Czapkins. Historia Tomka Mackiewicza - Dominik Szczepański - ebook

20 osób właśnie czyta

Opis

Dominik Szczepański, współautor bestsellerowej biografii Adama Bieleckiego „Spod zamarzniętych powiek”, sam był świadkiem zmagań Tomka Mackiewicza z Nagą Górą (8125 m n.p.m.) podczas słynnej wyprawy w 2016 roku. Opisał je w książce „Nanga Parbat. Śnieg, kłamstwa i góra do wyzwolenia”, której był współautorem.
Po śmierci Mackiewicza autor wyruszył w podróż wiodącą od Działoszyna, gdzie Tomek przeżywał pierwsze przygody, aż po bazę pod Nanga Parbat w Pakistanie. O Tomku opowiadają ojciec Witold, była żona Joanna Kondracka, przyjaciele z Polski i Irlandii.
Élisabeth Revol przywołała wspomnienia wspólnych wypraw i losy niezwykłego partnerstwa, które zaprowadziło ich na szczyt Nanga Parbat. Przebieg brawurowej akcji ratunkowej opisują m.in. uczestnicy zdarzeń: Adam Bielecki i Denis Urubko, którzy spod K2 ruszyli, by pomóc Tomkowi i Élisabeth. O Tomku opowiada również Anna Solska-Mackiewicz, dla której był największą miłością. Dzięki tym spotkaniom Dominik Szczepański stworzył wielowymiarowy portret człowieka, który stał się legendą, choć wcale tego nie pragnął.

„Tomek to niesamowita postać. Wyszedł z narkotyków, odnalazł życiową drogę w górach. Myślę o nim jako o świetnym wspinaczu. Tym wszystkim, którzy śmieją się ze stylu, w jakim działał Tomek, krytykują go jako himalaistę, chciałbym powiedzieć, że Tomasz Mackiewicz zdobył w lekkim stylu jeden z najtrudniejszych ośmiotysięczników. Dokonał tego częściowo nową drogą, i to w zimie. To sportowe osiągnięcie na skalę światową. Osiągając wymarzony cel, postawił jednocześnie pomnik ludzkiej niezłomności. Z historii Tomka wybrzmiewa przesłanie, że jeśli masz marzenie, to zamiast szukać wymówek, po prostu zacznij je spełniać” – ADAM BIELECKI, HIMALAISTA

„U Tomka fascynował mnie niespotykany wśród wspinaczy dar – potrafił zamienić górę w swój dom. To właśnie było zawsze moim marzeniem. Mackiewicz był objawieniem, powrotem do czystych intencji, czystego alpinizmu. Zginął człowiek nieskazitelny w swojej relacji z górą. Wyczuwałem w nim pokrewną duszę i doskonale go rozumiałem. Prawdziwy artysta, być może jedyny w całym polskim wspinaniu. To, czego dokonali z Revol, jest jednym z najznakomitszych osiągnięć w historii himalaizmu. Kobieta z mężczyzną realizują niebywałą wspinaczkową podróż, przy której inne wielkowyprawowe usiłowania rażą nieporadnością i wyrachowaniem” – WOJCIECH KURTYKA, ZDOBYWCA ZŁOTEGO CZEKANA ZA CAŁOKSZTAŁT DOKONAŃ WSPINACZKOWYCH

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 526

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja: Paweł Goźliński

Konsultacja merytoryczna: Piotr Tomza

Korekta: Marta Śliwińska, Jacek Bławdziewicz

Projekt graficzny okładki: Krzysztof Rychter

Projekt graficzny makiety i skład: Elżbieta Wastkowska

Fotoedycja: Rafał Szczepankowski

Przygotowanie zdjęć do druku: Anna Biała

Zdjęcie na okładce: Archiwum Anny Solskiej-Mackiewicz

Źródła zdjęć (odwołania do numerów stron dotyczą wydania papierowego książki): Archiwum Anny Solskiej-Mackiewicz s. 41, 48, 55, 60, 65, 71, 77, 92, 95, 110, 154, 156, 161, 165, 170, 200, 245, 283, 327, 329, 342, 355, 360, 368, 393, 396, 398, 457; archiwum Anny Solskiej-Mackiewicz i Marka Klonowskiego s. 116, 120, 124, 133, 135, 138, 142, 145, 175, 180, 190, 193, 195, 196, 235, 236, 253, 258, 260, 267, 270, 277, 402; zdjęcia opublikowane za zgodą Joanny Kondrackiej, Antoniny Mackiewicz i Maxymiliana Mackiewicza s. 88, 104 (fot. Sebastian Łoniewski), 107, 113, 326; Michał Obrycki/Forum s. 6, 288, 291, 309; Łukasz Biernacki s. 220, 226, 232; Michał Dzikowski/PAP s.299, 302; Mattego Zanga s. 209, 239, 250; Atta Ullah/Archiwum A. Solskiej-Mackiewicz s. 12, 24; Élisabeth Revol s. 18, 28, 38, 345, 348, 371, 377; Adam Bielecki s. 444; AFP/East News s. 435.

WYDAWCA

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:

Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

Redaktor naczelny: Paweł Goźliński

Koordynacja projektu: Katarzyna Kubicka

© copyright by Agora SA 2019

© copyright by Dominik Szczepański 2019

© copyright by Anna Solska-Mackiewicz 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2019

ISBN 978-83-268-2793-8 (epub), 978-83-268-2794-5 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

I niech sobie będą wszyscy mądrzy ze swoimi rozumami,

a ja z moją miłością niech sobie będę głupi.

Edward Stachura,Siekierezada

PROLOG. SPOTKANIE

Ania idzie kamienną uliczką, jej serce przyspiesza. Jest połowa lipca 2018 roku.

Zmierza w kierunku domu kobiety, która jako ostatnia widziała jej ukochanego.

Nigdy się nie spotkały. Wcześniej wymieniały tylko e-maile i esemesy. Najważniejsza wiadomość dotarła do Ani wieczorem 25 stycznia 2018 roku: „Tomek potrzebuje szybkiej pomocy. Jest odmrożony, nic nie widzi. Proszę, spróbujcie coś zorganizować, jeśli się da, to helikopter”.

Élisabeth Revol. Tak nazywała się autorka wiadomości. W kilkudziesięciostopniowym mrozie ściągnęła rękawiczki i wystukiwała litery sztywniejącymi palcami. Była na wysokości 7522 metrów. Kilka godzin wcześniej wraz z Tomkiem stanęła na szczycie Nanga Parbat. Nagiej Góry.

Adresatów było troje.

Drugi to Ludovic Giambiasi, niski, drobny Francuz, który stał się nieformalnym kierownikiem akcji ratunkowej. To przyjaciel Eli, wspinała się z nim od kilkunastu lat. Trzecim adresatem był Jean-Christophe, mąż Eli. Właśnie jedzie tą kamienną uliczką na rowerze. Ania go poznaje, zapamiętała jego twarz z telewizji. Niewysoki brunet na moment się zatrzymuje, wita i bez słowa jedzie dalej. Jego żona jest drugą kobietą w historii, która weszła zimą na ośmiotysięcznik. On prowadzi antykwariat i zna tylko kilka angielskich słów.

Ania pamięta, że wiadomość o tym, iż Tomek traci wzrok i nie może dalej schodzić, najpierw ją sparaliżowała. Ale potem dodała sił. Przez kilka kolejnych dni, nie śpiąc, niemal nie pijąc i nie jedząc, walczyła o życie ukochanego. Pamiętała jego słowa o tym, żeby wszystko, co ważne, robić do utraty tchu, całym sobą przesuwając granice.

– Obiecałam Tomkowi, że wszędzie go odnajdę, że zawsze zdążę na czas, gdy będzie potrzebował pomocy – mówi Ania. – Przecież kiedy się poznaliśmy, obydwoje czuliśmy, że całe życie zmierzaliśmy ku sobie.

Tamtej nocy Ania poczuła, jakby ktoś wyrywał jej serce i zabierał część duszy.

Uliczka kończy się widokiem na wapienne skały wyrastające znad pól dojrzałej lawendy. Ania nikogo więcej już nie mija, kawiarnie są zamknięte, otworzą się dopiero za kilka godzin.

Jest na miejscu. Nie ma dzwonka, trzeba pukać.

Drzwi do mieszkania otwiera niewysoka, filigranowa brunetka.

Przytulają się długo, bez słowa, a potem zamykają za sobą drzwi.

* * *

Następnego ranka Élisabeth otwiera je dziennikarzowi.

– Usiądź, proszę, napijesz się czegoś?

– Kawy.

Sobie nalewa wody. Na ścianie w kuchni wisi wysłużony polar, pamiątka po jednej z wypraw. Być może miała go na sobie podczas którejś z czterech zim, kiedy atakowała Nanga Parbat. A może nosiła go codziennie, gdy w 2008 roku w trzy tygodnie zdobyła Broad Peak, Gaszerbrum I i Gaszerbrum II bez wspomagania dodatkowym tlenem.

Lato w pełni. Do mieszkania na końcu małej uliczki nie dobiegają niemal żadne dźwięki.

