Wydawca: Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 625 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Czarna bezgwiezdna noc. Wydanie 2 - Stephen King

Nowe wydanie zawierające dodatkowe opowiadanie - "POD PSEM"
Zbiór 4 minipowieści mistrza grozy, które ujawniają jedną wspólną tajemnicę  –  ciemną  stronę każdego z nas. Niezwykłe opowiadania, połączone tematem kary, zostały wzbogacone posłowiem Kinga, w którym autor opisuje inspiracje do powstania każdego z nich. "Wierzę w to, że w każdym człowieku jest drugi człowiek, obcy..."  napisał  Wilfred  Leland  James, bohater pierwszego opowiadania, zatytułowanego „1922”. Kolejne : „Wielki kierowca”, „Dobry interes” i „Dobre małżeństwo”  udowadniają, że prawdziwy horror tworzymy sami sobie.  Stephen King kolejny raz dowodzi, że jest mistrzem mrocznych historii i długich opowiadań.

Opinie o ebooku Czarna bezgwiezdna noc. Wydanie 2 - Stephen King

Fragment ebooka Czarna bezgwiezdna noc. Wydanie 2 - Stephen King

O książce

Pięć utworów ukazujących mroczną stronę ludzkiej natury. Na podstawie jednego z nich, Dobrego małżeństwa, w 2014 r. nakręcono film z Joan Allen i Anthonym LaPaglią. Autorem scenariusza jest sam Stephen King.

W każdym człowieku tkwi drugi, obcy mu człowiek… To motto przyświecające całej twórczości Kinga, a do czterech minipowieści składających się na ten tom odnosi się w sposób szczególny. Ich bohaterami są bowiem ludzie, którzy popełnili morderstwo – z chęci zysku, z zemsty, żeby sprawić sobie przyjemność albo dlatego, że tak się akurat złożyło.

W opowiadaniu Pod psem autor w pewnym sensie odwraca sytuację, i czyni to z właściwą sobie wirtuozerską przewrotnością.

STEPHEN KING

Wybitny pisarz amerykański, nazywany Królem Horroru, został w 2003 r. uhonorowany prestiżową nagrodą literacką National Book. Światową sławę przyniosła mu wydana w 1973 r. powieść Carrie. Kolejne utwory – powieści, zbiory opowiadań i komiksy – opublikowano w setkach milionów egzemplarzy i przełożono na kilkadziesiąt języków. Są wśród nich tak znane książki, jak: Lśnienie, Sklepik z marzeniami, Bastion, Zielona Mila, Desperacja, Komórka, Uciekinier, Pod kopułą, Czarna bezgwiezdna noc, To, Cujo, Pan Mercedes, Znalezione nie kradzione i ośmiotomowy cykl fantasy Mroczna Wieża.

Proza Kinga należy do najczęściej ekranizowanych, a wśród reżyserów, którzy podejmowali się tego zadania, znaleźli się Brian de Palma, Stanley Kubrick czy David Cronenberg.

Pod pseudonimem Richard Bachman King opublikował siedem powieści.

Na podstawie Pana Mercedesa – odznaczonego Edgar Allan Poe Award dla najlepszego kryminału 2014 r. – powstaje miniserial w reżyserii Jacka Bendera (twórcy Lost).

www.stephenking.comwww.stephenking.pl

Tego autora w Wydawnictwie Albatros

ROSE MADDERDOLORES CLAIBORNEGRA GERALDADESPERACJAREGULATORZYSKLEPIK Z MARZENIAMIBEZSENNOŚĆZIELONA MILAMARZENIA I KOSZMARYKOMÓRKACZWARTA PO PÓŁNOCYCHUDSZYTOBASTIONOCZY SMOKAPO ZACHODZIE SŁOŃCACZTERY PORY ROKUUCIEKINIERCZARNA BEZGWIEZDNA NOCCUJOPODPALACZKAROK WILKOŁAKAMROCZNA POŁOWAWOREK KOŚCIDZIEWCZYNA, KTÓRA KOCHAŁA TOMA GORDONANOCNA ZMIANAŁOWCA SNÓWOSTATNI BASTION BARTA DAWESABLAZEPAN MERCEDESZNALEZIONE NIE KRADZIONEMROCZNA WIEŻAROLAND(oraz SIOSTRZYCZKI Z ELURII)POWOŁANIE TRÓJKIZIEMIE JAŁOWECZARNOKSIĘŻNIK I KRYSZTAŁWIATR PRZEZ DZIURKĘ OD KLUCZAWILKI Z CALLAPIEŚŃ SUSANNAHMROCZNA WIEŻAPowieści graficzne MROCZNA WIEŻANARODZINY REWOLWEROWCADŁUGA DROGA DO DOMUZDRADAUPADEK GILEADBITWA O JERICHO HILLPOCZĄTEK PODRÓŻYWkrótceSIOSTRZYCZKI Z ELURIIBITWA O TULLWyłącznie jako audiobook i e-bookStephen King, Joe HillW WYSOKIEJ TRAWIEStephen King, Stewart O’NanTWARZ W TŁUMIE

Tytuł oryginału: FULL DARK, NO STARS

Copyright © Stephen King 2010All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2014

Polish translation copyright © Krzysztof Obłucki 2011

Opowiadanie „Pod psem”

Tytuł oryginału:UNDER THE WEATHER

Copyright © Stephen King 2011All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2014

Polish translation copyright: © Krzysztof Sokołowski 2014

Przekład:Krzysztof Sokołowski (POD PSEM), Krzysztof Obłucki (pozostałe opowiadania)

Redakcja:Beata Kaczmarczyk (POD PSEM), Mirosław Grabowski (pozostałe opowiadania)

Ilustracja na okładce: © 2014 Anderson Coins, LLC. All Rights Reserved.© Screen Media, LLC, All Rights Reserved

Opracowanie graficzne okładki: Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

ISBN 978-83-7985-236-9

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDZRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Magdalena Wojtas, 88em

Dla Tabby,ciągle

Dlatego mówię: hej, człowieku, ładny strzał,

Co za ładny strzał, człowieku.

Filter

1922

Hotel MagnoliaOmaha, Nebraska

11 kwietnia 1930 roku

DO WSZYSTKICH ZAINTERESOWANYCH

Nazywam się Wilfred Leland James, a to jest moja spowiedź. W czerwcu 1922 roku zamordowałem żonę, Arlette Christinę Winters James, i żeby ukryć ciało, wrzuciłem je do starej studni. W tej zbrodni pomagał mi syn, Henry Freeman James, choć jako czternastolatek nie ponosi żadnej odpowiedzialności. Wciągnąłem go w to, przez ponad dwa miesiące manipulując jego strachem i rozwiewając zwykłe w takich okolicznościach wątpliwości. Tego właśnie gorzko żałuję, bardziej niż popełnionej zbrodni, z powodów, które przedstawię w niniejszym piśmie.

Motywem, który doprowadził mnie do morderstwa i skazał na potępienie, było sto akrów dobrej ziemi w Hemingford Home w Nebrasce. Teść, John Henry Winters, zapisał ją mojej żonie. Chciałem dodać tę działkę do naszej farmy, która w 1922 roku liczyła osiemdziesiąt akrów. Żona, która nigdy nie przyzwyczaiła się do życia na wsi (nie wspominając o roli żony farmera), zamierzała sprzedać ją za gotówkę Przedsiębiorstwu Przetwórstwa Mięsnego Farringtona. Kiedy zapytałem, czy naprawdę chciałaby żyć z pieniędzy tej firmy, prowadzącej ubój wieprzy, odpowiedziała, że równie dobrze jak jej ojcowiznę moglibyśmy też sprzedać farmę — ziemię, którą odziedziczyłem po ojcu, a on po swoim ojcu! A gdy spytałem, co niby mielibyśmy zrobić z pieniędzmi, za to bez ziemi, powiedziała, że moglibyśmy przeprowadzić się do Omaha albo nawet do Saint Louis i otworzyć sklep.

— Nigdy nie zamieszkam w Omaha — odpowiedziałem. — Miasta są dla głupców.

Biorąc pod uwagę, gdzie teraz mieszkam, zakrawa to na ironię, ale nie będę tu zbyt długo. Wiem o tym i znam również przyczynę dźwięków, które słyszę w ścianach. I wiem też, gdzie trafię, gdy mój ziemski żywot dobiegnie końca. Zastanawiam się, czy w piekle może być gorzej niż w mieście Omaha. A może piekło to właśnie jest Omaha, tyle że bez otoczenia ładnych wsi, za to pośród zadymionej, cuchnącej siarką pustki pełnej dusz takich jak moja.

O te sto akrów kłóciliśmy się zawzięcie przez zimę i wiosnę 1922 roku. Henry znalazł się między młotem a kowadłem, choć skłaniał się raczej w moją stronę. Po matce miał ładną buzię, ale miłość do ziemi przejął ode mnie. Był posłusznym chłopcem, bez śladu arogancji typowej dla jego matki. Raz po raz powtarzał jej, że nie ma ochoty na życie w Omaha ani żadnym innym mieście i przeprowadzi się tam jedynie wtedy, gdy ona i ja dojdziemy do porozumienia, co nigdy nie nastąpiło.

Brałem pod uwagę wymiar sprawiedliwości, bo byłem pewny, że w tym przypadku każdy sąd w naszym kraju podtrzyma moje prawo, jako męża, do decydowania o użytkowaniu i przeznaczeniu ziemi. Coś mnie jednak przed tym powstrzymywało. Nie bałem się, że sąsiedzi zaczną gadać, wsiowe plotki nie są mi straszne. Chodziło o coś innego. Zacząłem jej nienawidzić, ot co. Życzyłem jej śmierci i to mnie powstrzymywało.

Wierzę, że w każdym siedzi jakby inny człowiek, obcy, taki Przechera. I wierzę, że kiedy zaczął się marzec 1922 roku, gdy niebo nad hrabstwem Hemingford stało się białe, a każde pole było zaśnieżonym błockiem, Przechera w farmerze Wilfredzie Jamesie wydał wyrok na moją żonę i przesądził o jej losie. I słusznie się jej to należało. Biblia mówi, że niewdzięczne dziecko jest jak wąż wyhodowany na własnej piersi, ale kłótliwa i niewdzięczna żona to coś jeszcze gorszego.

Nie jestem potworem, chciałem ocalić ją przed Przecherą. Powiedziałem jej, że jeśli się nie pogodzimy, powinna wyjechać do matki, do Lincoln, leżącego około stu kilometrów na zachód — wystarczająco daleko jak na separację, która nie jest jeszcze rozwodem, choć wskazuje na rozpad małżeństwa.

— I jak się domyślam, miałabym zostawić ci ojcowiznę? — zapytała i odrzuciła do tyłu głowę. Jakże nienawidziłem tego bezczelnego odrzucania głowy, przywodzącego na myśl źle wytresowanego kuca, oraz cichego prychnięcia, które zawsze temu gestowi towarzyszyło. — Możesz o tym zapomnieć, Wilf.

Zaproponowałem, że jeśli się uprze, odkupię od niej tę ziemię. Spłata potrwałaby zapewne jakieś osiem, może dziesięć lat, ale dostałaby całą sumę, co do centa.

