Czarna strzała - Robert Louis Stevenson - ebook

Czarna strzała ebook

Robert Louis Stevenson

5,0

Opis

[PK]

 

W XV-wiecznej Anglii, pod panowaniem Henryka VI, siedemnastoletni Richard Shelton dołącza do drużyny znanej, jako Czarna Strzała w wendecie przeciwko zabójcy swego ojca i na ratunek ukochanej, uczestnicząc w Wojnie Dwóch Róż pomiędzy York'ami, a Lancaster'ami. 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

 

Książka dostępna w zasobach:   
Fundacja Krajowy Depozyt Biblioteczny

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 339

Rok wydania: 1958

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Przełożył

Tadeusz Jan Dehnel

ISKRY W A Ił S Z A U A 1958

PROLOG

JAN POMSCIJ-KRZYWDA

]Pewnego popołudnia późną wiosną dzwon na kasztelu Tunstall rozbrzmiał o niezwykłej porze. Blisko i daleko, w lesie i na polach wzJłuż rzeki ludzie porzucali pracę i spieszyli w kierunku tego dźwięku, a w wiosce Tunstall gromadka biednych wieśniaków wyległa na drogę i dziwowała się alarmowi.

Wioska ta wyglądała w owe lata, za rządów starego króla Henryka VI *, tak samo prawie jak dzisiaj. Około dwudziestu domów stało pośród dębów, wzdłuż zielonej doliny przeciętej rzeczką. U wylotu doliny droga prowadziła przez most i na drugim brzegu rzeki nikła w lasach, którymi wiodła ku kasztelowi i dalej, do opactwa Hollyrood. Pośrodku wioski wznosił się kościół otoczony cisami. Na obydwóch zboczach doliny przesłaniały dalszy widok zielone już wiązy i zieleniejące dęby.

W bliskości mostu stał na kopcu kamienny krzyż i tam .właśnie zgromadzili się wieśniacy — kilka kobiet i rosły parobek w zgrzebnym kabacie — którzy

*

Henryk VI (1422—1471) — król angielski z rodu Lancastrów, przez znaczną część swego panowania obłąkany. Za jego czasów rozpoczęła się Wojna Dwóch Róż, która toczyła się pomiędzy dwoma gałęziami królewskiego rodu Plantageiretów — Yorkami i Lancastrami — o prawa do tronu (Biała Róża — godło Yorków, Czerwona — godło Lancastrów) (przyp. tłum.).

rozprawiali, co ów dzwon ma znaczyć. Pół godziny temu kurier przejechał wioskowTą ulicą, a tak mu było pilno, że nie śmiał zsiąść z konia i w siodle wypił dzban piwa. Ale kurier sam nie wiedział, jakich wieści jest posłańcem, bo wiózł tylko zapieczętowane listy od sir * Daniela Brackleya do sir Oliyera Oatesa, plebana, który zawiadywał kasztelem pod nieobecność dziedzica.

Wkrótce jednak rozbrzmiał znowu tętent konia i z lasu wyjechał na dudniący most młody panicz Ryszard Shelton, wychowanek rycerza Daniela. Ten przynajmniej powinien coś wiedzieć, chłopi więc powitali go radośnie i prosili o wyjaśnienie. Panicz chętnie ściągnął cugle.

Był to wyrostek ledwie osiemnastoletni o ogorzałej twarzy i szarych oczach. Na plecach miał stalową kuszę, a ubrany był w kaftan z jeleniej skóry z czarnym aksamitnym kołnierzem i zielony kaptur. Jak się okazało, kurier przywiózł ważne nowiny. Lada chwila spodziewano się bitwy. Rycerz Daniel przysłał po wszystkich poddanych zdolnych do naciągnięcia łuku lub noszenia berdysza i pod groźbą swego gniewu kazał im co tchu spieszyć do Kettley. Ale i Dick * nie wiedział, z kim albo gdzie ma się odbyć bitwa. Niedługo miał nadjechać sam sir 0'iyer, a Bennet Hatch zbroi się w tej chwili, on bowiem powiedzie posiłki.

— To ruina naszego pięknego kraju — odezwała się jedna z kobiet. — Jeżeli baronowie zechcą dłużej wojować, biedny lud będzie musiał jeść korzonki.

— No — powiedział Dick, — Każdy, kto teraz wyruszy, dostanie po sześć pensów dziennie, a łucznicy

po dwanaście.

*

Sir — najniższy (niedziedziczny) tytuł szlachecki (przyp. tłum.).

Dick — bardzo popularne zdrobnienie imienia Ryszard (przyp. tłum).

— Jeżeli wyżyją — odparła niewiasta — może dobrze będzie im się wiodło. Jeżeli jednak zginą, paniczu?

— Trudno zginąć lepiej niż za swego przyrodzonego pana — rzekł młodzieniec.

— Nie mam przyrodzonego pana — wtrącił się mężczyzna w kabacie. — Szedłem za Walsinghamami. Wszyscyśmy należeli do nich po tej stronie gościńca do Brierly, póki dwa lata temu nie przyszli Candle-masowie. A teraz jest znowu Brackley. Tak nakazało prawo, które trudno nazwać przyrodzonym. Muszę słuchać rycerza Daniela i sir 01ivera, który lepiej się zna na prawie niż na uczciwości, ale nie mam przyrodzonego pana prócz króla Henryka VI — oby Bóg miał go w swej pieczy — a ten biedaczek nie potrafi odróżnić własnej prawej ręki od lewej.

— Zła to mowa, przyjacielu — oburzył się Dick. — Jednym tchem obrażasz króla i swojego dobrego pana, a mojego opiekuna. Ale król Henryk, dzięki świętym pańskim, wrócił do zdrowych zmysłów i rychło zaprowadzi ład i spokój. Jeśli zaś chodzi o rycerza Daniela, to bardzo jesteś odważny za jego plecami. No, ja tam nie będę donosicielem, ale dość już tej rozmowy.

— O was nie powiem nic złego, paniczu Ryszardzie — odparł wieśniak. — Młokos z was jeszcze, ale jak wyrośniecie na mężczyznę, rychło się opatrzycie, że macie puste kieszenie. Nie powiem nic więcej, niech jednak wszyscy święci pomagają sąsiadom rycerza Daniela, a Najświętsza Panna ma w opiece jego wychowanków!

— Clipsby! — zawołał Ryszard. — Takich słów honor nie pozwala mi słuchać. Sir Daniel jest moim dobrym panem i opiekunem.

— No, to rozwiążcie mi zagadkę, paniczu — powiedział Clipsby. — Po której stronie stoi rycerz Daniel?

— Nie wiem — rzekł Dick i zarumienił się lekko, bo w tym burzliwym czasie opiekun jego raz po raz zmieniał strony, a każda taka odmiana pomnażała jego fortunę.

— Aha — ucieszył się Clipsby — nie wiecie tego wy ani nikt na świecie. Prawdę rzekłszy, rycerz Daniel kładzie się do łóżka Lancastrem, a wstaje Yorkiem.

W tej chwili na moście zadźwięczało znów żelazo podków. Zajęta rozmową gromadka obejrzała się i zobaczyła nadjeżdżającego galopem Benneta Hatcha. Był to ciemnolicy, szpakowaty mężczyzna o ciężkiej ręce i marsowej minie, uzbrojony w miecz i włócznię. Na głowie miał stalowy czepiec, a skórzany kaftan na grzbiecie. W okolicy był znacznym człowiekiem, prawą ręką rycerza Daniela w czasie pokoju i wojny — teraz z rozkazu dziedzica wójtował setce poddanych.

— Clipsby! — zawołał Bennet. — Zbieraj się do kasztelu i przyślij tam wszystkich innych nygusów. Bowyer da ci kaftan i hełm. Musimy wyjechać, zanim uderzą w dzwon na gaszenie świateł. Posłuchaj, rycerz Daniel policzy się z tym, kto ostatni stanie przy cmentarnych wierzejach. Dobrze to sobie zapamiętaj! Wiem, żeś nicpoń. Nance — dodał zwracając się do jednej z kobiet — czy stary Appleyard jest u siebie?

