Wydawca: WAB Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2014

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Czarna wieża - P.D. James

Kolejna powieść w cyklu z Komendantem Adamem Dalglieshem, który przyniósł autorce międzynarodową sławę!

Słynąca z pisania klasycznych kryminałów P.D. James tym razem uśmierca jednego z przyjaciół policjanta - pastora.

Śledztwo toczy się wśród nieuleczalnie chorych i niepełnosprawnych byłych podopiecznych denata. Adam Dalgleish wpada na niebezpieczny trop.

To będzie jego ostatnia sprawa...

P.D. James – trzykrotnie nagradzana Srebrnym Sztyletem!

 

Opinie o ebooku Czarna wieża - P.D. James

Fragment ebooka Czarna wieża - P.D. James

P.D.

Ja­mes

CZAR­NA WIEŻA

Przełożył Zbi­gniew Białas

Tytuł ory­gi­nału: The Black To­wer

Co­py­ri­ght © P.D. Ja­mes, 1975

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIV

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Zbi­gniew Białas, MMXIV

Wy­da­nie III

War­sza­wa

OD AU­TOR­KI

Mam na­dzieję, że miłośnicy Dor­set wy­baczą mi swo­bod­ne po­trak­to­wa­nie to­po­gra­fii tego piękne­go hrab­stwa i zu­chwałe wznie­sie­nie na wy­brzeżu Pur­beck dwóch fik­cyj­nych bu­dow­li: Fol­war­ku Toyn­ton i Czar­nej Wieży. Ode­tchną z ulgą na wieść, że choć zapożyczyłam sce­ne­rię, to bo­ha­te­ro­wie tej książki są ab­so­lut­nym wy­two­rem wy­obraźni i wszel­kie ich po­do­bieństwo do osób żywych bądź zmarłych jest czy­sto przy­pad­ko­we.

1WY­ROK ŻYCIA

Miała to być już ostat­nia wi­zy­ta le­ka­rza i Dal­gliesh po­dej­rze­wał, iż ni­ko­mu nie będzie z tego po­wo­du przy­kro. Aro­gan­cja i lek­ce­ważąca wy­niosłość z jed­nej stro­ny, a słabość, uczu­cie wdzięczności i uza­leżnie­nia z dru­giej nie mogły sta­no­wić fun­da­men­tu sym­pa­tii, choćby prze­lot­nej, między dwo­ma do­rosłymi mężczy­zna­mi. Dok­tor w oto­cze­niu asy­sty wkro­czył za pielęgniarką do szpi­tal­ne­go po­ko­iku, w którym leżał Dal­gliesh. Le­karz był już ele­ganc­ko ubra­ny na uro­czy­stość ślubną, którą jesz­cze tego sa­me­go ran­ka miał za­szczy­cić swą obec­nością. Sam mógłby ucho­dzić za pana młode­go, tyle że za­miast zwy­cza­jo­we­go goździ­ka wpiął w klapę czer­woną różę. Zarówno dok­tor, jak i kwiat spra­wia­li wrażenie do­pro­wa­dzo­nych do sztucz­nej do­sko­nałości, wy­po­le­ro­wa­nych, ni­czym pre­zent opa­ko­wa­nych w przej­rzystą folię, chro­niącą przed przy­pad­ko­wy­mi po­dmu­cha­mi wia­tru, ata­ka­mi mro­zu czy nie­de­li­kat­ny­mi pal­ca­mi, które mogłyby znisz­czyć co sub­tel­niej­sze prze­ja­wy świet­ności. By dopełnić wy­mogów ele­gan­cji, le­karz skro­pił sie­bie i różę jakąś kosz­towną wodą kolońską. Dal­gliesh po­tra­fił to wy­czuć po­mi­mo szpi­tal­ne­go odo­ru ka­pu­sty i ete­ru, do którego jego nos tak się pod­czas ostat­nich ty­go­dni przy­zwy­czaił, że te­raz pra­wie prze­stał nań re­ago­wać. Grup­ka stu­den­tek me­dy­cy­ny oto­czyła łóżko. Z długi­mi włosa­mi i w przykrótkich białych ki­tlach dziew­czy­ny wyglądały jak gro­mad­ka nie­co po­dej­rza­nych dru­hen.

Bez­oso­bo­we dłonie pielęgniar­ki umiejętnie ro­ze­brały Dal­glie­sha do ko­lej­ne­go ba­da­nia. Chłodny dysk ste­to­sko­pu sunął po jego pier­si i ple­cach. To ostat­nie ba­da­nie było już czystą for­mal­nością, ale le­karz jak zwy­kle pra­co­wał dokład­nie. Do wszyst­kie­go zresztą pod­cho­dził poważnie. Jeśli na­wet w tym przy­pad­ku pier­wot­na dia­gno­za oka­zała się błędna, jego re­pu­ta­cja była na tyle ugrun­to­wa­na, iż po­zwo­lił so­bie za­le­d­wie na zdaw­ko­we wyjaśnie­nie. Wy­pro­sto­wał się i po­wie­dział:

– Właśnie otrzy­ma­liśmy ostat­nie wy­ni­ki badań i te­raz chy­ba możemy już po­sta­wić pra­widłową dia­gnozę. Cy­to­lo­gia, rzecz ja­sna, cały czas była nie­jed­no­znacz­na, a roz­po­zna­nie kom­pli­ko­wało jesz­cze za­pa­le­nie płuc. Nie jest to jed­nak ostra białacz­ka, to w ogóle nie jest białacz­ka. Prze­cho­dził pan… na szczęście… nie­ty­pową mo­no­nu­kle­ozę. Gra­tu­luję, pa­nie ko­men­dan­cie. Mar­twi­liśmy się o pana.

– Ja jed­nak bar­dziej, was to po pro­stu in­try­go­wało. Kie­dy będę mógł stąd wyjść?

Le­karz prychnął, po czym uśmiechnął się do swo­jej świty, jak­by za­pra­szając wszyst­kich, by wraz z nim dzie­li­li pobłażanie dla ko­lej­ne­go przykładu nie­wdzięczności re­kon­wa­le­scen­ta. Dal­gliesh dodał szyb­ko:

– Myślę, że będzie wam po­trzeb­ne łóżko.

– Do­dat­ko­we miej­sca za­wsze się przy­dają, lecz nie ma wiel­kie­go pośpie­chu. Wy­ma­ga pan jesz­cze dłuższej re­kon­wa­le­scen­cji. Nie­mniej jed­nak zo­ba­czy­my. Zo­ba­czy­my.

Gdy wy­szli, ułożył się na ple­cach i wo­dził ocza­mi po ci­chej prze­strze­ni wiel­kości dwóch stóp sześcien­nych, jak­by po raz pierw­szy wi­dział ten pokój. Umy­wal­ka z kra­na­mi, które otwie­rało się łokciem; ele­ganc­ki funk­cjo­nal­ny sto­li­czek przy łóżku, a na nim przy­kry­ty dzba­nek z wodą; dwa krzesła dla gości pociągnięte błyszczącym la­kie­rem; słuchaw­ki zwi­nięte nad głową; zasłony okien­ne w de­li­kat­ne kwiat­ki, zupełnie bez gu­stu. Nie spo­dzie­wał się, że będzie jesz­cze coś ta­kie­go w życiu oglądał. Jak na miej­sce do umie­ra­nia było tu skrom­nie i bez­oso­bo­wo. W tej sal­ce, tak jak w po­ko­ju ho­te­lo­wym, lu­dzie również się zmie­nia­li. I obojętne, czy pa­cjent wy­cho­dził stąd o własnych siłach, czy wywożono go do kost­ni­cy – nic po nim nie zo­sta­wało, zni­kała na­wet pamięć o jego stra­chu, cier­pie­niu i na­dziei.

Wy­rok śmier­ci ogłoszo­no mu, jak sądził, zupełnie ste­reo­ty­po­wo, a to­wa­rzy­szyły temu smut­ne spoj­rze­nia, fałszy­wa ser­decz­ność, szep­ty kon­sy­lium, wie­lość testów kli­nicz­nych i gdy­by się nie uparł, nie po­znałby na­wet dia­gno­zy i dal­szych ro­ko­wań. Na życie zaś ska­za­no go w sposób znacz­nie mniej wy­szu­ka­ny, po przejściu sta­nu kry­tycz­ne­go, i to go wzbu­rzyło jesz­cze bar­dziej. Uważał, iż le­ka­rze za­cho­wa­li się wyjątko­wo nie­od­po­wie­dzial­nie, ba, wręcz lek­ce­ważąco, sko­ro naj­pierw całko­wi­cie go prze­ko­na­li, że jest umie­rający, po czym zmie­ni­li zda­nie. Te­raz ze wsty­dem uzmysłowił so­bie, z jaką łatwością po­rzu­cił swo­je radości i tro­ski, gdy groźba utra­ty ujaw­niła mu ich praw­dzi­we zna­cze­nie; w naj­lep­szym ra­zie sta­no­wiły po­ciechę, w naj­gor­szym – nie­wy­bred­ne mar­no­wa­nie cza­su i ener­gii. Te­raz mu­siał znów do nich wrócić i uwie­rzyć, że są ważne, przy­najm­niej dla nie­go. Wątpił, czy jesz­cze kie­dy­kol­wiek da wiarę, iż ob­chodzą one in­nych. Z pew­nością wraz z przypływem sił wszyst­ko jakoś wróci do nor­my. Życie z cza­sem od­zy­ska swą treść. On zaś po­go­dzi się z nim, po­nie­waż nie ma in­ne­go wy­bo­ru, i składając wy­god­nie na karb słabości ten prze­wrot­ny atak niechęci i zgorzk­nie­nia, za­cznie wie­rzyć, iż do­pi­sało mu nie­wia­ry­god­ne szczęście. Ko­le­dzy, po­zbyw­szy się zakłopo­ta­nia, będą mu gra­tu­lo­wać. Te­raz, gdy śmierć zastąpiła seks jako te­mat tabu, na­brała też swo­istych cech; właści­wie nie wy­pa­dało umie­rać, za­nim się jesz­cze nie uprzy­krzyło wszyst­kim życia, po­win­no się odejść w chwi­li, gdy przy­ja­cie­le mogą za­in­to­no­wać ry­tu­alną śpiewkę o „ra­do­snym wy­zwo­le­niu”.

W tej chwi­li jed­nakże wca­le nie miał pew­ności, czy nadal będzie w sta­nie wy­ko­ny­wać swoją pracę. Sko­ro już po­go­dził się z rolą wi­dza – choć nie na długo – nie miał spe­cjal­nie ocho­ty wra­cać do hałaśli­we­go świa­ta, gdy­by jed­nak mu­siał, to wolałby so­bie zna­leźć jakiś spo­koj­niej­szy kąt. Nie myślał o tym zbyt często w chwi­lach przy­tom­ności; nie miał cza­su. Było to ra­czej prze­ko­na­nie niż de­cy­zja.

Na­deszła pora, by wstąpić na inną drogę. Wy­ro­ki sądowe, stężenie pośmiert­ne, przesłucha­nia, ana­li­za rozkładającego się ciała i strza­ska­nych kości, krwa­wy pościg za człowie­kiem – miał tego ser­decz­nie dość. Można prze­cież in­a­czej wy­ko­rzy­sty­wać czas. Jesz­cze nie wie­dział jak, ale się do­wie. Miał przed sobą po­nad dwa ty­go­dnie re­kon­wa­le­scen­cji, wy­star­czająco dużo, by podjąć od­po­wied­nią de­cyzję, zra­cjo­na­li­zo­wać ją, umo­ty­wo­wać przed sa­mym sobą i, co trud­niej­sze, zna­leźć słowa, którymi będzie mu­siał próbować uspra­wie­dli­wić ją przed ko­mi­sa­rzem. Był to bo­wiem fa­tal­ny mo­ment na opusz­cze­nie Sco­tland Yar­du. Jego odejście zo­sta­nie uzna­ne za de­zercję. Trud­no, każda chwi­la jest fa­tal­na w ta­kiej sy­tu­acji.

Nie był pe­wien, czy to roz­cza­ro­wa­nie pracą spo­wo­do­wała je­dy­nie cho­ro­ba, zba­wien­ne przy­po­mnie­nie so­bie o nie­uchron­ności śmier­ci, czy też w grę wcho­dził ra­czej ob­jaw do­le­gli­wości cha­rak­te­ry­stycz­nych dla wie­ku śred­nie­go, gdzie rządzą na zmianę pasy ci­szy i nie­pew­nych wiatrów, gdyż człowiek na­bie­ra w końcu pew­ności, że już nie zre­ali­zu­je wciąż od­ra­cza­nych ma­rzeń i nig­dy w grun­cie rze­czy nie za­wi­nie do nie­zna­nych portów, a podróż ta, po­dob­nie jak po­przed­nie, może być je­dy­nie błędem i nie­po­dob­na już na­wet ufać ma­pom i kom­pa­so­wi. Lecz nie tyl­ko pra­ca wy­da­wała mu się obec­nie ba­nal­na i nie­sa­tys­fak­cjo­nująca.

