Wydawca: Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo
31,89 31,90
Do koszyka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 384 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 10 godz. 39 min Lektor: Jan Peszek

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 10 godz. 39 min Lektor: Jan Peszek

Opis ebooka Czarna lista - Frederick Forsyth

Jest rok 2014. USA i Wielką Brytanią wstrząsa seria zabójstw. Morderstw dokonują fanatyczni fundamentaliści islamscy, zainspirowani zamieszczanymi w internecie kazaniami, nawołującymi do zabijania niewiernych. Ich autor, nazywany Kaznodzieją, trafia na tajną listę osób „do odstrzału” – groźnych terrorystów do natychmiastowego wyeliminowania. Na czele TOSY, jednostki operacyjnej, której zadaniem jest likwidacja celów, staje Tropiciel, były podpułkownik piechoty morskiej i syn jednej z ofiar. W ustaleniu tożsamości i miejsca pobytu tajemniczego Kaznodziei pomaga Tropicielowi genialny haker, nastolatek z zespołem Aspergera. Rozpoczyna się pościg za nieuchwytnym terrorystą…

Najnowszy, długo wyczekiwany tytuł Fredericka Forsytha, mistrza thrillera politycznego – trzymająca w napięciu powieść sensacyjna.

Opinie o ebooku Czarna lista - Frederick Forsyth

Fragment ebooka Czarna lista - Frederick Forsyth

Wydanie elektroniczne

O książ­ce

Naj­now­sza po­wieść mi­strza po­li­tycz­ne­go thril­le­ra, któ­rą słyn­ny pi­sarz po­wra­ca do swo­ich ko­rze­ni – do Dnia Sza­ka­la.

Rok 2014. USA i Wiel­ką Bry­ta­nią wstrzą­sa se­ria za­bójstw. Łą­czy je wspól­ny mia­now­nik: mor­der­cy to na­wró­ce­ni na fa­na­tycz­ny dżi­had is­la­mi­ści, za­in­spi­ro­wa­ni za­miesz­cza­ny­mi w in­ter­ne­cie ka­za­nia­mi wzy­wa­ją­cy­mi do za­bi­ja­nia nie­wier­nych. Ich au­tor, na­zy­wa­ny Ka­zno­dzie­ją, tra­fia na ame­ry­kań­ską li­stę osób „do od­strza­łu” – groź­nych ter­ro­ry­stów, któ­rzy mają być zli­kwi­do­wa­ni bez sta­wa­nia przed są­dem. Eg­ze­ku­cja­mi zaj­mu­je się spe­cjal­na jed­nost­ka „łow­ców głów” – Ko­mór­ka Wspar­cia Ope­ra­cyj­no-tech­nicz­ne­go, w skró­cie TOSA. Jej naj­lep­szym agen­tem jest nie­ja­ki Tro­pi­ciel, były pod­puł­kow­nik ma­ri­nes, któ­re­go oj­ciec zgi­nął ostat­nio z rąk ter­ro­ry­stów. Tro­pi­ciel nie wie nic o swo­im celu: nie zna jego na­zwi­ska, wy­glą­du ani na­wet miej­sca po­by­tu. Aby na­mie­rzyć Ka­zno­dzie­ję, zwra­ca się o po­moc do ge­nial­ne­go hac­ke­ra o pseu­do­ni­mie Ariel, na­sto­lat­ka z ze­spo­łem Asper­ge­ra, któ­ry nig­dy nie wy­cho­dzi z domu…

FRE­DE­RICK FOR­SYTH

Słyn­ny pi­sarz i dzien­ni­karz bry­tyj­ski. Ma­jąc 17 lat, wstą­pił do RAF-u i uzy­skał li­cen­cję pi­lo­ta woj­sko­we­go. Dwa lata póź­niej po­rzu­cił służ­bę w lot­nic­twie na rzecz dzien­ni­kar­stwa. W la­tach 1961-65 był ko­re­spon­den­tem Reu­te­ra w Ber­li­nie i Pa­ry­żu. W 1967 z ra­mie­nia BBC wy­je­chał do Bia­fry, skąd nada­wał re­por­ta­że z woj­ny z Ni­ge­rią. Wy­rzu­co­ny z pra­cy za rze­ko­mą nie­obiek­tyw­ność, po­wró­cił do Bia­fry jako wol­ny strze­lec i za­przy­jaź­nił się z przy­wód­cą se­ce­sjo­ni­stów. Świa­to­wą sła­wę przy­niósł pi­sa­rzo­wi wy­da­ny w 1971 thril­ler Dzień Sza­ka­la. Umoc­ni­ły ją ko­lej­ne po­wie­ści i zbio­ry opo­wia­dań, m.in. Akta Ode­ssy, Psy woj­ny, Dia­bel­ska al­ter­na­ty­wa, Dez­in­for­ma­tor, Iko­na, We­te­ran, Mści­ciel, Afgań­czyk, Ko­bra i Czar­na Li­sta. Łącz­ny na­kład ksią­żek For­sy­tha, uzna­ne­go za twór­cę ga­tun­ku zwa­ne­go thril­le­rem po­li­tycz­no-spi­sko­wym, prze­kro­czył sto mi­lio­nów eg­zem­pla­rzy. Suk­ces li­te­rac­ki zdys­kon­to­wa­ły licz­ne ad­ap­ta­cje ki­no­we i te­le­wi­zyj­ne, w tym gło­śny ob­raz Fre­da Zin­ne­man­na o pró­bie za­ma­chu na ge­ne­ra­ła de Gaul­le’a.

www.fre­de­rick­for­syth.co.uk

Tego au­to­ra

DZIEŃ SZA­KA­LA

AKTA ODE­SSY

PSY WOJ­NY

PA­STERZ

DIA­BEL­SKA AL­TER­NA­TY­WA

CZWAR­TY PRO­TO­KÓŁ

DEZ­IN­FOR­MA­TOR

PIĘŚĆ BOGA

IKO­NA

WE­TE­RAN

MŚCI­CIEL

AFGAŃ­CZYK

KO­BRA

CZAR­NA LI­STA

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

THE KILL LIST

Co­py­ri­ght © Fre­de­rick For­syth 2013

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2014

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © An­drzej Nie­wia­dom­ski 2014

Re­dak­cja: Be­ata Kacz­mar­czyk

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-177-6

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Żoł­nie­rzom

z bar­dzo licz­ne­go

Kor­pu­su Pie­cho­ty Mor­skiej Sta­nów Zjed­no­czo­nych

i bar­dzo nie­licz­nym

bry­tyj­skim zwia­dow­com z plu­to­nu pa­th­fin­de­rów.

Tych pierw­szych wi­tam: Sem­per Fi;

dru­gim po­wia­dam: Nie za­zdrosz­czę ci.

Podziękowania

Ser­decz­nie dzię­ku­ję wszyst­kim, któ­rych in­for­ma­cje zna­la­zły się w tej książ­ce. Jak zwy­kle przy­najm­niej po­ło­wa z nich nie chce się ujaw­nić. Ale i tym, któ­rzy żyją w świe­tle dnia, i tym, któ­rzy pra­cu­ją w cie­niu – sami wie­cie, o kogo mi cho­dzi – skła­dam wy­ra­zy wdzięcz­no­ści.

Osoby

Ka­zno­dzie­ja – ter­ro­ry­sta Tro­pi­ciel – łow­ca głów Gray Fox – dy­rek­tor TOSA

Ro­ger Ken­drick, pseu­do­nim Ariel – ge­niusz kom­pu­te­ro­wy

Ibra­him Sa­mir, pseu­do­nim Troll – ge­niusz kom­pu­te­ro­wy

Ja­vad – wtycz­ka CIA w pa­ki­stań­skiej ISI

Ben­ny – szef wy­dzia­łu Mos­sa­du, dział Rogu Afry­ki, Tel Awiw

Opal – agent Mos­sa­du dzia­ła­ją­cy z Ki­sma­ju

Mu­sta­fa Dar­da­ri – wła­ści­ciel Ma­sa­la Pic­kles

Ad­rian Her­bert – SIS (Szóst­ka, MI6)

Lau­ren­ce Firth – Piąt­ka (MI5)

Har­ry An­ders­son – szwedz­ki ar­ma­tor i po­ten­tat fi­nan­so­wy

Ka­pi­tan Stig Eklund z Mal­mö

Ka­det Ove Carls­son z Mal­mö

Al-Afrit – So­ma­lij­czyk, przy­wód­ca kla­nu i herszt pi­ra­tów

Ga­reth Evans – ne­go­cja­tor

Ali Abdi – ne­go­cja­tor

Emi­ly Bul­stro­de – her­ba­ciar­ka

Jam­ma – pry­wat­ny se­kre­tarz Ka­zno­dziei

Da­vid, Pete, Bar­ry, Dai, Ku­dła­ty i Tim – pa­th­fin­de­rzy

Prolog

W mrocz­nym i taj­nym ser­cu Wa­szyng­to­nu spo­czy­wa krót­ka su­per­taj­na li­sta. Za­wie­ra na­zwi­ska ter­ro­ry­stów uzna­nych za tak groź­nych dla oby­wa­te­li oraz in­te­re­sów Sta­nów Zjed­no­czo­nych, że ska­za­no ich na śmierć bez si­le­nia się na aresz­to­wa­nie, po­sta­wie­nie przed są­dem i za­pew­nie­nie na­le­ży­te­go pro­ce­su. Ten wy­kaz na­zy­wa­ny jest Czar­ną Li­stą.

Co ty­dzień, we wto­rek rano, w Ga­bi­ne­cie Owal­nym nad ewen­tu­al­ny­mi uzu­peł­nie­nia­mi li­sty de­ba­tu­ją pre­zy­dent oraz sześć osób – za­wsze tyle, ani mniej, ani wię­cej. Wśród nich są dy­rek­tor CIA oraz czte­ro­gwiazd­ko­wy ge­ne­rał do­wo­dzą­cy naj­więk­szą i naj­groź­niej­szą pry­wat­ną ar­mią na świe­cie. Mowa o JSOC, Po­łą­czo­nym Do­wódz­twie Ope­ra­cji Spe­cjal­nych – naj­bar­dziej eli­tar­nej jed­no­st­ce sił spe­cjal­nych, któ­ra po­dob­no nie ist­nie­je.

Pew­ne­go zim­ne­go ran­ka, wio­sną 2014 roku, do li­sty do­pi­sa­no nową po­zy­cję. Czło­wie­ka tak nie­uchwyt­ne­go, że po­tęż­na ame­ry­kań­ska ma­chi­na an­ty­ter­ro­ry­stycz­na nie dys­po­no­wa­ła ani jego praw­dzi­wym na­zwi­skiem, ani zdję­ciem. Po­dob­nie jak An­war al-Aw­la­ki, uro­dzo­ny w Sta­nach Zjed­no­czo­nych je­meń­ski fa­na­tyk wy­gła­sza­ją­cy peł­ne nie­na­wi­ści ka­za­nia za po­śred­nic­twem in­ter­ne­tu, któ­ry swe­go cza­su znaj­do­wał się na Czar­nej Li­ście i w 2011 roku w pół­noc­nym Je­me­nie zo­stał zmie­cio­ny z po­wierzch­ni zie­mi wy­strze­lo­nym z dro­na po­ci­skiem, ten nowy na­by­tek rów­nież za­miesz­czał swo­je ka­za­nia w sie­ci. Siła jego prze­mó­wień była tak wiel­ka, że mło­dzi lu­dzie z mu­zuł­mań­skiej dia­spo­ry sta­wa­li się ra­dy­kal­ny­mi is­la­mi­sta­mi i mor­do­wa­li w jego imie­niu.

Tak jak Aw­la­ki, on rów­nież prze­ma­wiał nie­na­gan­ną an­gielsz­czy­zną. Z bra­ku na­zwi­ska zna­no go po pro­stu jako Ka­zno­dzie­ję.

Za­da­nie zle­co­no JSOC, któ­re­go do­wód­ca prze­ka­zał je TOSA – jed­no­st­ce tak da­le­ce za­ka­mu­flo­wa­nej, że dzie­więć­dzie­siąt osiem pro­cent ame­ry­kań­skich ofi­ce­rów w służ­bie czyn­nej nig­dy o niej nie sły­sza­ło.

Tym­cza­sem TOSA to ma­leń­ki wy­dział z sie­dzi­bą w pół­noc­nej Wir­gi­nii, któ­re­go za­da­niem jest ści­ga­nie ter­ro­ry­stów usi­łu­ją­cych unik­nąć ka­rzą­cej ręki ame­ry­kań­skie­go wy­mia­ru spra­wie­dli­wo­ści.

Po po­łu­dniu tego sa­me­go dnia dy­rek­tor TOSA, we wszyst­kich ofi­cjal­nych do­ku­men­tach wy­stę­pu­ją­cy jako Gray Fox, wszedł do ga­bi­ne­tu swo­je­go naj­star­sze­go ran­gą łow­cy i po­ło­żył na jego biur­ku kart­kę. Wid­nia­ły na niej tyl­ko czte­ry sło­wa:

Ka­zno­dzie­ja. Zi­den­ty­fi­ko­wać. Na­mie­rzyć. Zli­kwi­do­wać.

Po­ni­żej fi­gu­ro­wał pod­pis głów­no­do­wo­dzą­ce­go, czy­li pre­zy­den­ta. Tym sa­mym kart­ka na­bra­ła mocy de­kre­tu pre­zy­denc­kie­go.

Męż­czy­zna pa­trzą­cy na de­kret – enig­ma­tycz­ny pod­puł­kow­nik Kor­pu­su Pie­cho­ty Mor­skiej Sta­nów Zjed­no­czo­nych – miał czter­dzie­ści pięć lat. Rów­nież on, za­rów­no w tym bu­dyn­ku, jak i poza nim, zna­ny był tyl­ko pod kryp­to­ni­mem – jako TRO­PI­CIEL.

CZĘŚĆ PIERWSZAZlecenie

1

W ra­zie po­trze­by Jer­ry Der­mott z ręką na ser­cu mógł­by przy­siąc, że nig­dy ni­ko­go świa­do­mie nie skrzyw­dził, więc nie za­słu­gu­je na śmierć. Ale to go nie ura­to­wa­ło.

Była po­ło­wa mar­ca w Bo­ise, w Ida­ho. Zima nie­chęt­nie ustę­po­wa­ła, lecz na szczy­tach wy­so­kich gór ota­cza­ją­cych sto­li­cę sta­nu wciąż za­le­gał śnieg i nadal wiał od nich prze­ni­kli­wy wiatr. Prze­chod­nie na uli­cy ku­li­li się w cie­płych płasz­czach, gdy z bu­dyn­ku le­gi­sla­tu­ry przy West Jef­fer­son Stre­et 700 wy­szedł kon­gres­men sta­no­wy.

Po­ja­wił się w oka­za­łym wej­ściu do Ka­pi­to­lu i od­da­la­jąc się od ścian z pia­skow­ca, zszedł scho­da­mi na uli­cę, gdzie cze­ka­ła już na nie­go li­mu­zy­na. Po­zdra­wia­jąc, jak zwy­kle, uprzej­mym ski­nie­niem gło­wy po­li­cjan­ta sto­ją­ce­go pod ko­lum­na­mi por­ty­ku, za­uwa­żył, że Joe, od wie­lu lat jego wier­ny kie­row­ca, ob­cho­dzi sa­mo­chód, by otwo­rzyć tyl­ne drzwi. Nie zwró­cił jed­nak uwa­gi na opa­tu­lo­ną po­stać, któ­ra wsta­ła z ław­ki na chod­ni­ku i ru­szy­ła w jego stro­nę.

Męż­czy­zna był ubra­ny w dłu­gi ciem­ny płaszcz i przy­trzy­my­wał rę­ka­mi jego roz­pię­te poły. Na gło­wie miał wzo­rzy­stą weł­nia­ną czap­kę. Ewen­tu­al­ne­go ob­ser­wa­to­ra – ale ta­kie­go nie było – mo­gło­by zdzi­wić je­dy­nie to, że spod płasz­cza nie wy­sta­wa­ły no­gaw­ki dżin­sów, tyl­ko bia­ła sza­ta. Póź­niej usta­lo­no, że był to arab­ski di­sz­dasz.

Jer­ry Der­mott pod­cho­dził już do otwar­tych drzwi li­mu­zy­ny, lecz kie­dy usły­szał: „Pa­nie kon­gres­me­nie!”, od­wró­cił się do wo­ła­ją­ce­go. Ostat­nią rze­czą, jaką zo­ba­czył na tym świe­cie, była ogo­rza­ła twarz czło­wie­ka, któ­ry pa­trzył na nie­go na prze­strzał, jak­by spo­glą­dał na coś w od­da­li. Poły płasz­cza roz­su­nę­ły się, lufy wi­szą­ce­go pod ma­te­ria­łem ob­rzy­na po­wę­dro­wa­ły w górę.

Póź­niej po­li­cja usta­li­ła, że wy­pa­lo­no z obu luf jed­no­cze­śnie; gil­zy były na­bi­te gru­bym śru­tem, a nie śru­ci­ną na pta­ki. Strzał padł z od­le­gło­ści mniej wię­cej trzech me­trów.

Skró­co­ne przez ob­cię­cie lufy po­wo­do­wa­ły sze­ro­ki roz­rzut. Część sta­lo­wych ku­lek mi­nę­ła kon­gres­me­na z obu stron, a kil­ka tra­fi­ło Jo­ego z taką siłą, że się od­wró­cił i za­to­czył. Pod ma­ry­nar­ką miał pi­sto­let, nie zdą­żył go jed­nak użyć, bo chwy­cił się rę­ka­mi za twarz.

Za­re­ago­wał tyl­ko po­li­cjant na scho­dach. Wy­cią­gnął re­wol­wer i po­pę­dził w dół. Na­past­nik uniósł obie ręce, pra­wą ści­ska­jąc strzel­bę, i coś krzyk­nął. Ale po­li­cjant nie mógł wie­dzieć, że dru­ga lufa też jest pu­sta, więc wy­pa­lił trzy razy. Jako wpraw­ny strze­lec z od­le­gło­ści sze­ściu me­trów nie mógł chy­bić.

Trzy kule tra­fi­ły krzy­czą­ce­go męż­czy­znę w sam śro­dek klat­ki pier­sio­wej z taką siłą, że po­le­ciał do tyłu, od­bił się od ba­gaż­ni­ka li­mu­zy­ny, padł na brzuch i sko­nał z twa­rzą w rynsz­to­ku. W drzwiach gma­chu po­ja­wi­li się lu­dzie. Wi­dząc dwa tru­py, szo­fe­ra ga­pią­ce­go się na swo­je za­krwa­wio­ne dło­nie oraz po­li­cjan­ta, któ­ry stoi nad na­past­ni­kiem, ce­lu­jąc w nie­go z trzy­ma­ne­go obu­rącz re­wol­we­ru, bie­giem wró­ci­li do bu­dyn­ku, by we­zwać wspar­cie.

Zwło­ki dwóch męż­czyzn prze­wie­zio­no do kost­ni­cy miej­skiej, a Joe tra­fił do szpi­ta­la na usu­nię­cie trzech śru­cin, któ­re utkwi­ły mu w twa­rzy. Kon­gres­men nie żył, jego pierś prze­szy­ło po­nad dwa­dzie­ścia sta­lo­wych ku­lek, prze­bi­ja­jąc mu ser­ce i płu­ca. Na­past­nik rów­nież był mar­twy.

