Czara Cieni - Frances Hardinge - ebook

10 osób właśnie czyta

Opis

Poznaj historię dziewczynki o niedźwiedzim sercu!

Dwunastoletnia Zgódka umie bronić się przed duchami, jednak wskutek pewnego zdarzenia, traci czujność i w jej ciele schronienie znajduje inna dusza. Duch jest silny, dziki i brutalny, ale może być jej jedyną ochroną, gdy dziewczynka zostaje wysłana pod opiekę bogatej rodziny swojego ojca. Kraj jest zagrożony wojną domową, a oni potrzebuję ludzi takich jak Zgódka do strzeżenia swoich przerażających sekretów.

Dziewczynka planuje ucieczkę i musi zdecydować, co jest gorsze: opętanie czy śmierć.

Czara Cieni to misternie usnuta opowieść o władzy, przyjaźni, sile i niezwykle wytrwałej dziewczynce w świecie, który stanął na głowie.

Frances Hardinge jest autorką wielokrotnie nagradzanych książek dla dzieci i młodzieży, między innymi Śpiew kukułki i Drzewo kłamstw. W 2018 roku została członkinią the Royal Society of Literature.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 440

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


CZĘŚĆ PIERWSZA

WYJŚCIE Z GAWRY

ROZDZIAŁ 1

Gdy Zgódka po raz trzeci wybudziła się z krzykiem z koszmaru, jej matka była wściekła.

– Mówiłam ci, żebyś tak więcej nie śniła! – syknęła, nie podnosząc głosu, by nie zbudzić pozostałych domowników. – A jeśli już musisz, to po cichu!

– Nic na to nie poradzę – szepnęła Zgódka, wystraszona groźnym tonem matki.

Kobieta ujęła dłonie dziewczynki. W świetle wczesnego poranka na jej pozbawionej uśmiechu twarzy wyraźnie malowało się napięcie.

– Nie podoba ci się twój dom. Nie chcesz mieszkać z mamą.

– Chcę! Chcę! – zawołała Zgódka, czując, jak ziemia usuwa jej się spod stóp.

– Więc musisz się nauczyć pomagać. Jeśli co noc będziesz krzyczeć, stanie się coś strasznego. Mogą nas wyrzucić z tego domu!

Za ścianą spali wujostwo Zgódki, właściciele cukierni na dole. Ciotka była wylewna i szczera, a wuj patrzył groźnie i był wiecznie niezadowolony. Gdy dziewczynka skończyła sześć lat, powierzono jej opiekę nad czworgiem kuzynostwa, których trzeba było stale karmić, myć, opatrywać, karcić lub ściągać z drzew sąsiadów. W międzyczasie załatwiała sprawunki i pomagała w kuchni. A jednak spały z mamą na sienniku w pokoiku pełnym przeciągów, z dala od reszty domostwa. Miejsce, które zajmowały w rodzinie, zdawało się zawsze na kredyt, jakby można je im było odebrać bez ostrzeżenia.

– Co gorsza, ktoś mógłby zadzwonić do pastora – ciągnęła matka. – Albo… inni mogliby się dowiedzieć.

Zgódka nie miała pojęcia, kim byli „inni”, ale stanowili stałe zagrożenie. W ciągu swego dziesięcioletniego życia zdążyła się nauczyć, że nikomu nie wolno było ufać.

– Próbowałam! – Noc w noc dziewczynka modliła się z całego serca, po czym leżała w mroku, siłą woli odpędzając sny. Jednak koszmar stale do niej wracał, pełen księżycowej poświaty, szeptów i niedopowiedzianych kształtów. – Co mam zrobić? Przecież chcę przestać!

Mama przez chwilę milczała, po czym ścisnęła rękę Zgódki.

– Coś ci opowiem – zaczęła jak zwykle, gdy zdarzało jej się omawiać z córką jakąś ważną sprawę. – Pewnego razu w lesie zgubiła się mała dziewczynka, którą zaczął gonić wilk. Uciekała i uciekała, aż poraniła sobie stopy, ale wiedziała, że wilczysko zna jej zapach i że nie zrezygnuje z pościgu. Wreszcie musiała podjąć decyzję. Mogła biec dalej, by już zawsze ukrywać się i uciekać, albo zatrzymać się, zaostrzyć patyk i stanąć do walki. Jak myślisz, co było słuszne, Zgódko?

Zgódka zorientowała się, że to nie jest byle bajka i że jej odpowiedź ma duże znaczenie.

– Da się pokonać wilka patykiem? – spytała z powątpiewaniem.

– Patyk daje ci jakąś szansę. – Nieznaczny, smutny uśmiech wypłynął na twarz matki. – Niewielką. Ale niebezpiecznie jest zaprzestać ucieczki.

Zgódka zastanawiała się dłuższą chwilę.

– Wilki są szybsze od ludzi – powiedziała wreszcie. – Nawet gdyby biegła bez odpoczynku, w końcu i tak dopadłby ją i zjadł. Potrzebny jej ostry kij.

Matka powoli pokiwała głową. Nic więcej nie powiedziała i nie dokończyła opowieści. Zgódkę przeszył zimny dreszcz. Z matką tak czasem bywało. Rozmowy zmieniały się w zagadki z ukrytymi potrzaskami, a odpowiedzi, których się jej udzielało, zawsze niosły ze sobą nieznane konsekwencje.

Odkąd Zgódka sięgała pamięcią, mieszkały we dwie w gwarnym niby-miasteczku Topola. Dziewczynka nie wyobrażała sobie świata bez smrodu dymu węglowego i smoły, przywiewanego przez wiatr z ogromnych, stukoczących stoczni, paplaniny topoli, dzięki którym miejscowość zyskała swoją nazwę, ani soczystych zielonych moczarów, gdzie pasły się krowy. Londyn leżał oddalony o kilka kilometrów. Spowita smogiem masa groźby i obietnicy. A jednak Zgódka nie miała poczucia, że to jej miejsce.

Matka nigdy nie powiedziała: „To nie jest nasz dom”, ale jej oczy mówiły to bez przerwy.

Kiedy mama po raz pierwszy zjawiła się w Topoli, zmieniła maleńkiej wówczas córeczce imię na Czynizgoda, aby lepiej je obie przyjęto. Zgódka nie znała swojego pierwotnego imienia i sama myśl o tym sprawiała, że dziewczynka czuła się wyjęta z rzeczywistości. „Czynizgoda” w ogóle nie wydawało się właściwym imieniem. Brzmiało raczej jak ofiara, jak zawarcie pokoju z Bogiem i pobożnym ludkiem Topoli. Stanowiło przeprosiny za pustkę, którą powinien zapełniać ojciec dziewczynki.

Każdy, kogo znały, był pobożny. Społeczność sama określała się tym mianem, nie po to, by się przechwalać, ale żeby wyraźnie odróżnić się od wszystkich kroczących mroczną drogą, na końcu której ziała paszcza piekła. Nie jedna Zgódka nosiła tam dziwne, świętoszkowato brzmiące imię. Było jeszcze kilka innych – Prawda, Wola-Boża, Opuszczona, Zbawianna, Bezgrzech i tym podobne.

Co drugi wieczór pokój ciotki służył do spotkań modlitewnych i czytania Biblii, a w niedziele wszyscy chodzili do wysokiego kościoła z szarego kamienia.

Pastor był miłym człowiekiem, kiedy spotykało się go na ulicy, ale gdy stał na ambonie, budził trwogę. Z zasłuchanych twarzy zebranych Zgódka wnioskowała, że muszą w nim lśnić wielkie prawdy i miłość – niczym zimna biała kometa. Mówił o stawianiu oporu pokusom pijaństwa, hazardu, tańca, przedstawień teatralnych i jałowych zabaw w niedzielę, bo to wszystko diabelskie pułapki. Opowiadał o wydarzeniach w Londynie i na całym świecie – ostatniej zdradzie w sądzie, spiskach plugawych katolików. Jego kazania przerażały, ale jednocześnie były pasjonujące. Zdarzało się, że Zgódka wychodziła z kościoła z dreszczem dumy, że otaczający ją wierni to promieniści rycerze zjednoczeni przeciwko siłom ciemności. Przez jakiś czas dziewczynka wierzyła, że mama i ona są częścią czegoś większego, czegoś cudownego, wraz ze swoimi bliźnimi. Wrażenie to nie trwało jednak długo. Wkrótce znów stanowiły samotną dwuosobową armię.

Matka nigdy nie powiedziała: „To nie są nasi przyjaciele”, ale mocniej ściskała rękę Zgódki, gdy tylko wkraczały do kościoła, przybywały na rynek czy przystawały, by kogoś pozdrowić. Zupełnie jakby były z mamą otoczone niewidzialnym płotem, odcinającym je od wszystkiego. Tak jak mama posyłała połowiczne uśmiechy innym matkom, tak Zgódka uśmiechała się półgębkiem do innych dzieci. Tych z tatusiami.

Dzieci są małymi księżmi swoich rodziców, obserwującymi każdy gest i wyraz twarzy w oczekiwaniu znaków ich boskiej woli. Zgódka od zawsze wiedziała, że one dwie nigdy nie powinny czuć się bezpiecznie i że inni ludzie mogą obrócić się przeciwko nim.

Zgódka nauczyła się więc znajdować pocieszenie i poczucie więzi z tym, co nie znało ludzkiej mowy. Rozumiała ruchliwą złośliwość gzów, pełen lęku gniew psów, ciężką cierpliwość krów.

Zdarzało się, że wpadała przez to w tarapaty. Któregoś razu wróciła z rozciętą wargą i krwawiącym nosem, bo nawrzeszczała na chłopców, którzy rzucali kamieniami w ptasie gniazdo. Zabijanie ptaków na rosół czy wykradanie jajek na śniadanie była w stanie pojąć, ale dla bezcelowego, głupiego okrucieństwa Zgódka nie potrafiła znaleźć wytłumaczenia. Chłopcy gapili się na nią z bezgranicznym zdumieniem, po czym zaatakowali ją. A jakże. Znęcanie się było dla nich normą, zwykłą częścią ich życia, jak kwiatki czy deszcz. Przywykli do szkolnej rózgi, dobiegającego z rzeźni kwiku świń i przesiąkniętych krwią trocin na arenie walk kogutów. Roznoszenie w puch maleńkich pierzastych istnień było dla nich równie naturalne i satysfakcjonujące, jak skakanie po kałużach.

Jeśli ktoś się wychylał, dostawał po nosie. Żeby przetrwać, matka i Zgódka musiały wtopić się w tłum. Niestety, jakoś im się to nie udawało.

* * *

W noc po opowieści o wilku, bez słowa wyjaśnienia, matka zaprowadziła Zgódkę na stary cmentarz.

Mrok sprawiał, że kościół wydawał się sto razy większy, a jego wieża była bezlitosnym prostokątem nieprzeniknionej czerni. Kępy trawy poszarzały w blasku gwiazd. W rogu cmentarza stała niewielka ceglana kaplica, od dawna już nieużywana. Matka wprowadziła Zgódkę do środka i rzuciła naręcze koców w kąt spowitego mrokiem wnętrza.

– Możemy już iść do domu? – Ciarki przechodziły Zgódce po plecach. Miała wrażenie, że coś czai się w pobliżu, że otaczają ją jakieś istoty. Mdliło ją od ich drażniącej bliskości, jakby odnóża pająków łaskotały jej mózg.

– Nie – ucięła kobieta.

– Tu są jakieś stworzenia! – Zgódka walczyła z ogarniającą ją paniką. Z przerażeniem rozpoznała znajome uczucie. Jej koszmary zawsze zaczynały się od tego samego budzącego grozę mrowienia, przekonania, że osaczają ją wrogowie. – Demony z moich snów…

– Wiem.

– Gdzie one są? – szepnęła Zgódka. – Czy one… nie żyją? – W głębi duszy znała już odpowiedź.

– Tak – odparła matka tym samym chłodnym, beznamiętnym tonem. – Posłuchaj mnie. Umarli są jak topielcy. Miotają się w mroku, próbując się chwycić wszystkiego, co znajdą na swej drodze. Mogą nie chcieć cię skrzywdzić, ale zrobią to, jeśli im pozwolisz. Spędzisz tutaj dzisiejszą noc. Będą starały się wedrzeć do twojej głowy. Nie dopuść do tego pod żadnym pozorem.

– Co? – krzyknęła przerażona Zgódka, na chwilę zapominając o zachowaniu ostrożnej ciszy. – Nie! Nie mogę tu zostać!

– Musisz – powiedziała matka. Na jej twarzy, przypominającej rzeźbę spowitą srebrzystym światłem gwiazd, nie było śladu delikatności ani chęci ugody. – Zostaniesz tu i zaostrzysz sobie kij.

Mama zawsze zachowywała się najdziwniej, kiedy sprawa była poważna. Zupełnie jakby w skrzyni na ubrania, tuż pod niedzielną suknią, trzymała na wyjątkowe sytuacje drugą siebie – upartą, niezrozumiałą, niczym z innego świata. W takich chwilach nie była matką, tylko Małgorzatą. Jej oczy wydawały się głębsze, włosy pod czepkiem – gęstsze i bardziej wiedźmowate, a uwaga skupiona była na czymś dla Zgódki niedostrzegalnym.

Na ogół, gdy mama robiła się taka, Zgódka kładła uszy po sobie i nie dyskutowała. Jednak tym razem ogarnęło ją przerażenie. Błagała jak nigdy dotąd. Wykłócała się, protestowała, łkała i z zaciekłą desperacją wbijała palce w matczyne ramię. Przecież nie mogłaby jej tu zostawić, nie mogłaby, nie mogła…

Kobieta wyswobodziła się z uścisku córki i pchnęła ją tak mocno, że dziewczynka zatoczyła się do tyłu. Potem cofnęła się za próg i zatrzasnęła drzwi, wskutek czego pomieszczenie pogrążyło się w całkowitym mroku. Dał się słyszeć huk opuszczanej zasuwy.

– Mamo! – krzyczała Zgódka, nie dbając o to, czy ktoś odkryje ich obecność. Szarpała za drzwi, ale ani drgnęły. – Mamo!

W odpowiedzi usłyszała jedynie oddalające się kroki matki. Zgódka została sama z umarłymi, w mrocznej ciszy przerywanej tylko odległym pohukiwaniem sów.

Dziewczynka przez kilka godzin siedziała zagrzebana w gnieździe z koców, drżąc z zimna, wsłuchana w dalekie poszczekiwanie lisic. Czuła istoty czające się w zakamarkach jej umysłu, czekające na moment, w którym zmorzy ją sen.

– Proszę – błagała je, przyciskając dłonie do uszu, starając się nie słyszeć szeptów. – Proszę, nie. Proszę…

W końcu jednak, wbrew jej woli, mgła snu spowiła jej mózg, zwiastując nadejście koszmaru.

Jak wcześniej, Zgódce przyśniło się ciemne, wąskie pomieszczenie z klepiskiem i ścianami z opalonego na czarno kamienia. Próbowała domknąć okiennice, żeby nie sączyły się przez nie promienie księżyca. Nie mogła wpuścić ich do środka, bo niosły ze sobą szepty. Okiennice nie stykały się jednak pośrodku, a zasuwka była zepsuta. Ze szczeliny wyzierała mdląca noc, z migoczącymi gwiazdami, kołyszącymi się niczym poluzowane guziki.

Dziecko z całej siły naparło na okno, ale noc tchnęła do wnętrza całe tuziny martwych istot. Z ich niewyraźnych, roztopionych paszczy wydobywało się wycie. Zgódka zatkała uszy i mocno zacisnęła oczy oraz usta, nie miała wątpliwości, że zjawy chcą wedrzeć się do jej głowy.

Z bzykiem i świstem śmigały jej przy uszach, a dziewczynka walczyła, by ciche, chore dźwięki nie przeobraziły się w słowa. Blade światło podważało jej powieki, szepty przenikały w głąb i lizały jej uszy, a powietrze było od nich aż gęste, ale nie potrafiła powstrzymać się od zaczerpnięcia oddechu…

Zgódka zbudziła się gwałtownie. Serce waliło jej jak młotem, aż zrobiło jej się niedobrze. Odruchowo wyciągnęła rękę, żeby poczuć ciepło i bezpieczeństwo płynące od śpiącej matki.

Ale matki nie było. Zgódka upadła na duchu, gdy przypomniała sobie, gdzie się znajduje. Była uwięziona, pogrzebana żywcem, otoczona przez umarłych.

Nagły dźwięk zmroził jej krew w żyłach. Gdzieś na poziomie podłogi rozległ się zgrzytliwy szelest, zaskakująco głośny w chłodnej, rześkiej nocy.

Coś małego i lekkiego przebiegło po jej stopie. Z ust dziewczynki wyrwał się mimowolny krzyk, ale w następnej chwili bicie serca uspokoiło się. Poczuła szybkie muśnięcie futerka, łaskotanie maleńkich pazurków.

Mysz. Skądś w mroku obserwowały ją bystre mysie oczka. Więc jednak nie była tu sama ze zjawami. Zwierzę oczywiście nie mogło liczyć się jako przyjaciel. Nie obchodziło go, czy umarli zabiją ją, czy doprowadzą do obłędu. A jednak Zgódkę uspokajała myśl o myszce, kryjącej się tu przed sowami i innymi nocnymi łowcami. Gryzoń nie płakał, nie błagał, by go ocalić. Nie przejmował się, że może nikt go nie kocha. Wiedział, że może polegać wyłącznie na sobie. Gdzieś w ciemności jego nie większe niż porzeczka serduszko biło wściekłą wolą życia.

Po chwili serce Zgódki biło dokładnie tak samo.

Nie widziała i nie słyszała umarłych, ale wyczuwała ich obecność, napierającą na krawędzie jej umysłu. Czekali, aż się zmęczy, spanikuje, opuści gardę, aby móc zaatakować. Jednak dziewczynka odnalazła w sobie supełek uporu.

Niełatwo było nie zapaść w sen, ale Zgódka szczypała się i chodziła tam i z powrotem przez długie, mroczne godziny, aż wreszcie spostrzegła, że noc ustępuje szaremu światłu brzasku. Była roztrzęsiona i zbierało jej się na mdłości, jej umysł wydawał się rozdrapany do krwi, ale przetrwała.

Matka wróciła po nią tuż przed świtem. Zgódka poszła za nią do domu w milczeniu i z pochyloną głową. Wiedziała, że działania mamy zawsze mają jakąś przyczynę. Po raz pierwszy jednak poczuła, że nie potrafi jej wybaczyć i już nic nigdy nie będzie takie samo.

* * *

Matka co miesiąc zabierała córkę z powrotem na cmentarz. Czasem mijało pięć czy nawet sześć tygodni i w Zgódce rosła nadzieja, że mama się poddała. Wtedy kobieta rzucała mimochodem, że idzie ciepła noc, a serce Zgódki zamierało, bo wiedziała już, co to znaczy.

Dziewczynka nie potrafiła się zdobyć na bunt. Wspomnienie tego, jak z rozpaczą płaszczyła się przed matką pierwszej nocy, przyprawiało ją o mdłości.

Ten, kto przełknie dumę i prosi z całego serca, ale czyni to na próżno, już nigdy nie będzie tym samym człowiekiem. Umiera w nim jedno, drugie się rodzi. Od tej pory duszę Zgódki przenikło, niczym zimowa wilgoć, pewne rozumienie świata. Wiedziała, że już na zawsze straciła poczucie, że jest bezpieczna i kochana. I wiedziała, że nigdy, przenigdy nie zniży się już do takich błagań.

Za każdym razem z kamienną twarzą pozwalała się więc prowadzić na cmentarz. Nauczyła się tego od myszki w kaplicy. Duchy nie były okrutnymi napastnikami, z którymi można było wdawać się w dyskusję. Były drapieżnikami, a ona ofiarą, i jeśli chciała przeżyć, musiała być uparta, zaciekła i czujna. Nie miał jej kto uratować.

Centymetr za centymetrem Zgódka zaczęła wznosić własne obwarowania. Gdy deszcz tłukł o dach, a jej oddech tworzył obłoki w zimnym powietrzu, dziewczynka recytowała samodzielnie ułożone modlitwy i wymyślała słowa na wyrażenie swego wygnania. Nauczyła się chronić przed usilnym skrobaniem i łomotaniem zjaw, a nawet zamierzała się na nie często, choć było jej niedobrze od ich dotyku. Widziała w sobie biblijną Judytę, stojącą we wrogim obozie z pożyczonym mieczem, który lśnił od generalskiej krwi. „Zbliżcie się tylko – rzucała wyzwanie nocnym szeptaczom – a posiekam was na kawałki”.

Żyjące na cmentarzu istoty cały czas pomagały jej zachować spokój i pozostać przy zdrowych zmysłach. Szelest w krzakach, upiorne poświstywania, trzepot skrzydeł nietoperzy – wszystko to niosło jej pocieszenie. Nawet zęby i pazury tych żyjątek były szczere. Dziewczynka czuła, że ludzie, żywi czy umarli, mogli nagle stanąć przeciwko niej, ale dzikie stworzenia żyły na swój zwierzęcy sposób, zupełnie nie zwracając na nią uwagi. Gdy umierały, nie zostawiały po sobie duchów. Kiedy mysz ginęła w paszczy kota, kiedy ukręcano kurze łeb albo wyciągano z rzeki rybę, Zgódka widziała, jak blade smużki ich dusz rozpływają się w okamgnieniu niczym poranna mgła.

Wrzący kocioł żalu był jednak coraz bliższy wykipienia. Zamiast skarżyć się na nocne wyprawy, Zgódka zauważyła, że kłóci się z matką o sprawy niezwiązane z cmentarzem, broni się i zadaje coraz więcej zakazanych pytań.

Przede wszystkim zaczęła wypytywać o ojca. Do tej pory matka zawsze tłumiła wszelkie dociekania jednym spojrzeniem, a Zgódka zadowalała się gromadzeniem pojedynczych szczególików. Tata mieszkał daleko, w starym domu. Nie chciał przy sobie córki ani jej matki. Nagle ta wiedza przestała dziewczynce wystarczać. Zgódka była na siebie zła, że wcześniej bała się pytać.

– Dlaczego nie powiesz mi, jak ma na imię? Gdzie mieszka? Czy wie, jak nas znaleźć? Skąd masz pewność, że nie chce, żebyśmy z nim były? Czy on w ogóle wie o moim istnieniu?

Matka nadal pomijała pytania milczeniem, ale jej zabójczy wzrok przestał robić na Zgódce wrażenie. Żadna z nich nie wiedziała, jak radzić sobie z drugą. Odkąd Zgódka przyszła na świat, to mama podejmowała wszelkie decyzje, a dziewczynka po prostu na nie przystawała. Zgódka nie rozumiała, dlaczego nie potrafi już być uległa. Matka z kolei nigdy wcześniej nie musiała chodzić na kompromisy i nie wiedziała, jak zacząć. Z pewnością stłumienie córki siłą własnej osobowości przywróci normalny stan rzeczy, nieprawdaż? Nie. Nie przywróci. Wszystko się zmieniło.

Aż nagle, dwa lata po pierwszej wyprawie „ostrzenia kija”, Zgódka wróciła z kaplicy targana niepohamowanymi dreszczami. Kilka dni później leżała rozpalona gorączką, z obolałymi mięśniami. Po dwóch tygodniach na jej języku pojawiły się kropki, a na twarzy rozprzestrzeniała się wysypka, nieomylny znak ospy.

Przez jakiś czas świat był gorący, ciemny i straszny. Zgódka topiła się w duszącym, rozpaczliwym horrorze. Wiedziała, że najpewniej pożegna się z życiem, a przecież miała świadomość, czym są umarli. Nie była w stanie myśleć logicznie i czasem zastanawiała się, czy w ogóle jeszcze żyje. Jednak czarny przypływ choroby powoli zmienił się w odpływ, nie odbierając jej życia, a jedynie zostawiając na jej policzku kilka małych blizn. Ilekroć widziała je, odbite w zebranej w wiadrze wodzie, strach boleśnie ściskał jej żołądek. Wyobrażała sobie kościstą Śmierć, która wyciągała ku niej czubki dwóch bezcielesnych palców, po czym powoli je cofała.

Od wyzdrowienia Zgódki minęły trzy miesiące, a matka nie wspominała o cmentarzu, dziewczynka zaczęła więc podejrzewać, że ospa uratowała ją przed nocnymi przeżyciami.

Niestety, była w błędzie.

ROZDZIAŁ 2

Pewnego beznamiętnie słonecznego majowego dnia Zgódka wraz z mamą wybrały się do wielkiego miasta, by sprzedać koronki. Wiosna była łagodna, ale Londyn grzmiał jak burzowa chmura. Dziewczynka żałowała, że się tam znalazły.

Podczas gdy Zgódka zmieniała się, coraz bardziej nasycając się gniewem, to samo zjawisko zachodziło w Topoli i Londynie. Nastoletni czeladnicy szeptali, że dotyczy to całego kraju.

Na spotkaniach modlitewnych czerwononosa Bunia Zuzanna od zawsze snuła wizje końca świata, z morzem po brzegi pełnym krwi i biblijną Niewiastą Obleczoną Słońcem, przechadzającą się główną promenadą Topoli. Teraz jednak wszyscy zaczęli opowiadać podobne historie. Kilka lat temu mówiło się, że podczas silnej burzy rozległe chmury ułożyły się w kształt dwóch potężnych armii. Zaczęto wierzyć, że dwa takie wojska naprawdę mogą się tworzyć tu, na ziemi.

Mieszkańcy Topoli zawsze modlili się gorliwie, ale teraz zwracali się do Boga, jakby znaleźli się w oblężonej twierdzy. Zapanowało poczucie, że nad całym krajem zawisło niebezpieczeństwo.

Zgódka nie była w stanie nadążyć za wszystkimi szczegółami, ale wiedziała, o co chodzi. Katolicy uknuli diabelski plan skuszenia króla Karola, by zwrócił się przeciwko swojemu ludowi. Dobrzy członkowie parlamentu starali się przemówić władcy do rozsądku, ale on stał się głuchy na ich argumenty.

Nikt nie chciał rzucać bezpośrednich oskarżeń na króla. Uznano by to za zdradę, a to wiązałoby się z obcięciem uszu lub przypaleniem twarzy rozgrzanym metalowym prętem. Nie, wszyscy byli zgodni, że wina leży po stronie złych królewskich doradców – arcybiskupa Lauda, Czarnego Toma Tyrana (znanego również jako hrabia Staffordu) i, rzecz jasna, nikczemnej królowej Marii, zatruwającej umysł króla za pomocą francuskich sztuczek.

Jeśli się ich nie powstrzyma, król zostanie krwawym tyranem. Przyjmie kłamliwą wiarę i wyśle wojska, by wymordowały posłusznych Bogu protestantów. Diabeł we własnej osobie czaił się za granicą, szepcząc do uszu, warząc umysły, kształtując czyny ludzi przebiegłymi, subtelnymi palcami. Nikt nie zdziwiłby się, gdyby ujrzał na drodze wypalony ślad jego racicy.

Strach i oburzenie w Topoli były autentyczne i szczere, ale Zgódka wyczuwała kryjące się pod nimi dzikie podekscytowanie. Gdyby naprawdę wszystko się rozpadło, gdyby nadszedł czas próby, gdyby nastąpił koniec świata, wierni z Topoli stanęliby na baczność. Byli żołnierzami Chrystusa, gotowymi wytrwać, głosić Słowo Boże, maszerować.

A teraz, przemierzając ulice Londynu, Zgódka czuła dreszcz tego samego podniecenia, tej samej groźby.

– Dziwnie tu pachnie – zauważyła. Matka była tą drugą sobą, więc dziewczynka z naturalną swobodą wygłaszała na wpół dojrzałe myśli.

– To dym – odparła krótko mama.

– Wcale nie – powiedziała Zgódka. Tak naprawdę w powietrzu nie unosił się żaden zapach i dziewczynka nie miała wątpliwości, że matka wie, o co jej chodzi. Wyczuwała ostrzegawcze podrażnienie zmysłów, jak przed burzą. – Pachnie metalem. Możemy wracać do domu?

– Tak – rzuciła sucho matka. – Możemy wrócić do domu i jeść kamienie, skoro nie chcesz, żebyśmy zarobiły na chleb. – Nie zwolniła kroku.

Londyn zawsze robił na Zgódce nieprzyjemne wrażenie. Było tu zbyt wiele ludzi, budynków i woni. Dziś na dodatek w powietrzu panowały niespotykane dotąd napięcie i ostrość. Dlaczego była bardziej zdenerwowana niż zwykle? Na czym polegała różnica? Dziewczynka rozejrzała się na boki i dostrzegła na drzwiach i słupach tuziny nowych plakatów.

– Co na nich jest? – szepnęła. Pytanie było bezcelowe. Matka opanowała sztukę czytania nie lepiej niż ona sama. Grube czarne litery zdawały się krzyczeć.

– Ryczące lwie tusze – odpowiedziała mama. Londyn zalała fala zajadłych broszur, wydruków kazań, przepowiedni i donosów, jednych z poparciem dla króla, drugich – dla parlamentu. Matka żartobliwie nazywała je „lwimi tuszami”. „Chcą zaryczeć, ale nie mogą” – mówiła.

Milczące ryki wzmogły się w ciągu ostatnich dni. Przed dwoma tygodniami król po raz pierwszy od lat zebrał parlament i wszyscy, których Zgódka znała, doznali ekstatycznej ulgi. Jednak przed dwoma dniami rozwiązał zgromadzenie w akcie monarszej furii. Teraz szum plotek zmienił się w złowrogie grzmienie, blade słońce drżało na niebie i wszyscy czekali, co się wydarzy. Ilekroć rozlegał się gdzieś huk czy krzyk, ludzie gwałtownie podnosili głowy. „Zaczyna się?” – pytały ich spojrzenia. Nikt nie wiedział, co dokładnie miałoby się zacząć, ale coś nieodwołalnie nadciągało.

– Mamo, dlaczego na ulicach jest tylu czeladników? – wymamrotała cicho Zgódka.

Wałęsali się bezczynnie, dwójkami, trójkami, przystawali w bramach i przejściach, niespokojni, z krótko ostrzyżonymi włosami i odciskami na dłoniach od krosien i tokarek. Najmłodsi mieli około czternastu lat, najstarsi – dwadzieścia parę. Wszyscy powinni harować pod dyktando swoich mistrzów, a tymczasem tylko tak stali.

Terminatorzy byli chorągiewkami nastrojów miasta. Kiedy Londyn był rozluźniony, byli zwykłymi chłopakami – guzdrającymi się, flirtującymi i docinającymi światu niewybrednymi, bystrymi żartami. Kiedy jednak Londyn pochmurniał, zmieniali się. Mroczne, gniewne błyskawice niewidzialnie przecinały łączącą ich przestrzeń i zdarzało się, że chłopcy zbierali się w dzikie, pobudzone bandy, wyłamujące drzwi i miażdżące czaszki buciorami i pałkami.

Matka spojrzała na tworzące się grupki i na jej twarzy również pojawił się wyraz zaniepokojenia.

– Dużo ich – przyznała półgłosem. – Pojedziemy do domu. Słońce i tak zachodzi. Zresztą… dobrze, żebyś zachowała siły. Zapowiada się ciepła noc.

Chwilowa słodycz ulgi zmieniła się w gorycz, gdy tylko dotarło do Zgódki, co powiedziała matka. Dziewczynka stanęła jak wryta, owładnięta niedowierzaniem i oburzeniem.

– Nie! – warknęła, zaskoczona własną stanowczością. – Nie pójdę! Już nigdy nie wrócę na cmentarz!

Matka rozejrzała się wokół z zażenowaniem, chwyciła córkę mocno za rękę i pociągnęła ją do wylotu jednej z uliczek.

– Musisz! – Złapała za ramiona i wbiła wzrok w jej oczy.

– Ledwo przeżyłam ostatni raz! – buntowała się Zgódka.

– Zaraziłaś się ospą od córki Archerów – fuknęła bez wahania matka. – Cmentarz nie miał z tym nic wspólnego. Kiedyś mi podziękujesz. Mówiłam – pomagam ci zaostrzyć kij.

– Wiem, wiem! – krzyknęła Zgódka, nie mogąc opanować frustracji. – „Wilkami” są duchy, a ty chcesz, żebym stała się na tyle silna, żeby umieć je odpędzić. Ale dlaczego nie mogę po prostu trzymać się z dala od cmentarzy? Jeśli nie będę się zbliżać do zjaw, będę bezpieczna! Ciągle rzucasz mnie wilkom na pożarcie!

– Mylisz się – odparła mama łagodniejszym tonem. – Duchy to nie wilki, nie mogą się z nimi równać. Duchy to marna namiastka. Ale prawdziwe wilki istnieją, Zgódko. Szukają cię i któregoś dnia cię wytropią. Módl się, byś do tego czasu dorosła i dorównywała im siłą.

– Próbujesz mnie zastraszyć. – Głos dziewczynki drżał, lecz tym razem nie z obawy, ale z wściekłości.

– Tak! Masz się za biedną męczennicę, bo byle duszek liznął cię w twarz? To nic. Na świecie czają się o wiele gorsze zmory. Powinnaś się bać.

– Dlaczego nie poprosimy ojca, by nas chronił? – Ryzykowała, spychając rozmowę na ten tor, ale zabrnęła już zbyt daleko, by zawrócić. – Założę się, że on nie zostawiałby mnie samej na cmentarzach!

– Jest ostatnią osobą, do której mogłybyśmy się zwrócić o pomoc – odparła matka z goryczą, jakiej córka nigdy dotąd u niej nie słyszała. – Zapomnij o nim.

– Dlaczego? – Nagle Zgódka nie była już w stanie znieść ogromu milczenia nagromadzonego przez całe jej życie, wszystkich spraw, których nie wolno jej było poruszać, o które nie wolno było pytać. – Dlaczego nigdy nic mi nie mówisz? Nie wierzę ci już! Chcesz tylko, żebym na zawsze została z tobą! Chcesz mnie zatrzymać dla siebie! Nie pozwalasz mi poznać ojca, bo wiesz, że pragnąłby mieć mnie przy sobie!

– Nie masz pojęcia, przed czym cię ustrzegłam! – wybuchła matka. – Gdybym została w Grizehayes…

– Grizehayes – powtórzyła Zgódka i ujrzała, jak mama blednie. – Tam mieszka? To nazwa starego domu, o którym wspominałaś? – No, to wreszcie znała nazwę. Mogła rozpocząć poszukiwania. Ktoś gdzieś musiał wiedzieć, jak tam trafić.

Nazwa brzmiała staro. Dziewczynka nie umiała sobie precyzyjnie wyobrazić kryjącego się pod nią domu, jakby pomiędzy nią a jego wiekowymi wieżyczkami zawisła ciężka srebrna mgła.

– Nie pójdę więcej na cmentarz – oznajmiła Zgódka. Jej siła woli zdolna była chyba teraz odeprzeć każdy atak. – Nie pójdę. Spróbuj mnie zmusić, to ucieknę. Zobaczysz. Odnajdę Grizehayes. Odnajdę ojca. I nigdy nie wrócę.

Wzrok matki zrobił się szklany z zaskoczenia i gniewu. Wciąż nie radziła sobie z nowością, jaką było nieposłuszeństwo córki. Po chwili z jej spojrzenia, zimnego i odległego, uleciało całe ciepło.

– Uciekaj więc – powiedziała lodowato. – Jeśli tego właśnie chcesz, idź z Bogiem. Ale kiedy już trafisz w ręce tych ludzi, nie płacz, że cię nie ostrzegałam.

Matka nigdy się nie poddawała, nie miękła. Kiedy córka rzucała jej wyzwanie, podnosiła stawkę, sprawdzając, czy mała blefuje, i odgrywając się z podwójną siłą. Wtedy okazywało się, że Zgódka rzeczywiście blefowała w kwestii ucieczki, ale kiedy teraz patrzyła w twarde oczy matki, po raz pierwszy pomyślała, że może naprawdę spełni swoją groźbę. Sama myśl zaparła jej dech w piersi, dała poczucie nieważkości.

Wtem mama zerknęła na coś ponad ramieniem córki, na głównej ulicy, i zesztywniała przerażona. Wydusiła z siebie trzy słowa, tak cichutko, że Zgódce ledwo udało się je dosłyszeć:

– O wilku mowa…

Zgódka obejrzała się za siebie, w samą porę, by dostrzec przechodzącego wysokiego mężczyznę w porządnym płaszczu z granatowej wełny. Był w średnim wieku, ale jego włosy jaśniały czystą bielą.

Dziewczynka znała powiedzenie „O wilku mowa, a wilk tuż”. Matka mówiła o „tych ludziach” – mieszkańcach Grizehayes – kiedy wpadł jej w oko ten człowiek. Czy był jednym z nich? Może ojcem Zgódki we własnej osobie?

Dziewczynka skierowała na matkę spojrzenie pełne dzikiego podniecenia i triumfu. Potem odwróciła się na pięcie, gotowa skoczyć w uliczny tłum.

– Nie! – Kobieta chwyciła ją za ramię obiema rękami. – Zgódko!

Ale własne imię zgrzytnęło dziewczynce w uszach. Miała dosyć „godzenia się” z problemami, których nikt nie raczył jej wyjaśnić. Wyrwała się mamie i rzuciła biegiem w główną arterię miasta.

– Do grobu mnie wpędzisz! – krzyczała za nią matka. – Zgódko, stój!

Ale Zgódka się nie zatrzymała. Jeszcze przez chwilę widziała w oddali granatowe okrycie i białe włosy, po czym zniknęły jej z oczu, gdy nieznajomy skręcił za róg. Jej przeszłość umykała.

Dziewczyna dotarła do narożnego budynku i zobaczyła mężczyznę, ale ten zaraz wmieszał się w tłum. Ruszyła w pogoń. Do Zgódki docierało jeszcze, że gdzieś za jej plecami matka woła jej imię, lecz nie obejrzała się. Skupiła się na pościgu za odległą postacią, najpierw jedną ulicą, potem następną i kolejną. Wiele razy wydawało jej się, że zgubiła ściganego, lecz po chwili znów dostrzegała śnieżnobiałą czuprynę.

Zgódka postanowiła się nie poddawać, nawet gdy zorientowała się, że w pośpiechu przekracza wielki londyński most prowadzący do gminy Southwark. Budynki po obu stronach drogi straciły swą elegancję, a zapachy stały się bardziej gorzkie. Słyszała salwy śmiechu z nabrzeżnych tawern, a z samej rzeki dobiegały przekleństwa i skrzypienie wioseł. Zapadał zmierzch. Słońce chyliło się ku zachodowi, niebo przybrało rdzawą barwę. Pomimo tego na ulicach panował niezwykły tłok. Ludzie ciągle tarasowali jej przejście i zasłaniali siwowłosego mężczyznę.

Zatrzymała się, zrażona, dopiero gdy droga wypluła ją na rozległą, otwartą przestrzeń. Poczuła trawę pod stopami i zorientowała się, że stoi na skraju Pól Świętego Jerzego. Wszędzie wokół kłębił się zagadkowy, niespokojny, hałaśliwy tłum. Nie potrafiła określić, jak daleko sięgał, ale zdawało jej się, że słyszy setki męskich głosów. Zarysy głów odcinały się na tle ciemniejącego nieba. Nie było śladu po człowieku o białych włosach.

Zgódka rozglądała się, dysząc ciężko, świadoma, że przyciąga twarde, zaciekawione spojrzenia. Miała ubranie z prostej, taniej wełny i lnu, ale chustka i czepek były czyściutkie i schludne, a to wystarczyło, żeby zwrócić uwagę zebranych. Poza tym była osobą płci żeńskiej, bez opieki, i bez wątpienia nie miała nawet trzynastu lat.

– Witaj, maleńka! – zawołała jedna z ciemnych postaci. – Przyszłaś połechtać naszą odwagę, co?

– E tam – odezwał się ktoś inny. – Będziesz maszerować z nami, prawda, panienko? Możesz rzucać w drani stołkami, jak szkockie panie! Pokaż biceps! – Pół tuzina mężczyzn wybuchło dzikim śmiechem, a Zgódka wyczuła groźbę w ich docinkach.

– Czy to córeczka Małgorzaty Stopki? – spytał nagle młodszy głos. Wpatrując się w mrok, dziewczynka z trudem rozpoznała znajomą twarz czternastoletniego terminatora u tkacza, mieszkającego w domu obok. – Co tu robisz?

– Zgubiłam się – odparła szybko Zgódka. – Co tu się dzieje?

– Idziemy na łowy. – W oczach chłopaka dostrzegła zwierzęcy błysk. – Upolujemy starego Lisa Wilhelma – arcybiskupa Lauda. – Zgódka słyszała to imię setki razy, na ogół w połączeniu z przekleństwami, rzucanymi na niego jako jednego ze złych doradców króla. – Zapukamy do niego, żeby się przywitać. Jak dobrzy sąsiedzi. – Uniósł pałkę i uderzył nią mocno w dłoń, drżąc i nie mogąc ustać z podniecenia.

Zgódka poniewczasie rozszyfrowała znaczenie plakatów. Zwoływały wielkie i gniewne zgromadzenie na Polach Świętego Jerzego. Po chwili przyglądania się tłumowi dziewczynka stwierdziła, że pełno w nim czeladników. Wszyscy dzierżyli prowizoryczną broń – młotki, kije od mioteł, pogrzebacze i deski – i wymachiwali nią z zajadłą wesołością, która oznaczała, że nie w głowie im były żarty. Byli piekielnie zdesperowani, by wydrzeć zło z pałacu arcybiskupa i połamać jego koronę. W ich rozognionych spojrzeniach dziewczynka widziała, że to dla nich po części zabawa – igrzyska krwi, jak szczucie psami uwiązanego niedźwiedzia.

– Muszę wrócić do domu! – Gdy tylko Zgódka wypowiedziała te słowa, poczuła w ustach ich gorycz. Umknęła jej jedyna szansa na odkrycie swojej przeszłości, lecz kto wie, czy nie straciła też domu? Matka zmusiła ją do pokazania kart, a córka wreszcie nie zablefowała.

Terminator zmarszczył brwi i stanął na palcach, wyciągając szyję, by spojrzeć ponad tłum. Zgódka zrobiła to samo i dostrzegła, że droga, którą przybiegła, była zatkana zwartą masą ludzi wlewających się na pola.

– Trzymaj się mnie – polecił z niepokojem chłopak, gdy tłum ruszył naprzód, ponosząc ich dwoje. – Przy mnie będziesz bezpieczna.

Zgódka ledwo widziała, gdzie idzie w ścisku wysokich postaci, lecz niesiona ich nurtem słyszała coraz więcej głosów przyłączających się do skandujących okrzyki i rechoczących z dowcipów. Zastępy praktykantów były teraz ogromne. Nic dziwnego, że byli tacy pewni siebie, skupieni na celu!

– Zgódko! Gdzie jesteś?

Crescendo wrzasków i ryków niemal pochłonęło wołanie, ale mimo to dotarło ono do uszu dziewczynki. To był głos matki, nie miała najmniejszych wątpliwości. Mama poszła za nią, a teraz utknęła gdzieś w masie ludzi.

– Mamo! – krzyknęła Zgódka, niepowstrzymanie pchana naprzód przez tłum.

– Pałac Lambeth! – dobiegło gdzieś z czoła pochodu. – W oknach się świeci! – Znów poczuła zapach rzeki, a nad jej brzegiem zamajaczył ogromny budynek z wysokimi, kanciastymi wieżami. Zarys jego blanek wgryzał się w wieczorne niebo.

Gdzieś z przodu wybuchła zażarta kłótnia, a przez tłum przetoczyło się gorączkowe, drżące napięcie.

– Zawróćcie! – wołał ktoś z całych sił. – Wracajcie do domów!

– Kto tam jest? – pytał z ciżby tuzin głosów, na co padło tuzin różnych odpowiedzi. Jedni mówili, że wojsko, inni, że ludzie króla, a byli i tacy, co twierdzili, że sam arcybiskup.

– Przymknijcie się! – wrzasnął wreszcie jeden z terminatorów. – Wystawcie nam Lisa Wilhelma przed bramę albo sami się włamiemy i huzia na wszystkich patałachów!

Maszerujący ogłuszająco ryknęli i wściekle naparli naprzód. Plama nieba nad Zgódką skurczyła się, przesłonięta przez wysokie postacie. Rozległy się bojowe okrzyki, ryk mężczyzn i wrzawa walki.

– Wyważyć wrota! – krzyczał ktoś. – Dawać łom!

– Rozwalcie latarnie! – wołał inny głos.

Gdy padł pierwszy strzał, Zgódka pomyślała, że ktoś upuścił coś ciężkiego na bruk. Potem rozległ się drugi wystrzał, i trzeci. Tłum zadrżał, jedni zaczęli się cofać, inni szarżowali przed siebie. Czyjeś kolano trafiło dziewczynkę w brzuch, a nieuważne machnięcie pałką – w oko.

– Zgódko! – rozległo się ponownie rozpaczliwe wołanie matki, bliższe niż do tej pory.

– Mamo! – Tłum wokół Zgódki zacieśniał się, ale walczyła z nim, pchając się ku głosowi, który ją wzywał. – Tu jestem!

Ktoś wrzasnął gdzieś przed nią.

Dźwięk był krótki i ostry i z początku Zgódka go nie rozpoznała. Nigdy wcześniej nie słyszała, żeby matka krzyczała w ten sposób. Jednak gdy dziewczynka przedarła się dalej, przepychając się łokciami, dostrzegła kobietę leżącą pod murem, tratowaną przez oślepły, wzbierający tłum.

– Mamo!

Z pomocą córki matka stanęła na nogi. Była blada jak ściana i nawet w ciemności Zgódka widziała atramentowe strużki krwi płynące po lewej stronie jej twarzy. Poruszała się też nie tak jak trzeba, jedna powieka jej opadała, a prawe ramię dziwnie podskakiwało.

– Zabiorę cię do domu – szeptała Zgódka zaschłymi ustami. – Przepraszam, mamo, tak bardzo cię przepraszam…

Matka patrzyła na nią przez chwilę szklanym wzrokiem, jakby jej nie poznawała. Nagle jej twarz napięła się i wykrzywiła.

– Nie! – ryknęła ochryple i zamachnęła się na córkę. – Nie zbliżaj się! Odejdź! Odejdź!

Nie spodziewając się ataku, Zgódka straciła równowagę i przewróciła się. Jeszcze przez ułamek sekundy widziała oblicze matki, skamieniałe w wyrazie grozy i wściekłej desperacji, po czym otrzymała kopniaka w policzek, od którego łzy strumieniami polały się z jej oczu. Ktoś inny nadepnął jej na łydkę.

– Szykujcie się! – dobiegł ją krzyk. – Już idą! – Rozległy się kolejne strzały, jakby eksplodowały gwiazdy.

Czyjeś silne ręce chwyciły Zgódkę pod pachy i poderwały na nogi. Wysoki czeladnik przerzucił ją sobie bez ceregieli przez ramię i wyniósł ją poza linię frontu, podczas gdy ona szamotała się, wołając matkę. Porzucił dziewczynkę u wylotu uliczki.

– Biegnij do domu! – wrzasnął na Zgódkę, czerwony na twarzy, po czym uniósł młot i z powrotem dał nura w bój.

Nigdy nie dowiedziała się, kim był ani jaki los go spotkał.

Nigdy też nie ujrzała swej mamy żywej.

* * *

Ciało matki znaleziono po rzezi i aresztowaniach, gdy uczestników zamieszek zmuszono do odwrotu. Nikt nie potrafił stwierdzić, co trafiło ją w głowę i stało się przyczyną śmierci. Może ktoś zamachnął się na oślep pogrzebaczem, może niechcący kopnął ją w skroń nabijanym ćwiekami butem, a może zbłąkana kula zabiła ją i poleciała dalej.

Zgódka nie wiedziała i nie miało to dla niej znaczenia. Zamieszki zabiły matkę i to ona sama ją tam zaprowadziła. To wszystko jej wina.

Ludzie z ich parafii, którzy – kiedy im to pasowało – kupowali koronki i hafty matki, zdecydowali, że ich cenny przykościelny cmentarz nie nadaje się dla kobiety z nieślubnym dzieckiem. Pastor, zawsze tak miły podczas spotkań na ulicy, teraz ogłosił z ambony, że Małgorzata Stopka nie należała do Zbawionych.

Matkę pochowano więc na niepoświęconej ziemi na skraju moczarów przy Topoli. Miejsce to było uparcie zakrzaczone, przyjazne tylko wiatrowi i ptakom i tak tajemnicze, jak sama Małgorzata.

ROZDZIAŁ 3

„Do grobu mnie wpędzisz”.

Zgódka nie mogła wyrzucić z pamięci słów matki. Towarzyszyły jej od świtu do zmierzchu, a potem przez każdą godzinę nocy. Wyobrażała sobie mamę, gdy je wypowiada, lecz teraz tonem wyważonym i zimnym.

Zabiłam ją – myślała Zgódka. Uciekłam, a ona podążyła za mną w paszczę lwa. To była moja wina i mama nienawidziła mnie w chwili swej śmierci.

Zgódka myślała, że może teraz wujostwo pozwolą jej spać w jednym łóżku z małymi kuzynami, ale nie, została sama na materacu, który dzieliła dotąd z matką. Pewnie wszyscy wyczuwali, że jest morderczynią. A może ciotka i wuj nie wiedzieli, co z nią zrobić, skoro koronkarstwo matki przestało opłacać jej utrzymanie.

Była sama. Mur, który kiedyś otaczał ją i mamę, teraz odgradzał od świata tylko ją.

Domownicy modlili się jak zwykle, dodając jedynie modlitwy za matkę. Zgódka odkryła, że nie jest w stanie rozmawiać z Bogiem tak, jak ją nauczono, obnażając przed Nim duszę. Starała się, ale czuła, że wypełnia ją dzika biała pustka, niczym październikowe niebo, nicość, której nie potrafiła ubrać w słowa. Zastanawiała się, czy jej dusza kompletnie zniknęła.

Drugiej nocy, leżąc samotnie w swojej klitce, Zgódka próbowała podważyć wieko swych uczuć. Zmusiła się do modłów o przebaczenie, za duszę matki i swoją własną. Trzęsła się cała, ale nie z zimna. Bała się, że Bóg słucha jej z nieprzejednanym gniewem, zaglądając w każdy zakamarek jej duszy. Jednocześnie martwiła się, że może wcale nie słucha, nigdy nie słuchał, nie posłucha.

Wreszcie zasnęła, wyczerpana podjętym wysiłkiem.

* * *

Stuk, stuk, stuk.

Dziewczynka otworzyła oczy. Było jej zimno, w pustym łóżku brakowało wygięcia ciepłych pleców matki. W nieprzebranej ciemności strata wydawała się jeszcze dotkliwsza.

Stuk, stuk, stuk.

Pewnie okiennice się poluzowały. Jeśli tak, będą stukać całą noc, nie pozwolą jej zasnąć. Dziewczynka niechętnie wstała i po omacku podeszła do okna. Znała pokoik tak dobrze, że światło nie było jej potrzebne. Przesunęła palcami po zasuwce, która okazała się ciasno zasunięta. Nagle pod opuszkami poczuła drżenie, kiedy coś od zewnątrz znów zapukało w okiennicę. Pojedyncze słowo.

Zgódka.

W setkach koszmarów Zgódka na próżno walczyła, by okiennice pozostały zamknięte, powstrzymując atak oszalałych duchów. Ręce drżały jej na samo wspomnienie, ale palce nie podnosiły się z zasuwki.

„Umarli są jak topielcy” – mawiała matka.

Zgódka wyobraziła sobie, jak mama tonie w mroku nocy, w zwolnionym tempie machając rękami, z czarnymi włosami unoszącymi się szerokim wachlarzem wokół twarzy. Widziała, jak bezbronna, samotna rozpaczliwie szuka jakiegokolwiek punktu zaczepienia.

– Jestem tu – szepnęła. – To ja, Zgódka. – Przyłożyła ucho do okiennicy i tym razem zdało jej się, że słyszy przytłumioną odpowiedź.

Wpuść mnie.

Słowa zmroziły dziewczynce krew w żyłach, ale nakazała sobie spokój. Matka nie będzie taka jak pozostałe zjawy. To co innego. Cokolwiek czekało za oknem, to przecież wciąż była mama. Zgódka nie mogła zostawić jej samej, nie po raz drugi.

Rozsunęła zasuwkę i pchnęła okiennicę.

Kilka bladych gwiazd migotało na czarnym jak węgiel niebie. Wilgotny wiaterek wniknął do środka, muskając skórę Zgódki i przyprawiając ją o gęsią skórkę. Serce ścisnęło jej się w przekonaniu, że wraz z powiewem do pokoiku wślizgnęło się coś jeszcze. Ciemność miała nagle inną konsystencję i Zgódka nie była już sama.

Zamarła, przeniknięta do szpiku kości przerażeniem, że zrobiła coś nieodwracalnego. Ciarki przeszły jej po plecach. Znów czuła łaskotanie pajęczych odnóży na swym umyśle. Niepewny dotyk umarłych.

Gwałtownie cofnęła się od okna, próbując uzbroić myśli. Gdy jednak przypomniała sobie o matce, jej specjalne zaklęcia stały się bezużyteczne niczym dziecięce rymowanki. Zgódka mocno zacisnęła powieki, ale nie mogła odegnać obrazu matczynej twarzy, którą widziała pierwszej nocy w kaplicy. Dziwne stworzenie o nieodgadnionym wyrazie, bez śladu łagodności.

Lodowaty powiew przemknął po szyi Zgódki, tchnienie czegoś bez tchu. Coś połaskotało jej twarz i ucho – z pewnością kosmyk jej własnych włosów. Zastygła, oddychając płytko.

– Mamo? – spytała tak cicho, że jej szept ledwo musnął powietrze.

Odpowiedział jej głos. Niby-głos. Stopiona masa dźwięku, bełkot idioty, spółgłoski potłuczone i wylewające się niczym żółtka jajek. Był tak blisko, że zadzwonił jej w uchu.

Zgódka szeroko otwarła oczy. Tam – tam! – jej pole widzenia wypełniło wirujące, szare jak ćma, powykręcane oblicze. Miało zapadłe oczodoły, a długie usta zwisały w ziejącym lamencie. Dziewczynka rzuciła się do tyłu, aż uderzyła plecami o ścianę. Nie odrywała wzroku od istoty i rozpaczliwie pragnęła się mylić, nawet gdy zjawa skoczyła łapczywie do jej oczu, rozczapierzając palce z dymu.

Zgódka w ostatniej chwili zacisnęła powieki i poczuła, jak osiada na nich zimny dotyk. Ziszczał się jej koszmarny sen, wszystkie jej koszmary, lecz nie miała już nadziei na przebudzenie. Zatkała uszy, ale za późno, by powstrzymać miękkie, przerażające dźwięki.

Wpuść mnie… Wpuść mnie… Zgódko, wpuść mnie…

Istota badała drogę przez jej umysł, jej linię obrony. Znajdowała szczeliny poczynione przez żal, miłość i wspomnienia i grzebała w nich bezlitosnymi, niecierpliwymi palcami. Wydzierała fragmenty jej serca i mózgu, wgrzebując się coraz głębiej. Wiedziała, jak ominąć jej fortyfikacje i którędy dotrzeć do najwrażliwszej części wnętrza.

Ze zrodzoną z przerażenia brutalnością Zgódka ruszyła do kontrataku.

Zamachnęła się siłą umysłu na podobną do dymu miękkość i poczuła jej wrzask, gdy miażdżyła ją i rozdzierała. Jej luźne fragmenty rzucały się na boki jak poćwiartowane dżdżownice, próbując się wkręcić do jej duszy. Zjawisko siłowało się z dziewczynką, kurczowo trzymało, drapało. Nie było już w stanie dobierać słów, wydobywały się z niego tylko jęki i wycie.

Zgódka nie miała zamiaru otwierać oczu. Uczyniła to jednak, na ułamek sekundy, pod sam koniec. Żeby upewnić się, że zjawa zniknęła.

Ujrzała rozpływające się, wykrzywione rysy, pełne nienawiści.

To, co widziała, ledwo przypominało twarz. A jednak w pewnym sensie była to nadal jej matka.

Zgódka nie pamiętała potem, jak bardzo wrzeszczała. Ocknęła się, siedząc na podłodze, mrugając w blasku ciotczynej świecy i usiłując odpowiedzieć na pytania rodziny. Okiennica była otwarta na oścież i stukała lekko, poruszana wiatrem.

Ciotka powiedziała Zgódce, że ta spadła pewnie z łóżka, gdy przyśniło jej się coś strasznego. Dziewczynka z całego serca pragnęła uwierzyć, że kobieta ma rację. Ta wersja wydarzeń nie dawała jednak pełnego pocieszenia, bo Zgódka dobrze wiedziała, że duchy, z którymi nieraz walczyła w snach, bywały prawdziwe. Ale błagam, Boże, tylko nie ten duch. Ten nie mógłby jej zaatakować, a Zgódka nie mogła rozedrzeć go na strzępy. Sama myśl o tym była nie do zniesienia.

To był tylko sen. Zgódka z desperacją uchwyciła się tej myśli.

* * *

Upłynął ledwo tydzień, gdy rozniosły się plotki o duchu straszącym na bagnach. Podobno nawiedzał wyłącznie konkretny, samotny odcinek ziemi, zbyt podmokły, by wypasać tam krowy, i poprzecinany zbłąkanymi ścieżkami, gdzie niemal każdy krok wiązał się z ryzykiem.

Coś niewidzialnego wystraszyło wędrownego handlarza, przedzierając się przez trzciny i zostawiając za sobą wydeptany ślad. Zamieszkujące ten zakątek gawrony porzuciły swoją kolonię, a ptaki brodzące przeniosły się na inne obszary bagien. Zaraz potem zajazd Pod Aniołem, który przycupnął na peryferiach między osadą a trzcinami, zaczął nawiedzać ktoś oprócz marynarzy.

– Duch zemsty – powiedziała ciotka. – Mówią, że przybywa o zachodzie. Cokolwiek to było, załomotało do drzwi, zrobiło nie lada bałagan i zbiło kilku osiłków na kwaśne jabłko.

Zgódka jako jedyna słuchała tych doniesień nie tylko z lękiem, lecz także z bolesnym ukłuciem nadziei. Grób matki znajdował się na skraju moczarów, nie tak daleko od Anioła. Wizja oszalałej zjawy, szarżującej po okolicy, mroziła jej krew w żyłach, ale skoro duch się ukazywał, nie mógł zostać rozerwany na strzępy przez Zgódkę. Przynajmniej nie zamordowała matki po raz drugi.

Muszę ją odnaleźć – powtarzała sobie w duchu Zgódka, choć mdliło ją na samą myśl. Muszę z nią porozmawiać. Muszę ją ocalić.

* * *

Wierni z kościoła Zgódki nie należeli do bywalców zajazdu Pod Aniołem, z wyjątkiem Starego Wilhelma, choć tylko w chwilach słabości. Ilekroć dotoczył się do domu pijany, pastor brał go na warsztat w kazaniu i prosił wszystkich, by go wspierali i modlili się za niego. Idąc zrytą koleinami drogą ku gospodzie, Zgódka czuła zażenowanie i zastanawiała się, czy w następną niedzielę i ona zostanie oskarżona o pijaństwo.

Kamienne budynki Anioła były wygięte jak ramię otulające małe podwórze stajenne. Kobieta o grubo ciosanych rysach, w poplamionym czepku na głowie, zamiatała schody, ale podniosła głowę na widok Zgódki.

– Halo, laleczko! – zawołała. – Przyszłaś po tatę? Który to, co?

– Nie, ja… Chciałam posłuchać o duchu.

Kobieta wcale się nie zdziwiła i krótko skinęła głową.

– Weź sobie szklankę czegoś, jeśli chcesz popatrzeć.

Zgódka weszła za nią do mrocznego wnętrza gospody i z wyrzutami sumienia kupiła mały kufel piwa z pieniędzy odłożonych przez ciotkę na zakupy. Potem wyprowadzono ją tylnymi drzwiami.

Za oberżą rozciągał się pokryty trocinami pas ziemi. Zgódka domyśliła się, że to tu odbywają się atrakcje, gdy w gospodzie zbiera się wystarczający tłumek żądny rozrywki – starcia wygolonych na łyso pięściarzy, walki kogutów i szczucie psami uwiązanego borsuka, a także mniej krwawe gry w kręgle, kule czy zarzucanie pierścienia na słupek. Gdzieniegdzie na ziemi widniały ciemne plamy po krwi lub winie. Niski murek z przełazem oddzielał tę przestrzeń od ciągnących się kilometrami mokradeł, pokrytych lasem trzcin głaskanych lekkim wiatrem w popołudniowym słońcu.

– Chodź, zobacz. – Gospodyni zdawała się czerpać zawodową dumę z demonstrowania gościowi zniszczeń. Tylne drzwi miały wyłamaną deskę i zasuwę w drzazgach. Okno było zdemolowane, ołowiana rama zgięta, kilka szybek matowych od pajęczyny pęknięć. Materiałowy transparent rozszarpano w strzępy, ostały się tylko skrawki z widocznymi obrazami – fujarką, bębnami i zarysem jakiejś bestii. Stół leżał przewrócony, a dwa krzesła miały wyrwane oparcia.

Słuchając opowieści kobiety, Zgódka czuła się coraz bardziej zawiedziona. Uświadomiła sobie poniewczasie, że żaden z duchów, z którymi kiedykolwiek miała do czynienia, nie wyrządzał widocznych szkód. Zjawy atakowały jej umysł, ale nigdy nie stłukły nawet kubeczka.

Może to była zwykła awantura – pomyślała. Zerknęła ukradkiem na zmęczoną, cwaną twarz gospodyni. Może stara się wykorzystać zniszczenia i udaje, że dokonał ich duch, aby dociekliwi ludzie przychodzili tu i kupowali trunki.

Kobieta poprowadziła dziewczynkę do dwóch mężczyzn siedzących na zewnątrz i ponuro popijających z metalowych kufli. Obaj byli chudzi, łykowaci i spaleni słońcem. Nie byli tubylcami i widząc tobołki leżące u ich stóp, Zgódka zrozumiała, że to wędrowcy.

– Przyszła posłuchać o duchu – powiedziała gospodyni, kiwając głową w stronę dziewczynki. – Wy możecie jej opowiedzieć, co?

Kompani wymienili kwaśne spojrzenia. Najwyraźniej nie w smak im było przytaczać tę historię.

– A postawi nam po jednym? – spytał wyższy z nich.

Oberżystka spojrzała na Zgódkę spod uniesionych brwi. Czując mdłości i utwierdzając się w przekonaniu, że solidnie ją tu kantują, dziewczynka rozstała się z kolejną monetą, a gospodyni pospieszyła po dolewkę.

– Wyleciał na nas z ciemności. Widzisz? – Wyższy mężczyzna podniósł rękę opatrzoną brudną chustką, na której widniały ciemne plamy krwi. – Podarł mojemu towarzyszowi płaszcz, omal nie wytrzepał mi mózgu z czaszki i jeszcze połamał nam fujarkę! – Okazany instrument wyglądał, jakby ktoś go podeptał. – Pani Bell nazywa go duchem, ale ja mówię, że to diabeł. Niewidzialny diabeł.

Gniew wędrowca wydawał się szczery, ale Zgódka nie była pewna, czy mu wierzyć. Wszystko jest niewidzialne, jak jest się w sztok pijanym – pomyślała.

– Czy coś powiedział? – Zgódka zadrżała na wspomnienie roztopionego głosu ze swego niby-snu.

– Do nas nie – odezwał się niższy z mężczyzn. Uniósł kufel, gdy gospodyni wróciła z dzbankiem, i poczekał, aż doleje piwa do pełna. – Stłukł nas na miazgę i zaraz odleciał. – Wskazał palcem moczary. – O, tam przewrócił słupek.

Zgódka dopiła piwo i zebrała się na odwagę.

– Uważaj, jak tam idziesz, laleczko! – zawołała oberżystka, widząc, że dziewczynka znika w przełazie prowadzącym na mokradła. – Niektóre z tych ścieżek wyglądają przyzwoicie, ale ustępują pod nogami. Nie chcemy, żeby i twój duch nas tu nawiedzał!

Szelest i chrzęst kroków Zgódki rozbrzmiewał głośno, gdy przedzierała się przez bagna. Nagle zorientowała się, że brakuje tu śpiewu ptaków. Słyszała jedynie suchą melodię trzcin, ocierających się o siebie łodygami, i papierowy szum rosnących gdzieniegdzie młodych topoli o listkach migoczących szarozielono w lekkim wietrze. Cisza przenikała ją do szpiku kości, wraz z obawą, że – znowu – popełnia potworny błąd.

Obejrzała się nerwowo za siebie i zimny dreszcz przebiegł jej po plecach, gdy zobaczyła, jak daleko w tyle została gospoda. Czuła się jak maleńka odcumowana łódka, która mimowolnie oddryfowała od brzegu.

Stojąc tak, Zgódka doświadczyła nieoczekiwanego uderzenia, zanurzenia w niewidzialnej fali.

Dotyk. Nie, zapach. Odór krwi, jesiennego lasu, starej, wilgotnej wełny. Gorąca woń. Swędziała, drapała jej umysł niczym chrapliwy oddech. Wypełniła jej zmysły, mrocząc wzrok i przyprawiając o mdłości.

Duch – pomyślała bezsilnie. Duch.

A jednak to uczucie było zupełnie niepodobne do zimnych, pełzających ataków zjaw, które pamiętała. Nic nie próbowało wedrzeć się w głąb niej – nie zważało na jej obecność. Trafiało w nią przez pomyłkę, gorące, straszne i nieświadome.

Świat wokół niej zawirował i ledwo wiedziała, gdzie się znajduje i kim w ogóle jest. Utonęła nagle we wspomnieniu, które wcale nie należało do niej.

Paliło słońce. Dusił ją smród trocin. W wardze czuła dojmujący ból, nie była w stanie artykułować słów. Jej uszy wypełniły się dzwoniącym warkotem i okrutnym, rytmicznym dudnieniem. Z każdym łupnięciem coś dotkliwie szarpało ją za usta. Kiedy próbowała się odwrócić, rozgrzany do czerwoności ból przecinał jej grzbiet. Była rozpalona furią zrodzoną ze śmiertelnego cierpienia.

Fala przeszła, a Zgódka zgięła się wpół. Wokół niej świat płonął w promieniach słońca, bębniąc jej w głowie i wywracając żołądek. Na wpół oślepiona, zrobiła chwiejny krok, by odzyskać równowagę, lecz zamiast tego poczuła, że stopa sunie po mokrym, nierównym podłożu. Dziewczynka ześlizgnęła się ze ścieżki i wylądowała na czworakach w trzcinach, z trudem uświadamiając sobie, że drapią jej ramiona i twarz. Potem pochyliła się i zwymiotowała, raz po raz szarpana konwulsjami.

Pomału przejaśniało jej się w głowie. Nieznany ból minął. Nadal jednak czuła w nozdrzach ten sam zapach, zmieszany ze smrodem zgnilizny. I nadal słyszała szum.

Dźwięk zmienił się jednak. Wcześniej była to mdląca, drażniąca serce muzyka. Teraz uspokoiła się i przeszła w owadzi brzęk, bzyczenie setek maleńkich skrzydełek.

Zgódka stanęła chwiejnie na nogi i, odsuwając na bok trzciny, ruszyła w dół zbocza, oddalając się od ścieżki. Z każdym krokiem podłoże stawało się coraz bardziej miękkie i lepkie. Odkryła, że nie jest pierwszym stworzeniem, które tędy przeszło. Zauważyła połamane łodygi, zagłębienia w błocie…

Kawałek dalej coś leżało w zarośniętym rowie, na wpół ukryte przez trzciny. Coś ciemnego. Coś przypominającego rozmiarem człowieka.

Żołądek podszedł dziewczynce do gardła. Myliła się co do wszystkiego. Jeśli leżały tu zwłoki, to duch nie należał do matki. Może odkryła ofiarę zabójstwa. Kto wie, może morderca właśnie ją obserwuje?

Chyba że to zaatakowany przez brutalną zjawę wędrowiec, który potrzebuje pomocy. Nie mogła teraz uciec, choć każdy nerw w jej ciele nakazywał jej to zrobić.

Podkradała się bliżej, a przy każdym kroku pod jej butami chlupotało błoto. Postać była ciemnobrązowa, duża, miała kształt kurhanu, ozdobionego mieniącymi się zielono-czarnymi muchami.

Człowiek w futrzanym płaszczu?

Nie.

Forma była coraz bardziej wyraźna. Zgódka wreszcie rozpoznała, czym jest – i czym nie jest. W pierwszej chwili poczuła ulgę.

Zaraz potem ogarnęła ją potężna fala smutku, silniejsza niż strach czy odraza, silniejsza nawet niż sam odór. Zsunęła się do rowu i kucnęła przy stworzeniu, zakrywając usta chusteczką. Bardzo delikatnie pogłaskała namokłą, ciemną postać.

Brak było oznak życia. Ślady w błocie wskazywały, że istota próbowała się jeszcze wydostać z rowu. Widać było krwawiące odciski o żółtych brzegach, jak od łańcuchów i kajdan. Dziewczynka z trudem patrzyła na rozdarte wargi, ziejącą ranę i strużkę ciemnej krwi.

Już wiedziała, że nadal ma duszę. Która płonęła.

* * *

Gdy Zgódka dotarła z powrotem na podwórko zajazdu, była ubłocona i podrapana przez krzewy, ale nie przejmowała się tym w najmniejszym stopniu. Niewielki drewniany taboret pierwszy wpadł jej w ręce. Porwała go, zbyt wściekła, by zwrócić uwagę, jaki jest ciężki.

Dwaj wędrowni artyści siedzieli w kącie i prowadzili ożywioną rozmowę przyciszonymi głosami. Nie zważali na dziewczynkę, dopóki nie zamachnęła się stołkiem, trafiając wyższego z nich prosto w twarz.

– A! Ty zwariowana smarkulo! – Patrzył na nią z niedowierzaniem, tamując dłonią płynącą z ust krew.

Zgódka w odpowiedzi wymierzyła mu cios w żołądek.

– Przestań! Opętało cię coś? – Niższy z mężczyzn złapał taboret, którym wymachiwała dziewczynka. Kopnęła go z całych sił w kolano.

– Zostawiliście go na pewną śmierć! – wykrzyczała. – Biliście go, znęcaliście się, wlekliście na łańcuchu, aż rozdarliście mu pysk! A kiedy nie mógł więcej znieść, cisnęliście go do rowu!

– Co cię napadło? – Gospodyni znalazła się przy Zgódce i otoczyła ją silnym ramieniem, próbując poskromić. – O czym ty mówisz?

– O niedźwiedziu! – ryknęła Zgódka.

– Niedźwiedziu? – Pani Bell obrzuciła gości skonsternowanym spojrzeniem. – Och, na litość boską, to wasz tańczący niedźwiedź nie żyje?!

– Tak, i nie mam pojęcia, z czego się teraz utrzymamy! – warknął niższy z wędrowców. – To przeklęte miejsce – nic, tylko pech, niewidzialne czorty, oszalałe bachory…

Jego kompan splunął krwią w dłoń.

– Ta mała franca wybiła mi ząb! – wrzasnął z niedowierzaniem i posłał Zgódce mordercze spojrzenie.

– Nawet nie zaczekaliście, aż umrze, żeby wyrwać mu kółko z nosa! – nie dawała im spokoju dziewczynka. Dźwięczało jej w głowie. Wiedziała, że lada chwila któryś z mężczyzn jej przyłoży, ale nie dbała o to. – Nic dziwnego, że wrócił! Nic dziwnego, że szaleje! Mam nadzieję, że nigdy mu nie uciekniecie! Oby zabił was obu!

Obaj mężczyźni krzyczeli, a gospodyni próbowała wszystkich uspokoić, drąc się na całe gardło. Ale Zgódka nie słyszała nic poza zielono-czarnym brzękiem wściekłości w głowie.

Szarpnęła mocno taboret, ale niski przeciwnik pociągnął go w swoją stronę. Dziewczynka uległa ruchowi, prowadząc stołek w górę, tak że uderzył mężczyznę prosto w nos. Trafiony wydał z siebie wrzask furii i puścił krzesło, by skoczyć po dębową laskę opartą o tobołek. Oberżystka uciekła, wzywając pomocy, a Zgódka została sama naprzeciw dwóch mężczyzn z krwawiącymi twarzami i amokiem w oczach.

Ich wściekłość była jednak niczym w porównaniu z furią Niedźwiedzia, który jak burza wpadł do środka.

Zgódka była zwrócona we właściwą stronę, by go dostrzec lub prawie dostrzec. Niedźwiedź był ciemną plamą dymu o garbatym grzbiecie, poruszającą się na czterech łapach, większą niż żywe zwierzę. Galopował ku trojgu ludzi z zastraszającą prędkością. Półprzejrzyste dziury znaczyły miejsce oczu i rozdziawionej paszczy.

Uderzenie ścięło Zgódkę z nóg. Leżała na ziemi oszołomiona. Ciemność, którą stanowił teraz Niedźwiedź, górowała nad nią. Dopiero po chwili zrozumiała, że patrzy na jego potężny, cienisty grzbiet. Stanął pomiędzy nią a wrogami, jakby bronił własnego dziecka.

Przez mroczny zarys stworzenia dziewczynka wciąż obserwowała zbliżających się do niej przeciwników. Jeden uniósł lagę, by ją uderzyć. Nie widzieli Niedźwiedzia. Nie pojmowali, że kij zboczył z toru, odepchnięty przez ogromny cień łapy.

Tylko Zgódka o tym wiedziała. Tylko ona widziała, jak wściekłość Niedźwiedzia go wypala, jak zwierz wyczerpuje się z każdym ruchem. Krwawił smużkami dymu, wydając milczący ryk. Jego boki zdawały się parować.

Istota zatracała się, sama o tym nie wiedząc.

Zgódka podniosła się na kolana. Kręciło jej się w głowie od niedźwiedziego smrodu i furii, która płynęła w jej własnej krwi. Odruchowo wyciągnęła ręce, otulając szalejący cień. Jedyne, czego pragnęła, to zatamować ulatujące smużki, utrzymać Niedźwiedzia w całości i powstrzymać go przed roztopieniem się w nicość.

Jej ramiona otoczyły mrok, aż cała się weń zapadła.

ROZDZIAŁ 4

– Od wielu dni jest w tym stanie – dobiegł ją głos ciotki.

Zgódka nie wiedziała, gdzie się znajduje i dlaczego. Głowa pulsowała jej z bólu i była zbyt ciężka, by ją podnieść. Coś paraliżowało jej kończyny. Otaczająca ją rzeczywistość była urojona, mglista, a głosy zdawały się dopływać z bardzo daleka.

– Nie możemy tego ciągnąć! – odezwał się wuj. – Połowę czasu leży tu jak nieżywa, a drugą połowę… Cóż, sama widziałaś! Rozpacz odebrała jej zmysły. Musimy myśleć o naszych dzieciach! Nie są przy niej bezpieczne.

Zgódka po raz pierwszy wyczuła w jego słowach strach.

– Co ludzie powiedzą, kiedy wyrzucimy własną krewniaczkę? – martwiła się ciotka. – Każdy dźwiga swój krzyż, a ona jest naszym.

– Nie jesteśmy jej jedyną rodziną – zauważył wuj.

Nastąpiła chwila ciszy, po czym ciotka fuknęła, wzdychając. Zgódka poczuła, jak ciepłe, szorstkie dłonie kobiety delikatnie przytrzymują jej twarz.

– Zgódko, dziecko, słuchasz? Twój ojciec – jak on się nazywa? Małgorzata nigdy nam nie powiedziała, ale ty z pewnością wiesz, prawda?

Dziewczynka potrząsnęła przecząco głową.

– Grizehayes – wydobyła z siebie chropawym głosem. – Mieszka… w Grizehayes.

– Wiedziałam – szepnęła ciotka, a w jej głosie brzmiały jednocześnie trwoga i triumf. – Ten sir Piotr! Wiedziałam!

– Zajmie się nią? – spytał wuj.

– Nie, ale zrobi to jego rodzina, żeby nie zszargać sobie nazwiska! – powiedziała stanowczo kobieta. – Nie wyglądałoby dobrze, gdyby ktoś z ich szlachetnego rodu wylądował w Bedlam, nie sądzisz? Powiem im, że tam właśnie trafi dziewczynka, jeśli nie zareagują.

Ale słowa znów stały się tylko pustymi dźwiękami i Zgódka zatonęła w mroku.

* * *

Kolejne dni przepłynęły jak we mgle. Przez większość czasu rodzina trzymała dziewczynkę zawiniętą w koc niczym niemowlę w powijakach. Kiedy wracała jej świadomość, odwijano ją, ale i tak nie rozumiała, co do niej mówią, i nie była w stanie w niczym pomóc. Poruszała się chwiejnie, potykała i upuszczała wszystko, co brała do ręki.

Dolatujący z kuchni aromat pieczonych ciast, zwykle tak przytulny i znajomy, teraz przyprawiał ją o mdłości. Woń smalcu, krwistego mięsa, ziół – to było dla niej za wiele, oślepiało ją. Nieprzerwanie nawiedzał ją odór Niedźwiedzia. Nie była w stanie wyszorować się z wilgotnego, ciepłego zapachu jego umysłu.

Usiłowała przypomnieć sobie, co się wydarzyło, gdy otoczyła istotę ramionami i gdy pochłonęła ją ciemność, ale jej wspomnienia ginęły w mrocznym wirze. Wydawało jej się, że pamięta dwóch wędrowców. Miała przed oczami niewyraźny obraz ich wrzeszczących bladych twarzy, zlanych krwią.

Zwierzęta nie miały duchów, przynajmniej tak zawsze myślała. A jednak wszystko wskazywało na to, że bywało inaczej. Niedźwiedź wypalił się już pewnie w nicość swoim dążeniem do zemsty. Miała nadzieję, że odnalazł w tym układzie szczęście. Dlaczego jednak ona sama wyszła z tej sytuacji tak poharatana? Może – snuła mgliste przypuszczenia – oszalałe duchy bestii potrafiły przyprawiać o gorączkę.

Zaiste myślała, że majaczy w febrze, gdy pewnego dnia zaprowadzono ją do salonu, gdzie przy kominku stał nieznajomy mężczyzna. Był wysoki i ubrany w granatowy płaszcz. Miał ptasią twarz i bujne siwe włosy. To on umykał jej w czasie zamieszek niczym błędny ognik.

Zgódka wbiła w niego spojrzenie, aż łzy napłynęły jej do oczu.

– To pan Wroniec – powoli, ostrożnie przedstawiła go ciotka. – Zabierze cię ze sobą do Grizehayes.

– Mój… – Głos dziewczynki był jak zardzewiały. – Mój ojciec…

Kobieta niespodziewanie otuliła Zgódkę ramionami i krótko, mocno ścisnęła.

– On nie żyje, dziecko – wyszeptała. – Ale jego rodzina oświadczyła, że się tobą zajmie, a państwo Fellmotte’owie zapewnią ci lepszą opiekę niż ja. – Oddaliła się pospiesznie, by spakować rzeczy Zgódki, ocierając łzy wzruszenia, lęku i ulgi.

– Trzymaliśmy ją owiniętą w koc – wyjaśniał cicho panu Wrońcowi wuj. – Polecam to rozwiązanie, kiedy dopada ją szaleństwo. Nie wiem, co te łotry w gospodzie jej zrobiły, ale obawiam się, że pozbawiły ją piątej klepki, zanim ktoś ich przepłoszył.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki