Opis

Pewnego dnia Gallip, prawnik ze Stambułu odkrywa, że jego żona odeszła. Co znaczy owo tajemnicze zniknięcie? Czy żona opuściła go dla innego mężczyzny?

W tym samym czasie bez wieści przepada bez śladu także brat przyrodni Rüyi – Celal, dziennikarz największego tureckiego dziennika. Czy między tymi zaginięciami istnieje jakiś związek? Gallip wpada na myśl, że udając Celala, żyjąc jak on, nosząc jego ubrania, pisząc za niego artykuły, mieszkając w jego domu, zacznie myśleć jak Celal, dzięki czemu odnajdzie zaginioną parę. Pewnego dnia odbiera dziwny telefon...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 754

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału

Kara Kitap

Copyright © 1994, İletişim Yayincilik A.Ş.

All rights reserved

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Literackie, 2011

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-05790-2

Opieka redakcyjna serii

Anita Kasperek

Konsultacja

Prof. dr hab. Tadeusz Majda

Redakcja

Anna Milewska-Grzyb

Korekta

Justyna Chmielewska, Ewa Kochanowicz, Weronika Kosińska

Projekt okładki i stron tytułowych

Marek Pawłowski

Redakcja techniczna

Bożena Korbut

Przekład dofinansowany przez Ministerstwo Kultury i Turystyki Turcji w ramach programu TEDA Project

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o., 2011

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

e-mail: [email protected]

fax: (+48-12) 430 00 96

tel.: (+48-12) 619 27 70

Skład i łamanie: Infomarket

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Spis treści

Strona redakcyjna

Dedykacja

Motto

Część pierwsza

1. Gdy Galip zobaczył Rüyę po raz pierwszy

2. Gdy opadną wody Bosforu

3. Pozdrowienia dla Rüyi

4. Sklep Alâaddina

5. Dziecinada

6. Dzieci mistrza Bediiego

7. Litery z góry Kaf

8. Trzej muszkieterowie

9. Ktoś mnie śledzi

10. Oko

11. Kino odebrało nam pamięć

12. Pocałunek

13. Zobacz, kto przyszedł

14. Wszyscy na niego czekamy

15. Miłosne opowieści w zimowy wieczór

16. Muszę być sobą

17. Czy pan mnie poznaje?

18. Mrocznik

19. Znaki miasta

Część druga

1. Dom duchów

2. Nie możecie zasnąć?

3. Kto zabił Şemsa z Tebrizu?

4. Opowieść o nie umiejących opowiadać

5. Zagadki twarzy

6. Kat i płacząca twarz

7. Tajemnica liter i utrata tajemnicy

8. Długa partia szachów

9. Odkrywanie tajemnicy

10. Ponoć to ja jestem bohaterem

11. O, bracie mój

12. Opowieść weszła do lustra

13. Nie jestem wariatem, tylko wiernym czytelnikiem

14. Tajemnicze obrazy

15. Nie opowiadacz, lecz opowieść

16. Opowieść o księciu

17. Ja, który to piszę

Wymowa niektórych głosek tureckich w języku polskim

Przypisy

Dla Aylın

Ibn Arabi podaje, traktując to jako rzeczywiste zdarzenie, że pewien jego przyjaciel, wędrowny derwisz, został przez anioły wyniesiony w niebiosa i znalazł się na otaczającej ziemię górze Kaf, gdzie ujrzał owiniętego wokół góry węża. Dziś powszechnie wiadomo, że nie ma takiej góry ani opasującego ją węża.

Ahmet Ateş, Encyklopedia islamu

CZĘŚĆ PIERWSZA

1.GDY GALİP ZOBACZYŁ RÜYĘ PO RAZ PIERWSZY

Nie używajcie motta. Zabija tajemnicę ukrytą w dziele.

Adlî

Skoro ma umrzeć, zabij więc i ty tajemnicę, zabij fałszywych proroków, którzy ją sprzedają.

Bahtî

W miękkim, ciepłym mroku spała Rüya, leżąc na brzuchu, nakryta kołdrą przykrywającą całe łóżko, pofałdowaną w cieniste doliny i łagodne, błękitne wzgórza. Z zewnątrz dochodziły pierwsze dźwięki zimowego poranka: warkot pojedynczych samochodów i starych autobusów, stukot dzbanów stawianych na chodniku przez sprzedawcę salepu1, który prowadził wspólny interes z piekarzem wypiekającym bułeczki, świst gwizdka strażnika kierującego ruchem na pobliskim przystanku dla dolmuszy2. Wnętrze pokoju rozjaśniało ołowianoszare, zimne światło, sączące się zza granatowych zasłon. Wciąż jeszcze zaspany Galip spojrzał na głowę żony, wystającą spod niebieskiej kołdry w romby: podbródek Rüyi spoczywał w zagłębieniu puchowej poduszki. W delikatnych zmarszczkach rysujących się na jej czole było coś nierzeczywistego — wzbudzały wymieszaną z lękiem ciekawość, jakież to cudowne rzeczy dzieją się w tej chwili w głowie śpiącej. „Umysł — napisał w jednym ze swych felietonów Celâl3 — to ogród”. „Ogrody Rüyi, ogrody Rüyi… — pomyślał wtedy Galip. — Nie myśl o tym, nie myśl, będziesz zazdrosny!”. Ale patrzył na czoło żony i myślał.

Chciałby teraz przejść się po zamkniętym ogrodzie Rüyi, pogrążonej w spokojnym śnie, wśród rosnących tam wierzb, akacji i pnących róż, w promieniach świecącego słońca. Bać się i wstydzić napotkanych twarzy: „Witaj, i ty tu jesteś?”. Z zaciekawieniem i bólem spostrzegać zarówno nieprzyjemne wspomnienia, których mógł się spodziewać, jak i pojawiające się nieoczekiwanie cienie mężczyzn. „Przepraszam, kolego, gdzie to poznał się pan z moją żoną?”. „Trzy lata temu u państwa w domu, w gimnazjum, do którego chodziliście, w sklepiku Alâaddina, gdzie kupiła zagraniczne pismo o modzie, przy wejściu do kina, gdy trzymał ją pan za rękę…” Nie, być może pamięć Rüyi nie była wcale tak zatłoczona; być może w jedynym rozświetlonym słońcem miejscu swego mrocznego ogrodu Rüya właśnie wypływała z Galipem łódką na przejażdżkę. Pół roku po tym, jak wraz z rodzicami przeniosła się do Stambułu, ona i Galip zachorowali na świnkę. Wtedy czasem matka Galipa, czasem matka Rüyi, piękna ciocia Suzan, a czasem obie zabierały dzieci i klekoczącymi na nierównym bruku autobusami wiozły je do Bebeku albo Tarabyi na wycieczkę łódką. W owych czasach sławą cieszyły się bakterie, nie leki; wierzono, że czyste powietrze nad Bosforem dobrze robi na świnkę. Rano morze bywało spokojne, łódka miała biały kolor, przewoźnik zaś — niezmiennie przyjazny. Matki siadały na rufie, a Galip z Rüyą sadowili się na samym dziobie, jedno obok drugiego, ukryci za pochylającymi się i prostującymi rytmicznie plecami wioślarza. Morska woda przepływała powoli pomiędzy ich spuszczonymi za burtę nogami, opływała wąskie kostki, a oni śledzili wzrokiem glony, mieniące się tęczowo plamy ropy, małe, na wpół przezroczyste otoczaki i skrawki gazet z wciąż czytelnymi literami, wypatrując felietonów Celâla.

Gdy Galip po raz pierwszy zobaczył Rüyę, pół roku przed tym, nim zachorowali na świnkę, siedział właśnie na zydelku ustawionym na blacie stołu, a fryzjer ścinał mu włosy. W owych czasach fryzjer, wysoki mężczyzna o małym wąsiku przystrzyżonym à la Douglas Fairbanks, pięć razy w tygodniu przychodził do domu, by ogolić Dziadka. „Owe czasy” to była epoka, gdy przed sklepami Araba i Alâaddina ustawiały się kolejki po kawę, przemytnicy handlowali nylonowymi pończochami, stopniowo wzrastała liczba chevroletów model 56 jeżdżących ulicami Stambułu, a Galip zaczął chodzić do szkoły podstawowej i z uwagą czytał felietony Celâla, które — podpisane pseudonimem Selim Kaçmaz — ukazywały się pięć razy w tygodniu na drugiej stronie gazety „Milliyet”. To nie wtedy jednak nauczył się czytać i pisać; dwa lata wcześniej nauczyła go tego Babcia. Siadywali na końcu stołu w jadalni; Babcia, wyjaśniając chrapliwym głosem największy sekret tej sztuki — jak litery się łączą, tworząc wyrazy — wydmuchiwała dym z papierosa marki Bafra, niezmiennie tkwiącego w jej ustach; wnukowi od dymu łzawiły oczy, a nieproporcjonalnie duży koń w elementarzu błękitniał i ożywał. Olbrzymi rumak, ilustrujący literę A — koń po turecku to at — był większy od kościstych szkap zaprzężonych do wózków kulawego woziwody i handlarza starzyzną — mówiono o nim, że kradnie. Tego spasionego konia z elementarza Galip chciał spryskać magicznym eliksirem, który miał sprawiać, że rzeczy na obrazku ożywały, później jednak, gdy nie zezwolono, by rozpoczął naukę od razu w drugiej klasie, i z tego samego elementarza zaczął się powtórnie uczyć abecadła, uznał ten pomysł za idiotyczny.

Wtedy już bowiem eliksirem ze szklanej buteleczki w kolorze czerwonym jak owoc granatu — gdyby Dziadek kupił go, tak jak obiecał, od handlarzy na ulicy — zamierzał skropić stronice starych, zakurzonych numerów „Illustration” z pierwszej wojny światowej, pełne zeppelinów, armat i unurzanych w błocie trupów, a także pocztówki, które stryj Melih przysyłał z Paryża i Maroka, zdjęcie wycięte przez Vasıfa z czasopisma „Dünya”, przedstawiające samicę orangutana karmiącą swoje młode, i dziwne twarze ludzi z wycinków prasowych Celâla. Ale Dziadek już nie wychodził, nawet do fryzjera, całe dnie spędzał w domu. Wciąż jednak ubierał się tak jak wtedy, gdy chodził do sklepu: w starą angielską marynarkę z szerokimi klapami, ołowianoszarą jak zarost odrastający w niedzielę na jego policzkach, spodnie pumpy, koszulę ze spinkami i wąski urzędniczy krawat, który Ojciec nazywał krawatką. Matka nie mówiła krawatka, tylko krawat. Podkreślała w ten sposób, że pochodzi z rodziny, która niegdyś była lepiej sytuowana niż rodzina Ojca. Potem Matka i Ojciec rozmawiali na temat Dziadka, jakby mówili o jakimś starym drewnianym domu z łuszczącą się farbą, z każdym dniem popadającym w coraz większą ruinę; po chwili o nim zapominali, zaczynali podnosić na siebie głos i wtedy zwracali się do Galipa: „Idź na górę, pobaw się tam trochę!”. „Mogę pojechać windą?”. „Niech sam nie wsiada do windy”. „Nie wsiadaj sam do windy!”. „Mogę pobawić się z Vasıfem?”. „Nie, bo będzie się gniewał”.