— Na pewno — odpowiedziała niewiasta. — Ręczę, że jest na swoim polu.

Rozproszyła się zebrana pod krzyżem gromadka. Clipsby bez pośpiechu ruszył w stronę mostu, a Bennet i młody Shelton pojechali drogą przez wieś i minęli kościół.

— Zaraz przekonacie się, paniczu — powiedział Bennet — że ten stary zrzęda zmarnotrawi na wyrzekanie i gadaninę o Henryku V więcej czasu, niż trzeba na podkucie konia. A wszystko dlatego, że bywał na francuskich wojnach *!

Dom, do którego zmierzali, był ostatnim w wiosce i stał samotnie pośród bzów, a za nim szerokie łąki zalegały zbocza wznoszące się ku skrajowi lasu.

Hatch zsiadł z konia, zarzucił wodze na sztachety i mając Dicka u boku ruszył polem ku miejscu, gdzie stary wojak stał po kolana w kapuście i kopał zawzięcie, a od czasu do czasu podśpiewywał rozdygotanym głosem.

Appleyard nosił skórzane odzienie, tylko kaptur i kołnierz miał z czarnego sukna lamowanego szkarłatem. Twarz starca przypominała łupinę orzecha włoskiego zarówno barwą, jak obfitością zmarszczek, ale stare siwe oczy były jasne i dobrze jeszcze widziały. Starzec był pewnie głuchy albo uważał, że staremu łucznikowi spod Agincourt nie wypada zwracać na byle co uwagi; nie robił nań wrażenia ani dzwon alarmowy, ani odgłos zbliżających się kroków Benneta i Dicka. W dalszym ciągu kopał zawzięcie i nucił bardzo cienkim, trzęsącym się głosem:

O miła damo, bądź mi łaskawą,

Zlituj się, błagam, nad sługą swym.

— Nicku Appleyard — przemówił Hatch — sir Oli-ver wzywa cię i przykazuje, abyś, nim minie godzina, przybył do kasztelu i objął tam dowództwo.

Staruch podniósł wzrok.

— Pokłon wam, panowie — odrzekł z uśmiechem. — A gdzież to wybiera się Bennet Hatch?

— Bennet Hatch rusza do Kettley ze wszystkimi,

*

Francuskie wojny — król Henryk V (1413—1422) pretendował do tronu francuskiego i po wieloletniej przerwie wznowił wojnę z Francją (jeden z późniejszych okresów tzw. Wojny Stuletniej); na początku odniósł wspaniałe zwycięstwo pod Agincourt, gdzie wielką chwałą okryli się łucznicy królewscy forzvn. tłum których uda się wsadzić na konie — odparł żołdak. — Niedługo, zdaje się, będzie bitwa i nasz pan zbiera posiłki.

— Co mówisz! — powiedział Appleyard. — Az czym pozostawisz mnie w kasztelu?

— Będziesz miał sześciu chłopów na schwał, a na dokładkę sir Oliyera — odrzekł Hatch.

— Nie starczy na obronę kasztelu — powiedział starzec. — Za mało ludzi. Trzeba by mi było co najmniej czterdziestu.

— I dlatego właśnie przychodzimy do ciebie, stary zrzędo! — zawołał Bennet. — Któż inny mógłby doka-zać czegoś z taką załogą w takim kasztelu?

— Aha! Przypomina się stary chodak, kiedy odcisk zaczyna dolegać — powiedział Nick. — Nie ma między wami chłopa, który umiałby dosiąść konia albo porządnie wziąć w garść berdysz. A sztuka łucznicza... święty Michale! Gdyby wrócił stary Henryk V, zgodziłby się stawać wam za cel po ćwierć pensa od strzały!

— Ależ, Nicku, i dzisiaj trafiają się tacy, co potrafią naciągnąć dobry łuk — odparł Bennet.

— Naciągnąć dobry łuk! — zawołał Appleyard. — Możliwe. Ale kto popisze się dobrym strzałem? Na to trzeba oka i głowy na karku. A co byś ty nazwał dalekim strzałem, Bennecie Hatch?

— No — zaczął Bennet rozglądając się dokoła — daleki strzał będzie na przykład stąd do lasu.

— Tak, to będzie strzał prawie daleki — odparł starzec spoglądając przez ramię, lecz w tej chwili przesłonił oczy ręką i zaczął spoglądać bacznie.

— Co to? Na co się gapisz? — roześmiał się Bennet. — Czyś zobaczył swego Henryka V?

Weteran nie odpowiadał, lecz w milczeniu obserwował zbocze wzgórza. Słońce świeciło jasno nad tarasowatymi łączkami. Kilka białych owiec skubało trawę. Panującą wokół ciszę zakłócał tylko odległy jęk dzwonu.

— Co cię zaniepokoiło, Appleyardzie? — spytał Dick.

— Jak to co? Ptaki — odpowiedział stary.

Rzeczywiście, nad wierzchołkami drzew, tam gdzie

las wrzynał się klinem między łąki i kończył dwoma ogromnymi zielonymi wiązami, na dobre strzelenie z łuku od pola, na którym odbywała się rozmowa, stadko zaniepokojonego ptactwa polatywało tam i z powrotem.

— Ptaki? — zdziwił się Bennet.

— Aha — odparł Appleyard. — Mądry z ciebie chłop, Bennecie, zdatny do wojaczki! Ptaki to dobrzy szpiedzy. W lasach zwiastują przednie straże wroga. Pomyśl tylko, jeżeli leglibyśmy tu obozem, jacyś łucznicy mogliby przywarować w tych zaroślach i czyhać na nas, a ty nic byś o nich nie wiedział.

— Ależ, stary zrzędo — rozgniewał się Hatch — nie ma żadnego wojska bliżej niż ludzie rycerza Daniela, którzy obozują w Kettley. Bezpieczny jesteś niczym w londyńskim Tower *, a straszysz człowieka z przyczyny kilku zięb czy wróbli!

— To ci mądrala! — uśmiechnął się Appleyard. — Ilu łotrów pozwoliłoby obciąć sobie uszy pod pręgierzem, byle tylko poczęstować jednego z nas strzałą? Święty Michale! ludzie nienawidzą nas niczym zarazy.

— Prawda to — odparł Hatch. — Są ludzie, co nienawidzą rycerza Daniela.

— Aha, nienawidzą jego i wszystkich, którzy mu

*

Tower — forteca w Londynie, wznosząca się nad brzegiem Tamizy, otoczona podwójnym murem. Przez setki lat była rezydencją królewską i jednocześnie głównym więzieniem stanowym (przyp. tium.).

wiernie służą — powiedział Appleyard. — Przede wszystkim zaś nienawidzą Benneta Hatcha i starego Mikołaja Łucznika. A teraz pomyśl: gdyby krzepki chłop czaił się na brzegu lasu i my dwaj stalibyśmy tutaj jak dobry cel — stoimy tak właśnie, na świętego Jerzego! — którego z nas by wybrał? I co mi rzekniesz?

— Trzymam zakład, że ciebie — powiedział Hatch.

— A ja stawiam płaszcz przeciw skórzanemu pasowi, że wybrałby właśnie ciebie — zawołał stary łucznik. — Ty spaliłeś Grimstone, Bennecie, i nigdy nie przebaczą ci tego, mój łaskawco. A ja...? Ha, jeżeli Bóg pozwoli, będę niedługo w bezpiecznym miejscu, o dobre strzelenie z łuku, ba! o dobre strzelenie z działa od wszelkiej ludzkiej pomsty. Staruch ze mnie i szybko zmierzam do domu, gdzie przygotowano już dla mnie łoże. Ale ty, Bennecie, musisz tutaj pozostać na własne ryzyko, jeżeli zaś nie powieszą cię, nim dojdziesz mojego wieku, będzie to dowodem, że sczezł waleczny duch starej Anglii.

— Największy z ciebie dziwak i zrzęda wT całym lesie Tunstall — obruszył się Hatch, którego rozgniewały widać te złowróżbne słowa. — Bądź gotów i pod bronią, nim sir 01iver nadejdzie, no i chociaż na chwilę przestań mleć ozorem. Jeżeli gadałbyś tyle ze swTo-im Henrykiem V, stary król rrr.ałby pełniejsze uszy niż kieszenie.

