Cyganeria artystyczna i cyganowanie w romantycznej Warszawie - Dominika Skiba - ebook
Opis

Gardzili mieszczańskim życiem, przesiadywali niczym kloszardzi na nadwiślańskim brzegu, latem wędrowali przez mazurskie pola. Niektórzy trafili do Paryża, gdzie szlifowali bruki, inni dotarli na wschodnie krańce Europy, by tam poszukiwać słowiańskich źródeł ojczyzny, jeszcze inni oddali za tę ojczyznę życie w nierównej walce: Józef Dziekoński, Seweryn Filleborn, Seweryn Sierpiński, Włodzimierz Wolski, Roman Zmorski – ta ekscentryczna formacja pojawiła się w międzypowstaniowej Warszawie i zawładnęła wyobraźnią dziewiętnastowiecznych – niestety na krótko. Kim zatem byli?


Cyganeria artystyczna i cyganowanie w romantycznej Warszawie” to książka dla poszukujących odpowiedzi na pytania o pierwszą polską bohemę, która pod maską błazna-konspiratora poszukiwała drogi do wolności. Warto tych poetów-wagabundów poznać – polski romantyzm miał różne oblicza.
Premiera książki stanowi jednocześnie otwarcie nowej serii Wydawnictwa Ossolineum, Na Jeden Temat, w której ukazywać się będą książki, które w przystępnej formie mówią o mniej znanych zjawiskach z historii polskiej kultury.

„Młodsi romantycy odnaleźli w strofach frenetycznych, tyrtejskich, bohaterskich nie tylko ideał herosa, którego czyn podniecał do działania, ale i usprawiedliwienie estetyzacji i artystycznego kształtowania życia.”
(fragment)

„Na warszawskiej mapie prawdziwą przystanią dla cyganów, przedziwnym punktem zbornym, końcem i początkiem wszelkich wędrówek, jednocześnie rajem i ziemią obiecaną była gospoda «Między Parkanami», gdzie, jak głosił szyld, można było dostać «różne trunki i zakąski». Gospoda ta zwana była również ogródkiem Miriamki na Gnojowej Górze i lokalizację tę należy rozumieć dosłownie, bo rzeczywiście ogródek stał na górze utworzonej z wywożonych tutaj miejskich nieczystości. Naznaczały one to miejsce nieznośnym zapachem i stygmatyzowały jako obszar marginesu, zamieszkiwanego przez niechcianych i wyrodnych warszawskich synów. Poza tym był to rodzaj typowego szynku.”
(fragment)

„Jak to się czyta! Ta proza smakuje – urokiem dawnego, a dziś zarzuconego niestety sposobu pisania, łączącego naukowy rygor i pisarską swobodę i swadę. Jest przy tym naukowo cennym osiągnięciem, znajdującym oparcie w solidnych podstawach bibliograficznych, obejmujących kilka naukowych dyscyplin.”
Arkadiusz Bagłajewski

Dominika Skiba (ur. 1987) zdobywała wiedzę na wrocławskiej polonistyce przez dziewięć lat. W tym czasie napisała pod kierunkiem prof. dra hab. Mariana Ursela pracę magisterską zatytułowaną „Bohema paryska w XIX wieku. Rozważania nad istotą zjawiska” oraz obroniony z wyróżnieniem oraz wyróżniony przez Narodowe Centrum Kultury doktorat „Cyganeria artystyczna i cyganowanie w romantycznej Warszawie”, który był punktem wyjścia niniejszej książki. Zorganizowała ogólnopolską konferencję naukową „Noce romantyków. Literatura – Kultura – Obyczaj”. Jej teksty ukazywały się na łamach „Literatury Ludowej”, „Kultury i Historii” oraz „Prac Literackich”. Prywatnie miłośniczka opery i kotów. Mieszka i pracuje we Wrocławiu.

 

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 507

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Spis rzeczy
Karta redakcyjna
Dedykacja
Wstęp. Cygański teatr prowincji za kilka kopiejek
Oblicza łzawych komediantów
Seweryn Grzegorz Filleborn
Włodzimierz Dionizy Wolski
Seweryn Zenon Sierpiński
Roman Zmorski
Józef Bogdan Dziekoński
Sceny i miejsca
Zwierzenia poety płacone od wiersza
Archipelagi gastronomicznej rozkoszy
Wieszcz i epigoni. Konrady i Kordiany
Zakończenie. Zedrzeć maskę promienną i plwać na świętości
Wybrana literatura
Indeks nazwisk
Przypisy
Seria „Na Jeden Temat”
SeriaNa Jeden Temat
Recenzja: ARKADIUSZ BAGŁAJEWSKI
Redaktor prowadzący: DARIUSZ SOŚNICKI
Redakcja: ANNA GĄDEK, DARIUSZ SOŚNICKI
Zestawienie indeksu: ANDRZEJ SOKULSKI
Korekta: KLAUDIA DĄBROWSKA
Redakcja techniczna: STANISŁAWA TRELA
Projekt okładki i stron tytułowych: MARIAN MISIAK
Ilustracja wykorzystana na okładce: Cyprian Norwid, Seweryn Filleborn, rysunek ze zbiorów Muzeum Narodowego w Krakowie (sygn. MNK III-r.a.-16547, verso), repr. Pracownia Fotograficzna MNK
Opracowanie typograficzne, łamanie wersji papierowej: MARIAN MISIAK, DAMIAN LANGOSZ
Copyright © by Zakład Narodowy im Ossolińskich, 2016
Nieupoważnione powielanie lub wykorzystywanie utworu stanowi naruszenie praw autorskich.
Wydanie I elektroniczneWrocław 2016
ISBN 978-83-65588-55-5
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
Wydawnictwo Ossolineum ul. Szewska 37, 50–139 Wrocław e-mail:wydawnictwo@ossolineum.plwww.wydawnictwo.ossolineum.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Rodzicom

Wstęp.Cygański teatr prowincji za kilka kopiejek

I

Jak się nie nudzić? gdy oto nad globem

Milion gwiazd cichych się świeci,

A każda innym jaśnieje sposobem,

A wszystko stoi – i leci...

II

I ziemia stoi – i wieków otchłanie,

I wszyscy żywi w tej chwili,

Z których i jednej kostki nie zostanie,

Choć będą ludzie, jak byli...

III

Jak się nie nudzić na scenie tak małej,

Tak niemistrzowsko zrobionej,

Gdzie wszystkie wszystkich Ideały grały,

A teatr życiem płacony –

Cyprian Norwid, Marionetki

Rozpoczynając polowania na obszarze tematów romantycznych, badacz-tropiciel winien czasami wtargnąć na dawno zapomniane tereny i uchwycić zagrożoną badawczym wyginięciem zwierzynę. Takim ginącym gatunkiem, ukrytym w ciemnej gęstwinie, jest zjawisko Cyganerii Warszawskiej[1] – poszarzała plama, o którą od dawna żaden historyk nie zapragnął zawalczyć śmiałą syntezą i odkrywczym przewartościowaniem.

Próba stworzenia książki o tym zjawisku może dziś sprawiać wrażenie pozorowanych działań, ucieczki od wielkich tematów epoki, a nawet uchodzić za świadectwo poszukiwania namiętności badawczych przez niespokojnego ducha młodego naukowca. Tak jednak nie jest. Należy bowiem zaznaczyć, że badania nad tym zagadnieniem podejmowane w minionym wieku borykały się z wieloma poważnymi problemami, nie tylko natury metodologicznej, rodzącymi się w rezultacie nieuwzględniania specyfiki zagadnienia. Podkreślanie związku z cyganerią paryską, kładzenie nacisku na kabaretowość zjawiska bez wskazania na istotny aspekt narodowowyzwoleńczy, brak informacji na temat cygańskich działań spiskowych, uwypuklanie chodzenia „brudno i ubogo”, wskazywanie na nienawiść do miasta i umiłowanie wsi, niezauważanie roli Edwarda Dembowskiego, w końcu nadmierne utożsamianie publiczności warszawskiej z filisterskim czytelnikiem taniej prasy paryskiej – to niektóre tylko z uproszczeń, jakie odnaleźć można na kartach opracowań.

Najdoskonalej nawet skonstruowane prace starające się zrozumieć dwoistość, troistość czy wręcz wieloaspektowość natury cyganerii, stanowiące niemalże bedekery, które miały oprowadzać po zaułkach romantycznej bohemy, i próbujące przeniknąć nakładane przez samych artystów, ich naśladowców oraz kronikarzy maski, nie potrafiły dotąd stworzyć wyraźnego portretu cyganów. Tożsamość zagadkowych warszawskich „zapaleńców”, których „boskie szaleństwo” uczyniło swoistymi kamieniami milowymi w historii literatury i socjologii, nie została odkryta. Po powstaniu listopadowym pojawili się w Warszawie niczym wiosenne kwiaty i zniknęli szybko, nie dotrwawszy nawet do kolejnej wiosny – Wiosny Ludów. Nie odsłonili kurtyny do końca, nie uchylili więcej poza rąbek tajemnicy swego istnienia, w zamian igrali z całym światem, flirtowali ze swoimi obserwatorami i rzucali wyzwanie śmierci.

Nadal głównym źródłem wiedzy na ich temat są pożółkłe już karty monografii Stefana Kawyna. Rozprawę tę uznaje się za wyczerpującą, bogatą, jasno zarysowującą kształty tego drugorzędnego zjawiska, które w otoczce grafomaństwa przyprawionego epigoństwem[2] funkcjonuje w świadomości czytelników raczących się literaturą romantyczną i poznających międzypowstaniowe życie Warszawy. Dociekliwy jednak badacz dostrzeże luki, poczuje potrzebę wypełnienia zaprezentowanego konturu, a nawet przymus korekty całego zakreślonego rysunku, czy to życia cyganów, czy twórczości cygańskiej.

Niniejsza książka przedstawia międzypowstaniową Warszawę jako scenę, na której rozegrał się cygański dramat. Na tej scenie pojawiają się cyganie, półcyganie, cyganie na niby i cyganie z nazwy, wszyscy, którzy przewinęli się przez restaurację Miriamki. Poza ustaleniem, kto cyganem był naprawdę, kto przez badaczy został cyganem uznany, a kto za życia nim nie był w ogóle, zaprezentowane zostały portrety kluczowych dla romantycznej warszawskiej bohemy postaci. Obok Seweryna Grzegorza Filleborna, redaktora, wydawcy, ale i kpiarza pełną gębą, pojawia się zatem Włodzimierz Dionizy Wolski, który zasłynął Ojcem Hilarym i współpracą ze Stanisławem Moniuszką, Seweryn Zenon Sierpiński jako wybitny badacz i historyk, Roman Zmorski, ten zapaleniec, anioł-niszczyciel, buntownik i frenetyczny młodzian, którego nie trzeba nikomu przedstawiać, oraz Józef Bogdan Dziekoński ze swoimi burszowskimi zachowaniami.