— Mały dochód jest gorszy od braku dochodu — odrzekła (po raz kolejny prychając i odrzucając do tyłu głowę). — Każda kobieta o tym wie. Przedsiębiorstwo Farringtona zapłaci wszystko od razu, poza tym ich oferta jest znacznie hojniejsza od twojej. Zresztą nie mam zamiaru mieszkać w Lincoln. To nie miasto, jedynie wieś, gdzie jest więcej kościołów niż domów.

Rozumiecie moją sytuację? Widzicie, w jakim położeniu się przez nią znalazłem? Czy nie należy mi się choć trochę współczucia z waszej strony? Nie? No to posłuchajcie tego.

Na początku kwietnia owego roku — z tego, co wiem, minęło od tamtej pory osiem lat — przyszła do mnie cała wyfiokowana. Większą część dnia spędziła w „salonie piękności” w McCook. Włosy wisiały jej wokół policzków w grubych lokach, które skojarzyły mi się z rolkami papieru toaletowego na sznurku, widywanymi w hotelach i zajazdach. Powiedziała, że wpadła na pewien pomysł. Jej zdaniem powinniśmy sprzedać te sto akrów i farmę przedsiębiorstwu Farringtona. Uważała, że kupią i moją ziemię, żeby tylko dostać akry jej ojca znajdujące się w pobliżu linii kolejowej (i prawdopodobnie miała rację).

— Potem — dodała ta bezwstydna jędza — podzielimy pieniądze, rozwiedziemy się i każde z nas zacznie nowe życie, ale osobno. Oboje wiemy, że tego chcesz. — Tak jakby ona tego nie chciała.

— Och — odpowiedziałem (udając, że naprawdę zastanawiam się nad jej pomysłem). — A kto weźmie chłopca?

— Oczywiście, że ja — odpowiedziała, szeroko otwierając oczy. — Czternastoletni chłopiec potrzebuje matki.

Właśnie tamtego dnia zacząłem pracować nad Henrym, mówiąc mu o planach jego matki. Siedzieliśmy na świeżo skoszonym sianie. Przybrałem najsmutniejszy wyraz twarzy i bardzo przygnębionym głosem roztoczyłem przed nim obraz życia, jakie go czeka, jeśli matka zrealizuje swój zamiar. Mówiłem, że nie będzie miał ojca ani farmy, o tym, jak będzie się czuł w znacznie większej szkole, o jego przyjaciołach (w większości znanych mu od najwcześniejszego dzieciństwa), których zostawi, o tym, jak w nowej szkole będzie musiał wywalczyć sobie pozycję wśród obcych, wyśmiewających się z niego i przezywających go wsiowym kmiotkiem. Gdyby natomiast, powiedziałem, udało się nam nie tylko zachować gospodarstwo, ale też jeszcze je powiększyć, na pewno dalibyśmy radę spłacić kredyt w banku do 1925 roku, a potem żylibyśmy szczęśliwie bez długów i wdychalibyśmy świeże powietrze, zamiast patrzeć na flaki świń spływające od świtu do nocy strumieniem, który teraz był jeszcze czysty.

— Co wolisz w takim razie? — zapytałem, opowiedziawszy mu to wszystko z największymi szczegółami.

— Chcę zostać tu z tobą, tato — odparł. Łzy płynęły mu po policzkach. — Dlaczego ona musi być taką… taką…

— No, dalej — zachęciłem go. — Słowa prawdy nigdy nie są przekleństwem, synu.

— Taką zdzirą!

— Bo taka jest większość kobiet — odrzekłem. — To część ich natury, której nie da się wykorzenić. Pytanie brzmi jednak, co mamy zamiar z tym zrobić.

Ale tymczasem Przechera we mnie dawno już pomyślał o starej studni za oborą, skąd czerpaliśmy wodę dla inwentarza, płytkiej i zamulonej — głębokiej jedynie na trochę ponad pół metra i tylko niewiele pojemniejszej od beczki na deszczówkę. Pozostawał jednak problem, jak przybliżyć mu to rozwiązanie. Bo musiałem to zrobić, tego się na pewno domyślacie — mogłem zabić żonę, ale chodziło mi o uratowanie kochanego syna. Po co komu sto osiemdziesiąt akrów — czy nawet tysiąc — jeśli nie ma się ich z kim dzielić i komu ich zostawić?

Udawałem, że rozważam szalony pomysł Arlette zamiany pola kukurydzy w ubojnię świń. Poprosiłem, żeby dała mi więcej czasu na przyzwyczajenie się do tej myśli. Zgodziła się. Dzięki temu mogłem przez następne dwa miesiące pracować nad Henrym, oswajając go z zupełnie innym planem. Nie było tak trudno, jak mogłoby się wydawać, bo choć odziedziczył po matce ładną buźkę (jak dobrze wiecie, ładna buzia u kobiety to miód, który przywabia mężczyzn do ula pełnego żądeł), nie miał w sobie nic z jej oślego uporu. Wystarczyło odmalować mu obraz życia, jakie czekałoby go w Omaha albo Saint Louis. Wysunąłem też przypuszczenie, że nawet te dwa mrowiska mogą ostatecznie nie usatysfakcjonować jego matki, bo równie dobrze mogłaby dojść do wniosku, że tylko Chicago jej odpowiada.

— A wtedy — powiedziałem — może się okazać, że będziesz chodził do gimnazjum z czarnuchami.

Zaczął być chłodny wobec matki, a ona po kilku nieudolnych i zignorowanych przez niego próbach odzyskania uczuć syna odwzajemniła mu się tym samym. Ucieszyło mnie to (a raczej Przecherę). Na początku czerwca oznajmiłem jej, że po głębokim namyśle nigdy nie pozwolę jej bez walki sprzedać tych stu akrów. Nawet gdyby to nas zrujnowało i musielibyśmy przez to żebrać.

Przyjęła to ze spokojem. Zdecydowała się poszukać rady u prawnika (jak wiemy, prawo staje się przyjacielem każdego, kto płaci). Przewidziałem ten ruch. I jedynie się uśmiechnąłem! Bo nie stać jej było na taką poradę. Twardo trzymałem rękę na tej odrobinie gotówki, jaką mieliśmy. Nawet Henry, gdy go o to poprosiłem, oddał mi swoją świnkę skarbonkę, żeby nie mogła ukraść pieniędzy dziecku, mimo że było ich tam śmiesznie mało. Skierowała się, rzecz jasna, do biura przedsiębiorstwa Farringtona w Deland, mając pewność (podobnie jak ja), że skoro mogliby na tym bardzo wiele zyskać, chętnie zgodzą się zapłacić jej prawnikowi.

— Jeśli tak zrobią, ona wygra — powiedziałem Henry’emu na sianie w stodole, która stała się miejscem naszych rozmów. Nie do końca byłem tego pewny, ale podjąłem już decyzję, której jeszcze nie nazwałbym planem.

— Ale, tato, to nie w porządku! — zawołał. Siedząc na sianie, wyglądał bardzo młodo, bardziej jak dziesięciolatek niż czternastolatek.

— Życie już takie jest — odparłem. — Czasami pozostaje jedynie wydrzeć mu to, co się chce. Nawet jeśli kogoś się przy tym skrzywdzi. — Przerwałem, wpatrując się w jego twarz. — Nawet jeśli ktoś przez to umrze.

Pobladł.

— Tato!

— Gdyby ona zniknęła — ciągnąłem — byłoby tak jak dawniej. Ustałyby ciągłe kłótnie. Żylibyśmy sobie spokojnie. Zaoferowałem jej wszystko, co mogłem, żeby odeszła, ale ona nie chce. Pozostaje tylko jedno rozwiązanie. I my możemy to zrobić.

— Ale ja ją kocham!

— Ja też ją kocham — powiedziałem.

Co było zgodne z prawdą niezależnie od tego, jak bardzo wyda się wam to niewiarygodne. Żaden mężczyzna nie potrafiłby tak nienawidzić kobiety, jak ja nienawidziłem żony od 1922 roku, jeśli nie byłoby między nimi miłości. Bo choć Arlette to kobieta uparta i zrzędliwa, serce miała dobre. Nasze „stosunki małżeńskie” nigdy nie zanikły, chociaż odkąd zaczęły się awantury o te sto akrów, nasza szamotanina w ciemności coraz bardziej przypominała parzenie się zwierząt w rui.

— To nie musi być bolesne — dodałem. — A kiedy będzie po wszystkim… cóż…

Zaprowadziłem go na tyły obory i pokazałem studnię. Chłopak zalał się łzami.

— Nie, tato. Nie w ten sposób. Za żadne skarby.

Ale kiedy wróciła z Deland (Harlan Cotterie, nasz najbliższy sąsiad, wiózł ją swoim fordem przez większą część drogi, zostawiając jej do przejścia ostatnie trzy kilometry) i Henry błagał ją, by ustąpiła, „żebyśmy znowu mogli być rodziną”, straciła nad sobą panowanie, uderzyła go w twarz i powiedziała, żeby przestał żebrać jak pies.

— Ojciec zaraził cię pokorą. Co gorsza, zaraził cię też swoją pazernością.

Jakby jej ten grzech nie dotyczył!

— Adwokat zapewnił mnie, że ta ziemia jest moja i mogę nią dysponować według własnej woli, a ja mam zamiar ją sprzedać. Wy dwaj możecie tu siedzieć i wąchać zarzynane świnie, gotować sobie posiłki i słać łóżka. Ty, mój synu, możesz orać całymi dniami i czytać po nocach jego staroświeckie książki. Nie na wiele mu się zdały, ale może tobie pójdzie z nimi lepiej. Kto wie?

— To nie w porządku, mamo!

Popatrzyła na syna, jak kobieta mogłaby popatrzeć na obcego mężczyznę, który zamierzał dotknąć jej ramienia. A mnie serce urosło, gdy zobaczyłem, że odpowiedział jej równie lodowatym spojrzeniem.

— Możecie sobie iść do wszystkich diabłów, obaj. Przeprowadzam się do Omaha i otwieram sklep z odzieżą. Tak ja rozumiem grę fair.

Ta rozmowa odbyła się na podwórzu między domem a oborą, a słowa o rozumieniu gry fair były jej ostatnimi. Przemaszerowała przez podwórze, wzbijając kurz eleganckimi bucikami z miasta, weszła do domu i trzasnęła drzwiami. Henry obrócił się i spojrzał na mnie. W kącikach ust miał krew, napuchła mu dolna warga. Złość w jego oczach była dzika i czysta, z rodzaju, jaki mogą odczuwać jedynie dojrzewające nastolatki. To złość, która nie liczy się z kosztami. Pokiwał głową. Odpowiedziałem mu tym samym, z równie śmiertelną powagą, ale wewnątrz mnie Przechera wykrzywiał się w uśmiechu.

Policzek, który mu wymierzyła, stał się wyrokiem śmierci.

♦ ♦ ♦

Dwa dni później, kiedy Henry przyszedł do mnie na pole młodej kukurydzy, spostrzegłem, że jego wola znowu osłabła. Nie byłem tym rozczarowany ani zaskoczony. Puste lata między dzieciństwem a dorosłością są pełne rozchwiania, przeżywająca je młodzież wiruje niczym kurki na dachach, montowane przez niektórych rolników ze Środkowego Zachodu na silosach z ziarnem.

— Nie możemy — powiedział. — Ona tkwi w błędzie. A Shannon mówi, że ci, którzy umierają, będąc w błędzie, idą do piekła.