Strzała zaśpiewała w powietrzu niby olbrzymi szerszeń, ugodziła Appleyarda między łopatki i na wskroś go przeszyła. Stary padł do przodu, między główki kapusty. Hatch wrzasnął okropnie, podskoczył i zgięty we dwoje czmychnął, aby skryć się za domem. Dick Shelton legł tymczasem za krzakiem bzu, przyłożył do ramienia napiętą kuszę i utkwił wzrok w pobliskim krańcu lasu.

Ani jeden liść nie drgnął. Owce pasły się jak przedtem. Ptactwo się uspokoiło. A przecież stary łucznik leżał z długą na jard strzałą tkwiącą w grzbiecie, Hatch przycupnął za węgłem domu, a Dick czaił się w pogotowiu pod krzakiem bzu.

— Widać coś? — zawołał Hatch.

— Nawet gałązka nie drgnie — odkrzyknął Dick.

— Wstyd zostawić go tam, gdzie leży — powiedział Bennet i ze spopielałą twarzą niepewnym krokiem wyszedł z ukrycia. — Miejcie na oku las, paniczu, a patrzcie pilnie i uważnie. Zmiłujcie się, święci pańscy! To był piękny strzał!

Bennet podniósł łucznika na kolana. Stary żył jeszcze. Twarz wykrzywiła mu się kurczowo, a oczy otwierały i zamykały raz po raz. Miał przerażającą, okropną maskę człowieka w srogiej męce konania.

— Słyszysz mnie, stary Nicku? — zapytał Hatch. — Masz może, bracie, jakie ostatnie życzenie przed odejściem?

— Wyciągnijcie strzałę i, przez Najświętszą Marię Pannę, pozwólcie mi umrzeć! — jęknął Appleyard. — Żegnam się ze starą Anglią. Wyciągnijcie tylko strzałę.

— Paniczu — powiedział Bennet — chodźcie no tutaj i mocno pociągnijcie za bełt. Biedny grzesznik zaraz umrze.

Dick odłożył kuszę i szarpnąwszy strzałę dobył ją z rany. Buchnął strumień krwi. Stary łucznik porwał się na nogi, raz wymówił imię boże i padł martwy. Hatch klęknął między główkami kapusty i modlił się żarliwie za odchodzącą duszę, lecz nawet w czasie modlitwy był roztargniony i jednym okiem zerkał ku językowi leśnemu, skąd nadleciała strzała. UkończywT-szy pacierze wstał, ściągnął rękawicę ze stalowej łuski i otarł zlaną potem i bladą ze strachu twarz.

— Aha — szepnął — teraz na mnie kolej.

— Kto to uczynił, Bennecie? — zapytał Ryszard, który stał opodal ze strzałą w ręku.

— Święci pańscy wiedzą — odparł Hatch. — W okolicy jest co najmniej czterdzieści chrześcijańskich dusz, które on albo ja zbawiliśmy domów i łanów. Biedny stary zrzęda oberwał za swoje, a pewnie niedługo i mnie się dostanie. Rycerz Daniel nadto wyciska ludzi.

— Osobliwa strzała — rzekł wyrostek spoglądając na pocisk trzymany w ręku.

— Aha — przyznał Bennet. — Czarna i nawet w czarne opatrzona pióra. Złowróżbna strzała, przez mękę pańską, bo czerń, jak powiadają, jest barwą śmierci. O, coś tam napisane! Otrzyjcie strzałę z krwi, paniczu, coście wyczytali?

— ,,Appleyardowi od Jana Pomścij-Krzywdy" — przeczytał Shelton. — Ale co to ma znaczyć?

— Wcale mi się to nie podoba — mruknął żołdak potrząsając głową. — Jan Pomścij-Krzywda! Pod takim imieniem chce ten łajdak być znany światu. Ale czemu stoimy tutaj, niby dobry cel? Weźcie go za kolana, paniczu, a ja za ramiona, i zaniesiemy Nicka do domu. Straszny to będzie cios dla biednego sir OUve-ra; biały się zrobi jak papier, a modlitwy będzie mełł niczym wiatrak.

Podnieśli starego łucznika i wspólnymi siłami zanieśli do domu, gdzie od lat mieszkał samotnie. Złożyli trupa na podłodze, nie zwracając uwagi na siennik, i tak jak mogli, wyprostowali i ułożyli przystojnie ręce i nogi.

Izba Appleyarda była czysta i pusta. Stało tam łóżko okryte niebieską derą, schowek z półkami, duża skrzynia i dwa zydle. W pobliżu komina był stół na zawiasach, a na ścianie wisiała broń starego wojaka: łuki i części pancerza. Hatch zaczął rozglądać się ciekawie dokoła.

— Nick miał pieniądze — powiedział. — Myślę, że odłożył ze sześćdziesiąt funtów. Chciałbym się jakoś do nich dorwać! Kiedy tracimy starego przyjaciela, paniczu Ryszardzie, najlepszą pociechą jest spuścizna po nim. Spójrzcie, proszę, na tę skrzynię. Gotów jestem pójść o duży zakład, że znajdzie się w niej garniec złota. Stary Appleyard miał rękę skorą do brania i krzepką do trzymania. Oby Bóg dał wieczny odpoczynek jego duszy! Przez blisko osiemdziesiąt lat nie spoczął. Wędrował po świecie i zbierał, a teraz leży na wznak, biedny zrzęda, i niczego już nie potrzebuje. Będzie mu weselej w niebie, jeżeli swój dobytek ujrzy w rękach dobrego przyjaciela.

— Ależ, Hatch! — zaoponował Dick. — Uszanuj nie-widzące oczy! Chciałbyś ograbić człowieka w przytomności jego zwłok? Bacz, by nie powstał!

Hatch kilkakroć zrobił znak krzyża. Zdążył już wszelako odzyskać naturalne kolory, a że na ogół był człowiekiem, którego nie łatwo było odwieść od takich lub innych zamiarów, ze skrzynią źle by się zapewne działo. Ale w tej chwili skrzypnęła furtka i rychło otwarły się drzwi domu, a do izby wszedł tęgi, rudy, czarnooki mężczyzna, liczący lat około pięćdziesięciu. Odziany był w komżę i czarną suknię.

— Appleyard... — zaczął nowoprzybyły przestępu-jąc próg i urwał nagle. — Zdrowaś Maria! — krzyknął. — Święci pańscy, miejcie nas w swej pieczy! A cóż się tutaj stało?

— Żle się stało z Appleyardem, wielebny plebanie — odparł Hatch pogodnym tonem. — U drzwi własnego domu przeszyła go strzała. Teraz Nick stuka zapewne do czyśćcowej furty. Ha, jeżeli ludzie prawdę mówią, nie zabraknie mu tam ognia ani światła.

Sir Oliyer chwiejnym krokiem zbliżył się do zydla i usiadł na nim roztrzęsiony i blady.

— Dzień sądu! O, cóż za nieszczęście! — zaszlochał i zaraz zaczął klepać pacierze.

Hatch pobożnie zdjął hełm i padł na kolana.

— Słuchaj, Bennecie — rzekł ksiądz wracając po trosze do równowagi. — Cóż to może znaczyć? Jaki wróg dopuścił się tej zbrodni?

— Oto strzała, sir Oliyerze. Spójrzcie tylko, wypisano na niej wszystko — powiedział Dick.

— Oo...! — zawołał ksiądz. — To brzmi obrzydliwie. Jan Pomścij-Krzywda! Iście lollardzkie * miano! I czarny kolor, jak na złą wróżbę. Nie podoba mi się strzała tego łotra, ale każe nam poważnie się zastanowić. Któż to mógł być? Pomyśl, Bennecie! Ze wszystkich, którzy żle nam życzą, kto mógł zadać ten srogi cios? Simnel? Bardzo w to wątpię. Walsinghamowie? Nie. Nie upadli jeszcze tak nisko. Dotychczas wierzą, że zmogą nas prawem, kiedy odmienią się czasy. A może to Szymon Malmesbury? Jak sądzisz, Bennecie?

— Co myślicie, wielebny plebanie — odparł Hatch —

0 Ellisie Duckworth?

— Nie, Bennecie, nigdy. To nie on — powiedział ksiądz. — Nigdy powstanie nie przychodzi od dołu. Taką opinię głoszą zgodnie wszyscy rozsądni kronikarze. Wszelaki bunt, Bennecie, wędruje zawsze od góry ku dołowi, kiedy więc kto żyw chwyta za ber-dysze, trzeba bacznie rozejrzeć się dokoła i pomyśleć,

jaki to wielki pan wyciągnie z tego korzyści. Otóż

*

Lollardzi — lollardami, czyli gadułami nazywali prawowierni katolicy ubogich księży, którzy wędrując o żebraczym chlebie, wygłaszali kazania przeciw bogactwu kościoła i zbytkownemu życiu kleru świeckiego i zakonnego. Byli to zwolennicy Johna Wycliffa (1320—1384), profesora uniwersytetu w Oksfordzie, teologa, który nie tylko zwalczał politykę oficjalnego kościoła, lecz kwestionował szereg dogmatów. John Wycliff był poprzednikiem takich reformatorów, jak Hus, Luter

1 Kalwin (przyp. tłum.).

rycerz Daniel kumał się ostatnio z partią królowej, co nie w smak naturalnie lordom z frakcji Yorków. Stamtąd, Bennecie, pochodzi owa strzała, a jaką trafiła drogą, zastanawiam się właśnie. W każdym jednak razie tam szukać należy źródła tej zbrodni.

— Za waszym pozwoleniem, sir 01iverze — powiedział Bennet — rzekę, iż osie w naszej okolicy dobrze się już nagrzały, i od dawna wietrzę swąd. Czuł go też ów biedny stary grzesznik, Appleyard. Ludzie dokoła tak źle są do nas usposobieni, że nie potrzeba ani Yorków, ani Lancastrów, aby dać im ostrogę. Ja w swojej prostej głowie myślę, że wy, sir 01iverze, którzy jesteście prawnikiem, a także rycerz Daniel, który żegluje z każdym wiatrem, wielu ludzi zbawiliście mienia, a wychłostaliście lub obwiesili też niejednego. Powołują was za to przed sądy, lecz wy, nie wiedzieć jak, zawsze potraficie zmóc przeciwnika prawem i mniemacie, iż wszystko załatwione. Ale, za waszym pozwoleniem, sir Oliyerze, człowiek, któregoście wywłaszczyli czy poturbowali, hoduje w sobie złość i pewnego dnia za diabelskim poduszczeniem gotów wpakować wam w bebechy dobry jard strzały.

— Nie, Bennecie, na pewno się mylisz — obruszył się sir 01iver. — Powinieneś mi być wdzięczny za przyganę. Jesteś gadułą, Bennecie, plotkarzem, oszczercą. Gębę masz od ucha do ucha. Bacz na nią, Bennecie, i popraw się, popraw!

— Ha, nic już nie powiem. Niechaj będzie, jak wam się podoba — odparł żołdak.

Ksiądz wstał i z puzderka, które nosił zawieszone na szyi, dobył wosk, stoczek, krzemień i krzesiwo. Przy ich pomocy opieczętował herbem rycerza Daniela skrzynię i schowek, na co Hatch spoglądał żałosnym wzrokiem. Później cała trójka trwożnie wyszła z domu i pospieszyła do swych koni.

— Czas nam w drogę, sir 01iverze — odezwał się Hatch podtrzymując strzemię, gdy ksiądz wsiadał na konia.

— Tak, tak, Bennecie, ale rzeczy uległy zmianie — odparł pleban. — Appleyard, wieczny spoczynek jego duszy, nie będzie już dowódcą załogi kasztelu. Ciebie więc zatrzymać muszę, Bennecie. Zaradny człowiek winien czuwać nade mną w niespokojnych czasach czarnych strzał. ,,Strzała, która ulata za dnia" — mówi Ewangelia. Nie mam pamięci do świętych tekstów. Oj, leniwy ze mnie kapłan! Zbyt głęboko tkwię w sprawach doczesnych. No, jedziemy, Bennecie Hatch! Ludzie zebrali się już chyba przed kościołem.

Ruszyli przez wieś, a wiatr wiejący im z tyłu, wydymał poły plebańskiego płaszcza. Na niebo wypłynęły obłoki i zaczęły przesłaniać zachodzące słońce. Kiedy minęli trzy samotne chaty na skraju wioski Tunstall, za zakrętem drogi ujrzeli przed sobą kościół, a wokół niego dziesięć czy dwanaście ciasno skupionych domów. Przy kościele leżał cmentarz, dalej zaś ciągnęły się nie ogrodzone łąki. Pod cmentarną bramą zgromadziło się blisko dwudziestu mężczyzn. Niektórzy siedzieli w siodłach, inni stali koło łbów swych koni. Rozmaicie byli uzbrojeni i różne mieli wierzchowce. Jedni trzymali włócznie, inni berdysze, niektórzy mieli łuki, niektórzy dosiadali koni roboczych ubłoconych jeszcze po niedawnej orce. Były to wybierki okolicy, bo wszyscy tężsi i lepiej zbrojni ludzie znajdowali się już w polu, u boku rycerza z Tunstall.

— Nie spisaliśmy się źle, chwała niech będzie krzyżowi z Hollyrood! Rycerz Daniel niemało się uraduje — powiedział pleban licząc oczyma zbrojnych.

— Kto idzie? Stój! Stój! — wrzasnął Bennet.

Jakiś człowiek przemykał się chyłkiem między cisami okalającymi cmentarz, lecz na ów okrzyk wyskoczył z ukrycia i co sił w nogach pognał w stronę lasu. Zebrani przy bramie cmentarnej nic wprzódy nie zauważyli, teraz wszakże ocknęli się i rozproszyli. Ci, którzy pozsiadali z koni, zaczęli gramolić się na siodła, inni skoczyli w pościg, lecz musieli omijać poświęcaną ziemię, nie ulegało więc wątpliwości, że zdobycz im ujdzie. Hatch zaklął gromko i skierował wierzchowca na żywopłot, chcąc przeciąć zbiegowi drogę, ale koń spłoszył się i zrzucił jeźdźca w pył gościńca. Bennet zerwał się w jednej chwili i pochwycił wodze, lecz czas upływał, a zbieg tak się już oddalił, że nie można go było doścignąć.

Najrozsądniej ze wszystkich postąpił Dick Shelton. Zamiast ruszyć w daremną pogoń, zerwał z pleców kuszę, napiął ją i grot przyłożył do cięciwy. Uczyniwszy to, krzyknął na Benneta i zapytał, czy strzelać.

— Strzelaj! Strzelaj! — zawołał ksiądz z krwiożerczym pośpiechem.

— Celuj dobrze, paniczu — rzucił Bennet. — Niechaj spadnie na ziemię niby dojrzałe jabłko.

Tylko kilka kroków dzieliło zbiega od bezpiecznego schronienia, ale na skraju lasu łąka stromo wspinała się po zboczu wzgórka i człek ów musiał biec znacznie wolniej. W szarym świetle zapadającego zmierzchu i przy gwałtownych ruchach biegnąca postać nie była łatwym celem, a Dick opuszczając kuszę odczuł jak gdyby litość i przez pół życzył sobie, aby jego strzał chybił. Grot przeciął powietrze.

Zbieg zachwiał się i upadł. Hatch i inni ścigający wrzasnęli triumfalnie. Ale radowali się skórą na niedźwiedziu, bo nieznajomy choć upadł lekko, równie lekko wstał, na drwiny ukłonił się czapką i w tejże chwili zniknął w gąszczach na skraju lasu.

— Bodaj zaraza za nim poszła! — zawołał Bennet. — Ma złodziejskie nogi. Na świętego Barnabę, potrafi biegać! Ale trafiliście go, paniczu. Ukradł wam grot. Oby do śmierci nie miał nic, czego zazdrościłbym mu mniej!

— Co on robił koło kościoła? — odezwał się sir Oliyer. — Lękam się srodze, że stało się coś niedobrego. Clipsby, mój poczciwcze, zleź no ze szkapy i poszukaj między cisami.

