Wydawca ebooka: WAB Wydawca audiobooka: Biblioteka Akustyczna Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2011

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 10 godz. 9 min Lektor: Roch Siemianowski

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 10 godz. 9 min Lektor: Roch Siemianowski

Opis ebooka Czarna lista - Aleksandra Marinina

Kolejna powieść kryminalna Marininej, tym razem rozgrywająca się czarnomorskim kurorcie. Przystojny milicjant i... autorka kryminałów wspólnie zajmują się dochodzeniem!

Głównym bohaterem jest - znany z innych powieści rosyjskiej mistrzyni kryminału - podpułkownik Stasow z Moskwy, spędzający urlop z córeczką nad Morzem Czarnym. W kurorcie odbywa się festiwal filmowy, który organizuje była żona Stasowa. Z rąk zabójcy kolejno giną gwiazdy pretendujące do wysokiej nagrody. Miejscowe władze nie życzą sobie żadnej pomocy z zewnątrz, Stasow napotyka mur niechęci i milczenia, a afera zatacza coraz szersze kręgi.

Równocześnie moskiewski milicjant ma romans z petersburską literatką, która mieszka w tym samym pensjonacie. Była żona Stasowa zaciska zęby, a jego córeczka znajduje w pisarce wspaniałą przyjaciółkę. Funkcjonariusz moskiewskiej milicji jest zastraszany, ale z uporem bada zagadkową sprawę, wspomagany przez swą wakacyjną sympatię, biegłą w wymyślaniu kryminalnych intryg.

Opinie o ebooku Czarna lista - Aleksandra Marinina

Fragment ebooka Czarna lista - Aleksandra Marinina

Wydawnictwo W.A.B. dziękuje Ambasadzie Federacji Rosyjskiej w Polsce za wsparcie promocji książki.

Tytuł oryginału: Czernyj spisok

Copyright © A. Marinina, 1995

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2010

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo W.A.B., 2010

Wydanie I

Warszawa 2010

Przekład: Aleksandra Stronka

Redaktor serii: Filip Modrzejewski

Redakcja: Małgorzata Denys

Korekta: Agata Krzemkowska, Krystyna Kiszelewska

Redakcja techniczna: Izabela Gołaszewska

Projekt okładki, stron tytułowych i rysunek na I stronie okładki: Marek Goebel

Fotografia autorki: © W. Zawjałow

Wydawnictwo W.A.B.

02-386 Warszawa, ul. Usypiskowa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

Skład i łamanie: Komputerowe Usługi Poligraficzne, 

Piaseczno, Żółkiewskiego 7A

ISBN 978-83-7747-305-4

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Aleksandra Marinina (ur. 1957) po studiach prawniczych pracowała w moskiewskiej milicji, gdzie zajmowała się badaniami w dziedzinie kryminologii. W 1992 roku ukazała się jej pierwsza książka z cyklu powieści o major Anastazji Kamieńskiej. Sześć lat później Marinina odeszła z milicji i zajęła się pracą pisarską. Do dziś jej książki – przetłumaczone na dwadzieścia trzy języki – wydano w ponad trzydziestu pięciu milionach egzemplarzy. Cykl o major Kamieńskiej doczekał się ekranizacji zrealizowanej przez rosyjską telewizję NTW.

Nakładem Wydawnictwa W.A.B. ukazały się następujące kryminały Marininej:Ukradziony sen (2004), Męskie gry (2004), Śmierć i trochę miłości (2005), Gra na cudzym boisku (2005), Złowroga pętla (2006), Kolacja z zabójcą (2007), Zabójca mimo woli (2008) orazPłotki giną pierwsze (2009).

Rozdział 1

Jestem szczęściarzem. Chyba dlatego, że tak naprawdę jest nas dwóch: ja i mój Anioł Stróż. Fajny z niego chłopaczek, na plecach ma skrzydła, a w rękach szklany bęben. Pełno w nim zwiniętych w ruloniki karteczek, opatrzonych napisami „szczęście” albo „pech”. Żaden z nas nie wie, których losów jest w bębnie więcej. Za każdym razem mój opiekuńczy duch po prostu odsuwa przykrywkę, pakuje tam swoje pulchne paluszki i wyciąga jedną karteczkę. Myślę sobie wtedy: a jeśli wszystkie szczęśliwe losy już się skończyły i czeka mnie teraz nieprzerwane pasmo nieszczęść? Strach co rusz ściska mi serce, bo „fartowne” karteczki trafiały się do tej pory częściej, na zdrowy rozum już dawno powinny się skończyć. Tak więc, codziennie spodziewam się lawiny niepowodzeń, choć Bóg mi świadkiem, do tej pory nie miałem powodów do narzekań. Nawet po tym, jak się rozwiodłem z Ritą i zacząłem romansować z dwiema, a nawet trzema paniami jednocześnie, ani razu nie zetknęły się w progu mego mieszkania, a muszę przyznać, że ich wizyty dzieliła czasem minimalna przerwa, pięć minut, nie więcej. Ten krótki moment jednak wystarczał.

Jak to mówią, nieszczęście już nade mną wisiało, lecz w ostatniej chwili mijało mnie o krok.

Również ten wyjazd był udany od samego początku. Samolot wystartował o czasie, załapałem się na miejsce w tylnym rzędzie, gdzie wolno było palić, sąsiad przez całą drogę spał i nie zanudzał mnie głupimi towarzyskimi rozmowami. Lila nie kaprysiła, ale to akurat było normalne, szczęście nie miało tu nic do rzeczy, ponieważ Lila jest dzieckiem samodzielnym i bardzo spokojnym. Kiedy się urodziła, byliśmy z Ritką młodzi i pełni energii, chcieliśmy nie tylko robić karierę, ale i spotykać się z przyjaciółmi, szaleć na imprezach. Babci, z którą można by zostawić małą, nie mieliśmy pod ręką. To znaczy teoretycznie babcie były, rzecz jasna, lecz stosunkowo młode, obdarzone sporą witalnością jak na swoje lata, więc też wolały pracować i cieszyć się życiem, niż siedzieć w domu i niańczyć dziecko. Toteż w wieku trzech lat nasza córka umiała już czytać, a dwa lata później zostawialiśmy ją spokojnie w domu w towarzystwie Dorotek, piesków Toto, Blaszanych Drwali i Tchórzliwych Lwów. Trzeba było ją tylko położyć do łóżka, dać książki, postawić obok duży talerz owoców i dzbanek kompotu. Pewnie gdybyśmy przebywali w domu częściej, Lila stałaby się zwyczajnym, kapryśnym dzieckiem, ale jej charakter ukształtował się właśnie pod wpływem ciągłej nieobecności rodziców. Jak to było u Kornieja Czukowskiego? „Płaczę nie dla ciebie, lecz dla cioci Simy”1. Przed kim miała stroić fochy, jeśli i tak nikt jej nie słuchał? Poza wieloma malutkimi plusami, wszystko to miało jednak jeden ogromny minus: Lila zamknęła się w sobie. Nie dlatego, że coś ukrywała, powód był prosty: nie była przyzwyczajona, by dzielić się z kimś swoimi myślami. Owoców tej skrytości, wyhodowanych moimi i Ritki niewprawnymi, lekkomyślnymi rękami, miałem wkrótce zakosztować w całej pełni.

Teraz Lila miała już osiem lat i wykorzystując kompletny brak nadzoru, przeczytała całego znajdującego się w domu Maupassanta, a ostatnio zaczęła uparcie dobierać się do Balzaka. Uzyskawszy dzięki temu nader szczegółowe wyobrażenie o wzajemnych relacjach płci, stworzyła sobie własny obraz rozwodu rodziców, zgodnie z którym fakt, że zamieszkaliśmy z Ritą osobno, nie oznaczał nic więcej prócz oddzielnego mieszkania. Stosunki między nami oczywiście się nie zmieniły, o żadnych przejawach wrogości nie było mowy. Jeśli ludziom odpowiada taki układ, co w tym nadzwyczajnego? Zwłaszcza że, jeśli wziąć pod uwagę charakter pracy mojej byłej żony, córka widywała nas z tą samą częstotliwością: po dwie godziny w tygodniu.