W rzeczywistości Vasıf się nie gniewał. Był głuchoniemy, ale wiedział, że się z niego nie wyśmiewam; rozumiał, że gdy czołgam się po ziemi, prześlizguję pod łóżkami, skradam w ciemną czeluść mrocznego wnętrza kamienicy niczym w głąb jaskini, jak żołnierz poruszający się bezgłośnie w tunelu wykopanym pod pozycjami wroga — bawię się w „sekretne przejście”. Inni, z wyjątkiem Rüyi, której wtedy jeszcze nie znałem, nie rozumieli tego. Czasem długo patrzyliśmy z Vasıfem przez okno na tory tramwajowe. Z jednego okna w wykuszu betonowego budynku widać było meczet — jeden koniec świata, z drugiego żeńskie liceum — drugi koniec świata. Pomiędzy nimi znajdowały się: posterunek policji, potężny kasztanowiec, narożnik ulicy i doskonale prosperujący sklep Alâaddina. Czasem, gdy obserwowaliśmy wchodzących tam i wychodzących stamtąd klientów i pokazywaliśmy sobie przejeżdżające samochody, podniecony Vasıf wydawał z siebie straszny charczący głos, jak ktoś, kto walczy z diabłem we śnie, a mnie ogarniał nagły strach. Wtedy Dziadek, który siedział naprzeciwko Babci, w fotelu o jednej nodze krótszej, i otoczony kłębami dymu kurzył wraz z nią papierosa za papierosem, mówił do niej, puszczającej jego słowa mimo uszu: „Vasıf znów nastraszył Galipa”, po czym — z przyzwyczajenia raczej niż z ciekawości — pytał: „No, ile samochodów naliczyliście?”, i nie słuchał podawanych przeze mnie danych dotyczących liczby aut marki Dodge, Packard, De Soto i Chevrolet.

Babcia i Dziadek nieustannie gawędzili ze sobą, słuchając muzyki tureckiej i europejskiej, wiadomości oraz reklam banków, wody kolońskiej i loterii państwowej, płynących z włączonego od rana do wieczora radioodbiornika, na którym stała figurka śpiącego psa o puszystej sierści, zupełnie niepodobnego do swych tureckich pobratymców. Najczęściej narzekali na papierosy, przy czym mówili o nich jak o bólu zęba, trwającym tak długo, że się do niego przyzwyczaili; obwiniali się nawzajem o to, że wciąż nie mogą uwolnić się od nałogu, a gdy jedno zaczynało gwałtownie kaszleć, drugie najpierw zwycięsko i radośnie, a potem z niepokojem i gniewem wskazywało, że to ono miało rację. Po chwili któreś na dobre wpadało w złość i wołało: „Cóż innego mi zostało oprócz tych papierosów, dajże mi spokój, na litość boską!”. I zaraz dorzucało informację wyczytaną w jakiejś gazecie: „Palenie dobrze robi na nerwy!”. Na moment milkli oboje, lecz cisza, w której dawało się słyszeć tykanie ściennego zegara w przedpokoju, nie trwała długo. Znów zaczynali rozmawiać, biorąc ponownie do ręki odłożone gazety i szeleszcząc nimi, gawędzili podczas popołudniowej partii bezika, a także wtedy, gdy domownicy schodzili się na kolację i wspólne słuchanie radia. „Pozwoliliby mu podpisać się własnym nazwiskiem, może by się opamiętał”, mawiał Dziadek, przeczytawszy felieton Celâla. „To przecież dorosły człowiek”, wzdychała Babcia i zadawała to samo pytanie co zawsze, choć malujący się na jej twarzy wyraz zainteresowania był tak szczery, jakby zadawała je po raz pierwszy: „Pisze tak okropnie dlatego, że nie pozwalają mu się podpisać własnym nazwiskiem, czy też nie pozwalają mu się podpisać dlatego, że tak źle pisze?”. „Dzięki temu, że nie wolno mu się pod tekstem podpisać — oświadczał Dziadek, sięgając po ostateczną pociechę, z której jedno z nich za każdym razem niezmiennie korzystało — przynajmniej mało kto zdaje sobie sprawę, jak on nas kompromituje”. „Nikt nie wie”, oznajmiała Babcia tonem, w którym Galip wyczuwał jednak niepewność. „A kto powiedział, że w tych jego felietonach jest mowa o nas?”

Później, gdy Celâl otrzymywał co tydzień setki listów od czytelników i zaczął ponownie, tym razem już pod własnym nazwiskiem, zamieszczać te same, nieco tylko przerobione felietony — jedni twierdzili, że robił tak, bo opuściło go natchnienie, inni byli zdania, że zajęty kobietami i polityką nie miał czasu na pisanie nowych, a jeszcze inni, że to z powodu zwykłego lenistwa — Dziadek za każdym razem zadawał to samo pytanie, niczym drugorzędny aktor teatralny, z nutą znużenia i ledwie zauważalnego fałszu w głosie powtarzający wciąż tę samą kwestię: „Na miłość boską, czy jest jeszcze ktoś, kto nie wie, że kamienica, o której wspomina, to nasza kamienica?!”, i Babcia milkła.

W tym czasie Dziadek zaczął wspominać o pewnym śnie, który potem miał często do niego wracać. Kiedy o nim mówił, jego oczy rozbłyskiwały, tak jak wtedy, gdy snuł jedną z opowieści, które z Babcią opowiadali sobie nawzajem przez cały dzień. Sen był niebieski, granatowy deszcz padał w nim bez ustanku, a dziadkowa broda i włosy rosły i rosły. „Wkrótce przyjdzie fryzjer”, powiedziała Babcia, cierpliwie wysłuchawszy do końca opowieści o śnie, ale wzmianka o fryzjerze bynajmniej nie ucieszyła Dziadka: „Za dużo gada, za dużo zadaje pytań!”. Gdy skończyli rozmawiać o błękitnym śnie i fryzjerze, Galip usłyszał, jak Dziadek raz czy dwa szepce pod nosem: „Powinniśmy byli zbudować inną, w innym miejscu. Ta kamienica okazała się pechowa”.

Wiele lat później, gdy wyprowadzili się ze sprzedawanej piętro po piętrze, mieszkanie po mieszkaniu kamienicy o nazwie Miasto Serc i gdy — podobnie jak w innych budynkach w okolicy — ulokowały się w niej drobne wytwórnie odzieży, gabinety ginekologiczne oferujące dyskretne zabiegi aborcyjne oraz biura agencji ubezpieczeniowych, Galip, ilekroć przechodził przed sklepem Alâaddina, patrzył na jej brzydką, ponurą fasadę i zastanawiał się, dlaczego Dziadek tak o niej powiedział. Goląc Dziadka, fryzjer — bardziej z przyzwyczajenia niż z ciekawości — pytał go o stryja Meliha, któremu powrót do Stambułu najpierw z Europy i Afryki, a potem z Izmiru zajął całe lata. Galip wiedział, że Dziadek nie znosi tego pytania („A kiedyż to starszy syn szanownego pana wraca z Afryki?”) i w ogóle tego tematu, i już wtedy wyczuwał, że niechęć staruszka do tego miejsca ma związek z najstarszym i najdziwniejszym z jego synów, który pewnego dnia porzucił pierwszą żonę i syna i wyjechał za granicę, by po latach powrócić z nową żoną i córką (Rüyą).

Gdy zaczęto wznosić kamienicę, stryj Melih — wówczas niespełna trzydziestoletni — przebywał w kraju; jak po latach opowiadał Galipowi Celâl, pod wieczór wychodził z kancelarii, w której nie tyle wykonywał zawód adwokata, ile wdawał się w kłótnie i pokrywał strony tomów starych akt rysunkami okrętów i bezludnych wysp, i ruszał na plac budowy w Nişantaşı, by spotkać się z ojcem i braćmi, tak jak on przychodzącymi tu po pracy (rodzina posiadała podówczas Białą Aptekę na Karaköyu oraz sklep ze słodyczami w dzielnicy Sirkeci, w którym — ponieważ nie mogli konkurować z wytwórnią rachatłukum Hacıego Bekira — zajęli się sprzedażą warzonych przez Babcię konfitur z pigwy, fig i wiśni, by potem urządzić tam cukiernię, a jeszcze później restaurację). Stryj Melih zdejmował marynarkę, ściągał krawat i, zakasawszy rękawy, brał się do roboty, by poderwać do pracy robotników, rozleniwionych zbliżającym się fajrantem. W tym okresie zaczął też co rusz napomykać, że ktoś powinien pojechać do Francji i Niemiec, by poznać europejskie cukiernictwo, zamówić złotko do pakowania kandyzowanych kasztanów, otworzyć do spółki z Francuzami wytwórnię kolorowego mydła do kąpieli, od fabryk plajtujących jedna po drugiej wskutek istnej epidemii bankructw w Ameryce i Europie kupić za bezcen maszyny, a przy okazji również fortepian dla cioci Hâle, a także zawieźć Vasıfa do dobrych specjalistów laryngologów i neurologów. Dwa lata później stryj Melih z Vasıfem popłynęli do Marsylii rumuńskim statkiem o nazwie „Tristana”, którego fotografię, pachnącą wodą różaną, Galip widział potem w którejś z babcinych szkatułek i który osiem lat po tej podróży zatonął na Morzu Czarnym, natrafiwszy, jak wyczytał Celâl w zbieranych przez Vasıfa wycinkach z gazet, na dryfującą minę. Budowa kamienicy była już wtedy zakończona, lecz rodzina jeszcze się do niej nie wprowadziła. Gdy rok później Vasıf wysiadł z pociągu na stacji Sirkeci, oczywiście sam (gdy poruszano ten temat, ciocia Hâle, z powodów, które dla Galipa przez lata pozostawały tajemnicą, akcentowała to słowo w szczególny sposób), dalej był niemy i głuchy, ale w objęciach mocno ściskał akwarium — na początku ani na chwilę się z nim nie rozstawał — pełne japońskich rybek, z których prapraprapraprawnukami po pięćdziesięciu latach wciąż miał się przyjaźnić i które stale obserwował, czasem z zapartym tchem, a czasem roniąc łzy smutku.