Szlag by trafił Kościół metodystów i Bractwo Młodych Metodystów, pomyślałem… ale Przechera tylko się uśmiechnął. Przez następne dziesięć minut, otoczeni zielonymi łodygami i liśćmi, rozmawialiśmy o teologii, podczas gdy chmury wczesnego lata — najlepsze chmury, te, które przepływają po niebie niczym szkunery — przemieszczały się nad nami powoli, ciągnąc za sobą cienie niczym kilwatery. Wyjaśniłem mu, że będzie wręcz przeciwnie — zamiast skazywać Arlette na piekło, wyślemy ją do nieba.

— Bo — mówiłem — ktoś zamordowany, mężczyzna czy kobieta, umiera w czasie wyznaczonym nie przez Boga, ale przez człowieka. On… albo ona… odchodzi nagle, zanim… może odpokutować za grzechy. Dlatego wszystkie błędy muszą mu być wybaczone. Kiedy pomyślisz o tym w ten sposób, zrozumiesz, że każde morderstwo jest otwieraniem bramy do nieba.

— A co z nami, tato? Czy my nie pójdziemy do piekła?

Wskazałem ręką pola pyszniące się gąszczem nowych roślin.

— Jak możesz tak mówić, gdy widzisz raj wokół nas? A ona chce go nam odebrać niczym anioł z płonącym mieczem, który wyrzucał Adama i Ewę z rajskiego ogrodu.

Wpatrywał się we mnie, zakłopotany. Ponury. Byłem zły na siebie, że to za moją sprawą tak sposępniał, ale jakaś część mnie wierzyła, i nadal wierzy, w winę jego matki za taki stan rzeczy.

— Tylko pomyśl — powiedziałem. — Jeżeli ona wyjedzie do Omaha, pogrąży się jeszcze głębiej w piekielnych czeluściach. Jeśli zabierze cię ze sobą, staniesz się mieszczuchem…

— Nigdy! — krzyknął tak głośno, że kruki poderwały się z płotu i poleciały wysoko w niebo niczym kawałki zwęglonego papieru.

— Jesteś młody i pojedziesz — mówiłem dalej. — Zapomnisz o tym wszystkim… nauczysz się miejskiego życia… i sam zaczniesz się pogrążać.

Gdyby odpowiedział, że mordercy tracą wszelką nadzieję na połączenie się ze swoimi ofiarami w niebie, znalazłbym się w kropce. Ale jego wiedza teologiczna nie sięgała tak daleko albo po prostu nie chciał zastanawiać się nad tym problemem. Zresztą czy piekło istnieje, czy sami je sobie robimy na ziemi? Przemyślawszy dobrze ostatnie osiem lat życia, opowiadam się za tym drugim.

— Jak? — zapytał. — Kiedy?

Powiedziałem mu.

— I będziemy dalej mogli tu mieszkać?

Odpowiedziałem, że tak.

— I nie będzie cierpiała?

— Nie — odparłem. — To stanie się szybko.

Wyglądał na usatysfakcjonowanego. Na razie jednak mogło jeszcze wcale do tego nie dojść, bo wszystko nadal zależało od Arlette.

♦ ♦ ♦

Wybraliśmy jeden z sobotnich wieczorów mniej więcej w połowie czerwca jako równie dobry jak każdy inny. Arlette czasami piła latem wino o zachodzie słońca, choć ostatnio zdarzało się to coraz rzadziej. Nie bez kozery o tym pomyślałem. Należała do ludzi, którzy nie potrafią poprzestać na jednym kieliszku, piją drugi, czwarty, szósty, aż opróżniają całą butelkę. A później następną, jeśli jest w zasięgu.

— Muszę bardzo uważać, Wilf. Za bardzo mi to smakuje. Szczęściem mam silną wolę.

Tamtego wieczoru siedzieliśmy na werandzie, sączyliśmy wino, patrzyliśmy na zmierzch zapadający nad polami i wsłuchiwaliśmy się w senne cykanie świerszczy. Henry był w swoim pokoju. Prawie nie tknął kolacji, a gdy siedzieliśmy z Arlette w fotelach z poduszkami „Mama” i „Tata”, wydawało mi się, że usłyszałem słaby odgłos jakby wymiotowania. Pamiętam, że pomyślałem jedno: gdy ten moment nadejdzie, on prawdopodobnie nie będzie umiał stawić mu czoła. A jego matka obudziłaby się wtedy nazajutrz rozdrażniona, z kacem, nieświadoma, jak niewiele brakowało, by nigdy już nie oglądała świtu nad Nebraską. Mimo to jednak nie odstąpiłem od planu. Bo byłem jak jedna z tych rosyjskich matrioszek? Może. Może taki jest każdy mężczyzna. Tkwił we mnie Przechera, ale wewnątrz niego siedział Optymista. Ten gość umarł tak mniej więcej między 1922 a 1930 rokiem. Przechera zaś po dokonaniu zniszczeń odchodził. Bez jego pomysłów i ambicji życie stało się puste.

Przyniosłem butelkę na werandę, ale kiedy próbowałem dolać Arlette do kieliszka, zakryła go dłonią.

— Nie musisz mnie upijać, żeby dostać, czego chcesz. Ja też tego chcę. Swędzi mnie.

Rozsunęła nogi i położyła rękę na kroczu, żeby pokazać, gdzie ją swędzi. W niej siedziała Wulgarna Kobieta — może nawet Ladacznica — a wino zawsze pozbawiało ją zahamowań.

— Wypij jeszcze jeden kieliszek — powiedziałem. — Mamy powód do świętowania.

Popatrzyła na mnie nieufnie. Nawet po jednym kieliszku wina jej oczy stawały się wilgotne (jakby część jej płakała po winie, które chciałaby wypić, lecz nie mogła), a w świetle zachodu nabrały pomarańczowego koloru, przypominając dziury w wydrążonej dyni z wstawioną do środka świeczką.

— Nie będzie żadnej rozprawy w sądzie — mówiłem. — I nie będzie żadnego rozwodu. Jeżeli przedsiębiorstwo Farringtona stać na zapłacenie za moje osiemdziesiąt akrów i twoje sto akrów po ojcu, nasz spór dobiegnie końca.

Po raz pierwszy i zresztą jedyny w czasie naszego niełatwego małżeństwa Arlette rozdziawiła usta.

— Co powiedziałeś? Naprawdę myślisz to, co powiedziałeś? Nie żartuj sobie ze mnie, Wilf!

— Nie żartuję — odparł Przechera. Mówił z prawdziwą szczerością. — Rozmawiałem o tym z Henrym wiele razy…

— Dobrze się ze sobą dogadujecie, to prawda — stwierdziła. Zabrała dłoń znad kieliszka, a ja skorzystałem z okazji, żeby go napełnić. — Ciągle siedzicie w stodole albo na sągu drewna, nieraz szepczecie coś między sobą za domem. Myślałam, że chodzi o dziewczynę Cotteriech. — Prychnięcie i odrzucenie głowy do tyłu. Ale miałem wrażenie, że jednocześnie trochę posmutniała. Sączyła drugi kieliszek. Dwa łyki wina i nadal mogła odstawić szkło i iść do łóżka. Po czwartym równie dobrze mógłbym jej wręczyć butelkę. Nie wspominając o dwóch następnych, które miałem pod ręką.

— Nie — powiedziałem. — Nie rozmawialiśmy o Shannon. — Chociaż widziałem, jak Henry trzymał za rękę dziewczynę Cotteriech, kiedy szli trzy kilometry do szkolnego autobusu z Hemingford Home. — Gadaliśmy o Omaha. Wydaje mi się, że chce tam pojechać. — Starałem się nie przesadzić, bo wypiła dopiero jeden kieliszek wina i dwa łyki z drugiego. Ta moja Arlette była bowiem z natury podejrzliwa, zawsze doszukiwała się drugiego dna. Rzecz jasna, w tym przypadku ono naprawdę istniało. — A przynajmniej chce się przekonać, jak tam jest. No i Omaha nie jest daleko od Hemingford…

— Nie, nie jest daleko. Powtarzałam to wam obu tysiąc razy. — Napiła się wina, lecz tym razem nie odstawiła kieliszka jak poprzednio. Pomarańczowe światło nad horyzontem na zachodzie pociemniało, przybierając barwę zielonkawego szkarłatu, który wydawał się płonąć w jej kieliszku.

— Gdyby chodziło o Saint Louis, sprawa wyglądałaby zupełnie inaczej.

— Zrezygnowałam z tego miasta — odpowiedziała. Co oznaczało, że sprawdziła możliwości i zorientowała się, że miałaby tam jakieś problemy. Za moimi plecami oczywiście. Wszystko robiła za moimi plecami oprócz wystąpienia o prawnika z przedsiębiorstwa Farringtona. Zresztą to też zrobiłaby w tajemnicy przede mną, gdyby nie chciała użyć tego jako kija, żeby mi dołożyć.

— Myślisz, że kupią całą działkę? — zapytałem. — Sto osiemdziesiąt akrów?

— Skąd mam wiedzieć? — Napiła się. Drugi kieliszek był pusty. Gdybym usiłował go jej teraz zabrać, mówiąc, że już dość wypiła, na pewno nie chciałaby go oddać.

— Jestem pewny, że wiesz — powiedziałem. — Te sto osiemdziesiąt akrów jest jak Saint Louis. Wywiedziałaś się bardzo dokładnie.

Spojrzała na mnie koso… a potem wybuchnęła śmiechem.

— Może i wiem.

— Chyba moglibyśmy rozejrzeć się za domem na przedmieściach — dodałem. — Gdzie jest przynajmniej kawałek pola, na które można popatrzeć.

— I gdzie będziesz całymi dniami siedział na tyłku w bujanym fotelu na werandzie, a twoja żona dla odmiany zacznie pracować? No dobra, nalej mi. Skoro mamy świętować, to świętujmy.

Napełniłem oba kieliszki. Do swojego dolałem odrobinę, bo upiłem z niego tylko jeden łyk.

— Myślę, że mógłbym rozejrzeć się za pracą mechanika. Przy samochodach, ciężarówkach, ale najchętniej przy maszynach rolniczych. Skoro potrafię utrzymać na chodzie tego farmalla — wskazałem ręką z kieliszkiem na ciemny kształt traktora stojącego za oborą — to pewnie będę umiał naprawić wszystko.

— I Henry cię do tego namówił.

— Przekonał mnie, że lepiej spróbować szczęścia w mieście niż zostać tutaj samemu, co z pewnością kiepsko by się dla mnie skończyło.

— Chłopak wykazuje się zdrowym rozsądkiem, a dorosły mężczyzna go słucha! No, nareszcie! Alleluja! — Osuszyła kieliszek i wyciągnęła go przed siebie, chcąc więcej. Chwyciła mnie za ramię i przysunęła się na tyle blisko, że poczułem w jej oddechu zapach sfermentowanych winogron. — Możesz dziś dostać tę rzecz, Wilf, tę, którą lubisz. — Zabarwionym na purpurowo językiem dotknęła środka górnej wargi. — Wiesz, tę paskudną rzecz.

— Nie mogę się doczekać — odpowiedziałem. Jeśli wszystko poszłoby po mojej myśli, jeszcze paskudniejsze rzeczy wydarzyłyby się w łóżku, które dzieliłem z nią od piętnastu lat.