Każdy z bagażem biograficznym, każdy z wleczoną w tobołku historią, w której wątki cygańskie przeplatały się z literaturą, walka narodowowyzwoleńcza z salonem, wiersz z prozą, piękno Mazowsza z osobliwościami stolicy. Bo i Warszawa w dziejach bohemy odgrywała ważką rolę, nie tylko jako scena (teatralna), lecz także osobliwy obserwator cygańskiego żywota, współuczestnik cygańskich manifestacji, niemy świadek cygańskiego łobuzowania. Na jej oczach bowiem młodość, zapał, wolność i bunt łączyły się z hasłami powstania i walki, życie z literaturą, poezja z prozą, słowo z czynem, świat książek Łempickiego ze światem rzeczywistym.

Szkice z drugiej części książki przynoszą informacje dotyczące istotnych dla romantycznej bohemy obszarów. Pierwszy z nich wyznaczała kolumna prasowa, stronica w czasopiśmie, farba drukarska i liczba prenumeratorów – wszystkie te aspekty, i jeszcze wiele innych, wskazywały bieguny działalności wydawniczej, a jednocześnie miejsca potyczek wydawców. Walczyć trzeba było bowiem o fundusze (czy to te od mecenasa, czy od prenumeratorów), o czytelnika, o artykuły, o miejsce na rynku, w końcu o prawa autorskie, a gdy nie dość było potyczek, należało stoczyć bitwę z największym przeciwnikiem – cenzurą. Bitwa ta skazana była na porażkę, cenzura bowiem nie pozwalała wychodzić na świat książkom zbójeckim, tym inspirującym, tyrtejskim, frenetycznym tekstom zagrzewającym do walki i podsycającym do działania, tym, które tak umiłowali sobie uczniowie Dembowskiego i które sami pisali.

Drugim obszarem są wyznaczone nożem i widelcem miejsca na mapie Warszawy, począwszy od kawiarni i cukierni, które cyganie zwykli przez szybę oglądać, przez restauracje i traktiernie, gotowe serwować za niewielką nawet kwotę dania godne uczty Lukullusa, po szynki, ogródki, bawarnie i winiarnie pełne napitków potrzebnych do tworzenia i cyganowania. Najważniejszym jednak z nich był osobliwy ogródek „Między Parkanami”, gdzie rządy sprawowała romantyczna Rachel, piękna cyganka, przyjaciółka artystów i szczodra w kredytowaniu Miriamka. A na zeszyt zapisywała nie tylko to, co niezbędne dla ciała, smażoną kiszkę, kiełbasę i zupy, ale też to, co niezbędne dla ducha – piwo bawarskie i wódzię, szczególnie ukochane przez Filleborna.

Na ostatnich stronicach opisane zostały zasłyszane tylko, plotkarskie tajemnice kariery wieszcza, wieszcza jednak na miarę prowincji i gnuśniejącego po salonach odbiorcy, zaczytanego w romansach, przygodach rodem z tej wyklętej literatury francuskiej i miłych dla ucha słowiczych pieśniach, lepszych po stokroć od tyrtejskich fanfar. Oprócz Tyrteja i Prometeusza pojawić się tu musiał jeszcze Lucyfer, a także frenetyczne opowieści, alchemiczne namiętności, folklorystyczne upodobania, fraternizowanie się z ludem, słowa o tym, co było i czego już nie ma, a do czego wrócić warto.

Nie sposób jednak rozstrzygnąć, czy te cygańskie pieśni choć pod jedną strzechą się zadomowiły, czy też cyganie umierali odarci z nadziei, w łachmanach, wcześniej gnając z jednego miasta ku drugiemu, po twardej ziemi, z brzękiem łańcuchów i ciężarem kajdan w pamięci. Byli to jednak niezłomni książęta, waleczne dzieci prowincji, błazny, które dwoiły się i troiły, by obudzić uśpionych i pogrążonych w melancholii, by tułacze dusze sprowadzić na właściwe ścieżki walki. Nie było łatwo wyłowić z tych ciasnych uliczek, wąskich i zatłoczonych, dusze wielkie, zdolne do walki, gotowe podjąć wyzwanie, by swe zatrute gnuśnością wnętrza zamienić w duszę patrioty-wampira. I wtedy zawalczyć jako armia mścicieli. Z uśmiechem jednak błazeńskim.

*

Punktem wyjścia tej książki jest praca doktorska Cyganeria artystyczna i cyganowanie w romantycznej Warszawie, napisana pod kierunkiem prof. dr. hab. Mariana Ursela. Panu Profesorowi składam najserdeczniejsze podziękowania za opiekę naukową, miłą i serdeczną współpracę, trud włożony we wnikliwe przeczytanie mojej dysertacji oraz wszystkie cenne i pożyteczne uwagi, jakich mi udzielał.

Oblicza łzawych komediantów

Seweryn Grzegorz Filleborn

Gdym światu oddał serce, to w dziecięcej wierze

Przyniosłem je tak czyste, nieskalane niczem,

Skaczące w drżącej piersi, widome obliczem,

Szukające współczucia: a wy tak nieszczerze,

Tak nieludzko, łudzącą rozdarli zasłonę,

Że dziś nie mam już serca.

Seweryn Grzegorz Filleborn, Użalenie

Powiadają, że bez gruźlicy nie byłoby romantyzmu, że bez suchot nie istniałby romantyczny artysta[1], swoje miejsce uprzywilejowane, wynikające z naznaczenia chorobą, pielęgnujący z nabożną starannością[2], ale i wykorzystujący do czynów niecnych, o których się nie mówiło ani nawet myśleć nie chciało. Schorowany romantyk, czy to pod opieką lekarza, czy też jeno przyjaciół, przebywający w zagranicznych ośrodkach i stosujący osobliwe metody leczenia, czy powierzający swe zdrowie losowi, często usprawiedliwiał w ten sposób swoją bierność, apatię i rezygnację. Ostatecznie gruźlica stanowiła dla niego idealne usprawiedliwienie klasycznego nieróbstwa[3]. Z drugiej jednak strony gruźlików określano jako chorych „z nadmiaru namiętności”, zmysłowych nad wyraz, niepohamowanych w miłości, którzy tłumili w sobie energię witalną albo byli jej pozbawieni[4]. Pociągał swym pięknem blady wygląd trupa, szczupłość lekkiego i niemal przezroczystego ciała, które dematerializowało się, roztapiało, rozmywało prawie, ciała wiecznie zmęczonego, odczuwającego ból w piersiach, przeżywającego ataki kaszlu i spluwającego do chusteczki, w której oprócz krwi pozostawiało jeszcze swoje życie[5]. Być artystą, być suchotnikiem – to było przecież niemal to samo: nie ważyć więcej niż dziewięćdziesiąt dziewięć funtów[6], stawać co dzień twarzą w twarz ze śmiercią, być chorym, być zajmującym, bo przecież ideał doskonałego zdrowia interesuje jedynie naukę. Choroba należy do indywidualizacji[7]. Do tego alkohol, bo on koił nerwy, kilka łyków wprost z butelki, do tego pewnie fajka i już można było zanosić się śmiechem nad cyklicznością życia i śmierci.

Cyprian Norwid, Seweryn Filleborn, rysunek ze zbiorów Muzeum Narodowego w Krakowie (sygn. MNK III-r.a.-16547, verso), repr. Pracownia Fotograficzna MNK.

Śmiać się zwykł nad swoim nieszczęściem Seweryn Grzegorz Filleborn, przywódca Cyganerii Warszawskiej, o którym niewiele jednak mówi historia literatury. Na jego temat krążyły plotki, sprzeczne opinie, które w końcu przerodziły się w legendy, cząstki większych opowieści, te zaś, zapomniane i zawieruszone pomiędzy innymi historiami, zbladły, jak zbladł gruźlik Filleborn.

Seweryn urodził się 8 września 1815 roku w Warszawie w kamienicy przy ulicy Bielańskiej (nr hip. 607), należącej do Dyrekcji Mennicy Królewskiej. Dziadek chłopca, Samuel Beniamin Filleborn (1747–1800), który ożenił się z Barbarą z Gembarzewskich (1739–1814), pracował w mennicy jako urzędnik. Pozostawił po sobie dwanaścioro dzieci, w tym urodzonego w 1783 roku Jana Samuela. Ten z kolei w wieku trzydziestu lat poślubił Antoninę Ewę Filipecką (córkę Pawła Filipeckiego i Marianny z Jabłońskich), a przejąwszy fach po ojcu, pracował jako wicekontroler kasy Mennicy Królewskiej[8].

Wśród pięciorga potomstwa Jana Samuela trzecim dzieckiem był Seweryn Grzegorz. Jego chrzest odbył się w kościele św. Andrzeja znajdującym się przy placu Ratuszowym (później Teatralnym) w Warszawie. Rodzice pragnęli oddać chłopca do Korpusu Kadetów w Kaliszu[9], kiedy się to jednak nie udało, młody Seweryn kontynuował rozpoczętą w 1825 roku naukę w Liceum Warszawskim na Krakowskim Przedmieściu (nr 26/28). Szkoła ta, założona w 1804 roku jako Liceum Królewskie, funkcjonować miała na prawach instytutu, szkoły „wyższego rzędu”, pełnić rolę uniwersytetu. Początkowo mieściła się w oficynie Pałacu Saskiego[10], a od 1817 roku w Pałacu Kazimierzowskim, gdzie pierwszym rektorem był Samuel Bogumił Linde[11], przyszły autoraSłownika języka polskiego. Do liceum uczęszczał Filleborn sześć lat („ale zimował parę razy”), czyli sześć zimowych (począwszy od św. Michała do Wielkiej Nocy) i sześć letnich (od Wielkiej Nocy do św. Michała) semestrów, z przerwami na okresy świąteczne i wakacyjne. Opłata za naukę wynosiła 74 złp za półrocze[12]. Seweryn nie starał się być pilnym uczniem, o czym wspominali Aleksander Kokular i Mikołaj Chopin: „Pilność w domu nie dość usilna”, „niestała uwaga w klasie”, „postęp mierny w matematyce”[13]. Niepotrzebne być może były przyszłemu cyganowi szkoły, skoro Jędruś, jak zapewniał Szymanowski:

był człowiekiem z wielkimi naturalnymi zdolnościami, które się rozwinęły samorodnie, bez pomocy prawie ukształcenia, ale też nie wydały i setnej części tego, co mogły były wydać. Oprócz polskiego żadnych innych języków nie znał; o ile mi się nawet zdaje, szkół nie skończył. W literaturze polskiej był o tyle oczytany, że znał wszystko, co tylko poezją nazwać można. Romantyk zapalony, bo wtenczas istnieli jeszcze klasycy i romantycy, powstawał przeciw wszystkiemu, co tylko miało jakie ustawy, jakie reguły[14].