– Podoba mi się, jak płynie czas na wyprawach – Élisabeth mówi cichym, spokojnym, trochę nieobecnym głosem. – To sześć tygodni, ale poprzedzają je dwa miesiące, gdy intensywnie przygotowuję się do wyjazdu. Załatwiam wizy, jedzenie, sprzęt, szukam pieniędzy na wyprawę. Już wtedy napędza mnie adrenalina. A potem wyjeżdżam. Bywa ciężko, czasami pytam samą siebie: „co ja tutaj robię?”. Ale i tak zawsze jest to dla mnie magiczny czas. Kiedy wracam, przez kolejne dwa miesiące w głowie kotłują się wspomnienia, wciąż myślę o wyprawie. Jeśli nie udało się osiągnąć celu, kombinuję, co zrobić, żeby następnym razem się powiodło. Kiedy zsumuję ten czas, okaże się, że każda wyprawa tak naprawdę trwa prawie pół roku. Góry i życie tutaj – niemal pół na pół. Dzięki temu jest w moim życiu balans. To tak, jakbym miała dwa życia i cieszyła się z obu.

– Tomek też tak miał?

Eli zastanawia się dłuższą chwilę.

– Trudno być szczęśliwym każdego dnia. Ale na Nandze znikały problemy. Była tylko góra i on. Nie musiał się ciągle martwić o pracę, o długi, o bliskich, których kochał. To, że był daleko od żony i dzieci, czasem nie było dla niego łatwe. Jednak w górach odnajdował równowagę – być może to dzięki wyprawom życie po powrocie było w ogóle możliwe. Życie bez gór? Może kompletnie by się wtedy rozpadł.

– Trzeba się mierzyć ze śmiercią, żeby docenić życie?

– Może nie trzeba. Wybrałam się kiedyś w długą podróż rowerem. Podróż bez najmniejszego ryzyka, ale czułam się jak na wyprawie. Więc może wystarczy uciec od tego życia na dwa miesiące, by wrócić z nowymi siłami?

– Czy w tym roku Tomek również zostawił problemy za sobą?

– Nie. W tym roku był inny.

Tomek Mackiewicz ostatni raz pod Nangą

ROZDZIAŁ 1.
ZMIANA

Jest grudzień 2017 roku. Ghulam Abbas spieszy się na lotnisko w Islamabadzie. Agencja, którą założył jego ojciec, ma obsługiwać zaczynającą się właśnie zimową wyprawę na Nanga Parbat (8125 m n.p.m.). Zlecenie nie jest wielkie, kilka tysięcy dolarów. Ale trzeba się cieszyć, że komuś jeszcze się chce wspinać na zdobytą już górę. Zimą. Przez kilkadziesiąt lat z Nangą siłowali się najlepsi himalaiści świata. O marzenie, by zdobyć wierzchołek, rozbiło się ponad trzydzieści zimowych wypraw. Aż w końcu w lutym 2016 roku na szczyt weszli Pakistańczyk Muhammad Ali, Bask Alex Txikon i Włoch Simone Moro.

Pieniędzy nie będzie dużo, a do tego większość zarobi Ali Saltoro, właściciel agencji, z którą dwoje wspinaczy podpisało kontrakt. Abbas jest tylko podwykonawcą, ma ich odebrać z lotniska, zawieźć do hotelu, a potem wsadzić do samochodu, którym pojadą do miasta Chilas.

Abbasowi towarzyszy kuzyn Atta Ullah. To on będzie przewodnikiem wyprawy. Obaj są bardzo szczupli, mają czarne włosy i razem mniej lat niż Tomek Mackiewicz, który jest ich klientem. Słyszeli o nim. Zastanawiają się, dlaczego kolejny raz wraca do Pakistanu. Był tu już sześć razy, sześć razy próbował jako pierwszy zdobyć Nanga Parbat w najzimniejszych i najciemniejszych miesiącach roku, gdy temperatura potrafi spaść poniżej 50 stopni. A teraz wraca, mimo że ktoś go uprzedził i w kronikach przy pierwszym zimowym wejściu wpisane są już trzy nazwiska. Drugich wejść się nie pamięta, historię można napisać tylko raz. Dlaczego więc nie wybrał innego celu, dlaczego nigdy nie próbował wejść na inny ośmiotysięcznik? Dlaczego wraca, mimo że za wyprawy nie płacą mu wielcy sponsorzy?

Ojciec Abbasa urodził się pod Nangą. A każdy, kto tam mieszka bądź ma rodzinę, słyszał o Tomku. Nikt nie powie o nim złego słowa. Przeciwnie, otacza go aura świętego, no, może półświętego. Miejscowi opowiadają, że potrafi godzinami z nimi rozmawiać, choć inni wspinacze raczej tego nie robią. Wsłuchuje się w ich opowieści, przejmuje problemami. Dzieciom rozdaje zabawki, pasterzom pomaga przy owcach. Po wyprawach zostawia swój sprzęt, choć mówi, że jest ubogim człowiekiem. Chyba rzeczywiście nie jest zamożny. Czasami, gdy kończy mu się jedzenie, puka do drzwi i prosi mieszkańców himalajskich wiosek o ćapati, placki z mąki i wody.

Abbas czeka przed starym budynkiem lotniska, który za kilka miesięcy przestanie działać. Nowe lotnisko, zbudowane na obrzeżach Islamabadu i Rawalpindi, zostanie otwarte dopiero na wiosnę. Będzie ciężko: projektanci zapomną o bankomatach; papierosy będzie się paliło w toaletach, o ile strażnik pożyczy zapalniczkę, bo tej nie można ani przenieść przez bramki, ani kupić wewnątrz. Budynek będzie ogromny, nowy terminal obsłuży nawet 15 milionów pasażerów rocznie. Ale bardziej niż terminalem będzie pomnikiem bogactwa, o którym marzy wielu Pakistańczyków.

Tomek pojawia się jeszcze w drzwiach starego lotniska. Dźwiga kilka toreb i uśmiecha się szeroko. Blond włosy, niebieskie oczy, szerokie barki, rudawa broda. I zmarszczki. Od kącików oczu aż do skroni. Od częstego uśmiechania się, ale też mroźnych wiatrów, przebytych podróży, słońca, dotychczasowego życia pełnego fizycznej pracy.

Wita się z Abbasem i wrzuca torby na dach samochodu.

– Proszę, daj mi to zrobić – mówi Abbas.

– Daj spokój – Tomek klepie go po plecach. – Popatrz na te ręce.

Tak, o tych dłoniach Abbas też słyszał. Są wielkie, zawsze ciepłe i suche. Przecinają je blizny i zadrapania. Paznokcie też są ogromne. Znajomi Tomka żartują, że wyglądają jak paletki do ping-ponga.

– Ja wiem, co to jest ciężka praca. Nie ma samochodu, którego nie potrafiłbym naprawić, więc mogę sam wrzucić torby.

Atta się śmieje, obserwując tę scenę. Przy wyprawach pracuje od ośmiu lat, ale rzadko zdarza się takie powitanie.

– Na Nandze jest dużo śniegu? – pyta Tomek.

– Nie za wiele.

Tomek uśmiecha się delikatnie. To dobra wiadomość. Wspinaczka w dolnych partiach góry będzie łatwiejsza, bo torowanie drogi w głębokim śniegu jest męczące i zabiera dużo czasu. A tego, jak zwykle, nie ma. Żeby długo przebywać w bazie, trzeba mieć dużo pieniędzy. I właściwie rzucić pracę. A Élisabeth, drobna Francuzka, która właśnie uśmiecha się szeroko, witając Pakistańczyków, uczy w szkole wuefu i ma tylko sześć tygodni urlopu.

– Co u ciebie? Co słychać w wiosce? Jak życie? Jak praca? Co słychać w Chilas? – pyta Tomek Attę.

Będzie o czym opowiadać po drodze.

* * *

Chilas leży na wysokości 1200 metrów. Żeby tam trafić, trzeba przejechać z Islamabadu 400 kilometrów. Nie tak znowu wiele, ale podróż trwa kilkanaście godzin. Droga prowadzi po Karakorum Highway uważanej za najwyższą drogę świata. Biegnie wzdłuż Jedwabnego Szlaku, legendarnej trasy, która niegdyś łączyła Europę z Chinami.

Samochód zwalnia, kiedy trzeba wyprzedzić wysokie na 6 metrów, kolorowe ciężarówki wiozące towary na północ Pakistanu albo jadące jeszcze dalej, do Chin. Wiatraczki, frędzelki, drewniane ozdoby – każdy pojazd jest małym dziełem sztuki.

W miejscowości Thakot Karakorum Highway przylepia się do płynącego z przeciwka Indusu. Im bliżej Chilas, tym bardziej szmaragdowa staje się brunatna woda, bo rzekę zasila wiele mniejszych, spływających z lodowców strumieni.

Chilas już niedaleko. Tomek wpatruje się w białą linię, którą widział po raz pierwszy siedem lat temu. Nic się nie zmieniło, farba nieco przyblakła, deszcz zmywa ją ze skalistych gór wznoszących się nad Indusem, a tamy jak nie było, tak nie ma. Linia wciąż działa jednak na wyobraźnię – kiedy zapora w końcu powstanie, wszystko, co poniżej, zniknie pod wodą.

– Tomek, wszystko w porządku? Jak się masz? – trąca go Élisabeth.

– Tak, Eli, spoko, po prostu lekka depresja – odpowiada i odwraca głowę.

Eli jednak czuje, że wcale nie jest spoko. W Tomku coś pękło. Nie śmieje się tak jak w czasie ich poprzednich wypraw. Głęboko zamyka się w sobie i rozmyśla.

„Ten wyjazd jest dziwny i inny, jak zresztą każdy, ale ten jest wyraźnie inny. Nie ma tej radości co zwykle. Czuję tylko jej lekki posmak. Echo dawnych odczuć. Trochę jakbym spełniał przykry obowiązek. Jakbym wyszedł do roboty z ciepłego i pełnego dobrych myśli domu” – pisał do Ani tuż przed wylotem do Pakistanu.

* * *

Nad Nangą wiszą chmury. Sypie.

W Chilas trzeba odwiedzić posterunek policji i załatwić formalności. Od razu zaczynają się kłopoty. Nikt nie wie o wyprawie Tomka i Eli. Szef agencji miał obowiązek zawiadomić policjantów tydzień wcześniej, ale tego nie zrobił.

Jeszcze niedawno nie byłoby wielkiego problemu. Ale wszystko zmieniło się w czerwcu 2013 roku, kiedy w bazie Diamir pod Nanga Parbat zamachowcy zastrzelili jedenaście osób. Dziesięciu wspinaczy i kucharza. Od tamtej pory każdej wyprawie muszą towarzyszyć uzbrojeni funkcjonariusze. Wspinacze płacą za ich wyżywienie, zdarza się, że muszą też zaopatrzyć policjantów w sprzęt potrzebny do przeżycia. Konieczny jest więc jeszcze ktoś, kto wniesie to wszystko powyżej 4000 metrów. Wielkie, dobrze zaopatrzone wyprawy, które atakują Nanga Parbat w zimie, potrzebują kilkuset tragarzy. Mniejsze ekspedycje – dwu-, trzyosobowe – kilkudziesięciu. Tomek i Élisabeth, których wyprawa jest krótka, trwa od pięciu do sześciu tygodni – kilku. Również ich baza jest wręcz minimalistyczna – dwa małe namioty i jeden większy, zwany mesą, w którym można usiąść na plastikowym krześle. W środku dwa palniki, parę garnków. Wyprawa mała, więc ekologiczna – śmieci będzie niewiele.

Wielu himalaistów uważa, że warunki, w których czeka się na dobrą pogodę – a o tę w zimie trudno – muszą być jak najbardziej komfortowe. Trzeba dobrze zjeść, wyspać się we względnym cieple, od czasu do czasu wykąpać w ciepłej wodzie. Tomek myśli inaczej – im trudniejsze jest życie w bazie, tym łatwiej z niej wyjść, by się wspinać. Agencje oczywiście wolą opcję na bogato – tragarzom płacą niewiele, większość kwoty trafia do właścicieli. Ale żaden pieniądz nie śmierdzi, zwłaszcza w Pakistanie.

* * *

Tomek i Élisabeth mają pecha. Nie dość, że szef ich agencji nie zawiadomił policji, to jeszcze trafili na święto. Mijają godziny, pierwszy dzień, drugi. Tomkiem trzęsie, jest niecierpliwy – wie, że jeśli nie ruszą szybko, znów może się nie udać. Styczeń jest dobry na wspinaczkę, w lutym intensywne opady śniegu mogą zasypać marzenia.

– A w tym roku były one inne niż wcześniej – wspomina Élisabeth. – Zwykle dużo rozmawialiśmy o naszych planach, śmialiśmy się. Tomek opowiadał mi też o swoim podróżniczym życiu, o dzieciach, które dziko kochał, o rzeczach, które go ukształtowały. Opowiadał mi, jak siostra zabrała go z ulicy i jak walczył z heroiną. Jak wygrał.

A teraz milczał.

* * *

Trzy dni później słyszą, że mogą ruszać pod Nangę. Tylko że baza wyprawy musi się znajdować w Kutgully. To ostatnie zabudowania przed Nangą. Kilkanaście kamiennych chat zamykanych na zimę. Latem mieszkają w nich pasterze owiec i kóz. Prawdziwa baza, Diamir Base Camp, wykorzystywana przez wspinaczy latem, położona jest na wysokości 4200 metrów, znacznie bliżej Nangi. Ale policjanci nie chcą tam spędzać zimy. Boją się.

Czapkins i pakistański tragarz wracają z bazy Diamir do chat w Kutgully

Droga z Kutgully do bazy Diamir nie jest trudna, teren wznosi się tylko 400 metrów. Ważne, żeby trzymać się lewej strony, bo po prawej można się zgubić na morenach. Kiedy nie ma śniegu, z Kutgully do bazy idzie się dwie godziny. Zimą, kiedy trzeba brnąć przez zaspy, nawet pięć.

– Albo się zgadzacie, albo nigdzie nie pójdziecie – mówią policjanci, którzy na co dzień pracują na posterunku w Chilas.

Nie ma czasu na kłótnie.

– Chodźmy, może po drodze uda się nam przekonać policjanta – mówi Tomek.

* * *

Atta podwozi Eli i Tomka jeepem swojego ojca do mostu Halal. Dalej ścieżka wije się ciemnym wąwozem. Po dwóch godzinach widzą szczyt.

Silny wiatr przegnał na moment chmury i słońce rozświetliło ogromne pola śnieżne rozciągające się powyżej 7000 metrów. Nanga wygląda, jakby płonęła.

Ale kilkaset metrów wyżej z błękitem nieba walczy czerń trapezu – to 600-metrowa piramida szczytowa. W linii prostej dzieli ich od niej kilkanaście kilometrów w poziomie i sześć w pionie. Z tego miejsca piramida wygląda jak ulepiona z litej, czarnej materii. Jakby wiatr wywiał cały śnieg i zdarł z niej białą szatę. Ale Tomek i Élisabeth doskonale wiedzą, że to tylko iluzja. Trapez – stąd wyglądający na niewielki – jest tak naprawdę ogromny. Do szczytu prowadzi labirynt kuluarów, które widać dopiero, gdy jest się blisko. A w nich leży śnieg lub, co gorsza, lód.

Jeszcze kilka godzin trekkingu i są w rodzinnej wiosce Atty – Sair. Wspinacze spędzają noc w pokoju gościnnym domu swojego przewodnika. Tomek wyciąga telefon satelitarny i dzwoni do agenta Alego Saltoro. Chce go prosić o pomoc w przekonaniu policjantów.

– Cześć, Ali, czujemy się dobrze, czy mógłbyś...

Rozmowa się ucina. Tomek zapomniał doładować telefon, to znaczy wykupić pulę środków, które może przeznaczyć na rozmowy (droższe) i esemesy (tańsze). Eli zostaje w budynku, a on przechadza się między kamiennymi domkami. Szuka znajomych twarzy. Towarzyszy mu gromadka roześmianych dzieci. Abdul Ghani, który pomagał Tomkowi w wielu wyprawach, zaprasza go do swojego domu. Palą w piecu, w żar wrzucają ziemniaki, nad piecykiem pieką ćapati. Jedzą razem kolację.

Od rana dyskusja z policjantem, ale on nie chce słyszeć o zmianie planów. Nawet gdyby się zgodził, trzeba by jeszcze zapłacić tragarzom za kilka dodatkowych godzin pracy. A z pieniędzmi krucho.

Słońce chowa się za wysokimi górami i mimo że do prawdziwego zachodu jeszcze kilka godzin, w Sair robi się ciemniej i zimniej. Temperatura poniżej minus dziesięciu stopni.

– Chodźmy, to nic nie da – mówi Élisabeth. – Nie chcę tu zmarnować kolejnego dnia.

Zabierają plecaki i powoli człapią pod wzniesienie górujące nad osadą. Po dwóch godzinach są w Katchal. To nawet nie jest wioska, tylko kilka kamiennych domków położonych na zboczu, po którym wiosną spływa strumyczek. Teraz ziemia jest zmrożona, a chaty puste. Cała okolica Nangi wyludnia się wraz z nadejściem mrozu.

Rano, nie czekając na tragarzy i policjanta, ruszają do Kutgully. Najpierw teren delikatnie się obniża, potem droga prowadzi przez las. Śniegu jest niewiele, ale muszą uważać, bo pod jego cienką warstwą może się skrywać strumień.

– Spieszyliśmy się, chcieliśmy jak najszybciej zacząć się aklimatyzować – opowiada Eli. – Mieliśmy też nadzieję, że policjant w końcu zmięknie.

Ale policjant jest zły – nie powiedzieli mu, że opuszczają Sair. Gdyby coś im się stało, miałby kłopoty. Nie chce słyszeć o przeniesieniu bazy pod samą Nangę. To on odpowiada za bezpieczeństwo wspinaczy. Uwolnią się od niego dopiero wtedy, gdy pójdą powyżej bazy.

– Zrozum – tłumaczą. – Jeśli po wspinaczce za każdym razem będziemy schodzić do Kutgully, stracimy mnóstwo energii i czasu. Pozwól chociaż, żeby paru tragarzy zaniosło do bazy pod Nangą trochę sprzętu, paliwa i jedzenia.

– Nie ma mowy – odpowiada policjant. – Jeśli pójdziecie ze sprzętem i jedzeniem, to na pewno tam zostaniecie.

– Atta, proszę cię, porozmawiaj z nim, do bazy mamy za daleko – mówi Tomek.

Atta próbuje negocjować, ale słyszy, że rozkaz to rozkaz.

Po długiej rozmowie znajdują kompromis – mogą zabrać do bazy najpotrzebniejsze rzeczy, ale po tygodniu mają wrócić do Kutgully. Kucharz zostaje z policjantem.

– Nic w tym roku nie działało – wspomina Élisabeth. – Nie mieliśmy prawdziwej bazy, nie mieliśmy kuchni, nie mieliśmy generatora, a więc nie mieliśmy też prądu. Musieliśmy oszczędzać energię w naładowanych urządzeniach. Telefon satelitarny szybko stał się bezużyteczny.

„Bida z nędzą” – powiedział Tomek Ani w jednej w dwóch rozmów telefonicznych, jakie odbyli podczas tej wyprawy. Innej również dlatego, że kontaktowali się dużo rzadziej niż zwykle.

* * *

Tomek głęboko oddycha. W tym roku spadło dużo śniegu, na drodze do bazy miejscami sięga kolan. Mocno wieje, po chwili nie widać już ich śladów.

Droga z Kutgully do bazy zajmuje im cztery i pół godziny. Ale pod Nangą znów jest tak, jak Tomek lubi – jak okiem sięgnąć tylko śnieg. Nie ma innych wypraw, nie ma kolorowych namiotów. Spokój i mróz.

– Bez policjanta, bez kucharza, sami w bazie, wolni od wszystkiego. Szaleństwo, ale byliśmy bardzo szczęśliwi – wspomina Eli.

Tragarze zrzucają wory i wracają do Sair. Tomek odprawia również swojego przyjaciela Abdula Ghaniego, który w czasie wyprawy pełni funkcję pomocnika kucharza.

– Nic tu po tobie, znikamy w górze na pięć dni, wracaj do ciepła – mówi.

Wychodzą nieco nad bazę, torują w głębokim śniegu. Dalej droga odbija w lewo – jeszcze trochę po śniegu, wprost w korytarze lodu. Potrzaskane bryły – niektóre wielkości człowieka, inne wielkości bloku – tworzą łamigłówkę, co roku nieco inną, bo lodowiec się zmienia. Miliony ton lodu nieustannie się ze sobą siłują. Żeby dostać się do szczytu – na wysokość 8125 metrów – trzeba znaleźć przejście. Trzy zimy temu Tomek i Élisabeth dotarli na 7800 metrów. Rok później na wierzchołku, który skrywa się teraz w chmurach, stanęli Ali, Txikon i Moro, którym zapisano pierwsze zimowe wejście na Nangę. Ale Tomek im nie wierzy. To jeszcze jeden powód, dla którego tu wraca. Chce udowodnić, że góra w zimie wciąż jest dziewicza. A jeśli nawet nie, to wejdzie na nią w stylu, w jakim jeszcze nikt nie zdobył ośmiotysięcznika o tej porze roku. Ale jest tu również po to, by jak zawsze oczyścić głowę. Tym razem ostatecznie. Pragnie zamknąć projekt, który rozpoczął osiem lat wcześniej. Zakończyć dzieło. Przy okazji ma nadzieję, że sukces przyniesie pieniądze, których bardzo, bardzo potrzebuje.

Wracają wieczorem, topią śnieg i zaczynają gotować obiad. Eli nie lubi pakistańskiego jedzenia. Za tłuste. Teraz mogą gotować sobie sami. Na kolację ryż i dal z warzywami.

– Niedopatrzenie agencji przyniosło nam nieoczekiwanie trochę radości – opowiada Eli.

Rano wbijają się w kuluar, który poprowadzi ich w głąb lodowca. Znają go dobrze – wspinają się nim po raz trzeci. Idą z lekkimi, sześciokilogramowymi plecakami. W środku trochę jedzenia i gazu. Zostawiają wszystko na wysokości 5000 metrów. To tak zwany depozyt – trzeba wykopać w śniegu dziurę lub wykorzystać niewielką szczelinę i tam schować wyniesione rzeczy. Przydadzą się w drodze na szczyt. Albo gdy będą z niego schodzić.

Wracają do bazy, a potem znów wspinają się na 5000 metrów. Tym razem rozbijają namiot, spędzają w nim noc i schodzą.

– To była moja strategia – tłumaczy Eli. – Chciałam, żebyśmy się dobrze zaaklimatyzowali. Tomek zwykle niespecjalnie o to dbał.

* * *

Aklimatyzacja to adaptacja. Himalaista powoli, systematycznie przyzwyczaja ciało do coraz większej. Jeśli przyjąć, że na poziomie morza organizm dostaje 100 procent dostępnego tlenu, to ze względu na spadek ciśnienia na 5000 metrów jest to już tylko 50 procent. Na 8000 – 30 procent. Organizm potrafi się przyzwyczaić, ale jeśli ktoś nagle trafia na dużą wysokość, natychmiast czuje efekty.

Na 5000 metrów zakręci mu się w głowie, pojawi się poczucie odrealnienia i duszności, a serce będzie bić szybciej. Na 6000 metrów straci przytomność po dziesięciu minutach. Na 7000 – po pięciu minutach, a na 8000 – po trzech. Gdzieś po drodze zacznie tracić wzrok. Potem, jeśli ktoś nie udzieli mu pomocy, nadejdzie śmierć. Powodem jest niedotlenienie. Przede wszystkim mózgu.

Élisabeth chciała się zaaklimatyzować, żeby uniknąć choroby wysokościowej, która może się zacząć już na wysokości 2500 metrów.

– Są cztery jej rodzaje: ostra choroba górska, wysokościowy obrzęk płuc, wysokościowy obrzęk mózgu i deterioracja wysokościowa – inaczej wycieńczenie wysokością. Trzy ostatnie, jeśli się szybko nie zareaguje, nie poda odpowiedniego leku, nie zejdzie, to choroby śmiertelne – mówi Robert Szymczak, zdobywca trzech ośmiotysięczników i lekarz kilku polskich ekspedycji w Himalaje.

Tomek zna dobrze zasady aklimatyzacji – zdobywanie wysokości po 500 metrów dziennie, co dwa-trzy dni dzień odpoczynku, schodzenie do bazy i ponowna wspinaczka – ale nigdy ściśle ich nie przestrzega. Inna sprawa, że w Himalajach w zimie ścisłe przestrzeganie aklimatyzacyjnych reguł na ogół nie jest możliwe. Przez większość wyprawy pogoda uniemożliwia wychodzenie nad bazę.

* * *

– Tomek tym razem zgodził się na klasyczną aklimatyzację. To wcale nie było oczywiste, bo on uwielbiał spędzać wiele dni ponad bazą. Cieszył się tymi chwilami, były dla niego najważniejsze – mówi Élisabeth. – Samego chodzenia – w górę dla aklimatyzacji, w dół, żeby zregenerować ciało – Tomek nie rozumiał i nigdy do końca nie zaakceptował. Wiele czasu zajęło mi wytłumaczenie mu, że mamy zupełnie inne ciała, ważę kilkadziesiąt kilogramów mniej, a to oznacza inne reakcje na wysokość i zimno. Tomek w górze nie tracił zbyt wiele energii. Dla mnie każda noc powyżej bazy oznaczała dużą utratę sił.

Policjanci chroniący wyprawę wymieniali się co kilka, kilkanaście dni. Na zdjęciu Sherli i Tomek Mackiewicz

Eli wie, że nie wytrzyma więcej niż sześciu tygodni wyprawy. Już na wysokości bazy – 4200 metrów – ciało się nie regeneruje, a ona nie ma zapasu tłuszczu do spalenia. Tymczasem prognozy są niejednoznaczne. Styczeń ma być pochmurny, będzie mocno wiać. Może nie wystarczyć im czasu, by dobrze się zaaklimatyzować i zaatakować szczyt. W lutym zapowiada się tradycyjny scenariusz – opady śniegu i zimny wiatr o sile huraganu zwany jet streamem. Na wysokości 8000 metrów wieje z prędkością ponad 200 kilometrów na godzinę. Zresztą w lutym Eli musi wracać do domu, do pracy, a Tomka nie stać na przedłużenie wyprawy. Opłacenie agencji na kolejny miesiąc to kilka tysięcy dolarów więcej.

Po pięciu dniach wracają spod Nangi do Kutgully. Odpoczywają trzy dni w kamiennych chatach. Jednego wieczoru Tomek do rana siedzi przy ognisku i rozmawia z Pakistańczykami. Tak zapamiętali tamte rozmowy:

– Wróciłem pod Nangę, bo dwie zimy temu Simone, Alex i Ali nie weszli na szczyt – mówi Tomek.

– Ale my jesteśmy pewni, że weszli. Powiedzieli nam, a ludzie widzieli ich przez lornetkę na szczycie.

– Atta, to mi nie wystarcza. Mówię ci, nie weszli, i tylko tak gadają – zapewnia Tomek, grzejąc ręce nad ogniskiem. – A nawet jak weszli, nic to, góra jest wolna. Kocham ją, to dla niej tu przyjeżdżam.

* * *

Początek stycznia 2018. Tomek i Eli wracają w górę. Eli zauważa, że Tomek jest szybszy niż w poprzednich latach. To pierwsza ich wspólna wyprawa, na której nie pali. I pierwsza, do której tak naprawdę się przygotował. Biegał, jesienią odwiedzał siłownię, choć nie lubił tego rodzaju miejsc, ale przede wszystkim przez ostatnie dwa lata wypracował kondycję, jeżdżąc do pracy na rowerze – przez wiele miesięcy codziennie 60 kilometrów, pięć dni w tygodniu. Często w deszczu. A potem osiem godzin ciężkiej, fizycznej pracy w warsztacie samochodowym.

A skoro Tomek jest silny...

– Dlaczego by nie przenieść wszystkich naszych rzeczy z bazy na koniec lodowca za jednym razem? – pyta go Eli. – Jesteś szybszy, zaoszczędzimy czas i energię.

Tomek się zgadza. Udaje im się pokonać drogę z obozu na wysokość 6000 metrów za jednym razem. Zakładają obóz II, Tomek jest potwornie zmęczony. Ale już następnego dnia czuje się dobrze. Wychodzi z namiotu, który rozbili na samym końcu lodowca. Tu zaczyna się przełęcz, a kilkaset metrów wyżej sterczy serak, monstrualna bryła lodu, kluczowy fragment ich drogi na szczyt.

* * *

Wiążą się tylko wtedy, kiedy jest to niezbędne. Zwykle idą osobno, w odstępie kilkudziesięciu, nawet stu metrów. Eli idzie szybko, bo szybko marznie. Co jakiś czas zatrzymuje się i ogląda za siebie.

– Tomek szedł z tyłu, krok za krokiem, zatopiony w powtarzalnych ruchach, swojej wysokościowej mantrze. Tak, mantrze. Kiedyś nie przyszłoby mi to do głowy, ale pod wpływem Tomka moje postrzeganie himalaizmu bardzo się zmieniło – opowiada Eli. – Myślę, że Tomek, idąc samotnie pod górę, kontaktował się z Nangą. I rozmawiał z Feri.

Kim jest Feri? O niej później. Na razie o jedzeniu.

Kiedy są w górze, piją głównie zupę i herbatę. Tomek nie je dużo, na wysokości ledwie co wkłada do ust. Śnieg trafia do specjalnego kubka, który podgrzewają na kuchence. Wodą zalewają suche jedzenie, po kilkunastu minutach liofilizat jest gotowy. Tomek bierze trzy łyżki, resztę oddaje Eli. Czasami rankiem wypija trochę kakao, i to cały jego posiłek.

– Tomek, zjedz jeszcze trochę.

– Dziękuję, nie muszę, spójrz na mnie – wskazuje na brzuch. – Widzisz ten tłuszcz? Mam do zrzucenia ze 20 kilogramów. Poradzę sobie. Bez jedzenia wytrzymam nawet pięć dni. Wystarczy, że otworzę głowę.

ROZDZIAŁ 2.
BLISKO I DALEKO

Pięć dni dobrej pogody. Cel – przebić się przez serak i zanocować jak najwyżej, najlepiej na 7000 metrów. W ten sposób zakończą aklimatyzację.

Bez większych problemów docierają na 6000 metrów i spędzają tam noc. Torują drogę w głębokim śniegu. Ostatni raz byli tutaj dwa lata temu. Kiedy schodzili, serak pękał.

– Teraz był stabilniejszy, więc mniej niebezpieczny – wspomina Élisabeth.

Pierwszy serak pokonują bez większych kłopotów. Ale wyżej jest jeszcze jeden. Ściemnia się, muszą gdzieś przenocować. Znajdują szczelinę, która osłania ich przed wiatrem, ale jeśli nagle masy lodu się poruszą, może się stać ich grobem. Eli boi się rozbijać tam namiot. Ale nie mają wyjścia. Modli się, żeby nie usłyszeć pęknięcia.

– Tamtej nocy myślałam też o filmie, który mieliśmy nagrać – opowiada Élisabeth.

To trudna kwestia, o której rozmawiają od początku wyprawy. Chodzi o wytłumaczenie, dlaczego mają zamiar się rozdzielić i samotnie, innymi drogami, ruszyć ku szczytowi.

Élisabeth uważa, że Nangę najłatwiej będzie zdobyć, trawersując do drogi klasycznej na wysokości około 7500 metrów. Stamtąd droga do szczytu jest już w miarę prosta, większość wspinaczy idzie na wierzchołek właśnie tamtędy.

Tomek zamierza wejść najpierw na północny wierzchołek Nangi (7800 m n.p.m.) – na niego prowadzi droga, którą właśnie się wspinają – i stamtąd przedostać się do drogi, którą w 1953 roku Hermann Buhl jako pierwszy zdobył Nagą Górę.

Tomek, a za nim ściana Nangi widziana z doliny Diamir

– Dla Tomka najważniejsze było, żeby pokazać ludziom, że jest w stanie wspiąć się tą legendarną drogą w zimie. Był pewien, że nikt nigdy tego wyczynu nie powtórzy. Powiedziałam mu: „Dobrze, Tomek, jesteśmy wolnymi ludźmi. Możemy założyć wspólny obóz na 7400 metrach, a potem każde z nas pójdzie własną drogą”. Potem jednak bardzo się przestraszyłam. Pomyślałam, że jeśli cokolwiek się stanie jednemu z nas, nie będziemy w stanie sobie pomóc. Więc jeśli decydujemy się na takie ryzyko, musimy jakoś obronić przed światem te nasze wybory. Powiedziałam więc Tomkowi, że jeśli chce iść drogą Buhla, to powinniśmy nagrać film, w którym jasno wytłumaczymy się z naszych decyzji.

Na razie jednak tego nie robią.

Następnego dnia pokonują drugi serak. Wnoszą sprzęt na wysokość 6600 metrów. Tam spędzają noc. Robi się coraz zimniej, temperatura spada poniżej minus 20 stopni. Chcą iść jeszcze wyżej, ale rankiem załamuje się pogoda. Wieje jak diabli – a wiatr obniża odczuwalną temperaturę o kolejne kilkanaście stopni. Wspinaczka staje się zbyt niebezpieczna. Jedzą śniadanie, składają namiot i zostawiają go w niewielkiej szczelinie, zabezpieczając małą łopatą.

Schodzą do bazy, spędzają w niej noc i wracają do Kutgully. Wiatr ryczy nad Nangą, na skraj Himalajów Zachodnich właśnie dotarł jet stream.

Ma wiać przez kolejne dwadzieścia dni. A do końca wyprawy czasu coraz mniej.

Podczas tej przymusowej przerwy Tomek ostatni raz rozmawia z Anią. Dzwoni z telefonu satelitarnego, który ma ze sobą policjant. – Był spokojny, pogodny, choć trochę zniecierpliwiony czekaniem – wspomina Ania. – Bardzo nie lubił spędzać czasu w bazie.

* * *

– Tyle razy tu przyjeżdżałem, wystarczy. To bardzo ważne, żebym w tym roku zdobył szczyt – Tomek kijem miesza popiół w ognisku.

Chata w Kutgully szczelnie wypełniona jest dymem.

– Nie możesz myśleć, że to siódmy raz i teraz musi się udać. Nie ryzykuj – odpowiada Atta.

– Zobaczysz, w tym roku się uda. Jestem pewny. Nanga mnie wzywa. Mówi: „Co ty robisz w Kutgully? Wracaj do mnie”.

– Kiedy ci tak powiedziała?

– We śnie. Ale musimy poczekać na dobrą pogodę. Ludzie giną tutaj, bo wspinają się, choć pogoda jest fatalna.

Tomek dużo przesiaduje też z kucharzem Shakharem. Pieką ziemniaki i rozmawiają do rana. Wiatr ryczy nad wierzchołkiem. Mijają dni, a Tomek i Eli tracą aklimatyzację. Muszą się ruszyć.

Mimo podmuchów wychodzą na 6000 metrów. Zostawiają tam trochę jedzenia i schodzą. Potem jeszcze raz są w górze. Wieje 70 kilometrów na godzinę – tak mocny wiatr potrafi obniżyć temperaturę o 25 stopni Celsjusza. Z minus 20 robi się nagle minus 45. Są jednak zdeterminowani, by jeszcze raz dotrzeć do 6000 metrów i tym razem spędzić tam noc. Udaje się.

Po powrocie do Kutgully Tomek znów siedzi do rana przy ognisku z Shakharem i swoim przyjacielem Abdulem Ghanim. Jest jeszcze jeden Pakistańczyk, wpadł na chwilę pogadać ze starym znajomym. Tomek obiecuje Ghaniemu, że kiedy zdobędzie Nangę, nauczy go angielskiego i pomoże znaleźć pracę w Europie. Piją herbatę, słuchają muzyki, oglądają filmy na komórce. Jest wieczór.

Ghani idzie po drewno, Élisabeth grzeje się przy ognisku, a Tomek kolejny raz na tej wyprawie opowiada, że Simone Moro nie zdobył Nangi. Pakistańczycy przyznają, że nie lubią Włocha. Jeden z nich wyciąga dwie tabletki i mówi, że jeśli kiedyś Simone wróci pod Nangę, to wrzuci mu je do wody. A wtedy nie będzie mógł się wspinać.

Eli idzie spać po dwudziestej drugiej. Tomek zasypia o piątej. Rankiem jest przerażony.

– Eli, widziałaś te tabletki? Jakby nam je podał, byłoby po wyprawie.

* * *

18 stycznia uznają, że nie mogą dłużej czekać. Czas na atak szczytowy. Przed wyruszeniem z Kutgully jedzą chleb upieczony przez kucharza. Z Élisabeth wszystko dobrze, ale Tomek się zatruł. Wymiotuje.

– Wpadł w jakąś paranoję. Myślał, że może ktoś go otruł, że ktoś tego chciał. Mówił: „jestem pewien, że ktoś coś włożył do tego chleba”. Chciał zabrać kawałek do Polski, żeby go zbadać.

– Jestem pewny, że coś w nim znajdziemy – zapewnia.

Élisabeth próbuje go uspokoić.

– Tomek, jest OK. Mamy dopiero 19 stycznia, jeszcze czas do okna pogodowego. Pójdziemy sobie powolutku do bazy, odnowimy trochę aklimatyzację, a jeśli nie poczujesz się lepiej, zawrócimy.

Kiedy Tomek po raz ostatni rusza z Kutgully pod Nangę, wciąż mocno wieje.

Z jego emocjami też jest kiepsko. – Kiedy pogarszał się jego stan psychiczny, dopadały go lęki, przybierające różne formy. Cierpiał i nie mógł sobie poradzić z napierającymi wizjami. Stawał się nieufny. Inny – wspomina Ania.

ROZDZIAŁ 3.
ATAK

Droga do bazy Diamir wyczerpuje Tomka. Cokolwiek by wypił, zjadł, zwraca. Myślami jest jednak ponad 3 kilometry wyżej. W miejscu, gdzie stanie obóz III i gdzie, według wcześniejszych ustaleń, mają się rozdzielić.

Élisabeth jeszcze raz rozmawia z nim o prognozach. Wynika z nich, że tak naprawdę będą mieli tylko jeden dzień, by wejść na wierzchołek przy niezłej pogodzie.

– A będziesz potrzebował trzech dni, by z obozu IV przejść grań drogą Buhla i wrócić do namiotu – tłumaczy Élisabeth. – Co zrobisz, jeśli zacznie mocno wiać? Tam trzeba dwóch ludzi, sam nie dasz rady.

Tomek się zastanawia. W końcu mówi: – Pójdę z tobą.

Élisabeth czuje ulgę.

– W końcu skoncentrował się na szczycie, a nie na tym, by coś innym udowodnić, dokonać czegoś ekstremalnie trudnego, czego nikt nigdy nie powtórzy.

Ale Tomek wciąż trzyma się swojej obsesji na punkcie zdobycia Nangi. Na szczycie chce nakręcić bardzo dobry materiał filmowy, żeby udowodnić, że rzetelna dokumentacja wideo jest możliwa oraz, że z bazy nie widać wierzchołka Nangi. Więc opowieść o tym, że przez lornetkę widziano Moro, Txikona i Sadparę na szczycie, jest kłamstwem.

* * *

Wychodzą nad bazę, ale w kuluarze mocno wieje. Tomek jest słaby. Zawracają.

– Eli, prześpię się – mówi.

– To może zejdę do Kutgully i przyniosę więcej jedzenia? – pyta Francuzka.

– Wiesz, gdzie jest klucz? Sprawdź wszystkie beczki.

Tomek kładzie się spać, a Eli ruszyła w dół, do Kutgully. Wie, że wszyscy zeszli do Sair.

W beczkach znajduje dobrą kawę, nutellę i jeszcze kilka smakołyków. – W tym roku jedzenie było okropne, też miałam problemy z żołądkiem. Jeśli się dało, woleliśmy gotować sobie sami – wspomina Élisabeth.

Zabiera rzeczy i wraca do Diamir. Jest południe, Tomek grzeje się w słońcu. Czuje się lepiej. Élisabeth podaje mu kubek kawy.

– Marzyłem o niej – uśmiecha się.

Wiatr zwalnia, robi się cicho.

– Widzisz, Tomek, jak wszystko się zmieniło? Jeszcze rano mocno wiało, a teraz? – śmieje się Élisabeth. – To na pewno sprawka Feri.

O Feri jeszcze za chwilę. Na razie Tomek i Eli decydują, że wyruszą następnego dnia.

* * *

Emilio Previtali to włoski wspinacz, narciarz wysokogórski i dziennikarz. A także przyjaciel Simone Moro, jeszcze z nastoletnich czasów. Był członkiem ekipy, z którą Moro wyruszył pod Nangę zimą 2012 roku. Wtedy w bazie Włosi spotkali dziwnego Polaka w pomarańczowej czapce. Polubili go, jego towarzyszy też. Trochę ich dokarmiali. Dużo rozmawiali, zwłaszcza Emilio i Tomek. Zaprzyjaźnili się.

Kiedy Tomek i Eli zaczynają atak szczytowy, Previtali pisze na Facebooku:

„Z ośmiotysięczników do zdobycia zimą pozostaje ten ostatni, czyli K2, na który próbują wejść w tych dniach Denis Urubko i Polacy. Potem (...) padnie ostatni bastion rzeczy niewykonalnych, a kronika himalajska będzie się musiała zająć czymś innym.

To coś »innego«, to coś »potem« w rzeczy samej już się dzieje, chociaż niewielu to dostrzega. Dla wielu jedyną rzeczą, jaka liczy się w himalaizmie, jest kwestia rekordów i bycia pierwszym. Właściwie według niektórych nie oddaliliśmy się zbyt od okresu podboju Himalajów nacechowanego łopoczącymi na wietrze flagami i proporczykami. Tomek Mackiewicz i Élisabeth Revol próbują w tych dniach wspiąć się zimą na Nanga Parbat i jeżeli im się uda, nie będzie to pierwsze wejście zimowe, nie tego szukają. To nie jest coś, co ich interesuje. To drugie wejście, powtórzenie pierwszego wyczynu, i niektórzy zastanawiają się, jaka jest wartość w konfrontacji z niewykonalnym, jaki sens ryzykowania własnego życia (wspinają się tylko we dwójkę w stylu alpejskim) dla samej przyjemności wspinaczki. Moim zdaniem w naszej epoce wspinanie się zimą na już zdobyty przez innych ośmiotysięcznik niesie ze sobą coś nowoczesnego, czystego i rozwojowego, doskonale zrozumiałego. Ktoś, kto mówi, że czas wspinaczek wysokogórskich w górach o wysokości 8000 metrów dobiegł końca, nie wie, o czym mówi. Te ziemskie giganty pozostaną niewymiernym darem, nieskończonym polem treningowym, na którym można poznać własne granice i zmierzyć się z czymś niewykonalnym, z samotnością, ze spustoszeniem ludzkiej duszy. Stanąć wobec niemożliwego oznacza, być może, zmierzyć się z tym wewnętrznym spustoszeniem i spróbować je uporządkować. Zaakceptować siebie. Wydorośleć. Przezwyciężyć lub ograniczyć się, to zależy. Powtórzenie wspinaczki dla czystej przyjemności jej powtórzenia i w poczuciu samotności w świecie z dala od wszystkiego i od wszystkich, tak jak to robią Tomek i Élisabeth, stanowi kwintesencję alpinizmu i to jest to, co prawie wszyscy miłośnicy gór robią w naszym małym świecie. Nie są szaleńcami, są marzycielami. Prawie każdy z nas wchodzi na szczyt góry – nieważne, małej czy dużej – nie po to, by być pierwszym lub czuć się lepszym od innych, lecz po to, by czuć się żywym, wolnym. Szczęśliwym. Być częścią czegoś bardziej złożonego niż my sami. Na temat swojej chęci powrotu zimą pod Nangę, bez zważania na rekordy, Tomek mi napisał: »Czasami w górach zimą mam wrażenie, że uczucie wolności nie jest stanem umysłu, ale czymś, co wykracza poza myślenie, poza umysł. Czasami docieram do tego nieuchwytnego doznania, lecz nie jestem w stanie go zatrzymać, złapać i przeanalizować. Jak tylko poczuję, że jest, to zaraz się ulatnia. To taki dziwny stan, nie byłbym w stanie opisać tego dobrze w słowach, nawet po polsku. To jest ulotne. To absolutna wolność, w nią wierzę. To coś, co czuję, i to jest prawdopodobnie przyczyna, która pcha mnie za każdym razem do powrotu tutaj«. Naprzód, Tomek. Naprzód, Élisabeth”.[1]

* * *

21 stycznia warunki są idealne. Wiatr ucichł, mróz nie przekracza kilkunastu stopni. Pokonują kuluar i dochodzą do krańca lodowca, który chroni ich przed wiatrem. Pierwsze mocniejsze podmuchy czują na przełęczy. Są na wysokości 6000 metrów. A więc Tomkowi, mimo problemów żołądkowych, udało się pokonać w pionie 1800 metrów.

Tuż pod przełęczą zatrzymują się na chwilę. Znajdują niewielką jaskinię, siadają i gotują wodę. Tomek zjada pół liofilizatu – porcji specjalnej, odparowanej żywności – a resztę oddaje Élisabeth.

– Nie jestem bardzo głodny, dalej boli mnie żołądek, ale będzie dobrze – mówi.

Do obozu I dociera jednak wycieńczony. Plan na kolejny dzień: pokonać seraki i dotrzeć na 6600 metrów, gdzie zostawili depozyt, a w nim namiot.

– Jak się czujesz? Dasz radę? – pyta Élisabeth.

– Spróbujmy – odpowiada.

Idzie powoli, dzień dłuży się w nieskończoność. Do obozu III przychodzi kompletnie wyssany z energii. Próbuje wymiotować, ale nie ma czym.

– Zasrana baza, wszystko jest brudne – ociera brodę.

A Eli tymczasem zagląda w szczelinę, w której zostawili namiot, i nie wierzy. Przywiązali go do łopaty. Tylko że łopaty nie ma, wiatr wywiał wszystko spod lodu i zabrał ją ze sobą. Namiot też powinien odlecieć. A jednak pozostał na miejscu. Eli i Tomek patrzą po sobie.

– No, widzisz, Eli, to znak, powinniśmy się wspinać – mówi Tomek.