— Zawołajmy na dół Henry’ego — zaproponowała. Zaczynała niewyraźnie wymawiać słowa. — Chcę mu pogratulować, że w końcu przejrzał na oczy. — (Czy wspomniałem wcześniej, że czasownik „dziękować” nie istniał w słowniku mojej żony? Pewnie nie. Teraz zaś nie ma takiej potrzeby). Oczy jej pojaśniały, bo o czymś pomyślała. — Damy mu kieliszek wina! Jest już wystarczająco duży! — Szturchnęła mnie łokciem, jak to zwykle robią starcy przesiadujący na ławkach przy schodach w sądzie, opowiadając sobie świńskie dowcipy. — Jeśli nam się uda rozwiązać mu trochę język, może nawet się dowiemy, czy spotykał się z Shannon Cotterie… Niezła z niej bałamutka, ale ma ładne włosy, to muszę jej przyznać.

— Może najpierw napijesz się jeszcze wina — powiedział Przechera.

Wypiła dwa następne kieliszki, potem dokończyła butelkę. (Pierwszą). Zaczęła śpiewać Avalon, imitując, najlepiej jak umiała, głos Ala Jolsona i podobnie jak on przewracając oczami. Przykro było na to patrzeć, a jeszcze smutniej było tego słuchać.

Poszedłem do kuchni po następną butelkę wina. Uznałem, że już najwyższa pora zawołać Henry’ego. Choć, jak wspominałem, nie wiązałem z nim zbyt wielkich nadziei, mogłem tego dokonać, jedynie mając chętnego pomocnika. W głębi serca wierzyłem, że wycofa się z tego przedsięwzięcia w ostatniej chwili, kiedy skończą się tematy do rozmowy i nadejdzie odpowiednia pora. Gdyby tak się stało, położylibyśmy ją po prostu do łóżka. A rankiem bym jej powiedział, że zmieniłem zdanie i nie mam zamiaru sprzedawać ziemi odziedziczonej po ojcu.

Przyszedł Henry i w jego bladej, żałośnie wyglądającej twarzy nic nie zapowiadało powodzenia naszego planu.

— Tato, chyba nie dam rady — wyszeptał. — To przecież mama.

— Jeśli nie dasz rady, to nie dasz rady — odpowiedziałem i nie było w tych słowach nic z Przechery. Pogodziłem się z tym. Co ma być, to będzie. — W każdym razie ona jest szczęśliwa pierwszy raz od miesięcy. Pijana, ale szczęśliwa.

— Nie na lekkim rauszu? Tylko pijana?

— Zdziwiony? Przecież ona potrafi się cieszyć tylko wtedy, gdy sprawy układają się po jej myśli. Czternaście lat razem z nią to wystarczająco długo, żeby o tym wiedzieć.

Marszcząc czoło, nastawił ucha w kierunku werandy, gdzie kobieta, która go urodziła, zaczęła śpiewać niewyraźnie, ale słowo w słowo, piosenkę Dirty McGee. Widać było, że nie podoba mu się ta koszarowa ballada, może z powodu refrenu („Chciała mu pomóc go wsadzić/Bo to znowu był Dirty McGee”), ale najprawdopodobniej dlatego, że matka bełkotała. Rok wcześniej, na biwaku Bractwa Młodych Metodystów w dniu Święta Pracy, Henry ślubował abstynencję. Właściwie ucieszył mnie jego szok. Młodzi ludzie, kiedy nie wirują niczym kurki na dachu, są zasadniczy jak purytanie.

— Matka chce, żebyś z nami posiedział i napił się wina.

— Tato, wiesz przecież, że ślubowałem Bogu nigdy nie pić.

— Sam będziesz musiał jej o tym przypomnieć. Ona chce świętować. Sprzedajemy ziemię i przeprowadzamy się do Omaha.

— Nie!

— Cóż… zobaczymy. Wszystko naprawdę zależy od ciebie. Chodźmy na werandę.

Matka wstała niepewnie na jego widok, objęła go ramionami, trochę zbyt mocno przytuliła się do niego i zbyt afektowanie obcałowała mu twarz. Sądząc po jego grymasie, nie pachniała najładniej. Tymczasem Przechera napełnił jej kieliszek, który ponownie stał się pusty.

— Wreszcie jesteśmy wszyscy razem! Moi mężczyźni, którzy odzyskali zdrowy rozsądek! — Uniosła kieliszek w toaście, wylewając sobie sporo wina na tors. Roześmiała się i puściła do mnie oko. — Jeśli będziesz grzeczny, Wilf, pozwolę ci potem wyssać je z bluzki.

Henry patrzył z niechęcią, zdezorientowany, jak opada z powrotem na bujany fotel, unosi spódnicę i upycha ją między nogami. Spostrzegła wyraz jego oczu i roześmiała się.

— Nie musisz udawać świętego. Widziałam cię z Shannon Cotterie. To niezła kokietka, ale ma ładne włosy i jest zgrabniutka. — Dopiła resztę wina i czknęła. — Jeśli z tego nie skorzystasz, to będziesz głupi. Ale bądź ostrożny. Czternaście lat to nie za wcześnie na żeniaczkę. Tu, na Środkowym Zachodzie, czternaście lat to nie za wcześnie, żeby ożenić się z kuzynką. — Ponownie się roześmiała i wyciągnęła przed siebie rękę z kieliszkiem.

Dolałem jej z drugiej butelki.

— Ona ma już dość, tato — powiedział Henry z dezaprobatą godną pastora.

Nad nami pośród bezbrzeżnej płaskiej pustki rozbłysły pierwsze gwiazdy, a ja kochałem ten widok przez całe życie.

— Och, sam nie wiem — odpowiedziałem. — In vino veritas, jak napisał Pliniusz Starszy… w jednej z książek, z których twoja matka tak szydzi.

— Za pługiem przez cały dzień, a nocami z nosem w książce — odezwała się Arlette. — Z wyjątkiem chwil, gdy chce czegoś ode mnie.

— Mamo!

— Mamo! — zadrwiła, a potem uniosła kieliszek w kierunku farmy Harlana Cotteriego, która znajdowała się zbyt daleko, żeby dostrzec jej światła. Nie widzielibyśmy ich, nawet gdyby była o kilometr bliżej, bo kukurydza urosła już wysoko. Kiedy w Nebrasce nastaje lato, każdy dom zmienia się w statek żeglujący po rozległym zielonym oceanie. — Piję za Shannon Cotterie i jej młodziutkie cycuszki, a jeśli mój syn nie wie, jakiego koloru ma sutki, to jest ofermą.

Henry nic nie odpowiedział, ale to, co zobaczyłem w jego twarzy, bardzo ucieszyło Przecherę.

Obróciła się do Henry’ego i złapała go za ramię, oblewając mu dłoń winem. Zignorowawszy jego ciche prychnięcie, z niespodziewaną surowością spojrzała mu w twarz i powiedziała:

— Musisz pamiętać, że kiedy będziesz się z nią miętosił na polu kukurydzy czy za oborą, nie wolno ci jej zerżnąć. — Ułożyła wolną rękę w pięść, wystawiła środkowy palec i narysowała nim koło wokół swego krocza: lewe udo, prawe udo, prawa strona brzucha, pępek, lewa strona brzucha i znowu lewe udo. — Macaj wszystko, co chcesz, ocieraj się o te miejsca siurkiem, aż będzie ci dobrze i wystrzelisz, ale trzymaj się z dala od bazy, bo wpadniesz jak śliwka w kompot na resztę życia, tak jak twój tatuś i mamusia.

Chłopak wstał i odszedł bez słowa, za co wcale go nie winię. Nawet jak na Arlette był to wyjątkowo wulgarny popis. W jego oczach zapewne zmieniła się z matki — kobiety trudnej, ale czasami kochającej — w cuchnącą burdelmamę, która poucza niedoświadczonego młodego klienta. Jakby tego było mało, on naprawdę kochał dziewczynę Cotteriech, a to pogarszało jeszcze sprawę. Bardzo młodzi mężczyźni nieodmiennie stawiają na piedestale swoją pierwszą miłość i kiedy ktoś, nawet własna matka, ośmieli się napluć na ich ideał…

Usłyszałem ciche trzaśnięcie drzwiami. I stłumiony płacz.

— Zraniłaś jego uczucia — powiedziałem.

Wyraziła pogląd, że uczucia, podobnie jak sprawiedliwość, to typowa wymówka słabeuszy. Potem wyciągnęła przed siebie rękę z kieliszkiem. Dolałem jej wina, wiedząc, że rano nie będzie pamiętała nic z tego, co mówiła (zakładając, że nadal będzie na świecie, by powitać ranek), i wyprze się wszystkiego — żywiołowo — gdy jej o tym opowiem. Widywałem ją już w stanie takiego zamroczenia, choć nie przez ostatnie lata.

Wypiliśmy drugą butelkę (ona ją opróżniła) i połowę trzeciej, kiedy broda opadła jej na poplamiony winem tors i rozległo się chrapanie. Dźwięki dobywające się z gardła Arlette przypominały warczenie złego psa.

Objąłem ją ramieniem, wsunąłem dłoń pod jej pachę i dźwignąłem na nogi. Mamrotała coś w proteście i śmierdzącą ręką usiłowała mnie bić.

— Zostw mie. Chse spaś.

— Będziesz spać — odpowiedziałem. — Ale w łóżku, a nie tu, na werandzie.

Zaprowadziłem ją — potykającą się i chrapiącą, z jednym okiem zamkniętym, drugim otwartym i o szklistym spojrzeniu — do salonu. Drzwi pokoju Henry’ego otworzyły się. Stanął w nich z twarzą pozbawioną wyrazu. Wydawał się znacznie starszy, niż był w rzeczywistości. Skinął do mnie głową. Tylko raz, ale to powiedziało mi wszystko, co chciałem wiedzieć.

Położyłem ją na łóżku, zdjąłem jej buty i zostawiłem, żeby spała, z nogami szeroko rozrzuconymi i jedną ręką zwisającą z materaca. Wróciłem do salonu i zastałem tam Henry’ego. Stał przy radiu, które kupiłem rok wcześniej, zmuszony do tego przez Arlette.

— Nie powinna mówić takich rzeczy o Shannon — wyszeptał.

— Ale będzie mówiła — odpowiedziałem. — Taka właśnie jest, taką ją Pan Bóg stworzył.

— I nie może rozłączyć mnie z Shannon.

— To też zrobi — wyjaśniłem. — Jeśli jej na to pozwolimy.

— Nie mógłbyś, tato… nie mógłbyś wziąć własnego prawnika?

— Myślisz, że jakikolwiek adwokat, którego usługi mógłbym kupić za te marne grosze, jakie mam w banku, poradziłby sobie z prawnikami Farringtona? Oni trzęsą całym hrabstwem Hemingford, a ja mogę co najwyżej potrząsać sierpem przy koszeniu siana. Oni chcą tych stu akrów, a ona jest środkiem, by ten cel osiągnąć. To jedyny sposób, ale musisz mi pomóc. Pomożesz?

Długo się nie odzywał. Pochylił głowę, a ja widziałem łzy spadające z jego oczu na wytarty dywan. Później jednak wyszeptał:

— Tak. Ale jeśli będę musiał na to patrzeć… Nie jestem pewny, czy dam radę…

— Można będzie tak to zrobić, żebyś niczego nie widział. Idź do szopy i przynieś worek z juty.