Celâl z matką zajmowali wtedy lokal na trzecim piętrze kamienicy — ten, który później sprzedano pewnemu Ormianinowi — lecz stryj Melih potrzebował pieniędzy, by móc kontynuować swoje handlowo-badawcze wędrówki ulicami Paryża, przenieśli się więc na poddasze (początkowo służyło jako składzik, potem wyodrębniono z niego niewielkie mieszkanie), trzecie piętro wynajęli zaś lokatorom. Gdy listy od stryja Meliha, pełne przepisów na ciasta i słodycze, receptur mydła i wód kolońskich oraz fotosów używających ich tancerek i aktorek, również paczki, w których przesyłał próbki miętowej pasty do zębów, kasztanów w cukrze i czekolad z likierem, a także zabawki — wozy strażackie i marynarskie czapki — zaczęły przychodzić coraz rzadziej, żona stryja przemyśliwała nad zabraniem syna i powrotem do rodzinnego domu. Do podjęcia ostatecznej decyzji o opuszczeniu kamienicy i zamieszkaniu u ojca, drobnego urzędnika pewnego wakfu4, w drewnianym domu w Aksarayu, skłoniły ją wybuch wojny światowej oraz pocztówka wysłana z Benghazi, przedstawiająca samolot lecący nad minaretem o dziwacznym kształcie. Po tej kartce w kolorze sepii — na jej odwrocie napisał o zaminowanych drogach uniemożliwiających mu powrót do kraju — stryj wysłał jeszcze inne, czarno-białe pocztówki, między innymi z Maroka, do którego trafił wiele lat po wojnie. O tym, że Melih ożenił się z poznaną w Marrakeszu Turczynką i że ich nowa synowa, bardzo piękna kobieta, wywodzi się z rodu Mahometa, jest więc seyyide, muzułmańską księżniczką, Babcia i Dziadek dowiedzieli się z ręcznie kolorowanej pocztówki przedstawiającej hotel w stylu kolonialnym — ten sam, w którym później nakręcono amerykański film opowiadający o miłości handlarza bronią i szpiega do tej samej kobiety, spotkanej w barze. (Dużo później, wiele lat po tym, jak nauczył się rozpoznawać flagi różnych krajów, powiewające na balkonie drugiego piętra hotelu, Galip popatrzył jeszcze raz na tę pocztówkę i, snując rozmyślania w stylu Opowieści o gangsterach zBeyoğlu Celâla, doszedł do wniosku, że to w jednym z pokoi tego budynku, podobnego do tortu, musiało zostać „rzucone na żyzną glebę nasienie”, z którego wyrosła Rüya). Pół roku po tej pocztówce nadeszła inna, tym razem z Izmiru; nie mogli uwierzyć, że wysłał ją stryj Melih, sądzili bowiem, że już nie wróci do Turcji; krążyły plotki, że oboje z nową żoną przyjęli chrzest i wraz z misjonarzami wyruszyli do Kenii, gdzie w jakiejś dolinie, wśród lwów polujących na trójrogie gazele, wznieśli kościół wyznawców sekty łączącej wiary krzyża i półksiężyca. Ktoś znający krewnych żony Meliha, zamieszkałych w Izmirze, przyniósł wieść, że stryj wzbogacił się na interesach prowadzonych podczas wojny w Afryce Północnej (handel bronią, przekupienie pewnego króla itp.) i został milionerem; ulegając kaprysom żony, kobiety bajecznej wręcz urody (jej zdjęcia były publikowane w arabsko-francuskich czasopismach), której marzyła się kariera aktorska, zamierzał wyjechać z nią do Hollywood. Tymczasem na przysyłanych pocztówkach, całymi tygodniami krążących z rąk do rąk wśród mieszkańców kamienicy, coraz bardziej zniszczonych, noszących ślady drapania paznokciami — niczym budzące wątpliwości banknoty, jakby ktoś chciał sprawdzić, czy nie są fałszywe — stryj Melih pisał, że z tęsknoty za ojczyzną aż się pochorował i dlatego postanowili wrócić do Turcji. Teraz miał się dobrze, zamierzał przejąć interesy teścia, izmirskiego handlarza tytoniem i figami, i poprowadzić je według nowoczesnych metod. Przysłana niedługo potem kolejna kartka, zapisana niemal nieczytelnymi bazgrołami, na każdym piętrze kamienicy została zinterpretowana w zupełnie odmienny sposób, co być może wiązało się ze sporami o przyszły podział majątku, które wkrótce miały wpędzić całą rodzinę w stan zimnej wojny. Jak wyczytał z niej Galip, stryj Melih informował — bynajmniej nie w jakiś pokrętny sposób — że zamierza wkrótce przenieść się do Stambułu, a poza tym ma córkę, ale nie potrafi się zdecydować, jakie imię jej nadać.

Imię Rüya Galip przeczytał po raz pierwszy na jednej z pocztówek wetkniętych przez Babcię za ramę lustra wiszącego nad kredensem, w którym trzymano zestawy kieliszków do likieru. Kartki otaczały zwierciadło niczym druga, dodatkowa rama; z czasem do widoków kościołów, mostów, morza, wież, statków, meczetów, pustyni, piramid, hoteli, parków i zwierząt, wzbudzających od czasu do czasu irytację Dziadka, dodano zrobione w Izmirze zdjęcia Rüyi z czasów niemowlęctwa i dzieciństwa. Galipa interesowała wtedy jednak nie jego rówieśnica, stryjeczna siostra, czyli kuzynka, jak zaczynano mówić na europejską modłę, lecz ciocia Suzan, seyyide, która — melancholijnie patrząc w obiektyw aparatu — odchylała rąbek moskitiery, by pokazać córkę, śpiącą w tajemniczej, budzącej lęk czarno-białej grocie. Wtedy jeszcze nie rozumiał, że to jej uroda sprawiała, iż zarówno mężczyźni, jak i kobiety milkli na moment w zamyśleniu, gdy spoglądali na zdjęcia małej Rüyi, przekazywane z rąk do rąk, z piętra na piętro kamienicy. Rozmawiano głównie o tym, kiedy stryj Melih przyjedzie z rodziną do Stambułu i które piętro zajmie. Celâl bowiem, którego matka, wyszedłszy ponownie za mąż za pewnego adwokata, zmarła młodo na jakąś chorobę, przez każdego lekarza diagnozowaną inaczej, nie mógł już dłużej przebywać w pełnym pająków domu w Aksarayu i wskutek nalegań Babci zamieszkał ponownie na poddaszu kamienicy. Na zlecenie gazety, w której później miał publikować pod pseudonimem swoje pierwsze felietony, chodził na mecze, by wyśledzić piłkarskie szachrajstwa, szeroko i barwnie opisywał tajemnicze, wyrafinowane zabójstwa gangsterów ze spelunek, burdeli i szulerni w bocznych uliczkach Beyoğlu, przygotowywał krzyżówki, w których więcej było pól zaczernionych niż białych, tworzył kolejne odcinki powieści o zapaśnikach, gdy jej autor, zamroczony winem i opium, nie był w stanie pisać, od czasu do czasu prowadził rubryki „Co zdradza twój charakter pisma”, „Odkryj znaczenie snów”, „Wyczytane z rysów twarzy”, „Twój horoskop na dziś” (podobno za pośrednictwem tej rubryki zaczął przesyłać sekretne pozdrowienia krewnym i znajomym, a także, jak twierdzili niektórzy, swoim kochankom) i „Wierzcie albo nie”, a jeśli starczało mu czasu, pisał recenzje najnowszych amerykańskich filmów, które oglądał dzięki bezpłatnym wejściówkom dla prasy. Mówiono, że jeśli nadal będzie mieszkał samotnie na poddaszu i tak intensywnie pracował jako dziennikarz, zarobi dość pieniędzy, by się ożenić.

Pewnego poranka wiele lat później, patrząc na asfalt bezsensownie zalewający wydeptany bruk przy torach tramwajowych, Galip pomyślał, że przekonanie Dziadka o pechu prześladującym kamienicę wynikało być może z panującego w niej tłoku, poczucia braku własnego miejsca lub podobnego nieokreślonego a budzącego lęk wrażenia. Któregoś wieczoru stryj Melih, jakby chciał okazać irytację, że wysyłane przezeń pocztówki nie były traktowane serio, zjawił się niespodziewanie w Stambule ze swoją piękną żoną, córką, walizkami i skrzyniami i oczywiście zamieszkał na poddaszu zajmowanym przez Celâla.

Tamtego wiosennego poranka Galip spóźnił się do szkoły, dokładnie tak, jak mu się przyśniło. We śnie siedział obok ładnej, tajemniczej dziewczynki o niebieskich włosach w miejskim autobusie, wiozącym ich coraz dalej od szkoły, gdzie miał przeczytać ostatnie strony elementarza. Gdy się obudził, zrozumiał, że zaspał nie tylko on, ale także Ojciec. Przy oświetlonym porannym słońcem stole, nakrytym obrusem w niebiesko-białą szachownicę, Matka i Ojciec — takim samym tonem, jakim rozmawiali zazwyczaj przy śniadaniu o myszach harcujących w szczelinach w ścianach kamienicy czy o upiorach i dżinach, w które wierzyła służąca, pani Esma — plotkowali o nowych lokatorach poddasza. Galip wolał nie myśleć o tym, że spóźnił się do szkoły i teraz wstydzi się tam iść, nie chciał się też zastanawiać, kto zamieszkał na górze. Poszedł do dziadków, gdzie wszystko zawsze się powtarzało, ale i tam fryzjer, goląc niezbyt zadowolonego Dziadka, pytał o tych z poddasza. Za ramą lustra nad kredensem brakowało kilku pocztówek, tu i ówdzie leżały rozrzucone jakieś dziwne, obce rzeczy, a wokół unosił się nowy zapach, którego w przyszłości miał poszukiwać niczym nałogowiec. Nagle poczuł przygnębienie, lęk i tęsknotę: jakie naprawdę były te kraje, które znał z lekko podbarwionych widokówek? Jaka była ta piękna ciocia z fotografii? Gdy powiedział, że chce się ostrzyc, Babcia bardzo się ucieszyła, ale fryzjer, jak to bywa w przypadku gaduł, nie wykazał się domyślnością — posadził Galipa nie na dziadkowym fotelu, lecz na zydelku ustawionym na blacie stołu. W dodatku ręcznik, który przedtem okrywał Dziadka, był bardzo duży i nie dość, że ściskał chłopcu szyję tak mocno, jakby chciał go udusić, to jeszcze sięgał mu za kolana niczym spódniczka.

