Czarna lista - Frederick Forsyth - ebook + audiobook

12 osób właśnie czyta

Opis

Najnowszy, długo wyczekiwany tytuł Fredericka Forsytha, mistrza thrillera politycznego – trzymająca w napięciu powieść sensacyjna.

Jest rok 2014. USA i Wielką Brytanią wstrząsa seria zabójstw. Morderstw dokonują fanatyczni fundamentaliści islamscy, zainspirowani zamieszczanymi w internecie kazaniami, nawołującymi do zabijania niewiernych. Ich autor, nazywany Kaznodzieją, trafia na tajną listę osób „do odstrzału” – groźnych terrorystów do natychmiastowego wyeliminowania. Na czele TOSY, jednostki operacyjnej, której zadaniem jest likwidacja celów, staje Tropiciel, były podpułkownik piechoty morskiej i syn jednej z ofiar. W ustaleniu tożsamości i miejsca pobytu tajemniczego Kaznodziei pomaga Tropicielowi genialny haker, nastolatek z zespołem Aspergera. Rozpoczyna się pościg za nieuchwytnym terrorystą…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 384

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 39 min

Lektor: Jan Peszek

Popularność


Wydanie elektroniczne

O książce

Najnowsza powieść mistrza politycznego thrillera, którą słynny pisarz powraca do swoich korzeni – do Dnia Szakala.

Rok 2014. USA i Wielką Brytanią wstrząsa seria zabójstw. Łączy je wspólny mianownik: mordercy to nawróceni na fanatyczny dżihad islamiści, zainspirowani zamieszczanymi w internecie kazaniami wzywającymi do zabijania niewiernych. Ich autor, nazywany Kaznodzieją, trafia na amerykańską listę osób „do odstrzału” – groźnych terrorystów, którzy mają być zlikwidowani bez stawania przed sądem. Egzekucjami zajmuje się specjalna jednostka „łowców głów” – Komórka Wsparcia Operacyjno-technicznego, w skrócie TOSA. Jej najlepszym agentem jest niejaki Tropiciel, były podpułkownik marines, którego ojciec zginął ostatnio z rąk terrorystów. Tropiciel nie wie nic o swoim celu: nie zna jego nazwiska, wyglądu ani nawet miejsca pobytu. Aby namierzyć Kaznodzieję, zwraca się o pomoc do genialnego hackera o pseudonimie Ariel, nastolatka z zespołem Aspergera, który nigdy nie wychodzi z domu…

FREDERICK FORSYTH

Słynny pisarz i dziennikarz brytyjski. Mając 17 lat, wstąpił do RAF-u i uzyskał licencję pilota wojskowego. Dwa lata później porzucił służbę w lotnictwie na rzecz dziennikarstwa. W latach 1961-65 był korespondentem Reutera w Berlinie i Paryżu. W 1967 z ramienia BBC wyjechał do Biafry, skąd nadawał reportaże z wojny z Nigerią. Wyrzucony z pracy za rzekomą nieobiektywność, powrócił do Biafry jako wolny strzelec i zaprzyjaźnił się z przywódcą secesjonistów. Światową sławę przyniósł pisarzowi wydany w 1971 thriller Dzień Szakala. Umocniły ją kolejne powieści i zbiory opowiadań, m.in. Akta Odessy, Psy wojny, Diabelska alternatywa, Dezinformator, Ikona, Weteran, Mściciel, Afgańczyk, Kobra i Czarna Lista. Łączny nakład książek Forsytha, uznanego za twórcę gatunku zwanego thrillerem polityczno-spiskowym, przekroczył sto milionów egzemplarzy. Sukces literacki zdyskontowały liczne adaptacje kinowe i telewizyjne, w tym głośny obraz Freda Zinnemanna o próbie zamachu na generała de Gaulle’a.

www.frederickforsyth.co.uk

Tego autora

DZIEŃ SZAKALA

AKTA ODESSY

PSY WOJNY

PASTERZ

DIABELSKA ALTERNATYWA

CZWARTY PROTOKÓŁ

DEZINFORMATOR

PIĘŚĆ BOGA

IKONA

WETERAN

MŚCICIEL

AFGAŃCZYK

KOBRA

CZARNA LISTA

Tytuł oryginału:

THE KILL LIST

Copyright © Frederick Forsyth 2013

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz 2014

Polish translation copyright © Andrzej Niewiadomski 2014

Redakcja: Beata Kaczmarczyk

Projekt graficzny okładki: Andrzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7885-177-6

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Żołnierzom

z bardzo licznego

Korpusu Piechoty Morskiej Stanów Zjednoczonych

i bardzo nielicznym

brytyjskim zwiadowcom z plutonu pathfinderów.

Tych pierwszych witam: Semper Fi;

drugim powiadam: Nie zazdroszczę ci.

Podziękowania

Serdecznie dziękuję wszystkim, których informacje znalazły się w tej książce. Jak zwykle przynajmniej połowa z nich nie chce się ujawnić. Ale i tym, którzy żyją w świetle dnia, i tym, którzy pracują w cieniu – sami wiecie, o kogo mi chodzi – składam wyrazy wdzięczności.

Osoby

Kaznodzieja – terrorysta Tropiciel – łowca głów Gray Fox – dyrektor TOSA

Roger Kendrick, pseudonim Ariel – geniusz komputerowy

Ibrahim Samir, pseudonim Troll – geniusz komputerowy

Javad – wtyczka CIA w pakistańskiej ISI

Benny – szef wydziału Mossadu, dział Rogu Afryki, Tel Awiw

Opal – agent Mossadu działający z Kismaju

Mustafa Dardari – właściciel Masala Pickles

Adrian Herbert – SIS (Szóstka, MI6)

Laurence Firth – Piątka (MI5)

Harry Andersson – szwedzki armator i potentat finansowy

Kapitan Stig Eklund z Malmö

Kadet Ove Carlsson z Malmö

Al-Afrit – Somalijczyk, przywódca klanu i herszt piratów

Gareth Evans – negocjator

Ali Abdi – negocjator

Emily Bulstrode – herbaciarka

Jamma – prywatny sekretarz Kaznodziei

David, Pete, Barry, Dai, Kudłaty i Tim – pathfinderzy

Prolog

W mrocznym i tajnym sercu Waszyngtonu spoczywa krótka supertajna lista. Zawiera nazwiska terrorystów uznanych za tak groźnych dla obywateli oraz interesów Stanów Zjednoczonych, że skazano ich na śmierć bez silenia się na aresztowanie, postawienie przed sądem i zapewnienie należytego procesu. Ten wykaz nazywany jest Czarną Listą.

Co tydzień, we wtorek rano, w Gabinecie Owalnym nad ewentualnymi uzupełnieniami listy debatują prezydent oraz sześć osób – zawsze tyle, ani mniej, ani więcej. Wśród nich są dyrektor CIA oraz czterogwiazdkowy generał dowodzący największą i najgroźniejszą prywatną armią na świecie. Mowa o JSOC, Połączonym Dowództwie Operacji Specjalnych – najbardziej elitarnej jednostce sił specjalnych, która podobno nie istnieje.

Pewnego zimnego ranka, wiosną 2014 roku, do listy dopisano nową pozycję. Człowieka tak nieuchwytnego, że potężna amerykańska machina antyterrorystyczna nie dysponowała ani jego prawdziwym nazwiskiem, ani zdjęciem. Podobnie jak Anwar al-Awlaki, urodzony w Stanach Zjednoczonych jemeński fanatyk wygłaszający pełne nienawiści kazania za pośrednictwem internetu, który swego czasu znajdował się na Czarnej Liście i w 2011 roku w północnym Jemenie został zmieciony z powierzchni ziemi wystrzelonym z drona pociskiem, ten nowy nabytek również zamieszczał swoje kazania w sieci. Siła jego przemówień była tak wielka, że młodzi ludzie z muzułmańskiej diaspory stawali się radykalnymi islamistami i mordowali w jego imieniu.

Tak jak Awlaki, on również przemawiał nienaganną angielszczyzną. Z braku nazwiska znano go po prostu jako Kaznodzieję.

Zadanie zlecono JSOC, którego dowódca przekazał je TOSA – jednostce tak dalece zakamuflowanej, że dziewięćdziesiąt osiem procent amerykańskich oficerów w służbie czynnej nigdy o niej nie słyszało.

Tymczasem TOSA to maleńki wydział z siedzibą w północnej Wirginii, którego zadaniem jest ściganie terrorystów usiłujących uniknąć karzącej ręki amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości.