Życie zawodowe Rity związane było od zawsze z kinematografią. Nie, Ritka nie jest aktorką, skąd znowu, pracuje jako krytyk filmowy, w dodatku język ma tak ostry i złośliwy, że otacza ją więcej wrogów niż przyjaciół. O dziwo, wcale jej to nie martwi, przeciwnie, uszyła z tego elegancką kreację, w której dumnie paraduje. Kiedy ktoś okazuje jej sympatię czy przychylność, mówi ze znużeniem:

– Kochanie, wielki z pana oryginał. Mnie zwykle nikt nie lubi. Tylu mam wrogów!

Zresztą poczucia humoru mojej połówce nigdy nie brakowało.

Dwa dni temu eksmałżonka udała się do nadmorskiego kurortu, aby przygotować kolejny festiwal filmowy. Jej wspaniały plan zakładał, że przywiozę tam Lilę i zamieszkam z nią w kwaterze prywatnej, podczas gdy ona będzie nas systematycznie odwiedzała, kontrolowała i przynosiła owoce. Ten pomysł nie przypadł mi do gustu, równie dobrze mógłbym spędzić z córką urlop bez dokuczliwego nadzoru Rity, ale ta okazała się nieugięta.

– Dziecku będzie przyjemnie, jeśli spędzi wakacje nad morzem z obojgiem rodziców – przekonywała, i szczerze mówiąc, nie mogłem nie przyznać jej racji.

Wynająłem pokój u przemiłej pary emerytów i całe dnie spędzałem z Lilą na plaży. Dziwne, ale dziewczynka przeczuwała nadejście Rity, gdy nie było jej jeszcze widać, a ja kłopotów ze wzrokiem nigdy nie miałem.

– Zaraz przyjdzie mama – mówiła zamyślona, nie zwracając uwagi na mój sceptyczny uśmieszek.

I rzeczywiście, nie mijało pięć minut, a na plaży zjawiała się Rita w tej samej co zwykle „wstążkowej” spódnicy. To taka modna spódnica, w której więcej jest rozcięć niż materiału. Słowo „wstążkowa” wymyśliła Lila i nie po raz pierwszy uderzyło mnie, jak wspaniałe ma wyczucie języka. Nie, cokolwiek by mówić, dziecko mi się udało.

Ritka szła przez zapchaną nagimi ciałami plażę, jej zdumiewające nogi migały we „wstążkowych” rozcięciach, wskutek czego wydawała się jeszcze bardziej obnażona niż opalające się w kostiumach panie. Leżący na piasku faceci gapili się na te oszałamiające nogi, nie zwracając uwagi na twarz, na której swoje piętno odcisnęły wszystkie przeżyte przez nią lata, a było ich równo trzydzieści dwa. Rita nie wyglądała ani o dzień młodziej, ale można było odnieść wrażenie, że ma to w nosie, bo na jej fantastyczne nogi lecieli wszyscy mężczyźni, bez względu na wiek.

Zbliżała się do nas, obcałowywała Lilę od stóp do głów, niedbale cmokała mnie w policzek i zaczynała wypakowywać z ogromnej białej torby plastikowe woreczki z morelami, brzoskwiniami, śliwkami i winogronami.

– A kiełbaska? – pytała nieśmiało Lila, która najadła się po uszy owoców podczas tamtych długich wieczorów, gdy ja i Ritka zostawialiśmy ją samą, więc teraz nie mogła na nie patrzeć, na słodycze zresztą też.

W odpowiedzi Rita wszczynała długą, pouczającą tyradę na temat korzyści płynących z darów południa i niezbędnych witamin dla młodego, rosnącego organizmu. Lila udawała, że słucha, potulnie wzdychała i spoglądała na mnie ukradkiem, ja z kolei też udawałem, zgodnie potakując głową w takt natchnionych pasaży słów mojej eksżony, a w tym samym czasie puszczałem do córki oko, co oznaczało, że daję słowo kupić jej wieczorem upragnioną wędzoną kiełbaskę.

Z jakiegoś powodu Rita nigdy nie brała ze sobą stroju kąpielowego, kiedy przychodziła do nas na plażę. Pewnie wolała pływać w basenie, gdzie serwowano gościom szampana i lekkie przystawki: organizatorzy festiwalu zadbali w tym roku o właściwą oprawę. Ritka opadała na nasz duży plażowy ręcznik, „wstążki” znikały nie wiadomo gdzie, a wszystkim wielbicielom piękna ukazywały się jej nogi w całej długo-okrągłej krasie, uwieńczone starannym pedikiurem, i zaczynała pośpiesznie narzekać na intrygi konkursowiczów, duchotę w pokoju i w ogóle kompletny bałagan. Scenka pt. „Dzielę się z tatą swoimi problemami” była obliczona dokładnie na czternaście minut, po czym Margarita Mieziencewa, po byłym mężu Stasowa, powtarzała rytuał obcałowywania córki, machała nam ręką i majestatycznie się oddalała. Odwiedzała nas dwa razy dziennie, rano i wieczorem, zanim opuściliśmy plażę.

Dzisiaj rano wszystko zaczęło się jak zwykle. Lila spojrzała w zamyśleniu na kołyszącą się na falach boję i oznajmiła:

– Zaraz przyjdzie mama.

Ale dalej wydarzenia przybrały nieoczekiwany obrót. Rita pojawiła się o wiele szybciej niż zwykle po tradycyjnej uwadze ośmioletniego dziecka, co nasuwało przypuszczenie, że prawie biegła. Wyglądała, mówiąc bez ogródek, nie najlepiej, i obserwując, jak przeciska się w naszą stronę wśród ciasno leżących plażowiczów, zacząłem powątpiewać, czy dobrze pamiętam, kiedy się urodziła. Wczoraj miała trzydzieści dwa lata, a dzisiaj dobiegała czterdziestki.

Obcałowywania nie było, owocowe rarytasy nie wiedzieć czemu nie wyłoniły się z białej torby. Rita opadła z rozmachem na ręcznik i podniosła na mnie zmęczony wzrok.

– Oj, Władik, co za koszmar. Ktoś zabił Olgę.

Tak się stropiłem, że nie dotarło do mnie, o jaką Olgę chodzi.

– Olgę?

– No tak. Olę Dorienko.

– Jak to zabił? – spytałem głupio.

– Nożem.

– Kto?

To pytanie chyba mogło śmiało konkurować z poprzednim. Nie było ani mądre, ani oryginalne.

– Skąd mam wiedzieć? Całą noc spędziłam w komisariacie.

– Dlaczego? Co ty masz z tym wspólnego?

– Oj, Władik, wszyscy przecież wiedzieli, że miałeś z nią romans, więc pomyśleli, że to ja ją… Z zazdrości.

– Jaki znowu romans? Co ty pleciesz? – Rozzłościłem się nie na żarty, ale od razu ugryzłem się w język, bo obok siedziała Lila, a w jej obecności musiałem robić dobrą minę do złej gry i uważać na słowa.

– Przecież wiesz, że nic mnie z Olgą nigdy nie łączyło – ciągnąłem już spokojniej. – Sto razy to przerabialiśmy.

– No tak, oczywiście, dlatego powiedziałam glinom, że to najprawdopodobniej Garik.

– Co? Garik?

– Zabił ją.

– O Boże! Tego tylko brakowało!

– A co? Jest jej kochankiem, sam mi mówiłeś.

To była klasyczna sytuacja, kiedy człowiek wpada w sidła własnego kłamstwa. Nigdy nie miałem żadnego romansu ani nawet drobnego flirtu z Olą Dorienko. Ale znany reżyser filmowy Igor Litwak też nigdy nie pretendował do miana jej kochanka. To było kłamstwo, które wymyśliliśmy z Olą specjalnie dla Rity, kiedy jej bezpodstawna zazdrość zaczęła przekraczać wszelkie granice przyzwoitości.