Po zakończeniu nauki w Liceum Warszawskim Seweryn nie podejmował studiów wyższych, prawdopodobnie z powodu zamknięcia Uniwersytetu Warszawskiego lub braku środków na utrzymanie[15]. W czasie nauki Filleborna w szkole średniej zmarli bowiem jego rodzice (matka 4 czerwca 1829 r.[16] i ojciec – 17 maja 1831 r.[17]) i musiał się wówczas borykać już nie tylko z problemami finansowymi, ale i alkoholowymi, do tego stopnia, że łącząc je w jedno, potrafił przepić w szynku zakupiony przez siostry nowy surdut. Poinformował je o tym w dość nietypowy sposób, wysyłając krótki wierszyk:

Pan Bóg wysoko,

Rodzice głęboko,

Siostry niedaleko:

W surdut mnie obleką[18].

Siostry nie pomagały bratu zbyt długo, szybko bowiem opuściły Warszawę i udały się do Kalisza, gdzie założyły w 1845 roku Wyższą Pensję Żeńską[19].

Seweryn, który zapewne do czasu wyjazdu swoich sióstr ze stolicy odpowiadał za utrzymanie gromadki rodzeństwa, podjął w latach trzydziestych pracę jako urzędnik niższego stopnia, zarządca nieruchomości lub po prostu oficjalista[20]. Znudzony jednak życiem tak pustym, rozpoczął swoją przygodę z literaturą[21] i wkrótce zadebiutował na łamach „Pamiętnika Sceny Warszawskiej” utworem Ballada. W tym też czasie zaczął odwiedzać kawiarnie, piwiarnie, przeróżne szynki i gospody, gdzie odbywały się spotkania i dyskusje młodych zapaleńców. W jednym z „ogródków” młody Filleborn vel Biała Osoba, Musek, Pućka, Ogrodnik, Karp[22] poznał tajemniczą Józefę Miriam, zwaną Miriamką, córkę gospodyni „Między Parkanami” – Karoliny z Bruknerów Miriam (1798–1839), i Jana Miriama (1787–1836), „majstra profesji ślusarskiej”[23]. Owa Karolina, zwana przez gości przybytku ciocią Antabą, w oczach Aleksandra Niewiarowskiego była „grubą, rudowłosą, starą i brzydką”, jej siostrzenica zaś – „smukłą, młodą i śliczną”. Podobnie przedstawił ten duet Adolf Nowaczyński – starą Tante Salome zarysował jako damę, która do swego lokalu wkraczała „otyła, sapiąca, przepocona w przedziwnym czepcu na głowie”, Miriamka zaś jawiła mu się niemal jako Pepe Singer, natchniona Rachela z Wesela Stanisława Wyspiańskiego[24]. Karolina Brukner miała ze swoim mężem sześcioro dzieci, w tym Józefę (zwaną Miriamką) i Karola[25]. W 1838 roku została jednak matką kolejnego dziecka – Karola Seweryna – w rzeczywistości syna jej najstarszej córki, Józefy, i Seweryna Filleborna. Matka, dbając o reputację i dobre imię Miriamki, nie zgodziła się na jej kompromitację i postanowiła uznać nieślubne dziecko za swoje[26]. Karolina Brukner była już wówczas słabego zdrowia, miała czterdzieści lat, od dwóch była wdową, nic nie stało zatem na przeszkodzie, by usynowiła małego Karola Seweryna, oszczędzając córce kłopotów. Szybko jednak postanowiono, by dziecko ze sfałszowaną metryczką oddać w obce ręce. Schorowana Karolina Brukner zmarła w 1839 roku, w tym samym (bądź następnym) roku Miriamka wyszła za Sattlera i zaczęła zarządzać ogródkiem „Między Parkanami”. Sam Filleborn również do końca życia nie pozostał kawalerem[27]: 8 lutego 1848 roku ożenił się z Marianną Berner.

Dziesięć lat wcześniej jednak, w roku narodzin Karola Seweryna, młody poeta zgromadził wokół siebie grupę artystów, którym nie w smak były salonowe konwenanse i mieszczańskie dekalogi zachowań. Nie odpowiadały im „obojętność i głupota”[28], zaciskający się na szyi stryczek cenzury, odtańcowywany na grobach ojczyzny przez kanapową koterię taniec dla cara czy też widok „rozpasanej, straconej, zgranej, pijanej, wyzutej z wszelkiego wstydu” młodzieży polskiej[29]. Chodzi o szalone zabawy warszawskiej socjety, która jako legion renegatów gotowa była podporządkować się panującej władzy i świetnie bawić w czasie słynnych balów „na Zamku” urządzanych przez Paskiewicza, gdzie udawano się bez przymusu, wręcz z głęboką satysfakcją[30]. W podobnych rytmach bawiono się i w Galicji, o czym świadczyły anonimowe utwory Na Krasicką tańcującą i Na Uznańską tańcującą:

Tańczcie, łajdaki, w opłakanej dobie,

O tańczcie, łotry, na ojczyzny grobie.

Wyrzutki szlachty, psie syny magnackie,

Których nie wzruszy brzęk kajdan współbraci.

Nikt nie wstrzymuje, dalej skaczcie, parki,

Noście się w pląsach na złamane karki.

Niech was nie straszą szybowe wiwaty,

To tylko wspomnienie dla was, psubraty.

A od kamienia nikt nie zginie marnie,

Na was czekają haki i latarnie[31].

Taki karnawał nie w smak był warszawskim cyganom, nie w smak był Fillebornowi, narodowemu mścicielowi z sercem Kordiana, który poruszony przejawami balowego i salonowego serwilizmu zrezygnował zupełnie z uczestnictwa w tych ucztach i najchętniej zamieniłby je na stypę[32]. Inne jednak bachanalia urządziła sobie „młoda piśmienność warszawska”, która pod przywództwem czerwonookiego Pućki podsycała w sobie instynkt oporu i protestowała w osobliwej formie „życia manifestacyjnego”. Te dzieci kwiaty pędziły „rodzaj życia artystów pełen wesołości, dowcipu, żartu, bez troski o jutro, wojna nieustanna z ustalonymi a niezasłużonymi powagami społeczeństwa – taki był ich ideał”[33], sprzeciwiały się konwenansom i normom, zachowaniu uniżonemu wobec władzy, melancholijnemu poddaństwu i pod wodzą Filleborna organizowały małe formy oporu – czy to w jadłodajniach, garkuchniach, czy to w czasie bratania się z ludem przy litrze szpagatówki, czy w czasie dyskusji na tematy światoburcze w ogródku „Między Parkanami”[34].

W przeciwieństwie do „ukochanego Włodzia” (zdolnego librecisty i cyganeryjnego druha Włodzimierza Wolskiego), Filleborn niechętnie odwiedzał salony literackie. Nie odpowiadała mu duszna atmosfera w arystokratycznych progach księżnej Teresy Jabłonowskiej, Michałowej Radziwiłłowej, hrabiny Franciszki Potockiej, arcynudna pogawędka u Katarzyny Lewockiej, elitarność, ale i śmieszność panująca u Niny Łuszczewskiej[35], dostojność u Anny Nakwaskiej czy zachowawczość u Napoleona Leona Łubieńskiego[36]. Pogardliwy stosunek Pućki („który nie lubił zgoła ludzi należących do eleganckiego świat”)[37] do snobistycznej przestrzeni salonowej oddawała celnie zanotowana przez Niewiarowskiego improwizacja, w której niepotrafiący trzymać języka za zębami cygan przedstawił swoje stanowisko i osobliwą formę szacunku, jakim darzył zgromadzone towarzystwo:

Tysiąc wieków przemknie w pędzie,

Czas uroczym skrzydłem trzaśnie,

Mgły opadną, słońce zgaśnie.

Takich kpów jak wy – nie będzie![38]

Trudno dociec, czy salonowcy Filleborna za kpa uważali, czy tylko on takie emocje negatywne do miłujących literackie spotkania żywił, faktem było jednak, że wśród elegancików warszawskich, wśród dam ufryzowanych z rękami białymi i wypielęgnowanymi, wśród pachnących stęchlizną pomieszczeń czuł się nieswojo lubujący się w atmosferze szynków cygan[39]. Jak donosiła prasa, na spotkanie salonowe bowiem należało włożyć frak (koniecznie czarny) à l’anglaise na pięć guzików i aksamitną kamizelkę w ciemnokarmazynowe i czarne paski z krótkim kołnierzem. Nie można było zapomnieć o białej chustce i szpilce (najlepiej brylantowej) w kształcie motyla lub krzyża maltańskiego.