Po południu tego samego dnia dyrektor TOSA, we wszystkich oficjalnych dokumentach występujący jako Gray Fox, wszedł do gabinetu swojego najstarszego rangą łowcy i położył na jego biurku kartkę. Widniały na niej tylko cztery słowa:

Kaznodzieja. Zidentyfikować. Namierzyć. Zlikwidować.

Poniżej figurował podpis głównodowodzącego, czyli prezydenta. Tym samym kartka nabrała mocy dekretu prezydenckiego.

Mężczyzna patrzący na dekret – enigmatyczny podpułkownik Korpusu Piechoty Morskiej Stanów Zjednoczonych – miał czterdzieści pięć lat. Również on, zarówno w tym budynku, jak i poza nim, znany był tylko pod kryptonimem – jako TROPICIEL.

CZĘŚĆ PIERWSZAZlecenie

1

W razie potrzeby Jerry Dermott z ręką na sercu mógłby przysiąc, że nigdy nikogo świadomie nie skrzywdził, więc nie zasługuje na śmierć. Ale to go nie uratowało.

Była połowa marca w Boise, w Idaho. Zima niechętnie ustępowała, lecz na szczytach wysokich gór otaczających stolicę stanu wciąż zalegał śnieg i nadal wiał od nich przenikliwy wiatr. Przechodnie na ulicy kulili się w ciepłych płaszczach, gdy z budynku legislatury przy West Jefferson Street 700 wyszedł kongresmen stanowy.

Pojawił się w okazałym wejściu do Kapitolu i oddalając się od ścian z piaskowca, zszedł schodami na ulicę, gdzie czekała już na niego limuzyna. Pozdrawiając, jak zwykle, uprzejmym skinieniem głowy policjanta stojącego pod kolumnami portyku, zauważył, że Joe, od wielu lat jego wierny kierowca, obchodzi samochód, by otworzyć tylne drzwi. Nie zwrócił jednak uwagi na opatuloną postać, która wstała z ławki na chodniku i ruszyła w jego stronę.

Mężczyzna był ubrany w długi ciemny płaszcz i przytrzymywał rękami jego rozpięte poły. Na głowie miał wzorzystą wełnianą czapkę. Ewentualnego obserwatora – ale takiego nie było – mogłoby zdziwić jedynie to, że spod płaszcza nie wystawały nogawki dżinsów, tylko biała szata. Później ustalono, że był to arabski diszdasz.

Jerry Dermott podchodził już do otwartych drzwi limuzyny, lecz kiedy usłyszał: „Panie kongresmenie!”, odwrócił się do wołającego. Ostatnią rzeczą, jaką zobaczył na tym świecie, była ogorzała twarz człowieka, który patrzył na niego na przestrzał, jakby spoglądał na coś w oddali. Poły płaszcza rozsunęły się, lufy wiszącego pod materiałem obrzyna powędrowały w górę.

Później policja ustaliła, że wypalono z obu luf jednocześnie; gilzy były nabite grubym śrutem, a nie śruciną na ptaki. Strzał padł z odległości mniej więcej trzech metrów.

Skrócone przez obcięcie lufy powodowały szeroki rozrzut. Część stalowych kulek minęła kongresmena z obu stron, a kilka trafiło Joego z taką siłą, że się odwrócił i zatoczył. Pod marynarką miał pistolet, nie zdążył go jednak użyć, bo chwycił się rękami za twarz.

Zareagował tylko policjant na schodach. Wyciągnął rewolwer i popędził w dół. Napastnik uniósł obie ręce, prawą ściskając strzelbę, i coś krzyknął. Ale policjant nie mógł wiedzieć, że druga lufa też jest pusta, więc wypalił trzy razy. Jako wprawny strzelec z odległości sześciu metrów nie mógł chybić.

Trzy kule trafiły krzyczącego mężczyznę w sam środek klatki piersiowej z taką siłą, że poleciał do tyłu, odbił się od bagażnika limuzyny, padł na brzuch i skonał z twarzą w rynsztoku. W drzwiach gmachu pojawili się ludzie. Widząc dwa trupy, szofera gapiącego się na swoje zakrwawione dłonie oraz policjanta, który stoi nad napastnikiem, celując w niego z trzymanego oburącz rewolweru, biegiem wrócili do budynku, by wezwać wsparcie.

Zwłoki dwóch mężczyzn przewieziono do kostnicy miejskiej, a Joe trafił do szpitala na usunięcie trzech śrucin, które utkwiły mu w twarzy. Kongresmen nie żył, jego pierś przeszyło ponad dwadzieścia stalowych kulek, przebijając mu serce i płuca. Napastnik również był martwy.

Kiedy leżał nagi na stole sekcyjnym w kostnicy, nadal nie znano jego tożsamości. Nie miał przy sobie żadnych dokumentów ani, co dziwne, śladów owłosienia na ciele, jeśli nie liczyć brody. Dopiero zamieszczenie jego portretu w popołudniówkach zaowocowało dwojgiem informatorów: dziekan położonej na obrzeżach miasta uczelni rozpoznał w zabójcy pochodzącego z Jordanii studenta, a właścicielka pensjonatu – jednego ze swoich lokatorów.

Śledczy, którzy przetrząsnęli mieszkanie zabitego, zabrali wiele książek w języku arabskim oraz laptopa. W laboratorium policyjnym zgrano zawartość komputera. A wtedy w komendzie głównej policji w Boise zobaczyli coś, czego jeszcze nie widzieli. Na twardym dysku zapisany był cykl wykładów, a raczej kazań, wygłaszanych przez zamaskowaną postać, spoglądającą w obiektyw kamery pałającymi oczami i posługującą się płynną angielszczyzną.

Przekaz był prosty i brutalny. Prawdziwie wierzący powinien wyrzec się herezji i nawrócić na muzułmańską prawdę. Zgodnie z tym, co nosi w duszy, ma się nikomu nie zwierzać ani nie ufać, przyjąć filozofię dżihadu i stać się wiernym, lojalnym żołnierzem Allaha. Następnie powinien wyszukać znaną osobistość w służbie Wielkiego Szatana i wysłać ją do piekła, po czym zginąć jako szahid, męczennik, i na zawsze zamieszkać w raju Allaha. Takich kazań były dziesiątki, a każde niosło to samo przesłanie.

Policja przekazała dowody rzeczowe do biura terenowego FBI w Boise, skąd całość akt przesłano do gmachu J. Edgara Hoovera w Waszyngtonie. W krajowej centrali FBI materiały nikogo nie zdziwiły. Już wcześniej słyszeli tam o Kaznodziei.

1968

Ósmego listopada pani Lucy Carson zaczęła rodzić, więc zabrano ją prosto na oddział położniczy Szpitala Marynarki Wojennej w Camp Pendleton w Kalifornii, gdzie stacjonowała jednostka męża. Dwa dni później urodził się jej pierwszy i – jak się okazało – jedyny syn.

Nadano mu imię Christopher, po dziadku ze strony ojca, lecz ponieważ tamtego wysokiego rangą oficera piechoty morskiej wszyscy nazywali Chris, na dziecko wołano Kit. Chodziło tylko o to, żeby nie mylić wnuka z dziadkiem – zbieżność przezwiska z przydomkiem słynnego generała i pogromcy Indian z Dzikiego Zachodu była całkowicie przypadkowa.

Data urodzin, dziesiąty listopada, również była szczęśliwa – tego dnia w 1775 roku narodził się Korpus Piechoty Morskiej Stanów Zjednoczonych.

Kapitan Alvin Carson przebywał akurat w Wietnamie, gdzie toczyły się zażarte walki i miało tak być jeszcze przez pięć lat. Ale że jego tura właśnie dobiegała końca, dostał przepustkę na święta Bożego Narodzenia, by mógł się zobaczyć z żoną i dwiema córeczkami oraz utulić swojego pierwszego syna.

Zaraz po Nowym Roku odleciał z powrotem do Wietnamu, skąd w roku 1970 na dobre wrócił do rozrastającej się bazy piechoty morskiej w Pendleton. Jego następny przydział nie wiązał się z wyjazdem – kolejne trzy lata spędził w Kalifornii, patrząc, jak syn wyrasta z niemowlaka na czteroipółlatka.