Jeszcze dużo, dużo później, długo po ślubie, który wzięli, jak precyzyjnie obliczył Galip, dziewiętnaście lat, dziewiętnaście miesięcy i dziewiętnaście dni po tym, jak zobaczyli się po raz pierwszy, ilekroć patrzył na głowę śpiącej żony wtuloną w poduszkę, przychodziło mu na myśl, że błękit kołdry okrywającej Rüyę budzi w nim taki sam niepokój, jak błękit ręcznika, którym okrył go wtedy fryzjer; nigdy jednak nie wspomniał o tym żonie, być może dlatego, że wiedział, iż Rüya nie zmieniłaby pościeli z tak błahego powodu.

Galip pomyślał, że być może wsunięto już gazetę pod drzwi, i wstał powoli z łóżka, starając się nie robić hałasu, ale nogi same zaprowadziły go nie do przedpokoju, lecz najpierw do toalety, a potem do kuchni. Nie było czajnika; w pokoju dziennym znalazł tylko imbryczek. Sądząc po stosie niedopałków piętrzących się w miedzianej popielniczce, Rüya musiała siedzieć do rana, czytając — albo i nie — jakiś nowy kryminał. Czajnik odnalazł się w łazience — ciśnienie wody było niewystarczające, w związku z czym to przerażające urządzenie zwane junkersem nie działało, lecz zamiast kupić dodatkowy podgrzewacz, przyzwyczaili się przynosić w czajniku ciepłą wodę do mycia. Czasami przed pójściem do łóżka czekali z narastającą niecierpliwością — tak samo jak niegdyś Dziadek z Babcią i Ojciec z Matką — aż woda się zagrzeje5.

Podczas jakiejś sprzeczki, która zaczęła się jak zwykle od uwagi: „Rzuć te papierosy!”, Babcia — oskarżana przez Dziadka o niewdzięczność — oświadczyła, że ani razu nie zdarzyło się, by rano została w łóżku dłużej niż on. Vasıf się przyglądał, a Galip słuchał i zastanawiał się, co Babcia chciała przez to powiedzieć. Potem Celâl napisał coś na ten temat w swoim felietonie, ale niezupełnie to, co Babcia miała na myśli: „Wstać, nim słońce wstanie, opuścić łóżko, gdy jest jeszcze ciemno — to taki sam wieśniaczy nawyk, jak przekonanie, że kobieta powinna wstawać z łóżka pierwsza, przed mężczyzną”. W zakończeniu felietonu Celâl zawarł jeszcze dość dokładny opis przyzwyczajeń dziadków, związanych z rytuałem wstawania z łóżka (ślady popiołu z papierosów na kołdrze, sztuczne szczęki wkładane na noc do kubeczka ze szczoteczką do zębów, pobieżne przeglądanie kolumny z nekrologami w porannej gazecie). „To znaczy, że jesteśmy wieśniakami! — oświadczyła Babcia po przeczytaniu felietonu. — Powinniśmy dawać mu na śniadanie zupę z soczewicy, by zrozumiał, co to znaczy być wieśniakiem!”.

Galip umył filiżanki, poszukał czystych sztućców i talerzy, z lodówki, cuchnącej pastırmą6, wyjął oliwki i biały ser przypominający plastik, po czym się ogolił, używając wody podgrzanej w czajniku; wykonując te codzienne czynności miał ochotę narobić hałasu, który obudziłby Rüyę, ale w końcu zrezygnował. Popijając herbatę, która nie zdążyła dobrze naciągnąć, jadł czerstwy chleb i oliwki z tymiankiem i przebiegał zaspanym wzrokiem tytuły w wyjętej spod drzwi i rozłożonej obok talerza gazecie — wciąż jeszcze pachniała farbą drukarską; jego myśli podążyły wtedy w zupełnie innym kierunku: wieczorem mogliby odwiedzić kuzyna albo wybrać się do kina Konak. Zerknął na felieton Celâla i postanowił przeczytać go wieczorem, po powrocie z kina, lecz oczy nie usłuchały go i same przebiegły szybko pierwsze zdanie; wstał, zostawiając na stole rozłożoną gazetę, i włożył palto. Już miał wyjść, ale zawrócił i wszedł do sypialni. Z rękami w kieszeniach, pełnych resztek tytoniu, drobnych monet i zużytych biletów autobusowych, z uwagą, szacunkiem i miłością patrzył w milczeniu przez chwilę na żonę. Potem odwrócił się i cichutko zamykając za sobą drzwi, wyszedł z domu.

Świeżo umyte schody pachniały mokrym kurzem i brudem. Na zewnątrz zimne i wilgotne powietrze było ciężkie od unoszącego się z kominów Nişantaşı dymu z węgla i oleju opałowego. Wydmuchując z ust kłęby pary, ruszył w stronę przystanku, lawirując wśród leżących na ziemi stosów śmieci, by zająć miejsce w długiej kolejce oczekujących na dolmusz.

Na chodniku po drugiej stronie ulicy starszy człowiek, w marynarce z podniesionym kołnierzem, która miała mu zastępować palto, zatrzymał się przed sprzedawcą bułeczek i starannie wybierał między tymi z mięsem a tymi z serem. Galip jednym susem wyskoczył z kolejki na przystanku i podbiegł do sprzedawcy gazet, który rozkładał swoje stoisko w bramie domu za rogiem; wziął „Milliyet”, zapłacił, złożył gazetę na pół i wsunął pod pachę. Przypomniał mu się Celâl naśladujący swoją czytelniczkę, kobietę po czterdziestce: „Ach, panie Celâlu, uwielbiamy pańskie felietony, tak nie możemy się ich doczekać, że zdarza się nam z Muharremem jednego dnia kupować dwa egzemplarze gazety!”. Zaśmiewali się z tej parodii wszyscy troje: Galip, Rüya i Celâl. Po jakimś czasie, rozpychając się łokciami, zdołał w końcu wsiąść do dolmusza, przedtem jednak zdążył porządnie zmoknąć, bo deszcz rozpadał się na dobre. Gdy w cuchnącym papierosami i mokrymi okryciami wnętrzu pojazdu zorientował się, że nie znajdzie partnera do pogawędki, z pieczołowitością nałogowca złożył starannie gazetę, tak by przybrała rozmiary kącika z felietonem zamieszczonym na drugiej stronie, a następnie, popatrzywszy przez chwilę w zamyśleniu przez okno, zabrał się do czytania najnowszego dzieła Celâla.

2.GDY OPADNĄ WODY BOSFORU

Nic nie jest tak zaskakujące jak życie.Z wyjątkiem pisania.

Ibn Zerhani, Kitap-al Zulmet7

Czy zauważyliście, że poziom wód w cieśninie się obniża? Zapewne nie. W naszych czasach, gdy z radością i zapałem dzieci uczestniczących w świątecznym festynie zabijamy się nawzajem, któż z nas czyta cokolwiek, by wiedzieć, co się dzieje na świecie? Nawet felietony czytamy piąte przez dziesiąte, na przystaniach promów, wśród przepychającego się łokciami tłumu, w autobusach, poszturchiwani, wpadając jedni na drugich, na siedzeniach dolmuszy, gdy litery trzęsą się i skaczą przed oczami. Ja tę informację wyczytałem w pewnym francuskim czasopiśmie geologicznym.

Morze Czarne staje się coraz cieplejsze, Śródziemne zaś stygnie. Wody dostają się do olbrzymich pieczar położonych pod przesuwającymi się płytami tektonicznymi i w wyniku tych ruchów dna cieśnin — Bosforu, Dardaneli i Gibraltaru — zaczynają się wypiętrzać. Jeden z ostatnich stambulskich rybaków, z którym miałem sposobność rozmawiać, oznajmiwszy, że w miejscach, gdzie kotwicę rzucało się niegdyś na łańcuchu długim jak minaret, łodzie osiadają teraz na mieliźnie, zapytał: „Czy nasz rząd robi coś w tej sprawie?”.

Nie wiem. Znam jedynie skutki tego procesu, który, jak twierdzą uczeni, postępuje coraz szybciej. Bez wątpienia w niedługim czasie ten rajski zakątek, nazywany Bosforem, zmieni się w czarne jak smoła trzęsawisko, gdzie pokryte błotem wraki galeonów połyskiwać będą niczym wyszczerzone zęby przerażającej zjawy. Nietrudno sobie wyobrazić, jak pod koniec upalnego lata bagno to zacznie miejscami wysychać niczym koryto skromnej rzeczki, dostarczającej wody jakiemuś niewielkiemu miasteczku, a na zboczach, nawadnianych szumiącymi wodospadami ścieków spływających z rur, zazielenią się trawy i zakwitną stokrotki. W tej głębokiej, dzikiej dolinie, nad którą Wieża Leandra8 będzie się wznosić niczym prawdziwa, przerażająca twierdza na wysokiej górze, zacznie się nowe życie.

Mówię o nowych dzielnicach, które — mimo bacznych spojrzeń miejskich strażników, biegających to tu, to tam i wymachujących bloczkami mandatów — wyrosną w błocie wypełniającym tę wielką dziurę, zwaną niegdyś Bosforem, o szałasach, biedadomkach, barach, burdelach i nocnych klubach, o lunaparkach z karuzelami, szulerniach, meczetach, rozmaitych tekke9 derwiszów, kryjówkach frakcji marksistowskich, nielegalnych warsztatach i wytwórniach nylonowych pończoch… Wśród chaosu jak w dzień Sądu Ostatecznego, wśród pól kapsli i meduz, tkwić będą powywracane promy, pochodzące jeszcze z czasów osmańskich. Pomiędzy amerykańskim transatlantykiem, który osiadł na mieliźnie ostatniego dnia, gdy wody nagle się cofnęły, a obrośniętymi wodorostami jońskimi kolumnami ukażą się szkielety pradawnych Lików i Celtów, modlących się do nieznanych bogów. Mogę sobie wyobrazić, jak ta nowa cywilizacja, rozwijająca się wśród pokrytych omułkami bizantyjskich skarbów, srebrnych i blaszanych sztućców, tysiącletnich beczek wina i butelek po oranżadzie oraz wraków galer o spiczastych dziobach, będzie czerpać paliwo do antycznych piecyków i lamp z rozpadającego się rumuńskiego tankowca, pogrążonego w bagnie. Lecz tym, na co przede wszystkim powinniśmy się przygotować, będą trujące gazy wydobywające się z dna tej potwornej dziury, zalewanej ciemnozielonymi ściekami z całego Stambułu, gnijące ciała delfinów i ryb oraz epidemie całkiem nowych chorób, roznoszonych przez armie szczurów, odkrywających swój nowy raj. Ja o tym wiem i ostrzegam: nieszczęścia, których źródłem będzie ta wylęgarnia zarazy, choćby objęta kwarantanną i otoczona zasiekami z drutu kolczastego, dotkną nas wszystkich!