Kie­dy le­żał nagi na sto­le sek­cyj­nym w kost­ni­cy, nadal nie zna­no jego toż­sa­mo­ści. Nie miał przy so­bie żad­nych do­ku­men­tów ani, co dziw­ne, śla­dów owło­sie­nia na cie­le, je­śli nie li­czyć bro­dy. Do­pie­ro za­miesz­cze­nie jego por­tre­tu w po­po­łu­dniów­kach za­owo­co­wa­ło dwoj­giem in­for­ma­to­rów: dzie­kan po­ło­żo­nej na obrze­żach mia­sta uczel­ni roz­po­znał w za­bój­cy po­cho­dzą­ce­go z Jor­da­nii stu­den­ta, a wła­ści­ciel­ka pen­sjo­na­tu – jed­ne­go ze swo­ich lo­ka­to­rów.

Śled­czy, któ­rzy prze­trzą­snę­li miesz­ka­nie za­bi­te­go, za­bra­li wie­le ksią­żek w ję­zy­ku arab­skim oraz lap­to­pa. W la­bo­ra­to­rium po­li­cyj­nym zgra­no za­war­tość kom­pu­te­ra. A wte­dy w ko­men­dzie głów­nej po­li­cji w Bo­ise zo­ba­czy­li coś, cze­go jesz­cze nie wi­dzie­li. Na twar­dym dys­ku za­pi­sa­ny był cykl wy­kła­dów, a ra­czej ka­zań, wy­gła­sza­nych przez za­ma­sko­wa­ną po­stać, spo­glą­da­ją­cą w obiek­tyw ka­me­ry pa­ła­ją­cy­mi ocza­mi i po­słu­gu­ją­cą się płyn­ną an­gielsz­czy­zną.

Prze­kaz był pro­sty i bru­tal­ny. Praw­dzi­wie wie­rzą­cy po­wi­nien wy­rzec się he­re­zji i na­wró­cić na mu­zuł­mań­ską praw­dę. Zgod­nie z tym, co nosi w du­szy, ma się ni­ko­mu nie zwie­rzać ani nie ufać, przy­jąć fi­lo­zo­fię dżi­ha­du i stać się wier­nym, lo­jal­nym żoł­nie­rzem Al­la­ha. Na­stęp­nie po­wi­nien wy­szu­kać zna­ną oso­bi­stość w służ­bie Wiel­kie­go Sza­ta­na i wy­słać ją do pie­kła, po czym zgi­nąć jako sza­hid, mę­czen­nik, i na za­wsze za­miesz­kać w raju Al­la­ha. Ta­kich ka­zań były dzie­siąt­ki, a każ­de nio­sło to samo prze­sła­nie.

Po­li­cja prze­ka­za­ła do­wo­dy rze­czo­we do biu­ra te­re­no­we­go FBI w Bo­ise, skąd ca­łość akt prze­sła­no do gma­chu J. Ed­ga­ra Ho­ove­ra w Wa­szyng­to­nie. W kra­jo­wej cen­tra­li FBI ma­te­ria­ły ni­ko­go nie zdzi­wi­ły. Już wcze­śniej sły­sze­li tam o Ka­zno­dziei.

1968

Ósme­go li­sto­pa­da pani Lucy Car­son za­czę­ła ro­dzić, więc za­bra­no ją pro­sto na od­dział po­łoż­ni­czy Szpi­ta­la Ma­ry­nar­ki Wo­jen­nej w Camp Pen­dle­ton w Ka­li­for­nii, gdzie sta­cjo­no­wa­ła jed­nost­ka męża. Dwa dni póź­niej uro­dził się jej pierw­szy i – jak się oka­za­ło – je­dy­ny syn.

Nada­no mu imię Chri­sto­pher, po dziad­ku ze stro­ny ojca, lecz po­nie­waż tam­te­go wy­so­kie­go ran­gą ofi­ce­ra pie­cho­ty mor­skiej wszy­scy na­zy­wa­li Chris, na dziec­ko wo­ła­no Kit. Cho­dzi­ło tyl­ko o to, żeby nie my­lić wnu­ka z dziad­kiem – zbież­ność prze­zwi­ska z przy­dom­kiem słyn­ne­go ge­ne­ra­ła i po­grom­cy In­dian z Dzi­kie­go Za­cho­du była cał­ko­wi­cie przy­pad­ko­wa.

Data uro­dzin, dzie­sią­ty li­sto­pa­da, rów­nież była szczę­śli­wa – tego dnia w 1775 roku na­ro­dził się Kor­pus Pie­cho­ty Mor­skiej Sta­nów Zjed­no­czo­nych.

Ka­pi­tan Alvin Car­son prze­by­wał aku­rat w Wiet­na­mie, gdzie to­czy­ły się za­żar­te wal­ki i mia­ło tak być jesz­cze przez pięć lat. Ale że jego tura wła­śnie do­bie­ga­ła koń­ca, do­stał prze­pust­kę na świę­ta Bo­że­go Na­ro­dze­nia, by mógł się zo­ba­czyć z żoną i dwie­ma có­recz­ka­mi oraz utu­lić swo­je­go pierw­sze­go syna.

Za­raz po No­wym Roku od­le­ciał z po­wro­tem do Wiet­na­mu, skąd w roku 1970 na do­bre wró­cił do roz­ra­sta­ją­cej się bazy pie­cho­ty mor­skiej w Pen­dle­ton. Jego na­stęp­ny przy­dział nie wią­zał się z wy­jaz­dem – ko­lej­ne trzy lata spę­dził w Ka­li­for­nii, pa­trząc, jak syn wy­ra­sta z nie­mow­la­ka na czte­ro­ipół­lat­ka.

Tu­taj, z dala od śmier­cio­no­śnych azja­tyc­kich dżun­gli, pro­wa­dził z żoną ty­po­we ży­cie woj­sko­we­go sta­cjo­nu­ją­ce­go w ba­zie – ob­ra­ca­ją­ce się mię­dzy kwa­te­ra­mi dla mał­żeństw, biu­rem, klu­bem to­wa­rzy­skim, kan­ty­ną i ko­ścio­łem. Mógł też uczyć syna pły­wa­nia w ba­se­nie por­to­wym Del Mar. Lata spę­dzo­ne w Pen­dle­ton wspo­mi­nał póź­niej jako ży­cie usła­ne ró­ża­mi.

W roku 1973 prze­nie­sio­no go wraz z ro­dzi­ną do bazy Qu­an­ti­co nie­da­le­ko sto­li­cy kra­ju, Wa­szyng­to­nu. Qu­an­ti­co było wów­czas ol­brzy­mią, peł­ną ko­ma­rów i klesz­czy dzi­czą, w któ­rej mały chłop­czyk mógł się uga­niać po­śród drzew za wie­wiór­ka­mi i szo­pa­mi pra­cza­mi.

Car­so­no­wie wciąż prze­by­wa­li w ba­zie, gdy Hen­ry Kis­sin­ger i Le Duc Tho z Wiet­na­mu Pół­noc­ne­go spo­tka­li się pod Pa­ry­żem i wy­pra­co­wa­li po­ro­zu­mie­nie ofi­cjal­nie koń­czą­ce de­ka­dę krwa­wej jat­ki, zwa­nej dzi­siaj woj­ną wiet­nam­ską.

Car­son, obec­nie już w stop­niu ma­jo­ra, wró­cił na swo­ją trze­cią turę do Wiet­na­mu, gdzie nie­bez­pie­czeń­stwo wciąż czy­ha­ło na każ­dym kro­ku, bo woj­ska Wiet­na­mu Pół­noc­ne­go szy­ko­wa­ły się do zła­ma­nia ukła­dów pa­ry­skich i do­ko­na­nia in­wa­zji na po­łu­dnie. Od­wo­ła­no go do kra­ju wcze­śnie, jesz­cze przed sza­leń­czą prze­py­chan­ką na da­chu am­ba­sa­dy, kie­dy to tłum lu­dzi pra­gnął się do­stać do ostat­nie­go sa­mo­lo­tu cze­ka­ją­ce­go na lot­ni­sku.

Przez ten czas jego syn Kit prze­szedł wszyst­kie nor­mal­ne eta­py roz­wo­ju ame­ry­kań­skie­go chłop­ca – ba­se­bal­lo­wa Mała Liga, skau­ci, szko­ła. La­tem 1976 roku ma­jor Car­son z ro­dzi­ną zo­stał prze­nie­sio­ny do trze­ciej ogrom­nej bazy pie­cho­ty mor­skiej – Camp Le­jeu­ne w Ka­ro­li­nie Pół­noc­nej.

Jako za­stęp­ca do­wód­cy ba­ta­lio­nu pra­co­wał w Ósmej Kwa­te­rze Głów­nej Pie­cho­ty Mor­skiej przy uli­cy C, a miesz­kał z żoną i trój­ką dzie­ci w bez­ład­nym sku­pi­sku do­mów dla żo­na­tych ofi­ce­rów. Nig­dy nie roz­ma­wia­no o tym, kim chciał­by w przy­szło­ści zo­stać do­ra­sta­ją­cy chło­piec. Uro­dził się jako syn dwóch ro­dzin: Car­so­nów oraz pie­cho­ty mor­skiej. Za­kła­da­no więc, że pój­dzie w śla­dy dziad­ka i ojca, wstą­pi do szko­ły ofi­cer­skiej i przy­wdzie­je mun­dur.

W la­tach 1978–1981 ma­jo­ra Car­so­na skie­ro­wa­no na pla­ców­kę, któ­ra od daw­na mu się na­le­ża­ła – w Nor­folk, wiel­kiej ame­ry­kań­skiej ba­zie ma­ry­nar­ki i pie­cho­ty mor­skiej na po­łu­dnio­wym brze­gu za­to­ki Che­sa­pe­ake w pół­noc­nej Wir­gi­nii. Ro­dzi­na za­miesz­ka­ła na te­re­nie bazy, ma­jor zaś, jako ofi­cer ma­ri­nes, wy­pły­nął w rejs na po­kła­dzie USS Ni­mitz – dumy flo­ty lot­ni­skow­ców. Wła­śnie z nie­go przy­glą­dał się fia­sku ope­ra­cji Orli Szpon, zna­nej tak­że jako De­sert One: nie­uda­nej pró­by od­bi­cia z am­ba­sa­dy w Te­he­ra­nie ame­ry­kań­skich dy­plo­ma­tów, któ­rych w cha­rak­te­rze za­kład­ni­ków prze­trzy­my­wa­li „stu­den­ci” ogłu­pie­ni przez aja­tol­la­ha Cho­me­inie­go.

Sto­jąc na most­ku Ni­mit­za, z lor­net­ką pe­ry­sko­po­wą przy oczach, pa­trzył, jak osiem ol­brzy­mich he­li­kop­te­rów Sea Stal­lion z ry­kiem sil­ni­ków od­la­tu­je w kie­run­ku brze­gu, by wes­przeć zie­lo­ne be­re­ty i ran­ge­rów, któ­rzy mie­li we­drzeć się do am­ba­sa­dy, uwol­nić dy­plo­ma­tów i od­sta­wić ich na bez­piecz­ny okręt.

Wi­dział, jak więk­szość z nich wra­ca po­obi­ja­na. Naj­pierw te dwa, któ­re po­psu­ły się nad irań­skim wy­brze­żem, bo wpa­dły w bu­rzę pia­sko­wą, nie ma­jąc od­po­wied­nich fil­trów po­wie­trza. Póź­niej inne, trans­por­tu­ją­ce ran­nych, po tym jak jed­na z ma­szyn wbi­ła się w przed­nią szy­bę her­cu­le­sa i eks­plo­do­wa­ła w kuli ognia. Do koń­ca swo­ich dni z go­ry­czą wspo­mi­nał tę ka­ta­stro­fę i idio­tycz­ne pla­no­wa­nie, któ­re do niej do­pro­wa­dzi­ło.

Od 1981 do 1984 roku Alvin Car­son, wów­czas już pod­puł­kow­nik, prze­by­wał z ro­dzi­ną w Lon­dy­nie, jako at­ta­che Kor­pu­su Pie­cho­ty Mor­skiej Sta­nów Zjed­no­czo­nych w am­ba­sa­dzie przy Gro­sve­nor Squ­are. Kita za­pi­sa­no do ame­ry­kań­skiej szko­ły w St John’s Wood. Póź­niej chło­piec miło wspo­mi­nał ten trzy­let­ni po­byt w Lon­dy­nie. Były to cza­sy Mar­ga­ret That­cher, Ro­nal­da Re­aga­na i ich nad­zwy­czaj­nej współ­pra­cy.

Za­ata­ko­wa­no i wy­zwo­lo­no Fal­klan­dy. Ty­dzień przed wkro­cze­niem bry­tyj­skich spa­do­chro­nia­rzy do Port Stan­ley Ro­nald Re­agan zło­żył ofi­cjal­ną wi­zy­tę pań­stwo­wą w Lon­dy­nie. Naj­po­pu­lar­niej­szym Ame­ry­ka­ni­nem w mie­ście stał się Char­lie Pri­ce, nowo mia­no­wa­ny am­ba­sa­dor. Od­by­wa­ły się przy­ję­cia i bale. Pod­czas pre­zen­ta­cji per­so­ne­lu am­ba­sa­dy Car­so­no­wie zo­sta­li przed­sta­wie­ni kró­lo­wej Elż­bie­cie. Czter­na­sto­let­ni Kit Car­son po raz pierw­szy za­du­rzył się w dziew­czy­nie. A jego oj­ciec za­li­czył dwu­dzie­sty rok służ­by w Kor­pu­sie Pie­cho­ty Mor­skiej.

Puł­kow­nik Car­son zo­stał awan­so­wa­ny na do­wód­cę Dru­gie­go Ba­ta­lio­nu Trze­cie­go Puł­ku Pie­cho­ty Mor­skiej i prze­nie­sio­ny z ro­dzi­ną do Ka­ne­ohe Bay na Ha­wa­jach, gdzie pa­no­wał cał­kiem inny kli­mat niż w Lon­dy­nie. Dla na­sto­lat­ka na­stą­pił okres sur­fo­wa­nia, nur­ko­wa­nia z faj­ką i z akwa­lun­giem, ło­wie­nia ryb oraz wy­jąt­ko­wo ak­tyw­nych kon­tak­tów z dziew­czę­ta­mi.

W wie­ku szes­na­stu lat Kit za­po­wia­dał się na wy­bit­ne­go spor­tow­ca, lecz oce­ny w szko­le świad­czy­ły rów­nież o jego nie­prze­cięt­nej in­te­li­gen­cji. Kie­dy rok póź­niej ojca awan­so­wa­no do szta­bu i ode­sła­no na kon­ty­nent, Kit, któ­ry jako skaut zdo­był wszyst­kie spraw­no­ści, roz­po­czął szko­le­nie dla ofi­ce­rów re­zer­wy. Za­ło­że­nie sprzed lat sta­ło się cia­łem – chło­pak nie­uchron­nie szedł w śla­dy ojca i za­mie­rzał wstą­pić do pie­cho­ty mor­skiej Sta­nów Zjed­no­czo­nych.

Po po­wro­cie do kra­ju cze­ka­ły go stu­dia. Wy­sła­ny na uni­wer­sy­tet pu­blicz­ny Wil­liam and Mary w Wil­liams­bur­gu w Wir­gi­nii, przez czte­ry lata miesz­kał w aka­de­mi­ku. Jako przed­mio­ty kie­run­ko­we wy­brał hi­sto­rię i che­mię. Przez trzy lata dłu­gie let­nie wa­ka­cje po­świę­cał na­uce ska­ka­nia ze spa­do­chro­nem, nur­ko­wa­nia z akwa­lun­giem i za­ję­ciom w szko­le ka­de­tów w Qu­an­ti­co.

Wio­sną 1989 roku, ma­jąc dwa­dzie­ścia lat, ukoń­czył stu­dia i ra­zem z dy­plo­mem do­stał pierw­szą bel­kę na ra­mie­niu jako pod­po­rucz­nik Kor­pu­su Pie­cho­ty Mor­skiej. Na uro­czy­sto­ści po­ja­wi­li się jego oj­ciec – te­raz już jed­no­gwiazd­ko­wy ge­ne­rał – i pę­ka­ją­ca z dumy mat­ka.

Pierw­szy przy­dział do­stał do Ba­sic Scho­ol w Qu­an­ti­co, przy­go­to­wu­ją­cej świe­żo mia­no­wa­nych pod­ofi­ce­rów ma­ri­nes do dal­szej służ­by; prze­by­wał tam do świąt Bo­że­go Na­ro­dze­nia. Póź­niej skie­ro­wa­no go do Szko­ły Pod­cho­rą­żych Pie­cho­ty Mor­skiej, któ­rą ukoń­czył z wy­róż­nie­niem w mar­cu 1990 roku. Po­tem była jesz­cze szko­ła ran­ge­rów w Fort Ben­ning w Geo­r­gii, skąd z na­szyw­ką ran­ge­ra tra­fił do Twen­ty­ni­ne Palms w Ka­li­for­nii.

Tu­taj uczęsz­czał do Cen­trum Wal­ki Po­wietrz­nej i Na­ziem­nej, zwa­ne­go w żar­go­nie ma­ri­nes „Pnia­ka­mi” (bo wbrew na­zwie mie­ści­ny na tym za­du­piu na środ­ku pu­sty­ni nikt nig­dy nie uświad­czył żad­nej pal­my), skąd do­stał przy­dział do Pierw­sze­go Ba­ta­lio­nu Siód­me­go Puł­ku na te­re­nie tej sa­mej bazy. Aż tu na­gle, dru­gie­go sierp­nia 1990 roku, nie­ja­ki Sad­dam Hu­sajn na­je­chał Ku­wejt. Ame­ry­kań­scy ma­ri­nes wró­ci­li na woj­nę, a wraz z nimi za­brał się pod­po­rucz­nik Kit Car­son.

1990

Kie­dy już za­pa­dła de­cy­zja, że nad in­wa­zją Sad­da­ma Hu­saj­na na Ku­wejt nie moż­na przejść do po­rząd­ku, utwo­rzo­no wiel­ką ko­ali­cję. Jej siły roz­lo­ko­wa­ły się na pu­styn­nej gra­ni­cy Ira­ku z Ara­bią Sau­dyj­ską, od Za­to­ki Per­skiej na wscho­dzie po gra­ni­cę z Jor­da­nią na za­cho­dzie.

Ame­ry­kań­scy ma­ri­nes, do­wo­dze­ni przez ge­ne­ra­ła Wal­te­ra Blo­ome­ra, przy­by­li jako kor­pus eks­pe­dy­cyj­ny, w któ­re­go skład wcho­dzi­ła Pierw­sza Dy­wi­zja Pie­cho­ty Mor­skiej pod do­wódz­twem ge­ne­ra­ła Mike’a My­at­ta. W tej hie­rar­chii pod­po­rucz­nik Kit Car­son znaj­do­wał się u dołu dra­bi­ny. Dy­wi­zję roz­miesz­czo­no na wschod­nim skra­ju sił ko­ali­cyj­nych, tak że po pra­wej mia­ła je­dy­nie błę­kit­ne wody Za­to­ki Per­skiej.

Pierw­szy mie­siąc, otę­pia­ją­co upal­ny sier­pień, upły­nął pod zna­kiem go­rącz­ko­wej krzą­ta­ni­ny. Trze­ba było wy­sa­dzić na ląd i roz­lo­ko­wać w wy­zna­czo­nym sek­to­rze całą dy­wi­zję wraz ze sprzę­tem pan­cer­nym i ar­ty­le­rią. Do sen­ne­go jak do­tąd por­tu naf­to­we­go Al-Dżu­bajl przy­bi­ła ar­ma­da stat­ków han­dlo­wych wio­zą­cych cały maj­dan róż­no­ści nie­zbęd­nych do wy­po­sa­że­nia, za­kwa­te­ro­wa­nia i za­opa­trze­nia ame­ry­kań­skiej dy­wi­zji. Do­pie­ro we wrze­śniu we­zwa­no Kita Car­so­na na roz­mo­wę w spra­wie przy­dzia­łu. Pro­wa­dził ją zgryź­li­wy sta­ry wia­rus w stop­niu ma­jo­ra, za­pew­ne po­mi­nię­ty przy awan­sie na pod­puł­kow­ni­ka i dla­te­go zgorzk­nia­ły.

Ma­jor Do­lan nie­śpiesz­nie prze­czy­tał akta no­we­go ofi­ce­ra. W koń­cu jego uwa­gę przy­ku­ło coś nie­zwy­kłe­go. Pod­niósł wzrok.

– Jako dziec­ko miesz­ka­li­ście w Lon­dy­nie? – za­py­tał.

– Tak jest.

– Cho­ler­ne cu­da­ki. – Ma­jor Do­lan prze­stu­dio­wał do koń­ca za­war­tość akt i za­mknął tecz­kę. – Obok nas, od za­cho­du, za­par­ko­wa­ła bry­tyj­ska Siód­ma Bry­ga­da Pan­cer­na. Na­zwa­li się Szczu­ra­mi Pu­sty­ni. Cu­da­ki, nie mó­wi­łem? No bo kto na­zy­wa wła­snych żoł­nie­rzy szczu­ra­mi?

– Tak na­praw­dę cho­dzi o skocz­ka pu­styn­ne­go, pa­nie ma­jo­rze.

– Że co?

– Sko­czek pu­styn­ny. To ta­kie pu­styn­ne zwie­rzę, po­dob­ne do su­ry­kat­ki. Zdo­by­li ten przy­do­mek, wal­cząc z Rom­m­lem na Pu­sty­ni Li­bij­skiej pod­czas dru­giej woj­ny świa­to­wej. Jego na­zy­wa­no Li­sem Pu­sty­ni. Sko­czek pu­styn­ny jest mniej­szy, ale nie­uchwyt­ny.

Na ma­jo­rze Do­la­nie nie zro­bi­ło to żad­ne­go wra­że­nia.

– Nie zgry­waj­cie mi tu mą­dra­li, po­rucz­ni­ku. Mu­si­my się ja­koś do­ga­dać z tymi szczu­ra­mi pu­sty­ni. Za­pro­po­nu­ję ge­ne­ra­ło­wi My­at­to­wi, żeby wy­słał was do nich jako jed­ne­go z na­szych ofi­ce­rów łącz­ni­ko­wych. Je­ste­ście wol­ni.

Woj­ska ko­ali­cyj­ne przez pięć mie­się­cy mu­sia­ły ob­le­wać się po­tem na pu­sty­ni, za­nim po­łą­czo­nym si­łom ko­ali­cjan­tów uda­ło się do­pro­wa­dzić do „de­gra­da­cji” pięć­dzie­się­ciu pro­cent wojsk irac­kich, co ge­ne­rał Nor­man Schwarz­kopf, głów­no­do­wo­dzą­cy, na­rzu­cał jako wa­ru­nek przy­stą­pie­nia do ata­ku. Przez ten czas, zgło­siw­szy się do bry­tyj­skie­go ge­ne­ra­ła Pa­tric­ka Cor­din­gleya, do­wód­cy Siód­mej Pan­cer­nej, Kit Car­son peł­nił funk­cję łącz­ni­ka mię­dzy tymi dwie­ma si­ła­mi.

Nie­wie­lu ame­ry­kań­skich żoł­nie­rzy zdo­ła­ło się za­in­te­re­so­wać rdzen­ną kul­tu­rą Sau­dyj­czy­ków i spró­bo­wa­ło się w nią wczuć. Car­son, z wro­dzo­ną so­bie cie­ka­wo­ścią, na­le­żał do chlub­nych wy­jąt­ków. Wśród bry­tyj­skich żoł­nie­rzy zna­lazł dwóch ofi­ce­rów z po­wierz­chow­ną zna­jo­mo­ścią arab­skie­go i pod­ła­pał od nich kil­ka zwro­tów. Od­wie­dza­jąc Al-Dżu­bajl, pięć razy dzien­nie wy­słu­chi­wał we­zwa­nia do mo­dli­twy i pa­trzył, jak odzia­ne w dłu­gie sza­ty po­sta­cie za każ­dym ra­zem kła­dą się na brzu­chu, by do­peł­nić ry­tu­ału.

Sau­dyj­czy­ków, z któ­ry­mi przy­cho­dzi­ło mu się spo­ty­kać, nie­odmien­nie po­zdra­wiał ofi­cjal­ną for­muł­ką Sa­lam alej­kum (po­kój z wami) i na­uczył się od­po­wia­dać Alej­kum as-sa­lam (i z wami też niech bę­dzie po­kój). Za­uwa­żył, jak bar­dzo za­ska­ki­wa­ło ich to, że cu­dzo­zie­miec za­da­je so­bie tyle fa­ty­gi, oraz że w re­zul­ta­cie od razu od­no­si­li się do nie­go przy­jaź­nie.

Trzy mie­sią­ce póź­niej bry­tyj­ską bry­ga­dę po­więk­szo­no do roz­mia­rów dy­wi­zji, a ge­ne­rał Schwarz­kopf, ku roz­go­ry­cze­niu ge­ne­ra­ła My­at­ta, prze­su­nął Bry­tyj­czy­ków jesz­cze bar­dziej na wschód. Gdy siły lą­do­we przy­stą­pi­ły wresz­cie do wal­ki, woj­na była krót­ka, za­ja­dła i bru­tal­na. Bry­tyj­skie czoł­gi Chal­len­ger II i ame­ry­kań­skie abram­sy do­szczęt­nie znisz­czy­ły irac­kie jed­nost­ki pan­cer­ne. W po­wie­trzu ko­ali­cja pa­no­wa­ła nie­po­dziel­nie już od wie­lu mie­się­cy.

Na­lo­ty dy­wa­no­we ame­ry­kań­skich bom­bow­ców B-52 star­ły w proch pie­cho­tę Sad­da­ma, któ­rej od­dzia­ły ma­so­wo skła­da­ły broń. Ame­ry­kań­scy ma­ri­nes przy­pu­ści­li szturm na Ku­wejt, gdzie po­wi­ta­no ich owa­cyj­nie, a po­tem wró­ci­li na gra­ni­cę irac­ką i usły­sze­li, że na roz­kaz do­wódz­twa mają prze­rwać dal­sze dzia­ła­nia. Woj­na lą­do­wa trwa­ła za­le­d­wie pięć dni.

Po­rucz­nik Kit Car­son wi­dać czymś się za­słu­żył, bo po po­wro­cie do kra­ju, la­tem 1991 roku, do­stał za­szczyt­ną pro­po­zy­cję prze­nie­sie­nia do plu­to­nu moź­dzie­rzy 81 mm, jako naj­lep­szy po­rucz­nik w ba­ta­lio­nie. Mimo że naj­wy­raź­niej cze­ka­ły go dal­sze awan­se i ka­rie­ra, po raz pierw­szy w ży­ciu, ale by­najm­niej nie ostat­ni, zro­bił coś nie­sza­blo­no­we­go. Wy­stą­pił o sty­pen­dium Olm­ste­da… i je otrzy­mał. Na py­ta­nie „dla­cze­go” od­po­wie­dział, że pra­gnie się do­stać do In­sty­tu­tu Ję­zy­ków Ob­cych przy De­par­ta­men­cie Obro­ny, miesz­czą­ce­go się w for­cie Pre­si­dio w Mon­te­rey, w Ka­li­for­nii. In­da­go­wa­ny da­lej, przy­znał, że chciał­by do per­fek­cji opa­no­wać ję­zyk arab­ski. Ta de­cy­zja zmie­ni­ła całe jego ży­cie.

Choć było to dla nich nie­co za­ska­ku­ją­ce, prze­ło­że­ni speł­ni­li proś­bę po­rucz­ni­ka. Ma­jąc sty­pen­dium Olm­ste­da w kie­sze­ni, pierw­szy rok spę­dził w Mon­te­rey, a dru­gi i trze­ci jako sta­ży­sta na Uni­wer­sy­te­cie Ame­ry­kań­skim w Ka­irze. Tu­taj od­krył, że jest je­dy­nym ame­ry­kań­skim ma­ri­ne i w ogó­le je­dy­nym woj­sko­wym, któ­ry brał udział w praw­dzi­wej wal­ce. Pod­czas jego po­by­tu w Ka­irze, dwu­dzie­ste­go szó­ste­go lu­te­go 1993 roku, Je­meń­czyk Ram­zi Yousef pró­bo­wał wy­sa­dzić jed­ną z wież World Tra­de Cen­ter na Man­hat­ta­nie. Nie uda­ło mu się, a jed­nak swo­ją ak­cją od­dał pierw­szy strzał w is­lam­skim dżi­ha­dzie prze­ciw­ko Sta­nom Zjed­no­czo­nym, co ja­koś umknę­ło uwa­gi ame­ry­kań­skie­go es­ta­bli­sh­men­tu.

W tam­tych cza­sach ga­ze­ty nie mia­ły jesz­cze elek­tro­nicz­nych wy­dań, ale po­rucz­nik Car­son przez ra­dio śle­dził po­stę­py do­cho­dze­nia po dru­giej stro­nie Atlan­ty­ku. Był za­sko­czo­ny i za­in­try­go­wa­ny. W koń­cu od­wie­dził naj­mą­drzej­sze­go czło­wie­ka, ja­kie­go spo­tkał w Egip­cie. Pro­fe­sor Cha­lid Ab­du­la­ziz, wy­kła­dow­ca na uni­wer­sy­te­cie Al-Azhar–jed­nym z naj­więk­szych ośrod­ków ba­dań Ko­ra­nu w ca­łym świe­cie mu­zuł­mań­skim – przy­jął mło­de­go Ame­ry­ka­ni­na w swo­im miesz­ka­niu na te­re­nie uni­wer­sy­tec­kie­go kam­pu­su.

– Dla­cze­go nas za­ata­ko­wa­li? – za­py­tał Kit Car­son.

– Dla­te­go że was nie­na­wi­dzą – od­parł spo­koj­nie sta­ru­szek.

– Ale dla­cze­go? Co ta­kie­go im zro­bi­li­śmy?

– Im oso­bi­ście? Ich oj­czy­znom? Ich ro­dzi­nom? Nic. Może wy­jąw­szy roz­da­wa­nie do­la­rów. Nie o to jed­nak cho­dzi. Nie na tym po­le­ga ter­ro­ryzm. Czy to będą ter­ro­ry­ści z Al-Fa­tah, z Czar­ne­go Wrze­śnia, czy nowy, rze­ko­mo re­li­gij­ny ga­tu­nek, na pierw­szy plan wy­su­wa­ją się wście­kłość i nie­na­wiść. Do­pie­ro po­tem szu­ka się uza­sad­nie­nia. Dla IRA jest nim pa­trio­tyzm, dla Czer­wo­nych Bry­gad po­li­ty­ka, a dla sa­la­fic­kich dżi­ha­dy­stów po­boż­ność. Rze­ko­ma po­boż­ność.

Pro­fe­sor pa­rzył na ma­łej ku­chen­ce spi­ry­tu­so­wej her­ba­tę dla dwóch osób.

– Ale oni twier­dzą, że kie­ru­ją się na­uka­mi Świę­te­go Ko­ra­nu. Po­dob­no słu­cha­ją pro­ro­ka Ma­ho­me­ta. Utrzy­mu­ją, że słu­żą Al­la­ho­wi.

Sta­ry uczo­ny uśmiech­nął się, pa­trząc na go­tu­ją­cą się wodę. Wtrą­ce­nie sło­wa „świę­ty” przed Ko­ra­nem nie umknę­ło jego uwa­gi. Grzecz­no­ścio­wy gest, lecz jak­że miły.

– Mło­dy czło­wie­ku, je­stem tak zwa­nym ha­fi­zem. Czy­li kimś, kto zna na pa­mięć wszyst­kie sześć ty­się­cy dwie­ście trzy­dzie­ści sześć wer­se­tów Świę­te­go Ko­ra­nu. W prze­ci­wień­stwie do wa­szej Bi­blii, pi­sa­nej przez set­ki au­to­rów, nasz Ko­ran na­pi­sał, a ra­czej po­dyk­to­wał, je­den czło­wiek. A mimo to znaj­du­ją się w nim ustę­py, któ­re po­zo­sta­ją w sprzecz­no­ści z in­ny­mi frag­men­ta­mi. Dżi­ha­dy­ści po­stę­pu­ją w ten spo­sób: wyj­mu­jąz kon­tek­stu kil­ka zwro­tów, do­dat­ko­wo jesz­cze je znie­kształ­ca­ją, a po­tem uda­ją, że oto mają bo­skie uza­sad­nie­nie. Ale nie mają. Na­sza świę­ta księ­ga nig­dzie nie mówi, że mamy do­ko­ny­wać rze­zi na ko­bie­tach i dzie­ciach w celu za­do­wo­le­nia tego, któ­re­go na­zy­wa­my Al­la­hem Mi­ło­sier­nym i Li­to­ści­wym. Tak samo po­stę­pu­ją wszy­scy eks­tre­mi­ści, rów­nież chrze­ści­jań­scy i ży­dow­scy. Na­pij­my się her­ba­ty, za­nim wy­sty­gnie. Trze­ba ją pić go­rą­cą.

– Pro­fe­so­rze, a co z tymi sprzecz­no­ścia­mi? Czy nikt się nimi nie zaj­mu­je, nie wy­ja­śnia ich, nie szu­ka roz­sąd­ne­go wy­tłu­ma­cze­nia?

Pro­fe­sor wła­sno­ręcz­nie do­lał Ame­ry­ka­ni­no­wi her­ba­ty. Miał słu­żą­cych, lu­bił jed­nak sam pa­rzyć i po­da­wać her­ba­tę.

– Ro­bią to cały czas. Od ty­sią­ca trzy­stu lat ucze­ni ba­da­ją tyl­ko tę jed­ną księ­gę i opa­tru­ją ją wła­sny­mi ko­men­ta­rza­mi. To tak zwa­ne ha­di­sy. Łącz­nie jest ich oko­ło stu ty­się­cy.

– Czy­tał je pan?

– Nie wszyst­kie. To by wy­peł­ni­ło ży­cie dzie­się­ciu lu­dzi. Ale znam wie­le z nich. A dwa sam na­pi­sa­łem.

– Je­den z za­ma­chow­ców, któ­rzy pod­ło­ży­li bom­bę, Omar Ab­del Rah­man, ten, któ­re­go na­zy­wa­ją śle­pym szej­kiem, rów­nież był… jest… uczo­nym.

– Któ­ry zbłą­dził. To nic no­we­go, zda­rza się w każ­dej re­li­gii.

– Mu­szę po­wtó­rzyć moje py­ta­nie. Dla­cze­go nie­na­wi­dzą?

– Dla­te­go, że nie je­ste­ście nimi. Pa­ła­ją wście­kło­ścią do wszyst­kich, któ­rzy są inni. Ży­dów i chrze­ści­jan zwa­nych ka­fi­ra­mi, czy­li nie­wier­ny­mi, któ­rzy nie chcą się na­wró­cić na je­dy­ną praw­dzi­wą wia­rę. A tak­że do tych, któ­rzy nie są mu­zuł­ma­na­mi w do­sta­tecz­nym stop­niu. W Al­gie­rii, w ra­mach swo­jej świę­tej woj­ny prze­ciw Al­gier­czy­kom, dżi­ha­dy­ści wy­rzy­na­ją­ca­łe wio­ski fel­la­chów, czy­li chło­pów, nie oszczę­dza­jąc ko­biet ani dzie­ci. Niech pan o tym nig­dy nie za­po­mi­na, po­rucz­ni­ku. Naj­pierw są wście­kłość i nie­na­wiść. Do­pie­ro po­tem szu­ka się uza­sad­nie­nia, uda­je głę­bo­ką po­boż­ność, a wszyst­ko to jed­na wiel­ka lipa.

– A pan, pro­fe­so­rze?

Sta­ru­szek wes­tchnął.

– Nie zno­szę ich, gar­dzę nimi. Trud­no, żeby było in­a­czej, sko­ro twarz mo­je­go uko­cha­ne­go is­la­mu uka­zu­ją świa­tu jako wy­krzy­wio­ną wście­kło­ścią i nie­na­wi­ścią. Ale ko­mu­nizm padł, a sła­bym i wy­ra­cho­wa­nym Za­cho­dem rzą­dzi po­goń za przy­jem­no­ścia­mi i chci­wość. Wie­lu lu­dzi ze­chce słu­chać tego no­we­go prze­sła­nia.

Kit Car­son zer­k­nął na ze­ga­rek – zbli­ża­ła się pora mo­dli­twy pro­fe­so­ra. Wstał. Uczo­ny skwi­to­wał ten gest uśmie­chem. On rów­nież wstał, od­pro­wa­dził swo­je­go go­ścia do drzwi, a kie­dy Ame­ry­ka­nin wy­szedł, za­wo­łał za nim:

– Po­rucz­ni­ku, oba­wiam się, że mój uko­cha­ny is­lam wkra­cza w dłu­gą i ciem­ną noc. Pan jest mło­dy, jesz­cze zo­ba­czy pan jej ko­niec, in­szal­lah. Mo­dlę się, że­bym ja nie do­żył tej chwi­li.

Trzy lata póź­niej sta­ry uczo­ny umarł we wła­snym łóż­ku. Ale ma­so­we za­bój­stwa już się za­czę­ły – od pod­ło­że­nia ol­brzy­miej bom­by w blo­ku miesz­kal­nym, któ­ry upodo­ba­li so­bie ame­ry­kań­scy cy­wi­le w Ara­bii Sau­dyj­skiej. Nie­ja­ki Osa­ma bin La­den opu­ścił Su­dan i po­wró­cił do Afga­ni­sta­nu jako gość ho­no­ro­wy no­we­go re­żi­mu ta­li­bów, któ­ry opa­no­wał cały kraj. A tym­cza­sem Za­chód, ra­do­śnie po­grą­ża­ją­cy się w kry­zy­sie, nie po­dej­mo­wał żad­nych wy­sił­ków, żeby się bro­nić.

Współ­cze­śnie

Gran­ge­com­be, mia­stecz­ko tar­go­we w an­giel­skim hrab­stwie So­mer­set, tyl­ko la­tem przy­cią­ga nie­co tu­ry­stów, któ­rzy prze­cha­dza­ją się po ko­cich łbach sie­dem­na­sto­wiecz­nych uli­czek. Po­nie­waż leży z dala od głów­nych au­to­strad pro­wa­dzą­cych do za­to­czek i plaż na po­łu­dnio­wo-za­chod­nim wy­brze­żu, poza se­zo­nem pa­nu­je tam spo­kój. Ma jed­nak swo­ją hi­sto­rię, pra­wa miej­skie nada­ne edyk­tem kró­lew­skim, radę miej­ską oraz bur­mi­strza. W kwiet­niu 2014 roku był nim Gi­les Ma­tra­vers, eme­ry­to­wa­ny kra­wiec, któ­ry ob­jął urząd nie za za­słu­gi ani w dro­dze wy­bo­rów, lecz jako ko­lej­ny kan­dy­dat z li­sty miej­sco­wych no­ta­bli. Wraz z ty­tu­łem prze­jął pra­wo do no­sze­nia bur­mi­strzow­skie­go łań­cu­cha, ob­szy­te­go fu­trem płasz­cza i trój­gra­nia­ste­go ka­pe­lu­sza.

I wła­śnie tak wy­stro­jo­ny otwie­rał nowy gmach Izby Han­dlo­wej na ty­łach High Stre­et, kie­dy od ma­łej grup­ki ga­piów ode­rwał się ja­kiś czło­wiek, po­ko­nał dzie­lą­ce ich dzie­sięć me­trów i za­nim kto­kol­wiek zdą­żył za­re­ago­wać, wbił mu w pierś rzeź­nic­ki nóż.

Na miej­scu byli wpraw­dzie dwaj po­li­cjan­ci, ale ża­den z nich nie miał bro­ni pal­nej. Umie­ra­ją­cym bur­mi­strzem za­ję­li się urzęd­nik ma­gi­stra­tu i inni, tyle że ich wy­sił­ki na nic się nie zda­ły. Po­li­cjan­ci oba­li­li za­bój­cę na zie­mię, choć ten ani my­ślał ucie­kać, wy­krzy­ki­wał tyl­ko raz za ra­zem sło­wa, któ­rych nikt nie ro­zu­miał, a któ­re eks­per­ci roz­szy­fro­wa­li po­tem jako Al­la­hu ak­bar!, czy­li „Bóg jest wiel­ki!”.

Je­den z funk­cjo­na­riu­szy zo­stał ran­ny w rękę, gdy pró­bo­wał ode­brać za­ma­chow­co­wi nóż, ale po­tem wraz z ko­le­gą przy­du­si­li go do zie­mi. Z Taun­ton, sto­li­cy hrab­stwa, przy­je­cha­li śled­czy, by wsz­cząć ofi­cjal­ne do­cho­dze­nie. Za­ma­cho­wiec sie­dział na po­ste­run­ku otę­pia­ły i nie od­po­wia­dał na py­ta­nia. Po­nie­waż no­sił di­sz­dasz, z ko­men­dy głów­nej hrab­stwa ścią­gnię­to ko­goś wła­da­ją­ce­go arab­skim, lecz i jemu nie uda­ło się po­ro­zu­mieć z za­trzy­ma­nym.

Usta­lo­no, że na­past­nik pra­co­wał w miej­sco­wym su­per­mar­ke­cie, gdzie zaj­mo­wał się roz­kła­da­niem to­wa­rów na pół­kach, i wy­naj­mo­wał ka­wa­ler­kę w pen­sjo­na­cie. We­dług wła­ści­ciel­ki był Ira­kij­czy­kiem. Na po­cząt­ku są­dzo­no, że do tego czy­nu skło­ni­ło go obu­rze­nie na to, co dzie­je się w jego kra­ju, jed­nak Mi­ni­ster­stwo Spraw We­wnętrz­nych ujaw­ni­ło, że przy­był do Wiel­kiej Bry­ta­nii jako uchodź­ca i otrzy­mał azyl po­li­tycz­ny. Na po­li­cję z wła­snej woli zgła­sza­ła się mło­dzież z mia­stecz­ka i ze­zna­wa­ła, że za­le­d­wie trzy mie­sią­ce wcze­śniej Fa­ro­uk, zwa­ny Fred­dym, im­pre­zo­wał na ca­łe­go, pił na umór i zmie­niał dziew­czy­ny jak rę­ka­wicz­ki. Aż na­gle coś w nim pę­kło, za­mknął się w so­bie i z po­gar­dą wspo­mi­nał swój daw­ny styl ży­cia.

W jego ka­wa­ler­ce nie zna­le­zio­no ni­cze­go spe­cjal­ne­go, nie li­cząc lap­to­pa, któ­re­go za­war­tość z pew­no­ścią nie zdzi­wi­ła­by po­li­cjan­tów z Bo­ise w Ida­ho. Była to se­ria ka­zań, w któ­rych za­ma­sko­wa­ny męż­czy­zna sie­dzą­cy na tle ma­te­ria­łu z wy­pi­sa­ny­mi wer­se­ta­mi z Ko­ra­nu wzy­wał wier­nych do znisz­cze­nia ka­fi­rów. Spe­sze­ni po­li­cjan­ci z So­mer­set obej­rze­li kil­ka­na­ście ta­kich wy­stą­pień, bo ka­zno­dzie­ja po­słu­gi­wał się an­giel­skim prak­tycz­nie bez śla­du ob­ce­go ak­cen­tu.

Pod­czas gdy wciąż mil­czą­ce­go za­bój­cę sta­wia­no w stan oskar­że­nia, jego akta i lap­top wy­sła­no do Lon­dy­nu. Po­li­cja me­tro­po­li­tal­na prze­ka­za­ła szcze­gó­ły da­nych do Mi­ni­ster­stwa Spraw We­wnętrz­nych, któ­re za­się­gnę­ło po­ra­dy Służ­by Bez­pie­czeń­stwa – MI5. Ci już wcze­śniej otrzy­ma­li ra­port swo­je­go re­zy­den­ta w am­ba­sa­dzie bry­tyj­skiej w Wa­szyng­to­nie na te­mat zaj­ścia w Ida­ho.

1996

Po po­wro­cie do Sta­nów Zjed­no­czo­nych ka­pi­tan Kit Car­son do­stał trzy­let­ni przy­dział do Camp Pen­dle­ton – bazy, w któ­rej się uro­dził i spę­dził pierw­sze czte­ry lata ży­cia.

W tym cza­sie w domu spo­koj­nej sta­ro­ści w Ka­ro­li­nie Pół­noc­nej zmarł jego dzia­dek ze stro­ny ojca, eme­ry­to­wa­ny puł­kow­nik pie­cho­ty mor­skiej, któ­ry brał udział w wal­kach o Iwo Jimę. Przed śmier­cią, puch­nąc z dumy, zdą­żył jesz­cze uczest­ni­czyć w pro­mo­cji ojca Kita, któ­ry otrzy­mał swo­ją pierw­szą ge­ne­ral­ską gwiazd­kę.

Kit Car­son po­znał i po­ślu­bił pie­lę­gniar­kę z ma­ry­nar­ki wo­jen­nej, pra­cu­ją­cą w tym sa­mym szpi­ta­lu, w któ­rym przy­szedł na świat. Przez trzy lata sta­ra­li się z Su­san o dziec­ko, aż w koń­cu ba­da­nia wy­ka­za­ły, że jest bez­płod­na. Uzgod­ni­li, że kie­dyś zde­cy­du­ją się na ad­op­cję, ale jesz­cze nie te­raz. La­tem 1999 roku skie­ro­wa­no go z po­wro­tem na stu­dia w wyż­szej uczel­ni woj­sko­wej w Qu­an­ti­co, a w roku 2000 awan­so­wał na ma­jo­ra. Po pro­mo­cji wy­sła­no go z żoną za gra­ni­cę, tym ra­zem na ja­poń­ską Oki­na­wę.

To wła­śnie tam, wie­le stref cza­so­wych na za­chód od No­we­go Jor­ku, kie­dy pró­bo­wał zła­pać przed snem ostat­nie wie­czor­ne wia­do­mo­ści, nie do­wie­rza­jąc wła­snym oczom, obej­rzał re­la­cję z wy­da­rze­nia, któ­re póź­niej okre­śla­no po pro­stu jako je­de­na­sty wrze­śnia 2001.

Ra­zem z in­ny­mi prze­sie­dział w klu­bie ofi­cer­skim całą noc, raz za ra­zem w głu­chej ci­szy oglą­da­jąc w zwol­nio­nym tem­pie, jak dwa sa­mo­lo­ty pa­sa­żer­skie wbi­ja­ją się w bliź­nia­cze wie­że kom­plek­su World Tra­de Cen­ter – pierw­szy w pół­noc­ną, dru­gi w po­łu­dnio­wą.

W prze­ci­wień­stwie do woj­sko­wych obok nie­go, Kit Car­son wła­dał arab­skim, znał świat arab­ski, a tak­że za­wi­ło­ści is­la­mu, któ­rą to re­li­gię wy­zna­je po­nad mi­liard miesz­kań­ców Zie­mi.

Przy­po­mniał so­bie pro­fe­so­ra Ab­du­la­zi­za – ła­god­ne­go, uprzej­me­go star­ca, któ­ry po­da­jąc her­ba­tę, prze­po­wia­dał dłu­gą i ciem­ną noc dla świa­ta is­la­mu. A tak­że dla in­nych. Słu­chał, jak lu­dzie do­oko­ła nie­go ki­pią z wście­kło­ści, w mia­rę jak po­da­wa­no ko­lej­ne szcze­gó­ły. Za­ma­chu do­ko­na­ło dzie­więt­na­stu Ara­bów, w tym pięt­na­stu Sau­dyj­czy­ków. Przy­po­mniał so­bie pro­mien­ne uśmie­chy skle­pi­ka­rzy w Al-Dżu­bajl, gdy wi­tał się z nimi w ich oj­czy­stym ję­zy­ku. Czy byli to ci sami lu­dzie?

O świ­cie cały pułk we­zwa­no na apel, by wy­słu­cha­li słów do­wód­cy. Jego prze­kaz był po­nu­ry. Wy­bu­chła woj­na, a za­tem pie­cho­ta mor­ska, jak za­wsze, bę­dzie bro­ni­ła kra­ju wszel­ki­mi środ­ka­mi, wszę­dzie i je­śli tyl­ko oka­że się po­trzeb­na.

Ma­jor Kit Car­son z go­ry­czą po­my­ślał o tych stra­co­nych la­tach, kie­dy na­stę­pu­ją­ce je­den po dru­gim ata­ki na Sta­ny Zjed­no­czo­ne w Afry­ce i na Bli­skim Wscho­dzie owo­co­wa­ły je­dy­nie trwa­ją­cym przez góra ty­dzień obu­rze­niem ze stro­ny po­li­ty­ków, ale nie spo­wo­do­wa­ły ra­dy­kal­ne­go uświa­do­mie­nia so­bie roz­mia­rów jat­ki szy­ko­wa­nej w sie­ci ja­skiń w Afga­ni­sta­nie.

Nie spo­sób prze­ce­nić wpły­wu trau­my je­de­na­ste­go wrze­śnia na Sta­ny Zjed­no­czo­ne i ame­ry­kań­skich oby­wa­te­li.

Wszyst­ko się zmie­ni­ło, już nig­dy nie mia­ło być tak samo. W cią­gu dwu­dzie­stu czte­rech go­dzin ol­brzym na­resz­cie się prze­bu­dził.

Car­son wie­dział, że na­stą­pią dzia­ła­nia od­we­to­we, i chciał wziąć w nich udział. A tym­cza­sem tkwił na ja­poń­skiej wy­spie, ma­jąc do od­słu­że­nia na tej pla­ców­ce jesz­cze dłu­gie lata.

Jed­nak wy­da­rze­nie, któ­re na za­wsze zmie­ni­ło ob­li­cze Ame­ry­ki, zmie­ni­ło tak­że ży­cie Kita Car­so­na. Nie wie­dział, bo i skąd, że w Wa­szyng­to­nie nie­ja­ki Hank Cramp­ton, je­den z naj­wyż­szych ran­gą ofi­ce­rów CIA oraz we­te­ran zim­nej woj­ny, wer­tu­je akta wojsk lą­do­wych, ma­ry­nar­ki wo­jen­nej, sił po­wietrz­nych i pie­cho­ty mor­skiej w po­szu­ki­wa­niu lu­dzi o rzad­kich umie­jęt­no­ściach. Ope­ra­cja ta, o kryp­to­ni­mie Szo­ro­wa­nie, mia­ła wy­ło­wić ofi­ce­rów w służ­bie czyn­nej, zna­ją­cych arab­ski.

W biu­rze Cramp­to­na w gma­chu nu­mer 2 na te­re­nie kom­plek­su CIA w Lan­gley, w Wir­gi­nii, akta wpro­wa­dza­no do kom­pu­te­rów, któ­re ana­li­zo­wa­ły dane szyb­ciej, niż oko ludz­kie mo­gło je prze­czy­tać albo ludz­ki mózg prze­tra­wić. Więk­szość z wy­świe­tla­ją­cych się na mo­ni­to­rach na­zwisk i opi­sów prze­bie­gu służ­by od­rzu­ca­no, zo­sta­wa­ły tyl­ko nie­licz­ne.

Jed­no na­zwi­sko wy­świe­tli­ło się z pul­su­ją­cą gwiazd­ką w gór­nym rogu ekra­nu. Ma­jor pie­cho­ty mor­skiej, sty­pen­dy­sta Olm­ste­da, ab­sol­went In­sty­tu­tu Ję­zy­ków Ob­cych w Mon­te­rey, dwa lata w Ka­irze, dwu­ję­zycz­ny, je­śli cho­dzi o arab­ski. Gdzie on jest? – za­py­tał Cramp­ton. Na Oki­na­wie – od­parł kom­pu­ter. Trud­no, po­trze­bu­je­my go tu­taj – oświad­czył Cramp­ton.

Wy­ma­ga­ło to tro­chę cza­su i po­hu­ki­wa­nia. Kor­pus się nie zga­dzał, ale Agen­cja mia­ła prze­wa­gę. Dy­rek­tor CIA od­po­wia­da tyl­ko przed pre­zy­den­tem, a dy­rek­tor Cen­tra­li Wy­wia­du Geo­r­ge Te­net miał cho­dy u Geo­r­ge’a W. Bu­sha. Ga­bi­net Owal­ny od­da­lił pro­te­sty ma­ri­nes. Ma­jor Car­son zo­stał na­tych­miast od­de­le­go­wa­ny do CIA. Nie chciał zmie­niać przy­dzia­łu służ­bo­we­go, lecz dzię­ki temu mógł się przy­najm­niej wy­rwać z Oki­na­wy, a zresz­tą przy­siągł, że wró­ci do kor­pu­su, gdy tyl­ko bę­dzie to moż­li­we.

Dwu­dzie­ste­go wrze­śnia 2001 roku z Oki­na­wy wy­star­to­wał do Ka­li­for­nii sa­mo­lot trans­por­to­wy typu Star­li­fter. Z tyłu sie­dział ma­jor pie­cho­ty mor­skiej. Wie­dział, że kor­pus za­opie­ku­je się Su­san i z cza­sem za­kwa­te­ru­je ją w ba­zie ma­ri­nes w Qu­an­ti­co, by miał do niej bli­sko z Lan­gley.

Z Ka­li­for­nii ma­jo­ra Car­so­na prze­rzu­co­no do bazy lot­ni­czej An­drews pod Wa­szyng­to­nem i w ten spo­sób, zgod­nie z roz­ka­zem, zna­lazł się w kwa­te­rze głów­nej CIA.

Po se­rii roz­mów, spraw­dzia­nów z arab­skie­go i przy­mu­so­wej za­mia­nie mun­du­ru na ubra­nie cy­wil­ne do­stał w koń­cu mały ga­bi­net w gma­chu nu­mer 2, szmat dro­gi od naj­star­szych ran­gą pra­cow­ni­ków Agen­cji, urzę­du­ją­cych na gór­nych pię­trach gma­chu nu­mer 1.

Kie­dy za­rzu­co­no go ster­tą prze­chwy­co­nych roz­mów po arab­sku, któ­re miał prze­stu­dio­wać i sko­men­to­wać, wku­rzył się nie na żar­ty. To była ro­bo­ta dla NSA – Agen­cji Bez­pie­czeń­stwa Na­ro­do­we­go w Fort Me­ade przy Bal­ti­mo­re Road w Ma­ry­lan­dzie. To NSA dys­po­no­wa­ła spe­ca­mi od pro­wa­dze­nia na­słu­chu, pod­rzu­ca­nia plu­skiew i ła­ma­nia szy­frów. A on nie po to wstą­pił do kor­pu­su pie­cho­ty mor­skiej, by ana­li­zo­wać treść wia­do­mo­ści nada­wa­nych przez Ra­dio Kair.

A po­tem po gma­chu ro­ze­szła się plot­ka. Muł­ła Omar, dzi­wacz­ny przy­wód­ca rzą­du ta­li­bów, od­mó­wił wy­da­nia spraw­ców za­ma­chu z je­de­na­ste­go wrze­śnia. Osa­ma bin La­den i cała jego Al-Ka­ida mie­li bez­piecz­nie po­zo­stać w Afga­ni­sta­nie. Plot­ka gło­si­ła: do­ko­na­my in­wa­zji.

Nie­licz­ne szcze­gó­ły w kil­ku kwe­stiach oka­za­ły się do­kład­ne. Po­tęż­ne siły ma­ry­nar­ki wo­jen­nej w Za­to­ce Per­skiej za­pew­nią zma­so­wa­ny atak z po­wie­trza. Pa­ki­stań­czy­cy nie­chęt­nie pój­dą na współ­pra­cę, sta­wia­jąc dzie­siąt­ki wa­run­ków. Na ląd Ame­ry­ka­nie wy­ślą­je­dy­nie siły spe­cjal­ne, w to­wa­rzy­stwie ta­kich sa­mych jed­no­stek bry­tyj­skich.

Kit Car­son za­wal­czył o swo­je, i nie ba­wił się w ce­re­gie­le. Umó­wił się na roz­mo­wę z sze­fem De­par­ta­men­tu Dzia­łal­no­ści Spe­cjal­nej (SAD) i wal­nął pro­sto z mo­stu: je­stem wam po­trzeb­ny.

– Z ca­łym sza­cun­kiem, do­pó­ki sie­dzę tu i pier­dzę w sto­łek, nie ma ze mnie żad­ne­go po­żyt­ku. Może nie wła­dam pasz­tuń­skim ani dari, ale na­szy­mi praw­dzi­wy­mi wro­ga­mi są ter­ro­ry­ści bin La­de­na… sztu­ka w sztu­kę Ara­bo­wie. Mogę słu­chać, co mają do po­wie­dze­nia. Mogę prze­słu­chi­wać więź­niów, czy­tać ich in­struk­cje na pi­śmie i no­tat­ki. To w Afga­ni­sta­nie mnie po­trze­bu­je­cie, a nie tu­taj.

Zna­lazł sprzy­mie­rzeń­ca. Za­ła­twił so­bie prze­nie­sie­nie. Kie­dy siód­me­go paź­dzier­ni­ka pre­zy­dent Bush ogła­szał in­wa­zję, pierw­sze od­dzia­ły SAD były już w dro­dze na spo­tka­nie z wal­czą­cym z ta­li­ba­mi So­ju­szem Pół­noc­nym. Wraz z nimi za­brał się Kit Car­son.