Tutaj, z dala od śmiercionośnych azjatyckich dżungli, prowadził z żoną typowe życie wojskowego stacjonującego w bazie – obracające się między kwaterami dla małżeństw, biurem, klubem towarzyskim, kantyną i kościołem. Mógł też uczyć syna pływania w basenie portowym Del Mar. Lata spędzone w Pendleton wspominał później jako życie usłane różami.

W roku 1973 przeniesiono go wraz z rodziną do bazy Quantico niedaleko stolicy kraju, Waszyngtonu. Quantico było wówczas olbrzymią, pełną komarów i kleszczy dziczą, w której mały chłopczyk mógł się uganiać pośród drzew za wiewiórkami i szopami praczami.

Carsonowie wciąż przebywali w bazie, gdy Henry Kissinger i Le Duc Tho z Wietnamu Północnego spotkali się pod Paryżem i wypracowali porozumienie oficjalnie kończące dekadę krwawej jatki, zwanej dzisiaj wojną wietnamską.

Carson, obecnie już w stopniu majora, wrócił na swoją trzecią turę do Wietnamu, gdzie niebezpieczeństwo wciąż czyhało na każdym kroku, bo wojska Wietnamu Północnego szykowały się do złamania układów paryskich i dokonania inwazji na południe. Odwołano go do kraju wcześnie, jeszcze przed szaleńczą przepychanką na dachu ambasady, kiedy to tłum ludzi pragnął się dostać do ostatniego samolotu czekającego na lotnisku.

Przez ten czas jego syn Kit przeszedł wszystkie normalne etapy rozwoju amerykańskiego chłopca – baseballowa Mała Liga, skauci, szkoła. Latem 1976 roku major Carson z rodziną został przeniesiony do trzeciej ogromnej bazy piechoty morskiej – Camp Lejeune w Karolinie Północnej.

Jako zastępca dowódcy batalionu pracował w Ósmej Kwaterze Głównej Piechoty Morskiej przy ulicy C, a mieszkał z żoną i trójką dzieci w bezładnym skupisku domów dla żonatych oficerów. Nigdy nie rozmawiano o tym, kim chciałby w przyszłości zostać dorastający chłopiec. Urodził się jako syn dwóch rodzin: Carsonów oraz piechoty morskiej. Zakładano więc, że pójdzie w ślady dziadka i ojca, wstąpi do szkoły oficerskiej i przywdzieje mundur.

W latach 1978–1981 majora Carsona skierowano na placówkę, która od dawna mu się należała – w Norfolk, wielkiej amerykańskiej bazie marynarki i piechoty morskiej na południowym brzegu zatoki Chesapeake w północnej Wirginii. Rodzina zamieszkała na terenie bazy, major zaś, jako oficer marines, wypłynął w rejs na pokładzie USS Nimitz – dumy floty lotniskowców. Właśnie z niego przyglądał się fiasku operacji Orli Szpon, znanej także jako Desert One: nieudanej próby odbicia z ambasady w Teheranie amerykańskich dyplomatów, których w charakterze zakładników przetrzymywali „studenci” ogłupieni przez ajatollaha Chomeiniego.

Stojąc na mostku Nimitza, z lornetką peryskopową przy oczach, patrzył, jak osiem olbrzymich helikopterów Sea Stallion z rykiem silników odlatuje w kierunku brzegu, by wesprzeć zielone berety i rangerów, którzy mieli wedrzeć się do ambasady, uwolnić dyplomatów i odstawić ich na bezpieczny okręt.

Widział, jak większość z nich wraca poobijana. Najpierw te dwa, które popsuły się nad irańskim wybrzeżem, bo wpadły w burzę piaskową, nie mając odpowiednich filtrów powietrza. Później inne, transportujące rannych, po tym jak jedna z maszyn wbiła się w przednią szybę herculesa i eksplodowała w kuli ognia. Do końca swoich dni z goryczą wspominał tę katastrofę i idiotyczne planowanie, które do niej doprowadziło.

Od 1981 do 1984 roku Alvin Carson, wówczas już podpułkownik, przebywał z rodziną w Londynie, jako attache Korpusu Piechoty Morskiej Stanów Zjednoczonych w ambasadzie przy Grosvenor Square. Kita zapisano do amerykańskiej szkoły w St John’s Wood. Później chłopiec miło wspominał ten trzyletni pobyt w Londynie. Były to czasy Margaret Thatcher, Ronalda Reagana i ich nadzwyczajnej współpracy.

Zaatakowano i wyzwolono Falklandy. Tydzień przed wkroczeniem brytyjskich spadochroniarzy do Port Stanley Ronald Reagan złożył oficjalną wizytę państwową w Londynie. Najpopularniejszym Amerykaninem w mieście stał się Charlie Price, nowo mianowany ambasador. Odbywały się przyjęcia i bale. Podczas prezentacji personelu ambasady Carsonowie zostali przedstawieni królowej Elżbiecie. Czternastoletni Kit Carson po raz pierwszy zadurzył się w dziewczynie. A jego ojciec zaliczył dwudziesty rok służby w Korpusie Piechoty Morskiej.

Pułkownik Carson został awansowany na dowódcę Drugiego Batalionu Trzeciego Pułku Piechoty Morskiej i przeniesiony z rodziną do Kaneohe Bay na Hawajach, gdzie panował całkiem inny klimat niż w Londynie. Dla nastolatka nastąpił okres surfowania, nurkowania z fajką i z akwalungiem, łowienia ryb oraz wyjątkowo aktywnych kontaktów z dziewczętami.

W wieku szesnastu lat Kit zapowiadał się na wybitnego sportowca, lecz oceny w szkole świadczyły również o jego nieprzeciętnej inteligencji. Kiedy rok później ojca awansowano do sztabu i odesłano na kontynent, Kit, który jako skaut zdobył wszystkie sprawności, rozpoczął szkolenie dla oficerów rezerwy. Założenie sprzed lat stało się ciałem – chłopak nieuchronnie szedł w ślady ojca i zamierzał wstąpić do piechoty morskiej Stanów Zjednoczonych.

Po powrocie do kraju czekały go studia. Wysłany na uniwersytet publiczny William and Mary w Williamsburgu w Wirginii, przez cztery lata mieszkał w akademiku. Jako przedmioty kierunkowe wybrał historię i chemię. Przez trzy lata długie letnie wakacje poświęcał nauce skakania ze spadochronem, nurkowania z akwalungiem i zajęciom w szkole kadetów w Quantico.

Wiosną 1989 roku, mając dwadzieścia lat, ukończył studia i razem z dyplomem dostał pierwszą belkę na ramieniu jako podporucznik Korpusu Piechoty Morskiej. Na uroczystości pojawili się jego ojciec – teraz już jednogwiazdkowy generał – i pękająca z dumy matka.

Pierwszy przydział dostał do Basic School w Quantico, przygotowującej świeżo mianowanych podoficerów marines do dalszej służby; przebywał tam do świąt Bożego Narodzenia. Później skierowano go do Szkoły Podchorążych Piechoty Morskiej, którą ukończył z wyróżnieniem w marcu 1990 roku. Potem była jeszcze szkoła rangerów w Fort Benning w Georgii, skąd z naszywką rangera trafił do Twentynine Palms w Kalifornii.

Tutaj uczęszczał do Centrum Walki Powietrznej i Naziemnej, zwanego w żargonie marines „Pniakami” (bo wbrew nazwie mieściny na tym zadupiu na środku pustyni nikt nigdy nie uświadczył żadnej palmy), skąd dostał przydział do Pierwszego Batalionu Siódmego Pułku na terenie tej samej bazy. Aż tu nagle, drugiego sierpnia 1990 roku, niejaki Saddam Husajn najechał Kuwejt. Amerykańscy marines wrócili na wojnę, a wraz z nimi zabrał się podporucznik Kit Carson.

1990

Kiedy już zapadła decyzja, że nad inwazją Saddama Husajna na Kuwejt nie można przejść do porządku, utworzono wielką koalicję. Jej siły rozlokowały się na pustynnej granicy Iraku z Arabią Saudyjską, od Zatoki Perskiej na wschodzie po granicę z Jordanią na zachodzie.

Amerykańscy marines, dowodzeni przez generała Waltera Bloomera, przybyli jako korpus ekspedycyjny, w którego skład wchodziła Pierwsza Dywizja Piechoty Morskiej pod dowództwem generała Mike’a Myatta. W tej hierarchii podporucznik Kit Carson znajdował się u dołu drabiny. Dywizję rozmieszczono na wschodnim skraju sił koalicyjnych, tak że po prawej miała jedynie błękitne wody Zatoki Perskiej.