Leżąc bez­sen­nie, po­dob­nie jak tylu pa­cjentów przed nim w tym po­nu­rym, bez­oso­bo­wym po­ko­ju, i patrząc, jak przez su­fit prze­my­kają światła prze­jeżdżających sa­mo­chodów, oraz słuchając ta­jem­ni­czych, przytłumio­nych dźwięków noc­ne­go życia szpi­ta­la, sporządzał przygnębiający bi­lans swe­go życia. Smu­tek po śmier­ci żony, tak szcze­ry i bo­le­sny wówczas – jakże łatwo ta tra­ge­dia oso­bi­sta uwol­niła go od dal­szych uczu­cio­wych związków. Jego ro­man­se, jak ten, który pochłaniał mu nie­kie­dy trochę cza­su i odro­binę ener­gii, były luźne, miłe, sym­pa­tycz­ne, nie­zo­bo­wiązujące. Wy­cho­dzo­no z założenia, że choć nie za­wsze jest pa­nem swe­go cza­su, to z pew­nością jest nie­po­dziel­nym właści­cie­lem swe­go ser­ca. Jego ko­bie­ty były wy­zwo­lo­ne. Wy­ko­ny­wały cie­ka­we za­wo­dy, ład­nie miesz­kały, do­sko­na­le po­tra­fiły wy­ko­rzy­stać każdą okazję. Z pew­nością obce im były gwałtow­ne, niszczące emo­cje, które kom­pli­ko­wały życie in­nych ko­biet. Za­sta­na­wiał się, co te sta­ran­nie or­ga­ni­zo­wa­ne spo­tka­nia, pod­czas których obo­je uczest­ni­cy szu­ka­li przy­jem­ności jak uli­za­ne koty, miały wspólne­go z miłością, roz­gar­dia­szem w sy­pial­ni, nie­po­zmy­wa­ny­mi na­czy­nia­mi, pie­lu­cha­mi nie­mowląt, ciepłym, bli­skim, za­mkniętym życiem małżeńskie­go związku. Żałoba, pra­ca, po­ezja – wszyst­ko to wy­ko­rzy­sty­wał, by uza­sad­nić własną sa­mo­wy­star­czal­ność. Te­raz ko­bie­ty były wrażliw­sze na wy­mo­gi jego po­ezji niż na lo­jal­ność wo­bec zmarłej żony ko­chan­ka. Nie kie­ro­wały się sen­ty­men­ta­mi, na­to­miast przesad­nie ceniły sztukę. Naj­gor­sze zaś – a może i nie – było to, iż nie po­tra­fił te­raz się zmie­nić, na­wet gdy­by chciał, i że nic już nie miało zna­cze­nia. Wszyst­ko wy­da­wało się ab­so­lut­nie nie­ważne. Pod­czas ostat­nich piętna­stu lat żad­nej isto­cie ludz­kiej nie wyrządził ce­lo­wo krzyw­dy. Te­raz zro­zu­miał, że nie można po­wie­dzieć o człowie­ku nic gor­sze­go.

Cóż, jeśli nie jest w sta­nie tego zmie­nić, może przy­najm­niej po­szu­kać in­nej pra­cy. Naj­pierw jed­nak musi wypełnić pew­ne zo­bo­wiąza­nia. Miał nie­zbyt rozsądną na­dzieję, iż śmierć uwol­ni go od tego obo­wiązku. Tak wszakże się nie stało. Opar­ty na łokciu wyciągnął z szu­fla­dy szaf­ki list ojca Bad­de­leya. Po raz pierw­szy prze­czy­tał go uważnie. Sta­ru­szek musi już mieć osiem­dzie­siątkę na kar­ku; nie był młody na­wet wówczas, gdy przed trzy­dzie­stu laty przy­je­chał do wio­ski w Nor­folk, gdzie podjął pracę jako wi­ka­ry u ojca Dal­glie­sha. Nieśmiały, nie­zdar­ny, okrop­nie cha­otycz­ny człowiek, któremu mie­szało się wszyst­ko z wyjątkiem spraw naj­ważniej­szych, za­wsze szla­chet­ny i wy­ma­gający względem sie­bie. Był to trze­ci list, jaki Dal­gliesh od nie­go otrzy­mał. Nosił datę je­de­na­ste­go września:

Mój dro­gi Ada­mie,

wiem, że je­steś ogrom­nie zajęty, ale bar­dzo bym się ucie­szył, gdy­byś mnie od­wie­dził, po­nie­waż chciałbym w pew­nej spra­wie się Cie­bie po­ra­dzić. To nie jest bar­dzo pil­ne, tyl­ko że moje ser­ce zda­je się zużywać szyb­ciej niż resz­ta ciała, więc nie po­wi­nie­nem zbyt­nio li­czyć na dzień ju­trzej­szy. Je­stem tu­taj każdego dnia, lecz To­bie za­pew­ne naj­bar­dziej od­po­wia­dałby week­end. Chy­ba po­wi­nie­nem Ci po­wie­dzieć, że je­stem ka­pe­la­nem w Fol­war­ku Toyn­ton, pry­wat­nym domu dla nie­pełno­spraw­nej młodzieży, i że dzięki uprzej­mości zarządcy, Wil­fre­da An­steya, miesz­kam tu, na miej­scu, w Cha­cie Na­dziei. Za­zwy­czaj ja­dam obia­dy i ko­la­cje w Fol­war­ku, lecz To­bie może to nie od­po­wia­dać, a poza tym skróci­li­byśmy w ten sposób nasz wspólny po­byt. Gdy następnym ra­zem po­jadę do Wa­re­ham, zro­bię większe za­pa­sy. Mam wol­ny po­ko­ik, do którego mogę się prze­nieść, więc będzie tu dla Cie­bie miej­sce.

Czy mógłbyś mi na­pi­sać, kie­dy przy­je­dziesz? Nie mam auta, więc jeśli przy­je­dziesz pociągiem, radzę Ci się udać do Wil­lia­ma De­aki­na, który ma dobrą i nie­drogą firmę wy­naj­mu sa­mo­chodów znaj­dującą się około pięciu mi­nut dro­gi od sta­cji (per­so­nel sta­cji wskaże Ci drogę). Au­to­bu­sy z Wa­re­ham jeżdżą rzad­ko i tyl­ko do wio­ski Toyn­ton. Po­tem trze­ba przejść półto­rej mili, co sta­no­wi przy­jem­ny spa­cer pod­czas do­brej po­go­dy, myślę jed­nak, że po długiej podróży może Ci to nie od­po­wia­dać. Na wszel­ki wy­pa­dek na­szki­co­wałem mapkę na od­wro­cie li­stu.

Map­ka bez wątpie­nia zmy­liłaby każdego, kto przy­zwy­czaił się ra­czej do cha­rak­te­ry­stycz­nych dla wy­daw­nictw kar­to­gra­ficz­nych pu­bli­ka­cji niż do wcze­snych szkiców z sie­dem­na­ste­go wie­ku. Po­fa­lo­wa­ne li­nie praw­do­po­dob­nie ozna­czały mo­rze. Dal­gliesh uważał, że po­wi­nien się tu jesz­cze zna­leźć wie­lo­ryb wy­rzu­cający w górę fon­tannę wody. Wyraźnie za­zna­czo­no stację au­to­bu­sową w Toyn­ton, ale następnie drżąca li­nia nie­pew­nie wiła się wzdłuż wie­lu pól, bram, pi­wiar­ni i za­gaj­ników trójkątnych ząbko­wa­nych świerków, cza­sa­mi nakładając się na samą sie­bie, gdy oj­ciec Bad­de­ley do­cho­dził do wnio­sku, że – jego zda­niem – się po­gu­bił. Na wy­brzeżu je­den nie­wiel­ki sym­bol fal­licz­ny, który tu bez wątpie­nia na­ry­so­wa­no jako punkt orien­ta­cyj­ny w te­re­nie, po­nie­waż obok nie­go nie prze­bie­gała żadna z za­zna­czo­nych ścieżek, nosił nazwę Czar­nej Wieży.

Dal­gliesh za­re­ago­wał na tę mapę mniej więcej tak jak wy­ro­zu­miały oj­ciec na pierw­szy ry­su­nek dziec­ka. Zdu­miał się, w jak głęboką słabość i apa­tię mu­siał popaść w cho­ro­bie, iż zlek­ce­ważył ten apel. Po­szpe­rał w szu­fla­dzie, zna­lazł pocztówkę i na­pi­sał krótko, że przy­je­dzie sa­mo­cho­dem wcze­snym popołudniem w po­nie­działek pierw­sze­go paździer­ni­ka. Po­wi­nien do tej pory wyjść ze szpi­ta­la i wrócić do miesz­ka­nia w Qu­een­hi­the na pierw­sze kil­ka dni re­kon­wa­le­scen­cji. Pod­pi­sał się ini­cjałami, na­le­pił zna­czek i oparł pocztówkę o dzba­nek z wodą, by nie za­po­mnieć zwrócić się do którejś z pielęgnia­rek z prośbą o wysłanie.

Była jesz­cze jed­na drob­na spra­wa, z którą nie po­tra­fił so­bie tak łatwo po­ra­dzić, mogła jed­nak trochę po­cze­kać. Musi mia­no­wi­cie od­wie­dzić Cor­de­lię Gray albo do niej na­pi­sać, by po­dziękować za kwia­ty. Nie miał pojęcia, jak się do­wie­działa o jego cho­ro­bie, możliwe, iż dzięki przy­ja­ciołom z po­li­cji. Zarządzając Agencją De­tek­ty­wi­styczną Ber­nie­go Pry­de’a – jeżeli ta jesz­cze nie padła, co po­win­no nastąpić już daw­no temu, gdy­by kie­ro­wać się za­sa­da­mi spra­wie­dli­wości i eko­no­mii – praw­do­po­dob­nie utrzy­my­wała kon­tak­ty ze stróżami pra­wa. Miał też wrażenie, że wspo­mi­na­no o jego cho­ro­bie w lon­dyńskich popołudniówkach, gdy pi­sa­no o ostat­nich stra­tach wśród wyższych ofi­cerów Sco­tland Yar­du.

Otrzy­mał od Cor­de­lii mały, ele­ganc­ko ułożony, oso­biście ze­bra­ny bu­kie­cik, równie nie­tu­zin­ko­wy jak ona sama. Cza­rująco kon­tra­sto­wał z in­ny­mi, składającymi się z cie­plar­nia­nych róż, zbyt dużych chry­zan­tem na­stro­szo­nych jak zmiot­ki do ku­rzu, pędzo­nych na­wo­za­mi wio­sen­nych kwiatów i mie­czyków, które wyglądały jak sztucz­ne różowe kwia­ty z pla­sti­ku, pach­niały środ­ka­mi znie­czu­lającymi i ster­czały wyprężone na włókni­stych łody­gach. Wi­docz­nie Cor­de­lia była ostat­nio w wiej­skim ogro­dzie; za­sta­na­wiał się gdzie. Roz­ważał również, nie wia­do­mo cze­mu, czy jada wy­star­czająco ob­fi­te posiłki, ale na­tych­miast od­sunął od sie­bie te idio­tycz­ne myśli. Wyraźnie pamiętał, że w bu­kie­cie były srebr­ne dys­ki mie­sięczni­cy, trzy gałązki zi­mo­we­go wrzo­su, czte­ry pączki róży – nie wymęczo­ne, sztyw­ne zi­mo­we bul­wy, lecz napęczniałe po­ma­rańczo­wo-żółte, de­li­kat­ne jak pierw­sze let­nie pączki – sub­tel­ne gałązki dzi­kich chry­zan­tem, po­ma­rańczo­we bo­ro­win­ki, a w środ­ku, jak klej­not, jed­na ja­sna da­lia; cały bu­kiet ota­czały sza­re włocha­te list­ki, które przy­po­mniał so­bie z dzie­ciństwa jako „zajęcze uszy”. Był to wzru­szający gest kogoś młode­go. Star­sza lub bar­dziej wy­ra­fi­no­wa­na ko­bie­ta nig­dy by cze­goś ta­kie­go nie zro­biła. Bu­kiet do­star­czo­no mu wraz z liści­kiem, w którym Cor­de­lia pisała, że usłyszała o jego cho­ro­bie i przy­syła mu te kwia­ty z życze­nia­mi rychłego po­wro­tu do zdro­wia. Musi ją od­wie­dzić albo na­pi­sać do niej i oso­biście po­dziękować. Nie wy­starczą po­dzięko­wa­nia przez te­le­fon, które w jego imie­niu złożyła jed­na z pielęgnia­rek, za­dzwo­niw­szy do Agen­cji.

To jed­nakże mogło po­cze­kać, po­dob­nie jak i inne, bar­dziej istot­ne de­cy­zje. Naj­pierw musi się zo­ba­czyć z oj­cem Bad­de­ley­em. Nie cho­dziło tu tyl­ko o czy­sto re­li­gij­ne czy sy­now­skie zo­bo­wiąza­nia. Stwier­dził, że po­mi­mo pew­nych dających się prze­wi­dzieć trud­ności i niezręczności ma ochotę zno­wu zo­ba­czyć sta­re­go księdza. Nie sądził, by oj­ciec Bad­de­ley mógł go nakłonić, choćby nieświa­do­mie, do po­wro­tu do pra­cy. Jeśli rze­czy­wiście cho­dziło o sprawę kry­mi­nalną, w co wątpił, może ją przejąć po­li­cja w Dor­set. Jeśli zaś ta przy­jem­na wcze­sno­je­sien­na słonecz­na po­go­da się nie załamie, Dor­set będzie wyjątko­wo miłym miej­scem na re­kon­wa­le­scencję.

Jed­nak ów pro­stokąt czy­stej bie­li, opar­ty o dzba­nek z wodą, dziw­nie zakłócał jego spokój. Dal­gliesh nie mógł ode­rwać odeń wzro­ku, jak­by to był jakiś nie­zwykły sym­bol, pi­sem­ny wy­rok życia. Ucie­szył się, gdy pielęgniar­ka przyszła po­wie­dzieć, że już skończyła dyżur, i za­brała kartkę na pocztę.