Olga i Rita były starymi przyjaciółkami, więc nic dziwnego, że mieliśmy wspólne grono znajomych i ciągle się odwiedzaliśmy. Olga podobała mi się o wiele bardziej niż pozostałe koleżanki Rity, była miłą i niegłupią kobietą, naprawdę utalentowaną aktorką, ale życie osobiste układało się jej fatalnie. Są takie kobiety, które mężczyźni zawsze rzucają. Gdzie tkwi przyczyna, co mają takiego w sobie, nikt nie potrafi wyjaśnić. Są mądre, ładne (a Ola Dorienko była ładna), sprawdzają się jako panie domu, ale facetom czegoś w nich brakuje. Może przysłowiowego magnetyzmu? Nie wiem, co tam sobie Rita ubzdurała, ale pewnego pięknego dnia zaczęła się wściekać i robić wyraźne aluzje do moich zbyt osobistych relacji z Olą. Zniósłbym to, ale kłopot polegał na tym, że Olgi też zaczęła się czepiać. Język mojej małżonki, jak już mówiłem, był dostatecznie ostry, żeby przyjaciółka, najpierw zdziwiona, z czasem poczuła się dotknięta do żywego. Im dalej, tym było gorzej. Ritka z twarzą obrażonej Madonny jęła opowiadać wszystkim, kto tylko miał ochotę słuchać, że jej mąż podrywa wschodzącą gwiazdę ekranu Dorienko. Zazdrość przerodziła się w obsesję, Ritka utraciła spokój ducha, doszło nawet do tego, że próbowała mnie śledzić. Raz zrobiła to wyjątkowo niefortunnie. Rozpracowywaliśmy wtedy grupę, która zajmowała się nielegalną produkcją narkotyków, i pojawienie się Ritki zniweczyło przemyślnie zaplanowaną operację. Ogromne wysiłki poszły na marne, a ja wpadłem w pracy w niezłe tarapaty i zrozumiałem, że jej choroba wymaga zastosowania radykalnych środków. Naradziłem się wtedy z Olą i postanowiliśmy wcisnąć Ricie historyjkę o potajemnym romansie z Igorem Litwakiem. Był to akurat taki przypadek, kiedy najbardziej niewiarygodne kłamstwo łatwo może uchodzić za prawdę.

Sęk w tym, że Igor Litwak był w kręgach kinematograficznych swego rodzaju fenomenem. Oddany rodzinie, uwielbiał czwórkę dzieciaków i grubą, nieładną żonę, a przez dwadzieścia lat pracy w filmie nigdy nie padł na niego nawet cień podejrzenia o jakikolwiek flirt. To właśnie posłużyło nam za wyjaśnienie faktu, że o romansie Olgi i Garika nikt nie wiedział: wszystko utrzymywane było w ścisłej tajemnicy, jako że żona Litwaka pochodziła z Tbilisi, w domu wpojono jej surowe zasady i najmniejsze pogłoski o niewierności męża mogły doprowadzić do tego, że natychmiast zabrałaby dzieci i wyjechała do Gruzji, gdzie mieszkała jej liczna rodzina. Rozłąka z dziećmi oznaczałaby dla niego tragedię, toteż swojego pierwszego romansu (nie licząc oczywiście romansu z żoną) Igor strzegł przed cudzym wzrokiem jak źrenicy oka.

– Dlaczego Ola nic mi o tym nie opowiadała? – Rita nie kryła zdziwienia.

– Bo w ogóle nikomu o tym nie mówi. Nikomu, rozumiesz? Żywej duszy. Garik ją o to prosił – kłamałem jak najęty.

– Ale tobie powiedziała – upierała się żona.

– Mnie też nie mówiła. Dowiedziałem się przypadkiem. W jej domu zostało popełnione przestępstwo, dzielnicowy szukał wśród lokatorów świadków, a Igor był w tym czasie u Olgi. W ten sposób wszystko wyszło na jaw.

Rita ze zrozumieniem przyjęła naszą wzruszającą historię, od razu się uspokoiła, i trzeba oddać jej sprawiedliwość, że nikomu się nie wygadała. A teraz nasz niewinny żart mógł się obrócić przeciwko niczego niepodejrzewającemu Igorowi Litwakowi i narazić go na grube nieprzyjemności.

– Garik przyjechał na festiwal? – zapytałem od niechcenia.

– Oczywiście. Jest przewodniczącym jury. A Olga została nominowana w kategorii najlepsza rola kobieca. Byłam pewna, że dostanie nagrodę.

– Jest wspaniałą aktorką – przytaknąłem, zastanawiając się gorączkowo, jak mam postąpić.

– A co ma piernik do wiatraka? – rzuciła lekceważąco Rita. – Garik kieruje pracami jury, już on by o nią zadbał, spokojna głowa.

No tak, żadna siła nie zmieni już Margarity. Nawet mówiąc o zamordowanej przyjaciółce, nie może powstrzymać się od złośliwości. Czasem, gdy patrzę na Ritę i widzę jej niezwykłe nogi, zastanawiam się, czy nie popełniłem błędu, rozwodząc się z nią. W takich chwilach jak ta wiem jednak, że się nie pomyliłem. Ritka z jej wieczną złością, podenerwowaniem działała na mnie toksycznie, była jak marynowany pieprz dla chorego cierpiącego na wrzód żołądka.

W ciągu kolejnych piętnastu minut dowiedziałem się, że Ola była wczoraj obecna na konferencji prasowej zorganizowanej po pokazie filmu, w którym grała główną rolę. Potem w restauracji hotelowej odbyła się tradycyjna zbiorowa pijatyka, podczas której upilnowanie kogokolwiek graniczy z cudem, wszyscy włóczą się gdzie popadnie, odwiedzają swoje i nieswoje pokoje, wracają, kąpią się w podświetlonym basenie, piją szampana i uprawiają pośpieszną, wcale nie pozbawioną namiętności miłość pod otaczającymi hotel wspaniałymi tropikalnymi krzewami. Olga mieszkała z aktorką Lusią Dowżuk. Kiedy Lusia koło trzeciej w nocy wróciła do pokoju, ujrzała Olgę leżącą na podłodze w kałuży krwi.

Natychmiast zjawili się pracownicy ochrony, wezwali milicję, i wtedy ktoś chlapnął (po pijaku język się rozwiązuje), że Margarita Mieziencewa już dawno była zazdrosna o swego byłego męża z powodu Olgi Dorienko, i tenże mąż przyjechał na festiwal, chociaż wcześniej niczego takiego nie praktykował. Najwyraźniej dla pięknych oczu Olgi. Dopóki byli z Ritą małżeństwem, nie towarzyszył żonie na żadnym festiwalu, a po rozwodzie, patrzcie go, nie widzi przeszkód. No i jak Rita miała to wytrzymać!

Miejscowi stróże porządku doszli do całkiem rozsądnego wniosku, że Ritoczka znosiła to z trudem. Tak wielkim, że w pewnej chwili nie wytrzymała i zabiła wredną zdzirę. Milicjanci poprosili zatem Ritę, aby im „towarzyszyła” i zaczęli skrupulatnie sprawdzać, czy miała okazję zabić przyjaciółkę. Niestety, niczego nie udało się wyjaśnić, bo wszyscy byli w takim stanie, że kompletnie nic nie pamiętali. Gdzie była Mieziencewa pomiędzy dwudziestą trzecią a trzecią w nocy? Wychodziła z sali? Gdzie i z kim ją widziano? Czy wjeżdżała na piętnaste piętro, gdzie znajduje się pokój Dorienko? Wyglądała na przybitą albo odwrotnie, podekscytowaną? Może była rozgniewana? Poirytowana? Dużo piła? I tak dalej… Pytania pozostały bez odpowiedzi, ale Ritę zwolniono, prosząc oczywiście o nieopuszczanie miasta. Na pożegnanie wyciągnęła asa z rękawa – powiedziała o Litwaku.

Stało się dla mnie jasne, że muszę jakoś pomóc biednemu Igorowi. Czułem się wobec niego nielicho winny i w żadnym razie nie chciałem, aby ucierpiał przez historię, u której podłoża leżała idiotyczna zazdrość mojej byłej żony.

Komisariat miejski, najwidoczniej niedawno wyremontowany, wyglądał tak świeżo jak niemowlę po kąpieli. Zostawiłem Lilę na ławce w towarzystwie książki o Muminkach i dałem trochę drobnych na wypadek, gdyby przyszła jej ochota na lody albo wodę. Byłem jednak pewien, że jak tylko zniknę w drzwiach, od razu ruszy do kiosku z książkami, który dostrzegłem w pobliżu, i kupi kolejny romans dla pań autorstwa Barbary Cartland. Zachodziłem w głowę, co udaje jej się zrozumieć z tych powieści, podejrzewałem, że niewiele, ale pochłaniała je jednym tchem.