Pierwszy miesiąc, otępiająco upalny sierpień, upłynął pod znakiem gorączkowej krzątaniny. Trzeba było wysadzić na ląd i rozlokować w wyznaczonym sektorze całą dywizję wraz ze sprzętem pancernym i artylerią. Do sennego jak dotąd portu naftowego Al-Dżubajl przybiła armada statków handlowych wiozących cały majdan różności niezbędnych do wyposażenia, zakwaterowania i zaopatrzenia amerykańskiej dywizji. Dopiero we wrześniu wezwano Kita Carsona na rozmowę w sprawie przydziału. Prowadził ją zgryźliwy stary wiarus w stopniu majora, zapewne pominięty przy awansie na podpułkownika i dlatego zgorzkniały.

Major Dolan nieśpiesznie przeczytał akta nowego oficera. W końcu jego uwagę przykuło coś niezwykłego. Podniósł wzrok.

– Jako dziecko mieszkaliście w Londynie? – zapytał.

– Tak jest.

– Cholerne cudaki. – Major Dolan przestudiował do końca zawartość akt i zamknął teczkę. – Obok nas, od zachodu, zaparkowała brytyjska Siódma Brygada Pancerna. Nazwali się Szczurami Pustyni. Cudaki, nie mówiłem? No bo kto nazywa własnych żołnierzy szczurami?

– Tak naprawdę chodzi o skoczka pustynnego, panie majorze.

– Że co?

– Skoczek pustynny. To takie pustynne zwierzę, podobne do surykatki. Zdobyli ten przydomek, walcząc z Rommlem na Pustyni Libijskiej podczas drugiej wojny światowej. Jego nazywano Lisem Pustyni. Skoczek pustynny jest mniejszy, ale nieuchwytny.

Na majorze Dolanie nie zrobiło to żadnego wrażenia.

– Nie zgrywajcie mi tu mądrali, poruczniku. Musimy się jakoś dogadać z tymi szczurami pustyni. Zaproponuję generałowi Myattowi, żeby wysłał was do nich jako jednego z naszych oficerów łącznikowych. Jesteście wolni.

Wojska koalicyjne przez pięć miesięcy musiały oblewać się potem na pustyni, zanim połączonym siłom koalicjantów udało się doprowadzić do „degradacji” pięćdziesięciu procent wojsk irackich, co generał Norman Schwarzkopf, głównodowodzący, narzucał jako warunek przystąpienia do ataku. Przez ten czas, zgłosiwszy się do brytyjskiego generała Patricka Cordingleya, dowódcy Siódmej Pancernej, Kit Carson pełnił funkcję łącznika między tymi dwiema siłami.

Niewielu amerykańskich żołnierzy zdołało się zainteresować rdzenną kulturą Saudyjczyków i spróbowało się w nią wczuć. Carson, z wrodzoną sobie ciekawością, należał do chlubnych wyjątków. Wśród brytyjskich żołnierzy znalazł dwóch oficerów z powierzchowną znajomością arabskiego i podłapał od nich kilka zwrotów. Odwiedzając Al-Dżubajl, pięć razy dziennie wysłuchiwał wezwania do modlitwy i patrzył, jak odziane w długie szaty postacie za każdym razem kładą się na brzuchu, by dopełnić rytuału.

Saudyjczyków, z którymi przychodziło mu się spotykać, nieodmiennie pozdrawiał oficjalną formułką Salam alejkum (pokój z wami) i nauczył się odpowiadać Alejkum as-salam (i z wami też niech będzie pokój). Zauważył, jak bardzo zaskakiwało ich to, że cudzoziemiec zadaje sobie tyle fatygi, oraz że w rezultacie od razu odnosili się do niego przyjaźnie.

Trzy miesiące później brytyjską brygadę powiększono do rozmiarów dywizji, a generał Schwarzkopf, ku rozgoryczeniu generała Myatta, przesunął Brytyjczyków jeszcze bardziej na wschód. Gdy siły lądowe przystąpiły wreszcie do walki, wojna była krótka, zajadła i brutalna. Brytyjskie czołgi Challenger II i amerykańskie abramsy doszczętnie zniszczyły irackie jednostki pancerne. W powietrzu koalicja panowała niepodzielnie już od wielu miesięcy.

Naloty dywanowe amerykańskich bombowców B-52 starły w proch piechotę Saddama, której oddziały masowo składały broń. Amerykańscy marines przypuścili szturm na Kuwejt, gdzie powitano ich owacyjnie, a potem wrócili na granicę iracką i usłyszeli, że na rozkaz dowództwa mają przerwać dalsze działania. Wojna lądowa trwała zaledwie pięć dni.

Porucznik Kit Carson widać czymś się zasłużył, bo po powrocie do kraju, latem 1991 roku, dostał zaszczytną propozycję przeniesienia do plutonu moździerzy 81 mm, jako najlepszy porucznik w batalionie. Mimo że najwyraźniej czekały go dalsze awanse i kariera, po raz pierwszy w życiu, ale bynajmniej nie ostatni, zrobił coś nieszablonowego. Wystąpił o stypendium Olmsteda… i je otrzymał. Na pytanie „dlaczego” odpowiedział, że pragnie się dostać do Instytutu Języków Obcych przy Departamencie Obrony, mieszczącego się w forcie Presidio w Monterey, w Kalifornii. Indagowany dalej, przyznał, że chciałby do perfekcji opanować język arabski. Ta decyzja zmieniła całe jego życie.

Choć było to dla nich nieco zaskakujące, przełożeni spełnili prośbę porucznika. Mając stypendium Olmsteda w kieszeni, pierwszy rok spędził w Monterey, a drugi i trzeci jako stażysta na Uniwersytecie Amerykańskim w Kairze. Tutaj odkrył, że jest jedynym amerykańskim marine i w ogóle jedynym wojskowym, który brał udział w prawdziwej walce. Podczas jego pobytu w Kairze, dwudziestego szóstego lutego 1993 roku, Jemeńczyk Ramzi Yousef próbował wysadzić jedną z wież World Trade Center na Manhattanie. Nie udało mu się, a jednak swoją akcją oddał pierwszy strzał w islamskim dżihadzie przeciwko Stanom Zjednoczonym, co jakoś umknęło uwagi amerykańskiego establishmentu.

W tamtych czasach gazety nie miały jeszcze elektronicznych wydań, ale porucznik Carson przez radio śledził postępy dochodzenia po drugiej stronie Atlantyku. Był zaskoczony i zaintrygowany. W końcu odwiedził najmądrzejszego człowieka, jakiego spotkał w Egipcie. Profesor Chalid Abdulaziz, wykładowca na uniwersytecie Al-Azhar–jednym z największych ośrodków badań Koranu w całym świecie muzułmańskim – przyjął młodego Amerykanina w swoim mieszkaniu na terenie uniwersyteckiego kampusu.

– Dlaczego nas zaatakowali? – zapytał Kit Carson.

– Dlatego że was nienawidzą – odparł spokojnie staruszek.

– Ale dlaczego? Co takiego im zrobiliśmy?

– Im osobiście? Ich ojczyznom? Ich rodzinom? Nic. Może wyjąwszy rozdawanie dolarów. Nie o to jednak chodzi. Nie na tym polega terroryzm. Czy to będą terroryści z Al-Fatah, z Czarnego Września, czy nowy, rzekomo religijny gatunek, na pierwszy plan wysuwają się wściekłość i nienawiść. Dopiero potem szuka się uzasadnienia. Dla IRA jest nim patriotyzm, dla Czerwonych Brygad polityka, a dla salafickich dżihadystów pobożność. Rzekoma pobożność.

Profesor parzył na małej kuchence spirytusowej herbatę dla dwóch osób.

– Ale oni twierdzą, że kierują się naukami Świętego Koranu. Podobno słuchają proroka Mahometa. Utrzymują, że służą Allahowi.

Stary uczony uśmiechnął się, patrząc na gotującą się wodę. Wtrącenie słowa „święty” przed Koranem nie umknęło jego uwagi. Grzecznościowy gest, lecz jakże miły.