2ŚMIERĆ KSIĘDZA

I

Je­de­naście dni później osłabio­ny i wy­mi­ze­ro­wa­ny, lecz za to w sta­nie eu­fo­rii, jakże ty­po­wej dla re­kon­wa­le­scen­ta od­zna­czającego się do­brym sa­mo­po­czu­ciem, Dal­gliesh opuścił swo­je miesz­ka­nie położone wy­so­ko nad Ta­mizą, w Qu­een­hi­the. Tuż przed świ­tem skie­ro­wał się na południo­wy zachód od Lon­dy­nu. Dwa mie­siące przed ata­kiem cho­ro­by roz­stał się wresz­cie, cho­ciaż niechętnie, ze swym sta­ro­daw­nym co­ope­rem bri­sto­lem i pro­wa­dził te­raz jen­se­na he­aleya. Cie­szył się, że sa­mochód jest do­tar­ty; już się nie­mal przy­zwy­czaił do zmia­ny. Sym­bo­licz­ne roz­po­czy­na­nie no­we­go życia w to­wa­rzy­stwie dzie­wi­cze­go auta byłoby iry­tująco ba­nal­ne.

Dal­gliesh wrzu­cił do bagażnika jedną wa­lizkę i kil­ka niezbędnych dro­biazgów, włączając w to kor­ko­ciąg, a do kie­sze­ni wcisnął to­mik wier­szy Har­dy’ego Powrót do stron ro­dzin­nych oraz prze­wod­nik New­ma­na i Pe­vsne­ra po za­byt­kach ar­chi­tek­tu­ry w Dor­set. Miały to być ty­po­we wa­ka­cje re­kon­wa­le­scen­ta: ulu­bio­ne książki, krótkie od­wie­dzi­ny u sta­re­go przy­ja­cie­la jako cel podróży; tra­sa co­dzien­nych wy­praw mogła być usta­la­na każdego dnia we­dle uzna­nia i obej­mo­wać te­re­ny zarówno zna­ne, jak i do­tych­czas niezna­ne; ist­niał też zba­wien­ny czyn­nik w po­sta­ci oso­bi­ste­go pro­ble­mu, który uspra­wie­dli­wi zarówno po­trzebę sa­mot­ności, jak i bez­czyn­ności. Gdy Dal­gliesh po raz ostat­ni rzu­cił okiem na miesz­ka­nie, z zakłopo­ta­niem stwier­dził, że jego ręka bez­wied­nie sięga po wa­lizkę śledczą. Nie pamiętał, kie­dy ostat­nio wy­brał się w podróż bez niej, na­wet pod­czas urlopów. Gdy­by ją te­raz zo­sta­wił, po­twier­dziłby nie­odwołalność de­cy­zji, którą będzie su­mien­nie roz­ważał przez następne dwa ty­go­dnie, mimo iż w głębi du­szy wie­dział, że już ją podjął.

Do Win­che­ste­ru do­tarł aku­rat na późne śnia­da­nie w ho­te­lu zbu­do­wa­nym w cie­niu ka­te­dry, następnie przez dwie go­dzi­ny od­kry­wał uro­ki mia­sta, wresz­cie prze­kro­czył gra­ni­ce Dor­set, wjeżdżając przez Wim­bor­ne Min­ster. Do­pie­ro te­raz po­czuł, że wca­le nie ma ocho­ty do­trzeć do kre­su podróży. Po­je­chał po­wo­li, prak­tycz­nie bez po­wo­du, do Bland­ford Fo­rum, kupił tam bu­telkę wina, bułki z masłem, ser i owo­ce na obiad oraz dwie bu­telki amon­til­la­do dla ojca Bad­de­leya. Następnie ru­szył na południo­wy wschód przez wio­ski Win­ter­bo­ur­ne i Wa­re­ham do zam­ku Cor­fe.

Dum­ne głazy, sym­bol od­wa­gi, okru­cieństwa i zdra­dy, trzy­mały straż na krawędzi urwi­ska Pur­beck tak samo jak tysiąc lat temu. Pod­czas sa­mot­ne­go pik­ni­ku Dal­gliesh wciąż kie­ro­wał wzrok ku tym na­gim cio­som skal­nym, zwieńczo­nym wy­so­ko na tle pa­ste­lo­we­go nie­ba blan­ka­mi. Ociągał się z jazdą w ich cie­niu i pragnął przedłużyć nie­co sa­mot­ność tego spo­koj­ne­go, miłego dnia. Przez jakiś czas jesz­cze szu­kał bez­sku­tecz­nie w ba­gien­nych zaroślach go­rycz­ki mo­kra­dla­nej i do­pie­ro po­tem prze­był ostat­nie pięć mil dro­gi.

Wieś Toyn­ton: w popołudnio­wym słońcu błysz­czała nit­ka ta­ra­so­wa­tych cha­tek o fa­li­stych da­chach z sza­re­go ka­mie­nia. Na jej końcu roz­siadł się nie­zbyt ma­low­ni­czy pub, dało się też do­strzec po­spo­litą wieżę kościoła. Te­raz dro­ga, biegnąca wzdłuż ni­skie­go ka­mien­ne­go muru, wzno­siła się łagod­nie między rzad­ki­mi plan­ta­cja­mi jodły. Dal­gliesh zaczął roz­po­zna­wać zna­ki z mapy ojca Bad­de­leya. Wkrótce szlak roz­wi­dli się. Je­den wąski jego pas po­bie­gnie na zachód, skra­jem cy­pla, dru­gi po­pro­wa­dzi przez bramę do Fol­war­ku Toyn­ton i da­lej do mo­rza. Rze­czy­wiście, na­gle wyłoniła się ciężka, żela­zna bra­ma w mu­rze o trzech sto­pach gru­bości, utwo­rzo­nym z płaskich, nie­spo­jo­nych ze sobą głazów. Ka­mie­nie umiejętnie i za­wi­le poukłada­no, połączo­no po­ro­sta­mi oraz mchem i zwieńczo­no fa­lującymi tra­wa­mi. Mur two­rzył ba­rierę równie szczelną jak cy­pel, z którego zda­wał się wy­ra­stać. Po obu stro­nach bra­my wy­ma­lo­wa­no na­pi­sy na de­sce. Ten z le­wej głosił: „Pro­si­my łaska­wie usza­no­wać na­sze za­ci­sze”, z pra­wej był mniej sub­tel­ny. Li­te­ry już nie­co wy­blakły, ale wy­ma­lo­wa­no je bar­dziej pro­fe­sjo­nal­nie. Ta­bli­ca głosiła: „Wstęp wzbro­nio­ny. Te­ren pry­wat­ny. Groźne urwi­ska – brak dostępu do plaży. Sa­mo­cho­dy i przy­cze­py par­kujące tu­taj będą usu­wa­ne”.

Pod tym na­pi­sem umo­co­wa­no dużą skrzynkę pocz­tową.

Dal­gliesh do­szedł do wnio­sku, że trud­no byłoby zna­leźć zmo­to­ry­zo­wa­ne­go tu­rystę, który za­ry­zy­ko­wałby utratę sa­mo­cho­du po prze­czy­ta­niu ta­kie­go ze­sta­wu ape­li, ostrzeżeń i pogróżek. Do­bra dro­ga kończyła się tuż za bramą i kon­trast między sto­sun­ko­wo gład­kim pod­jaz­dem a dal­szym ka­mie­ni­stym i obrzeżonym głaza­mi trak­tem był nie­mal sym­bo­lem za­ka­zu wjaz­du. Bra­ma, cho­ciaż nie­za­mknięta, miała ciężką klamkę o skom­pli­ko­wa­nym kształcie. Ma­ni­pu­lo­wa­nie nią dawało in­tru­zo­wi dość cza­su, by pożałować po­chop­nej de­cy­zji. Dal­gliesh, wciąż nie­co osłabio­ny, z tru­dem odciągnął bramę. Gdy już prze­je­chał i za­mknął ją za sobą, miał wrażenie, że oto podjął się za­da­nia, którego nie poj­mu­je, i że praw­do­po­dob­nie postąpił nie­roz­ważnie. Cała spra­wa za­pew­ne nie wiąże się z jego umiejętnościa­mi i tyl­ko sta­ru­szek, który nie żył spra­wami tego świa­ta – i w do­dat­ku był rze­czy­wiście przytłoczo­ny wie­kiem – mógł sądzić, że należy we­zwać po­li­cjan­ta. W każdym ra­zie ist­niał bez­pośred­ni cel wi­zy­ty. Dal­gliesh wra­cał, choć niechętnie, do świa­ta, gdzie lu­dzie mie­li pro­ble­my, pra­co­wa­li, ko­cha­li, nie­na­wi­dzi­li, in­try­go­wa­li, by za­pew­nić so­bie szczęście, a także, po­mi­mo że on re­zy­gno­wał z pra­cy, za­bi­ja­li i byli za­bi­ja­ni.

Za­nim wrócił do sa­mo­cho­du, jego wzrok przy­kuła kępka nie­zna­nych mu kwiatów. Bla­doróżowe i białe główki wy­ra­stały z omszałej ściółki na szczy­cie muru i drżały nie­znacz­nie w po­dmu­chach lek­kiej bry­zy. Dal­gliesh zbliżył się i za­marł w bez­ru­chu, po­dzi­wiając w mil­cze­niu ich bez­pre­ten­sjo­nalną urodę. Po raz pierw­szy po­czuł czy­sty, na poły ilu­zo­rycz­ny, słony po­smak mo­rza. Ciepłe po­wie­trze de­li­kat­nie owiało skórę de­tek­ty­wa. Na­gle prze­pełniło go uczu­cie radości i jak zwy­kle w tych rzad­kich chwi­lach za­in­try­go­wała go czy­sto fi­zycz­na isto­ta szczęścia. Biło w jego żyłach jak słabe tętno. Próba ana­li­zy tego uczu­cia równałaby się jego utra­cie. Lecz Dal­gliesh roz­po­znał je bez cie­nia wątpli­wości. Pierw­szy, czy­sty sy­gnał od cza­su cho­ro­by: życie może być do­bre.

Sa­mochód pod­ska­ki­wał le­d­wie do­strze­gal­nie, sunąc po wy­bo­istej dro­dze. Mniej więcej dwieście jardów da­lej Dal­gliesh do­tarł do szczy­tu pod­jaz­du. Spo­dzie­wał się, że uj­rzy przed sobą po­marsz­czo­ne błękit­ne wody kanału La Man­che, roz­la­ne aż po ho­ry­zont. Po­dob­ne roz­cza­ro­wa­nia przeżywał w dzie­ciństwie pod­czas wa­ka­cji, gdy po tylu złudnych na­dzie­jach wciąż nie było widać upra­gnio­ne­go mo­rza. Przed nim leżała płytka ka­mie­ni­sta do­lin­ka, po­prze­ci­na­na wy­bo­isty­mi ścieżkami, a po pra­wej stro­nie wzno­siło się coś, co bez wątpie­nia przed­sta­wiało Fol­wark Toyn­ton.

Był to ma­syw­ny, kwa­dra­to­wy ka­mien­ny bu­dy­nek, praw­do­po­dob­nie z pierw­szej połowy osiem­na­ste­go wie­ku. Właści­ciel nie miał szczęścia do ar­chi­tek­ta. Dom wyglądał okrop­nie i nie zasługi­wał na mia­no bu­dow­li geo­r­giańskiej. Zwrócony na północ­ny wschód, ku lądowi, raził oso­bi­ste i nie­zbyt ja­sno spre­cy­zo­wa­ne po­czu­cie ar­chi­tek­to­nicz­ne­go sma­ku Dal­glie­sha. Jego zda­niem bu­dy­nek wznie­sio­ny na brze­gu po­wi­nien być zwrócony w stronę mo­rza. Nad ta­ra­sem biegły dwa rzędy okien, przy dol­nym wy­ra­stały gi­gan­tycz­ne zwor­ni­ki, rząd górny był nie­ozdo­bio­ny i skrom­ny, tak jak­by nie umia­no do­pa­so­wać go do naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­stycz­ne­go ele­men­tu domu, potężnego jońskie­go fron­to­nu zwieńczo­ne­go ka­mienną sta­tuą – po­kraczną i trudną do zi­den­ty­fi­ko­wa­nia z tej od­ległości. W środ­ku znaj­do­wało się jed­no okrągłe okno, ni­czym złowro­gie oko cy­klo­pa błyszczące w słońcu. Fron­ton po­mniej­szał optycz­nie i tak nie­duży ta­ras, a całej fa­sa­dzie przy­da­wał zwa­li­stości. Według Dal­glie­sha należałoby ją zrówno­ważyć wydłużony­mi wy­ku­sza­mi, ale wi­docz­nie właści­cielowi za­brakło wy­obraźni czy też pie­niędzy i cały dom wyglądał na dziw­nie nie­do­kończo­ny. Front prze­rażającego bu­dyn­ku ział pustką. Być może pen­sjo­na­riu­sze – jeśli było to właściwe określe­nie – miesz­ka­li z tyłu. Poza tym wybiła do­pie­ro trze­cia trzy­dzieści, mar­twa pora, pamiętał to ze szpi­ta­la. Może wszy­scy od­po­czy­wa­li.