Posłuchał mnie. Poszedłem do kuchni i wziąłem najostrzejszy nóż rzeźniczy. Kiedy Henry wrócił z workiem i zobaczył nóż, pobladł na twarzy.

— Musisz tym? Nie możesz… poduszką…?

— Trwałoby to zbyt długo i bardzo by bolało — odpowiedziałem. — Walczyłaby.

Przyjął to spokojnie, jakbym przed zabiciem żony zamordował już co najmniej tuzin kobiet i znał się na rzeczy. A wcale tak nie było. Wiedziałem jedynie, że we wszystkich moich planach dotyczących tego momentu — innymi słowy, w marzeniach o chwili, gdy się jej pozbywam — zawsze widziałem nóż, który teraz trzymałem w ręku. Zatem nóż tego dokona. Nóż — albo nici z całego zamiaru.

Staliśmy w poświacie lamp naftowych — do 1928 roku poza generatorami nie było w Hemingford prądu elektrycznego — i patrzyliśmy na siebie. Wspaniałą nocną ciszę, jaka zdarza się tylko na odludziu, zakłócały jedynie nieprzyjemne odgłosy chrapania. Mimo to nie byliśmy sami — towarzyszyła nam jej wola, oddzielona od tej kobiety (wtedy wydawało mi się, że ją wyczuwam, teraz, po ośmiu latach, jestem tego pewny). To opowieść o duchu, tyle że duch już tam był, zanim kobieta, do której należał, umarła.

— No dobrze, tato… poślemy ją do nieba. — Twarz Henry’ego pojaśniała na tę myśl. Dziś robi to na mnie wrażenie czegoś obrzydliwego, zwłaszcza że wiem, jak to się skończyło.

— Migiem się uwinę — powiedziałem. Jako chłopak i potem mężczyzna podrzynałem gardła tłustym wieprzkom, więc pomyślałem, że tym razem to nie będzie nic innego. Ale myliłem się.

♦ ♦ ♦

Opowiem to szybko. Nocami, gdy nie mogę spać — a jest ich wiele — odtwarzam tamtą scenę w pamięci raz po raz, przejmująco powoli, z najdrobniejszymi szczegółami, z każdym odgłosem krztuszenia i każdą kroplą krwi. Dlatego chcę opowiedzieć to szybko.

Poszliśmy do sypialni, ja na przedzie z rzeźniczym nożem w dłoni, syn za mną z jutowym workiem. Poruszaliśmy się na palcach, ale równie dobrze mogliśmy walić w bębny, i tak byśmy jej nie obudzili. Gestem kazałem Henry’emu stanąć po mojej prawej stronie, przy jej głowie. Słyszeliśmy tykanie Big Bena — budzika na szafce nocnej — i chrapanie. I wtedy dziwna myśl przyszła mi do głowy, przypominaliśmy bowiem lekarzy stojących przy łożu śmierci ważnego pacjenta. Wydaje mi się jednak, że lekarze przy łożu śmierci nie trzęsą się ze strachu i poczucia winy.

Błagam, niech nie będzie dużo krwi, pomyślałem. Niech cała spłynie do worka. Albo niechże on wrzaśnie w ostatniej chwili.

Ale Henry milczał. Może bał się, że go znienawidzę, jeśli to zrobi. Może już widział ją w niebie. Może przypomniał sobie wulgarnie wystawiony palec, obrysowujący miejsca wokół jej krocza. Nie wiem. Wiem tylko, że wyszeptał: „Żegnaj, mamo”. I zarzucił jej worek na głowę.

Prychnęła i usiłowała się uwolnić. Miałem sięgnąć pod worek i zrobić, co do mnie należało, ale Henry nasunął go za nisko i chcąc ją unieruchomić, trzymał zbyt ciasno, więc nie mogłem. Spostrzegłem kształt jej nosa wypychającego worek niczym płetwa rekina. Zobaczyłem też wyraz paniki na twarzy syna i zorientowałem się, że długo jej nie utrzyma.

Uklęknąłem na łóżku na jednym kolanie i położyłem jej rękę na ramieniu. A potem chlasnąłem nożem worek i znajdujące się pod spodem gardło. Wrzasnęła i zaczęła się rzucać. Strumyczek krwi wypływał przez dziurę w worku. Machała rękami. Henry odsunął się od łóżka na sztywnych nogach i głośno zapiszczał. Próbowałem ją utrzymać. Sięgnęła do worka dłonią, a ja ciąłem po niej nożem, kalecząc jej palce do kości. Ponownie krzyknęła — dźwięk był ostry niczym odłamek lodu — i ręką chwyciła narzutę. Ciąłem ponownie i na worku pojawiła się kolejna zakrwawiona dziura, i jeszcze raz, i jeszcze raz. Zadałem jej pięć ciosów nożem, zanim odepchnęła mnie niepokaleczoną dłonią i zerwała sobie worek z głowy. Nie do końca jej się to udało — bo zaplątał się we włosy — i wyglądała, jakby nosiła opaskę.

Podciąłem jej gardło dwoma pierwszymi chlaśnięciami, za pierwszym razem wystarczająco głęboko, żeby odsłonić chrząstkę tchawicy. Ostatnie dwa pchnięcia pokaleczyły jej policzki i usta, które przywodziły teraz na myśl grymas klauna. Rozciągały się od ucha do ucha, odsłaniając zęby. Wydała z siebie zdławiony, gardłowy ryk, niczym lew w porze karmienia. Krew ściekała na narzutę. Pomyślałem wtedy, że przypomina wino, które rozlała, wznosząc toast o zmierzchu.

Usiłowała wstać z łóżka. Najpierw mnie to ogłupiło, ale zaraz potem wpadłem we wściekłość. Od dnia ślubu miałem z nią kłopoty i nawet teraz, w czasie tego krwawego rozwodu, stanowiła problem. Ale czego innego mogłem się spodziewać?

— Tato, zrób coś, żeby przestała! — wrzasnął Henry. — Na miłość boską, zmuś ją, żeby przestała!

Skoczyłem na nią jak napalony kochanek i przycisnąłem do nasiąkniętej krwią poduszki. Z głębi jej okaleczonego gardła rozległy się chrapliwe jęki. Przewróciła oczami, łzy płynęły jej strugą. Zegar odliczał tykaniem niekończące się sekundy. Chwyciłem ją ręką za włosy, odchyliłem do tyłu głowę i znowu podciąłem gardło. Potem szarpnąłem narzutę z mojej strony i zarzuciłem na nią, wyczuwając jednocześnie puls w szyi. Krew trysnęła mi na twarz i ściekała z brwi, policzków, nosa.

Krzyki Henry’ego ucichły. Obróciłem się i zobaczyłem, że Bóg się nad nim ulitował (zakładając, że nie odwrócił się od nas, widząc nasze poczynania): chłopak zemdlał. Zorientowałem się, że Arlette zaczęła słabnąć. W końcu przestała się szamotać i zastygła w bezruchu… ale ja z niej nie schodziłem, dociskałem narzutę, przesiąkniętą teraz jej krwią. Powtarzałem sobie, że Arlette nigdy łatwo się nie poddawała. I miałem rację. Po trzydziestu sekundach (odliczył je blaszany zegar ze sklepu wysyłkowego) ponownie się uniosła, tym razem tak silnie wyginając kręgosłup, że niemal mnie zrzuciła. Jak na rodeo, kowboju, pomyślałem. A może powiedziałem to na głos. Tego nie pamiętam, niech mnie Bóg ma w opiece. Wszystko pamiętam, ale tego nie.

Uspokoiła się. Odliczyłem kolejne trzydzieści sekund z dobrym okładem. Henry, leżący na podłoże, poruszył się i jęknął. Zaczął siadać, ale szybko zrezygnował. Odczołgał się w najdalszy kraniec pokoju i zwinął tam w kłębek.

— Henry? — zwróciłem się do niego.

Kształt w kącie pokoju nie zareagował.

— Henry, ona nie żyje. Ona nie żyje, a ja potrzebuję pomocy.

Nadal nic.

— Nie cofniemy już tego, co się stało, Henry. Dzieło się dokonało. Jeśli nie chcesz iść do więzienia i widzieć ojca na krześle elektrycznym, to wstawaj i pomóż mi.

Podszedł do łóżka na miękkich nogach. Włosy opadały mu na brwi i wciskały się do oczu, pobłyskujących przez zlepione potem kosmyki niczym ślepia przyczajonego w krzakach zwierzęcia. Raz po raz oblizywał usta.

— Nie wejdź w krew. I tak mamy większy bałagan do sprzątania, niż myślałem, ale tym możemy się zająć. Chodzi o to, żeby nie poroznosić jej po całym domu.

— Czy muszę ją oglądać? Tato, czy muszę na nią patrzeć?

— Nie. Żaden z nas nie musi.

Zawinęliśmy ją, zmieniając narzutę w całun. Kiedy to się stało, zdałem sobie sprawę, że nie damy rady nieść jej w ten sposób przez cały dom. W moich pseudoplanach i marzeniach na jawie widziałem jedynie niewielką plamę krwi, barwiącą narzutę nad jej podciętym gardłem (jej wprawnie i czysto podciętym gardłem). Nie przewidziałem ani nawet nie wziąłem pod uwagę tego, jak może to wyglądać w rzeczywistości: w słabo oświetlonym pokoju biała narzuta wydawała się purpurowoczarna i chłonęła krew niczym gąbka wodę.

W szafie była kołdra. Przez moment nie potrafiłem stłumić myśli o tym, co powiedziałaby moja matka, widząc, do czego używam prezentu ślubnego, ofiarowanego nam z serca. Rozłożyłem kołdrę na podłodze. Przenieśliśmy na nią Arlette i razem ją zawinęliśmy.

— Szybko — powiedziałem. — Zanim i ona zacznie przeciekać. Nie… zaczekaj… idź po lampę.

W pewnej chwili zacząłem się bać, że może uciekł, bo tak długo go nie było. Ale wtedy zobaczyłem rozedrgane światło w krótkim korytarzu obok jego pokoju i sypialni, którą dzieliłem z Arlette. Dzieliłem. Wszedł do środka, trzymając lampę w górze. Spostrzegłem łzy płynące po jego bladej jak wosk twarzy.

— Postaw na toaletce.

Ustawił lampę obok książki, którą kiedyś czytałem: Ulica Główna Sinclaira Lewisa. Nigdy jednak jej nie dokończyłem. Nie byłem w stanie dokończyć. W blasku lampy dostrzegłem krew rozbryzganą na podłodze i całą kałużę tuż obok łóżka.

— Jeszcze więcej ścieka z kołdry — odezwał się. — Gdybym wiedział, ile ona ma krwi…

Zdjąłem poszewkę z mojej poduszki i naciągnąłem na górny koniec kołdry niczym skarpetkę na krwawiący piszczel.

— Weź ją za nogi — poleciłem. — Musimy to zrobić od razu. I tylko znowu nie zemdlej, Henry, bo sam nie dam rady.

— Wolałbym, żeby mi się to śniło — odpowiedział, ale pochylił się i objął ramionami dolną część kołdry. — Myślisz, że to może być zły sen, tato?

— Za rok od tej chwili tak właśnie będziemy myśleli. — Część mnie rzeczywiście w to wierzyła. — Teraz szybko. Zanim poszewka zacznie przeciekać. Albo reszta kołdry.

