.

– Panie Obinna, w weekendy ludzie z dochodzeniówki nie zajmują się meldunkami o chuligańskich wybrykach. A właściwie… chyba w ogóle już się tym nie zajmują.

– Jakie chuligańskie wybryki? To było włamanie. Wielki napad.

– Włamanie? Co skradziono?

Obinna wskazał dwie szklane gabloty znajdujące się po obu stronach kasy. W obydwu szkło było rozbite na tysiące kawałków. Bosch podszedł bliżej i zobaczył wśród odłamków drobną biżuterię: tanie kolczyki, pierścionki. Dostrzegł również pokryte aksamitem podstawki, tafle lustrzanego szkła i drewniane wieszaki na pierścionki, na których powinny być umieszczone cenniejsze okazy, a które teraz były puste. Rozejrzał się i stwierdził, że poza tym sklep nie ucierpiał.

– Panie Obinna, mogę zadzwonić do dyżurnego i sprawdzić, czy ktoś zamierza tu dziś przyjechać, a jeśli tak, to o której godzinie. Przyszedłem jednak w innej sprawie.

Bosch wyciągnął kopertę z przezroczystego plastiku, w której znajdował się kwit zastawny. Uniósł ją, by Obinna mógł się przyjrzeć jej zawartości.

– Czy mogę zobaczyć tę bransoletkę?

W chwili, kiedy to mówił, ogarnęło go złe przeczucie. Właściciel lombardu, mały, krągły człowieczek o oliwkowej skórze i czarnych włosach sterczących wokół łysej czaszki, ściągnął ciemne, krzaczaste brwi i spojrzał na Boscha z niedowierzaniem.

– Nie zamierza pan się zająć włamaniem?

– Nie, proszę pana, prowadzę dochodzenie w sprawie morderstwa. Czy może mi pan pokazać bransoletkę, na którą wystawił pan ten kwit? Potem zadzwonię do komisariatu i dowiem się, czy przyjedzie dziś ktoś do pana w sprawie włamania. Byłbym wdzięczny za pomoc.

– Ach wy, gliniarze! Pomagam wam, co tydzień wysyłam listę, robię nawet na waszą prośbę zdjęcia. Jedyne, czego oczekuję w zamian, to żebyście zbadali sprawę kradzieży. Tymczasem pojawia się ktoś, kto twierdzi, że interesuje się jakimś morderstwem. Czekam od piątej rano.

– Pozwoli mi pan skorzystać z telefonu? Zaraz ściągnę tu ekipę dochodzeniową.

Obinna zdjął słuchawkę z aparatu wiszącego za jednym ze zniszczonych kontuarów i podał ją Boschowi, który podyktował mu numer. W czasie gdy Harry rozmawiał z dyżurnym w Parker Center, właściciel lombardu poszedł sprawdzić w swoim rejestrze kopię kwitu.

Dyżur pełniła policjantka, która podczas całej swej dotychczasowej pracy w Wydziale Zabójstw nigdy nie miała do czynienia ze śledztwem w terenie. Spytała Boscha, co u niego słychać, a potem poinformowała go, że przekazała meldunek o włamaniu do lombardu na miejscowy posterunek, choć wiedziała, że detektywi w niedzielę nie pracują. Miejscowym posterunkiem był śródmiejski. Bosch wszedł za kontuar i wykręcił numer biura dochodzeniowego. Nikt nie odbierał, więc Bosch zaczął mówić do głuchej słuchawki:

– Tu Harry Bosch z komisariatu w Hollywood, chciałbym się dowiedzieć, kto się zajmuje włamaniem do Happy Hocker na Broadwayu… Tak, jest na miejscu. Czy wiecie kiedy?… Aha, aha… Zgadza się, Obinna, O-b-i-n-n-a.

Podniósł wzrok. Obinna skinął głową na znak, że Bosch prawidłowo przeliterował jego nazwisko.

– Tak, czeka… W porządku… Powtórzę mu. Dziękuję.

Odwiesił słuchawkę. Obinna spojrzał na niego pytająco.

– Panie Obinna, mają bardzo ciężki dzień – oświadczył Bosch. – Wszyscy są na mieście, ale ktoś się u pana pojawi. Nie powinno to już długo trwać. Podałem dyżurnemu pana nazwisko i poprosiłem, by jak najszybciej skierował do pana ekipę. Czy teraz mogę zobaczyć bransoletkę?

– Nie.

Bosch wyjął z kieszeni płaszcza paczkę papierosów i zapalił jednego. Zanim Obinna zdążył rozłożyć ręce nad zniszczoną gablotą, Harry wiedział już, co za chwilę usłyszy.

– Pańska bransoletka