Do­strzegł też trzy cha­ty. Dwie stały około stu jardów od Fol­war­ku, a trze­cia, sa­mot­na, wyżej na cy­plu. Miał wrażenie, że bliżej mo­rza wi­dzi również frag­ment czwar­te­go da­chu, ale nie był tego pe­wien. Mógł to być równie do­brze występ skal­ny. Po­nie­waż Dal­gliesh nie wie­dział, który dom jest Chatą Na­dziei, do­szedł do wnio­sku, że naj­rozsądniej będzie zacząć od bliższej pary. Wyłączył sil­nik sa­mo­cho­du i za­sta­na­wiał się, co robić. Po raz pierw­szy usłyszał mo­rze: ów łagod­ny, bez­u­stan­ny ryt­micz­ny po­mruk, je­den z najtęskniej­szych i naj­bar­dziej przej­mujących dźwięków w przy­ro­dzie. Wciąż nic nie wska­zy­wało na to, że ktoś za­uważył jego przy­jazd; cały cy­pel pogrążony był w mil­cze­niu, na­wet pta­ki nie śpie­wały. Dal­gliesh wy­czu­wał coś dziw­nie złowro­gie­go w tej pu­st­ce i ci­szy. Na­wet łagod­ne popołudnio­we słońce nie mogło roz­pro­szyć tego wrażenia.

Pod­je­chał do chat, lecz i wówczas jego przy­by­cie nie przy­wołało do okna żad­nej twa­rzy, na gan­ku nie po­ja­wiła się po­stać w su­tan­nie. Dwa sta­re par­te­ro­we dom­ki z wa­pie­nia miały ciężkie ka­mien­ne da­chy, ty­po­we dla tej oko­li­cy, po­pstrzo­ne ja­sny­mi po­du­szecz­ka­mi szma­rag­do­we­go mchu. Cha­ta Na­dziei stała z pra­wej stro­ny, a Wia­ry z le­wej. Ich na­zwy wy­ma­lo­wa­no sto­sun­ko­wo nie­daw­no. Trze­cia z nich, usy­tu­owa­na nie­co da­lej, była praw­do­po­dob­nie Chatą Miłości. Dal­gliesh wątpił, czy oj­ciec Bad­de­ley przyłożył rękę do nada­nia im tych nazw. Nie mu­siał czy­tać mian na furt­ce, by zo­rien­to­wać się, w którym dom­ku miesz­ka ksiądz. Po­nie­waż sta­ru­szek zupełnie nie dbał o es­te­tykę oto­cze­nia, trud­no było przy­pusz­czać, by za­wie­sił per­ka­lo­we zasłonki, kosz z pnącym się blusz­czem, fuk­sje nad drzwia­mi Cha­ty Wia­ry czy też żeby ar­ty­stycz­nie roz­mieścił po obu stro­nach gan­ku po­ma­lo­wa­ne na ja­skra­wożółty ko­lor do­nicz­ki z nie­prze­kwitłymi jesz­cze let­ni­mi kwia­ta­mi. Dwa grzy­by – pro­dukt ma­so­wej be­to­no­wej twórczości – stały po obu stro­nach furt­ki i ko­ja­rzyły się z ty­po­wym przed­mieściem Lon­dy­nu. Dal­gliesh wręcz zdzi­wił się, że nie przy­cupnęły tu jesz­cze fi­gur­ki kra­sno­ludków. Cha­ta Na­dziei, dla od­mia­ny, po­zba­wio­na była wszel­kich ozdób. Pod oknem stała je­dy­nie so­lid­na dębowa ławka, gdzie można było wy­grze­wać się w słońcu, a ga­nek za­gra­cał do­dat­ko­wo ze­staw kijów oraz sta­ry pa­ra­sol. Okna zasłonięto fi­ra­na­mi z ja­kie­goś ciężkie­go ma­te­riału w ko­lorze ciem­nej czer­wie­ni.

Nikt nie od­po­wie­dział na pu­ka­nie do drzwi, można się było tego zresztą spo­dzie­wać. Oba dom­ki spra­wiały wrażenie pu­stych. Drzwi za­mknięto tyl­ko na za­suwę. Po chwi­li wa­ha­nia Dal­gliesh od­sunął ją i wkro­czył w po­nu­re wnętrze, które swym ciepłym, nie­co stęchłym, książko­wym za­pa­chem na­tych­miast prze­niosło go o trzy­dzieści lat wstecz. Roz­sunął zasłony i do po­miesz­cze­nia wpadło światło. Te­raz po­li­cjant roz­po­znał zna­jo­me sprzęty: okrągły pa­li­san­dro­wy stół na jed­nej no­dze, po­kry­ty ku­rzem, usta­wio­ny na środ­ku po­ko­ju; se­kre­ta­rzyk pod ścianą; fo­tel z wy­so­kim opar­ciem i wyściełany­mi bo­ka­mi, tak sta­ry, że spod wystrzępio­nej ta­pi­cer­ki wyłaziły tro­ci­ny, a przez znisz­czo­ne sie­dze­nie prześwi­ty­wało na­gie drew­no. Czyżby wciąż był to ten sam fo­tel? Smu­tek pamięci musi być ja­kimś no­stal­gicz­nym oma­mem. Lecz był jesz­cze inny przed­miot, równie zna­jo­my i sta­ry. Za drzwia­mi wi­siał czar­ny płaszcz ojca Bad­de­leya, a nad nim znisz­czo­ny, sfla­czały be­ret.

To właśnie wi­dok owe­go płasz­cza uświa­do­mił Dal­glie­sho­wi, że coś jest nie w porządku. To, iż go­spo­darz nie wy­szedł na po­wi­ta­nie, było dziw­ne, ale dawało się wyjaśnić. Pocztówka mogła się za­wie­ru­szyć albo na­gle we­zwa­no księdza do Fol­war­ku, ewen­tu­al­nie oj­ciec Bad­de­ley po­je­chał do skle­pu w Wa­re­ham i nie zdążył na po­wrot­ny au­to­bus. Możliwe na­wet, że zupełnie za­po­mniał o spo­dzie­wa­nym gościu. Lecz jeśli gdzieś wy­szedł, to dla­cze­go nie włożył płasz­cza? Trud­no so­bie wy­obra­zić, by nosił coś in­ne­go bez względu na porę roku.

Wówczas do­pie­ro Dal­gliesh zwrócił uwagę na coś, co jego wzrok mu­siał wcześniej bez­wied­nie za­no­to­wać: sto­sik ar­ku­szy na se­kre­ta­rzy­ku, wszyst­kie z na­dru­kiem czar­ne­go krzyża. Po­li­cjant pod­niósł je­den z nich i pod­szedł do okna w na­dziei, że lep­sze światło udo­wod­ni, iż nie ma ra­cji. Jed­nak o błędzie nie mogło być mowy. Prze­czy­tał, co następuje:

Mi­cha­el Fran­cis Bad­de­ley

Ksiądz

ur. 29 paździer­ni­ka 1896, zm. 21 września 1974

R.I.P.

Po­cho­wa­ny w pa­ra­fii św. Mi­chała i Wszyst­kich Aniołów

Toyn­ton, Dor­set

26 września 1974

Nie żył od je­de­na­stu dni, a po­cho­wa­ny zo­stał przed pięcio­ma. Dal­gliesh po­wi­nien się domyślić, iż oj­ciec Bad­de­ley nie­daw­no umarł. Jak bo­wiem wytłuma­czyć wrażenie, że oso­bo­wość księdza wciąż wypełnia chatę, że wy­star­czy jed­no głośniej­sze we­zwa­nie, by jego dłoń spoczęła na klam­ce? Spoglądając na zna­jo­my spłowiały płaszcz z ciężką klamrą – czyżby sta­ru­szek rze­czy­wiście się nie zmie­nił przez trzy­dzieści lat? – Dal­gliesh po­czuł ukłucie żalu, wręcz smut­ku. Za­sko­czyła go in­ten­syw­ność tego uczu­cia. Umarł sta­ry człowiek. Mu­siał to być na­tu­ral­ny zgon, sko­ro go tak szyb­ko po­cho­wa­no. Ani śmierć, ani po­grzeb nie odbiły się głośnym echem. Coś jed­nak dręczyło księdza, lecz nie zdążył się z tego zwie­rzyć. Te­raz Dal­gliesh bar­dzo pragnął upew­nić się, że oj­ciec Bad­de­ley otrzy­mał jego pocztówkę i nie umarł w prze­ko­na­niu, iż zlek­ce­ważono jego wołanie o po­moc.

Szu­kać należało oczy­wiście we wcze­sno­wik­to­riańskim se­kre­ta­rzy­ku, który należał do mat­ki ojca Bad­de­leya. Pamiętał, że ksiądz za­my­kał go na klu­czyk. Nie należał do lu­dzi skry­tych, ale każdy du­chow­ny mu­siał mieć przy­najm­niej jedną za­my­kaną szu­fladę albo biur­ko, by ustrzec się przed wścib­ski­mi ocza­mi sprząta­czek czy też na­zbyt cie­ka­wych pa­ra­fian. Dal­gliesh przy­po­mi­nał so­bie, jak oj­ciec Bad­de­ley szpe­rał w głębo­kich kie­sze­niach płasz­cza, szu­kając za­byt­ko­we­go klu­czyka, przy­wiąza­ne­go sznur­kiem do sta­ro­mod­ne­go spi­na­cza na bie­liznę w celu łatwiej­sze­go roz­po­zna­nia. Praw­do­po­dob­nie tkwił on nadal w jed­nej z kie­sze­ni płasz­cza.

Po­li­cjant wsunął dłoń do obu kie­sze­ni w po­czu­ciu winy, że oto okra­da zmarłego. Klu­czy­ka nie było. Pod­szedł do se­kre­ta­rzy­ka i chwy­cił klapę. Otwo­rzyła się lek­ko. Dal­gliesh po­chy­lił się, aby obej­rzeć za­mek, następnie przy­niósł z sa­mo­cho­du la­tarkę i znów zaczął się przyglądać. Nie miał żad­nych wątpli­wości: za­mek wyważono. Do­ko­na­no tego fa­cho­wo i bez większe­go wysiłku. Za­mknięcie było ozdob­ne, ale nie­zbyt so­lid­ne, za­in­sta­lo­wa­no je po to, by uchro­nić za­war­tość se­kre­ta­rzy­ka przed wścib­skim wzro­kiem, lecz nie przed fa­cho­wym włama­niem. Dłuto albo nóż, a praw­do­po­dob­nie ostrze nożyka do listów wsu­nięto pod blat i użyto do wyważenia. Ślady były zdu­mie­wająco nie­znacz­ne, ale za­dra­pa­nia i wyłama­ny za­mek nie po­zo­sta­wiały cie­nia wątpli­wości.

Kto był sprawcą włama­nia? Mógł nim być sam oj­ciec Bad­de­ley. Jeśli zgu­bił klu­czyk, a nie po­sia­dał za­pa­so­we­go, gdzie w tej za­padłej dziu­rze miał szu­kać ślu­sa­rza? Wpraw­dzie, o ile Dal­gliesh do­brze pamiętał księdza, atak na blat se­kre­ta­rzy­ka nie należał do roz­wiązań ty­po­wych dla tego człowie­ka, jed­nakże nie można było tego wy­klu­czyć. Możliwe, iż otwo­rzo­no go po śmier­ci ojca Bad­de­leya. Jeśli nie udało się zna­leźć klu­czyka, ktoś z Fol­war­ku Toyn­ton mu­siał wyważyć za­mek. Być może znaj­do­wały się tam do­ku­men­ty lub po­trzeb­ne pa­pie­ry; le­gi­ty­ma­cja ubez­pie­cze­nio­wa; na­zwi­ska przy­ja­ciół, których należało po­wia­do­mić; te­sta­ment. Dal­gliesh uwol­nił się od po­dej­rzeń, zi­ry­to­wa­ny, po­nie­waż miał już ochotę założyć ręka­wicz­ki, za­nim za­cznie szu­kać da­lej. Szyb­ko przej­rzał za­war­tość szu­flad se­kre­ta­rzy­ka.

Nie zna­lazł ni­cze­go cie­ka­we­go. Oj­ciec Bad­de­ley chy­ba tyl­ko w nie­znacz­nym stop­niu in­te­re­so­wał się świa­tem. Uwagę Dal­glie­sha przy­kuła porządnie ułożona ster­ta dzie­cięcych ze­szytów w ja­sno­zie­lo­nych okład­kach. Na­tych­miast roz­po­znał dzien­ni­ki ojca Bad­de­leya. Za­tem wciąż sprze­da­wa­no te same występujące wszędzie uczniow­skie ze­szyty. Na tyl­nej okładce wy­dru­ko­wa­no ta­bliczkę mnożenia. Tak jak po­pla­mio­na atra­men­tem li­nij­ka czy gum­ka ko­ja­rzyły się one de­tek­ty­wo­wi ze szkołą pod­sta­wową. Oj­ciec Bad­de­ley za­wsze pisał swój dzien­nik w tych ze­szytach, je­den co kwar­tał. Te­raz, gdy sta­ry czar­ny płaszcz wi­siał na drzwiach, a wokół roz­no­sił się kościel­ny za­pach stęchli­zny, po­li­cjant przy­po­mniał so­bie wyraźnie roz­mowę, którą kie­dyś prze­pro­wa­dził z oj­cem Bad­de­leyem. Dal­gliesh miał wówczas dzie­sięć lat, a ksiądz siedzący przy se­kre­ta­rzy­ku był w wie­ku śred­nim, cho­ciaż jemu wy­da­wał się już sta­ry.

– Więc to taki zwykły dzien­nik, oj­cze? Nie o two­im życiu du­cho­wym?

– To właśnie jest życie du­cho­we; wszyst­kie zwykłe czyn­ności, które się wy­ko­nu­je z go­dzi­ny na go­dzinę.