Filleborn zaś nosił się niedbale, wspominał o tym Szymanowski, któremu wygląd „oryginała z bohemy” wydał się niezwykle osobliwy: „Kostium jego tym razem składał się z krótkiej szaraczkowej, wytartej i zatłuszczonej, po kolana zapiętej kacabajki i szerokich kozackich szarawarów, świecących od starości i po kolana zagiętych”[40]. Być może nie wywoływał sensacji, gdy w takim stroju pojawiał się w mniej elitarnym saloniku państwa Wilkońskich na Nowosenatorskiej, gdzie obok „osobistości” i „filozofów” przesiadywali również cyganie, z chęcią popijający „ruską” herbatę i wsłuchujący się w barwne anegdotki gospodarza, czy na czwartkowych wieczorach u Wójcickich, gdzie podawano bułeczki z szynką, pączki i sucharki[41], ale w innych salonach już tak. Gdy Norwid („Wykwintniś”, „Anglik”, „Książątko”, „Poeta”)[42] grymasił na cygańskie obycie[43], sam bowiem pojawiał się wszędzie ze „starannie wyczesanymi” włosami, „frakiem i cienką a czystą bielizną”, „koszulą z irlandzkiego płótna” i, o zgrozo!, czystym nosem, który „chustką wycierał”, Filleborn manifestacyjnie obnosił się ze swoją obojętnością wobec norm i zasad salonowych: „[wraz z Sierpińskim] mieli z demonstracyjną niedbałością zawiązane na szyi miast foremnych halsztuków niewymownie malownicze fontazie”[44]. Podczas gdy Norwid, zaliczany do kręgu „lwów” i „ulubieńców” salonowych, recytował swoje wiersze (być może i pięknej Marii Kalergis?), które szybko znajdowały naśladowców[45], Filleborn parodiował (z nutą zazdrości) jego styl i przedrzeźniał wraz z Brodowskim sposób pisania. Pewnego dnia, kiedy Norwid odwiedził cygana, ten „tonem nadętym i z przesadzoną deklamacją” wyrecytował wiersz Brodowskiego Młodzieniec na cmentarzu. Scena nocna, w którym ów złośliwie, ale i niezdarnie starał się przedstawić styl pisarski i manierę autora Vade-mecum. Odbiorcy jednak, wraz z Szymanowskim, który przyznał się, że wierszy Norwida nie rozumie (pytał: „Co to znaczy? Czy tam jest choć kawałek sensu”)[46], uznali utwór za parodię „zręczną i dowcipną”, a nawet za „arcydzieło w swoim rodzaju”[47]. Podobnie wyśmiany został ogłoszony na łamach „Przeglądu Warszawskiego” wiersz Dumanie, zawierający osobliwy zwrot „I tylko hieroglify niemych cierpień... pięście”, który to Filleborn zapamiętał i w momencie pożegnania z Norwidem w maju 1842 roku, kiedy ten wyjeżdżał do Krakowa, odrzekł mu na odchodnym: „No, Cyprianie, bądź zdrów! Podaj mi hieroglif!”[48].

Nie hieroglif, ale kilka rad na temat stroju winien Filleborn od Norwida dostać, jego bowiem obycie w tym aspekcie kulało niezmiernie. Niełatwo było jednak się w stroju urządzić – ceny warszawskie odstraszały nawet zamożniejszych:

Sukno i inne cienkie lub grubsze materie do ubioru, płacą od 25 do 30 złp procentu wyżej niż w sąsiednich krajach. Podobnież i towary skórzane. Para trzewików kosztuje tutaj dziesięć, dwanaście do szesnastu złotych, a para butów dwa, trzy, aż do czterech dukatów. [...] Krawiec bierze za uszycie fraka 12 złotych, spodni 6, kamizelki 4 złote. Fryzjerowi za codzienne przyczesywanie włosów, trzy do cztery dukaty miesięcznie płaci się[49].

Mógł wszakże udać się Filleborn do krawca – słynął w Warszawie ze swojej sztuki pan Sokołowski, którego pracownia przy ulicy Bielańskiej znana była z fachowej i uprzejmej obsługi, profesjonalnego doboru materiału i kroju. Jak informował „Tygodnik Mód”: „Jeśli kto nie ufa swojemu gustowi, a nie chce naśladować arlekińskich strojów pewnych wojażerów, przebranych jakby na pośmiewisko przez zagranicznych przemysłowców, to niech się poradzi dobrego krawca. Warszawa ma ich dosyć i to takich, co by pierwszym stolicom Europy wstydu nie zrobili”[50]. Do eleganckiego fraczka mógł dobrać Filleborn całe legiony dodatków: od halsztuka, duńskich rękawiczek, przez laseczkę lub szpicrutę (z gałką złotą lub srebrną), jedwabną chustkę do nosa, aż po fajkę o długim cybuchu. Wspomnieć też należy o biżuterii, w którą cygan mógł się zaopatrzyć (choć dopiero wchodziła w modę) – mowa tutaj o dewizce z brelokiem o kształcie głowy węża lub kostki do gry, złotych, srebrnych lub brylantowych guzikach, ale też i o kapeluszach, szczególnie zaś cylindrach, które nakładać należało na idealnie ułożone włosy. Cygan jednak należał do kasty, która „szydząc z wszelkich form, przyjętych zwyczajów”, preferowała życie à rebours: „nosili długie włosy, szerokie brody, surduty wyszarzane i buty powykrzywiane. Jeden surdut i jedne buty służyły kilku kolegom”[51]. W godzinach przyjmowania interesantów jako redaktor „Nadwiślanina” Filleborn zwykł wdziewać „stary szlafrok watowany z dziurami powypalanymi od fajki i brzegami straszliwym sposobem zatłuszczonymi”, na głowie jego tkwiła grecka czapka z kutasem (na bakier przekrzywiona), na nogach zaś „buty olejną farbą w zielone i czerwone kwiaty pomalowane”, „na szyi miał atłasową krawatkę z ogromnymi, sterczącymi, wybornie wykrochmalonymi kołnierzykami”[52]. Nie bez powodu zatem Filleborn edukował młodego Wacława Szymanowskiego, jakim modom w kwestiach stroju ulegać powinien, a jaki styl jest mu nieodpowiedni:

Nie myśl, żeby nazwa arystokraty miała koniecznie oznaczać człowieka jeżdżącego w karecie, wystawiającego herby przed bramami świetnego pałacu, rozwalającego się w salonach na aksamitnych krzesłach, ściskającego damy za rączki, używającego zagranicznych perfum, posiadającego cudzoziemskie języki, a nie umiejącego po polsku mówić ani pisać [...]. Tacy są arystokraci wybrańce, a ty jesteś ogólny, zwyczajny arystokrata; czyliż ja tego nie widzę? Widzę to z twojej cienkiej koszulki, z twojego atłasowego halsztuczka, z pięknego sukna na twoim fraku mundurowym, z butów dobrze wyszuwaksowanych bez najmniejszej łatki i nareszcie z chustki do nosa ze znaczkiem i numerem, którą w tej chwili wydobyłeś z kieszeni.

Kiedy na pytanie młodego poety, czy to wszystko złem być może, czy przeszkadza talentowi, Filleborn dalej perorował:

Przeszkadza, naturalnie, że przeszkadza: przytłumia go, niszczy, zabija. Mówiłem ci, że chcąc być literatem, trzeba świat i ludzi poznać, a czy ty myślisz ich poznać w salonach, gdzie mówią po francusku, palą świece stearynowe i piją herbatę bez araku?[53]

Dlatego też cygan, dbając o swój talent i pozycję, nie troszczył się zbytnio o kompletność stroju, szczególnie zaś w aspekcie butów, gdy w gardle było sucho, a w kieszeni pusto. Tak też było pewnego pięknego dnia czerwcowego, gdy cyganie planowali wycieczkę do ruin czerskiego zamku. Dzień wcześniej Filleborn zapragnął urządzić sobie samotny wieczorek alkoholowy. Zorientowawszy się, że nie ma dość pieniędzy, by zakupić odpowiednią ilość trunku, sprzedał Żydowi swoje ciżemki. Miał za nie dostać „tuzin złotówek” i jakieś „stare buciny”, w których mógłby udać się na wyprawę.

Miałem ci wczoraj ciżemki uczciwe,

Które mi dały siostry litościwe,

Ale w kieszeni nie mając ni fenia,

Dręczon jak Tantal, mękami pragnienia,

Chciałem odwilżyć pierś nieszczęsną troszka

I... zawołałem poczciwego Moszka[54].

Handlarz nie dotrzymał jednak słowa, alkohol bowiem dostarczył, co więcej, z Fillebornem się napił, ale dodatkowej pary butów nie przyniósł. Obudził się rano cygan bez trzewików, z pustą kieszenią i rozpaczą, że z wycieczki będzie musiał zrezygnować.

Choć czoło moje laurami obrasta,

Które mnie kolą niby wieniec z drutów,

Nie mogę przecież z domu ani z miasta

Ruszyć się krokiem... o! bo nie mam butów!...[55]

Na szczęście wpadł na znakomity pomysł – poprosił Bogdana Dziekońskiego, wspaniałego pedagoga, wytwornego tłumacza, przyjaciela ludzkości i muz rodzinnych, o pożyczenie trzewików. Ten jednak posiadał jedynie zielone pantofle do szlafroka, których założenie byłoby wielkim nietaktem. Cygan postanowił wybrnąć z tej sytuacji i poprosić o pomoc Tadeusza Brodowskiego:

Tadeuszu! zaklinamć na Parnasu bogi!

Weź pędzel, tusz – i uczerń moje bose nogi[56].

Pięć minut później gołe stopy redaktora „Nadwiślanina” wyglądały jak najprawdziwsze pantofle, a sam posiadacz tego pięknego obuwia opuścił mieszkanie pędem Farysa. Nie do Czerska udał się jednak Filleborn, ale po miętówkę, kiełbaski, bułkę i tytoń (świat miał nie ujrzeć nigdy wybitnego dzieła Brodowskiego, w progu bowiem cygan spotkał kompana do wypitki Bogdana i ten sprawunki szybko załatwił). Po wypiciu kilku łyków, po kilku chwilach wsłuchiwania się w improwizowane wiersze na temat Wisły i Bugu kompani opuścili mieszkanie i udali się na wycieczkę – w pokoju został Filleborn z uczernionymi stopami, który roześmiał się głucho, siadł przy otwartym oknie, a po jego bladej twarzy stoczyły się dwie grube łzy[57].

Zwykle jednak przebywał (obuty) w swoim mieszkaniu przy ulicy Miodowej 7 (nr hip. 495), w dawnym pałacu Piotra Teppera, zbudowanym na gruntach Kapituły Krakowskiej, gdzie niegdyś stała kamienica Firlejów (Miodowa 3). Pałac Teppera, wzniesiony w 1774 roku według projektu architekta Efraima Schroegera („zwrócony do ulicy nie dziedzińcem, jak dotychczas budowano, ale wydłużoną dwupiętrową fasadą flankowaną trzypiętrowymi ryzalitami”)[58], bardzo często zmieniał właścicieli – po Piotrze Tepperze młodszym „zamieszkali w nim Serra i Talleyrand”, później mieściła się tu Komisja Przychodów i Skarbu, a w 1822 roku pałac kupił Mikołaj Grabowski, który w jego oficynie pozwolił otworzyć kawiarnię literacką „Dziurka”[59]. W latach czterdziestych mieszkał tu jednak Filleborn, bardzo rad ze swojego mieszkania na trzecim piętrze, w którym kilkanaście lat później rezydować będzie Narcyza Żmichowska[60]. Redakcja „Nadwiślanina” mieściła się w izbie zasklepowej, gdzie:

rozkładał się różnobarwny magazyn rozmaitych książek, tak braków, jak i nowo przybyłych, porozrzucanych tu i owdzie, bo często je przeglądali literaci tamże przez cały dzień prawie przesiadujący, a żaden na miejscu nie położył; tam stały po kątach kufry z różnymi papierami, drukami i przyborami księgarskimi; tam były krzesła o trzech nogach, stoły podziurawione, śmiecie na podłodze, a kurz wszędzie; tam nareszcie całodzienne powietrze zatrute było zmieszanymi wyziewami zbutwiałych papierów, dymu z cygar i fajek, czosnku z kiełbasek, wódki, piwa i różnych tym podobnych ingrediencji. A w izbie tej było ludno i gwarno, tak jak w sklepie cicho i spokojnie; była to i garderoba i bufet, i sypialnia, i jadalnia, i magazyn rzeczy wszelakiego gatunku[61].

Gdy Szymanowski odwiedził po raz wtóry redaktora pisma, jego wzrok przykuł osobliwy widok – Filleborn siedział na stoliku przy oknie „jak na tronie”, otoczony dwoma ogromnymi foliałami oprawionymi w skórę, palił krótką niemiecką fajkę i moczył nogi w mosiężnej miednicy, racząc się wódką z prawie pustej już butelki. Dalej na środku pokoju stało kulawe krzesło-szachownica bez poręczy, któremu za protezę służył słownik łacińsko-polski[62].

Niczym jednak było biuro redakcji wobec domostwa samego redaktora, zajmującego na parnasie warszawskim skromne metry[63]. By odnaleźć w labiryncie pałacu mieszkanie Filleborna, należało wspiąć się schodami na trzecie piętro[64] i w końcu korytarza odnaleźć drzwi, nad którymi widniał „Herb Jędrusia” – „zielona tarcza, na niej dwa psy piaskowego koloru z czerwonymi łatami”, dla niewtajemniczonych wyjaśnienie: „Dwa psy na zielonej tarczy; / Jeden szczeka, drugi warczy”. Same zaś drzwi upstrzone były malunkami, z których jeden przedstawiał ptaka na kurzych nogach z korpusem wieprza i głową ludzką (pod nim podpis: „O moja duszko, / Był tu Tadeuszko”), a drugi samego Filleborna ze skrzydłami amorka, w jednej ręce trzymającego zeszyt „Nadwiślanina”, w drugiej butelkę z wódką kminkówką (wyjaśnienie: „Na dół z kapeluszem / Przed wielkim geniuszem”), u jednej jego nogi uczepiony był „brunet z długimi włosami” (zapewne Zmorski), u drugiej „olbrzym-szachista” (zapewne Dziekoński), nad nim z obłoków wielkim palcem nakreślony był napis „Nie pójdziesz dalej”, pod spodem zaś „Apoteoza Jędrusia, czyli Droga do nieśmiertelności”. Wokół kłębiło się mnóstwo innych napisów: „Życie krótkie, więc pij wódkę”, „Taka jest różnica Jędrusia od emetyku, że emetyk, choć się nudzi, to ulgę przynosi, a Jędruś nudzi i nie pomaga nikomu”, „Przepadnij złodzieju, kiedy wychodzisz tak wcześnie z domu”, „Jutro czekam na ciebie na Gnojowej Górze”, „Ty się kochasz, dziecię lube”. Samo mieszkanie Filleborna bardziej było osobliwe od uwertury, którą można było zobaczyć na korytarzu. W niewielkim pokoju z jednym oknem stał stół o dwóch nogach „naturalnych” i dwóch „polanowych”, jedno krzesło z deską do prasowania bielizny zamiast siedziska, drugie zaś z wypłowiałym i przetartym aksamitem (jedno z nich należało do hetmana Koniecpolskiego!). Na ścianie wisiała półka, na niej stała butelka z piwem i druga ze świeczką łojową, dalej kilka książek, odrutowana herbatniczka, figurka gipsowa przedstawiająca Napoleona, połamane cybuchy i stare pudełko od cygar. Szafę Filleborna stanowiła stara skrzynia, z której ożywione wyłaziły rękawy i strzępy jakiejś odzieży. Na ścianie, pomiędzy obrazami wyobrażającymi bitwę pod Kircholmem i powrót syna marnotrawnego, wisiała hiszpańska gitara bez dwóch strun. W kącie pokoju stał siennik, na którym leżała poduszka skórzana i kołdra-płaszcz z niebieskiego sukna z futrzanym kołnierzem, w drugim zaś kącie siennik gościnny z pierzynową poduszką w powłoczce pasiastej biało-czerwonej, gdzie za kołdrę służył szlafrok kraciasty upstrzony plamami atramentu. Najbardziej osobliwą część pokoju stanowiła galeria obrazów – obejrzeć można tu było „zwierzęta niestworzone”, ludzi w kostiumach, dziwne symbole i przeczytać liczne przekleństwa rzucane na „Bibliotekę Warszawską”[65].

Nie zawsze jednak mieszkanie Filleborna wyglądało w ten sposób – czasami ten osobliwy pokoik zamieniał się w prawdziwy las: podłogę („na łokciowej warstwie”)[66] krył piasek, na którym zaznaczono wąskie ścieżki, gdzieniegdzie zielenił się mech, w stosiki ułożone były gałązki sosnowe, dalej ławeczki z brzeziny, darniowe kanapy, trelem wypełniał pomieszczenie zamknięty w klatce kanarek, powietrze zaś nasycone było zapachem żywicy. W kącie pokoju stało nowe posłanie Filleborna – z liści i mchu, a za elegancką szafkę nocną służył tutaj nieociosany pniak, na którym leżał wielki bochen razowca. Dalej widoczna była wielka kupka liści i mchu, w którą poeta chętnie zanurzał rękę celem zaczerpnięcia wody – wody butelkowanej, wódzi z etykietą destylarni na Pelcowiźnie, tylko taką zwykł bowiem pijać.

Cyprian Norwid, Seweryn Filleborn, rysunek ze zbiorów Muzeum Narodowego w Krakowie (sygn. MNK III-r.a.-16547, recto), repr. Pracownia Fotograficzna MNK.

Znany był cygan ze swojego upodobania do trunków, dowodził, że „do natchnienia trzeba przysposobić się fizycznie, trzeba ciało nastroić, a natchnienie jak przyjdzie, starczy za wszystko, za naukę, za doświadczenie, za znajomość świata”[67]. Pił zatem przed pisaniem, pił w trakcie pisania i pił po pisaniu, pił w radościach i pił w smutkach, w biedzie na kredyt, w dostatku za zgromadzone po kieszeniach złotówki, pił, gdy miał kompanów przy sobie i gdy ci go opuścili.

Komu jeszcze nie zostanie

Niedopita kropla w dzbanie

Albo z własnej jego winy

Jeden całus u dziewczyny,

Jedna w sercu żywa chęć;

Temu hańba, tego właśnie

Niechaj jasny piorun trzaśnie,

Niechaj diabłów porwie pięć[68].

Lubował się Filleborn w „białej” wódce „szpagatówce” (tej od Ryfki Pułtuskiej), miętówce (przy niej wpadał w „całkiem inne” usposobienie, „lekki obłęd scjentyficzny”)[69], alembikówce, kminkówce i „okrętówce”, lubował się w sympleksie, piwie owsianym, bawarskim (którym opił się do nieprzytomności zaraz po ślubie), nie gardził i marcowym („prawdziwie artystyczny trunek”)[70], po jego wypiciu bowiem rozwijał się w cyganie „dowcip dobry, humor”, powracała wesołość, kaszel gruźliczy nie męczył już tak srodze, pisać też było łatwiej, a redagować „Nadwiślanina” jeszcze lepiej. Nie odmawiał nigdy araku, choć po nim należało spłukać gardło jedną (albo lepiej dwoma) butelkami bawarskiego „dla ochłody”, nie odmawiał rumu (z którego Dziekoński potrafił zrobić poncz na sposób dorpacki), wzbraniał się jednak przed winem (choć nie gardził węgrzynem, którego można było kupić za dukata u Fukiera) i absyntem, przedkładając gorzałkę ponad wszystkie trunki[71]. A jednak alkohol był dla Filleborna nie wsparciem i podporą, nie inspiracją czy źródłem weny, ale źródłem klęski[72].

Oprócz predestynowanych pijaków szukają ratunku w alkoholu talenty wyczerpane lub słabnące i może on być dla nich pewną podnietą. Oczywiście, nic znakomitego w ten sposób nie powstaje, jest to tylko oszukiwanie siebie i stwarzanie pozorów czy złudzeń siły twórczej. Alkoholizm pojawia się najczęściej w okresie depresji, w rozpaczliwych czasach, jak w latach czterdziestych, za cyganerii warszawskiej lub w epokach oschłych i jałowych. [...] Cyganeria warszawska starała się oblec swoje pijaństwo w szaty obrzędowe – miał to być rodzaj wtajemniczenia, otwierającego dusze darem jasnowidztwa[73].

Po co były Fillebornowi ta wódzia, ten lasek, spacery wśród żywicznych zapachów, na co bochen razowca na pniaczku? Dlaczego – zgodnie z sugestią Szymanowskiego, a za radą doktora Dworzaczka – Filleborn nie wybrał się do państwa Morzkowskich w Rybienku nad Bugiem, gdzie zaczerpnąć mógł świeżego powietrza, albo do pana Brzozowskiego, który był leśniczym w Wyszkowie? Cygan cierpliwie tłumaczył, że nie potrafił wytrzymać dłużej niż tydzień bez atmosfery Warszawy, bez wizyt w ogródku „Między Parkanami”, bez serdelków Antaby czy smaku wódki u Ryfki Pułtuskiej[74]. Wszystko to jednak czynił dla zdrowia, choć z przekorą traktowanego i nie zawsze serio. „Mówiono mi, że chorujesz, że doktorzy wysłali cię z Warszawy”[75] – w ten sposób zagaił Filleborna Szymanowski, martwiąc się o stan przyjaciela, który „blady i zmieniony, oczy miał podsiniałe i nabrzękłe, a chodząc spluwał często”[76]. Niefrasobliwy cygan chorował bowiem, jako się rzekło, na gruźlicę, która ofiarowała mu bladą twarz, wypieki, nadpobudliwość i apatię, ból w klatce piersiowej, dreszcze, kaszel i krwawe plwociny[77]. Ofiarowała mu zaszczytne miejsce wśród ubogich, pozbawionych czystej odzieży na swych wychudłych ciałach[78], tłoczących się w swoich nieogrzanych mieszkaniach, gdzie wiecznie niedostatek jadła[79].

Filleborn-cygan chorował, Filleborn-literat pisał zapamiętale. Wszyscy romantycy, zafascynowani gruźliczym „sezonem w piekle”, przeżywali swoje kasłanie jako nobilitację, wybraństwo, uświęcenie, objaw namiętnego, ale stłumionego uczucia, które pozbawia ich sił witalnych i żywotności. Sam gruźlik bowiem to człowiek subtelny, wrażliwy i delikatny, ale jednocześnie zbyt mało kochający życie, by o nie walczyć[80], arystokrata życia, dostojny i pełen dobrych manier, dzięki chorobie rozmarzony, bezbronny, ale jednocześnie dzięki swemu wybraństwu „interesujący”. Niemal każda rodzina „szczycić” się mogła gruźlikiem, który burzył spokój domostwa i wprowadzał nieład, tworząc idealną glebę dla narodzin romantycznej indywidualności, ale który tym samym „przyśpiesza życie, czyni je bardziej wyrazistym, uduchowionym”[81]. Gruźlica była bowiem przede wszystkim chorobą artystów, artystów-melancholików, istot twórczych, odczuwających osobliwe życiowe powołanie, wybrańców, „mających swoją odrębną fizjognomię, odrębny nastrój psychiczny, odrębny nieraz sposób życia i zachowania się”[82], którzy gnać musieli przez życie, ponieważ w każdej chwili mogło się ono skończyć[83]. Ciało stawało się ruiną, młodość zamieniała się w jesień życia, wszystko przemijało, kruszało, więdło, gruźlik-suchotnik wreszcie realizował ideał epoki[84], kiedy to „zdrowie staje się banalne, nieomal wulgarne”[85]. Dzięki gruźlicy można było wreszcie osiągnąć ideał – stać się drugim Byronem, który umierając, wyglądał blado, ale i ciekawie, czy pięknie kaszlącym Chopinem[86], a może bladym, wychudłym Słowackim z zapadniętymi oczyma, czy wreszcie Johnem Keatsem z jego wyglądem i talentem[87] – by poprzez chorobę widzieć i czuć więcej, osiągać wyższy stopień świadomości, a tym samym tworzyć niewyrażalne w zdrowiu dzieła[88].

Czy jednak o tym marzył ten „cygan refleksyjny”, gdy spluwał do chusteczki i pił kolejne „bawarskie” po nieprzespanej nocy? Wszak wiecznie smutny chadzał po warszawskich uliczkach („I wszystkie struny trącam po kolei / Prócz jednej struny – prócz struny wesela”)[89], odrzucony, a taki niezwykły, wyśmiewany i szydzony, ale z poczuciem geniuszu, wreszcie nierozumiany, choć wieszczący prawdę[90]. Zlekceważony sam zlekceważył gruźlicę, po 1847 roku pozostał już zupełnie na uboczu, zerwał więź z przyjaciółmi, odrzucił ich pomocną dłoń i umierał w nędzy. Zmarł w szpitalu Dzieciątka Jezus 5 sierpnia 1850 roku. Jak podawał akt zgonu:

Działo się w parafii Świętego Krzyża dnia szóstego sierpnia tysiąc osiemset pięćdziesiątego roku o godzinie szóstej po południu. Stawili się Józef Piotrowski i Marcin Kędzierski, obydwaj pełnoletni posługacze, w Warszawie w szpitalu Dzieciątka Jezus zamieszkali, oświadczyli, że [...] w tenże szpitalu dnia piątego bieżącego miesiąca i roku o godzinie piątej rano umarł Seweryn Filleborn, kawaler, były oficjalista, lat trzydzieści sześć mający, rodem z Warszawy, syn Samuela i Antoniny[91].

Filleborn nie został jednak pochowany na należącym do parafii cmentarzu Św. Krzyża (zwanym Świętokrzyskim) przy ulicy Nowogrodzkiej nr hip. 1600, wśród ponad stu trzydziestu tysięcy innych zwłok, które tworzyły tę olbrzymią nekropolię[92]. W wyniku panującej w latach trzydziestych XIX wieku epidemii cholery liczba pochowanych zwiększała się lawinowo, co wymusiło zamknięcie tego cmentarza (29 lipca 1830 r.)[93] i założenie nowego – „na Koszykach” (zwanego też Ujazdowskim). Definitywnie grzebania zmarłych na cmentarzu Św. Krzyża zakazano Ukazem Komisji Rządowej Spraw Wewnętrznych Duchownych i Oświecenia Publicznego z 13 marca 1836 roku[94].

Ostatecznie to na cmentarzu Powązkowskim 7 sierpnia złożono zwłoki Filleborna, bo pewnie on sam jeszcze żyje, wszak nie poszedłby bez butów na pewną śmierć[95].

Włodzimierz Dionizy Wolski

Jak jedne zbrodnie na całym świecie,

Jak jedne cnoty na całym świecie –

Sam jeden tylko – i ten sam zawsze!

Włodzimierz Dionizy Wolski, Geniusz

Mówiło się, że wszyscy odwrócili się od niesfornego Włodzimierza Wolskiego. Felicjan Faleński uważał jednak, że nie wszyscy. I dodawał, że ten nadzwyczaj gładki, o ujmującej powierzchowności i nienagannych manierach paniczyk życie pędził swawolne w gronie bliskich przyjaciół[96], a i do salonów zaglądał nierzadko, choć się notorycznie spóźniał, za co nie lubiła go później Nakwaska. W przypływie dobrego humoru, jak powiadała Deotyma, ten „diabełek o złotych włosach”, „zły, złośliwy i złowrogi”, który „zmarnował dary Boże”, „wszystko zniweczył”, odwiedzał salon Lewockiej i Łuszczewskich, chętnie wybierał się do Wilkońskich, przynosząc ze sobą „żywioł niezmiernej wesołości”, pełnię „blasku młodzieńczego pióra, młodzieńczej urody” i umiejętność „skrzącej rozmowy, którą ciskał wszędzie jakby złotym piaskiem”[97]. Mimo to nie zawsze chętnie wdawano się z nim w pogaduszki, zwykł bowiem wymyślać na poczekaniu tytuły nieistniejących książek znanych autorów, celem wywiedzenia w pole uważającego się za oczytanego lwa salonowego[98]. Gdy wieść o doskonałej lekturze poszła w świat i wracała do adresata, wówczas Wolski zacierał tylko ręce na myśl o nowej satyrze[99]. Prowadząca salon literacki Waleria Morzkowska pamiętała, że cygan zaszedł za skórę swoimi ekscentrycznymi wybrykami wielu osobom, szczególnie zaś salonowym wykwintnisiom obradującym przy kawowym stoliku i wyfraczonym bucom, ale też kolegom po piórze, których ośmieszał w krótkich satyrycznych utworach krążących po Warszawie[100]. A jednak nie był sam – lubiły go kobiety, lubiły go salony, protekcję nad nim roztoczyła sama Łuszczewska, współpracował z nim Moniuszko, którego ironicznie-kpiąco traktował Norwid[101], żywiąc jednak przyjaźń do Wolskiego, swojego kolegi ze szkoły; nie wiedział przy tym, że po mickiewiczowsku wchodzili sobie w drogę i jako myśliwi-nowicjusze strzelali do jednej zwierzyny. Obaj, na swoje szczęście, chybili.

Zanim jednak niedoświadczony strzelec rozpoczął swe salonowe łowy, przywędrować musiał do Warszawy z Pułtuska, gdzie urodził się 9 października 1824 roku[102] w domu pod numerem 56, na chrzcie zaś otrzymał imiona: Włodzimierz Dionizy Edward. Jego ojcem był Hipolit Wolski (1790–1836)[103], liczący wówczas 35 lat major 2. Pułku Piechoty Liniowej Kazimierza Słupeckiego, wchodzącego w skład 2. Brygady Jana Krukowieckiego[104], matką zaś Józefa z Młochowskich (1796–1829)[105]. Małżeństwem byli wówczas od pięciu lat[106].

Juliusz Kossak, Włodzimierz Wolski, „Tygodnik Ilustrowany” 1911, nr 42, s. 828.

Mały Włodek szybko stracił matkę, mając zaledwie pięć lat, wcześniej pożegnał swoje trzy siostry, które urodziły się 26 marca 1829 roku. Ojciec chłopca od 1828 roku służył w 1. Kompanii Weteranów Korpusu Inwalidów i Weteranów[107], do 1830 roku stacjonującej w Warszawie, później zaś w 2. Kompanii Weteranów w województwie sandomierskim[108]. Żołnierze pełnili tutaj służbę garnizonową, nie posiadali broni palnej, ale nosili halabardy i tasaki[109]. Wspomnienia z czasów dzieciństwa, kiedy to Włodek przebywał wraz z ojcem w południowej części Królestwa i Galicji, pojawiły się w jego korespondencji z Kraszewskim[110]. Jak wspominał Wincenty Korotyński:

snadź dzieckiem był przeniesiony Wolski ku południowej granicy Królestwa nad Nidę, w malownicze okolice Wiślicy, Olkusza i Ojcowa, bo tamte tylko strony wybiera za podścielisko swych opowiadań. Jak Kondratowicz we wstępie do Dęboroga, tak on w „podśpiewie” do swojej Połośki, topielicy z Nidy, przeciwstawia cudnym zjawiskom krajów zagranicznych swoją „ziemię garbatą” i jej „pieczary”, w których ukrywał się „król z duszą wielką”, Łokietek. Tej to okolicy pokarm dusza Wolskiego „z synowską wzięła podzięką”, ona to „matczyną ręką wpuściła go pierwsza w tajne zadumy”[111].

Wkrótce mały Włodek został przekazany na wychowanie przyjacielowi ojca, Ignacemu Bertrandowi, u którego rozpoczął on swoją przygodę z nauką języków obcych i któremu zawdzięczać mógł przede wszystkim gruntowną znajomość języka francuskiego. Bertrand, jako wiceprezes Instytutu Moralnie Zaniedbanych Dzieci, zapewne chętnie przyjął pod swoje skrzydła syna przyjaciela-wojaka, by później oddać go na pensję prowadzoną przez Edwarda Landiégo, na kolejną do pana Piltza i ostatnią – Adolfa Szumlańskiego. Po ich ukończeniu Włodzimierz rozpoczął w 1833 roku naukę w Gimnazjum Praktyczno-Pedagogicznym na Lesznie, gdzie spotkał swoich przyszłych kolegów-cyganów – Romana Zmorskiego i Aleksandra Niewiarowskiego, braci Norwidów, Juliana Bartoszewicza, Felicjana Faleńskiego, Jana Kozerskiego, Michała Mo-rzkowskiego, Michała Olszewskiego, Pawła Szczytta i Walentego Zakrzewskiego[112]. I choć nie należał do najpilniejszych uczniów, to gromadził na koniec roku wyróżnienia i listy pochwalne za „wzorowe posłuszeństwo, przykładne moralne sprawowanie się, usilność i pracowitość”[113]. Faleński z zazdrością wspominał, jak niewiele czasu Włodek musiał poświęcać na zapamiętanie lekcji:

Wybornie mówił po francusku i po niemiecku, starannie się ubierał, i miał gusta wykwintne. Zdolny, jak zdolniejszego w życiu nie widziałem, nigdy ani książki żadnej nie miał, ani kajetu, na lekcjach zaś wiecznie romanse czytywał; ale niech tylko wziął w rękę książkę czy notatki którego kolegi (zwłaszcza jeśli przewidywał, że zostanie wyrwany, do czego także miał węch nie lada) – to byle spojrzał, już umiał jak najlepiej – słowem: pamięć, objęcie, przytomność umysłu, niesłychane[114].

W roku szkolnym 1836/1837 Wolski jako czwartoklasista znalazł się w gronie uczniów, którym przyznano nagrodę za „szczególny postęp w języku rosyjskim”[115], którego to języka uczył się z podręczników Bazylego Rklickiego[116] i Iwana Pieninskiego[117]. Nauka języka rosyjskiego, zgodnie z Ustawą z 1833 roku, odbywała się w klasach I–V w takim samym wymiarze godzinowym jak nauka języka polskiego, a więc były trzy lekcje w tygodniu, natomiast w klasach VI–VIII lekcji języka polskiego było sześć, a rosyjskiego trzy w tygodniu[118]. W czasie nauki Wolski zapoznać się mógł szczegółowo z tekstami Iwana Kryłowa, Michaiła Łomonosowa, Wasyla Żukowskiego czy Aleksandra Puszkina.

Na naukę języka rosyjskiego, jako jedynego ważnego aspektu edukacyjnego największy nacisk kładł car, poza tym dbając jedynie o stronę administracyjno-gospodarczą i dyscyplinarno-polityczną zarządzanych placówek, które kształtować miały ideał zdyscyplinowanego poddanego, odzianego w uniform wojskowy ucznia[119]. Po utworzeniu 2 grudnia 1839 roku Warszawskiego Okręgu Naukowego (w miejsce Sekcji Oświecenia), którego kuratorem został Sergiusz Uwarow, car dokonał reformy szkolnych mundurków. Wykonane „z zielonego sukna z czerwonym kołnierzem i wszystkimi pozostałymi akcesoriami uniformu wychowanków placówek oświatowych w imperium”[120], stanowić miały uwerturę dla ukochanego przez Rosjan munduru, drugiej skóry wiernego carowi obywatela. Od dwóch lat funkcjonowało również zarządzenie dotyczące zakazu noszenia brody i wąsów, ale też długich włosów na rzecz fryzury „po rekrucku” (co tyczyło się również gęstości brwi!)[121], któremu podlegali nauczyciele (z wyjątkiem kapłanów prawosławnych uczących w szkołach) i gimnazjaliści. Podczas gdy grono pedagogiczne od tego zakazu się nie uchylało, to bardzo często czynili to uczniowie, by choć na mniejszą skalę zamanifestować swoje niezadowolenie z uniformizacji życia pod carskim okiem[122]. Przynosili zaświadczenia lekarskie, w których dowodzono, że strzyżenie nieboraka może przyprawić go o chorobę, „cierpienia oczu”, ślepotę, a nawet dyskrazję kołtunową (discrasio plicosd)[123], lub czesali się „po kobiecemu”[124]. Każdy oficer z łatwością mógł sprawdzić, czy uczesanie uczniaka odpowiadało normom, ten winien bowiem przed mundurowym zdjąć czapkę, przed generałem zaś dodatkowo wyprostowanym „zrobić front” i zdjąć płaszcz. Co więcej, młodzieniec nie mógł nosić przy sobie parasola, potrzebował również specjalnego pozwolenia od lekarza rządowego na noszenie okularów. Za niedopełnienie owych czynności groziło wyrzucenie ze szkoły[125].

Mimo prowadzonego na tak szeroką skalę programu ścisłej kontroli i dyscypliny pod okiem dyrektorów, inspektorów i nauczycieli uczniowie nadal kultywowali pamięć o powstaniu, pod ich nosem swe pośmiertne życie pędził legion Konradów Wallenrodów, którym dźwięczały w uszach echa nieudanej próby wzniecenia powstania na terenach zaboru rosyjskiego przez Józefa Zaliwskiego w 1833 roku. „Groza na kraj padła” – budzili się rewolucjoniści.

Nie było dnia, żeby włościanie i Kozacy kogoś nie schwytali. Kawaleria, a zwłaszcza pułk Kozaków przy pomocy włościan w lasach pogranicznych, dokonywali obław na przedzierających się z Księstwa Poznańskiego i Galicji powstańców. Dzięki temu, oraz dzięki surowości komisji wojennej śledczej, w połowie maja z całej wyprawy Zaliwskiego pozostało kilku błądzących pojedynczo po lasach powstańców. [...] Ścigają ich teraz wszędzie. Lud prosty po większej części trzyma naszą stronę, zwłaszcza w województwach Lubelskiem i Podlaskiem; [...] W Płockiem dotąd nikogo nie schwytano[126].

Legendą i symbolem bohaterskiej postawy, która na trwałe zapisała się w pamięci uczniów warszawskiego gimnazjum, stała się postać powstańca listopadowego Artura Zawiszy[127]. Jego egzekucja na placu między rogatkami Wolskimi a Jerozolimskimi zgromadziła mieszkańców Warszawy i bliskich oskarżonych[128]. Skazany na śmierć hańbiącą przez powieszenie, miał, spoglądając w kierunku swoich rozstrzeliwanych przyjaciół, zapytać: „Dlaczego nie umieram wojskową śmiercią?”, by później po odrzuceniu koszuli śmiertelnej w swoich ostatnich słowach rzec: „Gdybym miał sto lat żyć, wszystkie bym ofiarował swojej ojczyźnie”[129].

Wiadomość o skazaniu Zawiszy dotarła do ław szkolnych, w których zasiadywał również Włodzimierz Wolski. Wspomnienie to pojawiło się u Karola Balińskiego:

Największym dobrodziejstwem powstania 1831 r. było to, że jak grzmot ziemię wzruszyło młode serca, nauczyło nas patrzeć nie na siebie, nie na karierę, jak świat nazywa, ale na ojczyznę. – Już więc męczeńska śmierć Artura Zawiszy szerokie echo znalazła w młodzieży naszej. – Kilku porwano z jego mogiły, zbierających szczątki jego szubienicy i grudki ziemi krwią rozstrzelanych jego towarzyszów zaczerwienionej – i wysłano do wojska na Kaukaz. – Wiersz z Wergiliusza: „niech mściciel powstanie z kości naszych”, napisany w klasie na tablicy w dzień jego skonu, był kluczem do mojego najpierwszego więzienia. – Więzieniem tym była sala, w której niegdyś Lelewel nauczał, a na szybie jednej wyrżnięta była zwrotka z Ody do młodości:

Witaj jutrzenko swobody,

Za tobą zbawienia słońce!

Po pierwszym śledztwie powiedział mi z szyderstwem rektor: ha! to poezja! wszystko to poezja!

Ten Niemiec – gdyż to był Niemiec – w szyderstwie powiedział prawdę – bo poezja a miłość ojczyzny to dwa promienie jednego światła – kto prawdziwej poezji nie czuje, ten pewnie Polski nie kocha[130].

Wolski wiedzieć musiał nie tylko o mającej miejsce partyzantce Zaliwskiego i jej reperkusjach, śmierci Zawiszy, ale też o wykryciu działalności innych spisków. Nie ziściły się marzenia powołanej w 1834 roku przez Joachima Lelewela wraz z polskimi karbonariuszami Młodej Polski, odrodzonej 25 lutego 1836 roku (w piątą rocznicę bitwy pod Grochowem) jako Konfederacja Młodej Polski za cel przyjmująca „byt niepodległy Polski [...], usamowolnienie włościan i nadanie onym własności gruntowej, bez wynagrodzenia, bez żadnego warunku; zniszczenie przywilejów, porównanie polityczne i cywilne wszystkich stanów”[131]. Upadły również plany całego spisku Świętokrzyżców (od nazwy kościoła św. Krzyża – miejsca spotkań), stowarzyszenia zawiązanego w 1836 roku pod wodzą emisariusza Gustawa Ehrenberga[132], który z Krakowa przybył do Warszawy na polecenie Stowarzyszenia Ludu Polskiego i zgromadził wokół siebie grono wrogie caratowi, a otwarte na program demokratyczny, a później Aleksandra Wężyka – wyznawcy bardziej radykalnych poglądów.

Pod koniec 1838 roku z powodu nieostrożności jednego ze stowarzyszonych, Mieczysława Wyrzykowskiego, pochwyconego na roznoszeniu odezwy do Żydów, odkryto istnienie stowarzyszenia. Spośród aresztowanych, Ehrenberga, Wężyka, Wałeckiego, Olszewskiego, Podlewskiego, wielu trafiło na ciężkie roboty do syberyjskich kopalń[133].

Wśród skazanych znaleźli się również zaangażowani w działalność małego grona literacko-politycznego, o którym wspominał, a które przyjęło nazwę Szewców. Grupa ta została zawiązana wśród warszawskiej młodzieży gimnazjalnej z inspiracji przybyłego do Królestwa Tadeusza Żabickiego, ks. Leopolda Górnickiego i Aleksandra Ratułda. Dowódcą grupy był Michał Olszewski, a miejscem spotkań spiskowców – poddasze jednej z kamienic przy ulicy Mylnej. Tutaj właśnie czytano zakazane lektury, również pamiętniki Jana Kilińskiego, od którego profesji grupa wzięła swoją nazwę. Po przybyciu do stolicy Ehrenberga Szewcy dołączyli do Stowarzyszenia Ludu Polskiego, jednak po aresztowaniach to Żabicki właśnie obciążyć miał w zeznaniach Szymona Konarskiego, donosząc, jakoby ten planował zamach na cara[134].

