Cykl krzyżacki. Delikatne uderzenie pioruna - Dariusz Domagalski - ebook
lub
Opis

Pierwszy tom cyklu krzyżackiego

"WOJNA POLSKO-KRZYŻACKA I MISTYCZNA KABAŁA – POLSKA FANTASTYKA HISTORYCZNA, JAKIEJ JESZCZE NIE BYŁO!!!" Robert J. Szmidt

Rok 1409. Jak twierdzą prości ludzie, niezwykłe znaki w całej Europie zwiastują nową zawieruchę dziejową, gwałtowne wydarzenia, które mogą odmienić los świata. Na Wschodzie narasta napięcie między zakonem krzyżackim a Królestwem Polskim i Wielkim Księstwem Litewskim. Pogańska Żmudź, położona między Prusami i Inflantami, jest celem brutalnych najazdów Krzyżaków i kawalerów mieczowych, którzy sieją śmierć i zniszczenie w imię szerzenia wartości chrześcijańskich.

Dagobert z Saint-Amand, burgundzki rycerz w służbie króla Władysława Jagiełły, trafia w sam środek bezwzględnego konfliktu. Niebawem odkrywa, że i krzyże na białych płaszczach, i orzeł w koronie to tylko zewnętrzne symbole – prawdziwy bój toczy się w sferach mistycznych, a jego stawką jest równowaga i trwałość wszechświata... 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 357


 

„Powieść Dariusza Domagalskiego można zaliczyć do fantasy historycznej, która łączy realia właściwe danej epoce z fantastycznym sztafażem obfitującym w niesamowitości. (…) Znanym z historii wydarzeniom autor przypisuje całkiem inną motywację, a postaciom historycznym (m.in. Jagielle czy von Jungingenowi) – niezwykłe moce. Możemy więc przyjrzeć się krzyżacko-polskiej wojnie z zupełnie innej, mistycznej trochę, a trochę baśniowej perspektywy. (…) Delikatne uderzenie pioruna może być także niezłą przygodą intelektualną – z pewnością zainteresuje czytelników, którzy oczekują po literaturze czegoś więcej niż wartkich zwrotów akcji. (…) Ma więcej wspólnego z utworami Guya Gavriela Kaya niż z naszą rodzimą fantasy historyczną! (…) Domagalski napisał interesującą powieść, która daje do myślenia i zmusza do głębszych refleksji”.

„Qfant”

 

„Wybór Kabały jest zatem oryginalnym i przemyślanym pomysłem autora, lecz można także kojarzyć Delikatne uderzenie pioruna z innymi fantastycznymi światami, w których odwieczne kwestie rozpatrywane są nie w kategoriach dobra i zła, lecz raczej równowagi. Ciemna i jasna strona Mocy, ktoś, kto ma przywrócić Równowagę? Yin i yang, żeńska i męska siła, konieczność zaakceptowania swego Cienia? Wszak Le Guin jest antropolożką, a Lucas korzystał przy tworzeniu swej sagi z teorii monomitu Josepha Campbella. Zatem co prawda to tylko osobiste skojarzenia z klasyką fantastyki, ale – jak widać – dobre.

Duża sumienność w oddaniu realiów historycznych, a zwłaszcza politycznych tego trudnego dla Europy okresu dziejów, pozwala zakwalifikować powieść do zyskującego na popularności podgatunku fantasy historycznej – obok trylogii husyckiej Sapkowskiego, opowiadań Forysia, piastowskiej twórczości Dębskiego czy powieści Komudy. Domagalski umiejętnie prowadzi intrygę – akcja nie nuży, opowieść zostawia miejsce na oddech i nienachalnie wprowadzone informacje historyczne czy religioznawcze”.

„Esensja”

 

„Historia kreślona piórem Dariusza Domagalskiego przedstawia dzieje konfliktu z Krzyżakami w niezwykle ciekawy, niebanalny sposób. (…)

Delikatne uderzenie pioruna to debiut Dariusza Domagalskiego – debiut niewątpliwie bardzo udany, i to z wielu względów. Przede wszystkim autorowi udało się nie tylko przełamać niepisaną zasadę, że o Krzyżakach pisze tylko Sienkiewicz, ale w dodatku cała rzecz została nakreślona barwnym, pełnym emocji, plastycznym, pięknym (poza kilkoma drobnymi niedociągnięciami stylistycznymi) językiem. Należy dodać, że nie jest to wcale język, który choć trochę przypominałby manierę Sienkiewiczowską, co stanowi kolejny plus. Motyw fantastyczny został wpleciony w kompozycję bardzo starannie; tło historyczne, wydarzenia związane z głównymi bohaterami, zarówno odnoszące się do ich przeszłości, jak i teraźniejszości, i fantastyczny trop składają się na dobrze przemyślaną (i równie dobrze napisaną) całość. Tym, co szczególnie spodobało mi się w Delikatnym uderzeniu pioruna, było położenie nacisku na postać nie Mikołaja Trąby, ale znacznie rzadziej wspominanego Mikołaja Kurowskiego, biskupa poznańskiego, włocławskiego, później także arcybiskupa gnieźnieńskiego. Rys psychologiczny tej postaci jest bodaj najlepszy w całej książce. Atmosferę powieści budują również częste opisy poszczególnych potyczek rycerskich, tym bardziej ciekawe, że opisywane dokładnie, acz nienużąco. Wypada także dodać, że bardzo ciekawym zabiegiem było wprowadzenie bogatej bibliografii i obszernych przypisów, w których autor rzetelnie opisuje co bardziej interesujące zagadnienia poruszane w tekście głównym. Delikatne uderzenie pioruna otwiera cykl o wojnie polsko-krzyżackiej. Powieść pełna zalet budzi nadzieję i apetyt. Na więcej”.

Wirtualna Polska

 

Grzech przyszedł tu, wdarł się w zakon, wnętrze,

Noc scalenia z dniem.

Przebił mnie rozkoszą myśli nagich scen,

Szaleństwem ognia, który wrze.

 

Abraxas, Tarot

Rozdział 1

 

Romnowe

 

 

Wraz z początkiem maja 1409 roku Europę nawiedziły niespotykane upały i zdawało się, że lato nadeszło, omijając tak wdzięczną porę roku jak wiosna. Przyroda nie tyle obudziła się do życia, jak to zwykła co roku czynić, ile wybuchła z całą intensywnością, otulając świat zielenią, ciepłem i zapachem.

W borach i matecznikach zwierzęta szybciej niż zazwyczaj rozpoczęły gody, a ptaki na dobre się rozćwierkały. Leśne runo nie zdążyło jeszcze dobrze zakwitnąć, a już drzewa, rozwijając nasycone kolorami liście, zaciemniły dno lasu. Po ogrodach dworskich spacerowały damy, podziwiając w pełni rozwinięte białe azalie, ciemnoczerwone lilie, bladoniebieskie dzwonki i uwielbiane róże. Także magnolie rozkwitły, urzekając swoim majestatem, a na łąkach królowały ulotne dmuchawce i niebieskawy łubin.

W klasztornych wirydarzach benedyktyni z zaskoczeniem obserwowali przedwczesny rozkwit bodziszków, konwalii, malw, rozmarynu i innych roślin stosowanych przez nich w lecznictwie.

Natomiast biskupi w swoich strzelistych katedrach i uczeni w gmachach uniwersytetów zachodzili w głowę nad owymi zjawiskami, wymyślając coraz to nowe teorie, doszukując się różnorakich przyczyn. Nikt z nich jednak nie umiał powiedzieć, czy owe anomalie natury to błogosławieństwo, czy też kara za grzechy, czy są związane z działaniem sił nieczystych, czy może stanowią zjawiska naturalne, tyle że jeszcze przez naukę niezbadane. Natomiast zwyczajni, prości ludzie wiedzieli swoje, brali sprawy takimi, jakie są, i jak się później okazało, nie mylili się w przeczuciach. Twierdzili, że to znaki zwiastujące kolejną zawieruchę dziejową, gwałtowne wydarzenia, które wkrótce nadejdą i odmienią los świata.

A czasy to były burzliwe. Od lat chrześcijaństwo miało dwóch papieży, jednego w Rzymie, drugiego w Awinionie. Obaj nie przebierali w środkach do osiągnięcia politycznych celów i skutecznie skłócali ze sobą całe narody. Kto wie, czy po odbywającym się właśnie soborze w Pizie kardynałowie obu obediencji nie powołają kolejnego zwierzchnika Kościoła?1

Na zachodzie Europy Anglicy i Francuzi toczyli wielką wojnę, której końca nie było widać, a z roku na rok coraz więcej nacji przyłączało się do niej2. Na południu rodziła się nowa siła zagrażająca chrześcijańskiemu światu – Turcy osmańscy. Co prawda król Węgier, Zygmunt Luksemburski, podejmował przeciw nim krucjaty, ale zazwyczaj kończyły się one porażkami, w tym tą najboleśniejszą, przed trzynastu laty, pod Nikopolis. Na północy morskie potęgi Hanzy, Szwecji i Danii jeśli akurat nie rywalizowały ze sobą, to mierzyły się z epidemią piractwa.

No i był jeszcze Wschód…

 

 

Dagobert z Saint-Amand3, burgundzki rycerz w służbie polskiego króla, Władysława Jagiełły, zmierzał żmudzkim traktem na południe, w stronę grodu Miedniki. Co jakiś czas unosił się w siodle, spoglądając przed siebie i starając się dostrzec, co go czeka za następnym zakrętem. Niestety, gęsty las po obu stronach utrudniał widoczność.

Był na szlaku już od świtu i tęsknie wypatrywał jakiejś osady czy choćby chłopskiej zagrody, gdzie mógłby się posilić, oczyścić z podróżnego kurzu i chociaż na chwilę skryć w chłodnym cieniu strzechy.

Słońce stojące prawie w zenicie prażyło niemiłosiernie, żar lał się z nieba, a wiatr, zamiast koić, każdym powiewem przynosił kolejną falę gorąca.

Mężczyzna odgarnął długie, jasne włosy przylepione do wilgotnej od potu twarzy, wstrzymał konia i rozejrzał się po okolicy. Otaczały go sosny, brzozy i dęby, tworzące rozległą gęstwinę, z której dobiegały odgłosy zwierząt poszukujących pożywienia, ptasie trele i stukot dzięcioła niosący się echem w leśnej głuszy. Co jakiś czas dało się słyszeć trzask gałęzi, skrzypienie drzew i gwałtowne poruszenie w krzakach.

Nie dostrzegł i nie usłyszał nic niepokojącego, jego niebieskie oczy jednak pozostawały czujne, gdyż gościniec, po którym zmierzał, nie był zbyt bezpieczny dla samotnego jeźdźca. W każdej chwili mógł spotkać pruskich rycerzy jadących na kolejną rejzę4, bandę kryjących się po lasach rabusiów, zbłąkanych maruderów z litewskiej armii, a nawet zagon tatarski.

Zeskoczył z objuczonego bagażami wierzchowca, chwycił uzdę i ruszył piechotą. Nie chciał forsować zwierzęcia, czekała ich tego dnia jeszcze daleka droga. Rycerz z Saint-Amand nie po raz pierwszy był na szlaku i dobrze wiedział, że zbytni pośpiech nie zawsze oznacza szybkie dotarcie do celu. Tym bardziej na Żmudzi, gdzie nie wiadomo było, jakie niespodzianki czekają za kolejnym zakrętem. Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem. Tak krótko przebywał w tej krainie, a już tak dobrze zdążył ją poznać.

Podróżny nie znajdzie tu miast ani grodów z prawdziwego zdarzenia, a nieliczne osady leżą przy traktach przecinających bory, knieje i mateczniki. Ludzie mieszkają w chatach zbudowanych z bierwion lub zwykłych szałasach z chrustu. Nie są dobrymi rolnikami, a ziemia też nie należy do bardzo urodzajnych. Żmudzini lub, jak sami siebie nazywają, Żemajtis, zajmują się hodowlą, łowami i bartnictwem.

Jest to też ostatni bastion pogaństwa. Wysyłane raz za razem misje chrześcijańskie nie przynoszą żadnego efektu i ludzie, zamiast w niedziele modły wznosić w wybudowanych specjalnie na tę okazję kapliczkach, chadzają do gajów stawiać kamienie pochwalne pogańskim bóstwom – Perkunowi, Matergabii, Żeminie. Zamiast krzyża czczą święty ogień. Podobno, ukryte przed pałającym gniewem spojrzeniem misjonarzy, głęboko w lasach stoją pogańskie świątynie, w których kapłani pilnują, żeby ogień nigdy nie wygasł. Żmudzini bardziej od chrześcijańskich świętych poważają rodzimych kauków, czartów, gadziny i węże. Te ostatnie hodują w domach i codziennie rano miseczkę mleka stawiają im w podzięce za opiekę nad dobytkiem.

Jednak nie z racji swojego pogaństwa Żmudź zwróciła uwagę możnych tego świata. Wciśnięta klinem pomiędzy Prusy i Inflanty stała się cierniem w oku zakonów krzyżackiego i kawalerów mieczowych5. Gdyby nie waleczni i nieustępliwi mieszkańcy tej krainy, niemieckie państwa dawno połączyłyby się w jedno, podwajając swą potęgę. Za nieustępliwość i hardość płacili Żmudzini wysoką cenę.

Raz po raz rejzy panów pruskich oraz Inflantczyków siały śmierć i zniszczenie. Rycerze z czarnymi i czerwonymi krzyżami na szatach pozostawiali za sobą spalone wsie, trupy, zniszczone domostwa i uprawy. Natomiast samych Żmudzinów nie mogli zniszczyć, gdyż niestraszne im były śmierć, głód i ból ani trud odbudowywania domów. Z zaciśniętymi w gniewie ustami, ze łzami w oczach, w pocie czoła podnosili osady ze zgliszczy. Żyli w niepewności jutra, w obawie, że znowu pokażą się Niemcy i z imieniem Boga na ustach zaczną palić i mordować.

Ale z każdym kolejnym dniem gniew w sercach ludzi narastał.

Burgundczyk, przemierzając ziemię żmudzką, był świadkiem okrucieństw czynionych przez Krzyżaków z jednej strony, a kawalerów mieczowych z drugiej. Widział zwęglone ciała dzieci pośród pogorzelisk, zhańbione kobiety w podartej odzieży, snujące się jak cienie w poszukiwaniu pomordowanych mężów, sterty bladosinych trupów gnijących na polach, bo nie ocalał nikt, kto by ich godnie na tamten świat odprawił. Co jakiś czas mijał wisielców na drzewach, obdartych z ubrań i godności, bo tylko godność i odzienie dumnym Żmudzinom zostały. Zastanawiał się, ile krwi przelali już chrześcijańscy rycerze pod pretekstem szerzenia miłosierdzia. Dobra nowina, którą przynosili, zwiastowała tylko cierpienie.

Do czasu…

 

 

Wreszcie spojrzenia władców zwróciły się ku tej dzikiej krainie. Bynajmniej nie dlatego, że leżał im na sercu los ludzi, powodowała nimi po prostu chęć ugrania kilku punktów na politycznej szachownicy.

Zarówno królowi Władysławowi, jak i wielkiemu księciu Litwy Witoldowi na rękę byłby bunt na Żmudzi, który osłabiłby zakon. Witold z Litwy podżegał więc do powstania, a nawet wysyłał swoich najbardziej zaufanych ludzi do Miedników, Szawli, Rosieni, Wielony w celu zorganizowania rebelii, natomiast z Polski zarówno drogą lądową, jak i morską szły dostawy broni.

Właśnie jedną z takich dostaw miał nadzorować Saint-Amand, ale tego typu zadanie nie było mu miłe. Stawać do walki oko w oko z przeciwnikiem, w pojedynku na ostre6, szarżować na wroga podczas bitwy – to przynosiło prawdziwą chwałę i sprawiało najwięcej radości. Przemykanie się niczym szpieg, najpierw z Krakowa do ziemi dobrzyńskiej, następnie przez Niemen do Połongi, a teraz szlakiem na Miedniki, nie było zajęciem godnym rycerza.

Zdawał sobie jednak sprawę, że służba, do jakiej został powołany, wymaga zarówno męstwa, odwagi, jak również sprytu i rozumu. Dagobertowi zaś żadnej z tych cech nie brakowało. Przynajmniej sam tak uważał.

Pierwotnie zadanie wydawało się niezwykle proste, ale jak to zazwyczaj bywa z prostymi zadaniami, mocno się skomplikowało. W Połondze, jedynym dostępnym dla Litwinów porcie, miał czekać na przybycie polskich statków handlowych. Oficjalnie na ich pokładzie znajdowało się zboże stanowiące pomoc od króla Polski dla głodującej Żmudzi. Był to – rzecz jasna – kamuflaż, tak naprawdę na statkach została ukryta broń. Jagiełło, ze względów politycznych, nie mógł oficjalnie poprzeć żmudzkiej rebelii. Zakonnicy nie omieszkaliby natychmiast oskarżyć go o sprzyjanie poganom, a przecież już teraz twierdzili, że jest fałszywym chrześcijaninem i nową religię przyjął jedynie dla pozoru.

 

 

W Połondze czekał prawie dwa tygodnie. Kiedy statki nie przypływały, a coraz więcej wścibskich oczu poczęło obserwować cudzoziemca, który podejrzanie często odwiedza niewielki port, postanowił zasięgnąć języka. Posiadając odpowiednią ilość złota, mocną głowę i wiedzę, kogo pytać, można zdobyć każdą informację.

Nie inaczej było w tym wypadku.

Siedząc codziennie na wysokim piaszczystym klifie, Burgundczyk obserwował wejście do portu, do którego co jakiś czas wpływały rybackie barki, handlowe balingery, szkuty i krajery. Pewnego popołudnia w główkach portu pojawiła się eskadra złożona z czterech jednostek: trzech kog i jednego halka. Okręty miały długie kasztele sięgające śródokręcia, co oznaczało, że przystosowane są do walki abordażowej, a uzbrojenie w postaci bombard, serpentyn i moździerzy rozwiewało wszelkie wątpliwości co do ich przeznaczenia.

Właścicielem tej niewielkiej floty był Marcin Bornholm, kaper gdański na usługach Hanzy, który nie omieszkał opróżnić antałka wina w towarzystwie rycerza z dalekiej Burgundii.

– Nie jest to łatwy kawałek chleba, panie rycerz.

Zaróżowione i ozdobione okazałymi bokobrodami policzki Marcina wydęły się w oburzeniu. Jego tubalny głos rozchodził się po całej portowej tawernie, drażniąc starych bywalców, którzy spoglądali na niego koso. Nikt jednak nie odważył się zadrzeć z potężnym gdańszczaninem. Doskonale wiedzieli, że jest niezwykle groźnym przeciwnikiem, zaprawionym w portowych burdach. Ponadto w jednej chwili mógł mieć pod bronią ze stu chłopa z załóg swoich okrętów.

Dagobert rozejrzał się po sali, ale stwierdziwszy, że raczej nie zanosi się na rozróbę, spokojnie sięgnął po kubek z winem. Miał nadzieję dowiedzieć się czegoś o zaginionym polskim konwoju, starał się pić mało i pilnie słuchać. Natomiast gdański żeglarz żłopał jak smok. Co chwilę sięgał po dzban i nalewał sobie do pełna.

– Przecież powiadają, że z kaperstwa da się całkiem porządnie wyżyć – podpuszczał Burgundczyk.

Bornholm prychnął pogardliwie.

– Bzdury! Wierutne bzdury! Po pierwsze, zdobyczne pryzy przechodzą na wystawcę patentu, a ja z tego mam jedynie dziesięć do piętnastu procent udziału. No i za to trzeba okręty wyremontować, prowiant zakupić, no i psia jego mać… żołd tym obibokom płacić.

– Toć miasto, z którego otrzymujesz list kaperski, powinno owe koszty pokryć – zdziwił się Dagobert.

– W części partycypuje, i owszem. Rzekłbym nawet, że w znacznej. Zazwyczaj nawet całkowicie. – Korsarz łypnął podejrzliwie na rozmówcę. – No ale i tak nigdy na swoje nie wychodzę. Przynajmniej tak załodze powiadam, gdy przychodzi do wypłacenia żołdu.

Roześmiał się i spojrzał na pusty kubek. Rycerz szybko dolał mu wina.

– Po drugie – Bornholm wychylił go prawie jednym haustem – nie jest to bezpieczne zajęcie. I wcale nie dlatego, że w każdej chwili można żelazem przez łeb oberwać. Wszystko przez tę politykę, za którą sprzedajne dziewki powinny się brać, a nie mężowie. Bywa, że dzisiejsi wrogowie jutro są przyjaciółmi i vice versa. Jednego dnia jesteśmy w służbie, blokadę przełamując lub kontrabandę ścigając, a następnego na pohybel nas wiodą za rozbójnictwo morskie, bo naszym protektorom się odwidziało. I tak łaska pańska na pstrym koniu jeździ.

– To smutne, co powiadacie, Marcinie.

– Po trzecie wreszcie… o, to jest dopiero smutne, panie rycerz, dziatek moich prawie nie widuję, a i żonkę zdałoby się poobracać. Filigranowa z niej sikoreczka, ale serce ma wielkie i rozłąki ciężko znosi.

– Zaiste, nie jest to łatwy kawałek chleba – przyznał Burgundczyk. – Wypijmy!

– Do dna!

– Do dna!

Korsarz zamilkł na chwilę, zapatrzył się przez okno na pogrążony w ciemnościach nocy port.

– Różne już zlecenia przyjmowałem. Z jednych jestem dumny, z innych mniej, a o niektórych chciałbym jak najszybciej zapomnieć.

Dagobert milczał w oczekiwaniu, ale kaper nie podjął tematu, zaśmiał się jowialnie i znowu jego głos brzmiał pewnie, a przede wszystkim głośno.

– Wystaw sobie, panie rycerz, że ja z moją załogą… psia jego mać, dzisiaj musiałem im część zapłaty dać, coby na dziewki i wino mieli. – Skrzywił się. – O czym to ja mówiłem?

– O dziewkach i winie, Marcinie.

– Nie.

– Wszak to wdzięczny temat.

– Zgadza się, ale ja nie o tym. Już wiem! Tak więc to ja z moją załogą ujęliśmy słynnego Klausa Störtebekera, przywódcę witalijczyków7. Trzydzieści pięć okrętów Hanzy nie mogło tego dokonać, następnie próbowała królowa Małgorzata z całą swoją flotą, a nawet wyprawiał się na nich Ulryk von Jungingen. A Klaus, ten skurczybyk, zawsze uciekał. Dopiero ja, nie chwaląc się, tom uczynił. Oczywiście z niewielką pomocą mojej załogi, dla której dzisiaj musiałem całą sakwę opróżnić. – Spochmurniał. – Störtebeker. – Korsarz ponownie spojrzał w okno i się zamyślił. – Nie ma już takich jak on. Byłem nawet przy tym, jak został stracony na rynku w Hamburgu. Ile to już lat minęło? Będzie z dziewięć.

– A co tak słynnego żeglarza sprowadza do tej opuszczonej przez Boga krainy? – Dagobert postanowił trochę przycisnąć, gdyż dzban wina był już pusty, podobnie jak jego sakiewka.

Twarz gdańszczanina stężała.

– Niezbyt chwalebne czyny. Świat się zmienia, niegdyś wszystko było proste. Czyniąc złe rzeczy, miało się tego świadomość. I na spowiedzi było łatwiej, bo człowiek wiedział, co słuszne jest, a co nie. A teraz nie wiadomo, bo wczorajsze przewiny dzisiaj są cnotami. Komu służyć? Po czyjej stronie sprawiedliwość? Nie wiem. Zapewne dlatego tak się dzieje, że wojna idzie…

– Wojna? Po czym to wnosicie?

– Krzyżacy bez walki oddali Małgorzacie wyspę Gotland i ich okręty zniknęły z Morza Bałtyckiego8. Znaczy się, że siły zbierają i łapczywie spoglądają na Polskę oraz Litwę.

– Wszak od lat, mimo mniejszych i większych konfliktów, mamy pokój. Ufam, że działania dyplomatyczne i zaangażowanie rozjemcze Zygmunta Luksemburskiego przyniosą skutek i wojny da się uniknąć. – Rycerz zmrużył oczy, uważnie wpatrując się w rozmówcę.

Marcin Bornholm się roześmiał.

– Panie rycerz! Z daleka przybywasz i nie znasz Polaków, co to w gorącej wodzie są kąpani i wpierw działają, a potem myślą. Im wojaczka w głowie, a nie pertraktacje. Jeśli zakon ruszy na Litwę, to król Władysław niechybnie na Malbork uderzy. Wszak takie ma zobowiązania względem sojusznika po zawarciu unii.

– Dobrze się, Marcinie, w polityce orientujecie.

– Ano, trochę się ten świat poznało i żeby w tym fachu przeżyć, trzeba mieć nos do polityki. – Korsarz westchnął.

– Miejmy nadzieję, że jednak do ugody doprowadzą, gdyż jedna nam w Europie wojna wystarczy.

– Chciałbym, żeby tak było, ale nie sądzę. Panowie pruscy złotem płacą za pomniejsze usługi, które mają szkodę Koronie wyrządzić. Nie są one miłe ani mnie, ani mojej załodze. Nie jest dobrze, jeśli w czas pokoju bracia zakonni każą okręty, idące pod królewską banderą, łupić.

– Złupiliście polskie okręty?! – Zaskoczony Burgundczyk podniósł się z ławy.

– Cicho – syknął korsarz, rozglądając się po izbie.

Na szczęście nikt z obecnych nie zwrócił na nich uwagi. Przynajmniej tak się Dagobertowi wydawało.

– Nie złupiliśmy, a jeno zarekwirowaliśmy okręty, co ze zbożem do Połongi szły, i odstawiliśmy do Kłajpedy, w ręce tamtejszego komtura9.

Saint-Amand pobladł, nie spodziewał się tak złej wiadomości.

– Powiadam ci, panie rycerz – Marcin Bornholm jeszcze bardziej ściszył głos – nadejdzie taki czas, że Gdańsk opowie się za królem i wtedy wystawi własną flotę kaperską na pohybel Krzyżakom10. Kto wie, może taki list kaperski mój syn otrzyma od samego króla?11 Ja już chyba tego nie dożyję. Ale póki co za coś trzeba żyć. Dziatki wykarmić, a i pani Bornholmowa lubi się stroić ponad stan. Ech, polej jeszcze wina…

 

 

Rozmowa w tawernie odbyła się zaledwie trzy dni wcześniej, a Dagobertowi wydawało się, że minęły wieki. Okręty z bronią zostały przez Krzyżaków skonfiskowane i nie było sensu dalej tkwić w Połondze. Postanowił przenocować, aby skoro świt ruszyć na południe, do Miedników. Tam miał nadzieję spotkać księcia Witolda, przekazać mu listy od króla Władysława i zawiadomić o przechwyconym konwoju.

Nad ranem, gdy w stajni ledwie zdążył okulbaczyć swoją klacz i zamocować juki do siodła, usłyszał podniesiony głos na podwórzu gospody. To służący, który zawsze o tej porze wracał ze świeżymi rybami, wołał właściciela. Krzyczał, że widział hufiec zbrojnych, zbliżający się od strony Kłajpedy. Dagobert nie wątpił, że byli to Krzyżacy. Zapewne wczoraj ktoś jednak przysłuchiwał się jego rozmowie z gdańskim kaprem i śpiesznie doniósł co trzeba rycerzom zakonnym. Niezły to byłby kąsek złapać szpiega w służbie polskiego króla. A może, aby pozbyć się świadków własnych matactw, przybywali po Marcina Bornholma? Burgundczyk nie czekał na odpowiedź. Szybko dosiadł konia i ruszył na południe.

 

 

Saint-Amand spojrzał w niebo, na którym zaczęły kłębić się czarne chmury. Zanosiło się na solidną ulewę i pierwszą w tym roku burzę. Musiał szybko znaleźć jakiś dach nad głową, żeby nie przemoknąć. Najlepsza byłaby gościnna osada, ale nie pogardziłby też zwykłym szałasem.

Już chciał wsiadać na koń i ruszyć kłusem, kiedy dostrzegł dym unoszący się nad bukowym lasem. Osady Żmudzinów często znajdowały się w pewnym oddaleniu od głównych szlaków, ukryte w lesie przed złymi spojrzeniami znienawidzonych Krzyżaków i Inflantczyków.

Burgundczyk ucieszył się, wyglądało na to, że szczęście mu sprzyja. Może Żmudź była krainą pełną nieprzebytych mateczników, torfowisk i bagien, ale żyli tu ludzie serdeczni, gościnni i chętnie dzielący się tym, co mieli. Rozkoszował się myślą o pieczonej rzepie, którą Żmudzini zastępowali chleb. Gospodarze mieli w zwyczaju częstować gości największymi okazami. Dym, który widział nad lasem, pochodził pewnie z wypieków, tak więc była szansa na smaczny posiłek.

Zszedł z gościńca, wziął konia za uzdę i ruszył leśną ścieżką.

Spojrzał jeszcze raz w prześwitujące między koronami drzew niebo, które całe już pociemniało. Przyspieszył kroku, wiedząc, że lada chwila się rozpada. Po chwili ujrzał wyłaniającą się z leśnych ostępów polanę, a na niej palisady i bramę wydrążoną w prymitywnym drewnianym murze. Jednakże im bardziej zbliżał się do osady, tym większy ogarniał go niepokój. Instynkt podpowiadał mu, że coś jest nie tak.

Nagle jego uszu doszedł zgiełk dobiegający z drugiej strony muru. Głuche uderzenia oręża, rozkazy wydawane władczym tonem, krzyki mężczyzn, płacz dzieci i lament kobiet. Dagobert zrozumiał, że dym, który spostrzegł, nie pochodzi z kuchni, ale z palonych domostw.

Dobrze, że przezornie włożył pod jakę zbroję kolczą. Poprawił rycerski pas, sprawdził, czy ostrze dobrze wychodzi z pochwy, z juków wydobył miecz dwuręczny. Puścił konia luzem i ruszył w stronę bramy.

 

Przypisy

 

 

1 I tak się w istocie stało. Paradoks polegał na tym, że sobór w Pizie został zwołany w celu przywrócenia jedności chrześcijaństwa i zakończenia wielkiej schizmy. Na soborze wytoczono proces dwóm papieżom: Grzegorzowi XII i Benedyktowi XIII. Uznano ich za heretyków niegodnych tiary i zdetronizowano. Dwudziestego szóstego czerwca 1409 roku na nowego papieża został wybrany Piotr Philargi, który przyjął imię Aleksander V. Zamiast jednak zażegnać konflikt, wybór ów pogłębił schizmę, gdyż żaden z papieży nie miał zamiaru rezygnować i dopiero w 1417 roku sobór w Konstancji zdołał przywrócić Kościołowi jedność.

2 Chodzi oczywiście o wojnę stuletnią, toczoną w latach 1337–1453 między Anglią a Francją. Po stronie francuskiej opowiedziały się następujące kraje: Szkocja, Kastylia, Genua, Czechy, Majorka, Aragonia. Po angielskiej stronie walczyły: Burgundia, Portugalia, Nawarra, Flandria, Hainaut, Akwitania, Luksemburg, Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego.

3 Dagobert z Saint-Amand to postać całkowicie fikcyjna. We Francji, w Burgundii, znajduje się miejscowość o pełnej nazwie Saint-Amand-en-Puisaye, o której wzmianki pochodzą już z wczesnego średniowiecza. Znajduje się tam również uroczy zamek i choć jego historia odbiega od tej przedstawionej w powieści, założyłem, iż główny bohater tam właśnie się wychował i spędził dzieciństwo.

4 Wyprawa łupieżcza (od niemieckiego Reise) na Litwę i Żmudź, dokonywana przez zakonników oraz zaproszonych krzyżackich gości.

5 Tak nazywani byli członkowie Inflanckiego Zakonu Rycerzy Chrystusa. Inne nazwy to rycerze Chrystusowi, rycerze mieczowi. Zakon założony został w 1202 roku przez biskupa ryskiego, Alberta von Buxhövdena, w oparciu o regułę templariuszy. Siedzibą była Ryga. W roku 1237 kawalerowie mieczowi połączyli się z zakonem krzyżackim, zachowując jednak w Inflantach swoją administrację. Po 200 latach, gdy Krzyżacy byli osłabieni wojnami z Polską i Litwą, doszło do rozłamu zakonów.

6 Forma turniejowych zmagań rycerskich. Pojedynek na kopie zwany gonitwą (łac. iusta, fr. jouste, niem. Tjost, czes. klanie). W zależności od rodzaju kopii dzieliły się na gonitwy „na tępe” (fr. à plaisance, niem. Gestech) i „na ostre” (fr. à l’outrance, niem. Scharfrennen). Rycerze ruszali ku sobie kłusem i pochylali kopie. W chwilę przed uderzeniem konie przechodziły w galop. Celowano w tarczę przeciwnika, starając się wysadzić go z siodła. W gonitwach „na tępe” kopie podpiłowywano, żeby łatwiej się łamały. Zwycięzcą zostawał ten, któremu udało się celnym i silnym uderzeniem w tarczę rywala złamać trzymane w ręku drzewce. Ze wszystkich odmian turniejowych zmagań było ono najbezpieczniejsze i, co za tym idzie, najmniej atrakcyjne, nic więc dziwnego, że nasze rodzime rycerstwo odnosiło się do gonitw „na tępe” z pewną niechęcią. Podobnie jak główny bohater powieści upodobali oni sobie gonitwy „na ostre”.

7 Braćmi Witalijskimi (Vitelienbrüder) zaczęto nazywać bałtyckich piratów, którzy działali jako korsarze pod patronatem Hanzy, przeciwko królestwu Danii. Nazwa prawdopodobnie pochodzi od francuskiej formacji wojskowej, której obowiązkiem było zaopatrywanie żołnierzy w żywność. Bracia Witalijscy zasłużyli sobie na to miano, gdyż ich działania nie polegały jedynie na atakowaniu okrętów królowej Małgorzaty, ale również na dostarczaniu żywności do oblężonego Sztokholmu podczas walk z niechcącymi uznać zwierzchnictwa Małgorzaty nabrzeżnymi miastami Szwecji. W roku 1395 walczące strony zawarły pokój i piraci stali się niepotrzebni, tak więc ponownie wydano zalecenia ścigania rozbójników morskich, ci jednak byli już zorganizowani i urośli w siłę. Bracia Witalijscy zniszczyli Bergen, gdzie znajdował się bogaty kantor Hanzy, spalili kilka mniejszych miast i nawet zajęli Wismar, gdzie uwolnili z miejskiego ratusza kilku towarzyszy, dając tym samym dowód swojej solidarności. Wyprawiała się na nich Hanza, Dania, a nawet zakon krzyżacki, ale dopiero w 1398 udało się wyprzeć piratów z ich kryjówki i zimowiska na Gotlandii. Rozproszeni, stali się łatwym celem dla okrętów Hanzy i po dwóch latach Bałtyk został od nich całkowicie uwolniony.

8 Gdy stało się jasne, że Jagiełło i Witold szykują się do decydującej rozprawy z zakonem, Krzyżacy musieli podjąć decyzję, czy zrezygnować ze zdobyczy lądowych, a utrzymać panowanie morskie we wschodniej części Bałtyku, czy wycofać się z morza i wszystkie siły skupić w walce na lądzie. Wielki mistrz Konrad von Jungingen był zwolennikiem polityki morskiej i dopiero po jego śmierci w 1407 roku jego brat i następca Ulrik von Jungingen zrezygnował z niej na korzyść wojny z Polską i Litwą. Rozumiał, że siły zakonu nie wystarczą na walkę na dwóch frontach, toteż, mimo mocnej pozycji na Gotlandii i wkładu znacznych sum pieniężnych w tę wyspę oraz powzięte prace fortyfikacyjne, mimo zwycięstw nad próbującymi odzyskać wyspę wojskami szwedzkimi i flotą duńską, zgodził się na oddanie terenu królowej Małgorzacie, i to za cenę niższą od tej, za jaką zakon wyspę nabył.

9 Na wiosnę roku 1409 wielki mistrz krzyżacki rozkazał zająć 20 statków ze zbożem, które Jagiełło wysłał Witoldowi. Statki płynęły z Polski w dół Wisłą, przez państwo krzyżackie, do morza, morzem do ujścia Niemna i potem w górę Niemna na Litwę. Dokonałem tutaj świadomego przeinaczenia, określając jako port wyładunku Połongę. Statki zostały zarekwirowane pod pozorem przemycania na nich broni.

10 Pierwsza polska flota kaperska pojawiła się w czasie wojny trzynastoletniej z zakonem krzyżackim (1454–1466) i powołał ją Kazimierz Jagiellończyk. Co prawda nie była ona jeszcze królewska, jedynie wspomagała w wojnie polskiego króla, niemniej jednak należy uznać jej powstanie za pierwsze próby utworzenia oręża morskiego. Flota była wystawiona sumptem miast portowych, lecz przez króla sygnowana. Jagiellończyk zwykł mawiać o okrętach z Gdańska i Elbląga naves nostrae (nasze okręty), gdyż to jego zwierzchnictwu podlegały za pośrednictwem miast portowych, które na mocy aktu inkorporacji wróciły do Polski. Flota kaperska przyczyniła się do pogromu krzyżackiej armady w bitwie na Zalewie Wiślanym (15 września 1463).

11 Pierwszy znany list kaperski, można mniemać, że z królewskiego nadania, został wystawiony przez radę miejską Gdańska na Hansa Bornholma w roku 1456. W powieści Marcin Bornholm jest postacią fikcyjną i ojcem owego Hansa, który otrzymał pierwszy polski patent.

Text copyright © by Dariusz Domagalski 2009, 2017

All rights reserved

 

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2017

 

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

 

W publikacji wykorzystano czcionkę z rodziny Liberation (https://fedorahosted.org/liberation-fonts/)

 

Redaktor: Krzysztof Tropiło

 

Projekt i opracowanie graficzne serii oraz okładki: Paweł Panczakiewicz / PANCZAKIEWICZ.ART.DESIGN – www.panczakiewicz.pl

 

Fotografia na okładce: © Piotr Tumidajski / FORUM

 

Wydanie I e-book

(opracowane na podstawie wydania książkowego:

Delikatne uderzenie pioruna, wyd. II, Poznań 2017)

 

ISBN 978-83-8062-810-6

 

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel. 61-867-47-08, 61-867-81-40, fax 61-867-37-74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

 

e-Book: Sławomir Folkman / www.kaladan.pl