Budynek był pogrążony w półmroku i ciszy. Milicjant przy wejściu spojrzał przelotnie na moją legitymację i skinął przyzwalająco głową. Na pierwszy rzut oka recepcja wyglądała całkiem zwyczajnie, ale po bliższym przyjrzeniu się zauważyłem, że pomieszczenie zastawiono sprzętem elektronicznym wartym tysiące dolarów, i ogarnęła mnie zazdrość, że miasto stać na zainwestowanie tylu pieniędzy w system ochrony. Gruby i spocony oficer dyżurny długo udawał, że mnie nie widzi, ja w tym czasie też udawałem, że cierpliwie czekam. Zawsze ciekawi mnie, jak traktowani są interesanci, kiedy jeszcze nie wiadomo, kim są i po co przyszli. Jeśli teatr zaczyna się od szatni, to komisariat – od recepcji. Stanowi ona wizytówkę urzędu, i nie chodzi tu o porządek czy komputeryzację, lecz o stosunek do obywateli. Klimat panujący w komisariacie wyczuwalny jest przede wszystkim w recepcji.

Milicjant nie wytrzymał pierwszy:

– Słucham pana. O co chodzi?

Podałem mu swoją legitymację.

– Szukam oficera dochodzeniowego, który zajmuje się zabójstwem aktorki Dorienko. Pomoże mi pan?

Mężczyzna w milczeniu zwrócił mi dokument i zaczął gdzieś wydzwaniać.

– Pokój numer dwanaście – powiedział w końcu, odkładając słuchawkę. – Schodami na piętro i w prawo.

To, co zobaczyłem w pokoju oznaczonym numerem dwanaście, wprawiło mnie w zdumienie. Niemożliwe, żeby urzędował tu wywiadowca, którego poszukiwałem. To był typowy gabinet szefa, wspaniały, porządnie umeblowany. Mężczyzna, który zasiadał przy biurku, również z wyglądu przypominał zwierzchnika. Dobrze po pięćdziesiątce, surowe oczy, korpulentna sylwetka.

– Podpułkownik Stasow, wydział kryminalny GUWD2 Moskwy – przedstawiłem się, próbując ukryć zdziwienie.

– Nikt nie uprzedził mnie o pańskiej wizycie – oświadczył osobnik za biurkiem, spoglądając gdzieś w bok.

Pomyślałem przerażony, że nie wiem, kim on jest, jak się nazywa, i że w ogóle zaszło jakieś nieporozumienie. Na mundurze zobaczyłem naszywki pułkownikowskie, które równie dobrze mogły należeć do komendanta, jak i do jego zastępcy. Co prawda, wchodziło się do pokoju z korytarza, a nie przez sekretariat, co mogło sugerować, że trafiłem jednak nie do szefa, lecz któregoś z jego zastępców.

– Oficer dyżurny skierował mnie do pokoju numer dwanaście.

– Słusznie. Ale Moskwa nie uprzedzała o pańskiej wizycie. Czego pan sobie życzy?

Domyśliłem się, że milicjant w recepcji wziął mnie za detektywa, który przyjechał z Moskwy w związku z zabójstwem Olgi. Pewnie dlatego skierował mnie do przełożonego, żebym się u niego zameldował. A przełożony naturalnie nic a nic o żadnym detektywie nie wie.

– Panie pułkowniku, chciałbym spotkać się z funkcjonariuszami, którzy prowadzą dochodzenie w sprawie zabójstwa Olgi Dorienko.

– Po co? Kto panu dał pełnomocnictwo?

Pytanie mi się nie spodobało. Gdzie się podziało słynne milicyjne braterstwo? Gdzie opiewane w książkach i filmach nierozerwalna więź, przyjacielska pomoc i natychmiastowe wsparcie? Pułkownik zachowywał się tak, jakby zabójstwo aktorki miał w głębokim poważaniu, natomiast o wiele bardziej nurtowało go pytanie, co zrobić, żeby w doborowe szeregi miejscowej milicji nie wślizgnął się moskiewski szpieg, wywierający zgubny, demoralizujący wpływ.

– Nie mam pełnomocnictwa. Ale mogę się przydać w śledztwie. Dobrze znałem ofiarę.

– Kto pana przysłał?

– Nikt mnie nie przysłał, jestem tu na urlopie, dowiedziałem się o zabójstwie, więc przyszedłem.

– Skąd się pan dowiedział?

Wyglądało to raczej na przesłuchanie; pułkownik najwyraźniej uważał, że jakimś oszukańczym sposobem próbuję wkręcić się w śledztwo, załatwiając swoje ciemne interesy.

– Powiedziała mi o tym moja żona, pracuje przy organizacji festiwalu.

Nie wspomniałem, że się z nią rozwiodłem, bo wtedy musiałbym długo opowiadać o Lili i o pedagogicznych zapędach Rity.

– Nazwisko żony?

– Mieziencewa. Margarita Mieziencewa.

– A pan nazywa się Stasow? To bardzo interesujące.

Nagle zdałem sobie sprawę, że stoję przed nim wyprężony na baczność. Widocznie jego niechęć działała na mnie hipnotyzująco.

– Jeśli ma pan informację, która rzuci światło na zabójstwo Dorienko, może pan mi ją przekazać – rzekł zimno pułkownik, zajmujący w komisariacie zagadkowe stanowisko. – Nie jestem zwolennikiem angażowania do dochodzenia osób postronnych, to często przeszkadza i stwarza dodatkowe trudności.

– Ale ja jestem wywiadowcą, a nie osobą postronną – usiłowałem zaprzeczyć.

– Jeśli dobrze pana zrozumiałem, może pan być potencjalnym świadkiem, i w tym znaczeniu jest pan niewątpliwie osobą z zewnątrz. Wykorzystamy pana w charakterze świadka. Jestem gotów wysłuchać wszystkiego, co pan ma do powiedzenia w sprawie Dorienko. Ale nie pozwolę włączyć pana do śledztwa. Nie jest pan teraz na służbie, i jako wywiadowca pan dla mnie nie istnieje.

– A jeśli ktoś z Moskwy zadzwoni do pana w tej sprawie, włączy mnie pan w skład grupy dochodzeniowej?

W rzeczywistości wcale nie chciałem wtrącać się do ich śledztwa. Może jestem zatwardziałym egoistą, ale nigdy nie czuję potrzeby, żeby się ładować w nieswoje sprawy i narzucać się z pomocą. Każdy musi ciągnąć swój wózek. Moja wizyta nie została podyktowana pragnieniem udzielenia wsparcia w zdemaskowaniu zabójcy, lecz jedynie chęcią odbycia męskiej rozmowy z wywiadowcami i wyjaśnienia im, że Garik Litwak nie ma nic wspólnego z zabójstwem, ponieważ jego związek z ofiarą jest czystym wytworem wyobraźni. I tyle. Moje szlachetne zamiary nie sięgały ani o krok dalej. Natomiast zaintrygowało mnie, dlaczego zajmujący okazały gabinet pułkownik zapałał do mnie taką niechęcią i dlaczego nie chce mnie dopuścić do dochodzenia w sprawie zabójstwa. Może zraniłem jego ambicję? Albo nie lubi, jak ktoś mu rozkazuje? Czyżby samo słowo „Moskwa” doprowadzało go do wściekłości?

– Włączę pana do śledztwa tylko w jednym wypadku: jeśli otrzymam pisemne polecenie Głównego Wydziału Kryminalnego MSW Rosji – odparł ostro. – Podporządkowuję się tylko ich rozkazom. Wydział Spraw Wewnętrznych stolicy nie ma prawa wkraczać w moje kompetencje, jesteśmy równi rangą, więc mogą się najwyżej zwrócić z prośbą.

– A jeśli to zrobią? – Nie przestawałem go naciskać.

– To będzie zależało od sytuacji. Zwykle nie przychylam się do takich próśb. Pańscy koledzy tylko plączą się pod nogami i dezorganizują nam pracę. Jeśli ministerstwo podejmie decyzję utworzenia grupy operacyjno-dochodzeniowej razem z GUWD Moskwy, wtedy co innego. Będzie decyzja – będziemy rozmawiać. A teraz, nie zatrzymuję pana dłużej, Stasow.