Z balkonów, z których niegdyś obserwowaliśmy światło księżyca, nadające jedwabistym wodom Bosforu srebrny połysk, będziemy obserwować niebieskawy dym unoszący się nad palonymi w pośpiechu zwłokami ofiar zarazy. Siedząc za stołami, przy których, pijąc rakı10, wdychaliśmy kiedyś oszałamiającą woń kapryfolium i kwiatów drzewa judaszowego, będziemy dusić się od kwaśnego odoru gnijących ciał wymieszanego z wonią pleśni. Na przystaniach, niegdyś pełnych wędkarzy, będziemy słyszeć już nie szum bystrego nurtu Bosforu ani kojące duszę trele wiosennego ptactwa, lecz wrzaski walczących ze sobą na śmierć i życie poszukiwaczy broni — najrozmaitszych mieczy, sztyletów, zardzewiałych jataganów, strzelb i pistoletów, przez tysiące lat wyrzucanych w wody cieśniny w obawie przed rewizjami i konfiskatami. Stambulczycy, wracając zmęczeni po pracy do swych domów w nadbrzeżnych dzielnicach, nie będą już otwierać okien w autobusach, by poczuć świeżą woń morskiej bryzy; wręcz przeciwnie — by zapach zgnilizny i rozkładu nie przenikał do środka, gazetami i chusteczkami będą gorączkowo je uszczelniać i z przerażeniem patrzeć przez szyby na potworną ciemność w dole, rozświetlaną płomieniami ognisk. Z nadbrzeżnych kawiarni, gdzie siadywaliśmy niegdyś wśród krążących sprzedawców balonów i chałwy w waflach, będziemy podziwiać nie parady floty, lecz czerwone jak krew rozbłyski eksplozji min, rozrywających ciekawskie dzieciaki, które je wygrzebały. Ludzie zarabiający na chleb zbieraniem zardzewiałych puszek i bizantyjskich miedziaków, wyrzucanych na brzeg przez sztormy, będą odtąd wygrzebywać z błota młynki do kawy, zegary z obrośniętą wodorostami kukułką i pokryte omułkami pianina, które — porwane niegdyś z drewnianych nadbrzeżnych willi przez fale powodzi — zostały poniesione w toń cieśniny.

Pewnego razu o północy prześlizgnę się przez zasieki z drutu kolczastego, by na dnie tego nowego piekła odszukać czarnego cadillaca. Trzydzieści lat temu samochód ów był szpanerską bryką pewnego rzezimieszka (nie posunę się do nazywania go gangsterem) z Beyoğlu, którego przygody śledziłem jako początkujący reporter; pamiętam, że niezwykle mi się podobały dwa zdjęcia Stambułu wiszące w jego melinie. Takie auta, oprócz niego, mieli w owym czasie jedynie Dağdelen — milioner, który wzbogacił się na kolei — oraz król tytoniu Maruf. Pewnej nocy osaczony przez policję bandyta, którego ostatnie godziny opisywaliśmy później przez cały tydzień w gazecie, czyniąc z niego istną legendę, będący — jak niektórzy twierdzili — pod wpływem narkotyków, a według innych całkiem świadomie, niczym rozbójnik z ludowych podań, skaczący na koniu w przepaść, wjechał cadillakiem wraz z kochanką prosto w mroczną toń Bosforu, tam, gdzie nurt w cieśninie jest najsilniejszy. Mimo usilnych poszukiwań nurkom nie udało się znaleźć samochodu — gazety i ich czytelnicy szybko zresztą o nim zapomnieli — ja jednak potrafię wskazać miejsce, w którym się znajduje.

Jest tam, w głębi nowej doliny, zwanej niegdyś Bosforem, na dnie wypełnionej błotem rozpadliny, do której drogę wskazują liczące nawet siedemset lat buty nie do pary, służące krabom za mieszkanie, kości wielbłąda i butelki z listami miłosnymi do tajemniczych ukochanych, za zboczem pokrytym dżunglą małży i gąbek, wśród których pobłyskują brylantowe kolczyki, kapsle po oranżadzie i złote bransoletki, tuż obok tajnego laboratorium wytwarzającego heroinę, urządzonego w pośpiechu w przerdzewiałym wraku barki, przy piaszczystej łasze zasiedlonej przez ostrygi oraz wieżyczniki i polewanej obficie krwią koni i osłów z działającej bez zezwolenia wytwórni kiełbasy.

Mając wciąż w uszach dźwięki klaksonów samochodów przejeżdżających Drogą Nadbrzeżną, która teraz przypomina raczej górską szosę, zejdę w głąb tej cuchnącej padliną ciemności i w ciszy, szukając cadillaca, natrafię na szkielety zgiętych wpół pałacowych spiskowców, tkwiących w niezmienionej pozycji w workach, w których zostali utopieni, czy prawosławnych popów z kamieniami przywiązanymi do nóg, wciąż kurczowo ściskających swoje krucyfiksy i laski. Gdy ujrzę błękitnawy dym wydobywający się ze służącego teraz za komin peryskopu angielskiej łodzi podwodnej, która osiadła na dnie po tym, jak próbowała storpedować parowiec Gülcemal, wiozący żołnierzy z przystani Tophane do Çanakkale, zaplątała się w sieci poławiaczy makreli i uderzyła dziobem w obrośnięte glonami skały, zrozumiem, że to nasi rodacy, szybko zadomowiwszy się w swojej nowej siedzibie, wzniesionej ongiś w stoczniach Liverpoolu, piją sobie spokojnie popołudniową herbatę z filiżanek z chińskiej porcelany, zasiadając wygodnie w obitych aksamitem kapitańskich fotelach, w których dopiero co siedziały szkielety Anglików uduszonych z braku powietrza, straszące otwartymi ustami. Nieopodal będzie spoczywać w ciemności pokryta rdzą kotwica pewnego pancernika z floty cesarza Wilhelma; nieco dalej zamruga do mnie perłowo ekran starego telewizora. Ujrzę resztki rozgrabionego skarbu genueńczyków, zatkaną błotem lufę armaty, obrośnięte omułkami posągi bożków dawno upadłych królestw i zaginionych plemion, rozbite żarówki leżącego do góry nogami mosiężnego żyrandola. Schodząc coraz niżej, przedzierając się przez błoto i skały, natknę się na przykute do wioseł szkielety galerników, z nieskończoną cierpliwością wpatrujących się w gwiazdy. Oto z krzewu wodorostów zwisa jakiś naszyjnik. Być może nie będę zwracał uwagi na okulary ani parasolki, ale z pewnością przystanę na chwilę, by z uwagą i bojaźnią przyjrzeć się krzyżowcom w pełnym rynsztunku, dosiadającym szkieletów potężnych koni, w jakiś sposób wciąż trzymających się na nogach. Wtedy zrozumiem, że ci rycerze, dzierżący tarcze i miecze pokryte małżami, pełnią wartę przy czarnym cadillacu.

Powoli, z szacunkiem, pokornie, jakbym prosił strażników o pozwolenie, podejdę do limuzyny, otoczonej płynącą nie wiadomo skąd fosforyzującą poświatą. Pociągnę za klamkę, lecz pokryty od góry do dołu omułkami i jeżowcami pojazd nie wpuści mnie do środka, nie odsuną się szczelnie zamknięte zielonkawe szyby. Wtedy wyjmę z kieszeni długopis i mozolnie zacznę zdrapywać z nich zielony osad glonów.

O północy, w przerażającej, a jednocześnie magicznej ciemności, zapalę zapałkę i wewnątrz, w odblasku niklowanych liczników, wskaźników i zegarów, ujrzę na przednich siedzeniach bandytę i jego ukochaną, dwa szkielety obejmujące się upierścienionymi palcami i ramionami zdobnymi w bransoletki. Nie tylko kości ich szczęk, ale całe czaszki zrosły się w wiecznym pocałunku.

Gdy zapałka zgaśnie, nie zapalę drugiej, ale odwrócę się i zacznę wspinać z powrotem ku światłom miasta, myśląc sobie, że w chwili klęski nie ma piękniejszego sposobu na spotkanie śmierci, i przepełniony bólem zawołam do odległej ukochanej: moja najdroższa, moja śliczna, moja bolesna, oto nadchodzi katastrofa, przyjdź do mnie, gdziekolwiek jesteś — w biurze pełnym papierosowego dymu, w kuchni pachnącej praniem i cebulą czy w zmiętej pościeli błękitnej sypialni — gdziekolwiek jesteś, przyjdź, już czas; zaciągnijmy zasłony i w ciszy pogrążonego w półmroku pokoju zapomnijmy o zbliżającej się strasznej katastrofie; obejmując się mocno, z całych sił, razem czekajmy, aż nadejdzie śmierć.

3.POZDROWIENIA DLA RÜYI

Dziadek mój nazywał to „rodziną”.

Rainer Maria Rilke, Malte. Pamiętniki Malte-Lauridsa Bridgge(przeł. Witold Hulewicz)

Rano tego dnia, gdy żona go zostawiła, Galip, z gazetą pod pachą wdrapując się po schodach prowadzących do kancelarii w jednym z hanów11 na zboczu wzgórza Babıâli, przypomniał sobie zielony długopis wrzucony w toń Bosforu podczas jednej z owych przejażdżek łodzią, na które matki zabierały jego i Rüyę, gdy chorowali na świnkę. Tego samego dnia wieczorem, oglądając z uwagą pożegnalny list pozostawiony przez żonę, pomyślał, że długopis, którym go napisała, musiał być taki sam. Tamten długopis dwadzieścia cztery lata wcześniej pożyczył mu na tydzień Celâl, widząc, jak bardzo się Galipowi podoba. Gdy dowiedział się o utracie długopisu, spytał, w którym miejscu się to stało, i wysłuchawszy opowieści o łódce i Bosforze, oświadczył: „Skoro wiemy, gdzie wypadł za burtę, nie jest stracony na zawsze!”. Przekraczając próg biura, Galip przypomniał sobie opis „dnia katastrofy”, który przeczytał tego ranka, i zdziwił się, że do zeskrobania z szyb czarnego cadillaca warstwy pistacjowozielonych glonów Celâl zamierzał użyć nie tego długopisu, ale innego, wyjętego z kieszeni. Jego ulubionym chwytem, przy każdej okazji z upodobaniem stosowanym w felietonach, było zestawianie przedmiotów z niedawnej przeszłości z tymi pochodzącymi sprzed stuleci — na przykład bizantyjskich monet z wizerunkiem Olimpu z kapslami od oranżady Olimp. Oczywiście, o ile pamięć nie zaczęła go zawodzić — co sugerował podczas jednego z ich ostatnich spotkań. „Gdy ogród pamięci zaczyna jałowieć — oświadczył owego wieczoru — człowiek trzęsie się nad ostatnimi drzewami i różami, jakie mu pozostały. W obawie, że uschną i obumrą, od rana do wieczora stara się je podlewać, dba o nie czule. I ja tak robię, powtarzam sobie wciąż: Muszę pamiętać, muszę pamiętać, nie wolno mi zapomnieć!”.