– Młody człowieku, jestem tak zwanym hafizem. Czyli kimś, kto zna na pamięć wszystkie sześć tysięcy dwieście trzydzieści sześć wersetów Świętego Koranu. W przeciwieństwie do waszej Biblii, pisanej przez setki autorów, nasz Koran napisał, a raczej podyktował, jeden człowiek. A mimo to znajdują się w nim ustępy, które pozostają w sprzeczności z innymi fragmentami. Dżihadyści postępują w ten sposób: wyjmująz kontekstu kilka zwrotów, dodatkowo jeszcze je zniekształcają, a potem udają, że oto mają boskie uzasadnienie. Ale nie mają. Nasza święta księga nigdzie nie mówi, że mamy dokonywać rzezi na kobietach i dzieciach w celu zadowolenia tego, którego nazywamy Allahem Miłosiernym i Litościwym. Tak samo postępują wszyscy ekstremiści, również chrześcijańscy i żydowscy. Napijmy się herbaty, zanim wystygnie. Trzeba ją pić gorącą.

– Profesorze, a co z tymi sprzecznościami? Czy nikt się nimi nie zajmuje, nie wyjaśnia ich, nie szuka rozsądnego wytłumaczenia?

Profesor własnoręcznie dolał Amerykaninowi herbaty. Miał służących, lubił jednak sam parzyć i podawać herbatę.

– Robią to cały czas. Od tysiąca trzystu lat uczeni badają tylko tę jedną księgę i opatrują ją własnymi komentarzami. To tak zwane hadisy. Łącznie jest ich około stu tysięcy.

– Czytał je pan?

– Nie wszystkie. To by wypełniło życie dziesięciu ludzi. Ale znam wiele z nich. A dwa sam napisałem.

– Jeden z zamachowców, którzy podłożyli bombę, Omar Abdel Rahman, ten, którego nazywają ślepym szejkiem, również był… jest… uczonym.

– Który zbłądził. To nic nowego, zdarza się w każdej religii.

– Muszę powtórzyć moje pytanie. Dlaczego nienawidzą?

– Dlatego, że nie jesteście nimi. Pałają wściekłością do wszystkich, którzy są inni. Żydów i chrześcijan zwanychkafirami, czyli niewiernymi, którzy nie chcą się nawrócić na jedyną prawdziwą wiarę. A także do tych, którzy nie są muzułmanami w dostatecznym stopniu. W Algierii, w ramach swojej świętej wojny przeciw Algierczykom, dżihadyści wyrzynającałe wioski fellachów, czyli chłopów, nie oszczędzając kobiet ani dzieci. Niech pan o tym nigdy nie zapomina, poruczniku. Najpierw są wściekłość i nienawiść. Dopiero potem szuka się uzasadnienia, udaje głęboką pobożność, a wszystko to jedna wielka lipa.

– A pan, profesorze?

Staruszek westchnął.

– Nie znoszę ich, gardzę nimi. Trudno, żeby było inaczej, skoro twarz mojego ukochanego islamu ukazują światu jako wykrzywioną wściekłością i nienawiścią. Ale komunizm padł, a słabym i wyrachowanym Zachodem rządzi pogoń za przyjemnościami i chciwość. Wielu ludzi zechce słuchać tego nowego przesłania.

Kit Carson zerknął na zegarek – zbliżała się pora modlitwy profesora. Wstał. Uczony skwitował ten gest uśmiechem. On również wstał, odprowadził swojego gościa do drzwi, a kiedy Amerykanin wyszedł, zawołał za nim:

– Poruczniku, obawiam się, że mój ukochany islam wkracza w długą i ciemną noc. Pan jest młody, jeszcze zobaczy pan jej koniec, inszallah. Modlę się, żebym ja nie dożył tej chwili.

Trzy lata później stary uczony umarł we własnym łóżku. Ale masowe zabójstwa już się zaczęły – od podłożenia olbrzymiej bomby w bloku mieszkalnym, który upodobali sobie amerykańscy cywile w Arabii Saudyjskiej. Niejaki Osama bin Laden opuścił Sudan i powrócił do Afganistanu jako gość honorowy nowego reżimu talibów, który opanował cały kraj. A tymczasem Zachód, radośnie pogrążający się w kryzysie, nie podejmował żadnych wysiłków, żeby się bronić.

Współcześnie

Grangecombe, miasteczko targowe w angielskim hrabstwie Somerset, tylko latem przyciąga nieco turystów, którzy przechadzają się po kocich łbach siedemnastowiecznych uliczek. Ponieważ leży z dala od głównych autostrad prowadzących do zatoczek i plaż na południowo-zachodnim wybrzeżu, poza sezonem panuje tam spokój. Ma jednak swoją historię, prawa miejskie nadane edyktem królewskim, radę miejską oraz burmistrza. W kwietniu 2014 roku był nim Giles Matravers, emerytowany krawiec, który objął urząd nie za zasługi ani w drodze wyborów, lecz jako kolejny kandydat z listy miejscowych notabli. Wraz z tytułem przejął prawo do noszenia burmistrzowskiego łańcucha, obszytego futrem płaszcza i trójgraniastego kapelusza.

I właśnie tak wystrojony otwierał nowy gmach Izby Handlowej na tyłach High Street, kiedy od małej grupki gapiów oderwał się jakiś człowiek, pokonał dzielące ich dziesięć metrów i zanim ktokolwiek zdążył zareagować, wbił mu w pierś rzeźnicki nóż.

Na miejscu byli wprawdzie dwaj policjanci, ale żaden z nich nie miał broni palnej. Umierającym burmistrzem zajęli się urzędnik magistratu i inni, tyle że ich wysiłki na nic się nie zdały. Policjanci obalili zabójcę na ziemię, choć ten ani myślał uciekać, wykrzykiwał tylko raz za razem słowa, których nikt nie rozumiał, a które eksperci rozszyfrowali potem jako Allahu akbar!, czyli „Bóg jest wielki!”.

Jeden z funkcjonariuszy został ranny w rękę, gdy próbował odebrać zamachowcowi nóż, ale potem wraz z kolegą przydusili go do ziemi. Z Taunton, stolicy hrabstwa, przyjechali śledczy, by wszcząć oficjalne dochodzenie. Zamachowiec siedział na posterunku otępiały i nie odpowiadał na pytania. Ponieważ nosił diszdasz, z komendy głównej hrabstwa ściągnięto kogoś władającego arabskim, lecz i jemu nie udało się porozumieć z zatrzymanym.

Ustalono, że napastnik pracował w miejscowym supermarkecie, gdzie zajmował się rozkładaniem towarów na półkach, i wynajmował kawalerkę w pensjonacie. Według właścicielki był Irakijczykiem. Na początku sądzono, że do tego czynu skłoniło go oburzenie na to, co dzieje się w jego kraju, jednak Ministerstwo Spraw Wewnętrznych ujawniło, że przybył do Wielkiej Brytanii jako uchodźca i otrzymał azyl polityczny. Na policję z własnej woli zgłaszała się młodzież z miasteczka i zeznawała, że zaledwie trzy miesiące wcześniej Farouk, zwany Freddym, imprezował na całego, pił na umór i zmieniał dziewczyny jak rękawiczki. Aż nagle coś w nim pękło, zamknął się w sobie i z pogardą wspominał swój dawny styl życia.

W jego kawalerce nie znaleziono niczego specjalnego, nie licząc laptopa, którego zawartość z pewnością nie zdziwiłaby policjantów z Boise w Idaho. Była to seria kazań, w których zamaskowany mężczyzna siedzący na tle materiału z wypisanymi wersetami z Koranu wzywał wiernych do zniszczenia kafirów. Speszeni policjanci z Somerset obejrzeli kilkanaście takich wystąpień, bo kaznodzieja posługiwał się angielskim praktycznie bez śladu obcego akcentu.

Podczas gdy wciąż milczącego zabójcę stawiano w stan oskarżenia, jego akta i laptop wysłano do Londynu. Policja metropolitalna przekazała szczegóły danych do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, które zasięgnęło porady Służby Bezpieczeństwa – MI5. Ci już wcześniej otrzymali raport swojego rezydenta w ambasadzie brytyjskiej w Waszyngtonie na temat zajścia w Idaho.

1996

Po powrocie do Stanów Zjednoczonych kapitan Kit Carson dostał trzyletni przydział do Camp Pendleton – bazy, w której się urodził i spędził pierwsze cztery lata życia.

W tym czasie w domu spokojnej starości w Karolinie Północnej zmarł jego dziadek ze strony ojca, emerytowany pułkownik piechoty morskiej, który brał udział w walkach o Iwo Jimę. Przed śmiercią, puchnąc z dumy, zdążył jeszcze uczestniczyć w promocji ojca Kita, który otrzymał swoją pierwszą generalską gwiazdkę.