Tak. Wyrzucono mnie z gabinetu szefa, w dodatku niezbyt uprzejmie. Ale tak łatwo się nie obrażam. To znaczy owszem, czuję żal, ale zdążyłem się przyzwyczaić i umiem przejść nad tym do porządku dziennego. Toteż nie wpadłem w czarną rozpacz i opanowałem gniew. Poszedłem na drugie piętro, gdzie wszystko wyglądało jakoś zwyczajniej: na korytarzu nie było chodnika, ścian nie wyłożono boazerią jak piętro niżej, lecz pomalowano farbą olejną, a drzwi nie obito dermą. Nasłuchując głosów dobiegających zza drzwi, wybrałem pokój, w którym, sądząc po zgiełku, było dużo ludzi.

– Przepraszam – powiedziałem nieśmiało, robiąc niewinną minę. – Dostałem wezwanie w związku z zabójstwem aktorki Dorienko, ale zapomniałem, do którego pokoju miałem się zgłosić.

– Pokój numer trzydzieści – padła natychmiastowa odpowiedź, po której niepostrzeżenie się wycofałem.

Przed pokojem numer trzydzieści siedziało kilkanaście osób, widocznie wezwanych po to, by złożyły zeznania w sprawie nocnego zabójstwa. Czekanie w kolejce mogło potrwać do wieczora. Wyjaśnianie całemu ogonkowi, że jestem „swój” i mam sprawę służbową, wcale mi się nie uśmiechało. Mogłem oczywiście wparować do środka jak gdyby nigdy nic, nikomu się nie tłumacząc, ale istniało realne zagrożenie, że natknę się na takiego samego obrońcę suwerenności jak ten, z którym dopiero co rozmawiałem w pokoju numer dwanaście. Wedrzeć się do pokoju w środku przesłuchania i zażądać przerwania go – to dobry sposób, aby wylecieć z milicji na zbity łeb. Mógłbym to przeboleć, ale miałem dług wobec Igora Litwaka, więc za wszelką cenę musiałem wykonać swoje zadanie.

– Kto następny? – spytałem aroganckim, pewnym siebie tonem.

– Ja – odezwała się młoda dziewczyna w brązowym bezrękawniku, odsłaniającym duże piegi na mlecznobiałym biuście.

– Dam pani kartkę, proszę ją przekazać.

Wyjąłem z torby plażowej długopis, notes, i na wyrwanym karteluszku nabazgrałem: „Stasow, MUR3. Pilne”.

– Komu mam to oddać? – zapytała piegowata dziewczyna, biorąc ode mnie świstek.

– To bez znaczenia. Temu, kto będzie w pokoju.

Minęło może dziesięć minut i z pokoju wyszedł mężczyzna, na którego widok cały zdrętwiałem. To był Igor Litwak. Twarz miał zmienioną nie do poznania. Chyba się spóźniłem. Ale z drugiej strony, przyszedłem w samą porę, bo jeśli zaraz mnie wezwą do tego arcyważnego pokoju numer trzydzieści, zdążę wszystko wytłumaczyć, i wtedy detektywi nie będą zadawać kolejnym świadkom pytań, na podstawie których wysnują w pełni uzasadnione przypuszczenie, że zamordowana aktorka miała romans z przewodniczącym jury konkursu.

Dziewczyna weszła do pokoju i niemal natychmiast była z powrotem.

– Niech pan idzie – wycedziła przez zęby.

Doskonale ją rozumiałem. Pewnie siedziała tutaj od samego rana, a teraz zrobiło się już południe. A tu jakiś chłystek włazi bez kolejki…

W pokoju było gorąco i duszno od dymu z papierosów, jakby cała kompania wojska urządziła tu sobie palarnię, ale za biurkiem zobaczyłem tylko sympatycznego młodzieńca. Wyglądał na zmęczonego, wzrok miał przygaszony, jednak jego włosy nie wiedzieć czemu były idealnie ułożone, jakby niedawno się czesał. Może istotnie po przeczytaniu mojej kartki błyskawicznie doprowadził się do porządku. Jeśli tak było, miałem szczęście: chłopak zachował coś na kształt respektu przed MUR-em.

– Dzień dobry – zagaiłem uprzejmie. – Nazywam się Stasow.

– Wiem. – Milicjant kiwnął głową. – Ma pan jakiś problem?

– Wybitnie męski. Proszę mi mówić Władisław Nikołajewicz.

– Siergiej Lisicyn – przedstawił się, ściskając moją rękę.

Wyczułem na jego dłoni twarde odciski, które zdradzały dbającego o formę sportowca.

– A więc, Siergieju, przyszedłem w sprawie zabójstwa Olgi Dorienko. Właśnie wyszedł od ciebie Igor Arkadjewicz Litwak. Mówiono ci, że był kochankiem Olgi?

– Nie rozumiem, Władisławie Nikołajewiczu, jaką ma pan do mnie sprawę.

– Mówiłem ci przecież, męską.

– Oficjalną? Oddelegowano pana do nas?

Następny mądrala się znalazł. Autonomia Krymu robi wrażenie, więc wkrótce pewnie tutaj też zechcą wprowadzić własną walutę i ustanowić granice. Republika Kurort. Obłęd.

– Nie, moja sprawa ma charakter nieoficjalny. – Byłem cierpliwy jak pielęgniarka przy łóżku ciężko chorego. – Jestem tu na urlopie, a na festiwalu filmowym pracuje moja żona, która dziś rano poinformowała mnie o zabójstwie Dorienko. Więc przyszedłem do ciebie, Sierioża, jak facet do faceta, żeby wyjaśnić, że Igor Arkadjewicz nigdy nie był kochankiem Olgi, dlatego wszystkie twoje podejrzenia wobec niego są bezpodstawne.

– Skoro Litwak nie był jej kochankiem, to czemu przyszło panu do głowy, że go podejrzewamy? Skąd ten pomysł?

– Żona na to wpadła. Przecież to ona powiedziała wam o Litwaku, prawda? Jako pierwsza i jedyna.

Siergiej w milczeniu otworzył teczkę i zaczął wertować dokumenty. Domyśliłem się, że szuka zeznań świadka Stasowej. Zanim je znajdzie, zdążę się zestarzeć, a Lila wyjdzie za mąż i urodzi mi gromadę wnuków. Ale nie chciałem go ponaglać. Mimo że chłopak był całkiem młody, jakiś szacunek mu się należał.

– Pańska żona nazywa się Stasowa? – zapytał w końcu, nie odrywając oczu od papierów.

– Mieziencewa. Margarita Mieziencewa.

– Więc to taka historia!

Niech to licho porwie, co się tej Ritce nie podobało w moim nazwisku! Zmieniła je na panieńskie zaraz po rozwodzie. A teraz tłumacz tu, człowieku, każdemu, co i jak.

Lisicyn znalazł potrzebny dokument, przejrzał go i uśmiechnął się lekko pod nosem.

– To zabawne. Pierwsi świadkowie zgodnie stwierdzili, że pańska żona od dawna była o pana zazdrosna z powodu zamordowanej. A ona, jakby znajdując dla siebie usprawiedliwienie, podsuwa nam Litwaka. Litwak z kolei kategorycznie wszystkiemu zaprzecza. I jak pan to wyjaśni, Władisławie Nikolajewiczu?

Opowiedziałem mu o moim i Olgi oszustwie, podkreślając dziewiczo czystą reputację Igora. Siergiej słuchał z zainteresowaniem, wesoło pochrząkując i kiwając głową. Ale pod koniec mojej pełnej skruchy opowieści raptem spoważniał.

– Dlaczego mam panu wierzyć? Może jest pan przyjacielem Litwaka i okłamuje mnie, żeby go osłonić.

– Może – rzuciłem ze złością. – Niech pan spróbuje przepytać wszystkich uczestników festiwalu, a jeśli choć jedna osoba słowem wspomni o romansie Olgi i Iwana, może pan mi napluć w twarz. Bo tego romansu nie było, to wytwór fantazji. Usłyszy pan nazwiska wielu kochanków i wielbicieli Olgi, ale nikt nie wymieni Litwaka, gwarantuję.

Ogarnięty gniewem, nawet nie zauważyłem, kiedy zacząłem się do niego zwracać na „pan”. Nagle twarz Siergieja rozjaśnił szczery i promienny uśmiech, choć oczy dalej miał chmurne i jakieś smutne.

– Dobrze, że pan przyszedł, Władisławie Nikołajewiczu, bo mam już kompletny mętlik w głowie. To pierwszy rok mojej pracy, doświadczenia tyle co kot napłakał, a tu coś takiego… Gwiazda, kandydatka do pierwszej nagrody.