Od Celâla Galip dowiedział się, że rok po tym, jak Vasıf wrócił z akwarium w objęciach, a stryj Melih pojechał do Paryża, Ojciec i Dziadek udali się do kancelarii adwokackiej stryja, załadowali papiery oraz meble na wóz i przewieźli do Nişantaşı, na strych kamienicy. Gdy stryj doprowadził do bankructwa firmę handlującą suszonymi figami, prowadzoną w Izmirze wraz z teściem, i zamieszkał ze swą piękną żoną i Rüyą w Stambule, w obawie, że doprowadzi do upadku także rodzinne przedsiębiorstwo, cukiernię oraz aptekę, nie został dopuszczony do interesów. Wtedy postanowił wrócić do zawodu adwokata: przewiózł wszystkie te rzeczy do nowej kancelarii w nadziei, że będą robić odpowiednie wrażenie na klientach. Pewnego wieczoru po latach, wspominając przeszłość z drwiną i gniewem, Celâl opowiadał Rüyi i Galipowi, że w przeprowadzce pomagał mu tragarz specjalizujący się w transporcie lodówek i pianin, wymagających szczególnej ostrożności — ten sam, który dwadzieścia dwa lata wcześniej wnosił owe rzeczy na strych; jedyna różnica polegała na tym, że tragarz zdążył przez ten czas dorobić się łysiny.

Dwadzieścia dwa lata po tym, jak Vasıf, bacznie obserwując tragarza, podał mu szklankę wody, stryj Melih zgodził się przekazać praktykę adwokacką Galipowi, podówczas nawet nie zięciowi, lecz jedynie bratankowi. Stało się tak — zdaniem Ojca — dlatego, że stryj wolał walczyć nie z przeciwnikami swoich klientów, ale z samymi klientami, według Matki zaś tak zdziadział, że nie odróżniał pism sądowych i protokołów rozpraw od restauracyjnych menu i rozkładów kursowania promów. Rüya natomiast była przekonana, że ukochany ojciec już wtedy przeczuwał, iż jego córka i bratanek w przyszłości się zwiążą. W ten sposób Galipowi przypadła kancelaria wraz ze wszystkimi gratami i szpargałami: z portretami pochodzących z Zachodu i nienoszących nakryć głowy prawników, których nazwiska i powody do sławy zostały dawno zapomniane, oraz wizerunkami wystrojonych w fezy hodżów12 ze szkół prawniczych sprzed pół wieku, z tomami akt spraw, z którymi związani sędziowie, powodowie i pozwani dawno już nie żyli, z biurkiem, przy którym niegdyś wieczorami pracował Celâl, a rano jego matka kopiowała wykroje ubrań, i ze stojącym w jego rogu wielkim czarnym telefonem, przypominającym nie tyle narzędzie komunikacji, ile ciężką, nieruchawą i złowróżbną machinę wojenną.

Telefon straszył niekiedy, gdy ni stąd, ni zowąd sam z siebie dzwonił; jego czarna, ciężka słuchawka przypominała miniaturową sztangę. Podczas wykręcania numeru chrobotał jak stare obrotowe bramki na przystani promów w Kadıköy; zdarzało mu się łączyć nie z tym, z kim chciał się połączyć dzwoniący, lecz z innym abonentem, wybranym według własnego widzimisię.

Galip wykręcił domowy numer i zdziwił się, że Rüya odebrała niemal natychmiast.

— Nie śpisz już? — spytał, zadowolony, że żona nie przebywa w zamkniętym ogrodzie swego umysłu, lecz w znanym mu i dostępnym świecie. — Przeczytałaś gazetę, którą zostawiłem ci na stole? Celâl napisał coś zabawnego. — Wyobraził sobie pokój w nieładzie, stolik z telefonem i stojącą przy nim Rüyę.

— Nie czytałam — odpowiedziała. — Która godzina?

— Późno poszłaś spać, prawda? — zapytał.

— Sam zrobiłeś sobie śniadanie — stwierdziła.

— Nie miałem serca cię budzić — wyjaśnił Galip. — Co ci się śniło?

— W nocy widziałam w przedpokoju karalucha — oznajmiła tonem, w którym pobrzmiewała rutyna, a jednocześnie przejęcie, niczym u radiowej spikerki ostrzegającej rybaków przed zauważoną na Morzu Czarnym zbłąkaną miną, po czym dodała: — Między drzwiami do kuchni a kaloryferem… O drugiej… Strasznie wielki… — Zapadła cisza.

— Mam złapać taksówkę i przyjechać? — spytał.

— Dom wygląda przerażająco, gdy zasłony są zaciągnięte — stwierdziła.

— Chodźmy wieczorem do kina — zaproponował Galip. — Do Konaku. Potem wstąpimy do Celâla.

Rüya ziewnęła.

— Spać mi się chce.

— Pośpij sobie — powiedział.

Zamilkli. Nim Galip odłożył słuchawkę, usłyszał jeszcze, jak Rüya znowu ziewa.

W następnych dniach, gdy Galip po wielokroć przypominał sobie wciąż na nowo i na nowo tę rozmowę, nie mógł się zdecydować, czy usłyszał to ledwie słyszalne ziewnięcie i w ogóle ile usłyszał z tego, co wówczas mówili. Wspominając słowa żony, stale je zmieniał, ogarniały go wątpliwości, aż zaczynał sobie wmawiać: „Jakbym rozmawiał nie z Rüyą, ale z kimś innym”, i podejrzewać, że ten ktoś chciał go specjalnie wprowadzić w błąd. Innym razem stwierdzał, że dobrze słyszał słowa Rüyi, lecz po tej rozmowie to nie ona, ale on sam powoli zaczął się stawać kimś innym. Wraz z nową tożsamością tworzył na nowo to, co — jak sądził — źle usłyszał albo źle zapamiętał. Własny głos odbierał jak należący do kogoś innego i wtedy zdał sobie sprawę, że gdy dwie osoby na dwóch końcach linii rozmawiają ze sobą, każda z nich może stać się kimś innym niż jest. Na początku jednak, kierując się znacznie prostszą logiką, uznał, że wszystkiemu winny jest stary telefon. Masywny aparat dzwonił cały dzień.

Po rozmowie z Rüyą do Galipa zatelefonował pewien lokator, skłócony z właścicielką mieszkania. Potem była pomyłka telefoniczna. Nim zadzwonił İskender, takie pomyłki zdarzyły się jeszcze dwukrotnie. Raz zadzwonił ktoś, kto wiedział, że ma do czynienia z „krewnym pana Celâla”, i spytał o jego numer. Po telefonie od mężczyzny, próbującego wydostać z więzienia swego syna, który wdał się w politykę, oraz od handlarza stalą, pytającego, dlaczego łapówkę dla sędziego należy wręczyć przed wydaniem wyroku, w słuchawce odezwał się głos İskendera, który również próbował się skontaktować z Celâlem.

İskender był kolegą Galipa z liceum, później nie utrzymywali jednak ze sobą kontaktu, dlatego zaczął rozmowę od szybkiego przedstawienia tego, co wydarzyło się u niego przez ostatnie piętnaście lat, a następnie złożył Galipowi gratulacje z okazji ślubu z Rüyą i stwierdził, jak zresztą wielu innych, że „zawsze wiedział, iż tak się stanie”. Pracował teraz jako producent w agencji reklamowej. Chciał, by Celâl spotkał się z ekipą BBC, realizującą program o Turcji.

— Szukają kogoś takiego jak on, felietonisty, który od trzydziestu lat siedzi w tym wszystkim, by przed kamerą opowiedział o sytuacji w kraju. — Zasypując Galipa mnóstwem niepotrzebnych szczegółów, İskender wyjaśniał, że filmowcy spotkali się już z politykami, biznesmenami i związkowcami, lecz Celâl wydał się im najciekawszą postacią, dlatego koniecznie chcą z nim porozmawiać.

— Nie ma sprawy, zaraz się z nim skontaktuję — odparł Galip, uradowany, że znalazł pretekst, by zadzwonić do Celâla.

— Ci w gazecie od dwóch dni chyba mnie zwodzą — odpowiedział İskender. — Właśnie dlatego dzwonię do ciebie. Od dwóch dni nie mogę zastać Celâla w redakcji. Coś musi być na rzeczy.

Zdarzało się, że Celâl na kilka dni chował się w jednej ze swoich kryjówek w którejś z dzielnic Stambułu, nie podając nikomu swojego adresu ani numeru telefonu, lecz Galip nie wątpił, że uda mu się go odszukać.

— Nie ma sprawy — powtórzył — zaraz go poszukam!

Do wieczora jednak nie udało mu się odnaleźć kuzyna, choć przez cały dzień wydzwaniał pod numer domowy i do redakcji „Milliyetu”. Za każdym razem wyobrażał sobie, że gdy w końcu odbierze, on odezwie się zmienionym głosem, tak jak wtedy, gdy we trójkę — on, Celâl i Rüya — afektowanymi głosami aktorów z radiowych słuchowisk przedrzeźniali czytelników rubryki Celâla: „Brachu, oczywiście, że zrozumiałem ukryty sens tego, co napisałeś w dzisiejszym felietonie!”. Lecz za każdym razem, gdy dzwonił do gazety, sekretarka odpowiadała niezmiennie to samo: „Pan Celâl jeszcze nie przyszedł”. Choć przez cały dzień niemal nie wypuszczał słuchawki z ręki, tylko raz, ku swemu zadowoleniu, udało mu się zmylić kogoś głosem.

Późnym popołudniem zadzwonił do ciotki Hâle, sądząc, że być może ona wie, gdzie jest Celâl. Ciotka zaprosiła go na kolację, po czym dodała:

— Galip i Rüya też przyjdą. — Galip się zorientował, że nie poznała go po głosie i wzięła za Celâla. — A co za różnica — oświadczyła ciotka, gdy uświadomił jej pomyłkę — wszyscy jesteście moimi dziećmi i wszyscy jesteście tacy sami, zaniedbujecie mnie. Do ciebie też miałam zadzwonić. — Takim samym tonem, jakim strofowała Węgielka, swojego czarnego kota, by nie drapał pazurami foteli, zganiła Galipa, że do niej nie dzwoni, i poprosiła, by po drodze wstąpił do sklepu Alâaddina i kupił nieco karmy dla rybek Vasıfa, które jadają wyłącznie tę z importu, Alâaddin zaś sprzedaje ją tylko znajomym.