Kit Carson poznał i poślubił pielęgniarkę z marynarki wojennej, pracującą w tym samym szpitalu, w którym przyszedł na świat. Przez trzy lata starali się z Susan o dziecko, aż w końcu badania wykazały, że jest bezpłodna. Uzgodnili, że kiedyś zdecydują się na adopcję, ale jeszcze nie teraz. Latem 1999 roku skierowano go z powrotem na studia w wyższej uczelni wojskowej w Quantico, a w roku 2000 awansował na majora. Po promocji wysłano go z żoną za granicę, tym razem na japońską Okinawę.

To właśnie tam, wiele stref czasowych na zachód od Nowego Jorku, kiedy próbował złapać przed snem ostatnie wieczorne wiadomości, nie dowierzając własnym oczom, obejrzał relację z wydarzenia, które później określano po prostu jako jedenasty września 2001.

Razem z innymi przesiedział w klubie oficerskim całą noc, raz za razem w głuchej ciszy oglądając w zwolnionym tempie, jak dwa samoloty pasażerskie wbijają się w bliźniacze wieże kompleksu World Trade Center – pierwszy w północną, drugi w południową.

W przeciwieństwie do wojskowych obok niego, Kit Carson władał arabskim, znał świat arabski, a także zawiłości islamu, którą to religię wyznaje ponad miliard mieszkańców Ziemi.

Przypomniał sobie profesora Abdulaziza – łagodnego, uprzejmego starca, który podając herbatę, przepowiadał długą i ciemną noc dla świata islamu. A także dla innych. Słuchał, jak ludzie dookoła niego kipią z wściekłości, w miarę jak podawano kolejne szczegóły. Zamachu dokonało dziewiętnastu Arabów, w tym piętnastu Saudyjczyków. Przypomniał sobie promienne uśmiechy sklepikarzy w Al-Dżubajl, gdy witał się z nimi w ich ojczystym języku. Czy byli to ci sami ludzie?

O świcie cały pułk wezwano na apel, by wysłuchali słów dowódcy. Jego przekaz był ponury. Wybuchła wojna, a zatem piechota morska, jak zawsze, będzie broniła kraju wszelkimi środkami, wszędzie i jeśli tylko okaże się potrzebna.

Major Kit Carson z goryczą pomyślał o tych straconych latach, kiedy następujące jeden po drugim ataki na Stany Zjednoczone w Afryce i na Bliskim Wschodzie owocowały jedynie trwającym przez góra tydzień oburzeniem ze strony polityków, ale nie spowodowały radykalnego uświadomienia sobie rozmiarów jatki szykowanej w sieci jaskiń w Afganistanie.

Nie sposób przecenić wpływu traumy jedenastego września na Stany Zjednoczone i amerykańskich obywateli.

Wszystko się zmieniło, już nigdy nie miało być tak samo. W ciągu dwudziestu czterech godzin olbrzym nareszcie się przebudził.

Carson wiedział, że nastąpią działania odwetowe, i chciał wziąć w nich udział. A tymczasem tkwił na japońskiej wyspie, mając do odsłużenia na tej placówce jeszcze długie lata.

Jednak wydarzenie, które na zawsze zmieniło oblicze Ameryki, zmieniło także życie Kita Carsona. Nie wiedział, bo i skąd, że w Waszyngtonie niejaki Hank Crampton, jeden z najwyższych rangą oficerów CIA oraz weteran zimnej wojny, wertuje akta wojsk lądowych, marynarki wojennej, sił powietrznych i piechoty morskiej w poszukiwaniu ludzi o rzadkich umiejętnościach. Operacja ta, o kryptonimie Szorowanie, miała wyłowić oficerów w służbie czynnej, znających arabski.

W biurze Cramptona w gmachu numer 2 na terenie kompleksu CIA w Langley, w Wirginii, akta wprowadzano do komputerów, które analizowały dane szybciej, niż oko ludzkie mogło je przeczytać albo ludzki mózg przetrawić. Większość z wyświetlających się na monitorach nazwisk i opisów przebiegu służby odrzucano, zostawały tylko nieliczne.

Jedno nazwisko wyświetliło się z pulsującą gwiazdką w górnym rogu ekranu. Major piechoty morskiej, stypendysta Olmsteda, absolwent Instytutu Języków Obcych w Monterey, dwa lata w Kairze, dwujęzyczny, jeśli chodzi o arabski. Gdzie on jest? – zapytał Crampton. Na Okinawie – odparł komputer. Trudno, potrzebujemy go tutaj – oświadczył Crampton.

Wymagało to trochę czasu i pohukiwania. Korpus się nie zgadzał, ale Agencja miała przewagę. Dyrektor CIA odpowiada tylko przed prezydentem, a dyrektor Centrali Wywiadu George Tenet miał chody u George’a W. Busha. Gabinet Owalny oddalił protesty marines. Major Carson został natychmiast oddelegowany do CIA. Nie chciał zmieniać przydziału służbowego, lecz dzięki temu mógł się przynajmniej wyrwać z Okinawy, a zresztą przysiągł, że wróci do korpusu, gdy tylko będzie to możliwe.

Dwudziestego września 2001 roku z Okinawy wystartował do Kalifornii samolot transportowy typu Starlifter. Z tyłu siedział major piechoty morskiej. Wiedział, że korpus zaopiekuje się Susan i z czasem zakwateruje ją w bazie marines w Quantico, by miał do niej blisko z Langley.

Z Kalifornii majora Carsona przerzucono do bazy lotniczej Andrews pod Waszyngtonem i w ten sposób, zgodnie z rozkazem, znalazł się w kwaterze głównej CIA.

Po serii rozmów, sprawdzianów z arabskiego i przymusowej zamianie munduru na ubranie cywilne dostał w końcu mały gabinet w gmachu numer 2, szmat drogi od najstarszych rangą pracowników Agencji, urzędujących na górnych piętrach gmachu numer 1.

Kiedy zarzucono go stertą przechwyconych rozmów po arabsku, które miał przestudiować i skomentować, wkurzył się nie na żarty. To była robota dla NSA – Agencji Bezpieczeństwa Narodowego w Fort Meade przy Baltimore Road w Marylandzie. To NSA dysponowała specami od prowadzenia nasłuchu, podrzucania pluskiew i łamania szyfrów. A on nie po to wstąpił do korpusu piechoty morskiej, by analizować treść wiadomości nadawanych przez Radio Kair.

A potem po gmachu rozeszła się plotka. Mułła Omar, dziwaczny przywódca rządu talibów, odmówił wydania sprawców zamachu z jedenastego września. Osama bin Laden i cała jego Al-Kaida mieli bezpiecznie pozostać w Afganistanie. Plotka głosiła: dokonamy inwazji.

Nieliczne szczegóły w kilku kwestiach okazały się dokładne. Potężne siły marynarki wojennej w Zatoce Perskiej zapewnią zmasowany atak z powietrza. Pakistańczycy niechętnie pójdą na współpracę, stawiając dziesiątki warunków. Na ląd Amerykanie wyśląjedynie siły specjalne, w towarzystwie takich samych jednostek brytyjskich.

Kit Carson zawalczył o swoje, i nie bawił się w ceregiele. Umówił się na rozmowę z szefem Departamentu Działalności Specjalnej (SAD) i walnął prosto z mostu: jestem wam potrzebny.

– Z całym szacunkiem, dopóki siedzę tu i pierdzę w stołek, nie ma ze mnie żadnego pożytku. Może nie władam pasztuńskim ani dari, ale naszymi prawdziwymi wrogami są terroryści bin Ladena… sztuka w sztukę Arabowie. Mogę słuchać, co mają do powiedzenia. Mogę przesłuchiwać więźniów, czytać ich instrukcje na piśmie i notatki. To w Afganistanie mnie potrzebujecie, a nie tutaj.

Znalazł sprzymierzeńca. Załatwił sobie przeniesienie. Kiedy siódmego października prezydent Bush ogłaszał inwazję, pierwsze oddziały SAD były już w drodze na spotkanie z walczącym z talibami Sojuszem Północnym. Wraz z nimi zabrał się Kit Carson.

2

Walki o dolinę Szach-i-Kot zaczęły się źle, a potem było już tylko gorzej. Major Kit Carson z amerykańskiej piechoty morskiej, oddelegowany do SAD, powinien być w drodze powrotnej do domu, gdy jego jednostkę wezwano na pomoc.

