Wydawca: Poligraf Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 542 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Cyrk - Sławek Michorzewski

Powieść „Cyrk” to literacki fikoł, nie można jej bowiem sklasyfikować jako jeden konkretny gatunek literacki. Łączy cech literatury absurdu, kryminału i czarnej komedii.

Opinie o ebooku Cyrk - Sławek Michorzewski

Fragment ebooka Cyrk - Sławek Michorzewski

Wszyst­kie po­sta­ci i wy­da­rze­nia za­miesz­czo­ne w ni­niej­szej książ­ce są wy­two­rem fan­ta­zji i na­le­ży je trak­to­wać jako fik­cję li­te­rac­ką.

Zbież­ność na­zwisk i ewen­tu­al­ne po­do­bień­stwo bo­ha­te­rów do ży­ją­cych lub zmar­łych osób jest cał­ko­wi­cie przy­pad­ko­we i nie­za­mie­rzo­ne.

Po­glą­dy wy­ra­ża­ne przez bo­ha­te­rów w ni­niej­szej książ­ce nie są po­glą­da­mi au­to­ra i po­wsta­ły w jego umy­śle wy­łącz­nie na po­trze­by książ­ki.

© Co­py­ri­ght by Sła­wek Mi­cho­rzew­ski

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two Po­li­graf

Re­dak­cja: Ka­ta­rzy­na Szach-Bo­la­czek

Ko­rek­ta: Anna Po­pis-Wit­kow­ska

Pro­jekt okład­ki: Mi­ko­łaj Wnęk

Ła­ma­nie: Ka­ta­rzy­na Szach-Bo­la­czek

Wy­da­nie pierw­sze, Byd­goszcz 2012

Wy­da­nie, druk i dys­try­bu­cja: Wy­daw­nic­two Po­li­graf

ISBN: 978-83-63506-26-1

Wszyst­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy nie wol­no re­pro­du­ko­wać i prze­ka­zy­wać w żad­nej po­sta­ci – ani za po­mo­cą ja­kich­kol­wiek środ­ków elek­tro­nicz­nych czy me­cha­nicz­nych włącz­nie z fo­to­gra­fo­wa­niem i na­gry­wa­niem, ani za po­mo­cą in­ne­go sys­te­mu po­zy­ski­wa­nia i od­twa­rza­nia for­ma­cji – żad­nej czę­ści ni­niej­szej książ­ki.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

OD AUTORA

Prze­strze­ga­nie przed wła­sną książ­ką to głu­po­ta, jed­nak w cza­sach, kie­dy na pi­sa­niu ksią­żek się nie za­ra­bia, mogę po­zwo­lić so­bie na odro­bi­nę re­flek­sji.

Dro­gi Czy­tel­ni­ku, je­że­li masz de­li­kat­ną na­tu­rę, je­steś eru­dy­tą i wiel­bi­cie­lem czy­sto­ści ję­zy­ka pol­skie­go, je­że­li rażą cię dra­stycz­ne sce­ny, bru­tal­ność, a po­tocz­ny ję­zyk, ja­kim po­ro­zu­mie­wa­ją się na co dzień Po­la­cy, jest Ci obcy – to nie jest książ­ka dla Cie­bie.

ROZDZIAŁ 1

Od­kąd się­gam pa­mię­cią, w domu za­wsze bra­ko­wa­ło pie­nię­dzy. Nie cho­dzi o to, że brat i ja nie mie­li­śmy co jeść, ale o to, że to, co je­dli­śmy, za­wsze było naj­tań­sze, z prze­ce­ny, lek­ko prze­ter­mi­no­wa­ne lub z pro­mo­cji (czy­li lek­ko prze­ter­mi­no­wa­ne). Moż­na po­wie­dzieć, że na chleb i do chle­ba było, ale na wszyst­ko inne nie wy­star­cza­ło. Ciu­chy no­si­łem głów­nie po bra­cie. Zda­rza­ło się też, że w ra­mach ja­kie­goś ge­stu czy po przy­pły­wie nie­spo­dzie­wa­nej pre­mii oj­ciec ku­po­wał mi cha­ło­we je­an­sy z wy­prze­da­ży z fran­cu­skie­go mar­ke­tu, któ­re Fran­cu­zi tak licz­nie sta­wia­li nam, Po­la­kom, praw­do­po­dob­nie w ra­mach re­kom­pen­sa­ty za wrze­sień 1939.

Tata był urzęd­ni­kiem pań­stwo­wym, pra­co­wał w ar­chi­wum miej­skim w Gdań­sku. Na szczę­ście ta nud­na i pach­ną­ca stę­chli­zną ro­bo­ta nie wy­pa­li­ła go w środ­ku. Od dziec­ka, a kon­kret­nie od dnia, kie­dy nasz dzia­dek An­to­ni za­brał tatę w la­tach sześć­dzie­sią­tych do cyr­ku, oj­ciec chciał zo­stać cyr­kow­cem. Pra­gnął tego całą swo­ją du­szą. Zbie­rał wy­cin­ki z ga­zet, bi­le­ty, zdję­cia i wszyst­kie inne ga­dże­ty do­ty­czą­ce dzia­łal­no­ści cyr­ko­wej. Raz w ży­ciu uda­ło mu się wy­je­chać za gra­ni­cę, do ZSRR. Wte­dy wła­śnie zo­ba­czył na wła­sne oczy wy­stę­py cyr­ku w Mo­skwie, po­dob­no naj­lep­sze­go na świe­cie.

Ma­rze­nia ma­rze­nia­mi, a re­alia swo­ją dro­gą. Pro­za ży­cia uczy po­ko­ry i tata za­miast ro­bić ka­rie­rę cyr­kow­ca, sku­pił się na roli ojca dwóch ma­łych ło­bu­zów – Jan­ka, czy­li mo­je­go star­sze­go o rok bra­ta, i mnie, czy­li Bron­ka. Imio­na ro­dzi­ce wy­bra­li nam nie­przy­pad­ko­wo. Ja­nek zo­stał Jan­kiem, po­nie­waż ma­mie po­do­ba­li się bar­dzo Ja­nek z „Czte­rech pan­cer­nych” i Hans Kloss, w koń­cu też Ja­nek. Ja swo­je nie­szczę­sne i nie­pa­su­ją­ce do współ­cze­snych cza­sów imię odzie­dzi­czy­łem po Bro­ni­sła­wie Cie­śla­ku, na­szym su­per­de­tek­ty­wie, któ­re­go ro­dzi­ce byli wiel­ki­mi fa­na­mi. Oczy­wi­ście tato naj­bar­dziej lu­bił od­ci­nek roz­gry­wa­ny w cyr­ku, nie mu­szę chy­ba mó­wić dla­cze­go.

***

Bied­nie, bo bied­nie, ale poza tym w domu za­wsze było we­so­ło, przy­najm­niej do dnia, w któ­rym pi­ja­na tram­wa­ja­ra prze­je­cha­ła na­szą mamę. Cho­dzi­łem wte­dy do pierw­szej kla­sy li­ceum. Pew­nie trau­ma wy­ma­za­ła więk­szość wspo­mnień, bo ze śmier­ci mamy pa­mię­tam tyl­ko tyle, że było to w maju. Przez na­stęp­ne lata każ­de­go dnia uświa­da­mia­łem so­bie na nowo, że ży­cie nie jest ta­kie we­so­łe i bez­tro­skie, jak twier­dzi­ła mama. Mimo cią­głych kło­po­tów ze wszyst­kim ce­cho­wał ją sza­lo­ny opty­mizm. Brat i ja by­li­śmy już wte­dy wy­star­cza­ją­co duzi, żeby wie­dzieć, że mama po pro­stu kła­mie, żeby nas od­izo­lo­wać od praw­dy o ży­ciu.

Na­sza sy­tu­acja od­mie­ni­ła się trzy lata i dzie­więć mie­się­cy po śmier­ci mamy. Moż­na wręcz po­wie­dzieć, że bar­dzo się od­mie­ni­ła. Pa­mię­tam ten dzień, jak­by to było wczo­raj. To była so­bo­ta 9 lu­te­go 2008 roku. Sie­dzia­łem ra­zem z bra­tem i tatą w domu i tak jak­by oglą­da­li­śmy te­le­wi­zję. Ce­lo­wo uży­łem zwro­tu „tak jak­by”, bo jak za­wsze w waż­nym mo­men­cie wy­eks­plo­ato­wa­ny dwu­dzie­sto­let­ni ru­ski te­le­wi­zor padł z po­wo­du zło­śli­wie wy­ła­mu­ją­ce­go się lutu w gnieź­dzie an­te­no­wym, gdy chcie­li­śmy obej­rzeć ko­lej­ny od­ci­nek „Kiep­skich”. Tata włą­czył więc ra­dio i cier­pli­wie lu­to­wał gra­ta, a my cze­ka­li­śmy, za­ja­da­jąc chip­sy pa­pry­ko­we.

– W Du­żym Lot­ku wy­lo­so­wa­no sześć na­stę­pu­ją­cych liczb: 6, 8, 30, 38, 43, 46 – usły­sze­li­śmy głos spi­ke­ra dru­giej ka­te­go­rii, któ­ry po­da­wał nu­me­ry z ostat­nie­go lo­so­wa­nia lot­to. – Ży­czy­my wy­so­kich wy­gra­nych.

Tato odło­żył lu­tow­ni­cę i no­to­wał wy­ma­wia­ne przez spi­ke­ra cy­fry.

– Dzie­cia­ki, chło­pa­ki! – wy­krzyk­nął ucie­szo­ny, kie­dy za­pi­sał ostat­nią licz­bę. – Mamy piąt­kę! Ale traf! Gram pra­wie trzy­dzie­ści lat i wresz­cie coś kon­kret­ne­go wy­gra­łem!

Tato wziął ku­pon ze sto­łu i za­czął cho­dzić z nim po po­ko­ju, pod­no­sząc nogi wy­so­ko jak bo­cian bro­dzą­cy w ba­jo­rze.

– Piąt­kę? A ile to bę­dzie kasy? – za­py­tał Ja­nek, pod­no­sząc gło­wę znad skryp­tu ze sta­ty­sty­ki.

– Jak bę­dzie mało pią­tek, to może sześć albo na­wet sie­dem ty­się­cy zło­tych.

– Aż tyle? To może nie bę­dzie­my mu­sie­li ca­łych wa­ka­cji pra­co­wać i na­wet na ty­dzień nad mo­rze po­je­dzie­my?

– Naj­pierw spraw­dzi­my, ile pie­nię­dzy przy­słu­gu­je nam za wy­gra­ną, póź­niej się za­sta­no­wi­my, na co nas stać. Ale mu­si­cie pa­mię­tać, że stu­dia są naj­waż­niej­sze, nie bę­dzie­my bez sen­su wy­da­wać tych pie­nię­dzy. Jak zo­sta­nie nad­wyż­ka, to za­sza­le­je­my. Za­bio­rę was do Mu­zeum Cyr­ku w Pre­etz.

– Do mu­zeum cyr­ku? Ależ tato, ja je­stem na trze­cim roku stu­diów i nie w gło­wie mi wy­da­wa­nie pie­nię­dzy na oglą­da­nie mu­zeum cyr­ku – po­wie­dział Ja­nek naj­de­li­kat­niej jak umiał.

– Ja też miał­bym inne pla­ny – przy­sze­dłem bra­tu z po­mo­cą.

Spór, na co wy­dać pie­nią­dze, trwał aż do mo­men­tu, gdy po­szli­śmy spać, i wy­buchł ze zdwo­jo­ną siłą przy nie­dziel­nym śnia­da­niu. Po obie­dzie wszy­scy by­li­śmy na sie­bie po­obra­ża­ni. Tato nadal nie był skłon­ny wy­da­wać na nic ani zło­tów­ki, no, może poza wy­jaz­dem do mu­zeum cyr­ku. Ja­nek chciał je­chać z ko­le­ga­mi z roku na ma­jów­kę nad mo­rze, a ja – ku­pić po­rząd­ny ro­wer gór­ski. Prze­cież od­kąd po­szli­śmy na stu­dia, za­wsze pra­co­wa­li­śmy przez całe wa­ka­cje, żeby po­móc ojcu w utrzy­ma­niu nas, stu­den­tów, więc nie wi­dzie­li­śmy nic złe­go w tym, żeby każ­dy wziął z tej wy­gra­nej coś dla sie­bie.

– Słu­chaj­cie – rzekł tato pod ko­niec dnia, żeby za­po­biec eska­la­cji kon­flik­tu. – Je­że­li wy­pła­cą wię­cej niż sześć ty­się­cy zło­tych, to każ­dy z was do­sta­nie po ty­siącu i bę­dzie mógł zro­bić z nim, co ze­chce. A je­śli wy­gra­na bę­dzie niż­sza, pie­nią­dze zo­sta­ną u mnie i wy­dam je we­dług wła­sne­go uzna­nia na na­sze bie­żą­ce po­trze­by. Zgo­da? – za­py­tał na ko­niec.

– Zgo­da, zgo­da! – po­wie­dzie­li­śmy chó­rem i usta­li­li­śmy, że jako ko­mi­sja i za­ra­zem jako ochro­na ojca pój­dzie­my z nim w po­nie­dzia­łek do sie­dzi­by Lot­to i od­bie­rze­my wy­gra­ną.

***

W po­nie­dzia­łek 11 lu­te­go tata wy­szedł wcze­śniej z pra­cy, my na­wia­li­śmy z uczel­ni i spo­tka­li­śmy się pod ko­lek­tu­rą punk­tu­al­nie o czter­na­stej. Z za­par­tym tchem we­szli­śmy do po­ko­ju na pię­trze, w któ­rym sie­dzia­ły dwie ko­bie­ty. Tata wy­jął z kie­sze­ni ma­ry­nar­ki ku­pon i po­ło­żył go na kon­tu­arze.

– Dzień do­bry, przy­szli­śmy zgło­sić i ode­brać wy­gra­ną – ode­zwał się do po­chy­lo­nej nad biur­kiem ko­bie­ty. – Może pani po­wie­dzieć, ile jest pła­co­ne za piąt­kę z so­bo­ty?

– Dzień do­bry – od­po­wie­dzia­ła. – Wi­dzę, że pa­no­wie sil­ną gru­pą. Za piąt­kę z so­bo­ty pła­ci­my sie­dem ty­się­cy czte­ry­sta pięć­dzie­siąt dwa zło­te – ko­bie­ta, uśmie­cha­jąc się, wzię­ła ku­pon i wło­ży­ła go do lot­to­ma­tu.

– No, to su­per! Świet­nie, jadę, jadę! Mam ro­wer! – ci­cho, ale bar­dzo ży­wio­ło­wo oka­zy­wa­li­śmy z bra­tem swo­je za­do­wo­le­nie.

Lot­to­mat burk­nął, wy­dał z sie­bie „pik, pik”   wy­pluł ku­pon.

– Ale tu nic nie ma… Przy­kro mi, ale na tym ku­po­nie nie ma żad­nej wy­gra­nej – za­ko­mu­ni­ko­wa­ła ko­bie­ta.

– My mamy piąt­kę, pro­szę pani. Wiem to na pew­no, sły­sza­łem w ra­diu wczo­raj wie­czo­rem – za­pro­te­sto­wał tato, a my w jed­nej se­kun­dzie stra­ci­li­śmy hu­mor i usie­dli­śmy zre­zy­gno­wa­ni na krze­słach sto­ją­cych pod ścia­ną.

– Mu­siał pan źle za­no­to­wać nu­me­ry. Na tym ku­po­nie nic nie ma, pro­szę sa­me­mu spraw­dzić – od­da­ła kar­tecz­kę ta­cie.

Oj­ciec obej­rzał ku­pon, za­my­ślił się chwil­kę i odło­żył go na blat.

– To nie ten ku­pon, ten jest z czwart­ku. Po pro­stu po­my­li­łem kie­sze­nie. Pro­szę, ten jest OK! – tato po­dał wła­ści­wy pa­pier, a Ja­nek i ja wsta­li­śmy z nową na­dzie­ją i pa­trzy­li­śmy, jak ko­bie­ta wkła­da ku­pon do ma­szy­ny.

Po se­kun­dzie, może dwóch, lot­to­mat za­czął dru­ko­wać kwit po­twier­dza­ją­cy wy­gra­ną. Tato od­wró­cił się do nas, uśmiech­nął się sze­ro­ko i po­ka­zał unie­sio­ny kciuk le­wej ręki w ge­ście try­um­fu. Kie­dy lot­to­mat za­koń­czył dru­ko­wa­nie, ko­bie­ta wzię­ła kwi­tek i spię­ła go ra­zem z ku­po­nem.

– Pan się jed­nak po­my­lił, tu nie ma piąt­ki, jak pan mó­wił – za­czę­ła śpiew­kę od po­cząt­ku, pa­trząc spod oku­la­rów na nas wszyst­kich i po­dej­rza­nie się uśmie­cha­jąc.

– Na pew­no była piąt­ka! Nie mam wię­cej ku­po­nów, a na tym była piąt­ka – tato się już so­lid­nie zi­ry­to­wał.

– A ja­kie za­no­to­wał pan cy­fry? Mógł­by pan ła­ska­wie po­wtó­rzyć?

– Sześć, osiem, trzy­dzie­ści, trzy­dzie­ści osiem, czter­dzie­ści trzy, czter­dzie­ści sześć – wy­re­cy­to­wał z pa­mię­ci.

– Nie ma pan ra­cji, po­my­lił się pan w no­to­wa­niu. Sie­dem, osiem, trzy­dzie­ści, trzy­dzie­ści osiem, czter­dzie­ści trzy, czter­dzie­ści sześć – ta­kie pa­dły nu­me­ry. Czy pan ro­zu­mie?

– Czy­li mam czwór­kę?

– Tra­fił pan szóst­kę! – po­wie­dzia­ła z ta­kim en­tu­zja­zmem, jak­by to był jej ku­pon. – Była ku­mu­la­cja i wy­grał pan do­kład­nie 6 753 211 zło­tych!

By­li­śmy wstrzą­śnię­ci, wszak szli­śmy ode­brać kil­ka ty­się­cy zło­tych, a tu taki kwia­tek.

Mój wy­ma­rzo­ny ro­wer te­raz w ułam­ku se­kun­dy za­mie­nił się w spor­to­wy ka­brio­let. Co tam ro­wer! W my­ślach ku­po­wa­łem już so­bie ele­ganc­kie M-4 z miej­scem par­kin­go­wym w pod­ziem­nym ga­ra­żu. Z tych bły­ska­wicz­nie wy­pro­du­ko­wa­nych ma­rzeń wy­rwał mnie uścisk ojca, któ­re­mu ugię­ły się nogi i po­wo­li osu­wał się na pod­ło­gę.

– Tato! Tato! – Brat i ja rzu­ci­li­śmy się pod­trzy­mać upa­da­ją­ce­go ojca. – Nie umie­raj!

– Pa­nie dzwo­nią po ka­ret­kę, to za­wał! – krzy­czał Ja­nek, kie­dy zo­ba­czył, że oczy ojca wy­wró­ci­ły się biał­ka­mi do góry.

Ko­bie­ta spo­koj­nie się­gnę­ła do szu­fla­dy, wy­ję­ła brą­zo­wą bu­te­lecz­kę, a na­stęp­nie wy­szła zza kon­tu­aru, unio­sła ojcu gło­wę i pod­su­nę­ła mu pod nos na se­kun­dę ów ta­jem­ni­czy fla­ko­nik. W po­wie­trzu za­pach­nia­ło amo­nia­kiem, oj­ciec za­czął kasz­leć i otwo­rzył oczy. Był kom­plet­nie oszo­ło­mio­ny i nie pa­mię­tał, co się sta­ło.

Na szczę­ście pa­nie w Lot­to nie po raz pierw­szy wi­dzia­ły za­słab­nię­cie ze szczę­ścia i były przy­go­to­wa­ne na taką ewen­tu­al­ność. Po chwi­li oj­ciec do­stał jesz­cze kro­ple wa­le­ria­no­we i hy­drok­sy­zy­nę na uspo­ko­je­nie. Dla pew­no­ści po­wtó­rzy­li­śmy ta­cie, jaką kwo­tę wy­grał, i usie­dli­śmy już spo­koj­nie przy spe­cjal­nym sto­li­ku dla szczę­ścia­rzy. Wy­obra­ża­łem so­bie, ilu lu­dzi przed nami, tych, któ­rzy wy­gra­li – tak jak my – for­tu­nę, sie­dzia­ło już przy tym sto­li­ku. For­mal­no­ści trwa­ły nie­ca­łe pół go­dzi­ny, póź­niej po­zo­sta­ło nam tyl­ko cze­kać, aż skoń­czy się tak zwa­ny okres re­kla­ma­cyj­ny i pie­nią­dze zo­sta­ną prze­la­ne na ta­to­we kon­to.

Od tej chwi­li wszyst­ko w na­szym ży­ciu mia­ło się zmie­nić na lep­sze.

ROZDZIAŁ 2

Srebr­ne bmw po­su­wa­ło się wol­no w ulicz­nym kor­ku, jak za­wsze obec­nym w cen­trum Lon­dy­nu. Kie­row­ca, ciem­no­wło­sy opa­lo­ny ele­gant w gar­ni­tu­rze, wy­sta­wił przez okno rękę z pa­pie­ro­sem i tro­chę bez­czel­nie przy­glą­dał się prze­cho­dzą­cym przed ma­ską dziew­czy­nom. Uśmiech­nął się, a dziew­czy­ny od­wza­jem­ni­ły uśmiech, uba­wio­ne wi­do­kiem ogrom­nych lu­strza­nych oku­la­rów, ja­kie kie­row­ca miał na no­sie. Fak­tycz­nie były tak wiel­kie, że za­kry­wa­ły więk­szą część jego twa­rzy.

Kie­row­ca de­li­kat­nie przy­spie­szył, a po mi­nię­ciu kil­ku ulic i dwóch skrę­tach wje­chał na New Bond Stre­et i skie­ro­wał się w stro­nę po­se­sji pod nu­me­rem 6. Aku­rat kie­row­ca audi za­par­ko­wa­ne­go przed sa­mym wej­ściem do bu­dyn­ku włą­czył kie­run­kow­skaz i od­je­chał, zo­sta­wia­jąc wol­ne miej­sce do za­par­ko­wa­nia. Dom nu­mer 6 nie wy­róż­nia się ni­czym szcze­gól­nym, jest trzy­kon­dy­gna­cyj­ną kre­mo­wą ka­mie­ni­cą o ele­ganc­kiej, acz­kol­wiek ty­po­wej dla sta­re­go Lon­dy­nu ar­chi­tek­tu­rze. Do jego fa­sa­dy umo­co­wa­ne są dwie nie­bie­skie fla­gi z na­pi­sa­mi Graff, któ­re wska­zu­ją, co kry­je się we­wnątrz.

W środ­ku, za szkla­ny­mi drzwia­mi ozdo­bio­ny­mi na­pi­sem „Graff Dia­monds”, w pięk­nych sty­li­zo­wa­nych ga­blo­tach znaj­du­ją się naj­pięk­niej­sze klej­no­ty świa­ta opra­wio­ne w bia­łe zło­to, pre­cjo­za wy­ko­na­ne przez naj­lep­szych ju­bi­le­rów w Eu­ro­pie. Nie jest to sklep z ty­po­wą ladą i śmiesz­ny­mi, ma­ły­mi ga­blot­ka­mi, ja­kie zna prze­cięt­ny zja­dacz chle­ba. Tu­taj klien­ci są ob­słu­gi­wa­ni przy sto­li­kach, przez spe­cjal­nie wy­szko­lo­ny per­so­nel, któ­ry nie ma tre­my, ob­słu­gu­jąc gło­wy państw, gwiaz­dy spor­tu, show-biz­ne­su czy po pro­stu bo­ga­tych lu­dzi.

Tyl­ne drzwi bmw otwo­rzy­ły się na całą sze­ro­kość i z auta wy­sia­dło dwóch męż­czyzn w dro­gich gar­ni­tu­rach. Oby­dwaj mie­li na gło­wach ko­mi­niar­ki. Po­chy­le­ni bar­dzo szyb­ko we­szli do środ­ka skle­pu ju­bi­ler­skie­go, tak że nikt z prze­chod­niów nie zwró­cił uwa­gi na ich nie­ty­po­we jak na maj na­kry­cia gło­wy. Za­raz przy wej­ściu, tuż za szkla­ny­mi drzwia­mi, za­sta­li za­sko­czo­ne­go me­na­dże­ra skle­pu, któ­ry zwy­kle przyj­mo­wał w pro­gu klien­tów i pro­wa­dził ich do od­po­wied­nich sta­no­wisk sprze­da­ży. Je­den z męż­czyzn ude­rzył go na po­wi­ta­nie rę­ko­je­ścią pi­sto­le­tu w czo­ło, a na­stęp­nie chwy­cił za gar­dło i po­cią­gnął za sobą w głąb sa­lo­nu.

– Wszy­scy ręce do góry i na ko­la­na! Ręce, kur­wa, do góry! Pani w wiel­kich lo­kach nie sły­szy?! Na ko­la­na! – Ban­dy­ta pod­szedł, zła­pał ko­bie­tę za wło­sy i zrzu­cił ją bru­tal­nie z krze­sła na pod­ło­gę. – Nikt się nie ru­sza, wszy­scy ręce jak naj­wy­żej! Jak ktoś włą­czy przy­cisk na­pa­du, za­strze­li­my wszyst­kich i wyj­dzie­my, za­nim przy­je­dzie po­li­cja – roz­ka­zał i wy­mie­rzył z dwóch pi­sto­le­tów na­raz w gło­wę ru­dej ko­bie­ty, któ­ra klę­cza­ła pod ścia­ną.

– A te­raz słu­chaj, pa­ja­cu – dru­gi z ban­dy­tów ode­zwał się do me­na­dże­ra, trzy­ma­jąc go cały czas za gar­dło. – Twój per­so­nel ma ręce w gó­rze, a ty ła­du­jesz wszyst­ko, co jest tu, w tych du­żych ga­blo­tach, do tej tor­by. – Wy­jął zza pa­ska moc­ny fo­lio­wy wo­rek i po­dał prze­ra­żo­ne­mu pra­cow­ni­ko­wi.

– Z tych? – za­py­tał me­na­dżer.

– A wi­dzisz tu, kre­ty­nie, inne? Ru­szaj. – Gang­ster po­pchnął go w kie­run­ku naj­bliż­szej ga­blo­ty.

W skle­pie za­pa­no­wa­ła ci­sza. Sły­chać było tyl­ko szyb­ko pra­cu­ją­ce ręce me­na­dże­ra, któ­ry w eks­pre­so­wym tem­pie opróż­niał ko­lej­ne ga­blo­ty i wrzu­cał pre­cjo­za do wor­ka. Dla ko­goś nie­wta­jem­ni­czo­ne­go wy­glą­da­ło to tak, jak­by był w zmo­wie ze zło­dzie­ja­mi lub po pro­stu jed­nym z nich. Po nie­ca­łej mi­nu­cie pięć ga­blot zo­sta­ło opróż­nio­nych. Zło­dziej za­brał z rąk męż­czy­zny wo­rek z bry­lan­to­wą bi­żu­te­rią i po­now­nie z ca­łej siły wal­nął go rę­ko­je­ścią pi­sto­le­tu w czo­ło. Me­na­dżer za­to­czył się, wpadł na jed­ną z ga­blot i w gro­te­sko­wy spo­sób osu­nął się na zie­mię. Oby­dwaj zło­dzie­je, wy­co­fu­jąc się, strze­li­li po dwa razy w ścia­nę, tuż obok głów klę­czą­ce­go per­so­ne­lu, po czym wy­szli na uli­cę i jak­by nig­dy nic wsie­dli do bmw i od­je­cha­li w nie­zna­ne.

Na­pad od mo­men­tu wyj­ścia zło­dziei z sa­mo­cho­du trwał 92,33 se­kun­dy. W tym cza­sie zra­bo­wa­no 43 wy­ro­by ju­bi­ler­skie, głów­nie bi­żu­te­rię wy­sa­dza­ną bry­lan­ta­mi o nie­wy­obra­żal­nej war­to­ści 65 mi­lio­nów do­la­rów. Ten pro­sty w re­ali­za­cji skok już na­stęp­ne­go dnia zo­stał na­zwa­ny przez pra­sę i ser­wi­sy in­for­ma­cyj­ne sko­kiem stu­le­cia.

W Lon­dy­nie za­wrza­ło.

ROZDZIAŁ 3

Do ciem­ne­go, za­dy­mio­ne­go po­miesz­cze­nia na za­ple­czu so­poc­kiej dys­ko­te­ki Ka­ro­lay­na po uprzed­nim zre­wi­do­wa­niu atle­tycz­ny ochro­niarz wpu­ścił dwóch męż­czyzn. Nie­pew­nym kro­kiem go­ście po­de­szli do sto­ją­cych przy biur­ku krze­seł.

– Sia­daj­cie – po­wie­dział Mup­pet, z wi­docz­ną dez­apro­ba­tą mie­rząc wzro­kiem przy­by­szów z mia­sta. – Jak wy­glą­da­ją na­sze roz­li­cze­nia? Albo ra­czej za­py­tam: czy za­raz od­da­cie mi pie­nią­dze? – Go­spo­darz wy­pu­ścił kłąb dymu z gru­be­go cy­ga­ra wprost w twa­rze swo­ich roz­mów­ców.

– Ale nie mi­nął nam jesz­cze tej­min, ku­rza twarz – od­po­wie­dział zmie­sza­ny Ji­sio.

– Ter­min mija za trzy go­dzi­ny, a wy nie wy­glą­da­cie, jak­by­ście chcie­li mi od­dać do tego cza­su cho­ciaż po­ło­wę na­leż­nej kwo­ty. Nie mam co li­czyć na pie­nią­dze ani nic war­to­ścio­we­go w za­mian.

– No skąd! Prze­cież współ­pja­cu­je­my z pa­nem od daw­na. Za­wsze się jo­zli­cza­my.

– Z tego, co pa­mię­tam – Mup­pet nie zwra­cał uwa­gi na pró­bu­ją­ce­go tłu­ma­czyć się go­ścia i kon­ty­nu­ował, nie prze­ry­wa­jąc po­to­ku słów na­wet na se­kun­dę – a mó­wią o mnie, że pa­mięć mam bły­sko­tli­wą, to dwa week­en­dy temu wzię­li­ście ode mnie kilo. Więc pie­nią­dze za ten ki­lo­gram lub zwrot to­wa­ru na­le­żą się bez­wa­run­ko­wo i bez­dy­sku­syj­nie dzi­siaj do go­dzi­ny 18.00.

Ksyw­ka Mup­pet funk­cjo­no­wa­ła tyl­ko za ple­ca­mi Ta­de­usza Ku­kieł­ki, nikt nie mó­wił tak do nie­go wprost. Ten szpa­ko­wa­ty pięć­dzie­się­cio­la­tek śred­nie­go wzro­stu był jed­nym z naj­więk­szych hur­tow­ni­ków ko­ka­iny w środ­ko­wej czę­ści Eu­ro­py. Miał wą­ską, ale bar­dzo do­cho­do­wą spe­cja­li­za­cję. Nie ba­wił się w exta­sy, zie­le, am­fe­ta­mi­nę czy he­ro­inę. In­te­re­so­wał go tyl­ko koks, tego to­wa­ru się na­uczył i tym to­wa­rem po­tra­fił han­dlo­wać. Moż­na po­wie­dzieć, że miał re­no­mę, a jego na­zwi­sko było uzna­ną mar­ką nie tyl­ko w kra­ju.

Znaw­ca i mi­ło­śnik bro­ni, od cza­su do cza­su nią han­dlo­wał. Ra­czej z mi­ło­ści niż z ko­niecz­no­ści. Ku­po­wał w Ro­sji, na Ukra­inie czy choć­by w Bo­śni, a sprze­da­wał wszę­dzie. Bez wzglę­du na to, co ku­po­wał, sły­nął z tego, że za­wsze roz­li­czał się go­tów­ką i nie do­pusz­czał, by ktoś był mu coś wi­nien. Co praw­da za­ufa­nym da­wał to­war na kre­chę, lecz nig­dy nie dłu­żej niż na dwa week­en­dy.

W roz­li­cze­niach z Mup­pe­tem obo­wią­zy­wał ka­len­darz week­en­do­wy. Obo­jęt­nie w ja­kim dniu hur­tow­nik brał to­war, mu­siał się roz­li­czyć z nie­go naj­póź­niej po dwóch na­stęp­nych week­en­dach. Je­że­li roz­li­cze­nie nie na­stę­po­wa­ło w ter­mi­nie, Mup­pet wy­zna­czał karę. Z re­gu­ły było to po­dwo­je­nie kwo­ty za­dłu­że­nia, w naj­lep­szym ra­zie po­ło­wa lub cały sa­mo­chód dłuż­ni­ka. Dług wraz z na­ło­żo­ny­mi od­set­ka­mi mu­siał być od­da­ny do koń­ca naj­bliż­sze­go week­en­du – tym ra­zem już bez­wa­run­ko­wo. Nie­roz­li­cze­ni tra­ci­li cały ma­ją­tek, je­że­li ta­ko­wy mie­li. Ci, któ­rzy nie mie­li, za­peł­nia­li li­sty za­gi­nio­nych.

Ta­dziu Ku­kieł­ka śmiał się z po­li­cyj­nych sta­ty­styk, w któ­rych stoi, że licz­ba za­bójstw co roku spa­da. Do­sko­na­le wie­dział, że w Pol­sce gi­nie bez śla­du gru­bo po­nad dwie­ście osób rocz­nie, do cze­go i on cza­sem przy­kła­dał mały pa­lec.

– Pa­mię­taj, że u nas nie spa­da licz­ba za­bójstw, tyl­ko spo­so­by li­kwi­da­cji zwłok są co­raz do­sko­nal­sze – zwykł mó­wić, gdy chciał za­stra­szyć dłuż­ni­ka. – To jest ostat­nie ostrze­że­nie, nie bę­dzie na­stęp­ne­go. I ty mo­żesz zna­leźć się na li­ście osób za­gi­nio­nych.

Tym ra­zem sy­tu­acja od­bie­ga­ła od in­nych. Dwaj ban­dy­ci, któ­rzy sie­dzie­li przed Mup­pe­tem, byli jego za­ufa­ny­mi cyn­gla­mi, ludź­mi od naj­czar­niej­szej ro­bo­ty, któ­rzy tyl­ko do­ra­bia­li so­bie na han­dlu pro­cha­mi, cze­go on szcze­rze nie lu­bił. Moż­na po­wie­dzieć, że byli pra­cow­ni­ka­mi se­zo­no­wy­mi, a Mup­pet miał wła­śnie w pla­nach za­trud­nie­nie ich na wy­łącz­ność. Zgła­dze­nie ich nie le­ża­ło za­tem w jego in­te­re­sie.

– Wszy­scy na mie­ście wie­dzą, że je­ste­ście od­waż­ni, ale to nie wy­star­czy, bo sła­wa wa­szej głu­po­ty opu­ści­ła nie tyl­ko na­sze mia­sto, ale na­wet stre­fę Schen­gen i krą­ży po ca­łej Eu­ro­pie. Za­sta­na­wiam się tyl­ko, któ­ry z was jest głup­szy. – Mup­pet po­chy­lił się nad dę­bo­wym biur­kiem i po­pa­trzył na Ji­sia i Śli­wę z po­li­to­wa­niem. – My­śli­cie, że nie wiem i się nie do­wiem? – Tu ce­lo­wo zro­bił dłuż­szą pau­zę. – Ale ja wiem, bo kra­sno­lud­ki mi do­nio­sły, że za­raz po wyj­ściu ode mnie po­je­cha­li­ście do bur­de­lu i w cza­sie, kie­dy kar­mi­li­ście ze swo­ich ma­łych chu­jów kur­wy, pod­je­ba­li wam auto ra­zem z ca­łym to­wa­rem. Mało tego. Wiem, że nie ma­cie po­ję­cia, kto to zro­bił. Co wy na to?

Ban­dy­ci za­wsty­dze­ni spu­ści­li gło­wy. Nie­wia­ry­god­ne, że dwóch naj­bar­dziej bez­względ­nych prze­stęp­ców z Trój­mia­sta sie­dzia­ło jak skar­co­ne pie­ski i wbi­ja­ło tępo wzrok w pod­ło­gę. Było to dla nich szcze­gól­nie upo­ka­rza­ją­ce, gdyż uwa­ża­li się za oso­by nie­ty­kal­ne. Do gło­wy by im nie przy­szło, że ktoś z ich mia­sta mógł­by im ukraść auto. Do tego jesz­cze Śli­wa, dru­gi z ban­dy­tów, do któ­re­go na­le­żał skra­dzio­ny mer­ce­des, ka­zał za­mon­to­wać w nim do­dat­ko­wy alarm i GPS, tak na wszel­ki wy­pa­dek, gdy­by wy­jeż­dża­li gdzieś da­le­ko, gdzie nie do­tar­ła ich re­no­ma. Wszyst­ko za­wio­dło, sa­mo­chód znik­nął bez śla­du.

– Tak, pa­nie Ta­de­uszu, ukra­dzio­no nam auto ra­zem z to­wa­rem. To praw­da – ode­zwał się, wo­dząc ocza­mi po biur­ku mil­czą­cy do tej pory Śli­wa. – Ale je­ste­śmy na tro­pie i…

– I gów­no. Na ra­zie to pusz­cza­cie mi śmier­dzą­ce bąki w po­ko­ju. Ale z tych bą­ków to ani pie­nię­dzy, ani to­wa­ru nie bę­dzie.

– Pan da nam paje dni…

– Paje dni, paje dni – Mup­pet za­czął prze­drzeź­niać Ji­sia, pa­trząc mu pro­sto w oczy. – Wie­cie, że ja nie daję paju… paru dni bez na­kła­da­nia kar. Nikt nie wie o tym le­piej niż wy. Więc?

– To może my to od­ro­bi­my, a w tym cza­sie bę­dzie­my szu­kać skra­dzio­ne­go auta i to­wa­ru? – za­pro­po­no­wał nie­śmia­ło Śli­wa.

– Wie­cie, ile ma­cie do od­ro­bie­nia?

– Pięć­dzie­siąt ty­się­cy euro, pa­nie Ta­de­uszu.

Drzwi od po­ko­ju otwo­rzy­ły się, wszedł kul­tu­ry­sta, któ­ry wpusz­czał przed chwi­lą Śli­wę i Ji­sia. Ten wiel­ki jak dąb męż­czy­zna miał wy­jąt­ko­wo in­te­li­gent­ne rysy twa­rzy i w ni­czym nie przy­po­mi­nał tę­pych osił­ków, sto­ją­cych na bram­kach w dys­ko­te­kach. Ci­chut­ko, jak­by wa­żył sto gra­mów, prze­mknął po dy­wa­nie, pod­szedł do Mup­pe­ta i szep­nął mu kil­ka słów do ucha. Ku­kieł­ka ski­nął gło­wą i wró­cił do roz­mo­wy z ban­dzio­ra­mi.

– Na czym to sta­nę­li­śmy?

– Pięć­dzie­siąt ty­się­cy euro, tyle je­ste­śmy win­ni – po­wie­dział Śli­wa.

– No wła­śnie, pięć­dzie­siąt ty­się­cy, ale bez kary za spóź­nie­nie. – Spoj­rzał wy­mow­nie z nie­ukry­wa­ną zło­ścią na ban­dy­tów. – No co, kur­wa? Ochu­je­li­ście je­den z dru­gim? Co się tak na mnie ga­pi­cie? Nie zna­cie za­sad? My­śle­li­ście, że co? Że jak pra­cu­je­cie dla mnie od cza­su do cza­su, to mo­że­cie nie od­da­wać pie­nię­dzy w ter­mi­nie?!

– Nie, my tyl­ko my­śle­li­śmy…

– Kur­wa, nie myśl! Tyl­ko nie myśl, je­den z dru­gim! Za­wsze my­śla­łem za was, a jak tyl­ko za­czy­na­cie my­śleć sami, za­wsze wszyst­ko się pier­do­li! Z uwa­gi na na­szą do­tych­cza­so­wą współ­pra­cę – Mup­pet za­czął mó­wić znacz­nie ci­szej – od­ro­bi­cie mi kwo­tę głów­ną plus dwa­dzie­ścia pięć pro­cent. Szcze­gó­ły omó­wi­my przy ko­lej­nych zle­ce­niach. Na­ga­da­li­śmy się, idź­cie już. Spra­wę uwa­żam za za­mknię­tą i mam na­dzie­ję, że zda­je­cie so­bie spra­wę z tego, że się wam upie­kło.

– Tak, pa­nie Ta­de­uszu.

– No już, spier­da­laj­cie, bo ko­lej­ny gość na mnie cze­ka.

Męż­czyź­ni wsta­li z krze­seł. Kie­dy się wy­pro­sto­wa­li, ich gło­wy wbi­ły się w za­wie­szo­ną w po­wie­trzu gru­bą war­stwę dymu. Po­pra­wi­li ma­ry­nar­ki i spo­koj­nym kro­kiem, roz­ga­nia­jąc dym gło­wa­mi ni­czym mo­to­rów­ka fale, skie­ro­wa­li się do drzwi, po czym znik­nę­li w ciem­nym ko­ry­ta­rzu. Po krót­kiej chwi­li zie­lo­ne drzwi otwo­rzy­ły się po­now­nie i do po­ko­ju wszedł szczu­pły męż­czy­zna w czer­wo­nej kurt­ce i z prze­ciw­sło­necz­ny­mi oku­la­ra­mi na no­sie. Ski­nął lek­ko gło­wą na po­wi­ta­nie, oku­la­ry pod­niósł na czo­ło i pod­szedł z pew­ną non­sza­lan­cją do biur­ka. Uśmiech­nął się, po­ło­żył na bla­cie spor­to­wą tor­bę, któ­rą trzy­mał w le­wej ręce, i usiadł bez sło­wa na krze­śle.

– Jak­byś się dziś nie po­ja­wił, ju­tro ka­zał­bym cię szu­kać – oznaj­mił chłod­no Mup­pet. – Ile jest w środ­ku?

– Cały ki­lo­gram, wszyst­ko za­pa­ko­wa­ne tak, jak od pana ode­bra­li. Oprócz tego w mer­ce­de­sie były dwa pi­sto­le­ty. Wzią­łem je, są w tor­bie.

– Co z au­tem?

– Roz­pły­nę­ło się. Nie ma. Mię­dzy in­ny­mi dla­te­go tak dłu­go mnie nie było.

– Do­brze, bar­dzo do­brze. Po pierw­sze, utem­pe­ro­wa­łem ich, bo czu­li się za pew­nie. Po dru­gie, wy­bi­łem im z gło­wy han­del pro­cha­mi. Po trze­cie, mam ich wy­łącz­nie dla sie­bie. Do­brze się, Ka­ro­lu, spi­sa­łeś. Masz. – Ku­kieł­ka wrę­czył go­ścio­wi gru­bą ko­per­tę wy­pcha­ną pie­niędz­mi.

– Dzię­ku­ję. Ja­kieś zle­ce­nia czy mam urlop? – za­py­tał Ka­rol, wkła­da­jąc ko­per­tę do kie­sze­ni czer­wo­nej kurt­ki.

– Mam małą ro­bót­kę na parę gro­szy, taki bo­nu­sik od losu. Co praw­da to pro­ste za­da­nie, nie­wy­ma­ga­ją­ce żad­nej z po­sia­da­nych przez cie­bie zło­dziej­skich umie­jęt­no­ści, ale za to może być do­brze płat­ne.

– Za­mie­niam się w słuch.

– Po­je­dziesz ju­tro do Gdy­ni do cyr­ku na spek­takl. Od­szu­kasz wóz dy­rek­to­ra. Tu masz plan roz­miesz­cze­nia wo­zów w cyr­ku, jego jest ozna­czo­ny krzy­ży­kiem i na drzwiach ma ry­su­nek foki żon­glu­ją­cej pił­ka­mi.

– Po co mam tam je­chać? Na zwiad? – po­wie­dział i nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od Mup­pe­ta, wziął kart­kę z pla­nem do ręki, dwu­krot­nie zło­żył ją na pół i scho­wał do kie­sze­ni spodni.

– W wo­zie jest coś, co chciał­bym do­stać. Mała, me­ta­lo­wa skrzy­necz­ka, ka­set­ka, w któ­rej jest mi­lion euro. – Mup­pet uśmiech­nął się sze­ro­ko. – Po to wła­śnie się wła­miesz.

– Bań­ka euro w ma­łej ka­set­ce w wo­zie cyr­ko­wym? I może jesz­cze wóz nie ma ochro­ny, alar­mu i za­bez­pie­czeń?

– Nie ma nic oprócz dwóch zam­ków w drzwiach i krat w oknach. Klucz do ka­set­ki dy­rek­tor nosi na łań­cusz­ku na szyi.

– Pan mnie wkrę­ca albo to ja­kaś pu­łap­ka. Pew­nie przed wo­zem jest za­pad­nia, a w środ­ku miesz­ka kro­ko­dyl.

– Kur­wa! Nie fi­lo­zo­fuj, bo wiesz, że tego nie lu­bię. Po­je­dziesz, zro­bisz ro­ze­zna­nie, zo­ba­czysz wszyst­ko na wła­sne oczy i zor­ga­ni­zu­jesz kra­dzież. Mój czło­wiek po­wie­dział, że cyrk w Gdy­ni jest jesz­cze przez sie­dem dni. Póź­niej jadą da­lej. To tyle.

– Ile z tego bę­dzie dla mnie?

– Pró­bu­jesz ne­go­cjo­wać czy mi się wy­da­je? – po raz ko­lej­ny z rzę­du żach­nął się Mup­pet.

– Nie. Tyl­ko po­twier­dzam, bo kwo­ta jest duża – pierw­szy raz w gło­sie Ka­ro­la dało się sły­szeć nie­pew­ność.

– Dzie­sięć pro­cent. Cze­kam na pie­nią­dze. Im szyb­ciej je ukrad­niesz, tym le­piej. I mó­wię, ile tam jest pie­nię­dzy, żeby nie przy­szło ci do gło­wy coś wy­jąć. Ka­set­ka ma do­trzeć do mnie z całą za­war­to­ścią. Na­ga­da­li­śmy się, idź już.

ROZDZIAŁ 4

Przed cyr­kiem Mi­lew­ski było bar­dzo tłocz­no. Do dwóch fur­tek pchał się spo­ry tłu­mek ro­dzi­ców, wuj­ków, cioć, babć i dziad­ków ści­ska­ją­cych za ręce swo­ich ma­łych pod­opiecz­nych.

– Bi­le­ci­ki pro­szę – mó­wi­li na zmia­nę dwaj klau­ni, któ­rzy wpusz­cza­li lu­dzi do środ­ka.

– Dzię­ku­ję bar­dzo. Chcesz może zła­pać klau­na za nos? – za­py­tał je­den z nich pie­go­wa­te­go chłop­ca.

– Nie chcę! Mamo, chodź­my już – płacz­li­wym gło­sem za­ko­mu­ni­ko­wał ma­lec i po­cią­gnął mat­kę w kie­run­ku cyr­ko­we­go na­mio­tu.

– Bi­le­ci­ki pro­szę. Jak, dżen­tel­me­nie, masz na imię? – dru­gi z klau­nów za­py­tał chłop­ca ubra­ne­go w dżin­so­wy gar­ni­tur.

– Pod­ry­wasz mnie? – od­pa­ro­wał ma­lec.

– Mar­ci­nek, do cho­le­ry! – krzyk­nę­ła jego mama.

– Nic się nie sta­ło – sztyw­no od­po­wie­dział za­sko­czo­ny klaun. – A chcesz po­cią­gnąć klau­na za kra­wat?

Chło­piec nie po­twier­dził, tyl­ko z ca­łej siły, bez ostrze­że­nia po­cią­gnął za kró­ciut­ki kra­wat. W tej sa­mej chwi­li ze sztucz­ne­go kwiat­ka, któ­ry klaun miał w kla­pie ma­ry­nar­ki, try­snął spo­ry stru­mień wody. Pro­sto w oczy ma­mu­si. Kie­dy chło­piec zo­ba­czył, co się dzie­je, za­czął gwał­tow­nie szar­pać za kra­wat ni­czym za sta­rą spłucz­kę. Ma­mu­sia le­d­wo otrzą­snę­ła się po pierw­szym psik­nię­ciu i wła­śnie chcia­ła coś po­wie­dzieć. W tym mo­men­cie w jej otwar­te usta try­snął dru­gi stru­mień, co spo­wo­do­wa­ło gwał­tow­ne za­krztu­sze­nie i ka­szel.

W tym cza­sie dzie­ciak zła­pał za kra­wat obu­rącz, a gdy klaun się wy­pro­sto­wał, ma­lec za­wisł w po­wie­trzu i dyn­dał u szyi klau­na ni­czym wo­rek. Zde­spe­ro­wa­ny prze­bie­ra­niec mu­siał użyć spo­rej siły, żeby ode­rwać in­tru­za. Chwy­cił go za ręce i ode­rwał od sie­bie ra­zem z kra­wa­tem i ca­łym sys­te­mem skom­pli­ko­wa­nych ru­rek do­pro­wa­dza­ją­cych do nie­go wodę. Chło­pak upadł, ale na­tych­miast pod­niósł się z zie­mi, kop­nął klau­na w kost­kę i scho­wał za mamą.

– Nic się pani nie sta­ło? – za­py­tał szcze­rze za­tro­ska­ny klaun.

Ko­bie­ta pod­nio­sła gło­wę, cały czas kasz­ląc. Tusz, któ­ry po­win­na mieć na rzę­sach, spły­wał dłu­gi­mi, czar­ny­mi stru­ga­mi po po­licz­kach i szyi.

– Bę­dziesz, gno­ju, moim dzie­cia­kiem rzu­cał?! – Za­mach­nę­ła się i ude­rzy­ła klau­na to­reb­ką w twarz, aż pra­wie spa­dła mu z gło­wy ruda pe­ru­ka.

Na­stęp­nie wy­tar­ga­ła dziec­ko za ucho i po­pchnę­ła bez­ce­re­mo­nial­nie w kie­run­ku na­mio­tu. Klaun po­tarł pie­ką­cy po­li­czek, po­pra­wił pe­rucz­kę i nie­co zmie­sza­ny wró­cił do pra­cy.

– Bi­le­ci­ki pro­szę – po­wie­dział do mło­de­go męż­czy­zny, któ­ry stał obok z dziew­czy­ną i przy­glą­dał się tej sce­nie.

– A my­śla­łem, że na wi­dok klau­na dzie­ci się śmie­ją – po­wie­dział męż­czy­zna, po­da­jąc bi­let.

– Dzie­ci tak, ale to był ja­kiś skur­wy­syn.

– Pięk­nie pan klaun dzie­ci trak­tu­je, mógł pan go jesz­cze kop­nąć w gło­wę – agre­syw­nie ode­zwał się szczu­pły męż­czy­zna w czer­wo­nej kurt­ce, któ­ry te­raz po­ja­wił się przy bram­ce.

– Pro­szę, pro­szę… Pan Ku­rak z UNI­CEF-u! Miło mi pana po­wi­tać w skrom­nych pro­gach na­sze­go cyr­ku – od­po­wie­dział na za­czep­kę klaun.

– Z ja­kie­go UNI­CEF-u? Co mi tu, go­ściu, pier­do­lisz?

– UNI­CEF jest tyl­ko je­den, pa­nie Ku­rak, tyl­ko je­den. Bi­le­cik pro­szę.

Za­sko­czo­ny męż­czy­zna pod­su­nął nie­pew­nie klau­no­wi bi­let i spoj­rzał na nie­go po­dejrz­li­wie.

– To pan Ku­rak mnie nie po­zna­je? – spy­tał bi­le­ter. – No tak, pana edu­ka­cja była ra­czej krót­ka i, z tego, co pa­mię­tam, cią­gle pan wa­ga­ro­wał.

Męż­czy­zna po­chy­lił się, prze­krzy­wił gło­wę na bok i za­czął lu­stro­wać cen­ty­metr po cen­ty­me­trze wy­ma­lo­wa­ną na bia­ło twarz klau­na.

– Mi­luś! Bro­nas! Nie po­zna­łem cię, ale nu­mer! Wy­glą­dasz zu­peł­nie jak… jak… No, w każ­dym ra­zie do sie­bie po­dob­ny nie je­steś. Nic a nic. Niech cię uści­skam! – Ku­rak rzu­cił się w eu­fo­rii na klau­na i za­czął go przy­ci­skać do sie­bie na tyle moc­no, że starł mu z twa­rzy część cha­rak­te­ry­za­cji.

– Pusz­czaj, lu­dzie w ko­lej­ce pa­trzą!

– A niech pa­trzą! Pań­stwo po­zwo­lą, oto mój ko­le­ga bła­zen! – po­wie­dział, od­wra­ca­jąc Bron­ka fron­tem do tło­czą­cych się przy furt­ce lu­dzi.

– Klaun, kre­ty­nie, klaun. Idź do na­mio­tu, a po spek­ta­klu stań przy ka­sach. Po­dej­dę tam i so­bie po­ga­da­my. – Ode­pchnął ko­le­gę i wró­cił do pra­cy.

Ku­rak roz­ba­wio­ny sy­tu­acją po­szedł w kie­run­ku cyr­ko­we­go na­mio­tu, od­na­lazł swój sek­tor i wci­snął się w nie­wy­god­ny, drew­nia­ny fo­tel. Usiadł tuż za dwo­ma moc­no wy­per­fu­mo­wa­ny­mi ko­bie­ta­mi z dzieć­mi. Oby­dwie ubra­ne były w tan­det­ne, pod­ra­bia­ne ciu­chy D&G, cha­rak­te­ry­zu­ją­ce się szcze­gól­nie ki­czo­wa­tym sty­lem, któ­ry ra­ził na­wet w cyr­ku. Ku­rak wes­tchnął i ro­zej­rzał się po wnę­trzu.

„Ale cha­ła” – po­my­ślał.

Wy­bla­kły bor­do­wy na­miot był suto okra­szo­ny ciem­ny­mi ła­ta­mi ma­sku­ją­cy­mi roz­dar­cia. Słu­py pod­trzy­mu­ją­ce kon­struk­cję no­si­ły reszt­ki kre­mo­wej far­by, spo­mię­dzy któ­rych prze­świ­ty­wa­ła rdza. Wej­ście na are­nę za­sło­nię­te było cięż­ką ko­ta­rą wy­ko­na­ną z błysz­czą­ce­go pur­pu­ro­we­go ma­te­ria­łu. Nad wej­ściem – jak to zwy­kle bywa w cyr­ku – umiesz­czo­no sta­no­wi­ska dla or­kie­stry, któ­ra w klu­czo­wych mo­men­tach spek­ta­klu mia­ła pod­krę­cać at­mos­fe­rę. Wi­dow­nia w cią­gu ko­lej­nych dzie­się­ciu mi­nut za­peł­ni­ła się ludź­mi i dało się wy­czuć wszech­obec­ne po­czu­cie znie­cier­pli­wie­nia, zwłasz­cza wśród młod­szej czę­ści wi­dzów. Punkt sie­dem­na­sta człon­ko­wie or­kie­stry za­ję­li swo­je miej­sca, a świa­tło cał­ko­wi­cie wy­ga­sło. W wej­ściu w świe­tle szpe­ra­cza po­ja­wił się dy­rek­tor cyr­ku Mi­lew­ski, pan Mi­lew­ski we wła­snej oso­bie.

W tym mo­men­cie, przy akom­pa­nia­men­cie or­kie­stry, po­trą­ca­jąc ce­lo­wo dy­rek­to­ra, wbie­gło na are­nę dwóch klau­nów, w któ­rych Ku­rak roz­po­znał Bron­ka i Jan­ka Mi­lew­skich. Klau­ni ob­la­li się na­wza­jem pia­ną, kop­nę­li po dwa razy w ty­łek, wy­wo­łu­jąc tym sal­wę śmie­chu, i w pod­sko­kach znik­nę­li za pur­pu­ro­wą ko­ta­rą. Po kil­ku stan­dar­do­wych nu­me­rach cyr­ko­wych przy­szedł czas na wiel­ką gwiaz­dę.

– Roz­ry­wa­na i roz­chwy­ty­wa­na przez cyr­ki ca­łe­go świa­ta… – dy­rek­tor za­czął za­po­wia­dać nu­mer wie­czo­ru. – Wprost z to­ur­née we Fran­cji i Bel­gii! Wy­stą­pi te­raz przed pań­stwem. Gi­ze­la! Gi­ze­la w nu­me­rze z je­żo­zwie­rzem. Ser­decz­nie za­pra­szam!

Po tych sło­wach trzech po­moc­ni­ków wy­nio­sło na are­nę dwa okrą­głe sto­li­ki, na któ­re po­ło­żo­no me­tro­wą de­skę, łą­cząc je ze sobą. Pa­no­wie znik­nę­li za ko­ta­rą, a po chwi­li je­den z nich wró­cił i po­ło­żył na sto­li­ku sta­rą, drew­nia­ną ra­kiet­kę do bad­min­to­na, do­kład­nie taką, ja­kich już się nie pro­du­ku­je. Or­kie­stra dała cza­du, ko­ta­ra się uchy­li­ła i na are­nę we­szła ubra­na w ró­żo­wy pe­niu­ar z ce­ki­na­mi pulch­na blon­dyn­ka z lo­ka­mi i wy­dat­nym biu­stem. W jed­nej ręce trzy­ma­ła klat­kę dla kota, a dru­gą wy­wi­ja­ła z gra­cją, do­da­jąc w ten spo­sób swo­je­mu wy­stę­po­wi iście świa­to­we­go szny­tu. Po­de­szła ta­necz­nym kro­kiem do jed­ne­go ze sto­li­ków i po­sta­wi­ła na nim klat­kę ze zwie­rzę­ciem w taki spo­sób, że wyj­ście z niej skie­ro­wa­ne było wprost na de­skę. Or­kie­stra prze­sta­ła grać i tyl­ko wer­ble re­gu­lar­ny­mi ude­rze­nia­mi sty­mu­lo­wa­ły na­pię­cie. In­for­mo­wa­ły, że za­raz na­stą­pi kul­mi­na­cyj­ny mo­ment nu­me­ru.

Gi­ze­la wy­ję­ła z ma­łej kie­szon­ki czer­wo­ne jabł­ko i po­ło­ży­ła je po prze­ciw­nej stro­nie de­ski. Na­stęp­nie wzię­ła do ręki ra­kiet­kę, po­de­szła do klat­ki i otwo­rzy­ła ją. Wer­ble za­mil­kły. Ar­tyst­ka za­czę­ła stu­kać ra­kiet­ką w de­skę koło jabł­ka, rów­no­cze­śnie przy­wo­łu­jąc je­żo­zwie­rza.

– My­sza, My­sza, My­sza! My­sza, My­sza, My­sza!

Je­żo­zwierz o imie­niu My­sza wy­szedł le­ni­wie z klat­ki dla kota, prze­szedł po de­sce, wziął jabł­ko w pysk i wró­cił z nim do klat­ki. Pani Gi­ze­la, kła­nia­jąc się, za­mknę­ła klat­kę, a mu­zy­ka wy­strze­li­ła, ce­le­bru­jąc ko­niec nu­me­ru i rów­no­cze­śnie da­jąc znać za­sko­czo­nej pu­blicz­no­ści, że te­raz wy­pa­da kla­skać. Lu­dzie nie gwiz­da­li tyl­ko dla­te­go, że praw­do­po­dob­nie byli w szo­ku.

Póź­niej wy­stą­pi­ły w nie mniej świa­to­wym nu­me­rze trzy ko­nie, któ­re bie­ga­ły w koło are­ny i wa­li­ły ogrom­ne kupy. Nie wia­do­mo do koń­ca, na czym miał po­le­gać ten nu­mer, ale kupy były iście świa­to­wych roz­mia­rów. Jak­by tego było mało, kie­dy na ko­niec nu­me­ru ko­nie wraz z jeźdź­ca­mi kła­nia­ły się pu­blicz­no­ści, je­den z ogie­rów wy­su­nął i po­ka­zał, co miał naj­lep­sze­go, co wi­dow­nia przy­ję­ła sal­wą śmie­chu. Kie­dy koń wró­cił do wła­ści­wej po­zy­cji, od­bił się z przed­nich ko­pyt i wsko­czył ze ster­czą­cym prą­ciem na sto­ją­cą przed nim klacz­kę. Jego za­cho­wa­nie było tak spon­ta­nicz­ne i nie­prze­wi­dy­wal­ne, że w tym sa­mym mo­men­cie i z kla­czy, i z roz­bu­dzo­ne­go ogie­ra spa­dli sie­dzą­cy na nich akro­ba­ci. Tyl­ko przy­tom­ne za­cho­wa­nie pra­cow­ni­ków tech­nicz­nych uchro­ni­ło au­to­rów wi­do­wi­ska przed kom­plet­ną kom­pro­mi­ta­cją. Kie­dy męż­czyź­ni cią­gnę­li nie­do­szłe­go ko­chan­ka za ku­li­sy, cyrk do­słow­nie rżał ze śmie­chu.

Po wy­stę­pach koni przy­szedł czas na dwa plu­ją­ce wiel­błą­dy. Kie­dy nie plu­ły, ko­pa­ły pił­kę, któ­rą ku­la­wy szym­pans ubra­ny w dzie­cię­ce ubran­ko pró­bo­wał im ukraść. Od­no­si­ło się nie­od­par­te wra­że­nie, że szym­pans ku­lał, bo kie­dyś nie zdą­żył uciec i wiel­błąd użył go za­miast pił­ki. Ogól­nie rzecz uj­mu­jąc, ja­kość wy­stę­pów cyr­ko­wej tru­py była wprost pro­por­cjo­nal­na do ja­ko­ści wy­po­sa­że­nia i sta­nu na­mio­tu. Cały czas mia­ło się wra­że­nie kom­plet­ne­go cha­osu i im­pro­wi­za­cji. Praw­do­po­dob­nie gdy­by w cza­sie przed­sta­wie­nia wy­buchł po­żar i wszy­scy wi­dzo­wie bie­ga­li­by, krzy­cząc: „Ra­tun­ku­uu!”, dy­rek­tor, za­cho­wu­jąc ka­mien­ną twarz, za­ko­mu­ni­ko­wał­by: „Pro­szę pań­stwa, pro­szę nie ro­bić pa­ni­ki, za­raz wy­stą­pi po­ły­kacz ognia”.

***

Ku­rak nie cze­kał do ostat­niej chwi­li i wy­szedł dzie­sięć mi­nut przed koń­cem wy­stę­pów. Kie­dy opu­ścił na­miot, od­wró­cił dwu­stron­ną, czer­wo­ną kurt­kę na lewą stro­nę i jako spec od sztu­ki ka­mu­fla­żu za­ło­żył ciem­ne oku­la­ry oraz prze­cze­sał się pod włos, zmie­nia­jąc w jed­nym mo­men­cie fry­zu­rę. Na­stęp­nie za­pa­lił pa­pie­ro­sa i wol­nym kro­kiem po­szedł wprost pod kasy bi­le­to­we. Wy­ko­rzy­stał wol­ną chwi­lę, wy­jął z kie­sze­ni dam­ską, czer­wo­ną port­mo­net­kę, opróż­nił ją z bank­no­tów i wrzu­cił do po­bli­skie­go ko­sza. Na­stęp­nie z in­nej kie­sze­ni wy­jął dru­gą i po­wtó­rzył ope­ra­cję. Po kil­ku mi­nu­tach lu­dzie z uśmie­cha­mi na twa­rzach za­czę­li opusz­czać na­miot.

„Z cze­go się tak cie­szą? Chy­ba z tego, że wy­szli” – po­my­ślał Ku­rak i splu­nął wprost pod nogi nad­cho­dzą­cych bra­ci Mi­lew­skich, któ­rzy zdję­li prze­bra­nia i szli do nie­go ubra­ni w po­ma­rań­czo­we ka­mi­zel­ki z na­pi­sem „OB­SŁU­GA”.

– No, pięk­ne przed­sta­wie­nie! Szko­da, że koń nie do­szedł – po­wie­dział, uśmie­cha­jąc się od ucha do ucha.

– Fak­tycz­nie szko­da, bo te­raz jest tak zły, że ugryzł już dwóch lu­dzi – od­szczek­nął Ja­nek.

– A tak na se­rio, pa­no­wie, co to za cyrk z tym cyr­kiem? Dzier­ża­wi­cie czy wasz?

– Nasz, a w za­sa­dzie taty – od­parł Bro­nek.

– O lep­szym po­my­śle na biz­nes nie sły­sza­łem, mu­szę chło­pa­kom na mie­ście po­wie­dzieć. A tata wpadł na to sam czy w wy­ni­ku ro­dzin­nej bu­rzy mó­zgów?

– Sam. Ja­nek i ja praw­dzi­wy biz­nes do­pie­ro pla­nu­je­my zro­bić. I za­pa­mię­taj so­bie, że cyrk to nie nasz biz­nes, tyl­ko taty. Cza­so­wo tu pra­cu­je­my, ale to już ostat­nie dni.

Le­d­wo Bro­nek skoń­czył zda­nie, pod­bie­gły do nich dwie pa­nie z dzieć­mi, te same, któ­re w cza­sie wy­stę­pów sie­dzia­ły przed Ku­ra­kiem.

– Pa­no­wie tu ro­bi­ta? – za­py­ta­ła bru­net­ka z roz­ja­śnia­ną grzyw­ką.

– Czy co? – od­po­wie­dział py­ta­niem zdzi­wio­ny Bro­nek.

– Nie zgry­waj się, że pol­skie­go nie ro­zum­niesz. Co? Pra­cu­jesz tu?

– Zo­sta­ły­śmy okra­dzio­ne! – krzyk­nę­ła w twarz Bron­ka po­far­bo­wa­na na siwy blond dru­ga ko­bie­ta.

– Oje­ba­no nas w cza­sie spek­ta­klu. Mów, gdzie dy­rek­tor! Nie ro­zum­niesz?

– Kar­mi sło­nia – pal­nął Ja­nek, nie wie­dząc dla­cze­go.

– A gdzie ten słoń?

– Mu­szą pa­nie iść w prze­ciw­ną stro­nę, tam za głów­nym na­mio­tem są klat­ki ze zwie­rzę­ta­mi.

– Pa­nie śmia­ło idą – ode­zwał się od­wró­co­ny ple­ca­mi Ku­rak, któ­ry od­pa­lał przy­ga­słe­go pa­pie­ro­sa i uda­wał, że osła­nia się od wia­tru.

Ko­bie­ty po­szły we wska­za­nym kie­run­ku. Ku­rak dys­kret­nie od­pro­wa­dził je wzro­kiem, a jed­no­cze­śnie wziął chło­pa­ków pod ręce i za­czął ich pchać w kie­run­ku wo­zów cyr­ko­wych.

– Za­pra­szam się do was do wozu na her­ba­tę – po­wie­dział nie­uzna­ją­cym sprze­ci­wu gło­sem.

– Ale… – pró­bo­wał opo­no­wać Ja­nek.

– Cho­ciaż raz w ży­ciu zo­ba­czę, jak się miesz­ka w wo­zie Drzy­ma­ły, i opo­wie­cie mi, jaki biz­nes chce­cie roz­krę­cić – Ku­rak pchał ich jesz­cze moc­niej, pa­trząc ner­wo­wo przez ra­mię, czy ko­bie­ty na pew­no so­bie po­szły.

Po chwi­li po­de­szli do sze­re­gu wy­ma­lo­wa­nych na bia­ło drew­nia­nych wo­zów cyr­ko­wych. Na każ­dym z nich wid­niał wy­ko­na­ny fio­le­to­wą far­bą na­pis „CYRK MI­LEW­SKI” i ja­kiś ki­czo­wa­ty ry­su­nek.

– To wasz? – za­py­tał z cie­ka­wo­ścią Ku­rak, po­ka­zu­jąc pal­cem na wóz z wy­ma­lo­wa­ną na drzwiach foką żon­glu­ją­cą pił­ka­mi.

– Nie, nasz jest obok. Ten z foką na­le­ży do ojca – od­parł Ja­nek.

– Ale ma­cie ry­su­nek. Co za eks­pre­sja ru­chów! Sam ma­lo­wa­łeś tego wiel­błą­da? – zło­śli­wie za­cze­pił Ku­rak.

– To nie wiel­błąd, tyl­ko ska­czą­cy koń! – Bro­nek po­czuł się ura­żo­ny.

– Koń? Koń ma garb? Gar­ba­ty koń? Nie ska­czą­cy, tyl­ko sra­ją­cy, i to w psiej po­zy­cji? Kto wam to ma­lo­wał?

– Ja! Wła­zisz czy nie? – burk­nął Bro­nek ze schod­ków do­sta­wio­nych do wozu.

– Ale sztynks. Se­rio tu miesz­ka­cie cały rok? – za­py­tał gość, roz­glą­da­jąc się z nie­do­wie­rza­niem po wnę­trzu wozu.

Wy­po­sa­żo­ny był w dwa drew­nia­ne łóż­ka wąt­pli­wej ja­ko­ści, obrzę­po­lo­ny drew­nia­ny stół z trze­ma krze­sła­mi i ma­lo­wa­ną pędz­lem na zie­lo­ny ko­lor sza­fę, na któ­rej sta­ły licz­ne pu­cha­ry Bron­ka zdo­by­te na za­wo­dach ta­ekwon­do.

– Miesz­ka­my tu od kwiet­nia do po­ło­wy paź­dzier­ni­ka. Zimą stoi pu­sty, mo­że­my ci wy­na­jąć – od­ciął się Ja­nek.

– Dzię­ki, prze­my­ślę to. – Ku­rak za­czął się śmiać. – Jak na to wszyst­ko pa­trzę, to aż się boję słu­chać, jaki in­te­res wy­my­śli­li­ście we dwój­kę.

– Ty, a czym ty się tak w ogó­le zaj­mu­jesz, że taki się mą­dry zro­bi­łeś? – za­py­tał Bro­nek, się­ga­jąc po czaj­ni­czek z esen­cją her­ba­ty.

– A krę­cę się tu i tam, tro­chę cwa­nia­ku­ję, cza­sem coś za­chach­mę­cę. Za­wsze ja­kiś grosz wpad­nie. Nic sta­łe­go. Z tego, co wi­dzę, to bar­dziej się to opła­ca niż pro­wa­dzić cyrk.

– Co ty mo­żesz wie­dzieć o cyr­ku… – Bro­nek pu­ścił oko do Jan­ka.

– Czy­li ro­bisz le­wi­zny? – Ja­nek spoj­rzał po­ro­zu­mie­waw­czo na bra­ta.

– No, moż­na tak po­wie­dzieć. Pra­cu­ję w sza­rej stre­fie – po­wie­dział gość, wy­cią­ga­jąc ręce po her­ba­tę. – A co? Po­trze­bu­je­cie cze­goś?

– Może i po­trze­bu­je­my – od­parł Bro­nek.

– Ty! Co ty te­raz taki ta­jem­ni­czy się zro­bi­łeś? Jak sie­dzia­łeś ze mną w jed­nej ław­ce przez dzie­więć lat, to by­łeś bar­dziej roz­mow­ny.

– Ale to było ład­nych kil­ka lat temu, pa­nie Ku­rak. Trze­ba się po­znać na nowo – po­wie­dział Bro­nek, wy­cią­ga­jąc spod łóż­ka li­tro­wą bu­tel­kę wód­ki So­bie­ski.

– Mi­luś, kur­wa, ja sa­mo­cho­dem tu przy­je­cha­łem, nie jeż­dżę po pi­ja­ne­mu. Her­ba­tę mia­łem wy­pić – wes­tchnął głę­bo­ko i za­wie­sił się na mo­ment. – A w dupę! Po­lej. Ja­koś wró­cę.

***

Brzęk szkla­nek i na­peł­nia­nych wód­ką li­te­ra­tek wy­peł­nił po­miesz­cze­nie. Sta­rzy kum­ple roz­sie­dli się wy­god­nie. Ku­rak wy­cią­gnął pa­pie­ro­sy i wy­chy­lił pierw­sze pięć­dzie­siąt gra­mów wód­ki, na­stęp­nie zdjął kurt­kę, prze­ło­żył z po­wro­tem na czer­wo­ną stro­nę i po­ło­żył koło sie­bie na łóż­ku. Po nie­ca­łych trzy­dzie­stu mi­nu­tach Ja­nek wy­jął spod swo­je­go łóż­ka ko­lej­ną li­tro­wą wód­kę, a jego brat wy­cią­gnął z lo­dów­ki ga­zo­wa­ną po­pit­kę. Roz­mo­wa za­czę­ła przy­bie­rać bar­dzo przy­ja­ciel­skie tony.

– A pa­mię­tasz, jak szcza­li­śmy do pal­my na pla­ście? – Ku­rak przy­wo­łał jed­no z ja­śniej­szych wspo­mnień.

– My? Chy­ba ty. Ja tyl­ko za­mie­nia­łem na­uczy­cie­lom wkła­dy w dłu­go­pi­sach – za­pro­te­sto­wał Bro­nek.

– Ja­sne, wkła­dy. A pa­mię­tasz, jak roz­krę­ci­li­śmy in­te­res na han­dlu pod­ra­bia­ny­mi chiń­ski­mi piór­ni­ka­mi? Cała szko­ła od nas ku­po­wa­ła.

– Pa­mię­tam. Do­bry nu­mer, han­del pod­ra­bia­ny­mi chiń­ski­mi piór­ni­ka­mi. Nikt by w to dzi­siaj nie uwie­rzył, ale tak było. By­li­śmy pre­kur­so­ra­mi pod­ra­bia­nia, to był mój pierw­szy in­te­res w ży­ciu – sło­wa Bron­ka wy­wo­ła­ły ogól­ne roz­ba­wie­nie.

– To były szczę­śli­we cza­sy – po­wie­dział z roz­rzew­nie­niem w gło­sie Ku­rak. – A dziś? In­te­res, in­te­res. Wszyst­ko krę­ci się wo­kół in­te­re­sów i pie­nię­dzy. Żeby tyl­ko się utrzy­mać, żeby mieć wię­cej.

– To praw­da – przy­tak­nął Ja­nek. – A jak już je­ste­śmy przy in­te­re­sach, to wiesz, w co moż­na za­in­we­sto­wać?

– Masz ja­kiś po­mysł na szyb­ki in­te­res? Po co my się bę­dzie­my pro­du­ko­wać, jak ty je­steś taki ob­la­ta­ny? Na zdro­wie! – Bro­nek wy­mow­nie pod­niósł szkla­necz­kę do góry.

– Na zdro­wie! Szyb­ki? Hm… Naj­szyb­ciej moż­na za­ro­bić na prze­my­cie.

– Na prze­my­cie cze­go na przy­kład?

– Fa­jek.

– Fa­jek?

– Tak, fa­jek. Mam do­brych od­bior­ców faj­ki pod Lon­dy­nem, ale ry­zy­ko nie­ste­ty dość duże. Tyle że żeby prze­my­cać, trze­ba mieć kasę. Na kre­chę nikt nam nic nie da, na­wet jed­ne­go pa­pie­ro­sa. Ja kasy odło­żo­nej nie mam. To, co za­ra­biam, pusz­czam na bie­żą­co.

– Mamy kasę – po­wie­dział ta­jem­ni­czo Bro­nek.

– Tak, ja­sne. Wy to ma­cie wy­obra­że­nie. A ile ma­cie tej kasy, gwiaz­dy cyr­ku? Ty­siąc, pięć ty­się­cy? – za­py­tał gość szy­der­czo, po­cią­ga­jąc łyk po­pit­ki.

– Mi­lion – od­parł Ja­nek.

Ku­rak za­krztu­sił się po­pit­ką.

– Eee… ehe­he… ehe­hee! – Więk­szość coli wy­lą­do­wa­ła na jego kurt­ce. – Miii­rion? Miii­rion? Chy­ba ry­bli? To jest ru­bli. Ra­dziec­kich!

– Mi­lion euro – z dumą w gło­sie po­wie­dział Ja­nek.

– Mi­rion euro?! Jesz­cze le­piej. Cał­kiem was po­gię­ło. To po wód­ce czy coś wcią­ga­li­ście?

– Mi­lion euro – po­wtó­rzył z cał­ko­wi­tą po­wa­gą Bro­nek, ki­wa­jąc do tego gło­wą.

– Co wy ga­da­cie? Wie­cie, ile to jest?

– Mi­lion euro – jesz­cze raz po­wie­dział Ja­nek, pa­trząc sta­re­mu kum­plo­wi głę­bo­ko w oczy.

– No, wi­dzę, że jed­nak nie ja­ra­li­ście – wy­krztu­sił cie­niut­kim gło­sem Ku­rak, a jego za­łza­wio­ne oczy spo­glą­da­ły raz na Jan­ka, raz na Bron­ka. – Po­cze­kaj­cie, mu­szę ochło­nąć.

– Spo­dzie­wa­li­śmy się in­nej re­ak­cji – po­wie­dział Ja­nek.

– A ja­kiej się, kur­wa mać, spo­dzie­wa­li­ście? Spo­ty­ka­my się po kil­ku la­tach w ob­skur­nym cyr­ku, któ­ry na­le­ży, jak mó­wi­cie, do taty. Wiem, że całe ży­cie by­li­ście bar­dzo bied­ni, i my­ślę, że nic się nie zmie­ni­ło, bo przy­pro­wa­dza­cie mnie do wozu na ku­rzej nóż­ce, w któ­rym śmier­dzi wil­go­cią i sta­ry­mi skar­pe­ta­mi. Ro­bi­cie mi chu­jo­wą her­ba­tę z chu­jo­wej wody w chu­jo­wym czaj­ni­ku, a na ko­niec oznaj­mia­cie, że chce­cie za­in­we­sto­wać mi­rion euro!

– No i?

– Sko­ro na pro­wa­dze­niu cyr­ku jest taki do­bry in­te­res, że moż­na odło­żyć mi-rion euro, to po co wam ja­kiś nie­pew­ny in­te­res na szyb­ko? Ale nu­mer! W ży­ciu bym nie po­my­ślał. Te­raz ro­zu­miem, dla­cze­go miesz­ka­cie przez pół roku w ta­kich gów­nia­nych wa­run­kach. Nie­zły ka­mu­flaż! Wy to je­ste­ście do­pie­ro cwa­nia­ki. – Za­śmiał się ru­basz­nie.

– Mia­łeś nam po­móc, a ty chy­ba sam po­trze­bu­jesz po­mo­cy. Ga­dasz od rze­czy – skwi­to­wał wy­po­wiedź Ku­ra­ka Bro­nek.

– Eee, wi­dzę, że kwo­ta cię prze­ro­sła. Nie po­mo­żesz nam – uciął Ja­nek.

– Ej! No co ty! Ja tyl­ko tak mó­wię. Na­wet nie zda­je­cie so­bie spra­wy, ja­kie ta kwo­ta daje moż­li­wo­ści za­rob­ko­we.

– I do tego masz nas za dur­niów. My­ślisz, że nie wie­my, ile to jest mi­lion euro?

– Tego nie po­wie­dzia­łem.

– Do­bra, Ku­rak, nie pier­dol. Słu­cha­my po­my­słów. Co z tymi faj­ka­mi do Lon­dy­nu? – bra­cia za­czę­li mó­wić na zmia­nę.

– Nie, faj­ka od­pa­da. Kwo­ta, jaką ma­cie, jest zbyt duża. Nie ma sen­su jej dzie­lić, tu trze­ba zro­bić kon­kret­ne po­su­nię­cie. Ostat­nio mod­ny jest prze­myt czosn­ku. Jed­nak z taką kwo­tą to naj­pro­ściej by­ło­by z nar­ko­ty­ka­mi.

– Nar­ko­ty­ki od­pa­da­ją – Bro­nek na­tych­miast zgło­sił sprze­ciw. – Za to są za duże wy­ro­ki, zresz­tą nie pchaj­my nosa w nie swo­je spra­wy, bo mo­że­my stra­cić gło­wę. Ty nas nie ro­zu­miesz. Chce­my prze­my­cić coś, co nie wy­ma­ga an­ga­żo­wa­nia stat­ku do trans­por­tu, moż­na zro­bić to szyb­ko i bez roz­gło­su.

– Mo­że­my ku­pić olej opa­ło­wy i prze­ro­bić go na ropę. Za­ra­bia­my tyle, ile naj­więk­sza pi­jaw­ka, czy­li pań­stwo. Do­słow­nie prze­bi­cie na li­trze pra­wie ta­kie, jak u szej­ka.

– Lo­gi­stycz­na ma­sa­kra. Nie wy­obra­żam so­bie tego przed­się­wzię­cia. Coś prost­sze­go i przy­jem­niej­sze­go?

– No do­bra. A bry­lan­ty?

– Le­piej – po­wie­dzie­li rów­no­cze­śnie bra­cia Mi­lew­scy.

– Czy­li prze­myt bry­lan­tów?

– Może być. Ła­two je prze­my­cić? – za­czął do­py­ty­wać Ja­nek.

– Z tymi pie­niędz­mi, ja­kie ma­cie, wszyst­ko sta­je się ła­twe. Mam ko­goś, kto kie­dyś w tym ro­bił. Może nam po­móc. Sam je­stem za krót­ki do ta­kiej ope­ra­cji.

– Ja­kie jest prze­bi­cie?

– Nie wiem do­kład­nie, ale po­dob­no moż­na za­ro­bić kro­cie. Tak sły­sza­łem. Spraw­dzę wszyst­ko do­kład­nie.

– Na ile mu­si­my za­mro­zić pie­nią­dze? – Ja­nek prze­szedł do kon­kre­tów.

– My­ślę, że ty­dzień, mak­sy­mal­nie dwa ty­go­dnie.

– To nie­moż­li­we, mu­si­my się zmie­ścić od naj­bliż­sze­go piąt­ku do wtor­ku.

– Dziś jest nie­dzie­la, czy­li, je­że­li do­brze ro­zu­miem, mamy sześć dni na przy­go­to­wa­nia i pięć dni na re­ali­za­cję? – Ku­rak spoj­rzał na bra­ci z nie­do­wie­rza­niem. – Cze­mu aku­rat te­raz i cze­mu tak się spie­szy?

– Bo tyl­ko na taki czas mo­że­my mieć go­tów­kę do dys­po­zy­cji i wte­dy mamy prze­rwę w wy­stę­pach. We wto­rek za ty­dzień cyrk za­czy­na się zwi­jać, prze­sta­wia­my się do Gdań­ska i bę­dzie­my mie­li spo­ro ro­bo­ty.

– Ro­zu­miem, że to nie wa­sze pie­nią­dze. Po­ży­cza­cie? Chy­ba nie na li­chwę? Jak na li­chwę, to od razu wam mó­wię, że z tego mogą być nie­wy­obra­żal­ne kło­po­ty. Po­wiedz­cie praw­dę, jak to nie wa­sza kasa, to nie wcho­dzę.

– Źle ro­zu­miesz. – Bro­nek sta­rał się uspo­ko­ić go­ścia. – To na­sze pie­nią­dze. Koń­czy nam się nie­dłu­go… po­wiedz­my, że lo­ka­ta. Za­nim je po­now­nie wpła­ci­my, chce­my nimi ob­ró­cić.

– Ma­cie mnie za dur­nia?

– Chcesz za­ro­bić czy bę­dziesz się mą­drzył? – Bro­nek się zde­ner­wo­wał.

– Ale nie li­chwa?

– Nie.

– Daj­cie mi czas do ju­tra po po­łu­dniu. Ro­ze­znam te­mat i za­cznę wszyst­ko or­ga­ni­zo­wać. Zy­skiem dzie­li­my się na dwie czę­ści. Tak?

– Jak się do­rzu­cisz w po­ło­wie, to tak. Nie po­no­sisz żad­ne­go ry­zy­ka, damy ci trzy­dzie­ści pro­cent – po­wie­dział Ja­nek.

– Trzy­dzie­ści… hm… trzy­dzie­ści. – Ku­rak przy­jął taką pozę, jak­by się za­sta­na­wiał.

– No co?! Zwa­rio­wa­łeś czy uda­jesz?

– No do­bra, stoi! – po­wie­dział i wy­cią­gnął rękę do Jan­ka i Bron­ka.

– Do­brze, zga­dza­my się – od­parł Ja­nek i wy­cią­gnął rękę do Ku­ra­ka.

Słoń­ce pa­li­ło nie­mi­ło­sier­nie. Za­wie­szo­ny nad Lon­dy­nem smog zda­wał się po­tę­go­wać wra­że­nie go­rą­ca i wszech­obec­nie pa­nu­ją­cej dusz­no­ści. Fio­dor Iwa­no­wicz Ka­lew, star­szy czło­wiek o drob­nej po­stu­rze, za­par­ko­wał gra­na­to­we­go ja­gu­ara na za­re­zer­wo­wa­nym spe­cjal­nie dla nie­go miej­scu przy Vin­cent Stre­et i prze­mknął, ucie­ka­jąc przed upa­łem, do swo­je­go ele­ganc­kie­go biu­ra, miesz­czą­ce­go się na pierw­szym pię­trze XIX-wiecz­nej ka­mie­ni­cy. Prze­cho­dząc na dru­gą stro­nę uli­cy, wpadł na ubra­ne­go w ele­ganc­ki gar­ni­tur mło­de­go męż­czy­znę, któ­ry szedł w kie­run­ku ma­łe­go par­kin­gu, na któ­rym Ka­lew przed chwi­lą za­par­ko­wał.

Męż­czy­zna wy­glą­dał na dwa­dzie­ścia dwa, może dwa­dzie­ścia czte­ry lata i spra­wiał wra­że­nie sta­ży­sty w bo­ga­tej fir­mie do­rad­czej. Ciem­ne wło­sy za­cze­sa­ne do tyłu, gar­ni­tur z cha­rak­te­ry­stycz­ny­mi dla Ar­ma­nie­go prze­szy­cia­mi, dro­gie buty, zło­ty Lon­gi­nes na ręce i tecz­ka ze skó­ry an­ty­lo­py – chło­pak jak wy­cię­ty z żur­na­la.

– Prze­pra­szam, że pana po­trą­ci­łem. Za­my­śli­łem się – po­wie­dział ele­gant, kła­nia­jąc się fi­li­gra­no­we­mu panu.

– Masz szczę­ście, że prze­pro­si­łeś – od­po­wie­dział nie­grzecz­nie, z moc­no ro­syj­skim ak­cen­tem Ka­lew. Na­stęp­nie szyb­ko prze­szedł przez chod­nik i znik­nął w błę­kit­nym bu­dyn­ku.

Mło­dzie­niec prze­cha­dzał się wol­no wzdłuż par­kin­gu, tak jak­by na ko­goś cze­kał. Po ja­kimś cza­sie przy­sta­nął obok gra­na­to­we­go ja­gu­ara, wy­jął z tecz­ki łom i z ca­łej siły ude­rzył nim w szy­bę w drzwiach od stro­ny pa­sa­że­ra. Bar­wio­ne na zie­lo­no szkło roz­pry­snę­ło się po as­fal­cie. Ele­gant, nie­zra­żo­ny wy­ją­cym alar­mem, wło­żył przez wy­bi­te okno rękę i wziął z sie­dze­nia srebr­ną, me­ta­lo­wą ak­tów­kę. Na­stęp­nie szyb­ko scho­wał łom do skó­rza­nej ak­tów­ki i lek­kim truch­tem za­czął od­da­lać się w kie­run­ku cen­trum.

Na­gle z ka­mie­ni­cy, w któ­rej znik­nął przed chwi­lą star­szy męż­czy­zna, wy­bie­gło dwóch krót­ko ob­cię­tych, wy­so­kich blon­dy­nów i roz­po­czę­ło sprint w kie­run­ku zło­dzie­ja ucie­ka­ją­ce­go z dwo­ma ak­tów­ka­mi. Wi­dać było, że to nie pierw­sza uciecz­ka zło­dzie­jasz­ka, bo od razu spo­strzegł za­gro­że­nie i ostro przy­spie­szył, wy­cią­ga­jąc przed sie­bie dłu­gie nogi. Po kil­ku mi­nu­tach sza­leń­cze­go bie­gu mię­dzy prze­chod­nia­mi i sa­mo­cho­da­mi dy­stans po­mię­dzy go­nią­cy­mi a go­nio­nym wy­no­sił oko­ło stu me­trów i ani się nie zwięk­szał, ani nie zmniej­szał. Ele­gant co kil­ka­na­ście se­kund od­wra­cał się ner­wo­wo z na­dzie­ją, że do­strze­że na twa­rzach blon­dy­nów ozna­ki zmę­cze­nia. Na próż­no.

„Kim oni, kur­wa, są? Tra­fi­ło mi się dwóch ma­ra­toń­czy­ków?” – my­ślał.

Spo­co­ny jak szczur, z pierw­szy­mi ob­ja­wa­mi za­dysz­ki, za­czął zda­wać so­bie spra­wę, że je­że­li bę­dzie kon­ty­nu­ował ten kar­ko­łom­ny bieg na wprost, blon­dy­ni prę­dzej czy póź­niej z pew­no­ścią go zła­pią. Wy­rzu­ce­nie srebr­nej wa­li­zecz­ki nie wcho­dzi­ło w grę, jesz­cze nie te­raz.

„Sko­ro tak za­wzię­cie mnie go­nią, to w środ­ku musi być coś war­to­ścio­we­go. Może bry­lan­ty? Wi­dzia­łem na fil­mach, że w ta­kich wa­liz­kach wozi się bi­żu­te­rię” – my­ślał pod­nie­co­ny, jed­nak od­dy­cha­ło mu się co­raz trud­niej.

Po­nie­waż ści­ga­ją­cy go męż­czyź­ni byli co­raz bli­żej, ele­gant po­sta­no­wił wbiec na naj­bliż­szą sta­cję me­tra. Gwał­tow­nie skrę­cił w lewo, prze­biegł po­mię­dzy ja­dą­cy­mi sa­mo­cho­da­mi i pu­ścił się scho­da­mi w dół. Go­nią­cy byli już tyl­ko dwa­dzie­ścia me­trów za nim. Kie­dy zbiegł do hal­lu, tuż przed bram­ka­mi wpadł na po­li­cyj­ną kon­tro­lę. Wszyst­kie wej­ścia ob­sta­wio­ne były przez funk­cjo­na­riu­szy w mun­du­rach i an­ty­ter­ro­ry­stów. Naj­wy­raź­niej ogło­si­li alarm bom­bo­wy i te­raz wszy­scy wcho­dzą­cy na pe­ron otwie­ra­li swo­je tor­by i ple­ca­ki i byli re­wi­do­wa­ni. Na wy­co­fa­nie się nie było żad­nych szans.

„Je­stem w pu­łap­ce, mają mnie z dwóch stron” – po­my­ślał i od­wró­cił gło­wę.

Jed­nak ku jego zdzi­wie­niu go­nią­cy go męż­czyź­ni za­trzy­ma­li się na ostat­nim stop­niu scho­dów i nie po­wia­do­mi­li po­li­cji o kra­dzie­ży tecz­ki. Ża­den z nich nie wy­glą­dał na zmę­czo­ne­go. Pa­trzy­li uważ­nie na zło­dzie­ja i cze­ka­li na dal­szy roz­wój wy­pad­ków. Ser­ce ele­gan­ta za­czę­ło wa­lić jak młot uda­ro­wy, strach ści­snął mu gar­dło, a ko­la­na do­słow­nie się ugię­ły.

„Je­że­li te­raz otwo­rzę ak­tów­kę i wy­sy­pie się z niej bi­żu­te­ria, to na bank mnie aresz­tu­ją. Cho­ciaż do wy­ja­śnie­nia, ale aresz­tu­ją. Jezu!!! Ona jest tref­na! Mam w wa­liz­ce kra­dzio­ną bi­żu­te­rię. Blon­dy­ni nie in­for­mu­ją po­li­cji o kra­dzie­ży tecz­ki, bo w środ­ku jest tref­ny to­war. Tak! Prze­cież nie­daw­no był na­pad na ju­bi­le­ra, na­pad stu­le­cia! No to po mnie!”

Prze­my­śle­nia mło­dzień­ca za­koń­czył głos ru­dej po­li­cjant­ki.

– Dzień do­bry. – Ko­bie­ta zdzi­wio­nym wzro­kiem zmie­rzy­ła mo­kre­go jak szczur, cięż­ko od­dy­cha­ją­ce­go ele­gan­ta. An­ty­ter­ro­ry­sta, któ­ry stał tuż za nią, przy­su­nął się nie­co. – Pan otwo­rzy ak­tów­kę. Ma pan jesz­cze dru­gą? – Funk­cjo­na­riusz­ka zdzi­wi­ła się jesz­cze bar­dziej. – Dru­gą też pan otwo­rzy – po­wie­dzia­ła, a an­ty­ter­ro­ry­sta pra­wie nie­zau­wa­żal­nie pod­niósł broń.

– Pro­szę bar­dzo. – Męż­czy­zna po­ka­zał re­wi­du­ją­cej go pa­rze wnę­trze tecz­ki ze skó­ry an­ty­lo­py.

Po­li­cjant­ka zaj­rza­ła do środ­ka. Spo­dzie­wa­ła się tam zna­leźć do­ku­men­ty lub lap­to­pa, kie­dy jed­nak stwier­dzi­ła, że tecz­ka jest pu­sta, spoj­rza­ła onie­mia­ła na ele­gan­ta. Dla pew­no­ści wło­ży­ła jesz­cze do środ­ka rękę ubra­ną w gu­mo­wą rę­ka­wicz­kę i wte­dy na dnie zna­la­zła łom. Kie­dy go wy­ję­ła i po­ło­ży­ła przed sobą, od­ru­cho­wo, a za­ra­zem osten­ta­cyj­nie zła­pa­ła za pał­kę, któ­rą mia­ła przy­wie­szo­ną z boku.

– A te­raz pan po­ło­ży me­ta­lo­wą tecz­kę i ją po­wo­li otwo­rzy – po­wie­dzia­ła.

Męż­czy­zna zro­zu­miał, że je­śli wy­ko­na ja­ki­kol­wiek fał­szy­wy ruch, to bio­rąc pod uwa­gę oko­licz­no­ści, zo­sta­nie na­tych­miast za­strze­lo­ny. Przy za­gro­że­niu de­to­na­cją za­wsze strze­la się tak, żeby za­bić. Nic dziw­ne­go, prze­cież ran­ny ter­ro­ry­sta może na­ci­snąć de­to­na­tor. Po­ło­żył więc grzecz­nie tecz­kę na bla­cie, po­chy­lił się nad nią i zbli­żył ręce do dwóch zam­ków. Spoj­rzał przez ra­mię w kie­run­ku scho­dów. Blon­dy­ni nadal tam sta­li i wle­pia­li wzrok w nie­go i w wa­liz­kę. Pot spły­wa­ją­cy po czo­le za­czął za­le­wać mu oczy. Klik, klik – zam­ki od­sko­czy­ły, a ele­gant wziął głę­bo­ki od­dech i po­wo­li pod­niósł wie­ko. Po­li­cjant­ka zaj­rza­ła do środ­ka, a póź­niej na spoj­rza­ła na po­dej­rza­ne­go.

– Coś nie tak? – za­py­tał spo­co­ny mło­dzie­niec, tym ra­zem bar­dzo od­waż­nie.

Ko­bie­ta pu­ści­ła pał­kę, któ­rą cały czas kur­czo­wo trzy­ma­ła, i wzię­ła do ręki dwie pły­ty DVD, któ­re były w środ­ku ak­tów­ki. Wi­dać, że też jej ulży­ło.

– Chy­ba wszyst­ko w po­rząd­ku – po­wie­dzia­ła, wkła­da­jąc pły­ty do tecz­ki. Od­pię­ła jesz­cze kie­szeń, któ­ra znaj­do­wa­ła się w wie­ku, wło­ży­ła do niej rękę i wy­ję­ła z niej… ma­lut­ki, sze­ścio­strza­ło­wy pi­sto­let. An­ty­ter­ro­ry­sta na ten wi­dok wy­ce­lo­wał broń w ele­gan­ta.

– Nie ru­szaj się, ręce na blat, łaj­zo!

Męż­czy­zna stał przez chwi­lę jak spa­ra­li­żo­wa­ny. Jego twarz przy­bra­ła dziw­ny, żół­ta­wy ko­lor. Od­chrząk­nął i po­wo­li za­czął wy­cią­gać ręce w kie­run­ku bla­tu. Oparł się na nich i od­wró­cił lek­ko gło­wę. Do­strzegł, że blon­dy­ni nadal sto­ją w od­da­li i pa­trzą na nie­go.

„Co jest, kur­wa? O co tu cho­dzi?” – po­my­ślał.

Nie­raz był w opa­łach, ale tym ra­zem sy­tu­acja od­bie­ga­ła od nor­my.

– Ma pan po­zwo­le­nie na tę broń? – za­py­ta­ła ner­wo­wo po­li­cjant­ka.

– Nie mam, to nie moja broń. To nie moja wa­liz­ka, zna­la­złem ją przed wej­ściem do me­tra – od­parł.

– Skuj­cie go i od­wieź­cie na po­ste­ru­nek – po­wie­dzia­ła ko­bie­ta do dwóch an­ty­ter­ro­ry­stów, któ­rzy nie wia­do­mo kie­dy za­ję­li po­zy­cję za ele­gan­tem.

Po­li­cjant, któ­ry cały czas miał go na musz­ce, ka­zał mu po­ło­żyć się na zie­mi. Tam­ci dwaj sto­ją­cy za nim za­ło­ży­li mu kaj­dan­ki, zre­wi­do­wa­li i wy­pro­wa­dzi­li go z me­tra. Kie­dy szli po scho­dach, aresz­tant roz­glą­dał się wo­ko­ło, ale blon­dy­nów już nie było wi­dać. Bez zbęd­nych słów an­ty­ter­ro­ry­ści wsa­dzi­li ele­gan­ta do ra­dio­wo­zu, w któ­rym sie­dzia­ło dwóch po­li­cjan­tów, a me­ta­lo­wą tecz­kę wło­ży­li do ba­gaż­ni­ka. Ra­dio­wóz ru­szył na sy­gna­le w kie­run­ku ko­men­dy.

***

Na ko­men­dzie, praw­do­po­dob­nie w związ­ku z alar­mem an­ty­ter­ro­ry­stycz­nym, pa­no­wał ruch jak w ulu. Co chwi­lę ja­kiś po­li­cjant wcho­dził z ko­lej­ny­mi za­trzy­ma­ny­mi, a inny wy­pro­wa­dzał lu­dzi w kaj­dan­kach. Za­raz po wej­ściu oka­za­ło się, że nie ma się kto za­jąć ele­gan­tem. Zo­stał więc przy­ku­ty do ław­ki przy drzwiach i tkwił tak do­bre pół go­dzi­ny. W koń­cu eskor­tu­ją­cy go po­li­cjan­ci upro­si­li gru­be­go funk­cjo­na­riu­sza o imie­niu Dick, by prze­jął aresz­tan­ta.

Za­sa­pa­ny gru­bas ob­ró­cił go ni­czym lal­kę, ob­le­ciał kie­sze­nie i wszyst­ko, cze­go nie zna­leź­li an­ty­ter­ro­ry­ści, czy­li dwa­dzie­ścia fun­tów, pre­zer­wa­ty­wę, klucz, pa­tycz­ki do czysz­cze­nia uszu i le­gi­ty­ma­cję stu­denc­ką, wrzu­cił do si­wej ku­we­ty. Na­stęp­nie wpro­wa­dził aresz­tan­ta do ob­szer­nej celi, w któ­rej sie­dzia­ło już kil­ku­na­stu za­trzy­ma­nych w trak­cie ła­pan­ki w me­trze. Na środ­ku ław­ki sie­dział gru­by Mu­rzyn. Po­zo­sta­łe oso­by były po­cho­dze­nia arab­skie­go. Mi­nę­ło ko­lej­ne pół go­dzi­ny. Do kra­ty dzie­lą­cej „pod­ręcz­ny areszt” od po­zo­sta­łej czę­ści ko­mi­sa­ria­tu pod­szedł pie­go­wa­ty blon­dyn ubra­ny w ob­ci­sły T-shirt i je­an­sy, do któ­rych miał przy­tro­czo­ny ogrom­ny pi­sto­let.

– Ko­wa­liow, wy­łaź – po­wie­dział pi­skli­wym gło­sem w kie­run­ku ele­gan­ta.

– Ja?

– A wi­dzisz tu ko­goś in­ne­go, kto wy­glą­da jak Ro­sja­nin?

– Ra­czej nie – od­parł ele­gant.

– Ja je­stem Ro­sja­ni­nem – po­wie­dział z ro­syj­skim ak­cen­tem gru­by Mu­rzyn.

– Taak? – Po­li­cjant za­wie­sił się na se­kun­dę. – A na­zy­wasz się Ko­wa­liow?

– Nie. Na­zy­wam się Ma­ka­row – od­parł nie­zra­żo­ny Mu­rzyn.

– To się za­mknij! A ty wy­łaź – po­ka­zał pal­cem na wzy­wa­ne­go Ro­sja­ni­na.

– A to chuj, on cię ob­ra­ża – po­wie­dział po ro­syj­sku, śmie­jąc się na głos, Ko­wa­liow.

– Wiem. Oni my­ślą, że mam pod­ro­bio­ne do­ku­men­ty. Nie wie­rzą, że Mu­rzyn może na­zy­wać się Ma­ka­ro­wi uro­dzić się w Ro­sji. Mó­wię ci, bra­cie, dzicz ja­kaś tu miesz­ka w tym Lon­dy­nie. Mój brat bliź­niak jest ochro­nia­rzem na lot­ni­sku w Mo­skwie. To by się pa­ca­ny zdzi­wi­ły, jak­by zo­ba­czy­ły Mu­rzy­na w ro­syj­skim mun­du­rze.

– Prze­stań pa­plać i wy­łaź. – Po­li­cjant się zde­ner­wo­wał, przez co za­czął mó­wić jesz­cze wyż­szym gło­sem.

Kil­ku­na­stu za­trzy­ma­nych par­sk­nę­ło śmie­chem. Za­czę­li roz­ma­wiać w swo­ich na­ro­do­wych ję­zy­kach. Ko­wa­liow, cią­gle re­cho­cząc, pod­niósł się z ław­ki i sprę­ży­stym kro­kiem wy­szedł na ko­ry­tarz. Po­li­cjant trza­snął ze zło­ścią kra­tą, przy­piął się kaj­dan­ka­mi do aresz­tan­ta i bez sło­wa po­pro­wa­dził go przez za­ka­mar­ki ko­men­dy. Po chwi­li do­szli do we­wnętrz­nych scho­dów i we­szli na pię­tro, do je­dy­ne­go po­ko­ju, któ­ry się tam znaj­do­wał. Oprócz dwu­sta­no­wi­sko­we-go biur­ka sta­ło tam kil­ka bia­łych re­ga­łów i mała szaf­ka. Na ścia­nie wi­sia­ły duże kor­ko­we ta­bli­ce, do któ­rych przy­pię­te były zdję­cia osób po­szu­ki­wa­nych i kil­ka wy­dru­ko­wa­nych stron.

Po­li­cjant do­słow­nie po­sa­dził ele­gan­ta na krze­śle. Wi­dać było, że jest zły. Wziął z re­ga­łu me­ta­lo­wą ak­tów­kę, z któ­rą jego ko­le­dzy za­trzy­ma­li Ko­wa­lio­wa, i z hu­kiem po­ło­żył ją na biur­ku. Na­stęp­nie po­ło­żył na bla­cie skó­rza­ną tor­bę, łom, siwą ku­we­tę i sze­ścio­strza­ło­wy pi­sto­le­cik w fo­lio­wym wor­ku.

– Po co ci były dwie tecz­ki, łom i pi­sto­let? Chcia­łeś zro­bić ja­kiś na­pad czy wła­ma­nie? – roz­po­czął prze­słu­cha­nie.

– Je­stem stu­den­tem we­te­ry­na­rii i nie chcia­łem zro­bić żad­ne­go na­pa­du. Ta tecz­ka z ło­mem jest moja, a tę me­ta­lo­wą ktoś mi dał do prze­wie­zie­nia na sta­cję Oxford Cir­cus. Mia­łem ją od­dać wy­so­kie­mu sza­ty­no­wi w oku­la­rach. Do­sta­łem za to 20 fun­tów, ma pan je w ku­we­cie.

– Więc na­zy­wasz się Alo­sza Ko­wa­liow i pró­bu­jesz mnie nie­udol­nie prze­ko­nać, że ta tecz­ka nie jest two­ja – po­wie­dział po­li­cjant. – W ca­łym Lon­dy­nie, we wszyst­kich me­diach mó­wią, że jest alarm an­ty­ter­ro­ry­stycz­ny, a ty zga­dzasz się prze­wieźć ob­ce­mu czło­wie­ko­wi tecz­kę z nie­wia­do­mą za­war­to­ścią?

– Nie wie­dzia­łem o alar­mie. By­łem na uczel­ni, póź­niej na obie­dzie. Kie­dy sze­dłem do sta­cji me­tra, za­cze­pił mnie ja­kiś gość, taki siwy dzia­dek, i po­pro­sił o przy­słu­gę. Póź­niej zsze­dłem na pe­ron i mnie aresz­to­wa­li­ście. Gdy­bym wie­dział, co w niej jest, nie wpadł­bym prze­cież na was.

– A po co ci łom?

– Po­ży­czy­łem ko­le­dze moje no­tat­ki i ze­szy­ty. Na pu­sto tecz­ka się źle ukła­da, poza tym źle się nie­sie pu­stą, więc wzią­łem ze szko­ły łom, pierw­szą cięż­ką rzecz, jaka wpa­dła mi w ręce, i wło­ży­łem do tecz­ki na czas po­dró­ży do domu.

– U was w szko­le naj­ła­twiej jest zna­leźć aku­rat łom? Nie książ­kę, ale łom? Ro­zu­miem, że na wy­dzia­le we­te­ry­na­rii uczą was otwie­rać kro­wie dupy ło­ma­mi! Masz mnie za idio­tę!? – Śled­czy miał swo­je zda­nie na te­mat ele­gan­ta i nie da­wał się zwieść.

Chrząk­nął, uśmiech­nął się do sie­bie, po czym wstał i otwo­rzył znaj­du­ją­cą się przed nim me­ta­lo­wą ak­tów­kę.

– Co my tu mamy? Hmm… – Po­li­cjant był rów­nie za­sko­czo­ny tym, że ak­tów­ka jest pu­sta, jak jego ko­le­żan­ka po fa­chu na sta­cji me­tra. – Gów­no mamy – po­wie­dział, wyj­mu­jąc z tecz­ki dwie pły­ty DVD. Na jed­nej per­ma­nent­nym ma­za­kiem na­pi­sa­ne było „Tań­czą­cy z wil­ka­mi”, a na dru­giej „Pi­no­kio”. – Więc chcesz mi wmó­wić, że nio­słeś swo­ją ele­ganc­ką tor­bę z ło­mem w środ­ku, żeby ład­nie wy­glą­da­ła, a obcy czło­wiek dał ci me­ta­lo­wą ak­tów­kę z pi­sto­le­tem i dwo­ma fil­ma­mi na DVD? – za­drwił.

– Tak wła­śnie było.

– A może te pły­ty są two­je?

– Nie, nie są.

– A co na nich jest? Por­no­le? Nie­le­gal­ne por­no?! Może „Tań­czą­cy z wil­ka­mi” to film z zoo­fi­lią, „Pi­no­kio” to pe­do­fil­ski film, a ty je­steś zbo­czo­nym dys­try­bu­to­rem nie­le­gal­ne­go DVD? – pod­niósł głos, przez co stał się on jesz­cze bar­dziej pi­skli­wy.

– Nie wiem, co na nich jest – cięż­ko prze­łknął śli­nę Ko­wa­liow, bo zdał so­bie spra­wę, że je­że­li na pły­tach jest nie­do­zwo­lo­na por­no­gra­fia, to ma dwa razy więk­sze kło­po­ty niż w przy­pad­ku od­kry­cia sa­me­go pi­sto­le­tu.

Po­li­cjant wy­jął pły­tę opi­sa­ną jako „Tań­czą­cy z wil­ka­mi” i już chciał ją wło­żyć do swo­je­go kom­pu­te­ra, ale żach­nął się.

– A może to wi­rus? Da­łeś się spe­cjal­nie zła­pać i te­raz za­in­fe­ku­jesz nam kom­pu­te­ry? – Po tej re­flek­sji pod­niósł ener­gicz­nie słu­chaw­kę i wy­krę­cił trzy­cy­fro­wy nu­mer.

– Ste­ve mówi, daj mi tu szyb­ko ja­kie­goś lap­to­pa. Tak, je­stem na gó­rze, a gdzie mam być? Po­spiesz się.

Le­d­wo odło­żył słu­chaw­kę, do po­ko­ju wszedł z lap­to­pem pod pa­chą opa­sły po­li­cjant o imie­niu Dick.

– Masz szczę­ście, aku­rat sze­dłem obok scho­dów – wy­sa­pał.

– Dzię­ki – od­po­wie­dział obo­jęt­nie śled­czy i ski­nął Dic­ko­wi na po­że­gna­nie. – A te­raz, pa­nie Alo­sza Ko­wa­liow, zo­ba­czy­my, z czym pana zła­pa­li­śmy. – Śled­czy spoj­rzał mu wy­zy­wa­ją­co w oczy, wziął pły­tę tak, żeby nie zo­sta­wić na niej swo­ich od­ci­sków pal­ców, i wło­żył do czyt­ni­ka w lap­to­pie.

Ele­gant za­czął ści­skać ner­wo­wo kciu­ki i spo­glą­dać na sto­ją­cy bo­kiem do nie­go lap­top. Ekran usta­wio­ny był jed­nak pod ta­kim ką­tem, że nic nie wi­dział, więc z cie­ka­wo­ści przy­su­nął się ra­zem z krze­słem do biur­ka i sta­rał się dys­kret­nie po­dej­rzeć, co oglą­dał śled­czy.

– Je­że­li my­ślisz, że tym te­atral­nym ge­stem zdo­bę­dziesz moje za­ufa­nie i uwie­rzę ci, że nie wiesz, co jest na tych pły­tach, to od razu ci mó­wię, że­byś so­bie da­ro­wał.