Adam za­py­tał z ego­ty­zmem ty­po­wym dla młodych:

– Tyl­ko two­je czyn­ności? O mnie tam nie ma?

– Nie. Tyl­ko o tym, co robię. Pamiętasz, o której go­dzi­nie ze­brał się dzi­siaj Ko­mi­tet Ma­tek? W tym ty­go­dniu była ko­lej na spo­tka­nie u two­jej mamy. Zda­je mi się, że prze­su­nięto go­dzinę.

– Była dru­ga czter­dzieści pięć za­miast trze­ciej, oj­cze. Ar­chi­dia­kon chciał wcześniej wy­je­chać. Ale czy mu­sisz być taki dokładny?

Oj­ciec Bad­de­ley roz­ważał przez chwilę to py­ta­nie, jak­by na­sunęło mu ono nowe możliwości i wydało się nie­zwy­kle in­te­re­sujące.

– O, tak. Tak sądzę. Właśnie tak. Prze­cież in­a­czej nie miałoby to sen­su.

Mały Adam Dal­gliesh, który i tak zupełnie nie do­strze­gał w tym sen­su, od­szedł, by zająć się własny­mi cie­kaw­szy­mi spra­wa­mi. Życie du­cho­we. Wyrażenie to często słyszał z ust co bar­dziej udu­cho­wio­nych pa­ra­fian ojca, cho­ciaż sam ka­no­nik nig­dy go nie używał. Cza­sa­mi próbował wy­obra­zić so­bie to dru­gie ta­jem­ni­cze ist­nie­nie. Czy było ono przeżywa­ne w tym sa­mym cza­sie co zwykła co­dzien­na eg­zy­sten­cja, mie­rzo­na wsta­wa­niem, posiłkami, wa­ka­cja­mi, czy też od­by­wało się ono na ja­kiejś in­nej płasz­czyźnie, do której on i niewta­jem­ni­czeni nie mie­li dostępu, a gdzie oj­ciec Bad­de­ley mógł swo­bod­nie się po­ru­szać? Tak czy owak, nie­wie­le miało to wspólne­go ze skrzętnym za­pi­sy­wa­niem co­dzien­nych czyn­ności.

Przej­rzał ostat­ni ze­szyt. Sys­tem ojca Bad­de­leya nie zmie­nił się. Było tu wszyst­ko; dwa dni na stronę, prze­dzie­lo­ne linią. Go­dzi­ny, o których co­dzien­nie od­ma­wiał jutrz­nię i wie­czor­ne nabożeństwo; miej­sca i czas spa­cerów; co­mie­sięczne wy­jaz­dy au­to­bu­sem do Do­rche­ster; co­ty­go­dnio­wy wy­pad do Wa­re­ham; go­dzi­ny spędzo­ne na posługach w Fol­war­ku Toyn­ton; spe­cy­ficz­ne przy­jem­ności skrzętnie od­no­to­wa­ne; me­to­dycz­ne spra­woz­da­nie z każdej go­dzi­ny ro­bo­cze­go dnia; rok po nud­nym roku, wszyst­ko udo­ku­men­to­wa­ne z rze­tel­nością księgo­we­go.

„Ależ to właśnie jest życie du­cho­we, te zwykłe co­dzien­ne czyn­ności”.

Z pew­nością nie może to być aż ta­kie pro­ste!

Gdzie jed­nak znaj­do­wał się ostat­ni dzien­nik, ze­szyt obej­mujący trze­ci kwar­tał 1974 roku? Oj­ciec Bad­de­ley prze­cho­wy­wał sta­re eg­zem­pla­rze dzien­nika z ostat­nich trzech lat. Po­win­no tu być piętnaście ze­szytów; było je­dy­nie czter­naście. Dzien­nik ury­wał się z końcem czerw­ca 1974 roku. Dal­gliesh zaczął gorączko­wo prze­szu­ki­wać szu­fla­dy se­kre­ta­rzy­ka. Bra­kujących za­pisków nie było. Jed­nak udało mu się coś zna­leźć. Między trze­ma ra­chun­ka­mi za węgiel, pa­ra­finę i elek­trycz­ność leżała kart­ka cien­kie­go ta­nie­go pa­pie­ru z nie­zbyt es­te­tycz­nym na­dru­kiem Fol­war­ku Toyn­ton. Pod spodem ktoś na­pi­sał na ma­szy­nie: „Dla­cze­go się nie wy­nie­siesz z cha­ty, ty sta­ry głupi hi­po­kry­to, i nie po­zwo­lisz sko­rzy­stać z niej komuś, kto by się tu­taj bar­dziej przy­dał? Nie myśl so­bie, że nie wiem, co wy­ra­bia­cie tu z Gra­ce Wil­li­son, gdy przy­cho­dzi do spo­wie­dzi. Szko­da, że rze­czy­wiście nie po­tra­fisz tego robić, co? A co z tym chłopcem z chóru? Nie myśl so­bie, że nic nie wiem”.

Pierwszą re­akcją Dal­glie­sha była ra­czej iry­ta­cja ze względu na głupotę tej kart­ki niż gniew z po­wo­du jej złośliwości. Ta dzie­cin­na i nie­po­trzeb­na napaść po­zba­wio­na była w do­dat­ku jed­nej wątpli­wej za­le­ty ano­nimów, to zna­czy po­zorów praw­do­po­do­bieństwa. Bied­ny sta­ry, sie­dem­dzie­sięcio­sied­mio­let­ni oj­ciec Bad­de­ley oskarżony zo­stał równo­cześnie o cu­dzołóstwo, so­do­mię i im­po­tencję! Czy poważny człowiek mógł w ogóle przej­mo­wać się tak ewi­dent­nym non­sen­sem? W swej za­wo­do­wej ka­rie­rze Dal­gliesh bar­dzo często spo­ty­kał się z ano­nimami. Ten był sto­sun­ko­wo łagod­ny, można by wręcz przy­pusz­czać, iż au­tor nie przyłożył się doń so­lid­nie. „Szko­da, że rze­czy­wiście nie po­tra­fisz tego robić, co?”. Większość piszących po­dob­ne li­sty po­tra­fiłaby bar­dziej su­ge­styw­nie opi­sać wy­mie­nio­ne czyn­ności. I ta nie­wcze­sna uwa­ga do­tycząca chłopca z chóru, bez imie­nia, bez daty. To nie wy­ni­kało z żad­nej fak­tycz­nej wie­dzy. Czyżby oj­ciec Bad­de­ley mógł aż tak się przejąć, że we­zwał za­wo­do­we­go de­tek­ty­wa, którego nie wi­dział pra­wie od trzy­dzie­stu lat, tyl­ko po to, żeby przy jego po­mo­cy wyjaśnić tę błahostkę? Nie­wy­klu­czo­ne. Mógł to być nie­je­dy­ny list. Jeśli w Fol­war­ku Toyn­ton działy się ta­kie rze­czy, za­pew­ne cho­dziło o coś poważniej­sze­go. W za­mkniętej społecz­ności au­tor ano­nimów mógł spo­wo­do­wać praw­dzi­we pro­ble­my i cier­pie­nia, cza­sa­mi na­wet on lub ona dosłownie by­wa­li zabójca­mi. Jeżeli oj­ciec Bad­de­ley po­dej­rze­wał, iż inni też otrzy­my­wa­li ta­kie li­sty, mógł mieć po­wo­dy, aby zwrócić się o po­moc do za­wo­dow­ca. Albo – co cie­kaw­sze – ktoś mógł pragnąć, żeby Dal­gliesh właśnie tak myślał. Czyżby kartkę wsu­nięto tu­taj ce­lo­wo, by ją zna­lazł? Rze­czy­wiście, dziw­ne, że nikt jej nie za­uważył i nie znisz­czył po śmier­ci ojca Bad­de­leya. Ktoś z Fol­war­ku Toyn­ton mu­siał prze­cież przeglądać do­ku­men­ty. Ta­kie­go ano­nimu nie zo­stawiono by ra­czej nie­po­wołanym oczom.

Włożył go do port­fe­la i zaczął wędro­wać po cha­cie. Sy­pial­nia ojca Bad­de­leya wyglądała tak, jak so­bie wy­obrażał. Ni­skie okno z ob­skurną kre­to­nową zasłonką, wąskie łóżko wciąż zasłane pościelą i ko­ca­mi, ale z kapą naciągniętą sztyw­no na po­je­dynczą ciężką po­duszkę; książki zaj­mujące dwie ścia­ny; noc­ny sto­li­czek z tan­detną lampką; Bi­blia; nie­poręczna i pstra por­ce­la­no­wa po­piel­nicz­ka z re­klamą piwa. Faj­ka ojca Bad­de­leya nadal leżała w mi­secz­ce, a obok niej Dal­gliesh do­strzegł na pół zużyty kar­to­nik tek­tu­ro­wych zapałek, ja­kie roz­dają w pu­bach i re­stau­ra­cjach. Na pudełku wid­niała re­klama Ye Olde Tu­dor Barn koło Wa­re­ham. W po­piel­nicz­ce leżała jed­na zużyta zapałka; po­roz­dzie­ra­na aż po wy­pa­loną główkę. Dal­gliesh uśmiechnął się. Za­tem i to przy­zwy­cza­je­nie prze­trwało po­nad trzy­dzieści lat. Przy­po­mniał so­bie, jak drob­ne zwin­ne pal­ce ojca Bad­de­leya ostrożnie roz­dzie­rały cienką tek­turkę na pa­ski, jak­by ksiądz usiłował pobić jakiś po­przed­ni własny re­kord. Dal­gliesh pod­niósł zapałkę i jego twarz roz­jaśnił uśmiech: sześć pa­se­mek. Oj­ciec Bad­de­ley prze­szedł sa­me­go sie­bie.

Wszedł do kuch­ni. Była mała, źle wy­po­sażona, porządnie utrzy­ma­na, choć nie­zbyt czy­sta. Nie­wiel­ki sta­ro­mod­ny pie­cyk ga­zo­wy wyglądał jak eks­po­nat mu­ze­al­ny. Do ka­mion­ko­we­go zle­wu pod oknem do­cze­pio­no po­obi­janą i od­bar­wioną drew­nianą rynnę odpływową, cuchnącą zjełczałym tłuszczem oraz skisłą zupą. Ktoś od­sunął wypłowiałe kre­to­no­we zasłonki z wzor­kiem w wy­bu­jałe róże prze­pla­tające się nie­praw­do­po­dob­nie z żon­ki­la­mi. Z okna roz­ta­czał się wi­dok na od­ległe wzgórza Pur­beck. Chmu­ry, rzad­kie jak dym z pa­pie­ro­sa, rozpływały się w bez­kre­snym błęki­cie nie­ba, a owce leżały na da­le­kim pa­stwi­sku jak białe bryłki.

Dal­gliesh zba­dał spiżarnię. Tu przy­najm­niej zna­lazł do­wo­dy, że go ocze­ki­wa­no. Oj­ciec Bad­de­ley rze­czy­wiście po­ro­bił za­pa­sy, a licz­ba pu­szek uzmysłowiła Dal­glieshowi, ile – zda­niem księdza – po­win­no się jeść. Z pew­nością był to pro­wiant dla dwóch osób, z których jed­na, zgod­nie z ocze­ki­wa­nia­mi ojca Bad­de­leya, miałaby spo­ry ape­tyt. Wśród ze­sta­wu su­rowców za­wsze stała jed­na duża pusz­ka i jed­na mała: pie­czo­na fa­so­la, tuńczyk, gu­lasz ir­landz­ki, spa­ghet­ti, ryżowy pud­ding.

Dal­gliesh wrócił do sa­lo­ni­ku. Podróż dała mu się we zna­ki. Ciężki dębowy ze­gar nad ko­min­kiem wciąż bezbłędnie wska­zy­wał czas. Nie było jesz­cze czwar­tej, lecz ciało de­tek­ty­wa od­czu­wało już tru­dy dnia i zmęcze­nie. Dal­gliesh ma­rzył o her­ba­cie. Wpraw­dzie pusz­ka z nią stała w spiżarni, ale nig­dzie nie było mle­ka. Po­li­cjant za­sta­na­wiał się, czy nie odłączo­no gazu.

Wówczas usłyszał kro­ki przy drzwiach i szczęknięcie klam­ki. W smu­dze popołudnio­we­go światła za­ma­ja­czyła jakaś syl­wet­ka. Usłyszał głęboki, lecz bar­dzo ko­bie­cy głos z le­ciut­kim śla­dem ir­landz­kie­go ak­cen­tu.

– Na miłość boską! Ludz­ka isto­ta, a na do­da­tek mężczy­zna. Co pan tu robi?

Ko­bie­ta weszła do po­ko­ju, zo­sta­wiając za sobą otwar­te drzwi, wi­dział ją więc wyraźnie. Mogła mieć około trzy­dzie­stu pięciu lat, była sil­na, długo­no­ga; złote włosy, wyraźnie ciem­niej­sze u na­sa­dy, spa­dały jej luźno aż na ra­mio­na. Twarz miała kwa­dra­tową, pełne usta i wąskie oczy o dużych po­wie­kach. Nosiła brązowe, zbyt luźne spodnie z pa­skiem pod sto­pa­mi, brud­ne te­nisówki po­pla­mio­ne trawą i biały bawełnia­ny bezrękaw­nik z de­kol­tem, z którego wy­zie­rał brązowy, na­kra­pia­ny pie­ga­mi trójkąt opa­le­ni­zny. Nie miała sta­ni­ka. Jej pełne ciężkie pier­si zwi­sały luźno pod cienką bawełną. Trzy drew­nia­ne bran­so­let­ki grze­cho­tały na jej le­wym nad­garst­ku. Ogólnie spra­wiała wrażenie nie­co po­spo­li­tej, ale niewątpli­wie atrak­cyj­nej ko­bie­ty; po­mi­mo że nie używała per­fum, wraz z nią prze­niknął do po­ko­ju nie­zwy­kle spe­cy­ficz­ny ko­bie­cy za­pach.