Clipsby odszedł, niebawem jednak wrócił z papierem w ręku.

— To wisiało na drzwiach kościoła — powiedział wręczając zdobycz księdzu. — Niczegom więcej nie znalazł, wielebny plebanie.

— Ha, przez chwałę naszej matki, kościoła świętego! — zawołał sir 01iver. — To graniczy ze świętokradztwem! Wolno czynić rzecz taką królewskiemu wysłannikowi albo prawnemu dziedzicowi włości, zgoda! Ale żeby pierwszy lepszy włóczykij w zielonym kabacie przyczepiał papiery do drzwi domu bożego! To graniczy ze świętokradztwem, graniczy bardzo blisko! Za przewiny mniejszej wagi ludzie gorzeli na stosach. Ale cóż my tu mamy? Mrok zapada. Dobry paniczu Ryszardzie, masz młodsze oczy. Bardzo proszę, odczytaj mi to pisanie!

Dick Shelton ujął papier w ręce i głośno przeczytał kilkanaście linijek nieporadnego wierszydła, ledwie rymowanego, a napisanego wielkimi literami i nader niedbałą ortografią. Po poprawieniu ortografii strofy te brzmiały, jak następuje:

Za pasem cztery mam czarnych strzał,

Cztery za rozpacz, którą-m cierpiał,

Cztery dla czwórki ludzi złej woli,

Co uciskali mnie do woli.

Jedna pomknęła chyża jak chart: Nie żyje stary Appleyard!

Jedną dostanie pan Gennet Hatch,

Co spalił Grimstone jak smolny kwacz.

Jedna Oliverowi Oates przeznaczona,

Co zarzezał rycerza Henryka Sheltona.

Największą wszakże uciechą dla wielu Będzie, gdy czwarta utkwi w sir Danielu.

Każdy dostanie za swe czyny marne Po czarnej strzale w każde serce czarne.

Więc na kolana, módlcie się, złodzieje,

Bo śmierć was czeka, nim dni minie wiele.

Jan Pomścij-Krzywda z Zielonej Puszczy ze swą dobrą kompanią

Mamy również więcej strzał i mocnych konopnych sznurów dla reszty waszej zgrai.

— Przez miłosierdzie Chrystusa, pana naszego! — zawołał z rozpaczą sir 01iver. — Zły jest ten świat, a z dnia na dzień gorszy się staje. Przysięgam na krzyż z Hollyrood, że w uczynku lub zamiarze równie jestem nie winien krzywdy tego szlachetnego rycerza, jak nie ochrzczone jeszcze dziecię. Ani też nikt nie poderżnął mu gardła. W tym ów wiersz myli się również, a dowieść tego mogą żyjący po dziś dzień wiarygodni świadkowie.

— Wielebny plebanie — przerwał mu Bennet — na nic się nie zdadzą twe słowa nie w porę.

— Zdadzą się, mój Bennecie — odparł sir Oliyer. — Bacz lepiej, jakie przystoi ci miejsce. A ja muszę dowieść swej niewinności. Za nic na świecie nie chciałbym przez pomyłkę zbyć swego nędznego żywota.

Gotówem powołać wszystkich świadków, że czysty jestem w tej sprawie. Nie było mnie nawet wówczas w kasztelu. Wysłano mnie w pewnej misji przed godziną dziewiątą wieczorem...

— Sir 01iverze! — zawołał Hatch. — Jeżeli nie zechcecie zaprzestać tego kazania, będę musiał odwołać się do innych środków. Godfrydzie, trąb wsiada-nego!

Kiedy zabrzmiał dźwięk rogu, Bennet zbliżył się do wystraszonego plebana i z przejęciem zaczął mu coś szeptać do ucha.

Dick spostrzegł, że ksiądz mierzył go przez chwilę wystraszonym wzrokiem. Dick miał zresztą dobry powód do zastanowienia, bo ów rycerz Henryk Shelton był jego rodzonym ojcem. Nie odezwał się jednak ni słowem ani wyrazem twarzy nie zdradził swych myśli.

Hatch i sir 01iver rozmawiali przez czas pewien

0 odmienionej sytuacji. Postanowili wreszcie, że dziesięciu ludzi zostanie w Tunstall, aby nie tylko strzec kasztelu, lecz również eskortować księdza, gdyby przyszło mu jechać przez lasy. Bennet miał im przewodzić, wobec czego dowództwo posiłków oddano młodemu Sheltonowi. Prawdę rzekłszy, nie było innego wyboru, bo wszyscy nowozaciężni byli leniwi, niepewni i nie zaprawieni w wojnie, a Dick nie tylko cieszył się popularnością, lecz uchodził za odważnego

1 nad wiek rozważnego młodzieńca. Jakkolwiek całe życie spędził na głuchej wsi, dobrze wyuczył się liter od sir Oliyera, a sam Hatch pokazywał mu, jak władać bronią, i wpajał umiejętności niezbędne dowódcy. Bennet był zawsze usłużny i skory do rady. Należał do ludzi nad miarę okrutnych dla tych, których zwał swymi wrogami, lecz był wierny i życzliwy dla przyjaciół. I teraz, kiedy sir Oliyer poszedł do najbliższego domu, aby swym wyraźnym pismem powiadomić o ostatnich wydarzeniach dziedzica Tunstall, rycerza Daniela Brackleya, Bennet zbliżył się do swego dawnego ucznia, aby życzyć mu szczęśliwej drogi i powodzenia w wyprawie.

— Musicie, paniczu, nadłożyć spory szmat drogi — powiedział. — Jedźcie przez most, jeśli wam życie miłe. O pięćdziesiąt kroków wprzód wyślijcie pewnego człowieka. Niechaj przyciąga strzały. I po cichu, po cichu, póki nie miniecie lasu. Jeżeli łotry zastąpią wam drogę, przejedźcie po nich, bo nic nie wygracie czekaniem. I, paniczu Ryszardzie, jedźcie dalej i ciągle dalej, nie zawracajcie z drogi, jeśli wam życie miłe. W Tunstall nikt wam nie pomoże. Zachowajcie to dobrze w pamięci. Jedziecie na wielką wojnę i do królewskiego boku, a ja pozostaję tutaj w srogim niebezpieczeństwie życia. Tylko świętym pańskim wiadomo, czy przyjdzie nam się kiedyś spotkać. Dam wam tedy ostatnie rady przed rozstaniem. Miejcie na oku rycerza Daniela. Nie wierzcie mu. Nie ufajcie też naszemu klesze. On nie ma złych zamiarów, ale czyni, co mu każą inni. To harap w ręku rycerza Daniela. Władajcie sobą, gdziekolwiek pójdziecie, zabiegajcie o przyjaźń możnych, baczcie na wszystko. A od czasu do czasu, choć przez dwa pacierze, pomyślcie o Bennecie Hatch. Po świecie chodzą gorsze od niego łotry. Z Bogiem, paniczu Dicku!

— I ty ostawaj z Bogiem, Bennecie! — odparł młodzieniec. — Byłeś dla mnie dobrym przyjacielem, co powiem zawsze i każdemu.

— I, proszę panicza — dodał Hatch z niejakim wahaniem — jeżeli ten Pomścij-Krzywda wpakuje we

mnie strzałę, niech panicz przeznaczy złotą markę *,

Marka — używane niegdyś w Anglii określenie na równowartość 13 szylingów i 4 pensów (przyp. tłum.)-a może nawet całego funta na rzecz zbawienia mojej duszy, bo, jak myślę, gorąco mi będzie w czyśćcu.

— Stanie się wedle twej woli, Bennecie — odpowiedział Dick. — Ale czemu się frasujesz, człowiecze? Na pewno spotkamy się jeszcze, i to tam gdzie bardziej ci trzeba będzie piwa niżeli mszy.

— Niech tak się stanie za sprawą świętych pańskich, paniczu Dicku — zawołał żołdak. — Oto nadchodzi sir Oliyer. Gdyby równie dobrze radził sobie z łukiem jak z piórem, tęgi byłby z niego wojak.

Sir 01iver podał Dickowi zapieczętowany list z napisem: ,,Moj emu Wielce Miłościwemu Panu, sir Danielowi Brackleyowi, Rycerzowi, ma być doręczone co rychlej".

Dick schował papier za pazuchę, rzucił słowa pożegnania i drogą przez wieś ruszył ku zachodowi.

'■=eA pierwsza

dwaj młodzieńcy

Rozdział pierwszy

KARCZMA »POD ZNAKIEM SŁOftCA«

l^ycerz Daniel i jego ludzie obozowali w Kettley i okolicy na wygodnych kwaterach, strzeżeni przez czujne straże. Ale dziedzic z Tunstall nigdy nie odpoczywał, gdy w grę wchodziło zdobywanie pieniędzy, i nawet w przeddzień przygody, która mogła go wynieść lub pogrążyć, czuwał do północy, zajęty łupieniem ubogich sąsiadów. Był to człowiek, który często miał do czynienia ze spornymi spadkami. Lubił kupować najbardziej nawet niedorzeczne pretensje i później, dzięki łaskom, jakimi darzyli go wielcy panowie z otoczenia króla, uzyskiwał niesprawiedliwe wyroki na swą korzyść. Jeżeli zaś sprawa była nazbyt powikłana, zajmował sporne dobra i siłą trzymał to, co pochwycił, ufając własnym wpływom i zdolnościom prawniczym sir Oliyera. Kettley należało do takich właśnie majętności i w szpony rycerza Daniela wpadło ostatnimi czasy, a więc dzierżawcy buntowali się często i z tej racji rycerz Daniel przyprowadził tam swój oddział, chcąc rzucić postrach na opornych.

Około drugiej nad ranem rycerz Daniel siedział w karczemnej izbie tuż przy ognisku, bo o tej porze nocy zimno było na moczarach Kettley. Pod ręką miał dzban zaprawionego korzeniami piwa. Zdjął szyszak z przyłbicą i starannie otulony w obszerny płaszcz krwistej barwy siedział z odkrytą łysą głową i śniadą

twarzą wspartą na ręce. W przeciwnym końcu izby około dziesiątka jego wojaków trzymało straż przy drzwiach lub spało na ławach. Nieco bliżej dwunasto-lub trzynastoletni chłopiec leżał na podłodze owinięty w pelerynę. Gospodarz karczmy «Pod Znakiem Słońca» stał przed wielkim człowiekiem.

— Bacz pilnie, coc rzekę, gospodarzu — mówił rycerz z Tunstall. — Stosuj się tylko do mych rozkazów, a dobrym będę ci panem. Za sołtysów muszę mieć właściwych ludzi, a na wójta życzę sobie Adama More. U waż, żeby tak się stało. Jeżeli zostaną obrani inni, nie przyniesie ci to korzyści, lecz raczej narazić może na dotkliwe straty. Pokarzę tych, co opłacili czynsze Walsinghamom — i ciebie, mój gospodarzu, między innymi.

— Szlachetny rycerzu — powiedział karczmarz. — Gotówem przysiąc na krzyż z Hollyrood, że Walsinghamom zapłaciłem pod przymusem. Doprawdy, szlachetny rycerzu, nie dbam o tych łotrów Walsingha-mów, bo goli zawsze byli niczym złodziejaszki. Pragnę takiego wielkiego pana jak wy, szlachetny rycerzu. Rozpytajcie tylko pośród sąsiadów, a dowiecie się, szlachetny rycerzu, jak mocno opowiadałem się za Brackleyem.

— Bardzo możliwe — rzucił sucho rycerz Daniel. — Musisz zapłacić po raz drugi.

Karczmarz skrzywił się okropnie, ale nieszczęścia tego rodzaju łatwo spotykały dzierżawców w owych niepewnych czasach, był więc właściwie zadowolony, że tanim kosztem może kupić spokój.

— Przywiedź tego człowieka, Selden! — krzyknął rycerz.

Jeden z żołdaków przyprowadził biednego, dygocącego od błotnej gorączki, skulonego ze strachu starowinę o twarzy białej niby świeca.

— Hej, ty! — krzyknął rycerz. — Jak cię zowią?

— Proszę łaski waszej wielmożności — odparł starzec — nazywam się Condall, Condail z Shorby, za pozwoleniem waszej wielmożności.

— Żle o tobie słyszałem — rzekł rycerz. — Parasz się zdradą, łotrze! Drwisz z nakazanych prawem obowiązków czynszownika! Jesteś poważnie podejrzany o kilkanaście zabójstw. Jak śmiesz, łajdaku, dopuszczać się takich zbrodni. Już ja się z tobą porachuję!

— Jaśnie wielmożny, czcigodny panie! — zawołał biedak. — To jakieś niecne gadki, za pozwoleniem waszej wielmożności. Jestem spokojnym ubogim człowiekiem. Nie skrzywdziłem nikogo!

— Szeryf mówił o tobie jak najgorzej — odparł sir Daniel. — Mówił: „Pochwyćcie mi tylko, panie, tego Tyndalla z Shorby".

— Condall, szlachetny rycerzu! Condall brzmi moje nędzne miano! — jęknął nieszczęśliwy.

— Condall czy Tyndall mnie zarówno — odrzekł chłodno dziedzic z Tunstall. — Bo, zaprawdę, ciebie mam w ręku, a twą uczciwość w wielkim podejrzeniu. Możesz uratować głowę, jeżeli napiszesz mi zaraz oblig na dwadzieścia funtów.

— Dwadzieścia funtów, dobry panie! — zdumiał się Condall. — To najczystsze szaleństwo. Mój dobytek nie wart nawet siedemdziesięciu szylingów.

— Posłuchaj no, Condallu czy tam Tyndallu — rzekł z uśmiechem sir Daniel. — Gotówem narazić się na stratę. Napisz oblig na dwadzieścia funtów, kiedy zaś wyegzekwuję tyle, ile zdołam, dowiodę, żem dobrym panem, i opuszczę ci resztę.

— Niestety, szlachetny rycerzu, to niemożliwe. Nie posiadłem sztuki pisania — powiedział Condall.

— Ha, trudno — odparł rycerz. — Widzę, że nie ma rady. Gdybym darował cię życiem, Tyndallu, ucierpią-łoby me sumienie. Selden, weź tego starucha, powoli zaprowadź pod najbliższy wiąz i powieś troskliwie, abym mógł go obejrzeć, kiedy będę stąd ruszał. Szczęśliwej podróży, mój poczciwy Condallu czy tam Tyndal-lu. Jesteś na prostej ścieżce do raju. Pomyślnej drogi!

— Szlachetny rycerzu! — wyjąkał Condall zmuszając się do przymilnego uśmiechu. — Jesteście dobrym panem i potraficie nakazywać posłuch, gotówem więc spełnić wasze żądanie, jakkolwiek piszę bardzo nędznie.

— Przyjacielu — rzekł sir Daniel —teraz napiszesz mi oblig na czterdzieści funtów. Zaprawdę, zbyt chytry jesteś, aby twój dobytek mógł wartać tylko siedemdziesiąt szylingów. Selden, postaraj się o świadków i dopilnuj go. Niech napisze wszystko, jak należy.

Dziedzic z Tunstall był bardzo wesołym rycerzem, jednym z najweselszych w całej Anglii, toteż pociągnął łyk grzanego piwa z korzeniami, uśmiechnął się pogodnie i rozsiadł w fotelu.

Śpiący na podłodze chłopiec zaczął się tymczasem poruszać i wnet usiadł rozglądając się wokół trwożliwie.

— Chodź tutaj — powiedział sir Daniel, a kiedy chłopiec wstał i powoli zbliżył się na jego rozkaz, pochylił się do tyłu i wybuchnął śmiechem — Na krucyfiks! — zawołał. — Jaki krzepki młokos!

Wyrostek pokraśniał ze złości, a jego ciemne oczy zapłonęły nienawiścią. Kiedy chodził lub stał wyprostowany, trudniej było określić jego wiek, bo twarz miał nieco starszą, ale cerę tak gładką jak małe dziecko; był nad miarę smukły, cienkokościsty i poruszał się niezręcznie.

— Przyzwaliście mnie, rycerzu Danielu — odezwał się. — Czy po to, aby szydzić z mej nieszczęsnej doli?

— Ależ pozwól mi się śmiać — rzekł rycerz. — Bardzo proszę, pozwól mi się śmiać, dobry przyjacielu. Ręczę, że śmiałbyś się pierwszy, gdybyś mógł zobaczyć samego siebie.

— Dobrze — rzekł chłopiec czerwieniejąc jeszcze bardziej. — Odpowiecie i za to, gdy będziecie zdawać sprawę z innych uczynków. A teraz śmiejcie się, jeśli wola!

— Kochany kuzynie — odparł żywo rycerz Daniel. — Nie myśl, że drwię z ciebie. Żartuję tylko, jak to bywa między krewnymi lub dobrymi przyjaciółmi. Zabiegam dla cię o małżeństwo warte tysiąc funtów i kocham cię szczerym sercem. Wziąłem cię zbrojną ręką, prawda, takie już mamy czasy, lecz od tej chwili będę o ciebie dbał i otaczał troską. Zostaniesz panią Shelton, ba! lady Shelton! Bo, na honor, ten chłopak zapowiada się na walecznego człeka. No, nie zżymaj się na uczciwy śmiech, bo śmiech odpędza melancholię. Nie ma łotrów, którzy się chętnie śmieją, drogi kuzynie. Słuchaj no, gospodarzu. Podaj coś, bo mój kuzyn, panicz Janek, pewnie głodny. Siadaj, proszę, kochanie, i zajadaj.

— Nie — powiedział panicz Janek. — Nie myślę łamać z wami chleba. Skoro zmuszacie mnie do grzechu, zachowam post dla zbawienia mej duszy. Posłuchajcie, dobry gospodarzu, proszę was o kubek czystej wody i za tę miłą uprzejmość będę wam serdecznie wdzięczny.

— Łatwo zyskasz dyspensę, kuzynie — zarechotał rycerz z Tunstall. — Na mój honor rycerski, będziesz rozgrzeszony! Pozwól więc sobie! Jedz do syta!

Ale chłopiec był uparty, wypił tylko kubek wody i otuliwszy się znowu płaszczem usiadł posępnie w najdalszym kącie komnaty.

Mniej więcej w godzinę później w wiosce począł się rozgwar. Straże nawoływały: „Kto idzie?" Słychać było szczęk broni i rżenie. Niebawem oddział jezdnych zatrzymał się przed karczmą, a na jej progu stanął Ryszard Shelton, cały spryskany błotem.

— Pozdrowienie ci, rycerzu Danielu — powiedział.

— O, Dick Shelton! — zawołał rycerz, a na dźwięk tych słów drugi młodzian ciekawie podniósł wzrok. — Co się stało z Bennetem Hatchem?

— Zechciejcie, szlachetny rycerzu, zapoznać się z treścią tego pisma. Sir Oliyer wszystko opisał w nim dokładnie — odparł Ryszard podając list plebana. — Pozwólcie także rzec sobie, iż należy spieszyć co tchu do Risingham, bo spotkaliśmy po drodze gońca na spienionym koniu, który wiózł listy i powiadał, że lord Risingham spotkał się z dotkliwą porażką i wielce liczy na waszą pomoc.

— Co mówisz? Dotkliwa porażka? — rzekł rycerz. — Wobec tego będziemy spieszyć co tchu, ale po to, żeby tutaj przywarować, dobry Ryszardzie. Tak się sprawy układają w nieszczęsnym królestwie angielskim, że najpewniej jedzie ten, kto jedzie najwolniej. Zwłoka rodzi niebezpieczeństwo, tak powiadają ludzie. Ale teraz raczej nadmierny pośpiech szkodzi. Dobrze to sobie zapamiętaj, Dicku! No, najprzód trzeba zobaczyć, jakieś to mi przyprowadził stado. Selden, z pochodnią do drzwi!

Z tymi słowy rycerz Daniel wyszedł na wiejską ulicę i przy czerwonym blasku łuczywa czynił przegląd świeżych posiłków. Był on niepopularnym sąsiadem i niepopularnym dziedzicem, ale ci, którzy na wojnę chadzali za jego proporcem, szczerze kochali swego wodza. Jego bystrość, niewątpliwe męstwo, dbałość

0 wygody żołnierza, a nawet grubiańskie żarty przypadały do gustu prostakom w skórzanych kaftanach

1 stalowych czepcach.

— Aj, na krucyfiks! — zawołał rycerz z Tunstall. —

Cóż to za nędzne kundle! Jeden krzywy jak łuk, inny cienki niby włócznia! Przyjaciele, będziecie jeździli w przedniej straży, bo was można nie szczędzić. Spójrz tylko, Dicku, na tego dziadygę na dereszu! Dwuletni baran dosiadający wieprza wyglądałby bardziej po wojacku. Ha, Clipsby, stary szczurze, ty także tutaj? No, ciebie przynajmniej mogę stracić bez bólu serca. Pójdziesz w bój przed wszystkimi, a na kaftanie każę ci wymalować wołowe oko, na lepszy cel dla łuczników. Będziesz pokazywał mi drogę.

— Mogę wam pokazywać każdą drogę, rycerzu Danielu, prócz drogi z jednej strony na drugą i z powrotem — śmiało rzekł Clipsby.

Rycerz Daniel zarechotał na całe gardło.

— Dobrze powiedziane! — zawołał. — Obrotny masz język w gębie. Przebaczę ci te wesołe żarty. Sel-den, dopatrz, by nakarmiono ludzi i konie.

Rycerz wrócił do gospody.

— A teraz, drogi Dicku — rzekł — siadaj. Masz tutaj dobre piwo i boczek. Jedz, a ja tymczasem zajmę się czytaniem.

Otworzył list plebana, a gdy czytał, czoło mu pochmurniało, kiedy zaś skończył, przez czas pewien siedział w posępnej zadumie. Później spojrzał przenikliwie na wychowanka.

— Widziałeś, Dicku, te nędzne wierszydła? — zapytał.

Młodzieniec odpowiedział twierdząco.

— Trafiło tam miano twojego ojca — ciągnął rycerz. — Jakiś szaleniec obwinia o morderstwo tego niedojdę, naszego klechę.

— Sir 01iver zaprzeczył stanowczo — odparł Dick.

— Zaprzeczył? — krzyknął rycerz. — Nie bacz na jego słowa. Obrotny ma język, lecz skrzeczy tylko na kształt szpaka. Kiedyś, gdy będę miał więcej czasu,

Dicku, sam dokładnie rozpowiem ci wszystko. Posądzenie padło wówczas na jednego z Duckworthów. Ale czasy były szczególnie burzliwe i nie stało się zadość sprawiedliwości.

— Czy zdarzyło się to w waszym kasztelu? — zapytał Dick z bijącym sercem.

— Zdarzyło się pomiędzy kasztelem a Hollyrood — rzekł rycerz spokojnym tonem, lecz spode łba zmierzył Dicka podejrzliwym spojrzeniem. — A teraz — dodał po chwili — uwijaj się z jadłem. Wrócisz do Tunstall z moim pismem.

Dickowi twarz spochmurniała.

— Wyślijcie tam pachołka. Bardzo was o to proszę, rycerzu Danielu! — zawołał. — A mnie weźcie ze sobą w bój. Potrafię machać mieczem, sami się przekonacie.

— Nie wątpię — rzucił rycerz z Tunstall, zasiadając do pisania. — Ale w tej bitwie, Dicku, nie zyskasz sławy. Będę obozował w Kettley, pokąd nie otrzymam pewnych wiadomości o kolejach wojny, a wówczas pospieszę, aby połączyć się ze zwycięzcą. Tylko nie mów nic o tchórzostwie! To raczej rozwaga, Dicku. Bunty targają naszym biednym królestwem, a imię królewskie i prawo królewskie zmienia się tak często, że nikt nie jest pewien jutra. Spieszą się moczymordy i szaławiły, lecz rycerz dobrej rady siedzi na uboczu i czeka.

Powiedziawszy to, obrócił się tyłem do Dicka i na drugim końcu stołu zabrał się do pisania listu, przy czym z niesmakiem krzywił usta, bo awantura z Czarną Strzałą utkwiła mu kością w gardle.

Młody Shelton szparko wziął się do śniadania, lecz rychło poczuł dotknięcie ręki na ramieniu, a bardzo cichy głos szepnął mu do ucha:

— Błagam, nie zdradź się bodaj gestem, lecz z łaski swojej powiedz mi, jak trafić do Hollyrood najprostszą drogą. Zaklinam, dobry chłopcze, pomóż nieszczęsnej duszy w srogiej potrzebie i rozpaczy. Skieruj mnie na właściwą drogę ocalenia.

— Idź ścieżką koło wiatraka — odparł Dick tym samym tonem. — Zawiedzie cię ona do przeprawy na rzece Till. Tam pytaj dalej.

Nie odwracając głowy zabrał się znowu do jedzenia, ale kącikiem oka dostrzegł, że ów młodzik, zwany paniczem Jankiem, ukradkiem wymyka się z karczmy.

Dobre sobie! — pomyślał Dick. — Jest równie młody jak ja, a nazywa mnie ,,dobrym chłopcem". Gdybym się nad tym wprzódy zastanowił, nie wiem, czy wskazałbym mu drogę. No, ale będzie wędrował przez moczary, mogę go więc doścignąć i dobrze natrzeć młokosowi uszu.

W pół godziny później rycerz Daniel dał Dickowi list i rozkazał, by co tchu gnał do kasztelu Tunstall; nim upłynęło dalsze pół godziny, przybył spiesznie wysłannik lorda Risinghama.

— Rycerzu Danielu — przemówił — zaiste, tracisz dobrą sposobność, aby okryć się chwałą! Walka rozgorzała znowu dziś o brzasku. Rozgromiliśmy straż tylną i rozproszyli prawe skrzydło wroga. Tylko siły główne trzymają się mocno, lecz łatwo zepchniemy je do rzeki, jeśli dostaniemy twoich wypoczętych ludzi. Jak to, szlachetny rycerzu, chcesz być ostatnim? Nikt nie poczyta ci tego za zaszczyt.

— Właśnie sposobiłem się do marszu — zawołał sir Daniel. — Selden, trąb wsiadanego! W tej chwili ruszam z tobą, szlachetny rycerzu. Ledwie godzinę temu nadciągnęła lwia część moich sił. Cóż chcesz? Ostroga to dobra rzecz, ale może czasami zabić rumaka. Prędzej, chłopcy, prędzej!

Dźwięki rogu brzmiały już wesoło w porannym powietrzu, a ludzie rycerza Daniela zbiegali z wszech stron i stawali w ordynku na głównej ulicy przed karczmą. Spali z bronią pod ręką, a konie były osiodłane, nim więc minęło dziesięć minut, stu jezdnych i łuczników, sprawnych i pięknie uzbrojonych, stanęło w gotowości. Znaczna ich część nosiła barwy rycerza Daniela — purpurę z błękitem — dzięki czemu oddział wyglądał bardzo okazale. Najlepiej uzbrojeni stanęli na czele, a dalej, na samym końcu kolumny, mieściły się skromne, nędzne posiłki, które nadciągnęły ubiegłej nocy. Rycerz Daniel z dumą spojrzał po szeregach.

— Oto ludzie, którzy przydadzą się w decydującej chwili — powiedział.

— Piękni, doprawdy, żołnierze — przyznał poseł. — Tym większa szkoda, żeś wcześniej nie ruszył w pochód, szlachetny rycerzu.

— A jakbyś chciał? — roześmiał się sir Daniel dosiadając konia. — Początek uczty i koniec batalii! To zawsze najlepsze! Hej, hej, mój paniczu! Janku! Joanno! — wrzasnął. — Na przenajświętszy krzyż! Gdzież się ona podziewa? Karczmarzu, gdzie ta dziewczyna?

— Dziewczyna, szlachetny rycerzu? — zdumiał się gospodarz. — Nie widziałem żadnej dziewczyny.

— No, więc chłopiec, błaźnie! — krzyknął rycerz. — Czyżbyś nie poznał, że to białogłowa? Ta w purpurowym płaszczu. Ta, która tylko wodą złamała post zupełny! Gdzie ona, łotrze?!

— Ulitujcie się, święci pańscy — jęknął karczmarz. — Nazywaliście go... ją, panie, paniczem Jankiem. Niczegom nie podejrzewał. On odjechał. Widziałem go... ją... Widziałem ją w stajni dobrą godzinę temu. Siodłała konia.

— Na krucyfiks! — zawołał rycerz Daniel. — Ta dziewka warta dla mnie pięćset funtów albo więcej.

— Szlachetny rycerzu — powiedział z goryczą wysłannik lorda Risinghama. — Lamentujesz tutaj nad pięciu setkami funtów, a gdzie indziej ludzie zbawiają lub gubią królestwo Anglii.

— Mądre słowa — przyznał dziedzic z Tunstall. — Selden zostaniesz z sześcioma kusznikami. Masz ją ścigać i dognać, nie dbam jakim kosztem! Za powrotem chcę ją zastać w kasztelu. Odpowiadasz za to głową. A my, szlachetny rycerzu, w pochód!

Oddział ruszył dobrym truchtem, a Selden z sześcioma podkomendnymi został w Kettley na ulicy pełnej wiejskich gapiów.

Rozdział drugi na moczarach

Dochodziła godzina szósta majowego ranka, kiedy Dick w powrotnej drodze znalazł się pośród moczarów. Niebo było błękitne, wiatr huczał głośno i ochoczo, skrzydła wiatraka obracały się szparko, a łozy na bagnach falowały i szeleściły niby łan zboża. Młodzieniec spędził całą noc w siodle, ale serce miał dzielne i ciało krzepkie, więc jechał wesoło.

Ścieżka wiodła go coraz głębiej między oparzeliska, aż wreszcie jeździec stracił z oka wszelkie punkty, które służyć mogły za drogowskaz, oprócz stojącego na pagórku wiatraka w Kettley i widocznych w dali wierzchołków najwyższych drzew w lesie Tunstall. Po obydwu stronach ciągnęły się szerokie pola rozchwianych trzcin i łozin, sfalowane wiatrem rozlewiska i chłonne bagna, które szmaragdową zielenią zdradliwie kusiły wędrowca. Droga przecinała moczary linią prawie prostą i w owe czasy była już bardzo stara, bo fundamenty jej położyły rzymskie legiony. Z biegiem wieków znaczna część tej grobli zapadła, a tu i tam na kilkaset nieraz jardów droga leżała pod spokojnymi wodami.

Mniej więcej o milę za Kettley Dick natknął się na jedną z takich przerw w grobli. Trzciny i wierzby rosły tam małymi kępami i myliły orientację. Przerwa była dłuższa niż inne, a więc podróżny nieświadomy drogi mógł łatwo popaść w kłopoty. Dick odczuł pewien żal, gdy przypomniał sobie młodego chłopca, któremu wskazał tak zdradliwą drogę. Jemu samemu nie groziło niebezpieczeństwo — wystarczyło jedno spojrzenie wstecz na czarne skrzydła wiatraka wirujące na tle lazurowego nieba, jedno spojrzenie naprzód ku rozciągniętemu na wyżynach lasowi Tunstall — i Dick dokładnie orientował się w kierunku, a brodząc przez wodę sięgającą końskich kolan bezpieczny był niby na królewskim gościńcu.

W połowie zalewu, gdy widać już było ścieżkę wspinającą się na przeciwny, wyższy brzeg, młody Shelton usłyszał po prawej stronie gwałtowne chlupotanie i zobaczył siwego konia zapadłego po brzuch w bagnie i szamocącego się rozpaczliwie. Biedny rumak zwietrzył widać bliską nadzieję ratunku, bo zaczął rżeć przeraźliwie i wzywając w ten sposób pomocy, bału-szył przekrwione, obłąkane ze strachu oczy. Kiedy mocował się tak i szarpał, chmary kąśliwych owadów z bzykaniem kołowały mu nad głową.