– Daj spokój, to cud.

– Nie. To Feri.

* * *

„Dziś dowiedziałem się, że Nangę zamieszkuje Feri”.

Tak zaczyna się jeden z zapisów Tomka w pamiętniku z jego piątej wyprawy na Nagą Górę.

Był akurat w Lattabo, bazie po drugiej stronie Nangi, w noc pełni księżyca. Tam od pasterzy wysłuchał opowieści, która wiele mu wyjaśniła. Bo przecież od dawna czuł, że góra żyje, mówi do niego, uwodzi.

„Już za pierwszym moim pobytem na Nanga Parbat odniosłem wrażenie, że to nie tylko taka sobie góra, kawał skały i lodu, nic więcej. Za każdym razem rosło to we mnie bardzo intensywnie. W pewnym momencie zacząłem tracić poczucie normalności, cokolwiek to znaczy. Nabrałem podejrzeń, że choroba psychiczna z pewnością mnie dotknęła. Coraz trudniej było to maskować przed ludźmi”.

Teraz już wie, kto prowadzi z nim tę grę.

„To wszystko przez Nią”.

Feri jest zmiennicą. Może przybierać różne formy, żeby pokazać się ludziom. Bywa demonem, bywa też górską syreną. Ale przede wszystkim jest mocą, może pomóc człowiekowi, może go zabić. Nanga to jej dom. Niels, znajomy Élisabeth i Tomka, zna legendę, według której Feri jest siłą zawieszoną pomiędzy światami żywych i umarłych. – Została na ziemi, bo zrobiła coś złego – mówi Niels.

„Czy to Feri mnie prowadzi na Nandze? Czemu słyszałem głos »I want you!«? Obecnie mam jeszcze większy szacunek do Nangi, skoro wiem, że to nie tylko góra, ale również czyjś dom. Bezmyślnie próbowaliśmy się do niego włamać, a może po prostu należało zapukać. Poprosić o gościnę. Wybacz mi, Feri, moją głupotę i cholerny egocentryzm”.

* * *

Ania: – Był we mnie ogromny, usilnie wypierany lęk, że skoro go wzywa, to chce mi go zabrać.

* * *

Kolejna noc na Nandze. Tomek niczego nie je. Pije trochę herbaty i zupy. Eli pisze do męża i Ludo. Jean-Christophe przekazuje informacje Ani. Z prognozy wiedzą, że od rana ma mocno wiać. Są przygotowani na to, że kolejny dzień spędzą w namiocie.

Przewidywania się sprawdzają. 22 stycznia Tomek pisze do Ani:

„JestesmyC3WiejeZe100KmJutroC4Atak25GoDobreOknoPozdroLudziomDajNaFbProsbaOKciukiIWsparcieFinansoweBDziekujeAll”.

Nie robi odstępów pomiędzy słowami, żeby szybko włożyć rękawiczkę, ale też żeby zaoszczędzić, zmieścić się w jednej wiadomości. Rozkodujmy: „Jesteśmy w obozie III, wieje ze 100 kilometrów na godzinę, jutro obóz IV. Atak 25 stycznia. Wtedy pogoda ma być dobra. Pozdrawiam ludzi. Zamieść na Facebooku prośbę o trzymanie kciuków i wsparcie finansowe. Bardzo wszystkim dziękuję”.

– Tomkowi ten dzień odpoczynku dobrze zrobił – wspomina Eli. – Żołądek przestał go boleć. Mógł w końcu coś zjeść. Dużo rozmawialiśmy i śmialiśmy się. Tak jak kiedyś.

Jedno z ostatnich zdjęć Czapkinsa. 25 stycznia wyszedł z Élisabeth Revol (z lewej) z ostatniego obozu w kierunku szczytu

Ranek 23 stycznia spędzają w namiocie. Podmuchy nie słabną do południa. Potem wiatr schodzi niżej. Wystawiają głowy na zewnątrz i widzą, jak na grani nad nimi ostre smagnięcia wiatru wywiewają śnieg. Ale grań osłania ich od wichury. Postanawiają więc, że spróbują przenieść namiot na wysokość 6900-7000 metrów. Zawsze to lepiej, niż spędzić kolejny dzień bez ruchu.

Wieje 70 kilometrów na godzinę.

Wiadomość do Ani z 23 stycznia: „Trochę się ruszyliśmy, warunki koszmarne, jutro kopuła szczytowa. Kocham cię, moja jedyna”.

Na wysokości 6900 m znajdują szczelinę, a w niej płaskie miejsce, w którym stawiają namiot. Cieszą się, że nie muszą kopać platformy. Szczelina osłania ich od wiatru. Tomek czuje się coraz lepiej, noc jest spokojna. Rano składają namiot i zarzucają plecaki – Tomek niesie 18 kilogramów, Eli 15. W środku namiot, rękawiczki, kuchenkę, karimaty, śpiwory, skarpety, jedzenie, gaz, okulary, neoprenowe maski do ochrony twarzy, leki.

Są przygotowani, że to będzie długi dzień – przed nimi trawers, który ma ich doprowadzić do pól śnieżnych pod piramidą szczytową. Chcą zacząć wcześniej niż zwykle – dotąd czekali na słońce, które sprawiało, że trochę śniegu i lodu wyparowywało z namiotu, a oni mogli się nieco rozgrzać.

23 stycznia wieczorem zgadzają się, że wyruszą o 6 rano.

– Nigdy nie miałam takiego partnera – wspomina Élisabeth. – Nie kłóciliśmy się, nie walczyliśmy ze sobą, po prostu rozmawialiśmy. Zwykle trochę to trwało, ale w końcu decyzje podejmowaliśmy wspólnie. To było dla mnie bardzo ważne, zwłaszcza na tej górze. Czułam, że nie jestem sama, że działamy razem.

24 stycznia. 6 rano. Poranek jest zimny i wietrzny. Wychodzą na grań. Wszystko zamarznięte, ale podmuchy nie przekraczają 50 kilometrów na godzinę. Można ruszać. Dwa lata temu już tu byli, ale tym razem wybierają nieco inną drogę. Wspinają się trochę wyżej, po lodowcu. Szukają miejsca, z którego latem 2009 roku przebili się na pola śnieżne członkowie wyprawy austriacko-kanadyjskiej, by wytyczyć nową trasę na szczyt Nangi. Z opisu Gerfrieda Göschla i Louisa Rousseau wynika, że początek trawersu znajduje się na wysokości 7250 metrów.

– Tomek, popatrz, może to tam?

Eli patrzy jeszcze w dół i dostrzega, że kamień, który widziała na zdjęciu Göschla, znajduje się jednak niżej. Według jej informacji to właśnie tam zaczyna się trawers. Ale miejsce, które wskazała Tomkowi, też wydaje się odpowiednie.

– Musimy spróbować tędy, jestem pewna, że nam się uda – mówi Francuzka. Ufa swojej intuicji.

I ma rację. Po kilkudziesięciu metrach mikstowego terenu docierają do przełączki, a potem do miejsca, które znała z opisów. Trafili na linię, którą dziewięć lat wcześniej przeszli Austriacy i Kanadyjczyk.

Ale pogoda się psuje. Mocny wiatr podrywa śnieg, a widoczność spada do dziesięciu metrów. To jednak wystarcza, żeby nie zgubić drogi. Mimo trudnych warunków Élisabeth czuje się bardzo pewnie.

Dochodzą do ostatniej grani – za nią kocioł Bazhin. Tam znajduje się obóz IV na drodze Kinshofera. Widzą tylko fragment wielkich pól śnieżnych. Reszta skryła się w chmurach.

Przechodzą przez grań i ruszają w kierunku podstawy piramidy szczytowej. Wkrótce jednak się zatrzymują. W trudnych warunkach mogą pomylić drogę.

– Popatrz, może tam są jakieś szczeliny, może w jednej z nich da się rozbić namiot?

– Możliwe, spróbujmy.

Szczelin jest wiele, wybierają taką, która osłania ich od wiatru. Rozbijają w niej namiot. Znów mają szczęście: nie muszą kopać platformy.

Élisabeth przypomina sobie, że to było jak sen. Wszystko szło dobrze. Bardzo dobrze.

Oczywiście z zachowaniem proporcji – trzydzieści kilka stopni poniżej zera, na tej wysokości nie da się wypić tyle, ile organizm potrzebuje, czyli sześciu, siedmiu litrów, trudno cokolwiek zjeść, nie da się zregenerować, zaburzenia snu to norma.

– Widzisz, znów nie potrzebujemy łopaty – mówi Tomek. – Poza tym i tak jej nie mamy.

Tomkowi szczelina bardzo się podoba. Jest trochę jak jama śnieżna, a jamy uwielbia.

– Brakowało mu ich na lodowcu Diamir, więc tamtego wieczoru bardzo się ucieszył – wspomina Élisabeth. – W środku było niemal idealnie, w każdym razie cieplej niż na zewnątrz.

Jest 16. Mają dużo czasu do ataku szczytowego. Przygotowują jedzenie, picie, rozmawiają, co zabrać ze sobą. Długo zastanawiają się, o której wyruszyć.

– Tomek odmroził się w 2015 roku i bardzo bolały go palce u stóp. Był wyczulony na zimno. Mówił, że nie chce stracić kolejnych palców. Zwłaszcza tych u rąk – palce to jego praca.

Podczas wspinaczki zabezpieczał je folią aluminiową i plastikowymi workami. Działało, ale obawiał się ruszyć w nocy.