Przedtem załapał się jednak na Mazar-i-Szarif, kiedy Uzbecy i Tadżycy z Sojuszu Północnego wykosili zbuntowanych talibskich więźniów. Widział, jak kolega z SAD, Johnny „Mike” Spann, został złapany przez talibów i zatłuczony na śmierć. Z drugiej strony olbrzymiego terenu patrzył, jak komandosi z brytyjskiej Special Boat Service ratują od podobnego losu partnera Spanna, Dave’a Tysona.

Potem nastąpił gwałtowny atak na południe, by opanować rosyjską bazę lotniczą w Bagram i zająć Kabul. Kit nie zdążył na bitwę o jaskinie w masywie górskim Tora Bora, kiedy zbyt kiepsko opłaceni przez Amerykanów afgańscy watażkowie zdradzili, przepuścili Osamę bin Ladena i pozwolili mu wraz z jego przyboczną gwardią uciec przez granicę do Pakistanu.

Następnie, pod koniec lutego, afgańskie źródła doniosły, że w dolinie Szach-i-Kot w prowincji Paktia wciąż kręci się garstka zatwardziałych talibów. I znów dane wywiadu okazały się do bani. Były ich tam setki, nie garstka.

Pokonani talibowie, jako Afgańczycy, mieli gdzie się podziać – w swoich rodzinnych wioskach. Mogli się wymknąć i zniknąć. Ale bojownicy Al-Kaidy rekrutowali się spośród Arabów, Uzbeków i – najbardziej zajadłych – Czeczenów. Nie mówili po pasztuńsku, a przeciętni Afgańczycy ich nienawidzili. Mogli albo się poddać, albo polec w walce. Prawie wszyscy wybierali to drugie wyjście.

Amerykańskie dowództwo odpowiedziało na cynk zakrojoną na małą skalę akcją, nazwaną operacja Anakonda i zleconą jednostce Navy SEALs. W kierunku doliny, która teoretycznie miała być pusta, odleciały trzy olbrzymie chinooki, pełne komandosów z SEALs.

Podchodząc do lądowania, pierwszy helikopter zawisł metr nad ziemią, z nosem w dół, zadartym w górę ogonem i otwartymi drzwiami luku, i w tym momencie ukryci terroryści z Al-Kaidy otworzyli ogień. Granat o napędzie rakietowym rzucono z tak bliska, że przeleciał przez kadłub, nie wybuchając – zbyt krótko był w powietrzu i nie zdążył się uzbroić. Wpadł więc do helikoptera z jednej strony, nikogo nie trafił i wyleciał z drugiej, zostawiając po sobie dwie dziury, przez które hulał wiatr.

Szkody wyrządził natomiast ostrzał z karabinów maszynowych ukrytych w gnieździe między ośnieżonymi skałami. Te pociski również nie trafiły ludzi w środku, przebiły jednak kokpit, niszcząc przyrządy sterownicze. Pilot poderwał konającego chinooka i niańczył go przez kilka kilometrów, aż po paru minutach genialnego pilotażu mógł wylądować awaryjnie w bezpiecznym terenie. Dwa pozostałe helikoptery poleciały za nim.

Niestety, jeden z komandosów, starszy bosman sztabowy Neil Roberts, który zdążył się odpiąć od liny, pośliznął się na plamie płynu hamulcowego i wypadł przez tylne drzwi. Cały i zdrowy wylądował w tłumie terrorystów z Al-Kaidy. Komandosi z SEALs nigdy nie zostawiają swoich na polu walki, obojętne, czy martwych, czy żywych. Natychmiast po wylądowaniu wrócili i przypuścili szturm, żeby odbić starszego bosmana sztabowego Robertsa. Jednocześnie wezwali wsparcie. Tak zaczęła się bitwa o Szach-i-Kot. Trwała cztery dni. Kosztowała życie Neila Robertsa i sześciu innych Amerykanów.

Trzy jednostki znajdowały się dostatecznie blisko, by odpowiedzieć na wezwanie. Z jednej strony nadciągnął oddział brytyjskiej SBS, z drugiej ekipa komandosów SAD. Z tych, którzy przybyli na odsiecz, najliczniejszą grupę stanowił batalion z Siedemdziesiątego Piątego Pułku Rangerów.

Panował siarczysty mróz, temperatura spadła grubo poniżej zera. W oczy szczypały tumany zacinającego śniegu. Bóg raczy wiedzieć, jak Arabowie przetrzymali tu zimę. Ale przeżyli ją, a teraz byli gotowi zginąć co do jednego. Sami nie brali jeńców, więc nie spodziewali się, że trafią do niewoli. Według późniejszych świadków wynurzyli się ze skalnych rozpadlin, niewidocznych jaskiń oraz ukrytych gniazd karabinów maszynowych.

Każdy kombatant potwierdzi, że bitwy szybko przeradzają się w chaos; w Szach-i-Kot nastąpiło to szybciej niż zazwyczaj. Zespoły oddzieliły się od głównych sił, a pojedynczy żołnierze od zespołów. Kit Carson nagle znalazł się sam, na lodzie i w zacinającym śniegu.

W odległości około czterdziestu metrów zobaczył innego Amerykanina, również samego – jego tożsamość zdradziło nakrycie głowy: hełm, nie turban. Od ziemi oderwała się postać w długiej szacie i wystrzeliła z granatnika do zamaskowanego żołnierza. Tym razem granat odpalił. Wprawdzie nie trafił Amerykanina, wybuchł u jego stóp, lecz i tak Carson zobaczył, że żołnierz pada.

Strzałem z karabinu zdjął faceta z granatnikiem. Wyskoczyli jeszcze dwaj i krzycząc Allahu akbar!, rzucili się na niego. Ich także położył trupem, choć drugiego z nich dopiero wtedy, gdy dobiegł na niemal półtora metra od wylotu lufy. Kiedy Carson dotarł do Amerykanina, ten żył, ale był w kiepskim stanie. Rozpalony do białości odłamek chlasnął mu lewą nogę tak, że w zasadzie przeciął ją na wysokości kostki. Stopa w wojskowym bucie wisiała jedynie na ścięgnie i strzępach ciała. Po kości nie zostało ani śladu. Ten człowiek był w początkowej fazie szoku poprzedzającego zgon, gdy jeszcze nie czuje się bólu.

Bluzy obu mężczyzn pokrywał śnieg, lecz Carson dostrzegł naszywkę rangerów. Spróbował złapać kogoś przez swój radiotelefon, ale usłyszał tylko szum. Zdjął plecak rannego, wyciągnął apteczkę i wstrzyknął w odsłoniętą łydkę całą dawkę morfiny.

Ranger zaczął odczuwać ból; zacisnął zęby. Nagle morfina zadziałała, a wtedy osunął się, na wpół przytomny. Carson wiedział, że jeśli tu zostaną, to obaj zginą. Zawieja śnieżna ograniczała widoczność do dwudziestu metrów. Nikogo nie zauważył. Strażackim chwytem zarzucił sobie rannego na ramię i ruszył w drogę.

Szedł po najgorszym możliwym terenie – po oblodzonych, przysypanych śniegiem głazach, z których każdy groził połamaniem nóg. Własne osiemdziesiąt kilogramów musiało poradzić sobie z trzydziestokilogramowym plecakiem i osiemdziesięcioma kilogramami wagi rangera – jego plecak zostawił. A do tego jeszcze dźwigał karabin, granaty, amunicję i wodę.

Po wszystkim nie miał pojęcia, jak daleko udało mu się odczłapać od tej śmiercionośnej doliny. W pewnym momencie morfina przestała działać na rannego, więc położył go na ziemi i wstrzyknął mu własną porcję. Minęły wieki, zanim usłyszał grzmot silnika. Pozbawionymi czucia palcami wyciągnął racę, zębami rozerwał opakowanie i uniósł ją wysoko, celując w stronę, z której dobiegał hałas.

Ludzie z załogi helikoptera ewakuacyjnego Blackhawk powiedzieli mu później, że widząc przelatującą tak blisko flarę, uznali, że są pod ostrzałem. A potem spojrzeli w dół i w chwili przerwy w zadymie zobaczyli dwa bałwany ze śniegu – jeden leżał bezwładnie, drugi wymachiwał rękami. Lądowanie było zbyt niebezpieczne. Blackhawk zawisł pół metra nad śniegiem, a dwaj marines przypięli rangera pasami do noszy i wciągnęli go na pokład. Jego towarzysz resztką sił wdrapał się do maszyny, po czym zemdlał.

Helikopter zawiózł ich do Kandaharu – teraz olbrzymiej amerykańskiej bazy powietrznej. Wciąż była w rozbudowie, ale miała prowizoryczny szpital. Rangera zabrano na ocenę stanu zdrowia, a stamtąd na oddział intensywnej opieki medycznej. Kit Carson zakładał, że więcej już go nie zobaczy. Następnego dnia ranger, nafaszerowany środkami uśmierzającymi ból, leciał w pozycji horyzontalnej samolotem dalekiego zasięgu do amerykańskiej bazy lotniczej w niemieckim Ramstein, dysponującej szpitalem światowej klasy.

Koniec końców ranger, a był nim podpułkownik Dale Curtis, stracił lewą stopę. W żaden sposób nie dało się jej uratować. Po prostej amputacji – sprowadzającej się do dokończenia dzieła rozpoczętego przez granat – Curtis został kaleką z kikutem, protezą, laską i perspektywą szybkiego zakończenia kariery rangera. Kiedy już nadawał się do podróży, przewieziono go do szpitala imienia Waltera Reeda na obrzeżach Waszyngtonu, na leczenie zespołu stresu pourazowego oraz dopasowanie sztucznej stopy. Major Kit Carson nie widział go przez całe lata.

Szef placówki CIA w Kandaharze poprosił górę o rozkazy, po czym wysłał Carsona samolotem do Dubaju, gdzie Agencja utrzymywała olbrzymią delegaturę. Kit, jako pierwszy naoczny świadek wydarzeń w Szach-i-Kot, odbył długaśną serię rozmów z grupą wysokich rangą oficerów. Wśród przesłuchujących byli ludzie z piechoty morskiej, marynarki wojennej i CIA.

W klubie oficerskim spotkał mężczyznę mniej więcej w swoim wieku, komandora porucznika marynarki wojennej oddelegowanego na placówkę w Dubaju, gdzie Amerykanie mają także bazę sił morskich. Komandor porucznik zdradził, że jest z NCIS – Kryminalnego Biura Śledczego Marynarki Wojennej.

– Po powrocie do kraju przenieś się do nas – zaproponował.

– Na policjanta? – odparł Carson. – Raczej nie. Ale dzięki.

– Jesteśmy ważniejsi, niż ci się wydaje – oznajmił komandor porucznik. – My nie łapiemy marynarzy, którzy nie wrócili na czas z przepustki na ląd. Mówię o poważnych przestępstwach, o ściganiu drani, którzy ukradli miliony, a dokonano tego na terenie dziesięciu wielkich baz marynarki wojennej w krajach arabskojęzycznych. To prawdziwe wyzwanie.

Ostatnie słowo przekonało Carsona. Piechota morska wchodzi w skład amerykańskiej marynarki wojennej. Przeniósłby się więc po prostu w ramach większej jednostki organizacyjnej. A podejrzewał, że po powrocie do Stanów Zjednoczonych znowu czeka go analizowanie arabskich materiałów w gmachu numer 2 w Langley. Złożył więc podanie o przyjęcie do NCIS, a ci skwapliwie go przejęli.

Dzięki temu wyrwał się z CIA i powoli znów zmierzał w objęcia korpusu. Nowe stanowisko zapewniło mu przydział do Portsmouth w Wirginii, gdzie w tamtejszym wielkim szpitalu marynarki wojennej szybko znaleziono pracę dla Susan, by mogła dołączyć do męża.

Portsmouth dało mu też możliwość częstego odwiedzania matki leczącej się na raka piersi, na którego umarła trzy lata później. A w końcu, gdy generał Carson w tym samym roku, kiedy został wdowcem, przeszedł na emeryturę, Kit mógł być także bliżej ojca. Generał wycofał się do miasteczka emerytów pod Virginia Beach, gdzie mógł grywać w ukochanego golfa i uczestniczyć w wieczorkach kombatantów wraz z innymi emerytowanymi marines osiadłymi na tym skrawku wybrzeża.

Kit Carson odsłużył w NCIS cztery lata, w trakcie których na jego konto zapisano złapanie i postawienie przed obliczem sprawiedliwości dziesięciu zbiegów mających na sumieniu poważne przestępstwa. W 2006 roku załatwił sobie powrót do korpusu piechoty morskiej i w stopniu podpułkownika trafił do Camp Lejeune w Karolinie Północnej. Jego żona, Susan, zginęła w Wirginii, gdy jadąc do niego samochodem, zderzyła się czołowo z pijanym kierowcą, który stracił panowanie nad swoim wozem.

Współcześnie

Ofiarą trzeciego zabójstwa w ciągu miesiąca padł wyższy oficer policji z Orlando na Florydzie. Pewnego pięknego wiosennego dnia wyszedł z domu i kiedy pochylił się, by otworzyć drzwi samochodu, dostał cios nożem w serce. Zanim skonał, wyciągnął służbowy rewolwer i wystrzelił dwukrotnie, zabijając napastnika na miejscu.

Dochodzenie wykazało, że młody zabójca, urodzony w Somalii, również był uchodźcą, który otrzymał azyl z powodów humanitarnych, i pracował w zakładzie oczyszczania miasta.

Koledzy z pracy zeznali, że w ciągu ostatnich dwóch miesięcy bardzo się zmienił – stał się wyniosły, zamknięty w sobie, opryskliwy i krytykował amerykański styl życia. W końcu załoga śmieciarki zaczęła go unikać, bo nie dawało się z nim wytrzymać. Tę zmianę nastroju przypisywali tęsknocie za ojczyzną.

Nic podobnego. Jak ujawniło przeszukanie mieszkania, powodem było przejście na skrajny dżihadyzm, najwyraźniej wynikające z obsesji na punkcie serii internetowych kazań, które – według gospodyni – dobiegały zza drzwi jego pokoju. Pełne sprawozdanie trafiło do biura FBI w Orlando, a stamtąd do gmachu Hoovera w Waszyngtonie.

Tutaj ta historia nikogo nie dziwiła. Wydarzenia o identycznym przebiegu rozegrały się już w Stanach Zjednoczonych czterokrotnie i – według stanu wiedzy FBI – dwa razy w Wielkiej Brytanii: w wyniku wielogodzinnego słuchania zamieszczanych w internecie wystąpień kaznodziei z Bliskiego Wschodu, posługującego się nienaganną angielszczyzną, dochodziło do nawrócenia się w domowym zaciszu i niespodziewanego morderstwa miejscowego notabla, które spadało na wszystkich jak grom z jasnego nieba.

Zasięgnięto już języka w CIA, w Centrum Zwalczania Terroryzmu oraz w Departamencie Bezpieczeństwa Krajowego. Poinformowano wszystkie amerykańskie agencje, choćby luźno związane z muzułmańskim terroryzmem, ale żadna z nich nie potrafiła udzielić przydatnych informacji wywiadowczych. Kim był ten człowiek? Skąd pochodził? Gdzie nagrywał swoje przesłania? Określany wyłącznie jako Kaznodzieja, szybko piął się na liście HVT – tak zwanych celów o dużym znaczeniu.

Muzułmańska diaspora w Stanach Zjednoczonych liczy grubo powyżej miliona osób przybyłych z Bliskiego i Środkowego Wschodu bądź urodzonych na miejscu z rodziców emigrantów – a jest to olbrzymia rzesza potencjalnych wyznawców, nawróconych pod wpływem skrajnie radykalnych dżihadystycznych wystąpień Kaznodziei, w których nieustannie wzywał świeżo nawróconych do zadania jednego potężnego ciosu Wielkiemu Szatanowi, zanim połączą się z Allahem w krainie wiecznego szczęścia.

Z czasem Kaznodzieja stał się tematem cotygodniowych nasiadówek w Gabinecie Owalnym we wtorki rano, a w końcu trafił na Czarną Listę.

• • •

Ludzie rozmaicie radzą sobie z bólem po stracie bliskich. Dla jednych dowodem szczerości jest wyłącznie histeryczny płacz. Inni reagują bezradnym szlochem i robią to publicznie. Są jednak i tacy, którzy ukrywają się ze swoim cierpieniem w ustronnym miejscu, niczym ranne zwierzę.

Opłakują rodzinę w samotności, chyba że mają innego krewnego czy towarzysza, do którego mogą się przytulić, i wylewają łzy w czterech ścianach. Kit Carson odwiedził ojca w osiedlu dla emerytów, ale stacjonował w Lejeune, więc nie mógł z nim zostać długo.