Ponieśliśmy ją korytarzem, przez salon i przez frontowe drzwi niczym tragarze wynoszący jakiś mebel owinięty w ochronną płachtę. Kiedy schodziliśmy po schodach z werandy, trochę lepiej mi się oddychało. Krew na podwórzu da się łatwo zasypać.

Henry dzielnie się trzymał aż do momentu, gdy doszliśmy do rogu obory i zobaczyliśmy starą studnię. Otaczał ją płot z drewnianych palików, żeby nikt nie stanął przypadkowo na pokrywie z desek. W świetle gwiazd płotek wyglądał ponuro i strasznie. Na jego widok Henry wydał z siebie stłumiony krzyk.

— To nie jest grób dla mamy… mam… — Zdołał powiedzieć jedynie tyle, zanim ponownie zemdlał, osuwając się na kępę chwastów rosnących za oborą.

Nagle sam musiałem utrzymać ciężar zamordowanej żony. Pomyślałem, czy nie odłożyć groteskowego tobołu — kołdra się rozchyliła i wystawała z niej pokaleczona ręka — dopóki nie ocucę Henry’ego. Zdecydowałem jednak, że miłosierniej będzie zostawić go w spokoju. Dociągnąłem ją do studni, ułożyłem na ziemi i podniosłem drewnianą pokrywę. Kiedy oparłem ją o słupki płotu, w twarz buchnął mi odór studni: zapach zastałej wody i gnijących roślin. Usiłowałem powstrzymać wymioty, ale bez powodzenia. Podpierając się na dwóch słupkach, żeby nie stracić równowagi, zgiąłem się wpół i zwymiotowałem kolację razem z odrobiną wina, którą wypiłem. Odgłos plusku rozniósł się echem nad ciemną taflą. Ten plusk — podobnie jak myśl: Jak na rodeo, kowboju — wrył mi się w pamięć na ostatnie osiem lat. Budzę się w środku nocy, mając w uszach to echo i czując, jak wbijają mi się w dłonie drzazgi z palików, których trzymałem się kurczowo, by zachować życie.

Odszedłem od studni i wróciłem do tobołu z ciałem w środku. Upadłem. Pokaleczona dłoń znalazła się tuż przy moich oczach. Wepchnąłem rękę Arlette pod kołdrę, a potem poklepałem, jakbym chciał ją pocieszyć. Henry nadal leżał wśród chwastów, z głową ułożoną na jednym ramieniu. Wyglądał jak dziecko śpiące po męczącym dniu w trakcie żniw. Nad nami świeciły gwiazdy, tysiącami, dziesiątkami tysięcy. Widziałem konstelacje — Oriona, Kasjopeję, Wielki i Mały Wóz — które pokazywał mi ojciec. W oddali pies Cotteriech, Rex, zaszczekał raz i ucichł. Pamiętam, że jedna myśl przyszła mi wtedy do głowy: Ta noc nigdy się nie skończy. I miałem rację. Pod wszystkimi istotnymi względami nigdy się nie skończyła.

Podniosłem tobół, objąwszy go ramionami, ale coś się w nim ruszyło.

Zastygłem z zapartym tchem, mimo że serce waliło mi jak młotem. Na pewno mi się zdawało, pomyślałem, lecz rzeczywiście to czułem. Czekałem, żeby się powtórzyło. A może spodziewałem się, że jej ręka wysunie się spod kołdry i pokaleczonymi palcami spróbuje chwycić mnie za nadgarstek.

Nic się jednak nie działo. Pewnie to moja wyobraźnia. Tak, na pewno. A potem wrzuciłem ją do studni. Zobaczyłem, jak kołdra rozwija się na końcu, tam gdzie nie podtrzymywała jej powłoczka, i chwilę później rozległ się plusk. Znacznie głośniejszy od tego, który towarzyszył moim wymiotom, ale usłyszałem też głuche uderzenie. Wiedziałem, że woda w studni nie jest zbyt głęboka, ale miałem nadzieję, że ciało nie będzie wystawać ponad jej poziom. Odgłos uderzenia uświadomił mi, że jest inaczej.

Z tyłu za mną wybuchł piskliwy śmiech, tak bliski obłędu, że na całym grzbiecie dostałem gęsiej skórki. Henry doszedł do siebie i zdążył wstać. Nie, znacznie więcej. Podskakiwał za oborą, machał ramionami ku gwiazdom i śmiał się.

— Mama już w studni, mnie to nie przeszkadza! — wyśpiewywał. — Mama już w studni, mnie to nie przeszkadza. Już nie dosięgnie mnie jej właaaadza!

Dopadłem go w trzech krokach i z całej siły uderzyłem w twarz, zostawiając ślady krwi na jego policzku, którego nigdy jeszcze nie tknęła brzytwa.

— Zamknij się! Twój głos będzie się niósł po nocy! Ty… głupi smarkaczu, obudziłeś tego cholernego psa.

Rex szczeknął raz, dwa, trzy razy. Potem zapadła cisza. Staliśmy. Trzymałem chłopaka za ramiona i nasłuchiwałem. Pot spływał mi po karku. Rex zaszczekał jeszcze raz i umilkł. Jeśli obudził kogoś z Cotteriech, pomyśleli na pewno, że ujadał na szopa. Taką przynajmniej miałem nadzieję.

— Wracaj do domu — powiedziałem. — Najgorsze już za nami.

— Naprawdę, tato? — Spojrzał na mnie z powagą. — Naprawdę?

— Tak. Dobrze się czujesz? Czy znowu zemdlejesz?

— A zemdlałem?

— Tak.

— Nic mi nie jest. Tylko… Nie wiem, dlaczego tak się śmiałem. Byłem zdezorientowany. Teraz jednak chyba mi ulżyło. Już po wszystkim! — Stłumiony śmiech wypsnął mu się z ust, ale natychmiast zakrył je dłońmi, niczym mały chłopiec, który niechcący powiedział przy babci brzydkie słowo.

— Tak — odparłem. — Jest już po wszystkim. Zostaniemy tutaj. Twoja matka uciekła do Saint Louis… a może do Chicago… ale my zostajemy tutaj.

— Ona…? — Podążył wzrokiem do studni i pokrywy opartej o płotek, który w świetle gwiazd wyglądał bardzo posępnie.

— Tak, Hank, wyjechała. — Jego matka nie znosiła, gdy nazywałem go Hankiem, mówiła, że to prostackie, ale teraz nic nie mogła na to poradzić. — Zdecydowała się i zostawiła nas, tak po prostu. Oczywiście, że bardzo za nią tęsknimy, ale przecież czekają nas zwykłe obowiązki. I szkoła.

— I nadal będę mógł… przyjaźnić się z Shannon.

— No jasne — powiedziałem i oczami wyobraźni zobaczyłem Arlette przesuwającą lubieżnie palec wokół krocza. — Oczywiście, że będziesz mógł. Ale jeśli kiedykolwiek poczujesz potrzebę, by zwierzyć się Shannon…

Na jego twarzy pojawił się wyraz przerażenia.

— Przenigdy!

— Teraz tak ci się wydaje i bardzo się z tego cieszę. Niemniej jeśli któregoś dnia najdzie cię ochota na wyznania, pamiętaj o jednym: ona cię porzuci.

— Tego jestem pewien — wymamrotał.

— Idź do domu i wynieś oba wiadra ze spiżarni. Dobrze by też było, gdybyś przyniósł z obory ze dwa wiadra na mleko. Nalej do nich wody z pompy w kuchni i nasyp proszku, który matka trzyma pod zlewem.

— Podgrzać wodę?

Usłyszałem głos własnej matki: „Krew zmywaj zimną wodą, Wilf. Pamiętaj o tym”.

— Nie ma potrzeby — odpowiedziałem. — Zaraz do ciebie przyjdę, tylko zakryję studnię.

Zaczął się odwracać, ale za moment znowu stał do mnie przodem i chwycił mnie za ramię. Ręce miał lodowato zimne.

— Nikt nie może się dowiedzieć! — wyszeptał mi chrapliwie prosto w twarz. — Nikt nigdy nie może się dowiedzieć, co zrobiliśmy!

— I nikt się nie dowie — odparłem, bardziej stanowczo, niż naprawdę byłem o tym przekonany. Wszystko poszło nie tak, jak powinno, a ja zaczynałem sobie uświadamiać, że czyn i jego wyobrażenie to dwie różne sprawy.

— Ona nie wróci, prawda?

— Co takiego?

— I nie będzie nas potem nawiedzać, prawda, że nie?

Wypowiedział to „nawydzać”, wiejską gwarą, na której dźwięk Arlette zawsze kiwała głową i przewracała oczami. Dopiero teraz, po ośmiu latach, zdałem sobie sprawę, że to „nawydzać” brzmiało bardzo podobnie jak „nienawidzić”.

— Nie — odpowiedziałem.

Myliłem się jednak.

♦ ♦ ♦

Zajrzałem do studni i choć była głęboka zaledwie na sześć metrów, to w bezksiężycową noc dostrzegłem jedynie blady zarys kołdry. A może to była poszewka na poduszkę. Odłożyłem pokrywę na miejsce, poprawiłem ją, bo nierówno leżała, a potem wróciłem do domu. Starałem się iść tą samą drogą, którą taszczyliśmy makabryczny tobół, i celowo powłóczyłem nogami, żeby zatrzeć wszelkie możliwe ślady krwi. Porządniej chciałem się tym zająć rano.

Tamtej nocy odkryłem coś, czego większość ludzi nigdy nie będzie musiała się dowiedzieć: morderstwo jest grzechem, morderstwo to potępienie (bez wątpienia ciąży na umyśle i duszy sprawcy, nawet jeśli ateiści mają rację i nie ma żadnego życia po śmierci), ale morderstwo to także praca. Szorowaliśmy sypialnię, aż rozbolały nas plecy, potem przenieśliśmy się do korytarza, salonu i wreszcie na werandę. Za każdym razem, gdy już się wydawało, że skończyliśmy, jeden z nas znajdował kolejną plamę. Gdy niebo zaczęło się rozjaśniać na wschodzie, Henry, klęcząc, mył zawzięcie szpary między deskami w podłodze sypialni, ja zaś, też na klęczkach, sprawdzałem centymetr po centymetrze dywan Arlette w salonie, szukając śladów krwi, które mogłyby nas zdradzić. Żadnego nie znalazłem — pod tym względem dopisało nam szczęście — ale obok dywanu natrafiłem na plamę wielkości dziesięciocentówki. Przywodziła na myśl zacięcie przy goleniu. Wyczyściłem ją, a potem wróciłem do sypialni, żeby sprawdzić, jak sobie radzi Henry. Lepiej wyglądał i ja sam lepiej się czułem. Myślę, że to z powodu brzasku, który zawsze wydawał się rozpędzać najgorsze horrory. Kiedy jednak George, nasz kogut, zapiał po raz pierwszy tego dnia, Henry aż podskoczył. A później się roześmiał. Był to krótki śmiech i pobrzmiewało w nim coś niewłaściwego, ale nie przejąłem się tym jak wtedy, gdy się śmiał po odzyskaniu przytomności, podskakując między oborą a starą studnią do pojenia bydła.

— Nie mogę iść dzisiaj do szkoły, tato. Jestem zbyt zmęczony. I… myślę, że ludzie od razu zobaczyliby to w mojej twarzy. Zwłaszcza Shannon.

Nie wziąłem pod uwagę nawet jego szkoły — kolejne potwierdzenie braku dobrego planu. Do dupy z takim planowaniem! Powinienem był odłożyć całą sprawę, aż w szkole chłopaka zaczną się wakacje. Oznaczałoby to jedynie tydzień czekania.

— Możesz zostać w domu do poniedziałku, powiesz potem nauczycielce, że miałeś grypę i nie chciałeś zarazić całej klasy.

— Nie mam grypy, ale jestem chory.

Podobnie jak ja.

Rozłożyliśmy czyste prześcieradło z jej bieliźniarki (tak wiele rzeczy w tym domu było jej… ale z tym już koniec) i rzuciliśmy na nie zakrwawioną pościel. Materac też był zakrwawiony, to jasne, więc trzeba było się go pozbyć. Mieliśmy jeszcze jeden, w gorszym stanie, trzymany w szopie na tyłach domu. Związałem pościel w tobołek, a Henry poniósł materac. Wróciliśmy do studni tuż przed pojawieniem się słońca nad horyzontem. Nieba nad nami nie znaczyła nawet jedna chmura. Zapowiadał się wspaniały dzień dla kukurydzy.

— Nie jestem w stanie tam spojrzeć, tato.

— Nie musisz — powiedziałem i ponownie uniosłem drewnianą pokrywę.

Pomyślałem, że powinienem zostawić studnię odkrytą i że od tego trzeba było zacząć — „przewiduj, oszczędzaj sobie wysiłku przy głupotach”, mawiał mój ojciec — a chociaż pamiętałem o tej radzie, wcale się do niej nie zastosowałem. Nie po tym, gdy poczułem (albo mi się wydawało, że poczułem) jej ostatnie drgnięcie.

Teraz widziałem już dno, a to, co zobaczyłem, było okropne. Spadła w pozycji siedzącej, z nogami podkurczonymi pod ciałem. Poszewka na poduszkę osunęła się jej z głowy i leżała na udach. Kołdra i narzuta poluzowały się i pokrywały ramiona niczym misternie udrapowany szal jakiejś elegantki. Jutowy worek trzymał się włosów jak opaska i dopełniał obrazu: wyglądała, jakby wystroiła się na wieczór w mieście.

Tak! Wieczór w mieście! To dlatego jestem taka szczęśliwa! To dlatego uśmiecham się od ucha do ucha! Zauważyłeś, Wilf, że pomalowałam usta bardzo czerwoną szminką? Nie nałożyłabym takiego koloru do kościoła, prawda? Nie, to rodzaj szminki, jakiego kobieta używa, kiedy chce robić nieprzyzwoite rzeczy ze swoim mężczyzną. Zejdź na dół, Wilf, co ty na to? Nie zawracaj sobie głowy drabiną, po prostu zeskocz! Pokaż, jak bardzo mnie pragniesz! Robiłeś mi nieprzyzwoite rzeczy, to teraz ja będę je robiła tobie!

— Tato? — Henry stał twarzą do obory, ramiona miał zgarbione jak chłopiec spodziewający się lania. — Wszystko w porządku?

— Tak.

Wrzuciłem tobołek z pościelą, mając nadzieję, że wyląduje na niej i zakryje skrzywione usta, ale podmuch powietrza sprawił, że spadł na jej kolana. Można było pomyśleć, że Arlette siedzi teraz na dziwnej, zakrwawionej chmurze.

— Zakryłeś ją? Zakryłeś, tato?

Chwyciłem materac i wepchnąłem do studni. Spadł jednym końcem do wody, drugim zaś oparł się o obmurowanie z okrągłych kamieni, tworząc nad nią rodzaj zadaszenia i zakrywając wreszcie jej odchyloną do tyłu głowę i zakrwawione usta.

— Teraz już tak. — Opuściłem pokrywę na jej zwykłe miejsce, wiedząc, że czeka nas jeszcze więcej pracy: studnię trzeba będzie zasypać. Ach, ale to i tak należało zrobić już dawno temu. Studnia była niebezpieczna i dlatego właśnie otoczyłem ją płotem z palików. — Chodźmy do domu, czas na śniadanie.

— Nie przełknąłbym nawet kęsa!

Niemniej przełknął. I ja również. Usmażyłem jajka, bekon i ziemniaki, które zjedliśmy do ostatniej okruszyny. Po ciężkiej pracy ma się apetyt. Każdy o tym wie.

♦ ♦ ♦

Henry spał do późnego popołudnia. Ja się nie kładłem. Kilka godzin spędziłem przy stole w kuchni, pijąc czarną kawę, kubek za kubkiem. Długo chodziłem po polu kukurydzy, wzdłuż rzędów, jednego po drugim, i wsłuchiwałem się w szelest liści przypominających miecze, trącanych lekką bryzą. W czerwcu, gdy kukurydza dojrzewa, wydaje się niemal mówić. Niepokoi to niektórych ludzi (zdarzają się też głupcy, którzy twierdzą, że to tak naprawdę odgłos rośnięcia kukurydzy), mnie jednak zawsze ten cichy szelest uspokajał. Oczyszczał mi umysł. Teraz, gdy siedzę w pokoju hotelowym, bardzo mi go brakuje. Życie w mieście nie jest dla człowieka ze wsi — dla niego to raczej rodzaj potępienia.

Spowiedź, jak się przekonuję, to również trudne zadanie.

Chodziłem, wsłuchiwałem się w kukurydzę, usiłowałem planować i rzeczywiście udało mi się stworzyć plan. Musiałem go mieć, i to nie tylko ze względu na siebie.

Dawniej, niecałe dwadzieścia lat wcześniej, mężczyzna o mojej pozycji nie musiałby się o nic martwić. W tamtych czasach nikt nie wtrącał się w sprawy innego człowieka, zwłaszcza gdy ten był szanowanym farmerem: facetem, który płaci podatki, chodzi w niedziele do kościoła, kibicuje drużynie baseballowej Hemingford Stars i głosuje na republikanów. Myślę, że wtedy na farmach Środkowego Zachodu działy się najróżniejsze rzeczy. Wydarzenia, które przechodziły niezauważone, że nie wspomnę o ich zgłaszaniu. Naonczas relacje z żoną były prywatną sprawą męża i jeśli ona znikała, nikogo to nie obchodziło.

Ale te czasy minęły, a nawet gdyby tak nie było… została ziemia. Sto akrów. Firma Farringtona chciała tę działkę na przeklętą rzeźnię wieprzy i miała nadzieję ją kupić. Arlette dała jej taką nadzieję. To oznaczało zagrożenie, a niebezpieczeństwo z kolei wskazywało, że marzenie na jawie i niedorobiony plan nie wystarczą.

Kiedy po południu wróciłem do domu, byłem zmęczony, ale umysł miałem jasny i wreszcie się uspokoiłem. Nasze krowy ryczały, bo rankiem nie zostały wydojone. Zrobiłem to, a potem wypuściłem je na pastwisko, gdzie zostały do zachodu słońca, bo nie zagoniłem ich z powrotem na drugie dojenie tuż po kolacji. Im było wszystko jedno; krowy godzą się na to, co jest. Gdyby Arlette bardziej przypominała jedną z naszych krasul, nadal by żyła i zamęczała mnie, żebym kupił nową zmywarkę z katalogu Monkey Ward. I pewnie bym ją dla niej kupił. Zawsze udawało się jej do czegoś mnie namówić. Tylko nie wtedy, gdy chodziło o ziemię. O tym powinna była lepiej wiedzieć. Ziemia to domena mężczyzny.

Henry nadal spał. W następnych tygodniach przesypiał wiele godzin, a ja mu na to pozwalałem, choć w zwykłych okolicznościach już od pierwszych chwil wakacji zapełniałbym mu dni obowiązkami. A on spędzałby wieczory u Cotteriech albo spacerowałby tam i z powrotem po wiejskiej drodze z Shannon, trzymaliby się oboje za ręce i patrzyli na wschodzący księżyc. Kiedy, rzecz jasna, by się nie całowali. Łudziłem się, że to, co zrobiliśmy, nie zniszczyło w nim normalności, choć wiedziałem, że tak się jednak stało. Że ja tego dokonałem. I oczywiście nie myliłem się.

Wyparłem z umysłu podobne myśli, powtarzając sobie, że teraz niech się chłopak wyśpi. Musiałem iść do studni po raz kolejny i uznałem, że najlepiej będzie, jeśli zrobię to sam. Ogołocone łóżko w naszej sypialni zdawało się krzyczeć: zabójstwo! Poszedłem do szafy i przyglądałem się rzeczom Arlette. Kobiety tyle ich mają, prawda? Spódnice i sukienki, bluzki i sweterki, i bielizna — niektóre sztuki tak skomplikowane i dziwne, że mężczyzna nie potrafi nawet powiedzieć, gdzie jest ich przód. Wyrzucenie tego wszystkiego byłoby błędem, bo ciężarówka nadal stała w stodole, a pod wiązem widać było zaparkowany model T. Odeszła piechotą i zabrała tylko to, co mogła unieść. To było dość przekonujące. Zatem… jedna walizka.

Zapakowałem do niej rzeczy, moim zdaniem, potrzebne kobiecie, bez których nie mogłaby się obyć. Dorzuciłem trochę cennej biżuterii i oprawione w złotą ramkę zdjęcie jej mamusi i tatusia. Zastanawiałem się nad przyborami toaletowymi z łazienki i postanowiłem ich nie ruszać, z wyjątkiem butelki perfum Florient z rozpylaczem i szczotki w rogowej oprawie. Na jej nocnej szafce leżał Stary Testament, który dostała od pastora Hawkinsa, ale ponieważ nigdy nie widziałem, żeby go czytała, nie ruszyłem go z miejsca. Zabrałem jednak stamtąd buteleczkę tabletek z żelazem, które brała w trakcie miesiączki.

Henry nadal spał, ale rzucał się na łóżku, jakby dręczyły go koszmary. Pobiegłem, by jak najszybciej zrobić wszystko, co trzeba, i żeby wrócić do domu na czas, kiedy się obudzi. Obszedłem oborę, postawiłem walizkę obok studni i po raz trzeci uniosłem pokrywę. Dzięki Bogu Henry’ego ze mną nie było. Dzięki Bogu nie zobaczył tego, co ja widziałem. Myślę, że zwariowałby na ten widok. Bo ja sam niemal straciłem rozum.

Materac był odrzucony na bok. W pierwszej chwili pomyślałem, że to ona go odsunęła, zanim spróbowała się wydostać. Bo nadal żyła. Albo tak mi się wydało w pierwszej chwili. Potem, po początkowym szoku, kiedy zdrowy rozsądek zaczął dochodzić we mnie do głosu — i pytałem sam siebie, jaki rodzaj oddechu sprawia, że sukienka kobiety unosi się nie na piersiach, ale od dekoltu po kraj spódnicy — jej szczęka zaczęła się poruszać, jakby Arlette usiłowała coś powiedzieć albo wołać o pomoc. Ale to nie słowa wydobyły się ze znacznie poszerzonych ust, tylko szczur, który zajadał się delikatnym mięsem jej języka. Najpierw pojawił się jego ogon. Potem dolna szczęka otworzyła się szerzej, kiedy się cofał i znajdował na jej brodzie oparcie dla tylnych nóg.

Szczur zeskoczył na jej uda, a kiedy to zrobił, ogromna liczba jego braci i sióstr wylała się spod ubrania. Jednemu z nich coś białego przyczepiło się do wąsów — kawałek halki, a może majtek. Cisnąłem w nie walizką. Nie zastanawiałem się nad tym — byłem przerażony i bliski zwymiotowania — po prostu to zrobiłem. Wylądowała na jej nogach. Większość gryzoni — nie wykluczam, że wszystkie — zręcznie jej uniknęła. A potem wlały się strumieniem do okrągłej czarnej dziury zakrytej przez materac (który musiały przemieścić własnym ciężarem, tyle ich przecież było) i zniknęły tam w okamgnieniu. Dobrze wiedziałem, czym była ta dziura: to wylot rury, która dostarczała wodę do koryt w oborze, zanim jej poziom w studni się obniżył i rura stała się bezużyteczna.

Sukienka opadła na Arlette. Ustało jej złudne oddychanie. Mimo to wpatrywała się we mnie, a to, co jeszcze niedawno kojarzyło mi się z wyrazem twarzy klauna, teraz przypominało gniewne spojrzenie gorgony. Na policzkach dostrzegłem ślady po szczurzych zębach, brakowało jej jednego ucha.

— Dobry Boże — wyszeptałem. — Przepraszam cię, Arlette.

Twoje „przepraszam” nie zostało przyjęte — zdawało się mówić jej spojrzenie. — A kiedy znajdą mnie w takim stanie, martwą, z twarzą pokąsaną przez szczury, z zeżartą bielizną pod sukienką, na pewno poczęstują cię błyskawicą w Lincoln. I to moją twarz ujrzysz jako ostatnią. Będziesz na mnie patrzył, kiedy prąd będzie ci smażył wątrobę i palił serce, a ja będę się uśmiechała.

Odłożyłem pokrywę na miejsce i powlokłem się do obory. Tam nogi odmówiły mi posłuszeństwa i gdybym znajdował się w słońcu, na pewno zemdlałbym jak Henry poprzedniej nocy. Ale byłem w cieniu. Posiedziałem pięć minut z głową pochyloną niemal do kolan i zacząłem wracać do siebie. Szczury się do niej dobrały — i co z tego? Czy w końcu nie dobiorą się do nas wszystkich? Szczury i robaki? Wcześniej czy później nawet najsolidniejsza trumna musi spróchnieć i wpuścić życie, by karmiło się śmiercią. Tak działa świat i jakie to ma znaczenie? Kiedy serce przestaje bić, a mózg się dusi, nasze dusze gdzieś wędrują albo po prostu przestajemy istnieć. Tak czy inaczej nie poczujemy bólu zadawanego przez zęby, gdy ciało będzie obgryzane do kości.

Ruszyłem w stronę domu i doszedłem do werandy, gdy przyszła mi do głowy pewna myśl: Co z tamtym drgnięciem? A jeśli żyła, kiedy wrzucałem ją do studni? A jeśli nadal żyła, sparaliżowana, niezdolna do poruszenia niczym więcej prócz okaleczonych palców, gdy szczury wylazły z odpływu i przystąpiły do wyżerki? A jeśli czuła, jak jeden z nich wlazł jej w dogodnie poszerzone usta i zaczął…!

— Nie — wyszeptałem. — Nic nie poczuła, bo wcale się nie poruszyła. Ani trochę. Była martwa, kiedy ją wrzucałem.

— Tato?! — zawołał Henry rozespanym głosem. — To ty, tato?

— Tak.

— Z kim rozmawiasz?

— Z nikim. Ze sobą.

Wszedłem do środka. Siedział przy stole w kuchni, w podkoszulku i majtkach, wyglądał na otępiałego i nieszczęśliwego. Jego włosy, sterczące na wszystkie strony, przypominały mi małego chłopca, którym kiedyś był, śmiejącego się i ganiającego kurczaki po podwórzu, z psem Boo (już dawno temu zdechłym) przy nodze.

— Żałuję, że to zrobiliśmy — powiedział, gdy siadałem naprzeciwko niego.

— Co się stało, to się nie odstanie — odparłem. — Ile razy ci to powtarzałem, synu?

— Z milion. — Przez chwilę siedział z pochyloną głową, a potem podniósł na mnie wzrok. Oczy miał zaczerwienione i podsiniałe. — Złapią nas? Pójdziemy do więzienia? Albo…

— Nie. Mam pewien plan.

— Miałeś też plan, że nie będzie jej bolało! I popatrz, co z niego wynikło!

Ręka mnie zaświerzbiła, żeby dać mu w twarz za te słowa, dlatego przytrzymałem ją drugą dłonią. To nie była pora na wzajemne oskarżenia. Poza tym miał rację. To, co poszło nie tak, jak powinno, stało się z mojej winy. Poza szczurami, pomyślałem, one nie obciążają mojego sumienia. Ale pod pewnym względem i za nie byłem odpowiedzialny. Gdyby nie ja, stałaby teraz przy kuchni i gotowała kolację. Prawdopodobnie gadałaby w kółko o tych stu akrach, tak, ale żyłaby i miała się dobrze, zamiast leżeć w studni.

Szczury pewnie już wróciły, szepnął cichy głos w mojej głowie. Dobierają się do niej. Najpierw zjedzą dobre kawałki, smaczne kawałki, przysmaki, a potem…

Henry sięgnął ponad stołem i dotknął moich splecionych dłoni.

— Przepraszam — powiedział. — Tkwimy w tym obaj.

Za to go kochałem.

— Wszystko będzie dobrze, Hank. Jeśli nie stracimy głowy, nic nam się nie stanie. A teraz posłuchaj mnie.

Słuchał. W którymś momencie zaczął kiwać głową. Gdy skończyłem, zadał mi tylko jedno pytanie: kiedy zasypiemy studnię?

— Jeszcze nie teraz — powiedziałem.

— Czy to ryzykowne?

— Tak — przyznałem.

♦ ♦ ♦

Dwa dni później, kiedy niecałe pół kilometra od farmy naprawiałem płot, spostrzegłem tumany pyłu unoszące się nad drogą z Omaha do Lincoln. Czekała nas wizyta ze świata, którego częścią Arlette tak bardzo chciała zostać. Wróciłem do domu, z młotkiem zatkniętym za szlufkę paska, nadal przewiązany stolarskim fartuchem, w którego głębokiej kieszeni pobrzękiwały gwoździe. Henry’ego nigdzie nie było widać. Może poszedł nad strumień się wykąpać, może został w pokoju i spał.

Kiedy dotarłem na podwórze i usiadłem na pieńku do rąbania drewna, rozpoznałem pojazd, który zostawiał za sobą kurzawę: to była ciężarówka dostawcza Red Baby Larsa Olsena. Lars pracował jako kowal i wioskowy mleczarz w Hemingford Home. Za kilka centów chętnie robił za szofera i właśnie tym się zajmował w to czerwcowe popołudnie. Ciężarówka wtoczyła się na podwórze, zmuszając do ucieczki George’a i jego mały kurzy harem. Zanim silnik skończył się krztusić i zgasł, od strony pasażera wysiadł tęgi mężczyzna ubrany w luźny szary prochowiec. Zdjął gogle, odsłaniając wielkie (i komiczne) białe kręgi wokół oczu.

— Wilfred James?

— Do usług — odpowiedziałem, wstając. Byłem wystarczająco spokojny. Pewnie gorzej bym się czuł, gdyby wysiadł z forda z gwiazdą na drzwiczkach. — Pan jest…?

— Andrew Lester — odrzekł. — Adwokat.

Wyciągnął do mnie rękę. Popatrzyłem na nią uważnie.

— Zanim ją uścisnę, chciałbym wiedzieć, czyim jest pan adwokatem, panie Lester.

— Reprezentuję Przedsiębiorstwo Przetwórstwa Mięsnego Farringtona z Chicago, Omaha i Des Moines.

Tak, pomyślałem, w to nie wątpię. Ale założę się, że tabliczki z twoim nazwiskiem nie ma tam na żadnych drzwiach. Ważniacy z Omaha nie muszą wdychać wiejskiego kurzu, żeby zarobić na chleb, prawda? Oni trzymają nogi na biurkach, popijają kawkę i podziwiają piękne nogi sekretarek.

— W takim razie — powiedziałem — może jednak schowa pan rękę. Bez urazy.

Uśmiechnął się jak adwokat i zrobił, o co prosiłem. Pot spływał mu równymi strużkami po pucołowatych policzkach, włosy miał zmierzwione. Minąłem go i podszedłem do Larsa, który uniósł jedną stronę maski samochodu i grzebał przy silniku. Pogwizdywał, wesoły jak szczygiełek. Tego mu zazdrościłem. Pomyślałem, że Henry i ja moglibyśmy mieć kolejny miły dzień — w świecie tak zwariowanym jak nasz wszystko jest możliwe — ale latem 1922 roku nie będzie nam to dane. Ani jesienią.

Uścisnąłem Larsowi rękę i zapytałem o samopoczucie.

— W sumie całkiem nieźle — odpowiedział. — Ale jestem wysuszony. Coś do picia dobrze by mi zrobiło.

Kiwnąłem głową ku wschodniej ścianie domu.

— Wiesz, gdzie iść.

— Wiem — powiedział i z głośnym łoskotem opuścił maskę samochodu, ponownie wypłaszając kury, które powoli wracały na podwórze. — Pyszna i zimna jak zawsze, co nie?

— Też tak bym ją określił — zgodziłem się i pomyślałem: Gdybyś napompował sobie wody z innej studni, Lars, to nie na jej smak zwróciłbyś uwagę. — Spróbuj i sam się przekonaj.

Ruszył w kierunku ocienionej strony domu, gdzie w niewielkiej szopie znajdowała się pompa. Pan Lester patrzył, jak odchodzi, a potem obrócił się do mnie. Rozpiął płaszcz. Garnitur, który miał pod spodem, będzie musiał oddać do pralni chemicznej po powrocie do Lincoln, Omaha, Deland czy gdziekolwiek mieszkał, kiedy nie zajmował się sprawami przedsiębiorstwa Farringtona.

— Sam chętnie bym się napił, panie James.

— I ja też. Zbijanie płotu to wyczerpujące zajęcie. — Zmierzyłem go spojrzeniem od stóp do głów. — Założę się jednak, że nie tak wyczerpujące jak jazda przez trzydzieści kilometrów ciężarówką Larsa.

Podrapał się po tyłku i uśmiechnął jak rasowy adwokat. Tym razem w jego uśmiechu był cień cwaniactwa. Widziałem, jak oczka biegają mu tu i tam, wszędzie. Niedocenianie tego człowieka tylko dlatego, że kazano mu jechać trzydzieści kilometrów na wieś w upalny dzień, byłoby błędem.

— Moje cztery litery pewnie już nigdy nie będą takie same.

Na jednej ze ścian szopy wisiała chochla na łańcuchu. Lars napompował do niej wody i wypił do ostatniej kropli. Jabłko Adama poruszało mu się na wymizerowanej, opalonej szyi w górę i w dół. Napełnił ją ponownie i podał Lesterowi, który popatrzył na nią z wahaniem, podobnie jak ja spojrzałem na jego wyciągniętą rękę. Potem zwrócił się do mnie.

— Nie moglibyśmy napić się w środku? Tam będzie chłodniej.

— Z pewnością — odpowiedziałem. — Ale jak nie uścisnąłem panu ręki, tak też nie mam zamiaru zapraszać pana do domu.