– Może poczekajmy do rana? – mówi.

Ostatnia wiadomość od Tomka do Ani

– W nocy oczywiście będzie zimniej, więc jeśli chcesz, może być dzień.

– Wstaniemy o piątej i ruszymy o szóstej?

Eli się zgadza.

Wiadomość do Ani z 24 stycznia, ostatnia, którą od niego dostała:

„Jesteśmy na 7300, straszna walka, jeśli pogoda dopisze, jutro szczyt. Kocham tak bardzo, że trudno opisać”.

* * *

25 stycznia. Piąta rano. Namiot kompletnie zamarznięty od środka. Nie mierzą temperatury. Wychodzą. Jest bardzo zimno, ale nie wieje.

– Eli, czuję zimno w palcach – mówi Tomek.

Szybko zawracają do namiotu. Eli wie, że tak trzeba, bo jeśli na początku ataku czuje się zimno w palcach, za chwilę może być po wszystkim. Tomek włącza kuchenkę. Ogrzewa stopy, skarpety. Buty są zamarznięte i mija kilkadziesiąt minut, zanim udaje się je podgrzać. Wychodzą o 7.30. Śnieg nie chrzęści pod stopami, nie ma go dużo, nie trzeba torować drogi.

„Warunki idealne” – myśli Eli.

Trawers jest jednak długi. W końcu dochodzą do podstawy piramidy szczytowej. Zatrzymują się zaskoczeni.

– Jak to w ogóle możliwe? – Eli pyta Tomka.

Patrzą na liny poręczowe. Skąd się tu wzięły? I nagle do niej dociera: to musi być pozostałość po koreańskiej wyprawie, która atakowała górę jesienią.

Poręczówki wskazują im drogę przez pierwsze 150 metrów. Z dołu piramida wygląda banalnie prosto, gołym okiem widać, które kuluary prowadzą na grań szczytową. Ale kiedy na nią wchodzą, widzą, jak jest ogromna i jak łatwo się na niej zgubić. Eli przypomina sobie historię Muhammada Alego, Alexa Txikona i Daniele Nardiego, którzy w 2015 roku pomylili drogę i dlatego nie weszli na szczyt, choć byli bardzo blisko. Już rozumie, jak to było możliwe.

Jest szybsza niż Tomek.

– Idę pierwsza, dawaj za mną – mówi i zaczyna się wspinać.

Dystans między nimi się zwiększa, ale za każdym razem, gdy Tomek znika z pola widzenia, Eli zatrzymuje się i czeka na partnera. Na początku jest jej trudno, bo marznie w cieniu. Około godziny 10 pojawia się słońce, ale szybko przysłania je chmura. Mimo to robi się cieplej. Łatwiej jest czekać.

Eli zakłada okulary.

– Nie było pośpiechu, promienie nie odbijały się mocno, ale pomyślałam, że osłonię oczy – wspomina.

Tomka ciągle nie ma. Eli już chce schodzić, poszukać partnera, ale ten w końcu się zjawia. Słońce wychodzi na chwilę zza chmur.

– Powinieneś osłonić czymś oczy, słońce świeci mocno, bądź ostrożny – mówi do niego.

– Dzięki, czuję się dobrze.

– Jak chcesz.

Eli smaruje twarz i wargi kremem. Tomek nie chce. Wspinają się dalej, w końcu zatrzymują się pod dużym kuluarem.

– Którędy teraz? – pyta Eli.

– W lewo.

Tomek ma rację. Gdyby poszli w prawo, w końcu trafiliby między kamienie i wspinaczka stałaby się diablo trudna. Zwłaszcza na tej wysokości. Na początku wspinają się drogą, którą dwie zimy wcześniej wybrał Muhammad Ali.

Po 200 metrach Eli mówi: – Może lepiej będzie, jak teraz pójdziemy trochę w lewo. W tamtym kuluarze jest więcej śniegu.

Dobrze wybierają. Mikstowy fragment drogi jest suchy, ale nie ma na nim lodu. Są na wysokości 7600 metrów. Tam wchodzą w kuluar, którego rozmiar zaskakuje Francuzkę. Niewiele w nim śniegu – to sprawka styczniowego wiatru.

* * *

Kucharz i policjant siedzą przed chatą w Kutgully i wymieniają się lornetką. Nie rozpoznają wspinaczy, ale widzą, że jeden jest szybszy od drugiego.

– Eli ma problemy.

– Tak, Tomek jest mocny jak skała.

Mylą się. Jest na odwrót.

Tymczasem Tomek i Élisabeth znikają w chmurze. Kucharz wytęża wzrok, ale już nie udaje mu się ich dostrzec. Dochodzi południe. Atta Ullah, przewodnik wyprawy, jest 2800 metrów niżej, w Chilas.

190 kilometrów dalej na północny wschód kilkunastu wspinaczy, członków narodowej polskiej zimowej wyprawy na K2, śledzi w internecie lakoniczne wieści o ataku szczytowym na Nanga Parbat.

– Kiedy ruszyli do ataku, pomyślałem, że to nie może się dobrze skończyć – wspomina Adam Bielecki. – Za szybko. Moim zdaniem nie mieli wystarczającej aklimatyzacji.

– Nadstawialiśmy uszu – mówi Krzysztof Wielicki, kierownik wyprawy na K2.

* * *

Z bazy grań wygląda na bardzo wąską, ale tak naprawdę jest kolosem.

– Dużo na niej kamieni, trudno znaleźć właściwą drogę – wspomina Élisabeth.

Zanim na nią wejdzie, wyciąga kamerę. Jest na wysokości 8035 metrów. Czeka na Tomka. – Był jakieś 15 minut pode mną – mówi. Lekko pomarańczowe słońce nurkuje w kierunku grani Mazeno, niebo jest niebieskie, cień Élisabeth się wydłuża. Przez chwilę widać jej zamrożoną twarz, a potem czarny punkcik. To Tomek. 50 metrów niżej? Może trochę więcej.

Élisabeth wyciąga inReach, połączenie GPS i nadajnika satelitarnego, które może wysyłać i odbierać esemesy. Sprawdza godzinę. 17.15. Do szczytu jeszcze niemal 100 metrów. Znad grani Mazeno nadciągają chmury. Od rana obserwowała, jak się wznosiły coraz wyżej i wyżej. „Pewnie zaraz tu dotrą” – myśli. „Ale nie wyglądają źle. To tylko chmury. Ze szczytu pewnie nic nie zobaczymy, strona Rupal będzie ukryta. A tam, trudno, Kilian Jornet wszedł na Everest w nocy i też niczego nie widział”.

Élisabeth ściąga na moment rękawiczkę, żeby wysłać koordynaty do męża. W tym czasie dochodzi do niej Tomek.

– Widziałam chmury – mówi Eli. – Pewnie nie będziesz w stanie na szczycie nakręcić takiego wideo, jak chciałeś. Ale szczyt już niedaleko. Jak zapadnie noc, zrobi się zimniej, ale może nam się udać.

Tomek przytakuje.

– Jak się czujesz? – pyta Francuzka.

– Dobrze, dziś dobrze, chcę iść – mówi Tomek.

Kiedy Élisabeth pół roku później wspomina tę rozmowę, mówi, że nie zauważyła niczego niepokojącego.

– Decyzję podjęliśmy wspólnie. Jak zwykle. Nie skarżył się na nic. Nie było też po nim widać, że ma jakieś problemy z oddychaniem czy z żołądkiem. Nie był zbyt szybki, ale też nie był wolniejszy niż zwykle.

Słońce szybko znika. Kuluar prowadzi ich jeszcze przez 50 metrów, potem skręcają w prawo. Śnieg przeplata się ze skałą, ale droga nie jest trudna. Eli wchodzi na grań i czuje uderzenie wiatru, który wieje znad doliny Rakhiot. Wcześniej chroniła ich piramida szczytowa, teraz są odsłonięci. Wiatr jest bardzo mocny.

– Zmroziło nas. Warunki zrobiły się okropne – wspomina Élisabeth.

Wyciąga z plecaka maskę, żeby ochronić twarz. Tomek tego nie robi. Idzie powoli. Eli czeka na niego wiele razy. Partner pojawia się po dwóch-trzech minutach. Francuzka wie, że jest późno, muszą być ostrożni i trzymać się razem do samego końca.

* * *

Najpierw widzi tybetańskie flagi, potem łachę śniegu. Stawia na niej stopę, nie myśląc o niczym konkretnym. 18, może 18.15, nie sprawdza. Czuje, że jest miło, ale emocje nie wybuchają. Czasami na szczycie chce się jej płakać, zrobić coś dziwnego, a tym razem zdobywa górę w ciszy.

– Było zbyt zimno, nie mogłam ściągnąć rękawiczki, zrobić zdjęcia, nakręcić filmu, czekałam, aż przyjdzie Tomek i spróbujemy zrobić zdjęcie razem. Teraz tego żałuję – opowiada.

„Trzeba szybko zejść, warunki są kiepskie” – to jej jedyna myśl.

Dwie minuty później Tomek staje obok niej.

Dotarł na szczyt.

Po siedmiu latach od chwili, kiedy po raz pierwszy zobaczył Nangę.

10 lat po swojej pierwszej zdobytej górze.

25 lat po tym, jak znalazł się na samym dnie.

PRZYPISY
[1] https://www.facebook.com/emilio.previtali/posts/10156022728686726