Cykl krzyżacki. Aksamitny dotyk nocy - Dariusz Domagalski - ebook
lub
Opis

Drugi tom cyklu krzyżackiego

"WOJNA POLSKO-KRZYŻACKA I MISTYCZNA KABAŁA – POLSKA FANTASTYKA HISTORYCZNA, JAKIEJ JESZCZE NIE BYŁO!!!" Robert J. Szmidt.

Jesień 1409 roku. Trwa rozejm między Królestwem Polskim a zakonem krzyżackim. Nim znów załopoczą chorągwie i znaki rodowe na polu bitwy, do akcji wkraczają dyplomaci i szpiedzy. Czasami o wyniku wojny rozstrzyga… sztylet skrytobójcy. Krzyżacy planują zamach na Władysława Jagiełłę i Witolda. Król Polski w przygranicznej twierdzy, wielki książę litewski zaś w Kieżmarku, wraz z garstką polskich rycerzy, musi się zmierzyć ze zdradą. Niebezpieczna gra wywiadów trwa…

W sprzedaży tom I cyklu krzyżackiego Delikatne uderzenie pioruna

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 347


 

Jak długo można iść bez ryzyka, bez potknięć i prób?

Cudzołóstwa z sumieniem, pełnym żądzy natchnieniem?

 

Abraxas, Tarot

Rozdział 1

 

Cierpienia i namiętności

 

 

Nadeszła jesień, okryta płaszczem liści utkanych z feerii ciepłych październikowych barw. Trochę melancholijna i smutna, jak to jesień, otuliła poranną mgłą konary drzew, bladymi promieniami słońca splotła gałęzie i przyniosła pierwsze tego roku przymrozki.

W lasach później niż zwykle dojrzały owoce brzozy, klonu i jesionu. Na bukach pojawiły się trójgraniaste orzechy, na dębach niewielkie żołędzie. Rozkwitły nasiona cisu, otoczone soczystą czerwoną osnówką, a i leszczyny błyszczały jasnobrązową owocnią.

Smagane wiatrem liście majestatycznie opadały na ziemię, tworząc szkarłatno-żółty dywan, po którym stąpały przygotowujące się już do zimy zwierzęta. Gromadziły zapasy pożywienia, z drobnych gałązek budowały gniazda, wyściełały sobie nory mchem i trawą. Można było dostrzec wiewiórkę suszącą grzyby na gałęziach, lochę z warchlakami, które uczyły się dopiero znajdować żołędzie, wylegującego się na konarze rozleniwionego rysia. Borsuki szykujące się do snu zimowego robiły gruntowne porządki. Natomiast jelenie i łosie zaczynały okres godowy i po całym lesie rozchodziły się głuche odgłosy trykania. Samce walczyły o przywództwo w stadzie. Od czasu do czasu w niebo wzbijał się głośny ryk obwieszczający triumf, a zarazem sygnał wabiący samice.

Na łąkach kwitła jeszcze złocista nawłoć, purpurą zachwycały krwawnice, fioletem marcinki. W powietrzu rozchodził ich się słodkawy, lekko mdły zapach. Pośród nich biegały roześmiane dzieci, bosymi stopami strącały poranną rosę i zadzierając główki, spoglądały na ptaki odlatujące do ciepłych krajów.

Na pola wyszli chłopi. Oracze pługami przygotowywali rolę pod oziminy, a za nimi siewcy sięgali do płóciennych płacht na biodrach i zamaszyście rzucali ziarna w zaoraną ziemię. Uśmiechali się. Pogoda sprzyjała jesiennym pracom, tegoroczne zbiory udały się, zimą będzie czym rodzinę karmić, a i na przednówek wystarczy. Ze spokojem usiądą wieczorem przy piecu. Zdawałoby się, że świat ogarnęła błoga sielanka.

Jednak październik roku 1409 wcale nie przypominał sielanki.

Krzyżacy, którzy w wyniku śmiałej kampanii zajęli ziemię dobrzyńską, niszcząc i grabiąc wiele miast i zamków, poczynali sobie jak niepodzielni władcy. Dufni we własną siłę kajdanami wymuszali posłuch, żelazem wprowadzali niemieckie porządki, ogniem wypalali nieposłuszeństwo. Zapłonęły strzechy, na placach stanęły szubienice, krew spłynęła dziedzińcami, a w niebo raz po raz wzbijał się szloch. To Polacy rozpaczali nad swoim losem, cierpiąc pod jarzmem panów pruskich.

Wreszcie, ku uldze tak wielmożów, jak i prostych ludzi, król Polski Władysław Jagiełło1 ruszył na zakon. Z całym wojskiem udał się z Wolborza do Łęczycy, gdzie spędził cztery dni. Niektórzy twierdzili, że czeka tam na zbierające się dopiero hufce Małopolan, inni mówili, że wyczekuje stryjecznego brata Witolda2, który miał przybyć wraz ze swymi Litwinami, a jeszcze inni, że czeka na znak z niebios.

Prawda była jednak odmienna.

Krzyżaccy szpiedzy zauważyli koncentrację pospolitego ruszenia i donieśli o tym wielkiemu mistrzowi. Tego właśnie chciał Jagiełło. Wysłał mołdawskie oddziały zwiadowcze pod Włocławek, pozorując zamiar uderzenia w tym kierunku. Ulryk von Jungingen3 wycofał więc swoje hufce pustoszące pogranicze z Polską, zebrał wszystkie siły i czekał na walną rozprawę. Tymczasem wojska królewskie niespodziewanie ruszyły wprost na Bydgoszcz i rozpoczęły oblężenie miasta, które wcześniej, w wyniku zdrady, dostało się w ręce zakonu.

 

 

Powietrze rozdarł potężny huk i Jakub Gliniany, niemłody już, mizernej budowy ciała pisarz z Lublina, skulił ramiona, usiłując się ukryć w ziemistej barwy płaszczu, który miał na sobie. Obejrzał się i dostrzegł dym unoszący się nad jedną z bombard4, które w równym szeregu stały na wale usypanym wokół Bydgoszczy. Wystrzelony z działa prawie dwudziestocetnarowy5 kamienny pocisk skruszył spory kawał zewnętrznego muru. W niebo wzniosły się wiwaty wojów oblegających miasto.

– Nie strachajcie się – rzekł idący obok postawny mężczyzna i uśmiechnął się pod okazałym wąsem. – Tutaj nic wam nie grozi.

– Doprawdy? – Pisarz pokręcił głową. – Zdawałoby się, że do piekła trafiłem. Wszędy jeno dym i siarką czuć.

Rycerz roześmiał się i lekceważąco machnął ręką. Dla niego ostrzał artyleryjski był zwyczajną rzeczą, w niejednej wojnie brał już udział. Widać to było po jego pewnym kroku, oszczędnych ruchach i bacznym spojrzeniu, które cechuje dowódców we wszystkich armiach świata.

Zbigniew z Brzezia, wielki marszałek koronny, strzepnął z siwej czupryny kurz i poprawił jakę6, która jeszcze kilka dni temu była biała jak śnieg, a teraz pod warstwą szarego pyłu ledwie można było dostrzec wymalowany na niej herb rodu Zadorów – na niebieskim tle srebrną głowę lwa ziejącego płomieniami.

– To tam. – Wskazał Jakubowi największy namiot w całym obozowisku. – Już niedaleko.

– Spieszmy więc. – Pisarz z niepokojem zerknął w stronę bydgoskich murów, na których pojawiły się wytoczone przez obrońców działa.

– Nie ma obawy. Kule z krzyżackich taraśnic7 tutaj nie dolecą. – Marszałek koronny przygładził wąsa. – Jedyny strach, to jak naszą armatę rozerwie od źle odmierzonego i włożonego prochu. A wonczas niech Bóg ma w opiece tych, co się w pobliżu znajdą.

Pisarz z Lublina spojrzał spod oka, niepewny, czy marszałek żartuje, czy prawdę mówi. Niedługo całkiem osiwieję, pomyślał i w duchu przeklął księcia Witolda za tak niebezpieczną misję, którą został obarczony. Zawsze trzymał się z daleka od wojska i wojen, a nawet unikał terenów, na których istniało najmniejsze choćby zagrożenie. Tymczasem trafił w sam środek oblężenia. Miejsce Jakuba było w kancelarii, gdzie schowany za pożółkłymi stronami ksiąg radził sobie piórem niczym wyśmienity szermierz mieczem. Jego dziedziną nie była walka, lecz słowo pisane. Swoje przeznaczenie odnalazł wśród kaligrafowanych liter, labiryntu przecinków i kropek, od których niejednego szlachetnego rycerza rozbolałaby głowa.

– Ale nie zdarza się to często – kontynuował wywód Zbigniew z Brzezia. – Nasz magister pixidum w osobie Mikołaja8, który… musicie to wiedzieć… jest wójtem podkarpackiego miasteczka Skawiny, wraz z puszkarzem królewskim, panem Zbrożkiem, mają baczenie, aby wszyscy sumiennie spełniali powinności.

Rzeczywiście. Pachołkom, którzy wyciorami czyścili lufę bombardy z nagromadzonego w niej nagaru, nieufnie przyglądał się odziany w czerń tęgi brodacz o twarzy ubrudzonej sadzą. Na przemian ciężko wzdychał, kręcił głową i wznosił oczy ku niebu. Wreszcie zniecierpliwiony, krzycząc i wymachując rękami, podbiegł do wystraszonych sług, wyrwał jednemu z nich wycior i sam zaczął czyścić wnętrze lufy.

Pisarz domyślił się, że musi to być ów Mikołaj, słynny w całej Polsce znawca sztuki artyleryjskiej. Bo zaiste była to sztuka, a puszkarzy śmiało by można nazwać artystami w tej dziedzinie. Widział, jak przechodzą od jednej armaty do drugiej, przyglądają się im fachowym okiem, a potem własnymi rękoma ustawiają lufy pod odpowiednim kątem, żeby wystrzelony z nich pocisk obrał pożądany tor lotu. Pilnowali, aby do luf sypany był proch w odpowiednich proporcjach, kula dobrze zaklinowana, a lont należycie odpalony. A gdy działo plunęło już ogniem, z niepokojem śledzili lecący kamień w obawie, czy aby na pewno trafi w wyznaczony cel. Po chwili szczerzyli zęby w uśmiechu, dumnie zadzierając głowy.

Jednak zaraz groźnie mrużyli oczy, marszczyli czoła i krzykami oraz przekleństwami poganiali pachołków, których zadaniem było dostarczanie prochu odpowiedniego do armat, bo różny sypie się do hakownic9, hufnic10 i taraśnic. W tym zgiełku i zamęcie, huku i dymie nie było to łatwe. Potem zaś musieli biec na tyły, gdzie schowane za wałami stały beczki z prochem, stępy oraz tłuczki do jego ucierania, i tam pobrać następne porcje. A jeśliby ich zabrakło, to samemu dobrać i wymieszać odpowiednie proporcje saletry, węgla i siarki.

Jakub Gliniany usłyszał huk, a na murach obronnych dostrzegł dym. Chwilę później nad jego głową przeleciała sporej wielkości kamienna kula i wbiła się w nasyp jakieś sto kroków od niego. Jeszcze bardziej zatęsknił do swej kancelarii, najbezpieczniejszego miejsca na ziemi.

– Krzyżackie ścierwa dobrze się trzymają. To już siódmy dzień oblężenia. Patrzcie!

Marszałek koronny zatrzymał się na niewielkim wzgórzu. Najwyraźniej postanowił uraczyć panoramą oblężonej Bydgoszczy biednego kancelistę, który usiłował schować się za potężnymi plecami rycerza i modlił się w duchu, żeby miłościwy Bóg wysłał po niego cały hufiec aniołów, które uniosą go i zabiorą jak najdalej stąd.

– Król Władysław kazał wokół murów wały usypać i na nich ustawić machiny, aby z podwyższenia skuteczniej wroga pociskami razić. Ech… zna się on na wojaczce. –Wiadomo było, że ten człowiek uczyni wszystko dla władcy; kochał go tak, jak Aleksandra Wielkiego kochali żołnierze, którzy ruszyli z nim na podbój Azji. – Prócz bombard wielkie szkody Krzyżakom czynią katapulty miotające płonące pociski do środka twierdzy, frondibole11, co kamieniami roztrzaskują bramy. Spójrzcie tam. To kusze wałowe12. Strzelają bełtami prawie na staję! Balistami13 wyrzucamy okute belki. A w szańcach już gotuje się do szturmu nasza piechota. Mniemam, iż jutro miasto padnie.

– Zaiste, takiej sile nic się oprzeć nie zdoła – rzekł zupełnie szczerze Witoldowy wysłannik.

Mimo że nieraz towarzyszył litewskiemu księciu w podróżach, a nawet w kampaniach wojennych, nigdy jeszcze nie widział oblężeń prowadzonych na tak wielką skalę. Litwini zazwyczaj oblegali tylko niewielkie drewniane grody, dla których zdobycia wystarczyło trochę pokrzyczeć, mieczami w powietrzu pomachać i obrzucić obrońców kamieniami. Tu rzecz miała się inaczej. Powietrze gęste było od dymu, wypełnione hukiem regularnie strzelających armat i okrzykami tysiąca zbrojnych, którzy tylko czekali, aż runą mury i będą mogli ruszyć do ataku, dopaść zmęczonych obrońców i wziąć na nich srogi odwet.

– A nie ucierpią na tym mieszczanie? – Pisarz dopiero teraz zdał sobie sprawę, jakie skutki może mieć tak intensywny ostrzał. – Wszak w Bydgoszczy wielu Polaków mieszka.

Zbigniew z Brzezia pokręcił głową.

– Jak tylko się dowiedzieli, że Henryk von Schwelborn14 z armią na miasto idzie, pouciekali do lasów i wyleźli dopiero, gdy ujrzeli królewski sztandar. Teraz w obozie razem z ciurami siedzą. Ale powiadam ci, rwą się do walki i nawet gołymi rękoma Krzyżaków by dusili. Nie mieszczuchy z nich, lecz woje prawdziwi. – Roześmiał się rubasznie.

– Prawda to, że Bydgoszcz zdradą została dobyta?

– Zaiste, prawda. – Rycerz spoważniał. – Uczynili to niemieccy mieszczanie pod wodzą burgrabiego Bernarda. O świcie, kiedy wszyscy jeszcze we śnie byli pogrążeni, bramy rozwarli i wpuścili do miasta tych psubratów. – Zmarszczył czoło, zaciskając mocno pięść. – Niechaj zawczasu burgrabia się pomodli. Nie chciałbym znaleźć się w jego skórze, gdy już dobędziemy miasto.

Tymczasem drogą od strony Koronowa nadciągał konwój kilkunastu wozów z kolejnymi bombardami, rusztowaniami, kulami i beczkami prochu. Ktokolwiek twierdziłby, iż Polacy nie znają się na sztuce oblężniczej, pomyślał pisarz, powinien zostać obity i spod stołu: Id, quod locutus sum, mentitus sum sicut canis15 wykrzyczeć.

– Chodźmy – rzekł Zbigniew z Brzezia. – Król na was czeka.

 

 

W królewskim namiocie, za dużym dębowym stołem, siedział Jagiełło otulony czarną szubą16 z białym gronostajowym futrem. Mimo jesiennego chłodu nie włożył czapki, czy nawet biretu. Przerzedzone posiwiałe włosy miał w nieładzie. Gniewnie spoglądał na trzymane w ręku dokumenty.

– Za kamień17 gotowego prochu trzy i ćwierć grzywny?! – rzekł oburzony do stojącego obok Mikołaja Trąby18.

Na łagodnym zazwyczaj, pucołowatym obliczu podkanclerzego koronnego pojawiło się przygnębienie. Wzruszył bezradnie ramionami.

– Nie wspomnę już o kosztach transportu i opłaceniu puszkarzy – narzekał król. – Wychodzi na to, że jeden strzał z bombardy kosztuje nas prawie cztery grzywny, a przecie za to można kupić dobrego konia kopijniczego19. Jak tak dalej pójdzie, to za niedługo skarbiec królewski będzie świecił pustkami.

Jeden z najpotężniejszych ludzi na świecie, władca Polski i Litwy, zgniótł taksę i rzucił ją na ziemię. Podkanclerzy westchnął ciężko, przypominając sobie rozrzutność króla przy zakupie nowych sokołów, strojów, a nawet koni. Żaden nie kosztował mniej niż dziesięć grzywien.

Milczał jednak, wiedząc, że w takich chwilach nie należy bardziej rozdrażniać króla, ale cierpliwie przeczekać wybuchy gniewu. Nie były one częste ani groźne dla ludzi z jego otoczenia, jak to często bywało na innych dworach królewskich. Nie toczyły się głowy, nie wtrącano do lochów, nie wydawano na męki. Król Władysław nie był okrutnikiem, ale płynęła w nim krew porywczego Giedymina20 i jego złość wzbudzała mimowolny strach.

Jagiełło był najpotężniejszym z Przebudzonych w świetle emanacji Chochmy, promieniował silną energią i teraz niemal się czuło, jak jego gniew wypełnia przestrzeń w namiocie. Ale dzięki tej mocy potrafił również pchnąć ludzi do działania, wlać w ich serca spokój, dając poczucie bezpieczeństwa. Miłością i współczuciem wypełniał świat wokół siebie, czyniąc go lepszym. Był niczym ojciec dla swojego ludu, patriarcha chroniący przed wszelkim złem.

Ale ono i tak nadeszło.

Wychynęło ze swojej mrocznej kryjówki, podniosło głowę i urzeczywistniło się tam, gdzie nigdy nie powinno mieć wstępu – w chrześcijańskim zakonie rycerskim. A wszystko zaczęło się podczas oblężenia Akki przez krzyżowców w roku 119021 i – jak to często bywa – od czystej, światłej idei. Mieszczanie Lubeki z dobroci serca podarowali rycerzom jeden ze swoich statków, na którym powstał polowy lazaret. Chorymi i rannymi opiekowali się niemieccy krzyżowcy. Zawiązali oni nieformalne stowarzyszenie, które niedługo potem przerodziło się w Zakon Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie. Zorganizowali się na wzór joannitów i templariuszy, a ich znakiem stał się czarny krzyż na białym płaszczu. Zgodnie z doktryną chrześcijańską pomagali chorym i ubogim, stawali przeciw poganom, głosząc Słowo Boże.

Ale wraz z niepowodzeniami krucjat zakon podupadał i przeżywał kryzys. Właśnie wtedy zwrócił uwagę Biny. Trzecia emanacja Stwórcy poszukiwała dla siebie zakotwiczenia w świecie realnym. Co prawda wywierała silny wpływ na będących w rozkwicie templariuszy, ale jako Zachłanna Matka chciała rozszerzać strefę wpływów. Ponoć już wtedy zniekształcała światło przekazywane jej na Drzewie Życia22 przez najwyższą z emanacji – Keter. Zmiany w świecie materialnym nie były jeszcze widoczne, ale sama moc sefiry Bina była już spaczona. Zamiast matczynego zrozumienia i ukojenia przynosiła cierpienie, wypełniając ludzkie serca nienawiścią. Powoływała w swoje szeregi skalanych mrokiem Przebudzonych.

Jednym z nich był Hermann von Salza23, czwarty wielki mistrz krzyżacki. Obdarzony mocą wpływania na ludzi, bez trudu wyjednał u papieża, cesarza i możnowładców liczne przywileje oraz dobra ziemskie dla zakonu. I tak w roku 1226 Konrad Mazowiecki, nie mogąc poradzić sobie z pogańskimi plemionami z północy, sprowadził do pomocy Krzyżaków, przyznając im w dzierżawę ziemię chełmińską. Zakonnicy skutecznie wywiązali się ze zobowiązań, wycinając w pień Jaćwingów i niewoląc plemię Prusów, ale na zdobytych terenach już pozostali. Dzięki mocy Biny rośli w siłę i stali się poważnym zagrożeniem dla Polski.

Jagiełło wiedział, że przegrana w tym konflikcie oznacza zachwianie równowagi całego wszechświata, gdyż to, co się stanie w świecie materialnym, będzie miało odbicie również w duchowym. Ale nikt tak naprawdę nie wiedział, jakie będą tego skutki. Niektórzy filozofowie twierdzili, że Ain-Sof24 wycofa się poza granice poznania, dziesięć Obliczy Boga, Jego Emanacji, przestanie istnieć, co spowoduje rozpad świata materialnego. Inni powiadali, że nic w strukturze naszego świata się nie zmieni, ale na zawsze pogrzebana zostanie szansa na tikkun – wielkie dzieło zbawienia, podczas którego miały się połączyć wszystkie iskry boskiego światła, a Dziesięć Sefir ponownie stałoby się jednością.

Do namiotu wszedł Zbigniew z Brzezia, który przyprowadził niewysokiego, zgarbionego człowieka. Przejęty przybysz ściskał filcowy kapelusz o dużych brzegach.

Obaj skłonili się przed królem.

– Jakub Gliniany, wysłannik wielkiego księcia litewskiego Witolda – przedstawił gościa polski rycerz.

– Radzi jesteśmy z waszej wizyty – ucieszył się Jagiełło, nie wiadomo, czy bardziej z przybycia wysłannika czy z tego, że oderwał się od przeglądania rachunków. Wstał i założywszy ręce na plecy, podszedł do przybysza. – Rzeknijcie, co u naszego książęcego brata słychać. Czemu nie śpieszy nam z pomocą?

– Wasza Królewska Mość. – Pisarz z Lublina nerwowo przełknął i ponownie zgiął się w ukłonie. – Pan mój rzec wam kazał, iż choć wielce nad tym boleje, nie zdoła przybyć z litewskimi hufcami. Miesiąc jeszcze nie minął, gdy padł Fredeburg, ostatni bastion krzyżacki na Żmudzi. Walki toczono w dzień i w noc, zatem po tak wyczerpujących bojach trza było ludziom dać wywczasu i niepodobna było dotrzeć szybko do Wolborza25. Kniaź Witold błaga was, abyście nie mieli mu tego za złe, i obiecuje następnego lata stawić się wraz z wojskiem na wasze, królu, rozkazy. Na razie zaś doradza ułożyć się z Krzyżakami.

Obecni w namiocie Mikołaj Trąba i Zbigniew z Brzezia spojrzeli na siebie, wstrzymując oddech. Spodziewali się nagłego wybuchu gniewu króla, ale ten tylko sposępniał, przymknął oczy i swoim zwyczajem zaczął gładzić palcami skronie.

– Może i dobrze się stało? – odparł po dłuższej chwili. – Zima idzie i zły to koncept kampanię wojenną na ten czas zamyślać. Wojsko w polu, pod gołym niebem, w żaden sposób ostrej zimy nie zdzierży. – Położył dłoń na ramieniu pisarza. – Jedźcie, Jakubie, do Witolda i rzeknijcie mu, aby na pograniczu ostawił niewielkie oddziały, Tatarów najlepiej, które ukazywać się będą krzyżackim oczom i zaraz znikać. Niechaj zakonnicy myślą, iż książę zamierza uderzyć na Prusy. Ulryk von Jungingen w obawie przed atakiem część sił swoich w gotowości na granicy z Litwą będzie trzymał, a nie mając całej swojej potęgi, Wisły nie przekroczy. – Jagiełło spojrzał groźnie na wysłannika. – I powiedzcie jeszcze bratu naszemu, że oczekujemy, iż w następnym roku stawi się wraz z całą litewską armią, bo wtenczas nie przyjmiemy żadnego wytłumaczenia. A teraz jedźcie już, bo mrok rychło nadchodzi.

Jakub Gliniany zgiął się w pokłonie i wyszedł odprowadzony przez marszałka polowego.

 

 

Po południu polskie armaty zamilkły, a w niebo wzbił się krzyk tysiąca gardeł, niechybny znak, że runęły mury obronne i rozpoczął się szturm na miasto. Do późnej nocy na wąskich ulicach i w zaułkach toczyły się walki, płonęły stragany, krew wsiąkała w bruk, a w magazynach kupieckich rabowano co popadło. Jednak z godziny na godzinę szczęk oręża cichł, a coraz częściej słychać było uradowane głosy Polaków i przerażone szepty Niemców. Na wieży ratusza załopotała czerwona flaga z białym piastowskim orłem, oznajmiając wszem i wobec, że Bydgoszcz znowu należy do Korony.

Burgrabia Bernard, siedząc w samej tylko koszuli, w wątłym świetle dogasającej świecy dokonywał ostatniego wpisu w swoim dzienniku. Wiedział, że niedługo po niego przyjdą, wyłamią ozdobne wejściowe drzwi kamienicy, wedrą się do pokoju. Brutalnie wywloką go na ulicę i pociągną po kamiennym bruku na szafot. W najlepszym wypadku skończy w zimnych lochach kruszwickiego zamku.

Nie łudził się, że polscy mieszczanie zapomną, kto krzyżackim wojskom otworzył bramy miasta. Zdradził przyjaciół, klientów i sąsiadów. Nie będą pamiętać, że potem wielu z nich uratował od niechybnej śmierci lub niewoli, wstawiając się za nimi u nowo mianowanego komtura Bydgoszczy, Heinza Borsnitza. Zapamiętają tylko jego przewiny.

Umoczył pióro w inkauście, zaczął pisać, spiesząc się i koślawo stawiając litery. Chciał zdążyć, zanim po niego przyjdą. W tej chwili była to najważniejsza rzecz w jego życiu, jedyna, jaka mu pozostała. Odkupienie, próba zmazania winy. Dziennik, który do tej pory wypełniony był błahymi wpisami – rozliczeniami kupieckimi, informacjami o sprawunkach, o zmianach cen zamorskich towarów, teraz zamieniał się w dokument pełen ważnych dat, nazwisk i miejsc.

Niemiec spisywał wszystko, co wiedział o szpiegach, wywiadowcach i informatorach krzyżackich – ich imiona i zawołania, z kim się kontaktowali, gdzie spotykali i z jakich pobudek działali. Najczęściej byli to kupcy, którzy oprócz towarów z Krakowa, Poznania i Wilna przywozili również ważne wieści mogące posłużyć panom pruskim. Bernard miał za zadanie przekazywać je dalej, do komtura toruńskiego lub poprzez zaufanych ludzi do prokuratora nidzickiego.

Przez lata działalności poznał wiele tajemnic i teraz je wszystkie skrzętnie wyjawiał. Na ostatnich stronach dziennika pisał o niejakim Janie z Narzyma, wywiadowcy krzyżackim na ziemi mazowieckiej, który co miesiąc składał raporty komturowi ostródzkiemu Fryderykowi von Zollernowi, a ponadto w imieniu zakonu prowadził poufne rozmowy z księciem Siemowitem26, który – nieprzychylny Jagielle – wierzył, że Krzyżacy osadzą go na tronie Polski. Pisał o Janie z Topolna, zadłużonym na znaczne sumy u wielkiego szafarza królewieckiego, który za obietnicę kasacji długu szpiegował dla zakonników. O marszałku ziemi dobrzyńskiej Iwanie i jego synu Mikołaju, którzy ile tylko mogli szkodzili sprawie polskiej i szykowali się do ucieczki za pruską granicę. W rok później na polach Grunwaldu mieli stanąć pod krzyżackim gonfanonem27.

Pisał o działającym w Poznaniu Awelusie z Cieleszyna i jego sieci wywiadowców, których opłacał świecki komtur – Henryk von Plauen. O Kunczem z Dąbrówki, zaufanym rycerzu Jagiełły, który donosił wielkiemu mistrzowi o liczbie i rodzajach wojsk królewskich. O szpiegach wśród duchowieństwa, między innymi opacie cystersów z Koronowa, będącym od wielu już lat na usługach Krzyżaków. O proboszczu z Mazowsza, hojnie przez Zakon wynagradzanym za usługi.

Napisał wreszcie o niejakim Piotrze Śwince, rycerzu małego wzrostu, ale wielkiej nikczemności, który skłonił go do otwarcia bram Bydgoszczy. Ów człowiek spiskował również z panami małopolskimi, którzy chcieli na tron przywrócić Piasta.

Nagle od strony ulicy usłyszał gniewne okrzyki, w których przebijało się jego imię. Przyszli po niego. Odłożył pióro, pospiesznie nałożył na siebie jopulę28, przewiązał nogawice29, wzuł buty. Nie chciał, żeby zastali go w samej koszuli. Gdy usłyszał walenie do drzwi, wstał, żeby godnie powitać swoich prześladowców, ale w tej właśnie chwili coś mu się przypomniało. Opadł z powrotem na krzesło, drżącymi dłońmi chwycił za pióro i rozmazując atrament na kremowym papierze, napisał imię najskuteczniejszego szpiega zakonu, działającego pod samym nosem Jagiełły, który w swoich listach posługiwał się imieniem N.S. Arman.

Rozległ się trzask wyłamywanych drzwi, po chwili na schodach usłyszał tupot butów, krzyki i złorzeczenia. Burgrabia Bernard wyprostował się, narzucił płaszcz na ramiona. Był gotów. Zamknął dziennik i czule pogładził dłonią jego skórzany grzbiet, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku.

Wierzył, że kiedy będzie wisiał na szubienicy, ludzie przeszukujący jego dom znajdą na stole oprawioną księgę. Zajrzą do niej i ujrzawszy, co zawiera, przekażą ją królewskim dostojnikom, którzy będą wiedzieli, co dalej z nią zrobić.

Jakże się mylił.

Tej samej nocy jego dziennik odnajdzie polski mało rozgarnięty pachołek, który wraz z innymi będzie rabował pozostawiony przez Niemca dobytek. Stwierdziwszy, że księga nie posiada złotych okuć, wrzuci ją w ogień.

 

 

Dwa dni później, 8 października, wojska polskie stanęły nad Brdą. Po zdobyciu Bydgoszczy wielu namawiało króla, żeby poszedł za ciosem i uderzył na Pomorze. Jednak on postanowił zobaczyć, co uczynią Krzyżacy. Nie musiał długo czekać.

Do niewielkiej przygranicznej warowni, w której miały się odbyć rozmowy pokojowe, przybyli we trzech – wielki mistrz Ulryk von Jungingen, rudowłosy marszałek Fryderyk von Wallenrod i komtur Świecia Henryk von Plauen, człowiek o zimnym, okrutnym spojrzeniu. Weszli do sali butnie, dzwoniąc ostrogami przy okutych żelazem butach, zamiast jak przystało na zakonników z pokorą i w sandałach na bosych nogach. Miast mieczy u pasa powinni nosić różańce, w miejsce przyłbic z pawimi piórami – mnisie kaptury, a serca ich powinno wypełniać miłosierdzie.

Zasiedli za olbrzymim, specjalnie na tę okazję przygotowanym stołem, z pogardą spoglądając na delegację polską – króla Władysława, Zbigniewa z Brzezia i podkanclerzego Mikołaja Trąbę.

– Radzi jesteśmy widzieć waszą dostojność w dobrym zdrowiu, gdyż jak nam doniesiono, na wieść o ruchawkach wojsk naszych w chorobie zalegliście – rzekł Jagiełło do wielkiego mistrza i choć jego oblicze wyrażało troskę, oczy błyszczały triumfalnie.

– Zaprawdę nie wiem, jakich Wasza Królewska Mość ma wywiadowców, lecz kazałbym ich wychłostać za łgarstwa, jakie wam szepczą – odparł spokojnie Ulryk von Jungingen, ale w jego oczach błysnął gniew. – Zapewniam, iż zdrowie dopisuje mi jak nigdy, a siły dodaje myśl o rychłej wojaczce.

– Nie spotkaliśmy się tu, żeby o wojnie rozprawiać, ale o pokoju! – krzyknął oburzony Jan Chotmicz, siwowłosy starosta wrocławski i świdnicki, który właśnie pojawił się na sali. Został przysłany przez króla czeskiego Wacława Luksemburskiego, jako rozjemca. Jednak Polacy wiedzieli, że jest tylko marionetką na sznurkach, za które pociągali Krzyżacy, i nie można liczyć na jego przychylność.

– Zaczynajmy zatem paktować – rzekł wielki mistrz. – Szkoda mitrężyć czas.

– A czemuż to, wasza dostojność, zawdzięczamy tak nagłą zmianę względem rozejmu? – zapytał z drwiną w głosie Mikołaj Trąba. – Teraz chcecie o pokoju rozprawiać, a przecież zaledwie przed kilkoma dniami, gdyśmy proponowali, iż od oblężenia Bydgoszczy odstąpimy w zamian za wycofanie wojsk waszych z ziemi dobrzyńskiej, naszych posłów psami poszczuliście. Natenczas, gdy bramy miasta sforsowaliśmy, wy przychodzicie tu, skamląc o pokój? Jakże to tak? Gdzie wasza niemiecka duma?

Henryk von Plauen prychnął gniewnie, zerwał się z miejsca, sięgnął do rękojeści miecza, lecz zaraz pod karcącym spojrzeniem wielkiego mistrza usiadł. Czerwony na twarzy mocno zaciskał zęby, obserwowany uważnie przez Zbigniewa z Brzezia, który obiecał sobie, że jeśli Krzyżak raz jeszcze w obecności króla rękę na mieczu położy, to mu ją utnie.

– Zaiste, odmiennie sprawy się miały wonczas, a odmiennie mają się teraz – zaczął cicho Jungingen. – Jednakże nikt tu nie skamle, jeno po chrześcijańsku o ugodę pyta. Rękę do was wyciągamy, gdyż tak się godzi wśród tych, co Boga jedynego miłują, i taka jest powinność mnicha. – Zmarszczył czoło, spoglądając na Jagiełłę, a jego głos przybrał na sile. – A jeśli ktoś, pomimo tak okazanej dobrej woli, Zakon Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego obraża, to jeno żelazo może być odpowiedzią. Niechaj Wasza Królewska Mość zdecyduje, czy o pokoju dysputujemy, czy też chorągwie rozwijamy i kończymy to, cośmy zaczęli?

– Pax! – krzyknął Jan Chotmicz. – Mir mieliśmy czynić. Król Czech, Wacław Luksemburski, którego ustami tutaj przemawiam, proponuje spór oddać pod sąd polubowny, który miałby się odbyć w Pradze, i w łaskawości swojej zgodził się być w nim sędzią. Czy przystajecie na to?

– Tak. – Ulryk von Jungingen skinął głową, a na jego ustach pojawił się lekki uśmiech.

Jagiełło zmrużył oczy i nim odpowiedział, dłuższą chwilę wpatrywał się w brodate oblicze wielkiego mistrza.

– Zgoda.

– Panie?! – wykrzyknął Mikołaj Trąba, zaskoczony decyzją władcy. Doskonale wiedział, że Luksemburczyk od lat jest stronnikiem zakonu i jego werdykt będzie przychylny Krzyżakom.

Król surowo spojrzał na podkanclerzego i znów zwrócił się do Jungingena.

– Natomiast wasza dostojność, w akcie dobrej woli, wycofa swoje wojska z ziemi dobrzyńskiej.

– Nie może to być! Chyba że wojska polskie opuszczą Bydgoszcz.

– Nie. – Jagiełło się uśmiechnął. – To wam proponowaliśmy jeszcze przed dniami paroma, ale jak sami rzekliście, odmiennie się teraz sprawy mają.

Zapadło ciężkie milczenie. Władcy dwóch najpotężniejszych państw we wschodniej Europie mierzyli się wzrokiem, próbując nawzajem zgadnąć swoje myśli, przeniknąć do umysłów i przewidzieć posunięcia przeciwnika.

Wielki mistrz zdawał sobie sprawę, że w tej chwili zakon nie jest gotowy do wojny. Krzyżacy zdobyli co prawda zamki i miasta na ziemi dobrzyńskiej, ale w zbliżającym się konflikcie nie będą one miały większego znaczenia strategicznego. Stracili natomiast Żmudź na rzecz Litwy i – co gorsza – na jakiś czas zostali pozbawieni mocy Biny. Ulryk von Jungingen zadrżał z wściekłości na wspomnienie tego, co stało się na malborskim zamku: dwoje przybłędów zdołało ujarzmić rodzącą się potęgę połączonych emanacji Biny i Hod. Uczynili to w sercu krzyżackiej stolicy, pod samym nosem dostojników. Od tej chwili zakon zaczął ponosić porażki. Najpierw pospolite ruszenie z Wielkopolski wtargnęło do Nowej Marchii, potem książę Bolesław, syn Janusza Mazowieckiego, najechał i spalił Działdowo, a teraz spotkała ich klęska pod murami Bydgoszczy.

Król Władysław również nie chciał kontynuacji działań wojennych, wiedząc, że przed nadchodzącą zimą nie zdoła zmiażdżyć wojsk krzyżackich w polu ani tym bardziej prowadzić długotrwałego oblężenia Malborka. Ponadto w tym roku nie mógł już liczyć na pomoc ze strony Litwy.

Tak więc obaj potrzebowali czasu.

– Zatem wnoszę – ponownie odezwał się rozjemca – ażeby każda z wojujących stron, do wydania werdyktu króla Wacława, zatrzymała ziemię i grody, które na tę chwilę ma w swoim posiadaniu. Wasza Królewska Mość?

Władysław Jagiełło zmarszczył czoło, udając, że się zastanawia. Przedstawione warunki nie były dla Polski korzystne, tym bardziej że Luksemburczyk na pewno poprze roszczenia Zakonu. Co do tego nie miał żadnych wątpliwości. Musiał jednak zyskać na czasie, a całą sprawę sprytnie rozegrać. Miał już nawet pewien pomysł. Do Pragi na ogłoszenie wyroku wyśle biskupa poznańskiego Wojciecha Jastrzębca, który w dyplomatycznych grach był niezastąpiony.

Teraz należało jedynie dopilnować, żeby pakt pokojowy, który zaraz podpiszą, nie obejmował osobno Litwy. Takie postawienie sprawy potwierdzało w oczach Europy jedność państwa polsko-litewskiego, którego Krzyżacy nie chcieli uznać.

– Zgoda. – Skinął głową.

– Zgoda. – Dostojnik krzyżacki uśmiechnął się, pewny, że tutaj, na pograniczu, w tej niewielkiej strażnicy, uczynił pierwszy krok do wygrania całej wojny. Czas miał pokazać, jak bardzo się mylił.

Natomiast Jan Chotmicz odetchnął z ulgą, szczęśliwy, że będzie mógł donieść swojemu panu o powodzeniu misji. Kto wie, może czekają go za to zaszczyty na dworze czeskim?

– Zatem ogłaszam zawarcie rozejmu pomiędzy Polską i Zakonem Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie, który obowiązywać będzie obie strony do dnia dwudziestego czwartego czerwca tysiąc czterysta dziesiątego roku, aż do zachodu słońca. Werdykt zaś zostanie ogłoszony w Pradze, w pierwszą niedzielę postu, czyli dziewiątego lutego tegoż roku. Gdyby którakolwiek ze stron nie dotrzymała któregokolwiek z przyjętych warunków, wówczas król Wacław może tę stronę, w stosunku do której zerwano pokój, wziąć pod swoje prawo i pomagać przeciw drugiej stronie…

 

 

Stała tyłem do ulicy, z wysoko podwiniętą suknią, oparta dłońmi o zimny miejski mur. Mężczyzna brał ją od tyłu, mocno, szybko, gwałtownie, bez zbędnych ceregieli. Była przecież ladacznicą, dziewką nierządną, przedmiotem, nie człowiekiem. Pogardzana na równi z katem, w społeczności Krakowa stała niżej niźli pospolity złodziej lub chromy żebrak.

Katusza, bo tak kazała siebie nazywać kobieta o płowych, zniszczonych włosach, przyzwyczajona była do takiego zaspokajania chuci klientów. W ciemnych zaułkach, między młynami oddzielającymi bramę Grodzką od Wawelu, posiadali ją już wstydliwi mieszczanie, którzy chcieli zaznać czegoś odmiennego od oziębłych ciał swoich pulchnych żon, żołdacy śpieszący do szynku, na krótką chwilę chcący zapomnieć o wojaczce, pachołkowie, którym udało się wyrwać spod czujnego pańskiego oka. A i klerycy, którzy zawsze przy tym rozglądali się czujnie, w obawie przed przyłapaniem na niegodziwych dla ich stanu czynach. Wszyscy oni spiesznie zaspokajali swoje potrzeby, traktując jej ciało niczym rzecz, a nie dostrzegali w niej kobiety, którą Katusza niewątpliwie była.

Miała szesnaście, może siedemnaście wiosen – nie wiedziała dokładnie, bo we wsi pod Kazimierzem, z której pochodziła, nikt lat nie liczył – duże brązowe oczy, pełne piersi i urodę, która oszałamiała mężczyzn. I te właśnie przymioty były przyczyną jej wszystkich nieszczęść.

Przybyła do Krakowa przed dwoma laty, na służbę, bo nędza zajrzała w oczy jej rodzicom, którzy do wykarmienia oprócz niej mieli jeszcze dwoje dzieci. Pracę dostała szybko, bo wydawała się silna i robotna. Ale już po tygodniu, w pewne niedzielne popołudnie, gdy w kuchni obracała pieczeń na rożnie, pan domu zdarł z niej szaty i posiadł ją na ławie. Bała się, więc nawet nie krzyczała, tylko łkała cicho, bo bolało strasznie. Później przychodził do niej codziennie, a ona codziennie płakała. Kuchenna mówiła, że taki los spotykał każdą z młodych dziewek i żeby się nie martwiła, bo panu szybko się znudzi. I owszem, po miesiącu przestał ją gwałtem brać i obłapiać, ale zamiast zostawić w spokoju, u siebie na służbie, umyślił sobie, że zarobi na niej, oddając ją do zamtuza.

Szybko nauczyła się nowego fachu i nowego życia. Oddawała się każdemu, kto był w stanie zapłacić, a czasami tylko za jadło oraz mocny trunek. Klientów na jej młode ciało nie brakowało. W sąsiedztwie Gródka, tuż przy bramie Mikołajskiej, gdzie mieścił się dom uciech, stały liczne stajnie, słodownia i topnia wosku. Pracowało tam wielu mężczyzn, którzy często korzystali z jej usług. Tak więc głodem nie przymierała. Jednak rajcy miejscy postanowili usunąć stamtąd wszetecznice i teraz musiała zarabiać na ulicy. I tu pierwszy raz została pobita. Nie tak jak przez ojca, lagą, po której jedynie sińce na udach zostawały, ale do nieprzytomności. Straciła dwa zęby, a twarz miała spuchniętą przez kilka dni. Wtedy zrozumiała, że z uciechami miłosnymi często w parze idzie okrucieństwo.

Nigdy nie zaznała miłości, bliskości, czułych dłoni kochanka, pocałunków wielbiących jej ciało. Szybko, gdyż już po pierwszej setce klientów, straciła złudzenia. Wiedziała, że żaden mężczyzna nie ożeni się z kobietą o nadszarpniętej reputacji, nie zabierze do swojego domu, żeby stworzyć z nią szczęśliwe stadło. No chyba że skazaniec. W Krakowie panował zwyczaj, że gdy dziewka zarzuciła takiemu czerwoną chustę na głowę, to uwalniała go od śmierci. Musiał się jednak z nią ożenić i wprost spod szafotu szedł do ołtarza.

Ale Katusza nie wierzyła już w miłość, nie wierzyła, że jej ciało wyprane z uczuć mogłoby doznać rozkoszy, że w jej sercu kiedykolwiek jeszcze zagości radość. Winiła za ten stan rzeczy swoje urodzenie. Gdyby była córką możnowładcy, a nie zwykłego chłopa, który trzy dni w tygodniu odrabia pańszczyznę i nie stać go na wyżywienie dzieci, byłaby zapewne szczęśliwą kobietą.

A tak, jęcząc i wzdychając w sposób wyuczony przez dwa lata praktyki, czekała cierpliwie, aż stojący za nią mężczyzna zrobi swoje. Nie interesowało jej, kim jest, co robi w Krakowie i dokąd się udaje. Może był wygnańcem, zbrodniarzem uciekającym spod ręki sprawiedliwości? Może podróżnym w drodze na Ruś lub kupcem zmierzającym do dzielnicy rzemieślników? A może posłańcem królewskim zdążającym z wieściami na Wawel?

Uśmiechnęła się na tę ostatnią myśl, nie przerywając rytmicznego poruszania biodrami. Tak znamienity gość pewnie gnałby na zamek, do luksusów, do pięknie pachnących dam dworu, zamiast zabawiać się z byle ladacznicą.

Może sprawił to jakiś ukryty dar, bo Katusza trafiła w swoich zgadywankach bezbłędnie. Mężczyzna, który zażywał z nią miłosnych uniesień, w istocie był posłańcem zdążającym na Wawel, żeby oznajmić zawarcie pokoju pomiędzy Polską a zakonem krzyżackim. Nie było mu spieszno, wiedział, że i tak nie skosztuje rarytasów z królewskiego stołu, bo pewnie wcisną mu w ręce listy, przyprowadzą nowego konia i pognają z powrotem do króla Władysława. Nie chciał pędzić taki kawał pod Bydgoszcz, nie zaznawszy wcześniej słynnych krakowskich uciech.

Tak długo Wawel czekał na wieści, poczeka jeszcze trochę.

Mężczyzna wyprężył się, z jego gardła dobył się charkotliwy okrzyk, a Katusza poczuła, jak jej wnętrze wypełnia się nasieniem. Przygryzła wargi, mając nadzieję, że to nie są jej dni płodne. Obecnie nie stać jej było na zielarkę, która poratowałaby w nieszczęściu.

Niestety.

Następnego roku powiła dziecko. Dokładnie piętnastego lipca, w pewien słoneczny dzień, który przeszedł do historii bynajmniej nie z powodu Katuszy i jej bękarta, lecz wielkiej bitwy na polach Grunwaldu. Przycupnięta przy murze, długo kołysała noworodka w ramionach i przyglądała mu się z czułością. Jego malutkim oczkom błyszczącym jak paciorki, drobnym paluszkom i delikatnym, zaróżowionym policzkom. A potem zatkała mu dłonią usta i udusiła. Nocą zakopała dziecko na cmentarzu pod Bożą Męką, żeby chociaż w poświęconej ziemi leżało. Ktoś musiał ją wtedy zauważyć i postawiono Katuszę przed sądem. Za zgubienie duszy niewinnej skazano ją na łamanie kołem i targanie kleszczami. Miała jednak szczęście i za wstawiennictwem dobrych ludzi utopiono ją po prostu w Wiśle.

 

 

W tym samym czasie, kiedy Katusza na ulicy Krowiej w chłodzie październikowej nocy oddawała swoje ciało obcemu mężczyźnie, inna kobieta, na Wawelu, w sprowadzonej ze słonecznej Italii aksamitnej pościeli cieszyła się obecnością kochanka.

Zmęczona i zaspokojona, naga przywarła do jego ciała i delikatnie pieściła językiem oliwkową skórę na męskim ramieniu. Smakowała słońcem i namiętnością. Oszołomiona przeżytym uniesieniem nie mogła skupić myśli i pragnęła jak najdłużej pozostać w tym leniwym błogostanie. Bardzo powoli wracała do rzeczywistości – do pogrążonej w mroku komnaty, poświaty księżyca wpadającej przez okno sypialni, do nocnych dźwięków i nawoływań dochodzących z zamkowego dziedzińca.

Nagle na jej czole pojawiła się zmarszczka. Nieprzyjemna myśl wkradła się niczym złodziej, oplotła niepokojem i skradła radość przeżytych niedawno chwil. Uświadomiła sobie, że jej kochanek zaraz ją opuści. Wstanie z łoża, bez słowa się ubierze i wymknie cicho z komnaty, tak żeby nikt go nie zobaczył. A ona, znów samotna, przesunie się na ciepłe jeszcze i wypełnione jego zapachem miejsce. Tak jak robiła to co noc od kilku już tygodni.

Zastanawiała się, czy będzie jej kiedyś dane obudzić się rano w ramionach tego mężczyzny, zobaczyć, jak promienie słońca muskają jego zwichrzone włosy, jak otwiera oczy i uśmiecha się do niej łagodnie, kochać się bez obaw, bez nasłuchiwania kroków na korytarzu i tłumienia okrzyków namiętności.

Bardzo w to wątpiła. To niemożliwe tak samo jak pragnienie oderwania się od ziemi i poszybowania w przestworza. Tylko ptaki mogą na skrzydłach wznieść się w powietrze i, całkowicie wolne, przemierzać oceany nieba. Ona zaś nie dość, że nie była wolna jak ptak, to jeszcze miała podcięte skrzydła marzeń. Zamknięta w złotej klatce przeznaczenia mogła jedynie płakać i użalać się nad losem.

Jakże zazdrościła prostym kobietom, które same mogły wytyczać sobie drogę, wybierać mężów, u których boku chcą iść przez życie. Kiedy się kocha, nie ma znaczenia pozycja społeczna, majątek i kosztowności, bo całym bogactwem jest miłość. A ona uważała się za najnieszczęśliwszą kobietę na ziemi i z miejsca zamieniłaby się na życie choćby ze zwykłą ladacznicą z krakowskiego przedmieścia. Nierządnica była przynajmniej podziwiana przez mężczyzn i wielbiona. Mogła oddychać pełną piersią, być panią własnego losu, bez przeszkód chłonąć namiętności, oddawać się rozkoszom życia. Tak przynajmniej sądziła kobieta w aksamitnej pościeli.

Tymczasem mężczyzna u jej boku drgnął. Nadszedł czas. Zaspokoił już żądze, odczekał zwyczajowe chwile, przytulając i gładząc kochankę, a teraz zaczynał się niecierpliwić. Chociaż leżał jeszcze w wygodnym, obszernym łóżku kobiety, myślami był zupełnie gdzie indziej.

Myślał o tym, jak potoczyły się sprawy na północy. Czy Jagiełło odbił Bydgoszcz z rąk krzyżackich? Czy wojna trwa nadal? A może podpisano już rozejm? Martwił się, bo nie miał żadnych wieści od zleceniodawców z Malborka. Nie wiedział, co zamierza Ulryk von Jungingen. Skrytka na rogu Kociej i Psiej, gdzie zawsze odbierał tajną korespondencję i zostawiał raporty, od miesiąca była pusta. Znaczyło to, że posłaniec, który zawoził listy do Malborka i przywoził odpowiedzi, został schwytany. Poddany torturom zapewne wydał wszystkich współpracowników, dekonspirując tym samym siatkę krzyżackich wywiadowców.

Mężczyzna nie obawiał się, gdyż jego tożsamość znało niewielu, a oblicze widział tylko wielki mistrz. W listach podpisywał się jedynie jako N.S. Arman30, więc królewscy urzędnicy żadną miarą go nie wyśledzą. Martwił się jednak, bo nie wiedział, co dalej czynić. Zdawał sobie sprawę, że nie może popełnić żadnego błędu, szczególnie teraz, gdy wszystko było przygotowane. Musiał w jakiś sposób porozumieć się z Jungingenem i uzyskać pozwolenie na realizację planu. Należało się spieszyć, lada chwila Jagiełło mógł przybyć do Krakowa.

Delikatnie wyzwolił się z objęć kobiety, sięgnął po ubranie. Przyglądała mu się w milczeniu, a księżyc oświetlał jej twarz. Nie była zbyt urodziwa. Zapadnięte policzki czyniły jej twarz podobną do pyszczka myszy. Zakrzywiony nos, zbyt wąskie usta i wyłupiaste oczy dopełniały wizerunku. Ale on nie przychodził tu dla przyjemności i miał nadzieję, że zakon złotem wynagrodzi to poświęcenie.

Już ubrany, spojrzał na kobietę i posłał jej niemy pocałunek. Odpowiedziała uśmiechem, a mysie oblicze pojaśniało szczęściem. Wychodząc, mężczyzna pomyślał, że Anna Cylejska, królowa Polski31, jest wyjątkowo szpetna.

 

 

Arcybiskup gnieźnieński Mikołaj Kurowski32, który pod nieobecność króla pełnił jego obowiązki, otulił się szczelnie szarym, zapinanym na ramieniu płaszczem. Jesienne noce były coraz chłodniejsze, a w wawelskich lochach panował wieczny ziąb. Ponadto bał się ubrudzić – nie tyle brudem podziemi, ile tym pochodzącym z ludzkich serc. Prawie namacalnie czuł, jak oblepiają go wszelkie nieczystości zła, które uczynił człowiek człowiekowi. Niemal widział fale ohydy zalewające lochy, grzeszne myśli krążące w powietrzu i niczym drobiny kurzu osiadające na jego ubraniu.

Czemu Bóg tak mnie doświadcza? – myślał. Czemu uchyla przede mną bramy do innej rzeczywistości, ale ani ich na oścież nie otworzy, ani nie zatrzaśnie na wieki? Czy to jedynie słabe odbicie tego, co mógłbym ujrzeć, gdybym przed laty nie odrzucił ofiarowanego daru? Daru wiedzy i poznania prawdziwego Oblicza Stwórcy.

Wtedy przestraszył się, że utraci wiarę, spokój, ufność we wszystko, co go otacza. Obawiał się swojej słabości i tego, że nie udźwignie brzemienia. Czasami żałował tamtej decyzji, szczególnie w chwilach, gdy uświadamiał sobie, że posiadając tę wiedzę, mógłby lepiej służyć Polsce i królowi. A teraz taka chwila nadeszła.

Schodził powoli, o krok za sługą niosącym pochodnię, coraz niżej po krętych schodach. Z dołu dochodziły rozpaczliwe jęki skazanych i arcybiskupowi wydawało się, że zstępuje w czarne czeluście piekła. Wreszcie dotarł do oświetlonej łuczywami olbrzymiej komnaty. Nie spotkał tam Belzebuba siedzącego na okrwawionym, zbudowanym z ludzkich czaszek tronie, ale pomieszczenie przerażało i bez tego. Jeden rzut oka na znajdujące się tutaj narzędzia wystarczył, żeby najtwardszy z mężów bladł i trząsł się ze strachu. Mikołaj Kurowski przekroczył próg zamkowej katowni.

U sklepienia sali zamocowany był żelazny hak z łańcuchem, który mocno splatał nadgarstki wynędzniałego, półżywego człowieka. Nogi skazańca przytwierdzono do posadzki. Co jakiś czas pomocnik kata mocno pociągał za powróz i ręce nieszczęśnika z głuchym chrzęstem wyskakiwały ze stawów. Następnie go odwiązywano, sadzano na stołku i nastawiano kości. Towarzyszył temu niewyobrażalny ból i rzadko zdarzało się, żeby więzień pozostawał przytomny. Wyłamywanie stawów w porównaniu z ich nastawianiem było niczym.

Pod ścianą stał pręgierz z zaschniętymi plamami krwi, które zapowiadały koszmar czekający każdego, za kim ze zgrzytem zamkną się ciężkie wrota lochu. Tuż obok znajdowała się ława do rozciągania, leżały na niej rzemienie oraz długi, nabity gwoździami walec. Arcybiskup nawet nie chciał zgadywać, do czego służy. Ponadto dostrzegł też kociołek z wrzącym sadłem, którym polewano ciała ofiar lub wlewano je im do gardeł. Dalej piętrzył się stos pochodni umaczanych w smole i siarce. Przypiekano nimi boki przesłuchiwanych.

Arcybiskup miał świadomość, że takie miejsce istnieje w wawelskich podziemiach, podobnie jak w każdym zamku, jednak nie dopuszczał do siebie myśli o cierpieniach ludzi tu katowanych. Ludzi? Przecież nie myślał o nich jak o ludziach. Wolał nazywać ich mordercami, gwałcicielami, zdrajcami, zwierzętami pozbawionymi człowieczeństwa, potępieńcami o czarnych duszach, którzy zasłużyli sobie na piekło krakowskiej katowni. Ale zdawał sobie sprawę, że sam siebie oszukuje. Zamknięci tu więźniowie nie zawsze byli do cna źli, nie zawsze zasługiwali na tak okrutny los, nie zawsze w ogóle byli winni…

Westchnął ciężko i postąpił w głąb izby, w której czekał już sędzia i towarzyszący mu sądowy pisarz. Zawsze uśmiechnięty młodzieniec tym razem był blady jak ściana. Obok stał szpakowaty Klemens z Moskarzewa, krakowski starosta, którego Kurowski podejrzewał o zdradę i nieraz widywał w towarzystwie krzyżackiego szpiega, Piotra Świnki. Czyżby jego obecność wynikała z obawy przed ewentualnymi zeznaniami więźnia?

Wzrok arcybiskupa spoczął na ciemnowłosym, niezwykle przystojnym Jakuszu z Boturzyna, którego nie mogło zabraknąć na dzisiejszym przesłuchaniu. Prócz tego, że jako podkomorzy miał pieczę nad całym dworem, był też najbardziej zaufanym człowiekiem królowej Anny. Mikołaj Kurowski nie miał wątpliwości, że z samego rana, a może jeszcze tej samej nocy królowa będzie o wszystkim wiedzieć.

W cieniu pochodni spostrzegł jeszcze jednego człowieka, notariusza Malofieja, ruskiego schizmatyka, najbardziej wykształconego i najzdolniejszego z ludzi królewskiej kancelarii. Ten z kolei był zaufanym Jagiełły. Codziennie słał do króla listy, w których zdawał mu relację o tym, co się dzieje na Wawelu.

Arcybiskup żadnego z tych ludzi nie lubił, gdyż sprawiali wrażenie nieszczerych.

– Jak widzę, spytki się już rozpoczęły – stwierdził raczej, niż zapytał, widząc zakrwawiony strzęp człowieka na katowskim stole.

Poparzona skóra odchodziła płatami, ropa sączyła się z pękających bąbli, a z twarzy pozostał rozorany katowskimi narzędziami ochłap. Po policzku spływało wydłubane oko, ledwie trzymające się na cienkich żyłkach. Pomiędzy opuchlizną ledwie dało się dostrzec zarys zmasakrowanych ust. Wyciągał w ich stronę nienaturalnie powykręcaną, drżącą rękę w niemym błaganiu o śmierć. Ale jego czas jeszcze nie nadszedł.

– Tak, panie, męki trwają od świtu.

Potężny rudowłosy mężczyzna, od lat piastujący w Krakowie urząd kata, skłonił się nisko. Jego łagodne, budzące natychmiastową sympatię oblicze kontrastowało z wykonywanym zawodem. Gdyby Mikołaj Kurowski nie wiedział, jaki jest fach tego człowieka, szedłby o zakład, że to mnich lub karczmarz. Ubiór i insygnia nie pozostawiały jednak wątpliwości co do jego profesji. Na rękawie obszernej szaty miał naszyte trzy kawałki sukna w kolorze białym, czerwonym i zielonym – symbol jego stanu.

Subtortor, jak nazywano kata, oprócz torturowania, wieszania, ćwiartowania, wypalania piętna, ucinania rąk i uszu równie często łapał bezpańskie psy, zabijał wałęsające się koty, prowadził dom publiczny z ramienia miasta, a ponoć nawet grzebał skazańców. I jak to bywało w każdym mieście, tak i w Krakowie oprawca budził nienawiść i pogardę mieszkańców. A przecież spełniał tylko ich wolę, bo podczas sądów właśnie ciżba najgłośniej krzyczy, domagając się kary śmierci dla mordercy, odjęcia ręki rabusiowi czy kastracji gwałciciela. Tłum zaślepiony złością i pewny swoich racji surowo wyrokuje, zazwyczaj bez pełnego wglądu w sprawę i za nic mając chrześcijańskie miłosierdzie. Po wszystkim, gdy plac pustoszeje, ludzie, nie znajdując usprawiedliwienia dla swych zachowań i nie mogąc spojrzeć sobie w oczy, całą winę przelewają na kata. Lepiej znienawidzić narzędzie niż samych siebie.

– Ja jeno chciałem waszej dostojności czasu zaoszczędzić – tłumaczył nieporadnie kat. – Przecie bywa, że męki cały dzień trwają. Zawżdy rozpoczynamy przed południem, gdy ofiara jest na czczo, co by…

– Dość! – Mikołaj Kurowski uświadomił sobie, że więcej nie zniesie.

Kat cofnął się przestraszony, bał się gniewu osoby duchownej bardziej niż piekła. Nie miał wątpliwości, iż tam właśnie trafi po śmierci, miał jednak nadzieję, że gehenna potrwa zaledwie kilka setek lat, a potem czeka go czyściec. Narażenie się na gniew arcybiskupa mogło przedłużyć czas oczekiwania o tysiąclecia, a kto wie, czy nie wieczność.

– Wyjawił coś? – Kurowski spytał łagodniej, widząc przerażenie w oczach kata.

Olbrzym pokręcił głową w milczeniu.

Okaleczony człowiek, który właśnie dogorywał na katowskim stole, został pochwycony kilka dni po wybuchu wojny. Aresztowano wtedy wszystkich krzyżackich szpiegów, a nawet tych, którzy byli panom pruskim przychylni. Znalazło się wśród nich kilku kupców, jeden rajca miejski oraz złotnik, który przynajmniej raz w tygodniu przebywał na Wawelu i wyciągał informacje od zaaferowanych klejnotami dwórek. Wielu spośród nich jednak wypuszczono, gdy okazywało się, że mają tylko luźne, kupieckie powiązania z Krzyżakami. Lecz co do tego nieszczęśnika nie było żadnych wątpliwości, gdyż znaleziono u niego listy od prokuratorów zakonu. Dzięki nim ujęto i osądzono wielu wywiadowców.

Niestety wszyscy oni byli niczym leszcze w jeziorze, a arcybiskup w sieć chciał pochwycić szczupaka, najbardziej nieuchwytnego szpiega działającego na dworze królewskim, o którym wiedział tylko, że podpisuje się w listach N.S. Arman. A chcąc to osiągnąć, musiał się uciec do najokrutniejszych metod.

Kat skinął na ceklarza, kilkunastoletniego zaledwie chłopaka, który u boku mistrza uczył się fachu. Ten chwycił drewnianą prasę z kołkami i bez pardonu wsadził w nią kciuk nieszczęśnika. Rozległ się trzask miażdżonego palca i krzyk.

Kurowski odwrócił wzrok. W tym momencie pragnął jedynie wybiec na zamkowy dziedziniec, znaleźć się daleko od smrodu przerażonego człowieka, od przegniłego odoru śmierci, zaczerpnąć świeżego powietrza, poczuć powiew wiatru na twarzy i czekać, aż wywieje zeń wszystkie wspomnienia.

– Mów – czule szeptał kat, gładząc delikatnie skazańca po włosach. – Mów, a przyrzekam, iż ostawię cię w pokoju, a twe katusze chybko dobiegną końca. Ból i cierpienie. Wszystek odejdzie. Na zawżdy. Wnet będziesz wolny, a twa dusza odejdzie do Boga, a On przyjmie ją do Królestwa Niebieskiego, gdy ujrzy, co na ziemi wycierpiała. Tylko zaklinam cię, mówże!

W ocalałym oku więźnia pojawiła się nadzieja. Tak bardzo pragnął, żeby ten koszmar się skończył, tak bardzo pragnął śmierci…

– Zły ze mnie człek – zaczął cicho drżącymi ustami. – Ubiłem wspólnika, z którym kram w Lublinie prowadziłem. Truchło do rzeki rzuciłem, a potem jego żonę zniewoliłem… Z miasta uciekać musiałem przez moją pożądliwość, bom z małą dziewczynką, lat może dwanaście, miał uczynek cielesny. Potem z kurami… Raz nawet z gęsią, a także ze świnią i z psem…

– Wystarczy! – Mikołaj Kurowski po raz drugi tej nocy podniósł głos. Znów poczuł coś ohydnego, co wypełzało z tego człowieka, całą przestrzeń wypełnioną brudem jego uczynków, wspomnień. – Nie o to pytamy! Komu na Wawel listy od panów pruskich dostarczałeś?

– Nie wiem… – wyszeptał badany, próbując pokręcić głową. – Tylko pomniejszym wywiadowcom sam listy zanosiłem, gdyż jako kupiec miałem wstęp do ich domostw. Z człekiem z zamku sprawy nie miałem… – Mężczyzna mówił coraz wolniej i ciszej. – Nigdy nie widziałem jego gęby, a listy zostawiałem w skrytce.

– Prokuratorzy krzyżaccy, którzy listy ci dawali, nie wspomnieli jego imienia? – zapytał Jakusz z Boturzyna, a arcybiskup dostrzegł na jego twarzy niepokój.

– Nigdy… – odparł nieszczęśnik, ledwo poruszając ustami. – Mówili jeno N.S. Arman.

– A ty się nie domyśliłeś, kim ów może być? – pytał dalej podkomorzy.

Odpowiedziało mu milczenie.

– Mów, jak pytam!

Cisza. Kat pochylił się nad nieszczęśnikiem.

– Nic nie rzeknie – odparł. – Sczezł już.

Mikołaj Kurowski westchnął ciężko. Robił wszystko, żeby ustalić tożsamość krzyżackiego szpiega, a ona wciąż pozostawała tajemnicą. Człowiek ów mocno mógł zaszkodzić sprawie polskiej, arcybiskup coraz częściej obawiał się, że nie zdoła go zdemaskować. Ponure rozważania przerwały mu nawoływania dochodzące z dziedzińca zamkowego. To przybył posłaniec od Jagiełły, który jeszcze dwa kwadranse temu mitrężył czas na zabawianie się ze zwodnicą.

– Bydgoszcz dobyta! Zawarto pokój!

Text copyright © by Dariusz Domagalski 2009, 2017

All rights reserved

 

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2017

 

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

 

W publikacji wykorzystano czcionkę z rodziny Liberation (https://fedorahosted.org/liberation-fonts/)

 

Redaktor tego wydania: Małgorzata Chwałek

 

Projekt i opracowanie graficzne serii oraz okładki: Paweł Panczakiewicz / PANCZAKIEWICZ.ART.DESIGN – www.panczakiewicz.pl

 

© Jarosław Grudziński / Shutterstock.com

 

Wydanie I e-book

(opracowane na podstawie wydania książkowego:

Aksamitny dotyk nocy, wyd. II, Poznań 2017)

 

ISBN 978-83-8062-827-4

 

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel. 61-867-47-08, 61-867-81-40, fax 61-867-37-74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

 

e-Book: Sławomir Folkman / www.kaladan.pl