— Czy ciocia czytała jego dzisiejszy felieton? — spytał Galip.

— Czyj felieton? — spytała z przekorą, jak to miała w zwyczaju — Alâaddina? Nie, kupujemy „Milliyet”, bo twój stryj lubi rozwiązywać krzyżówki, a Vasıf wycinać zdjęcia i artykuły. W żadnym wypadku nie po to, by czytać felietony Celâla i zamartwiać się, co się z tym chłopakiem porobiło.

— Może ciocia mogłaby sama zadzwonić do Rüyi i zaprosić ją na kolację — poprosił Galip. — Ja nie będę miał czasu.

— Tylko pamiętaj! — Ciocia Hâle przypomniała mu o swojej prośbie i godzinie spotkania, po czym, niczym radiowy spiker, który powoli, z namaszczeniem, by narobić apetytu słuchaczom, odczytuje listę znanych zawodników mających wystąpić w długo oczekiwanym meczu, wymieniła uczestników rodzinnej kolacji, w składzie tak samo niezmiennym jak przygotowywane dania: — Twoja matka, ciocia Suzan, stryj Melih, Celâl, o ile przyjdzie, oczywiście twój ojciec, Węgielek i Vasıf oraz twoja ciocia Hâle. — Brakowało tylko, by zakończyła wyliczankę wybuchem chrapliwego śmiechu, ale zamiast tego dodała jedynie: — Przygotuję dla ciebie puf böreği13. — Po czym się rozłączyła.

Wpatrując się pustym wzrokiem w telefon, który zaczął dzwonić, ledwie słuchawka znalazła się z powrotem na widełkach, Galip wspominał plany zamążpójścia cioci Hâle, które w ostatniej chwili obróciły się wniwecz; na końcu języka miał dziwne imię kandydata do jej ręki. „Dopóki sobie nie przypomnę, jak się nazywał, nie odbiorę żadnego telefonu!” — postanowił, by zmusić umysł do pracy. Telefon zadzwonił siedem razy i zamilkł. Gdy po chwili odezwał się znowu, Galip myślał o wizycie, jaką w towarzystwie swego stryja i starszego brata złożył ten człowiek o dziwnym imieniu, by prosić o rękę Hâle; było to na rok przez przyjazdem Rüyi i jej rodziców do Stambułu. Telefon znowu zamilkł. Gdy zadzwonił po raz kolejny, ściemniło się już na dobre, a przedmioty w kancelarii straciły w mroku ostrość kształtów. Galip nie mógł sobie przypomnieć, jak nazywał się ten człowiek, pamiętał za to — i owo wspomnienie napawało go lękiem — dziwne buty, które gość miał na nogach owego dnia, i wrzód bagdadzki na jego twarzy. „Czy oni są Arabami? — spytał Dziadek. — Hâle, czy ty na serio chcesz poślubić tego Araba? Skąd on cię zna? Co za zbieg okoliczności!”. Koło siódmej wieczorem, zbierając się do wyjścia z pustoszejącego hanu, przy wpadającym przez okno świetle ulicznych latarni Galip zajrzał do akt sprawy pewnego klienta, dotyczącej zmiany imienia, i przypomniał sobie, jak nazywał się niedoszły mąż ciotki. Maszerując na przystanek dolmuszy kursujących w kierunku Nişantaşı, pomyślał, że świat jest zbyt rozległy, by ludzki umysł był w stanie go ogarnąć, a godzinę później, gdy szedł w stronę kamienicy, doszedł do wniosku, że człowiek sens wszystkiego wysnuwa ze zbiegów okoliczności…

Kamienica, w której jedno mieszkanie zajmowała ciocia Hâle z Vasıfem i panią Esmą, drugie zaś stryj Melih z ciocią Suzan (a swego czasu także z Rüyą), znajdowała się przy bocznej ulicy w dzielnicy Nişantaşı. Ulicy tej — oddalonej o zaledwie trzy przecznice i pięć minut spaceru od głównej alei, komisariatu na rogu i sklepu Alâaddina — ktoś inny nie nazwałby boczną, ale dla lokatorów owych mieszkań, położonych jedno nad drugim, ani ta ulica, której przemianę z błotnistego pola otoczonego małymi ogródkami najpierw w brukowaną kocimi łbami drogę, a następnie w wyłożoną kostką ulicę obserwowali z dystansem, bez specjalnego zainteresowania, ani inne uliczki, które też nie wydawały im się interesujące, nie mogły być centrum Nişantaşı. Gdy zaczęli przeczuwać, że będą musieli wyprzedać jedno po drugim mieszkania w kamienicy Miasto Serc, stojącej przy głównej alei i stanowiącej centralny punkt ich egzystencji, wyznaczającej oś symetrii ich życia nie tylko pod względem geograficznym, ale i duchowym, i gdy stało się jasne, że przyjdzie im opuścić ten budynek — jak mówiła ciocia Hâle: „panujący nad całym Nişantaşı” — i przenieść się do zaniedbanych wynajętych mieszkań, oraz potem, gdy już wprowadzili się do tej obdrapanej kamienicy na odległych rubieżach ich dawnego świata, nie mogli się powstrzymać przed nazywaniem tej ulicy boczną — być może dlatego, że dawało im to sposobność podkreślenia wagi katastrofy, która stała się ich udziałem, i obrzucania się nawzajem oskarżeniami. W dniu przeprowadzki z kamienicy Miasto Serc do mieszkania przy bocznej ulicy, na trzy lata przed śmiercią, pan Mehmet Sabit, czyli Dziadek, usiadłszy w swoim fotelu o jednej nodze krótszej, ustawionym pod innym kątem w stosunku do okna wychodzącego na ulicę niż w starym mieszkaniu, za to pod tym samym kątem w stosunku do ciężkiego stolika, na którym stało radio, natchniony widokiem konia, tak wychudzonego, że pozostały zeń tylko skóra i kości, zaprzęgniętego do wozu, którym przewieziono sprzęty do nowego mieszkania, oświadczył: „I tak oto przesiadamy się z konia na osła! Na zdrowie!”, po czym włączył radio, na którym na szydełkowej serwetce stała już (jak w starym mieszkaniu) figurka śpiącego psa.

Działo się to osiemnaście lat wcześniej. Teraz jednak, o godzinie ósmej wieczorem, gdy spuszczono już żaluzje w witrynach wszystkich sklepów z wyjątkiem kwiaciarni, sklepu Alâaddina i małego sklepiku, w którym sprzedawano orzechy i suszone owoce, a ledwie wyczuwalny mokry śnieg przecinał brudne powietrze, wypełnione zapachem kurzu, spalin, siarki i węgla brunatnego spalanego w piecykach, na widok świateł kamienicy Galipa ogarnęło uczucie, że wspomnienia związane z tym budynkiem sięgają daleko poza owe osiemnaście lat. Nie miała znaczenia ani szerokość ulicy, ani nazwa kamienicy (składała się z tylu O i U, że nikt nie lubił wymawiać tego słowa), ani samo miejsce — w umyśle Galipa w położonych jedno nad drugim mieszkaniach członkowie rodziny żyli od dawien dawna, od początku. Wchodząc po schodach i czując ten sam zapach co zawsze (jak napisał Celâl w jednym ze swych felietonów, przyjętych przez rodzinę z oburzeniem, na tę woń składały się smród smażonego tłuszczu i cebuli, powietrza z szybów wentylacyjnych oraz odór mokrego kamienia i pleśni), Galip pospiesznie, niczym ktoś przerzucający z niecierpliwością kartki wielokrotnie już czytanej książki, wypatrywał znajomych obrazów i scen, które jedne po drugich miały się zaraz pojawić przed jego oczami.