Zamilkł i spojrzał gdzieś za okno. Podążyłem za jego wzrokiem, ale nie zobaczyłem nic ciekawego prócz różowej fasady dużego budynku, przypominającego komitet partii.

– Władisławie Nikołajewiczu, ciężko mi to mówić… Jednym słowem, nasi zwierzchnicy nie tolerują doraźnych współpracowników. Chciałbym się pana poradzić, tym bardziej że dobrze znał pan Dorienko i jej środowisko, ale głowę mi za to urwą. Mamy już jednego doradcę.

– Tego z pokoju numer dwanaście? – odgadłem.

– Zgadza się – odrzekł z uśmiechem Siergiej.

– Więc jakie widzisz wyjście? Udać, że mnie tutaj nie było i że się nie znamy?

– Nie. Włączę pana do sprawy jako świadka i na tej podstawie będziemy mogli się kontaktować bez przeszkód. Tylko będzie pan musiał od czasu do czasu pokazać się w komisariacie. Ma pan cenną informację…

– Nie, Sierioża, ten manewr nie przejdzie. Twój zwierzchnik mnie widział i bardzo nieuprzejmie wyprosił za drzwi. Jeśli podasz mnie na świadka, już jutro znajdę się w pokoju numer dwanaście i przesłucha mnie urzędujący tam funkcjonariusz, a nie ty. I w ogóle, skąd ci przyszło do głowy, że zamierzam ci pomagać, co? Chyba zapomniałeś, że jestem na urlopie.

W jednej chwili twarz mu się zapadła i stężała. Byłem szorstki, fakt, ale po dziwnej rozmowie z jego szefem nie widziałem powodu, żeby bawić się w dobrego wujka.

– Jeśli przyszedł pan tutaj opowiedzieć o Litwaku, to znaczy, że chciał pan nam pomóc, żebyśmy nie marnowali sił i czasu na tę hipotezę.

– Chciałem pomóc, nie wam, tylko Igorowi. Ma zazdrosną żonę, której ani razu nie zdradził. Jeśli wybuchnie skandal, nigdy się z tego nie podniesie, rozumiesz?

To złamie mu życie, jego żonie zresztą też, nie mówiąc już o dzieciach.

– Czyli nie mogę na pana liczyć?

Patrzył na mnie takim wzrokiem, jakim patrzą chore psy wyrzucone na ulicę przez bezlitosnych właścicieli. Nagle pomyślałem, że nie spał całą noc i że w swojej skromnej praktyce nie miał jeszcze do czynienia z taką sprawą jak zabójstwo gwiazdy filmowej Olgi Dorienko, że okropnie się boi zawalić robotę i w związku z tym gwiżdże na ambicję. Rzeczywiście potrzebował pomocy. Spędził pół nocy w towarzystwie nieźle wstawionych filmowców i przeraziła go masa plotek, domysłów, brudu i jawnej złości, która się na niego wylała. Kino to osobny świat i żeby pojąć relacje łączące ludzi filmu, trzeba spędzić z nimi przynajmniej rok. Coś mi zaświtało.

– Ile osób pracuje nad tą sprawą?

– Ci, którzy są do dyspozycji. Ale że jesteśmy zawaleni robotą i na nic nie starcza czasu, każdy będzie pomagał w miarę możliwości.

– A czy w ogóle ktoś został przydzielony do sprawy? Czy może puszczacie wszystko na żywioł?

– Obawiam się, że tak. Ale są trzy osoby.

– Kto jeszcze oprócz ciebie?

– Pasza Jakowczik i Walentin Iwanowicz Kuźmin. Przesłuchują teraz gości hotelowych.

– Pasza jest chyba młody, a Kuźmin ma pewnie więcej doświadczenia – mruknąłem.

– Walentin Iwanowicz jest moim prowadzącym – oznajmił Siergiej z westchnieniem. – Ma ponaddwudziestopięcioletni staż.

– Co tak ciężko wzdychasz? Prowadzący nie ułatwia ci życia?

Popatrzył na mnie wzrokiem skrzywdzonego psa, a ja nabrałem ochoty, żeby pogłaskać go po głowie i podrapać za uchem.

– Odkąd zaczął pić, do niczego już nie ma głowy.

– No tak. Czyli niewielki z niego pożytek. A Pasza? Jakim jest człowiekiem?

– To dobry chłopak, ale kończy mu się kontrakt. Kiedy zaczynał naukę w szkole milicyjnej, podpisał kontrakt na pięć lat. Od tego czasu minęły cztery lata z hakiem. Nawet upatrzył już sobie posadę, będzie szefem ochrony w jakimś banku. Jemu też nie zależy na zaszczytach.

– A tobie zależy?

– Nie nadaję się do pracy dla pieniędzy. Zostanę tutaj, póki mnie nie wyrzucą.

No cóż, chłopcze, szczęście ci nie dopisało, pomyślałem ze współczuciem. Z dwóch prowadzących jeden to podstarzały pijak, a drugi czeka na koniec stażu. Za niewyjaśnione zabójstwo z milicji ich nie wywalą, a podziękowań na odchodne nie potrzebują. Krótko mówiąc, sam będziesz musiał wypruwać sobie żyły, żeby znaleźć zabójcę.

– A jak tam śledczy? – spytałem zaciekawiony.

– W porządku. – W głosie Lisicyna dało się słyszeć jakieś wahanie. – Nie znam go dobrze.

Spojrzałem na zegarek. Lila już ponad godzinę siedzi na ławce, czekając na zajmującego się swoimi sprawami tatusia. Mogłem oczywiście dać sobie rękę uciąć, że nigdzie sama nie pójdzie z jakimś obcym wujaszkiem, dobrze ją przeszkoliłem w tym zakresie. Mimo to gryzły mnie ojcowskie wyrzuty sumienia!

– Zrobimy tak, Siergieju – powiedziałem, wstając. – Ulica Pierwszego Maja, dom numer osiem. Przed dziesiątą rano i po szóstej wieczorem. Jeśli będziesz potrzebował rady, zapraszam.

Tak jak się spodziewałem, Lila siedziała bez ruchu, pogrążona w lekturze. Już z daleka było widać, że to wcale nie Muminki. Nie była to też Barbara Cartland, którą rozpoznawałem na odległość po kieszonkowym formacie i czerwono-żółto-zielonej okładce. Książka, którą Lila trzymała w rękach, była zwykłej wielkości, w dodatku bardzo gruba. Podszedłszy bliżej, odczytałem tytuł Ukradzione sny i przyjrzałem się rysunkowi, który przedstawiał zgrabną blondynkę z papierosem w ręku. Kolejne miłosne czytadło.

– Co czytasz? – spytałem, siadając obok i wyjmując jej książkę z rąk. – Znowu jakiś romans? Skąd wzięłaś pieniądze?

– Zostało mi trochę, wczoraj nie wszystko wydałam. – Lila wyraźnie unikała mego wzroku.

To by znaczyło, że ani wczoraj, ani przedwczoraj, ani trzy dni temu nie kupiła sobie lodów za pieniądze, o które uparcie prosiła dwa razy dziennie. Co za spryciara! Zaciskając w małej piąstce pięciotysięczny banknot, szła do kiosku, a po piętnastu minutach wracała i mówiła, że było smaczne. Gdzie chowała pieniądze? Pewnie do książek, z którymi nie rozstawała się ani na minutę, nawet kiedy chodziła „po lody”. Posiedzę na ławce, poczytam sobie i zjem lody – zapewniała. – Bo zanim je doniosę, zdążą się rozpłynąć. Miała w tym interes, a ja, detektyw od siedmiu boleści, nawet nie podejrzewałem, że moja własna ośmioletnia córka oszukuje mnie z taką łatwością i wdziękiem.

Obejrzałem grubą książkę w błękitnej oprawie i zauważyłem napisaną z tyłu długopisem cenę – piętnaście tysięcy. Ostatecznie trzy porcje lodów, które można było kupić za piętnaście tysięcy rubli, dostarczały dziecku przyjemności równo na pół godziny, a delektować się pięćsetstronicową powieścią o miłości będzie co najmniej trzy dni. Opłacało się. Trzeba tylko sprawdzić, czy nie ma tam jakichś scen porno.

Otworzyłem książkę na stronie z reklamującą ją notką i okropnie się zdziwiłem.

– Lila, przecież to kryminał! Nie romans!

– Wiem, tato – odparła ze skruchą. – Byłam ciekawa.

– Masz jeszcze czas na kryminały – oświadczyłem autorytatywnie. – Nic z nich nie zrozumiesz.

– Nieprawda, przeczytałam już dwadzieścia stron i wszystko rozumiem. Możesz sprawdzić. Chcesz, to ci opowiem?

– Innym razem – odburknąłem. – Mam dosyć kryminalnych historii w pracy. Chodźmy na obiad.

Rozdział 2

Kiedy Rita nie pojawiła się przed szóstą na plaży, zrozumiałem, że coś ją zatrzymało i nie ma sensu dłużej czekać.

– Zbieraj się, kotku – powiedziałem do Lili, wciągając dżinsy i pakując do dużej torby nasze manatki.

– A mama? – zapytała, podnosząc głowę znad Ukradzionych snów. Jej duże ciemnoszare oczy spoglądały z urazą i zdziwieniem.

– Liluś, słyszałaś przecież, co mama opowiadała rano. W hotelu zdarzyło się zabójstwo i teraz pracuje tam milicja. Może poproszono mamę, żeby nigdzie nie wychodziła.

– A co, jest podejrzana?

Masz ci los. Pierwszy raz w życiu dziecko wzięło do rąk kryminał, i oto są rezultaty.

– Ależ skąd, słoneczko, mama dobrze znała tę panią, która zginęła i pewnie poproszono ją, żeby o niej opowiedziała.

Lila kiwnęła głową bez słowa i zaczęła się ubierać. Chyba moje wyjaśnienie trafiło jej do przekonania.

Po drodze do domu wstąpiliśmy do sklepu, żeby kupić coś na kolację. Nasi gospodarze pozwalali nam korzystać z kuchni, co oznaczało, że mogliśmy brać dwa talerze, dwa widelce, nóż, garnek albo patelnię, włączać kuchenkę i odkręcać kran. Nie mieliśmy za to gdzie przechowywać kupionych produktów, bo lodówka, jak to często bywa w domach, w których wynajmuje się pokoje, stała u gospodarzy. Nie było co marzyć, żeby tam wejść. Dlatego żywność, która łatwo się psuła, kupowaliśmy w mikroskopijnych ilościach, to znaczy dokładnie tyle, ile można było zjeść na raz.

– Co weźmiemy? – zapytałem demokratycznie Lilę. – Parówki drobiowe, wędzone czy holenderskie?

– Wędzone – odparła bez zastanowienia, wbijając łakomy wzrok w ladę z wędlinami.

– A co do tego? Ugotujemy ziemniaki czy makaron? Może kupimy kaszę, będzie raz-dwa.

– Wszystko jedno, tato, sam zdecyduj.

Jeśli chodzi o mnie, najlepsze byłyby frytki z chrupiącą złotą skórką i kapusta kwaszona. Do wyboru miałem jednak gotowane ziemniaki, makaron i kaszę, a na Lilę w tej palącej kwestii nie mogłem liczyć. Kiedy moja córka widziała wędzoną kiełbasę, świat przestawał dla niej istnieć. W takim momencie gotowa była przystać na każdą egzekucję, nie wykluczając połknięcia sondy żołądkowej, mogła też obiecać, że nie będzie czytała na leżąco i podczas jedzenia. Nie wiem, dlaczego Rita ograniczała jej to, co dziewczynka lubiła najbardziej na świecie (nie licząc naturalnie książek); moim zdaniem, trochę kiełbasy małej nie zaszkodzi. Ale Rita to Rita, nikomu nie raczy się tłumaczyć ze swoich czynów i ocen. Dla dziecka to niezdrowe – i koniec. Tak więc jeśli się w czymś nie zgadzam z matką Lili, robię to po swojemu, ale dyskretnie.

Szkoda tylko, że do tych potajemnych działań włącza się sama Lila.

Kupiliśmy pięć wędzonych parówek, śmietanę, pokrojoną w cienkie plasterki kiełbasę prieobrażeńską i powlekliśmy się w stronę malutkiego bazaru, na którym wybrałem osiem średnich ziemniaków, trzy pomidory, cztery ogórki i jedną cebulę. Sprzedawcy krzywili się i burczeli pod nosem, ważenie takich śmiesznych ilości warzyw stanowiło dla nich tylko kłopot, ale ja, zachowując kamienną twarz, udawałem, że ich grymasy nic mnie nie obchodzą. Niech sobie marudzą, i tak będę kupował tyle, ile potrzeba na kolację, w przeciwnym razie wszystko spleśnieje w tym potwornym upale, na dodatek bez lodówki. Poza tym niedojedzone produkty musielibyśmy trzymać w naszym pokoju, a rano krążyłoby już nad nimi stadko ohydnych małych muszek. O nie, tylko nie to.

Dzisiaj nie miałem szczęścia, obok właścicielki, Wiery Iljiniczny, w kuchni kręciły się dwie damulki z Petersburga, które też wynajmowały tu pokój. Moje pojawienie się nie wywołało entuzjazmu, kuchnia była raczej ciasna. No cóż, postanowiłem, że nic się nie stanie, jeśli zjemy kolację trochę później, szybko się wycofałem i poszedłem na górę do swojej klitki.

– Jesteś bardzo głodna? – zapytałem troskliwie Lilę, która już się położyła i zapomniała o całym bożym świecie, zatopiona po uszy w swojej powieści.

– Jeszcze nie – odpowiedziała odruchowo, nie odwracając głowy.

Dom państwa Wiszniakowów był bardzo mały, ale piętrowy. Na dole znajdowały się dwa pokoje właścicieli, na piętrze – kolejne dwa, które latem wynajmowano za ciężkie pieniądze. Pokoje gospodarzy były o wiele większe, bo zajmowały cały parter, podczas gdy na piętrze pomieszczenia mieszkalne otaczało coś w rodzaju galerii, werandy czy balkonu. Domyśliłem się, że dom został zbudowany w czasach, gdy wczasowicze mogli mieszkać tylko w kwaterach prywatnych, hotele były dla nich niedostępne, a wypoczywać mogli tylko tutaj, nad Morzem Czarnym – nikt wtedy nie słyszał o kurortach w Turcji, Grecji, Hiszpanii czy we Włoszech. Każdy metr kwadratowy z łóżkiem cieszył się niesłychanym powodzeniem. Dzielenie piętra na trzy albo cztery pokoje okazało się niepraktyczne, bo pokoiki wychodziły maciupeńkie, a w każdym trzeba było ustawić przynajmniej dwa łóżka, szafkę nocną i dwa krzesła. Żeby ograniczyć wydatki na meble, przygotowano dwa pokoje, oba tak samo skąpo umeblowane, a dla chętnych rozkładano łóżka na balkonie. Choć inne sprzęty się tam nie mieściły, bladzi i przemęczeni mieszkańcy miast byli szczęśliwi, że mają miejsce do spania, przecież i tak cały dzień spędzali nad morzem.

Czekając, aż kuchnia się zwolni, wyniosłem krzesło na porośniętą dzikim winem galerię, usiadłem, kładąc nogi na poręczy, zapaliłem z przyjemnością papierosa i pogrążyłem się w smutnych rozmyślaniach na temat morderstwa Oli Dorienko. Wkrótce rozważania stały się wielce nieprzyjemne, bo do mojej duszy zaczęło zakradać się podejrzenie, czy przypadkiem nie jest w to zamieszana Margarita Mieziencewa. Właściwie nie powinna już być zazdrosna: po pierwsze, historia z Litwakiem całkiem ją uspokoiła, po drugie, wzięliśmy jednak rozwód. Ale Rita przy wszystkich swoich wadach nigdy nie była naiwna.

Mogła się skądś dowiedzieć, że romans z Garikiem to wierutne kłamstwo, a skoro kłamstwo, to znaczy, że chcieliśmy z Olgą ukryć przed nią prawdę. I ta prawda mogła się Ricie nie za bardzo spodobać. Zwłaszcza że rzeczywiście co roku jeździła na wszystkie festiwale w nadmorskich uzdrowiskach i za każdym razem prosiła mnie, abym przyjechał do niej z Lilą, a ja zawsze odmawiałem. W tym roku spełniłem jej prośbę tylko dlatego, że przepracowałem w milicji wymagane dwadzieścia lat i zamierzałem przejść na emeryturę, w związku z czym zaproponowano mi, żebym wykorzystał cały urlop, nie tylko tegoroczny, ale również zaległy z poprzednich lat. Od razu po powrocie do Moskwy miałem się stawić na komisji lekarskiej, by potem otrzymać stosowne dokumenty, dzięki którym miałem stać się wolny jak ptak. Albo pierwszy lepszy włóczęga. Moje argumenty mogły jednak nie przekonać Rity. Odkrywszy kłamstwo, doszła pewnie do wniosku, że nadal flirtuję z Olą, że przyjechałem tutaj wyłącznie dla niej, i dawno temu wygasła zazdrość obudziła się na nowo. W tych okolicznościach mogła równie dobrze pomyśleć, że rozwiodłem się z nią też z powodu Oli. Popełnić morderstwo, zwalić podejrzenia na niczego niepodejrzewającego, niewinnego Igora Litwaka, szukać przy tym pocieszenia i wsparcia u byłego męża, który ściga przestępców, a jej nie da skrzywdzić… To perfidne, podłe, ale zupełnie w stylu Margarity Mieziencewej.

– Władik, czemu pan wyszedł? – dobiegł mnie głos jednej z lokatorek.

Spojrzałem w dół i zobaczyłem sympatyczną czarnulkę Irę, która od pierwszego dnia robiła do mnie słodkie oczy i próbowała zaprzyjaźnić się z Lilą.

– Nie chcę się plątać pod nogami – odparłem. – Poczekam, aż skończycie, nie śpieszy mi się.

– Ale dziecko jest przecież głodne – obruszyła się Ira. – Proszę zejść, my z Tatianą już wszystko zrobiłyśmy i ustępujemy panu pola.

Wziąłem z pokoju dwie reklamówki z zakupami i zszedłem do przybudówki, gdzie mieściła się kuchnia.

– Władik, prosimy do nas – zaproponowała gościnnie Ira, ustawiając na dużym zadaszonym stole talerze z apetycznie pachnącymi potrawami.

Zawsze fascynowała mnie w kobietach ich umiejętność przygotowywania wymyślnych dań w warunkach polowych, bez lodówki. Wyglądało na to, że Iroczka była panną wielce gospodarną, skoro tak się starała nie dla ukochanego męża, lecz dla siebie.

Jej przyjaciółka Tatiana była zupełnym przeciwieństwem czarnowłosej, smagłej Iry. Korpulentna blondynka, której ciało wylewało się ze stroju kąpielowego jak ciasto z dzieży, nie tylko nie próbowała rzucać w moją stronę zalotnych spojrzeń, ale chyba w ogóle mnie nie zauważała. Ale za to bardzo się zaprzyjaźniła z Lilą. Najdziwniejsze było to, że Lilę coś do niej ciągnęło i wieczorami długo o czymś rozmawiały. W dodatku odnosiłem wrażenie, że Tania traktuje dziewczynkę jak biedną sierotkę, bo ani razu nie zrobiła czegoś, co potwierdziłoby, że wie, iż Lila ma ojca, co więcej, że ten ojciec śpi za ścianą w sąsiednim pokoju, mówi codziennie rano dzień dobry, gotuje w kuchni wodę na kawę, i w ogóle to właśnie on, metr dziewięćdziesiąt wzrostu, włosy ciemnoblond, oczy zielone. Iroczka strzelała do mnie oczkami tak znacząco, że nie chciało mi się wierzyć, iż nie plotkowała o mnie z przyjaciółką. Tym niemniej…

Od zaproszenia na wspólny posiłek grzecznie się wymówiłem, obrałem swoje osiem ziemniaków, postawiłem garnek na kuchence, wrzuciwszy do niego porządny kawałek masła, żeby się szybciej gotowało, i zabrałem się do przyrządzenia sałatki z pomidorów, cebuli, ogórków i śmietany. W głębi duszy miałem nadzieję, że zanim moja kolacja będzie gotowa, stół się zwolni. Był ogromny, mieściło się przy nim swobodnie z dziesięć osób. Takie zadaszone stoły przed domami są na południu bardzo popularne, wieczorami zbierają się przy nich duże rodziny gospodarzy, czasem w spotkaniach biorą udział urlopowicze. Miejsca wystarcza dla wszystkich, i nie chodzi o to, że bałem się ciasnoty przy stole. Nie chciałem po prostu nic zmieniać w moich oficjalnych relacjach z kobietami, poza tym nie byłem w nastroju do prowadzenia banalnej rozmowy.

Moje nadzieje okazały się płonne. Kolacja była gotowa, a Ira z Tanią siedziały wciąż przy stole, i leniwie dłubiąc widelcami w talerzach, prowadziły nieśpieszną rozmowę. Nie było wyjścia, wypadało przyłączyć się do towarzystwa.

Tatiana nadal mnie nie dostrzegała, ale kiedy przyszła Lila, od razu wybuchła ożywiona dyskusja, więc pomyślałem, że skoro nie udało się zjeść kolacji w spokoju i samotności, to chociaż się dowiem, co mogą mieć ze sobą wspólnego te dwie żeńskie istoty.

– Zaczęłam dzisiaj nową książkę – oznajmiła Lila, zręcznie operując nożem i widelcem i zmiatając z talerza parówki. – Nazywa się Ukradzione sny.

Nastrój przy stole gwałtownie się zmienił. Panie zrobiły miny, jakby miały pełno wody w ustach i bały się poruszyć, żeby nie uronić ani kropli.

– I jak? Podoba ci się? – spytała Ira jakimś dziwnym głosem, odkładając widelec.

– Super! – zawołała z pełnymi ustami moja zachwycona córka. – Zupełnie jak w życiu.

– Co masz na myśli? – Głos Iry zabrzmiał jeszcze dziwniej.

Pytania Iroczki obudziły moją czujność, bo jakoś nie mogłem pojąć, co takiego szczególnego zobaczyły petersburżanki w tym, że Lila czyta kryminał.

– Główna bohaterka przyjechała na urlop do sanatorium, a tam akurat zdarzyło się morderstwo, i wtedy ona, bo pracowała w milicji, zaproponowała miejscowym glinom pomoc, a oni ją odrzucili, i wtedy ona się obraziła.

– Kto się obraził, milicja czy pomoc? – zapytałem z przekąsem i pomyślałem, że w wolnym czasie trzeba będzie podszkolić Lilę w opowiadaniu, żeby nie zapominała używać imion własnych i rzeczowników, i nie mówiła ciągle „ona”, „on”, „ten”.

– Bohaterka się obraziła – rzeczowo wyjaśniła Lila, nie zauważając mojej złośliwości. – A potem zainteresowała się nią mafia, a dalej jeszcze nie przeczytałam.

Kobiety zaczęły się śmiać jak wariatki. Tatiana jakoś jeszcze nad sobą panowała, ale Ira zsunęła się z ławki na ziemię, wcisnęła twarz w kolana i trzęsła się cała, wydając z siebie jakieś stłumione szlochy. W milczeniu przeczekałem wybuch niezrozumiałej wesołości.

W końcu panie się uspokoiły. Tatiana otarła oczy chusteczką, a Ira znowu usiadła na ławce.

– Przepraszamy, Władik – powiedziała, z trudem łapiąc oddech. – Pewnie pan myśli, że jesteśmy stuknięte. Chodzi o to, że książkę Ukradzione sny napisała Tania.

– Co takiego?!

Zaskoczony, machnąłem ręką, i kawałek wspaniałej wędzonej parówki zeskoczył z widelca i upadł na ziemię. Tłusty kot gospodarzy od razu zanurkował pod stół. Aż do tej pory kocur siedział cierpliwie koło nas i patrzył z wyrzutem na zastawiony stół, nie mogąc się doczekać, kiedy wreszcie w którymś z gości obudzi się sumienie.

– To prawda, Władik. Tanieczka pisze książki, które nawiasem mówiąc, są chętnie wydawane. Jest bardzo znana w Petersburgu. Tatiana Tomilina.

Milczałem oszołomiony. Ta gruba krowa o świńskich oczkach jest znaną pisarką, autorką kryminałów? Ile ma lat? Dwadzieścia pięć? Trzydzieści? Na pewno nie więcej.