– Na­zy­wam się Adam Dal­gliesh – po­wie­dział. – Przy­je­chałem od­wie­dzić ojca Bad­de­leya. Chy­ba nie jest to już możliwe.

– Można to i tak określić. Spóźnił się pan dokład­nie je­de­naście dni. Zbyt późno, żeby go zo­ba­czyć, i pięć dni po cza­sie, by go po­cho­wać. Kimże pan jest, jego ko­legą? Nie zda­wa­liśmy so­bie spra­wy, że w ogóle miał zna­jo­mych. Zresztą nie­wie­le wie­dzie­liśmy o na­szym wie­leb­nym Mi­cha­elu. Był ta­jem­ni­czym człowiecz­kiem. W każdym ra­zie pana trzy­mał w ukry­ciu.

– Odkąd prze­stałem być dziec­kiem, wi­dzie­liśmy się tyl­ko raz, i to krótko, a te­raz po­wia­do­miłem go o mo­jej wi­zy­cie na dzień przed jego śmier­cią.

– Adam. Ład­nie. Dzi­siaj zno­wu dzie­ciom dają to imię. Robi się mod­ne. Ale kie­dy pan cho­dził do szkoły, to chy­ba ono pana męczyło, praw­da? Jed­nakże pa­su­je do pana. Nie mam pojęcia dla­cze­go. Nie jest pan całkiem z tego świa­ta, ra­czej pan wygląda na ide­alistę. Już wiem. Przy­je­chał pan po książki.

– Poważnie?

– Te, które Mi­cha­el zo­sta­wił panu w te­sta­men­cie. Ada­mo­wi Dal­glie­sho­wi, je­dy­ne­mu sy­no­wi świętej pamięci ka­no­ni­ka Ale­xan­dra Dal­glie­sha, wszyst­kie moje książki do roz­dy­spo­no­wa­nia we­dle uzna­nia. Pamiętam dokład­nie, po­nie­waż na­zwi­ska wydały mi się bar­dzo dziw­ne. Szyb­ko pan się zja­wił. Dzi­wię się, że praw­ni­cy w ogóle do pana na­pi­sa­li. Bob Lo­der na ogół nie jest taki spraw­ny. Lecz na pana miej­scu nie eks­cy­to­wałabym się zbyt­nio. Te książki nig­dy mi nie wyglądały na szczególnie war­tościo­we. Same su­che sta­ro­cie teo­lo­gicz­ne. Przy oka­zji, czy li­czył pan na ja­kieś pie­niądze? Jeśli tak, to mam nie­zbyt do­bre wia­do­mości.

– Na­wet nie wie­działem, że oj­ciec Bad­de­ley miał ja­kieś oszczędności.

– My też nie. To był jego ko­lej­ny se­kre­cik. Zo­sta­wił dzie­więtnaście tysięcy funtów. Nie jest to może for­tu­na, ale za­wsze się przy­da. Za­pi­sał wszyst­ko Wil­fre­do­wi, na rzecz Fol­war­ku Toyn­ton, i z tego, co wiem, pie­niądze przyszły w samą porę. Gra­ce Wil­li­son jest je­dyną le­ga­ta­riuszką poza Wil­fre­dem. Otrzy­mała ten sta­ry se­kre­ta­rzyk. To zna­czy do­sta­nie go, jeśli Wil­fred ze­chce go prze­nieść.

Usiadła w fo­te­lu przed ko­min­kiem. Jej włosy roz­sy­pały się na opar­ciu, roz­sta­wiła sze­ro­ko nogi. Dal­gliesh przy­ciągnął jed­no z krze­seł z opusz­cza­nym opar­ciem i usiadł na­prze­ciw niej.

– Czy do­brze znała pani ojca Bad­de­leya?

– Wszy­scy się świet­nie zna­my, na tym między in­ny­mi po­le­ga nasz kłopot. Chce pan tu zo­stać?

– Może na dzień lub dwa. Ale wy­da­je mi się, że te­raz nie będzie można tu zo­stać…

– Dla­cze­go nie, jeśli ma pan ochotę. Miej­sce jest wol­ne, przy­najm­niej dopóki Wil­fred nie znaj­dzie ko­lej­nej ofia­ry… czy też ra­czej po­win­nam po­wie­dzieć lo­ka­to­ra. Sądzę, że nie zgłosi żad­nych za­strzeżeń. Poza tym musi pan prze­cież przej­rzeć książki, praw­da? Wil­fred będzie się chciał ich po­zbyć, za­nim przy­je­dzie następny be­ne­fi­cjant.

– To zna­czy, że Wil­fred An­stey jest właści­cie­lem tego domu?

– Tak, jak również Fol­war­ku Toyn­ton i po­zo­stałych chat, z wyjątkiem chat­ki Ju­liu­sa Co­ur­ta. To ta położona da­lej, na cy­plu, je­dy­na z wi­do­kiem na mo­rze. Wil­fred jest właści­cie­lem całej resz­ty oraz nas. – Zmie­rzyła go wzro­kiem.

– Nie po­sia­da pan żad­nych pożytecz­nych umiejętności, praw­da? To zna­czy, nie jest pan fi­zy­ko­te­ra­peutą, pielęgnia­rzem ani le­ka­rzem czy choćby księgo­wym? Nie żeby pan na kogoś ta­kie­go wyglądał, lecz jeśli pan jest, to radzę ucie­kać, za­nim Wil­fred doj­dzie do wnio­sku, iż jest pan zbyt cen­ny, żeby pana stąd wypuścić.

– Nie sądzę, by moje szczególne umiejętności na coś mu się przy­dały.

– W ta­kim ra­zie niech pan zo­sta­nie, jeśli to panu od­po­wia­da. Naj­pierw jed­nak przed­sta­wię panu ob­raz tu­tej­sze­go życia. Może wte­dy zmie­ni pan zda­nie.

– Proszę zacząć od sie­bie – po­wie­dział Dal­gliesh. – Na­wet nie wiem, kim pani jest.

– Do­bry Boże, rze­czy­wiście! Prze­pra­szam. Na­zy­wam się Mag­gie Hew­son. Mój mąż pra­cu­je w Fol­war­ku jako le­karz. Miesz­ka ze mną w dom­ku przy­zna­nym nam przez Wil­fre­da i od­po­wied­nio na­zwa­nym Chatą Miłości, ale większość chwil spędza w Fol­war­ku Toyn­ton. Po­nie­waż zo­stało mu tyl­ko pięciu pa­cjentów, na pew­no pan się za­sta­na­wia, czym wypełnia so­bie czas. No i co, za­sta­na­wia się pan? Za­tem, Ada­mie Dal­gliesh, jak pan sądzi, czymże on wypełnia so­bie czas?

– Czy pani mąż zaj­mo­wał się oj­cem Bad­de­ley­em?

– Na imię miał Mi­cha­el. Wszy­scy go tak na­zy­wa­liśmy oprócz Gra­ce Wil­li­son. Tak, Eric opie­ko­wał się nim za życia i pod­pi­sał akt zgo­nu po jego śmier­ci. Sześć mie­sięcy temu nie mógłby tego zro­bić, ale te­raz, gdy go łaska­wie przywrócono do re­je­stru le­ka­rzy, może się pod­pi­sać na orze­cze­niu stwier­dzającym, iż ktoś całko­wi­cie le­gal­nie nie żyje. Boże, cóż za cho­ler­ny przy­wi­lej.

Roześmiała się i szpe­rając w kie­sze­niach spodni, wyciągnęła pa­pie­ro­sy. Za­pa­liła jed­ne­go i pod­sunęła paczkę Dal­glie­sho­wi. Pokręcił przecząco głową. Wzru­szyła ra­mio­na­mi i dmuchnęła dym w jego kie­run­ku.

– Na co umarł oj­ciec Bad­de­ley? – za­py­tał Dal­gliesh.

– Ser­ce mu stanęło. Nie, wca­le nie żar­tuję. Był sta­ry, miał zmęczo­ne ser­ce i dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go września prze­stało bić. Ostra nie­wy­dol­ność mięśnia ser­co­we­go skom­pli­ko­wa­na lekką cu­krzycą, jeśli pan woli żar­gon me­dycz­ny.

– Czy był sam?

– Chy­ba tak. Zmarł w nocy, a ostat­nią osobą, która go wi­działa za życia, była Gra­ce Wil­li­son, po­nie­waż się u nie­go spo­wia­dała o siódmej czter­dzieści pięć wie­czo­rem. Myślę, że umarł z nudów. Nie, chy­ba nie po­win­nam tak mówić. To w złym guście. Gra­ce twier­dzi, że wyglądał tak jak za­zwy­czaj, oczy­wiście był nie­co zmęczo­ny, gdyż aku­rat tego ran­ka wy­pi­sa­no go ze szpi­ta­la. Ja przyszłam następne­go dnia o dzie­wiątej, by za­py­tać, czy nie po­trze­bu­je cze­goś z Wa­re­ham… chciałam je­chać au­to­bu­sem o je­de­na­stej; Wil­fred nie po­zwa­la tu jeździć pry­wat­nym sa­mo­cho­dom… no i zo­ba­czyłam, że leży mar­twy.

– W łóżku?

– Nie, w tym fo­te­lu, w którym pan sie­dzi, wciśnięty głęboko, z otwar­ty­mi usta­mi i za­mkniętymi ocza­mi. Miał na so­bie su­tannę, a wokół szyi tę taką pur­pu­rową wstążkę. Wszyst­ko jak należy. Tyle że był zupełnie mar­twy.

– Czy­li to pani zna­lazła ciało?

– Chy­ba że Mil­li­cent z sąsied­nie­go po­ko­ju weszła wcześniej po kry­jo­mu, uznała, iż spra­wa nie wygląda cie­ka­wie, i wy­co­fała się do sie­bie. Jeśli to pana in­te­re­su­je, cho­dzi o siostrę Wil­fre­da, wdowę. Właści­wie to na­wet dziw­ne, że nie zaj­rzała do nie­go, wiedząc, że jest cho­ry i sa­mot­ny.

– Mu­siał to być dla pani wstrząs.

– Nie­spe­cjal­nie. Przed ślu­bem byłam pielęgniarką. Wi­działam więcej nie­bosz­czyków, niż po­tra­fię spa­miętać. On zaś był bar­dzo sta­ry. To młodzi… głównie dzie­ci… załamują człowie­ka. Boże, jak się cieszę, że skończyłam z tym za­ki­cha­nym in­te­re­sem.

– Poważnie? To pani nie pra­cu­je w Fol­war­ku Toyn­ton?

Wstała i po­deszła do ko­min­ka. Wy­dmuchnęła obłok dymu w lu­stro nad gzym­sem, po czym przy­bliżyła twarz do szkła, jak­by stu­dio­wała swe od­bi­cie.

– Nie, jeśli tyl­ko mogę tego uniknąć. I na Boga, sta­ram się ze wszyst­kich sił. Mogę panu na­wet wy­znać, że je­stem występnym człon­kiem tej społecz­ności. Nie współpra­cuję z resztą. Je­stem wy­rzut­kiem i he­re­tyczką. Nie sieję i nie zbie­ram. Nie pod­daję się cza­ro­wi dro­gie­go Wil­fre­da. Zupełnie ogłuchłam na płacz nie­pełno­spraw­nych. Nie pa­dam na ko­la­na w świątyni.

Odwróciła się ku nie­mu, spoglądając na poły wy­zy­wająco, na poły py­tająco. Dal­gliesh do­szedł do wnio­sku, że ten występ nie był zbyt spon­ta­nicz­ny, już nie­raz mu­siała wygłaszać ten tekst. Brzmiał on jak ry­tu­al­ne uspra­wie­dli­wie­nie i de­tek­tyw po­dej­rze­wał, że ktoś pomógł jej w sce­na­riu­szu.

– Niech mi pani coś po­wie o Wil­fre­dzie An­steyu – po­pro­sił.

– Czyżby Mi­cha­el pana nie ostrzegł? Nie, nie zro­biłby tego. Cóż, to dziw­na hi­sto­ria, ale spróbuję ją w skrócie opo­wie­dzieć. Pra­dzia­dek Wil­fre­da zbu­do­wał Fol­wark Toyn­ton. Dzia­dek zo­sta­wił po­siadłość Wil­fre­do­wi i jego sio­strze Mil­li­cent. Ten od­ku­pił jej część, gdy zor­ga­ni­zo­wał Dom. Osiem lat temu Wil­fred za­padł na stward­nie­nie roz­sia­ne. Cho­ro­ba postępowała bar­dzo szyb­ko; trzy mie­siące później przy­kuła go do fo­te­la. Po­tem po­je­chał z piel­grzymką do Lo­ur­des i wy­zdro­wiał. Po­dob­no do­ga­dał się z Bo­giem. Ty mnie wy­le­czysz, a ja poświęcę Fol­wark Toyn­ton i wszyst­kie pie­niądze nie­pełno­spraw­nym. Bóg na to po­szedł i te­raz Wil­fred za­wzięcie wywiązuje się z umo­wy. Sądzę, że boi się wy­co­fać z tego układu, żeby nie wróciła cho­ro­ba. Wca­le go za to nie winię. Pew­nie czułabym to samo. Wszy­scy w głębi du­szy je­steśmy przesądni, szczególnie gdy w grę wcho­dzi zdro­wie.

– Czy miałby ochotę się wy­co­fać?

– O, nie sądzę. To miej­sce daje mu po­czu­cie władzy. Jest oto­czo­ny wdzięczny­mi pa­cjen­ta­mi i wiel­bio­ny przez ko­bie­ty. Dot Mo­xon – tak zwa­na przełożona – ska­cze wokół nie­go jak sta­ra kwo­ka. Wil­fre­do­wi jest z tym do­brze.

– Kie­dy dokład­nie wy­da­rzył się ów cud? – za­py­tał Dal­gliesh.

– On twier­dzi, że gdy go za­nu­rzo­no w stud­ni. Mówi, iż początko­wo do­znał szo­ku przy ze­tknięciu z zim­nem, ale na­tych­miast po­czuł mro­wiące ciepło, które prze­biegło całe jego ciało i prze­pełniło je wiel­kim szczęściem i spo­ko­jem. Ja czuję dokład­nie to samo po trze­ciej whi­sky. Jeżeli Wil­fred po­tra­fi to w so­bie wywołać, kąpiąc się w lo­do­wa­tej wo­dzie pełnej za­razków, mogę tyl­ko po­wie­dzieć, że ma cho­ler­ne szczęście. Po po­wro­cie z Lo­ur­des stanął na nogi po raz pierw­szy od sześciu mie­sięcy. Trzy ty­go­dnie później hasał jak młody ba­ran. Na­wet nie po­fa­ty­go­wał się, by wrócić do Szpi­ta­la Świętego Zba­wi­cie­la w Lon­dy­nie, gdzie go le­czo­no, więc nie mogą tam za­pi­sać so­bie jego cu­dow­ne­go wy­le­cze­nia na własne kon­to. Jed­nak szko­da, bo byłby to niezły dow­cip.

Za­wa­hała się, jak­by chciała jesz­cze coś po­wie­dzieć, ale dodała tyl­ko:

– Wzru­szające, praw­da?

– In­te­re­sujące. W jaki sposób znaj­du­je pie­niądze, by wypełnić swoją część zo­bo­wiąza­nia?

– Pa­cjen­ci płacą w miarę możliwości, a niektórzy są tu przy­syłani na mocy umo­wy za­war­tej z lo­kal­ny­mi władza­mi. Poza tym, oczy­wiście, Wil­fred wy­ko­rzy­stał własny ka­pi­tał. Lecz spra­wy wyglądają kiep­sko, przy­najm­niej on tak twier­dzi. Spa­dek ojca Bad­de­leya przy­szedł w samą porę. Poza tym Wil­fred wy­ko­rzy­stu­je per­so­nel. Eri­co­wi nie płaci tyle, ile po­wi­nien. Phil­by, człowiek do różnych posług, sie­dział w więzie­niu i praw­do­po­dob­nie gdzie in­dziej nikt by go nie za­trud­nił, a sio­stra przełożona, Dot Mo­xon, też miałaby kłopo­ty ze zna­le­zie­niem pra­cy po skan­da­lu związa­nym ze znęca­niem się nad pa­cjen­ta­mi w jej ostat­nim szpi­ta­lu. Musi być wdzięczna Wil­fredowi, że w ogóle ją przyjął. Ale prze­cież wszy­scy je­steśmy strasz­nie, strasz­nie wdzięczni dro­gie­mu Wil­fredowi.

Dal­gliesh po­wie­dział:

– Pójdę chy­ba do Fol­war­ku i przed­sta­wię się. Mówi pani, że zo­stało tyl­ko pięciu pa­cjentów?

– Nie określamy ich tym mia­nem, cho­ciaż nie wiem, jak Wil­fred chciałby ich na­zy­wać. Pen­sjo­na­riu­sze za bar­dzo ko­jarzą się z więzie­niem, cho­ciaż, Bóg je­den wie, byłoby to dość od­po­wied­nie określe­nie. Tak, zo­stało tyl­ko pięciu. Wil­fred nie przyj­mu­je no­wych, z li­sty ocze­kujących, za­nim cze­goś nie po­sta­no­wi w spra­wie Domu. Trust Rid­ge­wel­la miałby chrapkę na majątek i Wil­fred roz­waża, czy nie oddać całości ze wszyst­kim, i w do­dat­ku gra­tis. Właści­wie jesz­cze dwa ty­go­dnie temu było sześciu pa­cjentów, ale po­tem Vic­tor Hol­royd spadł z cy­pla Toyn­ton i roz­trza­skał się o skały.

– To zna­czy, zabił się?

– No cóż, był w wózku in­wa­lidz­kim dzie­sięć stóp od krawędzi urwi­ska. Albo wyśliznęły mu się z rąk ha­mul­ce i spadł, albo po­pchnął go sa­ni­ta­riusz, Den­nis Ler­ner. Po­nie­waż Den­nis nie po­tra­fiłby zabić na­wet mu­chy, nie mówiąc o człowie­ku, pa­nu­je ogólne prze­ko­na­nie, że Vic­tor zro­bił to sam. Jed­nak nie chce­my mar­twić na­sze­go dro­gie­go Wil­fre­da, więc wszy­scy za­wzięcie uda­je­my, że nastąpił wy­pa­dek. Żal mi Vic­tora. Lubiłam go. Był tu chy­ba je­dyną osobą, z którą dawało się po­roz­ma­wiać. Za to po­zo­sta­li go nie­na­wi­dzi­li. Te­raz mają nie­czy­ste su­mie­nia i za­sta­na­wiają się, czy go cza­sem źle nie oce­nia­li. Jak się chce lu­dzi wykołować, to trze­ba umrzeć. Ro­zu­mie pan, jeśli fa­cet cały czas mówi, że życie jest nic nie­war­te, to się uważa, iż pra­wi banały. Kie­dy po­twier­dza to czy­nem, człowiek za­czy­na się za­sta­na­wiać, czy rze­czy­wiście cze­goś w tym nie ma.

Dal­gliesh na szczęście nie mu­siał od­po­wia­dać, gdyż usłyszał sa­mochód na pod­jeździe. Mag­gie, która miała naj­wy­raźniej tak do­bry słuch jak on, ze­rwała się na równe nogi i wy­biegła. Duża czar­na li­mu­zy­na pod­jeżdżała do roz­stajów ścieżek.

– Ju­lius – wyjaśniła zdaw­ko­wo Mag­gie i zaczęła wy­ma­chi­wać rękami.

Sa­mochód za­trzy­mał się, a następnie skręcił w kie­run­ku Cha­ty Na­dziei. Dal­gliesh do­strzegł, że to mer­ce­des. Gdy tyl­ko zwol­nił, Mag­gie zaczęła biec obok jak natrętna uczen­ni­ca i wy­krzy­ki­wać wyjaśnie­nia przez otwar­te okno. Sa­mochód przy­stanął, a Ju­lius Co­urt wy­sko­czył z wozu.

Był wy­so­kim, smukłym młodzieńcem w luźnych spodniach i zie­lo­nym woj­sko­wym swe­trze z łat­ka­mi na ra­mio­nach i łokciach. Ja­sne, krótkie włosy przy­le­gały mu do głowy jak bla­dy, błyszczący hełm. Po­mi­mo wład­czej i but­nej miny wi­docz­ne wor­ki pod prze­ni­kli­wy­mi ocza­mi oraz lek­ki wy­raz roz­drażnie­nia małych ust osa­dzo­nych w ciężkim podbródku świad­czyły, że ich właści­ciel lubi so­bie cza­sa­mi po­fol­go­wać. W śred­nim wie­ku będzie tęgi, a na­wet gru­by. Te­raz jed­nak spra­wiał wrażenie nie­co aro­ganc­kie­go przy­stoj­nia­ka, a biała trójkątna bli­zna nad jego prawą brwią potęgowała jesz­cze to wrażenie.

Wyciągnął dłoń i po­wie­dział:

– Szko­da, że pan się spóźnił na po­grzeb.

Za­brzmiało to tak, jak­by Dal­gliesh spóźnił się na pociąg.

– Ależ, mój dro­gi – jęknęła Mag­gie – nic nie ro­zu­miesz! On wca­le nie przy­je­chał na po­grzeb. Pan Dal­gliesh na­wet nie wie­dział, że sta­ry wy­kor­ko­wał.

Co­urt spoj­rzał na Dal­glie­sha z nie­co większym za­in­te­re­so­wa­niem.

– O, prze­pra­szam. Może le­piej pod­je­dzie pan do Fol­war­ku. Wil­fred An­stey na pew­no po­wie panu więcej niż ja o ojcu Bad­de­leyu. Gdy sta­ry umarł, byłem w swo­im lon­dyńskim miesz­ka­niu, więc na­wet nie mogę panu opo­wiedzieć żad­nych cie­ka­wo­stek z łoża śmier­ci. Wska­kuj­cie obo­je. Mam z tyłu trochę książek z Bi­blio­te­ki Lon­dyńskiej dla Hen­ry’ego Car­war­di­ne’a. Równie do­brze mogę je za­wieźć od razu.

Mag­gie Hew­son czuła za­pew­ne, że za­nie­dbała swe obo­wiązki, nie przed­sta­wiw­szy ich so­bie, rzekła więc po­nie­wcza­sie:

– Ju­lius Co­urt. Adam Dal­gliesh. Nie sądzę, by pa­no­wie spo­tka­li się wcześniej w Lon­dy­nie. Ju­lius był dy­plo­matą… czy też dy­plo­matykiem?

Wcho­dzi­li właśnie do sa­mo­cho­du i Co­urt po­wie­dział swo­bod­nie:

– Ani jed­nym, ani dru­gim, jeśli się weźmie pod uwagę sto­sun­ko­wo ni­ski szcze­bel, do ja­kie­go do­tarłem w tej służbie. Poza tym Lon­dyn to wiel­kie mia­sto. Lecz nie martw się, Mag­gie, jak spryt­na dama w te­le­tur­nie­ju chy­ba się domyślam, jaki pan Dal­gliesh ma zawód.

Otwo­rzył drzwi sa­mo­cho­du z wy­szu­kaną grzecz­nością. Mer­ce­des ru­szył po­wo­li w stronę Fol­war­ku Toyn­ton.

II

Geo­r­gie Al­lan zerknął ze swe­go wy­so­kie­go, wąskie­go łóżka w izo­lat­ce. Jego usta zaczęły wy­ko­ny­wać gro­te­sko­we ru­chy. Mięśnie szyi naprężyły się. Pa­cjent próbował unieść głowę z po­dusz­ki.

– Będę się nada­wał na piel­grzymkę do Lo­ur­des, praw­da? Chy­ba nie zo­stanę tu­taj?

Słowa te wy­do­były się w for­mie chra­pli­we­go jęku. He­len Ra­iner uniosła brzeg ma­te­ra­ca, wsunęła podeń róg przeście­radła zgod­nie z ry­go­ry­styczną szpi­talną modą i od­parła z ożywie­niem:

– Oczy­wiście, że nie zo­sta­niesz. Będziesz naj­ważniej­szym pa­cjen­tem piel­grzym­ki. A te­raz prze­stań już ma­ru­dzić, bądź grzecz­ny i sta­raj się od­począć przed pod­wie­czor­kiem.

Uśmiechnęła się do nie­go obojętnym, pro­fe­sjo­nal­nym, uspo­ka­jającym uśmie­chem wy­szko­lo­nej pielęgniar­ki. Następnie zerknęła znacząco na Eri­ca Hew­so­na. Ra­zem po­de­szli do okna.

– Jak długo jesz­cze będzie­my mu­sie­li z nim wy­trzy­my­wać? – za­py­tała ci­cho.

– Może mie­siąc albo dwa – od­parł Hew­son. – Strasz­nie by się zmar­twił, gdy­by te­raz mu­siał wy­je­chać. Wil­fred też. Później obaj będą le­piej przy­go­to­wa­ni, by za­ak­cep­to­wać to, co nie­unik­nio­ne. Poza tym bar­dzo mu zależy na tej podróży do Lo­ur­des. Wątpię, czy dożyje na­sze­go następne­go wy­jaz­du. W każdym ra­zie z całą pew­nością nie będzie go tu­taj.

– Ale on właści­wie na­da­je się je­dy­nie do szpi­ta­la. Nie je­steśmy za­re­je­stro­wa­ni jako placówka szpi­tal­na, tyl­ko jako dom dla chro­nicz­nie cho­rej i nie­pełno­spraw­nej młodzieży. Mamy kon­trakt z miej­sco­wy­mi władza­mi, a nie z Na­ro­dową Służbą Zdro­wia. Prze­cież nie uda­je­my, że możemy za­gwa­ran­to­wać pełną opiekę me­dyczną. Nikt tego od nas nie ocze­ku­je. Naj­wyższy czas, żeby Wil­fred albo dał temu spokój, albo się zde­cy­do­wał, co chce tu robić.

– Wiem o tym. – Istot­nie tak było. Obo­je o tym wie­dzie­li. Nie był to nowy pro­blem. Dla­cze­go, za­sta­na­wiał się, większość ich rozmów stała się nud­nym po­wta­rza­niem banałów, zdo­mi­no­wa­nych w do­dat­ku przez wy­so­ki, po­uczający głos He­len.

Ra­zem spoj­rze­li w dół na małe, wyłożone płyt­ka­mi pa­tio, oto­czo­ne z dwóch stron no­wy­mi par­te­ro­wy­mi skrzydłami, które mieściły sy­pial­nie i świe­tli­ce. Gru­pa pa­cjentów wy­grze­wała się w słońcu, cze­kając na pod­wie­czo­rek. Czte­ry wózki in­wa­lidz­kie stały w pew­nej od­ległości od sie­bie, tyłem do domu. Dwo­je ob­ser­wa­torów mogło je­dy­nie do­strzec tył głów lu­dzi, którzy sie­dzie­li bez ru­chu, wpa­trując się upo­rczy­wie w cy­pel. Siwe włosy Gra­ce Wil­li­son roz­wie­wała lek­ka bry­za; Jen­nie Pe­gram wcisnęła głowę w ra­mio­na, a au­re­ola złotych włosów spływała po opar­ciu jej fo­te­la, jak­by bie­lejąc w słońcu; okrągła główka Ur­su­li Hol­lis wzno­siła się wy­so­ko na chu­dej szyi i wyglądała jak osa­dzo­na na włóczni; ciem­na głowa Hen­ry’ego Car­war­di­ne’a na wy­krzy­wio­nej szyi skręcona była w bok, przez co wyglądał jak połama­na lal­ka. Ale prze­cież oni wszy­scy byli tyl­ko ma­rio­net­ka­mi. Przez chwilę dok­tor Hew­son wy­obrażał so­bie, że wbie­ga jak sza­lo­ny na pa­tio i po­ru­sza tymi czte­re­ma główka­mi w górę i w dół, ciągnąc za nie­wi­dzial­ne sznur­ki przy­cze­pio­ne do karków, a po­wie­trze wypełniają głośne i nie­sko­or­dy­no­wa­ne krzy­ki ofiar.

– Co się z nimi dzie­je? – za­py­tał na­gle. – Zda­je się, że nie wszyst­ko jest w porządku.

– Bar­dziej niż zwy­kle?

– Tak. Nie za­uważyłaś?

– Może bra­ku­je im Mi­cha­ela. Bóg je­den wie dla­cze­go. Pra­wie nic nie robił. Jeśli Wil­fred po­sta­no­wił tu zo­stać, będzie te­raz mógł le­piej wy­ko­rzy­stać Chatę Na­dziei. Właści­wie to chciałam mu za­pro­po­no­wać, by po­zwo­lił mi tam za­miesz­kać. Byłoby nam łatwiej.

Myśl ta prze­ra­ziła go. Za­tem tak to so­bie za­pla­no­wała. Owładnęło nim zna­jo­me uczu­cie przygnębie­nia, wy­czu­wal­ne jak ciężar ołowiu. Dwie zde­cy­do­wa­ne, nie­za­do­wo­lo­ne ko­bie­ty i obie pragną cze­goś, cze­go on nie może im dać. Usiłował od­po­wie­dzieć tak, aby w jego głosie nie wy­czuła pa­ni­ki.

– To na nic. Je­steś po­trzeb­na tu­taj. A ja nie mógłbym cię od­wie­dzać w Cha­cie Na­dziei, prze­cież Mil­li­cent miesz­ka tuż obok.

– Gdy włączy te­le­wizję, to ni­cze­go nie słyszy. Do­brze o tym wie­my. Zresztą jest tyl­ne wyjście, gdy­byś mu­siał szyb­ko się ulot­nić. Lep­sze to niż nic.

– Ale Mag­gie będzie po­dej­rze­wać.

– Już to robi. I tak się w końcu musi do­wie­dzieć.

– Po­roz­ma­wia­my o tym później. Nie czas te­raz mar­twić Wil­fre­da. Wszy­scy je­steśmy zde­ner­wo­wa­ni śmier­cią Vic­to­ra.

Śmierć Vic­to­ra. Jakiż to per­wer­syj­ny ma­so­chizm kazał mu o tym wspo­mnieć? Przy­po­mniały mu się dni młodości, gdy jako stu­dent me­dy­cy­ny z ulgą od­wi­jał za­ban­dażowa­ne rany, po­nie­waż wi­dok krwi, za­ognio­nych tka­nek i ropy był znacz­nie mniej prze­rażający niż wy­obrażenie tego, co działo się pod gładką po­wierzch­nią gazy. Cóż, przy­wykł do śmier­ci. Może z cza­sem przy­zwy­czai się na­wet do tego, że jest le­ka­rzem.

Wspólnie prze­szli do małego ga­bi­ne­tu. On pod­szedł do umy­wal­ki i zaczął me­to­dycz­nie opłuki­wać dłonie i przed­ra­mio­na, jak­by krótkie ba­da­nie młode­go Geo­r­gie­go było brudną chi­rur­giczną ro­botą, wy­ma­gającą następnie dokład­ne­go my­cia. Za ple­ca­mi słyszał pobrzęki­wa­nie narzędzi. He­len zupełnie nie­po­trzeb­nie znów porządko­wała ga­blotę. Z rosnącym nie­po­ko­jem do­cho­dził do wnio­sku, że będą mu­sie­li po­roz­ma­wiać. Ale jesz­cze nie te­raz. Jesz­cze nie. Zresztą i tak wie­dział, co ona mu po­wie. Słyszał to wszyst­ko wcześniej – te same natrętne ar­gu­men­ty przed­sta­wia­ne to­nem pew­nej sie­bie pry­mu­ski.

„Mar­nu­jesz się tu­taj. Je­steś le­ka­rzem, a nie far­ma­ceutą. Mu­sisz się uwol­nić od Mag­gie i Wil­fre­da. Nie możesz przedkładać Wil­fre­da nad swo­je powołanie”.

Powołanie! Tego właśnie słowa za­wsze używała jego mat­ka. Nie­omal wy­buchnął hi­ste­rycz­nym śmie­chem.

Odkręcił kran do opo­ru. Woda chlusnęła, wi­rując wokół umy­wal­ki i wypełniając jego uszy dźwiękiem przy­po­mi­nającym na­dejście przypływu. Jak to wyglądało w przy­pad­ku Vic­to­ra, ten upa­dek w nicość? Czy koślawy wózek in­wa­lidz­ki, rozpędzo­ny własnym ciężarem, po­szy­bo­wał w prze­strzeń jak jed­no z tych nie­zwykłych la­tających urządzeń w fil­mie z Ja­me­sem Bon­dem; ka­rzełek wśród masy przełączników, gotów pociągnąć od­po­wied­nią dźwi­gienkę i roz­winąć skrzydła? Czy też ra­czej ko­ziołkował w po­wie­trzu, obi­jając się o skal­ne występy, aż runął w tej trum­nie z płótna i me­ta­lu, wy­ma­chując bez­rad­nie rękami i dodał własne krzy­ki do wołań mew? Czy ciężkie ciało Vic­to­ra uwol­niło się w tym cza­sie z pasków, czy też płótno więziło go aż do osta­tecz­ne­go ude­rze­nia o twar­de płaskie skały, aż do pierw­sze­go syku fali, która we­ssała go w głąb nie­ustępli­we­go bez­myślne­go mo­rza? I co działo się w jego głowie? Unie­sie­nie czy roz­pacz, prze­rażenie czy błogosławio­na pust­ka? Czy czy­ste po­wie­trze i mor­ska woda zmyły cały ból, go­rycz i złośliwość?

Do­pie­ro po śmier­ci Vic­to­ra wyszła na jaw głębia jego złośliwości, ob­ja­wio­na w ko­dy­cy­lu do te­sta­men­tu. Po­sta­rał się, by inni pa­cjen­ci wie­dzie­li, iż ma pie­niądze. Sam płacił za po­byt w Fol­war­ku Toyn­ton, cho­ciaż była to skrom­na suma i nie był, jak po­zo­sta­li, z wyjątkiem Hen­ry’ego Car­war­di­ne’a, zależny od do­brej woli miej­sco­wych władz. Nig­dy nie zdra­dził im źródła swe­go bo­gac­twa – w końcu był tyl­ko dy­rek­to­rem szkoły, a tych nig­dy do­brze nie opłaca­no. Oczy­wiście, mógł po­wie­dzieć Mag­gie. Wie­le rze­czy mógł jej wy­ja­wić. Lecz ona, z nie­wy­jaśnio­nych po­wodów, mil­czała w tej spra­wie.

Eric Hew­son nie sądził, by Mag­gie za­in­te­re­so­wała się Vic­to­rem tyl­ko z po­wo­du pie­niędzy. Mie­li ze sobą coś wspólne­go. Obo­je nie kry­li niechęci do Fol­war­ku Toyn­ton, pod­kreślając, że prze­by­wają tu z ko­niecz­ności, a nie z wy­bo­ru, utrzy­my­wa­li, iż nie znoszą swo­ich to­wa­rzy­szy. Mag­gie chy­ba spodo­bała się kąśliwość Vic­to­ra. Spędza­li ze sobą mnóstwo cza­su. Wil­fred był ra­czej z tego za­do­wo­lo­ny, tak jak­by sądził, że Mag­gie wresz­cie od­na­lazła dla sie­bie właściwe miej­sce w Toyn­ton. Woziła Vic­to­ra w ciężkim fo­te­lu w jego ulu­bio­ne miej­sce. Koił go wi­dok mo­rza. Spędzał wraz z Mag­gie całe go­dzi­ny poza do­mem, wy­so­ko na krawędzi urwi­ska. Lecz Eric tym się nie mar­twił. Wie­dział le­piej niż kto­kol­wiek inny, że Mag­gie nie po­ko­chałaby mężczy­zny, który nie za­spo­ka­jałby jej fi­zycz­nie. Na­wet cie­szył się z ich przy­jaźni. Przy­najm­niej po­zwa­lała jej zabić czas, spo­koj­niej żyć.

Nie pamiętał dokład­nie, kie­dy zaczęła się eks­cy­to­wać tymi pie­niędzmi. Vic­tor mu­siał jej coś po­wie­dzieć. Mag­gie zmie­niła się nie­mal w jed­nej chwi­li. Ożyła, po­we­se­lała. Wzbie­rało w niej ja­kieś gorączko­we, acz skrzętnie ukry­wa­ne pod­nie­ce­nie. Po­tem Vic­tor na­gle zażądał, by go od­wie­zio­no do Lon­dy­nu na ba­da­nia do Szpi­ta­la Świętego Zba­wi­cie­la i kon­sul­ta­cje z radcą praw­nym. Wówczas właśnie Mag­gie po­wie­działa coś na te­mat te­sta­men­tu. Jemu też udzie­lił się jej en­tu­zjazm. Te­raz nie ro­zu­miał, na co wówczas obo­je li­czy­li. Czy wi­działa w tych pie­niądzach tyl­ko wy­zwo­le­nie od Fol­war­ku Toyn­ton, czy także od nie­go? W każdym ra­zie z pew­nością oboj­gu przy­niosłyby one wy­ba­wie­nie. Sam jed­nak po­mysł wca­le nie był ab­sur­dal­ny. Wia­do­mo było, że Vic­tor nie miał krew­nych poza siostrą w No­wej Ze­lan­dii, do której nig­dy nie pisał. „Nie, pomyślał, sięgając po ręcznik i wy­cie­rając dłonie, to nie było nie­do­rzecz­ne ma­rze­nie; w każdym ra­zie mniej ab­sur­dal­ne niż rze­czy­wi­stość”.

Przy­po­mniał mu się tam­ten powrót z Lon­dy­nu; ciepły za­mknięty świat mer­ce­de­sa; milczący Ju­lius z rękami lek­ko opar­ty­mi na kie­row­ni­cy; dro­ga jak srebr­na wstążka wy­punk­to­wa­na gwiazd­ka­mi, które bez końca wśli­zgi­wały się pod maskę; zna­ki dro­go­we wyłaniające się z ciem­ności, wyraźne na tle gra­na­to­we­go nie­ba; ska­mie­niałe zwierzątka z na­stro­szoną sierścią, za­sko­czo­ne au­re­olą re­flek­torów; bla­dozłote po­bo­cze w świe­tle lamp.

Vic­tor sie­dział z Mag­gie na tyl­nym sie­dze­niu, otu­lo­ny ple­dem i z uśmie­chem na ustach, uśmie­chem, który w ogóle nie zni­kał. Po­wie­trze było aż ciężkie od ta­jem­nic, tych wy­zna­nych i skrzętnie ukry­tych.

Vic­tor rze­czy­wiście zmie­nił te­sta­ment. Dodał ko­dy­cyl do za­pi­su, w którym zo­sta­wiał całość for­tu­ny sio­strze. Był to osta­tecz­ny dowód jego prze­wrot­ności. Gra­ce Wil­li­son prze­zna­czył mydełko to­a­le­to­we, Hen­ry’emu Car­war­di­ne’owi płyn do płuka­nia ust, Ur­su­li Hol­lis dez­odo­rant, a Jen­nie Pe­gram wykałaczkę.

Eric do­szedł do wnio­sku, że Mag­gie zniosła to bar­dzo do­brze. Na­prawdę wyjątko­wo do­brze, jeśli można było tak określić jej dzi­ki, dźwięczny, nie­kon­tro­lo­wa­ny śmiech. Przy­po­mniał so­bie te­raz, jak zwi­jała się w ka­mien­nym sa­lo­ni­ku, ogar­nięta hi­ste­rią. Od­rzu­ciła w tył głowę i za­no­siła się śmie­chem, a echo od­bi­jało się o ścia­ny jak w menażerii i do­cie­rało do sa­me­go cy­pla. Bał się na­wet, iż jej śmiech był słyszal­ny na­wet w Fol­war­ku Toyn­ton.

He­len stała przy oknie. Na­gle ode­zwała się ostrym to­nem:

– Przed Chatą Na­dziei