Jest już ósma, więc zaraz ujrzę, jak stryj Melih siedzi w fotelu Dziadka i wertuje przeczytane gazety, które sam przyniósł z góry, a teraz przewraca ich strony, jakby chciał powiedzieć: „Ta sama wiadomość tutaj i piętro wyżej może mieć różne znaczenie” albo: „Zerknę na to ostatni raz, nim Vasıf swoimi nożyczkami potnie wszystko na kawałki”. Na widok nieszczęsnego kapcia dyndającego na nodze stryja, która porusza się nerwowo przez cały dzień, pomyślę, że tak jak w dzieciństwie woła do mnie z niecierpliwością i rozpaczą: „Nudzę się, zróbmy coś, nudzę się, zróbmy coś”. Usłyszę służącą, panią Esmę, jak wygoniona z kuchni przez ciocię Hâle, by ta mogła w spokoju usmażyć böreki14 z papierosem marki Bafra bez filtra (jej zdaniem jednak nie tak dobrym jak dawne yeni harmany) w ustach, nakrywając do stołu, spyta głośno — jakby nie znała odpowiedzi na to pytanie i spodziewała się uzyskać ją od pozostałych: „Ile nas będzie dziś wieczorem?”. Po tym pytaniu ciocia Suzan i stryj Melih, siedząc, tak jak Dziadek i Babcia, po obu stronach radioodbiornika, a naprzeciwko moich rodziców, będą milczeć przez chwilę, po czym ciocia odezwie się z nadzieją: „Czy Celâl dołączy do nas, pani Esmo?”, a stryj Melih z przyzwyczajenia zacznie narzekać: „Ten chłopak nigdy nie nabierze rozumu, nigdy”. Wtedy mój ojciec, dumny i zadowolony, że może pokazać się jako ten bardziej odpowiedzialny i zrównoważony, choć młodszy brat, stanie po stronie bratanka i oznajmi, że czytał jeden z jego ostatnich felietonów. Chcąc wzmocnić satysfakcję czerpaną z obrony bratanka, ojciec skorzysta z okazji, by wymądrzać się w obecności własnego syna, i po kilku pochwałach — Celâl, gdyby je usłyszał, na pewno stroiłby sobie z tego żarty — wypowie parę słów „konstruktywnej” krytyki. Matka („Mamo, nie wtrącaj się, proszę!”) pokręci głową i poprze ojca (ona również uważa za swój obowiązek bronić Celâla przed stryjem Melihem, robi to jednak z pozycji „w gruncie rzeczy to dobry chłopak, ale…”), a wtedy ja nie wytrzymam i niepotrzebnie zapytam: „Czytaliście jego dzisiejszy felieton?”. Wiem przecież, że oni nie rozumieją ukrytych znaczeń jego słów, nie odczuwają i nie będą odczuwać przyjemności, jaką ja czerpię z lektury owych felietonów. Na to stryj Melih spyta: „A jaki dzień tygodnia mamy dzisiaj?” albo „To już publikują go codziennie? Nie czytałem!”, choć gazetę będzie trzymał otwartą właśnie na stronie z rubryką Celâla; ojciec oświadczy: „Mimo wszystko nie podoba mi się obcesowy ton, jakim wyraża się o premierze”, matka zaś wtrąci: „Jeśli nie szanuje jego poglądów, powinien chociaż szanować jego osobowość jako pisarza”, nie wiadomo do kogo kierując te słowa, do premiera czy do ojca, i przyznając Celâlowi rację, czy też może wcale nie. Ośmielona tą nieokreślonością, ciocia Suzan powie: „Na kwestię nieśmiertelności, ateizmu i tytoniu zapatruje się podobnie jak Francuzi!”, tym samym kierując rozmowę na papierosy i palenie. Pani Esma, nadal nie wiedząc, ile osób będzie na kolacji, nakryje stół obrusem; rozłoży go niczym wielkie, czyste prześcieradło na łóżku — złapawszy za jeden brzeg, trzepnie tkaniną, aż jej drugi koniec wzbije się w powietrze, po czym będzie obserwować, jak płachta powoli opada; nie wyjmie przy tym papierosa z ust, co sprawi, że między nią a stryjem Melihem na nowo rozgorzeje ta sama co zawsze wymiana zdań: „Dym z pani papierosa zaostrza moją astmę!”, „Skoro tak, niech pan sam rzuci palenie, panie Melihu!”. Wyjdę wtedy z pokoju; w kuchni, otoczona obłokiem pachnącego ciastem, stopionym serem i rozgrzanym tłuszczem dymu, ciocia Hâle, niczym czarodziej pochylający się nad kotłem z magicznym eliksirem, smaży böreki; pospiesznie, ukradkiem, jakby wręczała mi łapówkę w nadziei na okazanie specjalnego zainteresowania, obdarzenie serdecznością, a może i pocałunkiem, wetknie mi do ust pierożek zdjęty wprost z patelni i zapyta: „Gorący?”, a ja, płacząc z bólu, nie będę w stanie jej odpowiedzieć. Pójdę do pokoju, w którym niegdyś Babcia i Dziadek, okryci niebieską kołdrą, spędzali bezsenne noce, w którym mnie i Rüyę, siedzących na tej samej kołdrze, Babcia uczyła rysunku, arytmetyki i czytania i do którego po śmierci dziadków Vasıf przeniósł się ze swoim akwarium; zobaczę tam Rüyę, jak razem z Vasıfem ogląda jego ukochane japońskie rybki i kolekcję wycinków z gazet. Dołączę do nich, a żeby nie wyszło na jaw, że Vasıf jest głuchoniemy, Rüya i ja nie będziemy ze sobą rozmawiać, tylko — pomagając sobie naszym językiem gestów, tak jak robiliśmy, gdy byliśmy mali — odegramy przed nim scenę ze starego filmu obejrzanego w telewizji, a jeśli ostatnio nie widzieliśmy żadnego obrazu godnego uwagi, odtworzymy ze wszystkimi szczegółami, jakbyśmy go dopiero co oglądali, fragment Upiora w Operze, który niezmiennie wzbudza entuzjazm Vasıfa. Dopiero później, gdy Vasıf się odwróci lub podejdzie do swych rybek, popatrzymy na siebie i wtedy zobaczę cię pierwszy raz od rana, porozmawiam z tobą pierwszy raz od wczorajszego wieczoru, zapytam: „Jak się masz?”, a ty odpowiesz jak zawsze: „Dobrze, wszystko w porządku”. Zatrzymam się wtedy i zacznę się zastanawiać, jakie aluzje są ukryte w tych słowach, a jakie nie są, i by ukryć pustkę moich myśli, zapytam: „Co dziś robiłaś?”, jakbym nie wiedział, że spędziłaś dzień nad jakąś powieścią kryminalną, której ja nigdy nie przeczytałem, a ty jak zawsze obiecywałaś sobie przetłumaczyć ją na turecki, lecz nigdy się do tego nie zabrałaś — „Co dziś robiłaś, Rüyo?”.

Opisując w pewnym felietonie zaduch snu, smród czosnku, pleśni, wapna, węgla i smażonego tłuszczu, roznoszący się na klatkach schodowych kamienic przy bocznych ulicach, Celâl wysnuł przypuszczenie, że może on zawierać i inne składniki. Zanim nacisnął dzwonek u drzwi, Galip postanowił spytać Rüyę, czy to ona dzwoniła do kancelarii trzy razy tego dnia.

Drzwi otworzyła ciocia Hâle i od razu spytała:

— A gdzie Rüya?

— Nie przyszła jeszcze? — zdziwił się Galip. — Miała ciocia do niej zadzwonić.

— Telefonowałam, ale nikt nie odbierał. Uznałam, że ją zawiadomiłeś.

— Może jest na górze, u ojca.

— Twój stryj i jego żona już dawno do nas zeszli — oznajmiła ciocia.

Zapadła cisza.

— Pewnie jest w domu — powiedział po chwili Galip. — Polecę i ją przyprowadzę.

— Nikt nie odbiera telefonu — zawołała ciocia, lecz Galip zbiegał już ze schodów. — No dobrze, tylko się pospiesz. Esma smaży już dla ciebie böreki!

W zacinającym mokrym śniegu Galip niemal biegł; wiatr rozwiewał poły jego starego palta (które było tematem jeszcze innego felietonu Celâla). Już dawno obliczył, że jeśli będzie szedł boczną ulicą, pogrążoną teraz w mroku rozpraszanym jedynie przez mdłe światło padające z reklam coca-coli i nylonowych pończoch, mieszkań dozorców, zamkniętych już sklepów spożywczych oraz jeszcze czynnego zakładu prowadzonego przez krawca okularnika, droga z kamienicy, w której mieszkali ciotka i stryj, do jego mieszkania powinna zająć mu jakieś dwanaście minut. Niewiele się w tych rachubach pomylił, gdy bowiem przemierzył z powrotem tę samą trasę tymi samymi chodnikami i ulicami, minęło w sumie dwadzieścia sześć minut. Cioci Suzan, która otworzyła mu drzwi, a potem wszystkim przy stole powiedział, że Rüya jest przeziębiona, wzięła antybiotyk oraz inne lekarstwa (połknęła wszystko, co znalazła w szufladzie!) i otumaniona zasnęła; słyszała, że telefon dzwonił, nie miała jednak siły, by wstać i odebrać, chce jej się spać, nie ma apetytu, leży w łóżku i przesyła wszystkim pozdrowienia.

Wiedział, że ta opowieść może wzbudzić zbyt duże poruszenie (biedna, chora Rüya!), spodziewał się jednak, że wywoła dyskusję na pewien temat związany z kwestiami językowymi. I nie pomylił się — posypały się wymawiane z turecka i pełne dodatkowych samogłosek nazwy antybiotyków, syropów i pastylek na kaszel, leków rozszerzających naczynia, środków przeciwbólowych stosowanych przy grypie oraz preparatów witaminowych, które należało przyjmować jednocześnie, a także rozliczne wskazówki dotyczące dawkowania. W innych okolicznościach Galip rozkoszowałby się tym festiwalem medycyny amatorskiej i popisami twórczej fonetyki niczym dobrym wierszem, lecz jego myśli zaprzątał obraz Rüyi leżącej w łóżku; później nie potrafił określić, jak dalece był on wierny. Widok stopy Rüyi wysuniętej spod kołdry czy rozsypanych na pościeli spinek do włosów wydawał się rzeczywisty, lecz układ włosów na poduszce oraz kompozycja na stoliku przy łóżku, złożona z pudełek leków, szklanki, karafki i książek, sprawiały wrażenie skądś zaczerpniętych — może z jakiegoś filmu, z którego sceny Rüya tak chętnie odgrywała, albo z jednego z tych kiepsko przetłumaczonych kryminałów, pochłanianych przez nią z takim samym apetytem jak kupione u Alâaddina orzeszki pistacjowe. Odpowiadając możliwie krótko na pytania, pełne troski i życzliwości, Galip starał się oddzielać w umyśle wspomnienia Rüyi prawdziwej i tej zapożyczonej, tak jak to robili powieściowi detektywi, których w przyszłości miał naśladować.

Tak, teraz (gdy oni wszyscy razem siedzą za stołem) Rüya zapewne śpi. Nie, nie jest głodny, ciocia Suzan niepotrzebnie się trudziła, gotując zupę. Nie, nie chce wzywać tego lekarza, którego oddech cuchnie czosnkiem, a torba tytoniem. Tak, Rüya nie poszła w tym miesiącu do dentysty, rzeczywiście, ostatnio rzadko wychodzi z domu, stale siedzi w czterech ścianach. Nie, dziś nigdzie nie wychodziła, widzieliście ją na ulicy? Widać wyszła na chwilę, ale nie powiedziała mu o tym. Nie, powiedziała; gdzie ją widzieliście? Poszła do pasmanterii kupić fioletowe guziki, przechodziła obok meczetu, oczywiście, że mówiła, zmarzła na tym zimnie i dlatego się przeziębiła. Kaszlała, a paliła papierosy, całą paczkę. Tak, była blada jak prześcieradło, ach, nie, Galip nie wiedział, że sam jest blady jak trup ani kiedy skończą z tym niezdrowym trybem życia.

Palto. Guzik. Czajnik. Potem, gdy rodzinne przesłuchanie dobiegło końca, Galip nie zastanawiał się za bardzo nad tym, dlaczego przyszły mu do głowy te trzy słowa. W jednym z felietonów, napisanym z iście barokową gwałtownością, Celâl twierdził, że podświadomość, mroczne punkty ukryte w głębi umysłu, nie istnieje, a przynajmniej nie w Turcji — tu można ją dostrzec jedynie u bohaterów filmów i książek z zachodniego świata, których bardzo pragniemy naśladować, lecz do tej pory nie udało nam się tego nauczyć (w owym czasie Celâl obejrzał Nagle, zeszłego lata, w którym Elizabeth Taylor bez powodzenia próbuje dotrzeć do mrocznych punktów umysłu Montgomery’ego Clifta). Przedtem, pod wpływem książek poświęconych psychologii, przeczytanych w skróconych, lecz okraszonych niemal pornograficznymi szczegółami wersjach, Celâl napisał wiele tekstów, w których wszystko, w tym i nędzę naszej egzystencji, tłumaczył właśnie tymi niezrozumiałymi, mrocznymi punktami w naszych umysłach. Galip miał to zrozumieć dopiero wtedy, gdy odkrył, że Celâl zamienił swoje życie osobiste w muzeum połączone z biblioteką.

Chcąc zmienić temat, zaczął mówić: