Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2011

Cygańska księżniczka ebook

Gayle Wilson

(0)

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Cygańska księżniczka - Gayle Wilson

Anglia, XIX wiek.

Niewielka przesyłka jest niczym puszka Pandory. Wraz z jej otwarciem wracają stare sprawy i ponownie obciążają żyjących jeszcze świadków dawnych dramatów, a także następne pokolenia.

Czy rzeczywiście major Rhys Morgan znalazł się w cygańskim taborze przez czysty przypadek? A może było to przeznaczenie, że wracając z Londynu, uchronił przed utonięciem małą dziewczynkę? Po uratowaniu dziecka, ranny i nieprzytomny, trafił pod opiekę matki dziewczynki, cygańskiej uzdrowicielki, Nadii Argentari. Pielęgnowała go z oddaniem, lecz zachowywała dystans. Tego wymagały panujące w taborze reguły i tego oczekiwali jej najbliżsi. Gdy podopieczny wyzdrowiał, poprosiła, by opuścił tabor, choć czuła do Rhysa nie tylko wdzięczność. Świadomy, że nie jest obojętny pięknej Cygance, zakochany w niej major, przyrzekł sobie, że zrobi wszystko, aby mogli być razem.

Opinie o ebooku Cygańska księżniczka - Gayle Wilson

Fragment ebooka Cygańska księżniczka - Gayle Wilson

Gayle Wilson

Cygańska księżniczka

Tłumaczyła Agnieszka Piotrowska-Sosnowska

Tytuł oryginału: Claiming the Forbidden Bride

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2010

Redaktor serii: Barbara Syczewska-Olszewska

Opracowanie redakcyjne: Barbara Syczewska-Olszewska

Korekta: Jolanta Spodar

© 2010 by Mona Gay Thomas

© for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o. o., Warszawa 2011

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B. V.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Znak firmowy Wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Romans Historyczny są zastrzeżone.

Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o. o. 

00-975 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25

Skład i łamanie: COMPTEXT®, Warszawa

ISBN 978-83-238-8319-7

ROMANS HISTORYCZNY – 334

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.

virtualo.eu

Prolog

Wrzesień 1814 roku, Anglia

Patrząc na swoje odbicie w lustrze, Rhys Morgan, były major 13. Pułku Kawalerii odruchowo uniósł lewą rękę, żeby podtrzymać prawą dłoń i poprawić zawiły węzeł fularu. Przeszył go dotkliwy ból. Wciąż odczuwał skutki lat spędzonych na Półwyspie Iberyjskim. To cud, że przy tak poważnych ranach, spowodowanych wybuchem kartacza, chirurgom udało się uratować jego lewą rękę. Oczywiście nie była w pełni sprawna i Rhys Morgan uświadomił sobie, że nigdy nie będzie.

Najważniejsze, że przeżył i udało mu się wrócić do Anglii.

Tym razem użył tylko prawej ręki, żeby wygładzić zmarszczkę na surducie. Ubrania, które zostawił w Anglii przed wyjazdem na wojnę, nie nadawały się do noszenia ani do przeróbki. Przez minione cztery lata zmieniła mu się figura: zmężniał i jednocześnie zeszczuplał. Z przedwojennej garderoby ocalały jedynie wysokie skórzane buty.

Gotowe ubrania były niemodne i uszyte z nienajlepszych materiałów, ale zupełnie wystarczały na podróż. Rhys obiecał bratu, że jak tylko dotrze do Londynu, uda się do jednego z najbardziej znanych londyńskich krawców.

– Jak wyglądam? – spytał, gdy ujrzał w lustrze sylwetkę brata.

– Świetnie – odparł Edward. – Przynajmniej do czasu wizyty u londyńskiego krawca.

– Jeśli Keddinton nie zatrzaśnie mi drzwi przed nosem, będzie to twoja zasługa.

– Nie zrobi tego. Jest twoim ojcem chrzestnym.

– Nie widział mnie od ponad pięciu lat.

– To nieistotne. Keddinton zna swoje obowiązki. Kilka dni nie zrobi różnicy – orzekł Edward.

– O ile nie zmieni się pogoda. Jesienią jest nieprzewidywalna.

– Tym bardziej powinieneś…

Rhys roześmiał się i odwrócił do brata.

– Jeśli jeszcze jeden dzień spędzę przy ciepłym kominku, to najpewniej oszaleję. Chyba nie chcesz mieć mnie na sumieniu.

– Bardzo dużo zrobiłeś dla Angli i króla.

– Podczas służby wojskowej byłem w wielu krajach. Większość z nich będzie miała granice na nowo ustalone w Wiedniu.

– Nie możesz oczekiwać, że Keddinton…

– Byłbyś zaskoczony, gdybyś wiedział, jak niewiele oczekuję – przerwał mu Rhys. – Uważam jedynie, że zdobyte przez mnie doświadczenie może się przydać.

W ciągu ostatniego miesiąca bracia wciąż wracali do tego tematu, lecz nie osiągnęli porozumienia.

– Możesz się przydać tutaj.

Rhys położył dłoń na ramieniu brata.

– Gdybym naprawdę był tu potrzebny, z pewnością bym został. Przecież zdajesz sobie sprawę z tego, że tylko wchodziłbym w drogę twojemu zarządcy.

– Nic mi nie jesteś winien.

Starszy o dziesięć lat Edward zachowywał niemal taki sam dystans, jak ich ojciec. Rhys nie wątpił, że obaj się o niego niepokoili, ale okazywanie uczuć było im obce.

– Wybacz, ale nie mogę się z tobą zgodzić – powiedział. – Oboje z Abigail nie tylko mnie przygarnęliście, ale też troszczyłeś się o mnie, jakbym…

Rhys zawahał się, szukając odpowiednich słów, które wyraziłyby jego wdzięczność, nie wprawiając Edwarda w zakłopotanie.

– Jakbyś był moim bratem? Pozwól sobie przypomnieć, że moim jedynym bratem. Muszę przyznać, że niechętnie pozwalam ci wyjechać.

– Udało mi się przeżyć na wojnie, myślę więc, że dotrę do Londynu bez przeszkód.

– Samotnie, i w dodatku konno – podkreślił z dezaprobatą Edward.

– Mówiąc szczerze, nie mogę się doczekać tej podróży.

To była prawda. Był ogromnie wdzięczny, że rodzina pieczołowicie się nim zajęła, gdy przybył tu prawie pół roku temu. Zażywał podsuwane przez bratową leki i posłusznie dostosował się do poleceń brata. Od kiedy poczuł się lepiej, nie opuszczała go jednak myśl o wyrwaniu się spod ich opiekuńczych skrzydeł.

– Uważaj na siebie i obiecaj, że nie zrobisz nic głupiego.

– Jeśli na drodze napadną na mnie rozbójnicy, od razu się poddam i oddam im twoje pieniądze. Uwierz mi, Edwardzie, nie szukam przygód.

Doskonale wiedział, jaki będzie następny argument mający go przekonać do rezygnacji z wyjazdu. Nie chciał wysłuchiwać po raz kolejny, że musi dbać o swoje nadwerężone zdrowie.

– Jeśli nie wyruszę teraz, nie dotrę do Buxton przed zmrokiem. Nie zamierzam spędzić nocy na drodze.

Edward już chciał coś powiedzieć, ale tylko przytaknął skinieniem głowy.

– Zatem witaj, przygodo – powiedział Rhys, przepuszczając brata w drzwiach.

– Mam nadzieję, że nie – mruknął Edward.

Rhys uśmiechnął się do siebie, przekonany, że jeszcze nie dojrzał do ustabilizowanego, nudnego stylu życia.

Rozdział pierwszy

Rhys jednak dotrzymał słowa danego bratu i jechał powoli. Pierwszy dzień spędzony w siodle uświadomił mu, jak dawno nie dosiadał konia. Dotarł do gospody w Buxton wczesnym popołudniem zdecydowany nazajutrz pokonać dłuższy odcinek drogi. Zaproszenie ojca chrzestnego, które Rhys otrzymał kilka tygodni wcześniej, nie dotyczyło konkretnego terminu, a on nie był wówczas na tyle silny, żeby sprecyzować dzień przyjazdu.

Był zadowolony, że mimo bólu mięśni wstał stosunkowo wcześnie i wyruszył w drogę. Z radością wdychał rześkie jesienne powietrze i z przyjemnością patrzył na mijane, nadal zielone wzgórza.

Nagle rozległ się krzyk. Przez łąkę biegła dziewczynka, wołając coś niezrozumiale. Rhys zauważył, że nikt jej nie ściga, ale szybko przekonał się, co przeraziło dziewczynkę. Przed nią biegło jasnowłose dziecko.

Uśmiechnął się, przypominając sobie własne dzieciństwo. Był starszy od uciekającego dziecka. Zazwyczaj przychodziło mu zapłacić za takie eskapady i ukrywanie się przed nauczycielem, ale uważał, że chwile wolności warte są kary.

Rozejrzał się niespiesznie po terenie, którym biegło dziecko, i uśmiech zniknął z jego twarzy. Ze swojego punktu obserwacyjnego zobaczył, że łagodnie wznosząca się łąka kończy się stromą skarpą. W dole połyskiwał w blasku słońca wezbrany na skutek opadów strumień.

Z pewnością dziewczynka nie widziała, co kryje się za wzniesieniem, i nie miała szans dogonić dziecka, uznał Rys. Spiął konia ostrogami i gniadosz Edwarda ruszył z kopyta. Kiedy dotarli do łąki, Rhys pochylił się nisko nad łbem konia, ponaglając go do szybszego tempa. Poruszali się po przekątnej i Rhys nie spuszczał wzroku z widocznych w oddali jasnych włosów dziecka.

Nieświadome zagrożenia było coraz bliżej stromizny. Rhys słyszał, że dziewczynka wciąż bezskutecznie krzyczy. Przywarł do konia, czując pod sobą jego drgające mięśnie. Był coraz bliżej dziecka zupełnie niezwracającego uwagi na pościg.

Było już blisko krawędzi i Rhys przechylił się w siodle, gotów złapać dziecko w biegu. Nie miał wyboru. Kierując konia równolegle do skraju urwiska, pochylił się jeszcze bardziej i wyciągnął lewą rękę. Nie zważając na ból, gotów był chwycić dziecko za ubranie i unieść je, zanim spadnie. Teraz i on, podobnie jak dziewczynka, zaczął wykrzykiwać ostrzeżenia.

Czuł, jak serce podchodzi mu do gardła. Wie dział, że o bezpieczeństwie dziecka decydują cale. Aby je uratować, musiał chwycić za jasne włosy lub ubranie. Nagle dziecko odwróciło się, przerażone bliskością konia.

W tej jednej krótkiej chwili Rhys wyciągnął rękę, żeby chwycić dziecko za ubranie. Już miał złapać za sukienkę, kiedy mała zrobiła unik i po chwili, ku jego przerażeniu, spadła ze skarpy.

Koń znalazł się tak blisko urwiska, że ziemia zaczęła osuwać się spod jego kopyt. Rhys błyskawicznie zawrócił. Kiedy tylko znaleźli się na twardym gruncie, mocno ściągnął wodze, zatrzymując konia. Zeskoczył i podbiegł do miejsca, gdzie zniknęło dziecko.

Urwisko nie było tak wysokie, jak się obawiał. Rozejrzał się, szukając dogodnego zejścia. Nie było żadnego. Tylko gwałtowny spadek, po którym stoczyła się mała dziewczynka. Spojrzał na płynący dołem głęboki strumień i zobaczył, jak ona znika pod wodą. Bez chwili wahania Rhys skoczył.

Woda była znacznie zimniejsza, niż się spodziewał, choć był dopiero wrzesień. Wynurzył głowę z wody i się rozejrzał. Nie zważając na ból ręki, utrzymywał się na powierzchni, czekając, aż dziewczynka znów się wyłoni.

Kiedy tylko ją zobaczył, rzucił się w tym kierunku. Był dobrym pływakiem, ale miał wrażenie, że porusza się w zwolnionym tempie, jak w koszmarnym śnie. Używał tylko jednej ręki, ciążyły mu też pełne wody buty. Nie było czasu na rozglądanie się.

Zwiększył tempo i zanurkował. Otworzył oczy, próbując zobaczyć coś w zamulonej wodzie i zauważył złote pasma. Pochwycił je i mocno zacisnął na nich dłoń. Zmobilizował resztki sił, żeby wynurzyć się na powierzchnię, ciągnąc za włosy tonące dziecko. Zobaczył prześwitujące przez wodę słońce – obietnicę ratunku.

W końcu wynurzył się i zachłysnął, biorąc oddech. Głowa dziecka też znalazła się nad powierzchnią wody. Byli daleko od brzegu i jeśli oboje mieli przeżyć, Rhys musiał maksymalnie się zmobilizować i odwołać do woli przetrwania. Spojrzał na buzię dziecka. Na pół przezroczyste powieki z siateczką żył zasłaniały oczy. Długie rzęsy leżały niczym wachlarze na bladych policzkach. Sine z zimna wargi były na wpół otwarte, ale dziecko nie oddychało.

Rhys nieraz widział śmierć, ale nie był świadkiem śmierci dziecka. Nie zamierzał do niej dopuścić. Gdyby nie przestraszył małej, może nie wykonałaby tego ostatniego, tragicznego w skutkach kroku. Będzie miał jej śmierć na sumieniu i będzie musiał dźwigać to brzemię do końca swoich dni.

Jedyną szansą na przeżycie – jeśli w ogóle taka była – było dotarcie do brzegu. Zmarznięty i wyczerpany chwycił dziecko niesprawną ręką, obrócił się w wodzie na prawy bok i posługując się zdrowym ramieniem, popłynął w stronę brzegu.

Kilka razy zatrzymywał się, żeby mocniej chwycić małą. W pewnym momencie poruszyła się i lekko zakasłała. Objaw życia dodał mu sił w zmaganiu się z rwącym nurtem. Był zbyt wyczerpany, żeby uświadomić sobie, co się dzieje, kiedy w końcu dotknął ręką dna. Uniósł głowę i zobaczył, że od brzegu dzieli go niecały jard.

Stanął, czując, jak nogi grzęzną w mule. Trzymał dziecko w obu rękach. Chwiejąc się, zrobił zaledwie kilka kroków i osunął się na kolana. Chciał osłabić upadek, ale lewa ręka ześlizgnęła się po mokrych kamieniach. Prawą ręką trzymał dziecko i nie mógł zamortyzować upadku. Padając, uderzył skronią w kamienie.

Mała wysunęła się z uścisku i leżała teraz obok Rhysa. Otworzyła niebieskie oczy i patrzyła na niego. Ledwie to zauważył, stracił przytomność.

Nadia Argentari obserwowała swoją babcię Magdę przeglądającą towary na przewoźnym straganie wędrownego kupca. Szybkie ruchy zniekształconych wiekiem palców wyrażały wzgardę dla ich jakości, ale wiadomo było, że to część odgrywanego nieodmiennie rytuału. Przedmioty były wybierane, cena za nie ustalana z takim samym brakiem entuzjazmu, jaki babcia okazywała przy ich ocenie.

Nadia widziała to już setki razy i przeniosła wzrok, żeby spojrzeć na senne obozowisko. Anis powinna przyprowadzić Angel już dawno temu. Niemal w tej samej chwili, kiedy ogarnął ją niepokój, zobaczyła jasne włosy córeczki lśniące w promieniach słońca prześwitującego między bukami. Ona i opiekująca się nią dwunastoletnia dziewczynka szły w stronę obozowiska Romów.

Nadia uniosła rękę, żeby im pomachać. Angel oderwała się od opiekunki i podbiegła do matki. Przytuliła się, ukrywając buzię w matczynej spódnicy. Nadia położyła dłoń na głowie córeczki, gładząc ją po jedwabistych włosach.

– Udał się spacer? – spytała Anis.

Starsza dziewczynka przytaknęła, zerkając na starszą kobietę, wciąż zajętą szukaniem towarów na straganie.

– Muszę teraz pomóc mamie. Jeśli nie ma pani nic przeciwko temu – powiedziała z szacunkiem.

Nadia przywykła do okazywania jej poważania. Argentari należeli do jednej z bardziej znaczących rodzin, a ona była tu najlepszą znachorką. Już chciała wyrazić zgodę, kiedy zachowanie Anis wzbudziło jej podejrzenia. Powrócił niepokój. Nachyliła się, by uważnie spojrzeć na dziecko.

Nie zmartwiły jej ani brudna sukienka, ani potargane włosy. Angeline uwielbiała biegać po łąkach ciągnących się tuż za wielkim lasem. Pewnie mała upadła, uznała Nadia, a Anis bała się, że zostanie obarczona winą za wypadek.

– Coś się stało?

Starsza dziewczynka uniosła opuszczone powieki. Otworzyła usta, ale szybko je zamknęła i przecząco pokręciła głową.

– Dlaczego kłamiesz? – usłyszała Nadia pytanie zadane przez Magdę. Nie miała pojęcia, że przysłuchuje się ona rozmowie. Wiedziała, że babcia nie lubi, by przeszkadzano jej w zakupach.

– Myślisz, że kłamie? – zwróciła się do babci, uważnie wpatrując się w twarz Anis.

Dziewczynka zerknęła na jedną i na drugą kobietę, ale odpowiedziała Magdzie, zgodnie z pozycją, jaką starsza kobieta zajmowała w taborze.

– Nic się nie stało, przysięgam.

– Nie spiesz się z przysięgami. Powiedz prawdę, a nikt nie będzie cię winił.

– Nie obiecuj czegoś, czego nie będziesz mogła dotrzymać – ostrzegła Nadia, wyczuwając, że babcia miała rację. Z jakiegoś powodu Anis kłamała. Dopiero teraz, gdy Nadia położyła rękę na ramieniu Angeline, zauważyła, że ubranie dziewczynki jest mokre.

– Dlaczego jest przemoczona?

Anis oblizała wargi. Znów spojrzała z obawą na Magdę.

– Wpadła do wody.

– Wpadła? – spytała zaskoczona Nadia i pochyliła się nad córeczką, szukając obrażeń. Kiedy uniosła głowę uspokojona, że dziecku nic się nie stało, zobaczyła, że Anis łzy spływają po policzkach. – Jak doszło do tego, że wpadła?

– Pędziła przez łąkę tak, że nie mogłam jej dogonić. Naprawdę się starałam. Nie pomyślałam o strumieniu. Nie wiedziałam, że pobiegnie tak daleko.

– Spadła ze skarpy?

Po chwili wahania Anis przytaknęła.

Z uczuciem ulgi, że przygoda, która mogła skończyć się tragedią, okazała się tylko niegroźnym wypadkiem, Nadia przytuliła córeczkę, co przypomniało jej o tym, w jakim stanie są ubrania dziewczynki. Musiała zabrać ją do wozu i przebrać w coś suchego.

– I ty ją wyciągnęłaś? – spytała Magda. – Jesteś bardzo dzielna. Chyba powinnam cię wynagrodzić za taką troskę o moją wnuczkę.

Anis pokręciła przecząco głową, jak zahipnotyzowana wpatrując się w twarz starszej kobiety.

– Nie? – zapytała łagodnie Magda. – Nie zasługujesz na nagrodę?

Anis znów pokręciła przecząco głową.

– Pewnie kto inny wyciągnął ją z wody. Czy tak?

Zanim dziewczynka potwierdziła to przypuszczenie, Magda zorientowała się, że trafnie odgadła. Nadia wiedziała, że babcia nie tylko potrafiła przewidywać przyszłość, ale także rozumiała ludzką naturę. Zobaczyła prawdę ukrytą za kłamstwami Anis, jakby czytała w otwartej księdze.

– Kto? – spytała Nadia.

W tym momencie Angelina wzięła matkę za rękę i starała się skłonić ją do pójścia we wskazywanym kierunku. Spojrzenie niebieskich oczu przenosiła z twarzy Nadii na buki, spomiędzy których wyłoniła się grupa dziewczynek. Po chwili wolną ręką wykonała pierwszy gest, jakiego nauczyła ją Nadia, oznaczający niebezpieczeństwo. Gadziowie. Ludzie, którzy nie są Romami.

Magda popatrzyła znacząco na Nadię.

– Widziałaś go? Tego gadzia? – Nadia zwróciła się do Anis.

Angeline wciąż ciągnęła ją za rękę w stronę lasu.

– Nie chciała go tam samego zostawić – wyjaśniła Anis – ale on był ciężki. Nie mogłyśmy go ruszyć.

Do Nadii, która próbowała zrozumieć, co rzeczywiście się stało, w końcu dotarło, że rozmawia z dzieckiem, któremu nierozsądnie powierzyła własną córkę.

– Chcesz powiedzieć, że mężczyzna, który uratował Angel, jest ranny?

– Próbowałam go obudzić, draparni. – Dziewczynka otarła łzy z policzków brudnymi rękami. – Zrobiło się późno. Musiałyśmy wracać, bo byłabyś zła.

– Więc zostawiłaś go.

– Togadzio – odparła dziewczynka, próbując się bronić. – Poradzi sobie.

– A gdyby on to samo powiedział o Angel?

– Drabarni, ona… – Anis nie dokończyła tego, co chciała powiedzieć we własnej obronie.

– Możesz mnie do niego zaprowadzić?

Nadia wcale nie miała ochoty zajmować się tym gadzio, jednak bez wątpienia uratował jej córeczkę. Bez względu na to, kim był mężczyzna, jej obowiązkiem było zadbać o jego zdrowie i bezpieczeństwo. Tak stanowiło prawo kumpanii, a także jej poczucie sprawiedliwości.

Rozdział drugi

Zanim dotarli do skarpy, z której spadła Angeline, nastał mrok. Zgodnie z poleceniem Nadii, pojawili się odpowiednio przygotowani mężczyźni kumpanii. Wyposażeni w pochodnie, schodzili po stromym zboczu do strumienia. Na górze pozostawili zaprzężony w konia wóz, który miał zabrać żywego czy umarłego gadzio. Pod kierunkiem Nadii przeszukiwali brzeg, cicho przekazując sobie polecenia.

Angeline nie chciała zostać w obozie. Płakała i nie dawała się uspokoić dopóty, dopóki Nadia nie ustąpiła. Teraz uczepiona matczynej spódnicy szeroko otwartymi oczami obserwowała poszukiwania. Anis, która miała pokazać miejsce wypadku, stała na uboczu. Najwyraźniej bała się zbliżyć do Nadii, żeby nie spotkała ją kara.

Nadia początkowo była zła na dziewczynkę, ale później zrozumiała, że nie może obarczać winą Anis. To ona jako matka odpowiada za to, komu powierza opiekę nad córeczką. To jej obowiązkiem jest troszczyć się o zdrowie i bezpieczeństwo własnego dziecka, zadbać o to, by nic złego się mu nie przytrafiło. Mogło dojść do tragedii…

– Znaleźliśmy go, draparni!

Okrzyk wyrwał Nadię z zadumy. Mocno trzymając Angel za rękę, podbiegła do grupki mężczyzn.

– Żyje? – zapytała, nie kryjąc lęku.

– Jeszcze tak. Gdyby jednak tu został…

Wzruszenie ramion, z którym Andrasz wygłosił tę uwagę, było równie obojętne, jak zdawkowy uśmiech. Zupełnie, jakby powiedział, że nie obchodzi go jakiś gadzio, nawet jeśli uratował życie romskiego dziecka.

– Co mamy z nim zrobić? – spytał Nicolaus, kiedy wraz z innymi mężczyznami bez specjalnej atencji uniósł bezwładne ciało, jakby to był knur, którego zabili w lesie.

– Zabierzcie go do mojego wozu – poleciła Nadia, choć wiedziała, że jej babci to się nie spodoba.

Żaden z mężczyzn nie odważył się okazać zdziwienia. Przecież we własnym wozie zajmowała się Nicolausem, kiedy złamał rękę, i zaszywała ranę od noża na ramieniu Michaela. Tam też trzymała wszystkie leki. Poza tym było to najlepsze miejsce dla rannego gadzia.

Kiedy mijali ją mężczyźni, których prowadził niosący dwie pochodnie Panuel, Nadia rzuciła okiem na niesionego przez nich człowieka. Migocące światła wyostrzyły rysy jego twarzy: wystające kości policzkowe, prosty nos i silnie zarysowany podbródek. Przyłapała się na tym, że zastanawia się, jakiego koloru ma oczy i włosy, teraz zlepione w mokre kosmyki.

Cała grupa zaczęła wspinać się po zboczu i wtedy Nadia poczuła szarpnięcie za spódnicę. Spojrzała na córeczkę – po jej policzkach spływały łzy. Uśmiechnęła się uspokajająco do małej. Po chwili pod wpływem impulsu, nie zważając na okazane przez dziecko nieposłuszeństwo, które doprowadziło do wypadku, ani demonstrowaną złość na wieść, że Angeline zostanie w obozie, Nadia pochyliła się i objęła córeczkę.

– Wszystko w porządku – powiedziała. Przesunęła kciukiem po policzku dziewczynki uspokajającym gestem. – Wyleczymy go.

Z twarzy dziecka zniknął wyraz zaniepokojenia. Popatrzyło w kierunku Anis. Nadia skinęła głową, domyślając się, o co małej chodzi. Angel podbiegła do domorosłej opiekunki i pociągnęła ją za rękę. Dziewczynka się pochyliła i wtedy Angel pogładziła kciukiem policzek Anis, powtarzając gest matki.

Widząc to, Nadia uśmiechnęła się. Cokolwiek trapiło jej córeczkę, najwyraźniej świat znów stał się dla niej przyjazny. Zawdzięczała jej życie mężczyźnie niesionemu teraz w górę zbocza do czekającego wozu. Przysięgła sobie, że bez względu na okoliczności zwróci zaciągnięty u nieznajomego dług.

Mężczyźni ułożyli gadzia na łóżku stojącym w wozie Nadii i stanęli w wąskim przejściu, czekając na dalsze polecenia. Gdyby poprosiła, zdjęliby z niego mokre ubranie, ale widząc dreszcze przeszywające ciało nieprzytomnego, uznała, że zrobi to sama.

W jej profesji nie było miejsca na fałszywy wstyd, szczególnie wtedy, gdy zagrożone było czyjeś życie. To była pierwsza zasada, którą wpoiła jej babcia uzdrowicielka. Przekazała Nadii rozległą wiedzę na temat leczenia rozmaitych chorób i ratowania ludzkiego życia.

– Dziękuję – powiedziała, nie patrząc na mężczyzn.

– Chcesz, żebyśmy pomogli ci go rozebrać, drabarni?

– Nie wiem, jak poważne są jego rany. Powinnam najpierw to sprawdzić.

– Jak sobie życzysz, drabarni. Zawołaj, jeśli będziemy ci potrzebni.

Poprosiła Anis, żeby zaprowadziła Angeline do Magdy, gdzie mała miała zanocować. Kiedy mężczyźni odeszli, została sama z Anglikiem. Pochyliła się nad specjalnym blatem, na którym badała pacjentów, umiejętnie przerobionym ze stołu, przy którym pracował jej ojciec.

Thom Argentari był cenionym złotnikiem, nawet w świecie gadziów. Kupił ten wóz od wędrownego artysty, żeby mieć bezpieczne lokum na narzędzia, cenne kamienie i szlachetne metale, których używał, wykonując biżuterię. Wraz z jego śmiercią wóz przeszedł na własność Nadii.

Zapaliła lampę i stanęła przy stole, żeby przyjrzeć się rannemu mężczyźnie. Delikatnie odwróciła mu głowę, żeby obejrzeć jego ranę. Wprawdzie przestała krwawić, ale Nadia wiedziała, że często przy ranach głowy gorsze były niewidoczne obrażenia. Opuszkami palców dotknęła skóry wokół rany. Potem zbadała w ten sam sposób całą czaszkę, szukając oznak pęknięcia lub złamania, jak nauczyła ją tego babcia. Po chwili wyprostowała się z uczuciem ulgi, nie znalazła bowiem żadnych oznak naruszenia kości.

Jednak mężczyzna wciąż był nieprzytomny…

Nie mogła tego zrozumieć. Zaczęła więc starannie sprawdzać całe jego ciało. Gdy dokonała obdukcji, stwierdziła, że mężczyzna nie odniósł dodatkowych obrażeń.

Przysiadła na brzegu blatu. Przyglądała się przez chwilę skomplikowanemu węzłowi, którym był zawiązany fular, po czym rozsupłała go i odsunęła koszulę, żeby odsłonić szyję. Sprawdziła tętno i uspokoiła się, czując silny i równy puls. Po chwili przyłożyła dłoń do czoła Anglika. Sprawdziły się jej podejrzenia – było rozpalone. Ponieważ nie znalazła ran, doszła do wniosku, że ta wysoka temperatura to skutek długiego leżenia w lodowatej wodzie.

Poczuła złość na Anis, która pozostawiła rannego mężczyznę samego. Kiedy zabrała się do zdejmowania z niego ubrania, zorientowała się, że nie poradzi sobie sama z dopasowanym surdutem, i przyszło jej do głowy, czy nie wezwać pomocy. Ostatecznie zdecydowała, że zrobi to sama. Cierpliwie przecinając nożem szwy, usuwała surdut po kawałku, a potem to samo zrobiła z kamizelką.

Uznała, że luźniejszą koszulę uda jej się zdjąć, rozcinając jedynie szew w głębokim wycięciu na szyi. Potem obracając powoli mężczyznę na bok, zsunęła rękaw koszuli z prawej ręki. Następnie powtórzyła wszystkie czynności i zsunęła lewy rękaw. W pewnym momencie z gardła mężczyzny wydobył się udręczony jęk, przywodzący na myśl ranne zwierzę.

Zaskoczona Nadia spojrzała na nieznajomego. Nadal miał zamknięte oczy. Pomyślała, że być może zwichnął ramię, skacząc do wody. Z tym szybko sobie poradzi, ale potrzebna jej będzie pomoc przy jego nastawianiu.

Ułożyła mężczyznę na plecach i zorientowała się, że jęk bólu wywołała rana zadana na długo przed uratowaniem Angeline. Choć przywykła do widoku najrozmaitszych obrażeń, od lat lecząc ludzi z kumpanii, to była wstrząśnięta rozległością obrażeń. Czy to możliwe, żeby nadal ruszał tą ręką?

Okrywając go ciepłym pledem, pochyliła się, żeby jeszcze raz spojrzeć na ranę głowy. Miejsce nie było opuchnięte, a strup skutecznie powstrzymał krwawienie. Gdyby mężczyzna był starszy, obawiałaby się zapalenia płuc. W jego wieku i przy dobrej ogólnej kondycji, wydawało się to mało prawdopodobne.

Wszystko, co mogła zrobić, to uważnie obserwować jego stan. Postanowiła, że gdy gorączka wzrośnie, zaaplikuje mu leki działające skutecznie przy rozmaitych przyczynach wysokiej temperatury. Wiedziała, że w razie przedłużającego się braku przytomności pacjenta są tylko dwa rozwiązania: chory odzyska świadomość albo umrze. Nadia, która bardzo chciała, by mężczyzna przeżył, poczuła się bezradna.

Tak jak się Nadia spodziewała, w nocy gorączka wzrosła. Wiedziała, że angielscy lekarze, opierając się na zdobytym medycznym wykształceniu, przestrzegają żelaznych reguł przy leczeniu. W tym przypadku mężczyźnie puszczono by krew i postawiono bańki. A gdyby gorączka nie spadła, powtórzono by oba zabiegi.

Nadia użyła sposobu, którego nauczyła ją babcia. Odsunęła pledy okrywające mężczyznę i kawałkiem płótna zanurzanym w zimnej wodzie obmywała mu twarz, kark i nagi tors. Początkowo dreszcze się wzmogły tak, że chory zaczął szczękać zębami, ale po pewnym czasie się uspokoił.

Nad ranem trzeciego dnia, kiedy nie doszło do zaplenia płuc, lecz wysoka temperatura się utrzymywała, zastosowała kolejny zabieg. Z bezgraniczną cierpliwością ostrożnie poiła mężczyznę naparem z suszonej kory leczniczego drzewa rosnącego w Peru.

Po pewnym czasie Anglik zaczął wydawać nieartykułowane dźwięki, które szybko zmieniły się w słowa. Wykrzykiwał jakieś imiona i wydawał polecenia. Wreszcie pod koniec szóstego dnia jej wysiłki zostały nagrodzone pojawieniem się kropelek potu na górnej wardze chorego. Wyczerpana, niezdolna przypomnieć sobie, kiedy ostatnio jadła porządny posiłek i spała więcej niż kilka godzin, Nadia odstawiła balię z zimną wodą i odłożyła płócienną szmatkę. Przyłożyła wierzch dłoni do czoła gadzia – było tak chłodne jak jej własne. Odetchnęła z ulgą. Mężczyzna, który uratował jej córeczkę, przeżył. Był bezpieczny i mogła poprosić Magdę lub inną starszą kobietę, żeby przy nim czuwały. Musiała coś zjeść i zobaczyć Angel. Zaraz potem nareszcie położy się do łóżka.

Rhys otworzył oczy i szybko je zamknął – światło wydawało się ranić go niczym nóż wbijany w czaszkę. Jak przez mgłę pamiętał, że wynoszono go z pola bitwy, ale nie mógł sobie przypomnieć, co to była za bitwa, może dlatego, że cały był obolały. Poza tym dręczyło go dojmujące pragnienie.

Spróbował przełknąć ślinę, ale gardło miał wysuszone na wiór. Nawet w prowizorycznych szpitalach polowych ustawianych blisko linii walk zawsze był ktoś gotów podać wodę. Gdyby tylko mógł zawołać…

Ponownie uniósł ciężkie powieki, tym razem bardzo ostrożnie. Przez zmrużone oczy zobaczył, że światło, którego tak się obawiał, dawała jedna świeca. Teraz jej blask już tak bardzo go nie raził. Odwrócił głowę, starając się dojrzeć ordynansa lub lekarza. W tym momencie chwyciły go mdłości, które z trudem powstrzymał. Rhys postanowił więcej nie ponawiać prób poruszania się.

Spróbował skupić na czymś myśl, byle tylko pokonać odruch wymiotny. W końcu, gdy znów na ułamek sekundy otworzył oczy, uświadomił sobie, że miejsce, w którym się znajduje, w niczym nie przypomina żadnego znanego mu szpitala. Świeca tkwiła w skręconym świeczniku wykonanym z nieznanego mu metalu, poczerniałego ze starości. Dalej widział mieszaninę kolorów z wyraźnie wybijającą się czerwienią i złotem.

Lekko poruszył głową, próbując lepiej przyjrzeć się otoczeniu. Przeciwna ściana była tak blisko, że gdyby miał siłę, mógłby jej dotknąć, wyciągając rękę. Spostrzegł, że od podłogi po sufit była zastawiona półkami. Wytężył wzrok i rozpoznał znajdujące się na półkach przedmioty. Koszyki wypełnione pękami roślin i czymś, co wyglądało jak suszone korzenie, gliniane garnki, szklane słoje o dziwnych kształtach z nieznaną mu zawartością. Na samym środku siedziała szmaciana lalka podobna do tych, które sprzedawano we wszystkich tanich sklepach w Anglii.

Nagle z zaskakującą jasnością uświadomił sobie, że nie jest już w Hiszpanii, i to od wielu miesięcy. Uniósł prawą rękę, żeby dotknąć twarzy. Ogolona. Spojrzał na stół. Obok lichtarza stała buteleczka z lekarstwem.

Nagle pamięć odżyła i wróciły skrawki wspomnień z ostatnich dni. Długie szczupłe palce odmierzające płyn z buteleczki. Potem ręka wsuwająca się pod jego głowę i unosząca ją, żeby mógł wypić lek. Z całych sił próbował sobie przypomnieć twarz osoby, która podawała mu lekarstwo, ale nadaremnie.

Zamknął oczy i wziął głęboki oddech. Coś poruszyło się przy jego nogach. Znów otworzył oczy. Przy łóżku stała mała dziewczynka. Jej oczy w kolorze hiacyntów rosnących w ogrodzie jego bratowej miały długie, niemal bezbarwne rzęsy. Natomiast włosy otaczające drobną buzię wydawały się niemal złote w świetle świecy.

– O! – Głos odmówił mu posłuszeństwa.

Rhys po raz kolejny poczuł, jak bardzo chce mu się pić. Stojąca przy łóżku dziewczynka zrobiła zdziwioną minę i zniknęła z jego pola widzenia. Opanował chęć sprawdzenia, gdzie się podziała, pamiętając, ile kosztował go pierwszy ruch. Choć leżał prawie nieruchomo, ogarnęło go uczucie ogromnego zmęczenia. Może nie miał racji albo… Próba rozwiązania zagadki stała się zbyt trudnym zadaniem. Znacznie mniej ważna niż sen, w którym znów się pogrążył.

Rozdział trzeci

– Obudź się, chavi.

Słysząc czułe określenie, którym babcia zwracała się do niej jeszcze w czasach dzieciństwa, Nadia otworzyła oczy i zobaczyła Magdę. Pomyślała, że pewnie coś złego dzieje się z jej pacjentem.

– Znów ma gorączkę?

– Nie, nic mu nie jest.

– To dlaczego przy nim nie siedzisz? Przecież obiecałaś.

– Angel jest z nim.

– Angel? Dlaczego?

Wstając, Nadia starała się odpędzić resztki snu.

– Stephano wrócił. Uznałam, że powinnaś to wiedzieć.

Przyrodni brat Nadii był tytularnym przywódcą kumpanii, jednak większą część roku spędzał poza taborem. Nie było trudno przewidzieć, jak Stephano zareaguje na wieść o tym, że Nadia zaopiekowała się Anglikiem.

– Powiedziałaś mu o gadziu? – zapytała Nadia, wiedząc, że jeśli Magda jeszcze tego nie zrobiła, to wkrótce na pewno o wszystkim opowie ukochanemu wnukowi.

– Jeszcze nie, dopiero się pojawił. Pozostali właśnie się z nim witają.

– Na pewno ktoś mu powie.

– Oczywiście, chavi. Ma prawo wiedzieć, co działo się w taborze podczas jego nieobecności.

Nadia zdawała sobie sprawę z tego, że Stephano żywi nienawiść do wszystkich gadziów, a już zwłaszcza do tych wywodzących się z tej samej klasy społecznej, co jego ojciec, baron Framlingham. Nie rozumiała, dlaczego mimo to zdecydował się żyć wśród Anglików, a nie z rodziną matki, Romki. Faktem jest, że większą część dzieciństwa spędził w rodzinie ojca i macochy, wychowywany jak uprzywilejowany członek wyższych sfer. Jej zdaniem, nienawiść, jaką czuł do gadziów, miała więcej wspólnego z wygnaniem z tamtego świata niż z romską krwią płynącą w jego żyłach.

– Co zamierzasz? – spytała Magda.

– Sprawdzić, jak czuje się mój pacjent pozostawiony pod opieką czteroletniego dziecka.

Nadia miała nadzieję, że uda jej się dotrzeć do własnego wozu, zanim przyrodni brat zacznie jej szukać, ale kiedy zstępowała po schodkach wozu babci, zobaczyła zbliżającego się Stephana. Na jej widok przyspieszył kroku.

– Musimy porozmawiać! – zawołał.

– Później, mam ważniejsze sprawy.

Licząc na to, że taka odpowiedź go zadowoli, owinęła się ciaśniej szalem i ruszyła w kierunku swojego wozu. Była przekonana, że nie uniknie rozmowy z bratem, ale przynajmniej odbędą ją w cztery oczy. Idąc szybko z głową pochyloną przed wieczornym wiatrem, niemal wpadła na córeczkę.

Angel chwyciła ją za spódnicę i zaczęła ciągnąć, drugą ręką wskazując wóz. Niewykluczone, pomyślała Nadia, że Anglik się obudził. W samą porę, żeby można go było przedstawić bratu, pomyślała z ironią i w tym samym momencie poczuła na swoim ramieniu rękę Stephana. Zatrzymała się i spojrzała mu w twarz. Najwyraźniej był wściekły. Zatem dowiedział się o wszystkim szybciej, niż przypuszczała.