Wydawca: Świat Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 247 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Cytrynowy stolik - Julian Barnes

Zbiór opowiadań autora słynnego „Poczucia kresu”, laureata Nagrody Bookera, to proza tyleż wyrafinowana, elegancka i zaskakująca, co łatwa w odbiorze. Barnes zmienia formy, żongluje humorem i liryzmem, przenosi nas do dziewiętnastowiecznej Szwecji, by opisać niespełniony romans, a za chwilę zaprasza do współczesnej kawiarni amerykańskiej, na śniadanie dwóch plotkujących wdów... I zawsze stawia frapujące pytania. Czym jest życie, inaczej odbierane za młodu, inaczej w starości? Czym jest miłość, skoro najpiękniejsze jest wyobrażenie, jakie o niej mamy? Kim jesteśmy, jeśli nie sposób uchwycić ludzkiej natury? Wybitne!

 Julian Barnes (ur. 1946) - wybitny pisarz brytyjski, laureat nagród literackich, tłumaczony na ponad 30 języków. Jest autorem wielu esejów, opowiadań i powieści, m.in.: Papuga Flauberta, Pod słońce, Anglia, Anglia, Arthur i George, Nie ma się czego bać, Puls. Najnowsza powieść pisarza Poczucie kresu w 2011 r. została uhonorowana prestiżową nagrodą brytyjską The Man Booker Prize.

"Czysty Barnes, łączący subtelność narracji z głęboką intuicją, stroniący od sentymentalizmu i nawet ze smutku potrafiący wydobyć humor".

„Financial Times”

Barnes jest w najwyższym stopniu precyzyjny. Do tego dochodzi niebywałe wyczucie angielskiego komicznego realizmu, a utwór budowany jest linijka po linijce, strona po stronie, dzięki inteligentnej, wnikliwej obserwacji … Cytrynowy stolik bez wielkiego szumu, a jednocześnie skutecznie, podtrzymuje wiarę czytelnika w literaturę.

“New York Times Book Review”

Pięknie opowiedziane elegie o utraconej młodości, utraconych obietnicach i utraconej miłości, świadczące o coraz większej dojrzałości Barnesa jako pisarza.

„New York Times”

W powieściach Barnesa zacierają się granice między fikcją literacką, monodramem, epistolografią, krytyką literacką, a esejem. W tym zbiorku mamy to wszystko w pigułce. Nawet najbardziej skrajne uczucia ukazane są z fotograficzną klarownością i psychologicznym realizmem… Dzięki doświadczeniu jego pisarstwo staje się coraz wyrazistsze w wymowie i coraz mądrzejsze.

„Observer”

 

Opinie o ebooku Cytrynowy stolik - Julian Barnes

Fragment ebooka Cytrynowy stolik - Julian Barnes

Tytuł oryginału THE LEMON TABLE

WydawcaUrszula Ruzik-Kulińska

Redaktor prowadzącyBeata Kołodziejska

RedakcjaZofia Skorupińska

KorektaIrena Kulczycka Marianna Filipkowska Sylwia Ciuła

Copyright © Julian Barnes 2004 All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Joanna Puchalska, 2013

Wydawnictwo Świat Książki 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2018

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanieJoanna Duchnowska

Dystrybucja Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: hurt@olesiejuk.pl, tel. 22 733 50 10

ISBN 978-83-813-9245-7

Krótka historia fryzjerstwa

1

Pierwszy raz po tym, jak się tu przeprowadzili, poszła z nim matka. Pewnie chciała sprawdzić fryzjera. Jakby w tej dzielnicy słowa: „z boków i z tyłu krótko, górę proszę skrócić tylko trochę” mogły znaczyć coś innego. Raczej mało prawdopodobne. Reszta wyglądała dokładnie tak samo jak wszędzie: krzesło tortur, zapach gabinetu lekarskiego, pasek do ostrzenia brzytwy, sama brzytwa – złożona, ale mimo to nadal groźna. Przede wszystkim taki sam był główny oprawca, psychol o potężnych łapskach, co to popycha głowę do przodu, aż o mało tchawica nie pęknie, i dźga w uszy patykowatym palcem.

– Szanowna pani zechce popatrzeć – odezwał się po skończonej pracy śliskim, przymilnym głosem. Matka wróciła z kolorowego czasopisma do rzeczywistości i wstała.

– Bardzo dobrze. – Pochyliła się i powąchała jego włosy. – Następnym razem przyślę go tu samego.

Na ulicy pogłaskała syna po policzku, popatrzyła nieobecnym wzrokiem i mruknęła:

– Moje biedne, ostrzyżone jagniątko.

Teraz poszedł sam. Minął agencję nieruchomości, sklep sportowy, bank mieszczący się w szachulcowym budynku, ćwicząc kwestię: „z boków i z tyłu krótko, górę proszę skrócić tylko trochę”. Wymawiał słowa starannie, nie wstawiając przecinków; trzeba dokładnie artykułować, jakby się modlił. W kieszeni miał szylinga i trzy pensy; wsunął tam chusteczkę, żeby zabezpieczyć monety przed wypadnięciem. Nie podobało mu się, że nie wolno się bać. Z dentystą wyglądało o wiele prościej; zawsze jest przy nim matka, zawsze dentysta sprawia ból, ale później, w poczekalni przy innych pacjentach, można odgrywać zucha. Rodzice są dumni. „Jak tam, kolego, na polu walki?” – pyta ojciec. Ból dawał dostęp do świata dorosłych słów. Dentysta mówi: „Pochwal się ojcu, że się nadasz do wojska. Będzie dumny”. A w domu ojciec pyta: „Jak tam, kolego, na polu walki?”, wtedy on odpowiada: „Pan Gordon powiedział, że nadaję się do wojska”.

Wchodząc do środka, czuł się ważny, jakby już fakt otworzenia drzwi samemu pasował go na dorosłego. Ale fryzjer ledwo raczył kiwnąć głową i tylko pokazał trzymanym w ręku grzebieniem rządek krzeseł, po czym znów się pochylił nad siwym klientem. Gregory usiadł. Krzesło skrzypnęło. Już mu się chciało siusiu. Obok stał kosz z kolorowymi pismami, ale nie śmiał wziąć żadnego do ręki. Patrzył tylko na przypominające mysie gniazda kłaki leżące na podłodze.

Kiedy przyszła jego kolej, fryzjer położył na fotelu grubą gumową poduszkę. Odczuł to jak zniewagę; od dziesięciu i pół miesiąca nosił długie spodnie[1]. Jak zwykle: nigdy nie są znane aktualnie obowiązujące zasady, czy wszystkich torturują w ten sam sposób, czy tylko jego. Jak teraz: fryzjer właśnie o mało go nie udusił ręcznikiem, tak mocno zaciskał go na szyi przy upychaniu pod kołnierzyk.

– Czym mogę służyć, młody człowieku? – Ton głosu wyraźnie zdradzał przekonanie, że tak nędzna istota mogła się przybłąkać do zakładu w zasadzie nie wiadomo po co.

Po dłuższej chwili Gregory odpowiedział:

– Chciałbym ostrzyc włosy.

– Pozwolę sobie zauważyć, że trafiłeś pod właściwy adres. – Fryzjer stuknął go grzebieniem w głowę; wprawdzie nieboleśnie, ale znowu nie tak lekko.

– Z boków i z tyłu krótko, górę proszę skrócić tylko trochę.

– O, tak od razu lepiej – rzekł fryzjer.

Nie we wszystkie dni tygodnia strzyżono chłopców. Na drzwiach wisiała kartka: „W sobotę rano chłopców nie przyjmujemy”. W sobotę po południu i tak było zamknięte, więc równie dobrze mogli napisać: „W soboty chłopców nie przyjmujemy”. Chłopcy przychodzili zatem, kiedy dorośli mężczyźni nie chcieli lub nie mogli. Zwłaszcza ci pracujący. Chłopcy mieli się strzyc w tym samym czasie co emeryci. Wszyscy trzej fryzjerzy byli w średnim wieku, nosili białe fartuchy i obsługiwali zarówno młodych, jak i starych. Tym ostatnim strasznie się podlizywali, prowadzili z nimi jakieś tajemnicze rozmowy, udawali, że obsługiwanie ich to nie wiadomo jaka przyjemność. Starsi panowie nawet w lecie przychodzili w płaszczach i szalikach, a wychodząc, dawali napiwki. Gregory kątem oka obserwował te transakcje. Jeden dorosły dawał drugiemu dorosłemu pieniądze, jakby wymieniali potajemny uścisk dłoni, przy czym obaj udawali, że nic się nie dzieje.

Chłopcy nie dawali napiwków. Może dlatego fryzjerzy nienawidzili chłopców. Bo mniej płacili i nie dawali napiwków. I nie siedzieli spokojnie. Chyba że matki kazały im siedzieć spokojnie, wtedy siedzieli spokojnie, ale i tak fryzjer popychał głowę dłonią twardą jak obuch topora i mówił: „Siedź spokojnie”. Krążyły opowieści o chłopcach, którym obcięto koniuszki uszu, bo nie siedzieli spokojnie. Na brzytwę mówiono: podrzynacz. Wszyscy fryzjerzy to psychole.

– Jesteśmy w zuchach?

Chwilę trwało, nim do Gregory’ego dotarło, że to do niego adresowane. Nie wiedział, czy ma trzymać głowę pochyloną, czy też może ją podnieść i spojrzeć na odbicie fryzjera w lustrze. Zdecydował się odpowiedzieć ze spuszczoną głową.

– Nie.

– Już skaut?

– Nie.

– Krzyżowiec?

Gregory nie wiedział, co to znaczy. Chciał podnieść głowę, ale fryzjer natychmiast stuknął grzebieniem.

– Mówiłem, żebyś siedział spokojnie.

Gregory tak się bał psychola, że nie odpowiedział na pytanie, co tamten zrozumiał jako zaprzeczenie.

– Fajna organizacja ci krzyżowcy. Pomyśl o tym.

Gregory wyobraził sobie, jak by to było zostać rozsiekanym przez krzywe saraceńskie szable czy przywiązanym do pala na pustyni i zjedzonym przez mrówki i sępy. Poddawał się przy tym chłodnej gładkości nożyczek – zawsze zimnych, nawet jak nie były zimne. Mocno zacisnąwszy powieki, usiłował wytrzymać łaskotliwą torturę spadających na twarz włosków. Nadal nie patrzył, święcie przekonany, że fryzjer powinien był skończyć wieki temu, chyba że jest kompletnie świrnięty i będzie tak ciął, ciął, aż do łysego. Jeszcze go czeka ostrzenie brzytwy, będące wstępem do poderżnięcia; a potem skrobanie ostrza na suchej skórze przy uszach i z tyłu na karku i wreszcie wpychanie miotełki do oczu i do nosa podczas oczyszczania twarzy z włosków.

Zawsze się wtedy krzywił. Ale było tu coś jeszcze bardziej nieprzyjemnego. Podejrzewał, że nieprzyzwoitego. Rzeczy, o których się nie wie albo nie powinno się wiedzieć, przeważnie potem okazują się nieprzyzwoite. Jak znak cechu fryzjerów przy drzwiach. Musi być nieprzyzwoity. W poprzednim zakładzie był to zwykły drewniany słupek, na którym namalowano dwie spiralne kolorowe wstęgi. Ten był elektryczny i pasy koloru cały czas się wiły. Uznał, że to jeszcze bardziej nieprzyzwoite. Wszystko może być nieprzyzwoite, jak się człowiek uprze. Tę wielką prawdę o życiu odkrył niedawno. Specjalnie mu to nie przeszkadzało. Gregory lubił nieprzyzwoite rzeczy.

Nie poruszając głową, spojrzał w lustro obok drzwi, na emeryta dwa krzesła dalej. Właśnie głośno coś mówił, jak to starsi ludzie. Pochylony nad nim fryzjer przycinał brwi małymi nożyczkami o zaokrąglonych końcach. Po chwili to samo zrobił w nosie i w uszach. Wyciął całkiem spore kosmyki. Ohydne. Na koniec natarł szyję talkiem. Ciekawe po co.

Główny oprawca tymczasem wyjął maszynkę. Kolejna rzecz, której Gregory nie lubił. Czasami używali maszynki ręcznej, przypominającej otwieracz do puszek, zgrzyt, suw, zgrzyt, suw wokół czaszki, aż głowa mało nie odpadała. Ale tu była maszynka elektryczna, jeszcze gorsza, ponieważ mogła porazić prądem. Wiele razy to sobie wyobrażał. Fryzjer bzyczy maszynką, nie patrzy, co robi, bo przecież i tak nienawidzi chłopców; odcina kawał ucha, krew tryska na maszynkę, robi się zwarcie i porażenie gotowe. Setki tysięcy razy musiało się tak zdarzyć. Fryzjer przeżyje, bo ma buty na gumie.

W szkole pływali nago. Pan Lofthouse nosił taki woreczek, żeby nie widzieli jego kutasa. Chłopcy rozbierali się do rosołu, brali prysznic ze względu na wszy, kurzajki oraz – głównie w przypadku Wooda – na nieprzyjemny zapach, a potem wskakiwali do basenu. Jeśli się najpierw wyskoczyło jak najwyżej w górę, to potem woda uderzała w jądra. To było nieprzyzwoite, więc lepiej, żeby nauczyciel nie widział. W wodzie jądra sztywniały, przez co siusiak bardziej sterczał, a gdy potem się wycierali, zerkali na siebie ukradkiem, niby to nie patrząc, zupełnie jak w lustrze u fryzjera. Wszyscy w klasie byli z tego samego rocznika, ale niektórzy jeszcze nie mieli tam włosów; u innych, u niego też, pojawił się już pas owłosienia wyżej, ale nic na jądrach; tylko Hopkinson i Shapiro byli owłosieni jak mężczyźni i mieli ciemniejszy kolor, brązowawy, jak tata, wie, bo raz rzucił okiem przy pisuarze. On przynajmniej jakieś włosy miał, nie jak Baldy Bristowe, Hall czy Wood. Ale skąd Hopkinson i Shapiro się tacy wzięli? Wszyscy chłopcy mieli siusiaki, a Hopkinson i Shapiro mieli już kutasy.

Chciało mu się siusiu. Nie można. Tylko nie myśleć o siusianiu. Wytrzyma do powrotu do domu. Krzyżowcy walczyli z Saracenami i odbili Ziemię Świętą z rąk niewiernych. „A jakie to są niewierne ręce, panie psorze?”. Jeden z dowcipów Wooda. Nosili krzyże na tunikach. W Izraelu musiało być gorąco w kolczugach. Nie myśleć o tym, że pewnie by wygrał w zawodach, kto wyżej nasika na ścianę.

– Jesteś stąd? – spytał nagle fryzjer.

Pierwszy raz Gregory spojrzał na niego w lustrze jak należy. Czerwone policzki, małe wąsy, okulary, żółtawe włosy w kolorze szkolnej linijki. W szkole ich uczono: Quis custodiet ipsos custodes. A kto strzyże i goli golibrodów? Od razu widać, że to zboczeniec, nie tylko psychol. Wiadomo, że na świecie jest mnóstwo zboczeńców. Nauczyciel pływania też był zboczeńcem. Po lekcji, kiedy owinięci ręcznikami dygotali z zimna, z zesztywniałymi jądrami, sterczącymi siusiakami i dwoma kutasami, pan Lofthouse nieśpiesznie szedł wzdłuż brzegu, wchodził na trampolinę, chwilę stał, czekając, aż wszystkie oczy zwrócą się w jego stronę; wielkie muskuły, spory tatuaż, ramiona do przodu, woreczek na sznurkach obwiązanych wokół bioder; potem brał głęboki oddech, nurkował i przepływał pod wodą całą długość basenu. Dwadzieścia pięć jardów pod wodą. Wynurzał się, oni klaskali – niezbyt szczerze, prawdę mówiąc – a on, obojętny na aplauz, demonstrował różne style pływackie. Zboczeniec. Pewnie większość nauczycieli to zboczeńcy. Jeden nosił obrączkę. Już to świadczyło, że na pewno nim jest.

Ten tutaj też.

– Mieszkasz w pobliżu? – powtórzył pytanie fryzjer.

Gregory nie da się na to nabrać. Jeszcze przyjdzie do niego do domu i zmusi do zapisania się do skautów lub krzyżowców. I poprosi mamę, żeby puściła go na biwak w lesie – będzie tylko jeden namiot, zboczeniec opowie straszne historie o niedźwiedziach, i chociaż na geografii się uczyli, że w Anglii niedźwiedzie wyginęły już w czasach krucjat, Gregory prawie uwierzy w zapewnienia, że w pobliżu czai się niedźwiedź.

– Nie na długo – odparł Gregory. Od razu skapował, że nie było to zbyt mądre. Przeprowadzili się niedawno. Czeka go wiele lat przychodzenia tutaj i wysłuchiwania drwin fryzjera. Rzucił okiem w lustro, ale zbok udawał niewiniątko. Z wyraźnym roztargnieniem dokonywał ostatnich cięć. Potem odchylił kołnierzyk, żeby jak najwięcej włosów wpadło za koszulę.

– Pomyśl o krzyżowcach – powiedział, zdejmując ręcznik. – Mogłoby ci się podobać.

Gregory obserwował w lustrze siebie wyłaniającego się z całunu ręcznika. Wyglądał jak przedtem, może tylko uszy mu teraz bardziej sterczały. Zaczął się zsuwać z gumowej poduszki. Grzebień stuknął w czubek głowy, co teraz, kiedy zostało mniej włosów, odczuł boleśniej niż przedtem.

– Jeszcze chwila, młodzieńcze. – Fryzjer wolno przeszedł na sam koniec wąskiego pomieszczenia i wrócił z owalnym lustrem jak z tacą. Przechylił je, żeby pokazać tył.

Gregory spojrzał w pierwsze lustro, w drugie lustro i w bok. To nie był tył jego głowy. Zupełnie nie. Poczuł, że się czerwieni. Chciało mu się siusiu. Zboczeniec pokazywał mu kogoś obcego. Czarna magia czy co? Gregory patrzył długo, coraz bardziej kraśniejąc, na tył czyjejś głowy, ładnie podgolony i schludny, i w pewnym momencie zrozumiał, że jeśli chce się uwolnić, musi podjąć grę zboczeńca, więc ostatni raz rzucił okiem na obcą czaszkę, śmiało popatrzył na obojętne okulary fryzjera w lustrze i powiedział cicho:

– Tak. Dobrze.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

1 Uczniowie w angielskiej szkole zaczynali nosić długie spodnie w wieku 13 lat, młodsi chodzili w krótkich (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).