Do bliskich współpracowników Wężyka należeć miał Karol Levittoux, który stanął na czele warszawsko-łukowskiego spisku młodzieży szkolnej, działaczy patriotycznych z gimnazjów, wyższych uczelni, aplikantów oraz urzędników biur rządowych i prywatnych. Wspólnie organizowali zebrania, w czasie których poruszano kwestie społeczne, polityczne i ekonomiczne, przede wszystkim jednak zaczytywano się w zakazanej literaturze.

Łukowscy spiskowcy pod egidą Levittoux organizowali również liczne wycieczki do miejsc pamięci, drogich ojczyźnie, gdzie mogli odczytywać własne patriotyczne utwory i zakazane wiersze, a przede wszystkim dzielić się myślą na temat przyszłej walki, niezbędnego uzbrojenia i organizacji oddziałów partyzanckich. Omawiali żywo temat śledztwa, postawy, jaką należało wówczas przyjąć, ale myśl tę porzucali szybko, by skupić się na metodach agitacji wśród chłopów i propagowaniu wśród nich idei patriotycznych. Planowanie przyszłego powstania, zwycięstwa, obalenia rządów i ustanowienia systemu republikańskiego było ich marzeniem, podsycanym żywo przez najaktywniejszego z nich – Levittoux.

I wtedy to w Łukowie miały miejsce pierwsze akcje agitacyjne, którymi kierował przywódca oddziału spiskowców Stanisław Dubois, namawiający duchownych do uznania słuszności ustroju demokratycznego, przekonujący ekonomów dworskich do lepszego traktowania chłopów, rozmawiający z nimi bezpośrednio i przedstawiający im idee demokratyczne[135].

W Warszawie takiej swobody działania nie było, mimo to grupka młodych aktywistów, w skład której wchodzili Włodzimierz Wolski, Paweł Szczytt, Jan i Władysław Balińscy oraz Michał Morzkowski, postanowiła w 1839 roku założyć tajne pismo tygodniowe[136]. Pieczę nad nim sprawował Jan Nepomucen Kozerski[137].

Niedługo jednak cieszyć się mógł Wolski współpracą z przyjaciółmi przy tworzeniu pisma oraz działaniem pod egidą Levittoux, ze względu bowiem na szybko wzrastającą liczbę spiskowców (komórki związkowe powstawały w całym Królestwie) i nieokreśloną datę wybuchu planowanego powstania, organizację warszawsko-łukowską zdekonspirowano. Denuncjatorem spisku był Jan Thierbach, były uczeń, a później nauczyciel w łukowskiej szkole, który wstąpił do organizacji pod nazwiskiem Grzybowskiego „i od razu doniósł”[138]. Pierwsze aresztowania nastąpiły w Łukowie, w 1838 roku zatrzymany został Dubois[139]. Jego zadania w spisku przejął Poniatowski do czasu, aż sam nie został aresztowany jesienią 1839 roku. Na przełomie września i października 1840 roku nastąpiły kolejne aresztowania, wśród zatrzymanych znalazł się Julian Woliński, który „szczerym wyznaniem swoim udzielił wielu wiadomości o działalności głównego przestępcy, Karola Levittoux”[140]. W liście do Uwarowa Paskiewicz zaznaczył, że trzydzieści siedem osób zostało poddanych karze, a dwadzieścia jeden zostało uznanych za zamieszane w spisek, poza listą znalazł się Jan Skwierczyński, uznany winnym i wyrzucony ze szkoły[141], ostatni zaś był Thierbach, „jako niewinny – zwolniony”. Wypuszczonym z aresztu spiskowcom z warszawskiego gimnazjum wymierzono karę publicznej chłosty, szkołę w Łukowie przeniesiono do Chełmna, a na jej miejscu powstała czteroklasowa szkoła powiatowa[142].

Trafiający do Cytadeli więzień był poddawany rewizji w towarzystwie oficera warty i sierżanta żandarmerii. Rozebranemu do naga nieszczęśnikowi pozostawiano jedynie bieliznę i buty[143], następnie osadzano go w izolacji, by nie mógł nawiązać kontaktu z innymi więźniami. Jego celę, której jedyne umeblowanie stanowiły łóżko i stolik, co pół godziny kontrolował oficer, co godzinę dozorca więzienia, trzy razy dziennie plac-major. Po pierwszym krótkim przesłuchaniu, kiedy to wpajano więźniowi jego winę, przekazywano oskarżonemu postemplowane i ponumerowane arkusze papieru, by spisał swoje zeznania, na co zwykle przeznaczano kilka dni. Później następowało przesłuchanie ustne, podczas którego komisja serią pytań i zarzutów starała się zmusić oskarżonego do uzupełnienia zeznań poprzez wymienienie nazwisk współuczestników oraz wskazanie ich roli w spisku[144].

Wolski został przez Komisję Śledczą oskarżony o pisanie wierszy „w duchu nieprawomyślnym”, uleganie demokratycznej propagandzie, czytanie zakazanych lektur, ich rozpowszechnianie oraz uiszczenie składki na zakup nowych książek i agitowanie wśród towarzyszy o wsparcie projektu[145]. Śledztwo prowadzone było przez prezesa Komisji, Andrieja Storożenkę, człowieka brutalnego i cynicznego („całą jego rozkoszą kąpać się we łzach i we krwi ofiar”)[146], przebiegłego i żądnego władzy, znaczenia i bogactw, wilka w owczej skórze[147].

Storożenko oraz jego prawa ręka Franciszek Leüchte stosowali liczne metody mające na celu zastraszyć więźnia i zmusić go do złożenia zeznań, a w rezultacie przyznania się do zarzucanych mu czynów, nawet wówczas, gdy ich nie popełnił. Kiedy Storożenko wymuszał zeznania poprzez obietnicę ulg i łask, szybkiego wypuszczenia na wolność i zapomnienia win[148], Leüchte straszył szubienicą i knutem, upokarzał, głodził, pozwalał spać jedynie na podłodze albo snu zakazywał, bił, wmawiał aresztantom, że jest z nimi spokrewniony, „okazywał się na przemiany: katolikiem, libertynem, arystokratą, demokratą, Polakiem, Moskalem, ekonomikiem, komunistą, poważnym, lekkim, jak wypadało, byle tylko więźnia doprowadzić do zdrady współzwiązkowych”[149]. Niezgodnie ze Zbiorem praw wojskowych, który zalecał, by oskarżonych do zeznań nakłaniać raczej „łagodnością i przekonaniem aniżeli srogością”, więźniów nie traktowano „po ludzku”, stawiano nieuzasadnione pytania, odnoszono się do niemających miejsca zdarzeń, przywoływano niepowiązane ze sprawą fakty z innych przesłuchań, stosowano tortury, nie dopuszczano odmowy w składaniu zeznań, konfrontując więźnia z tymi osobami, które takie zeznania już złożyły[150].

I choć Storożenko częstokroć zaprzeczał brutalności stosowanych metod i wskazywał, że wielokrotnie mógłby wykorzystać rózgi celem uzyskania od więźnia informacji („należałoby go wychłostać rózgami, gdyby chłostanie było stosowane w Cytadeli”)[151], to istotnym dowodem na bezwzględność metod carskich była sprawa Karola Levittoux, wobec którego, jak podawał „Demokrata Polski”, stosowano najbardziej brutalne metody śledcze: głodzenie, pozbawienie snu, bicie (2000 pałek, po 400 co drugi dzień)[152]. Nieugiętym jednak pozostał ten młody przywódca spisku, karty bowiem Komisji, na których spisano zeznania więźnia, nie zawierały żadnych istotnych dla śledztwa informacji. Mimo wstawiennictwa Piotra Levittoux u konsula francuskiego w Warszawie wyroku (z 12 maja 1841 r.) nie złagodzono i spiskowca czekała zsyłka na Syberię oraz dożywotnia inwigilacja. W lipcu 1841 roku Levittoux popełnił samobójstwo, podpalając płomieniem świecy swój siennik[153].

Żywa była pamięć o Karolu Levittoux[154] i jego bohaterstwie, podobnie jak długo w pamięci Faleńskiego i Żmichowskiej pozostał niesmak po przesłuchaniach Wolskiego[155]. Miał się on załamać podczas śledztwa, zachować jak człowiek „bez najmniejszego poczucia obowiązku”, okazać się „zwykłym tchórzem wobec trudności życia, wielokrotnym samolubem i lekkoduchem bez serca”[156]. W takim zachowaniu widzi Faleński powód, dla którego Wolski został wypuszczony i dla którego wielu dawnych kolegów odwróciło się od niego, uznając go za zdrajcę i donosiciela pierwszego sortu. Faleński widywać miał później poetę jeżdżącego bogatą karetą po Warszawie; „używał z całą wrodzoną sobie chciwością wrażeń łatwych, [...] bo co do duszy, ta w nim od urodzenia cierpiała”[157]. W ten sposób Wolski przehulać miał pieniądze odziedziczone po ojcu, „bezwstydnie cudzym kosztem żyjąc”, przez całe swoje życie bowiem „drwił w oczy z tych, których objadał, a zwłaszcza opijał”. Faleński sugerował ponadto, że Wolski mógł posiadać dodatkowe źródło funduszy, przypuszczał bowiem, że poeta był „jednym z płatnych narzędzi zepsucia, jakich wtedy niemało system rządowy pomiędzy młodzież porozpuszczał”[158]. Żmichowska tę listę oskarżeń uzupełniała jeszcze w listach do Erazma Żmichowskiego zasłyszanymi szczegółami, jakoby Wolski miał być przez Storożenkę za swoje „zasługi” uważany za wzór do naśladowania. Charakteryzując przyszłego librecistę, nie szczędziła gorzkich słów:

A pan W[olski] od tego czasu jak się w błoto zatoczył, tak się już z błota nie podniósł; jak się upił, tak już nie wytrzeźwiał. Człowiek przesiąkły brudem, kłamstwem, oszustwem, gorzałką – taki człowiek ma zaufanie naszych polskich dzieci!... Jak ci mówiłam, jest to dla mnie rzeczą niepojętą, ale jest[159].

Jak sugerował Juliusz Wiktor Gomulicki, niechęć Faleńskiego do Wolskiego, a także do innych towarzyszy po piórze i spiskowców, źródła mogła mieć trojakie: w kompleksie hańby ojcowskiej[160], nieuzyskanej sławy[161] lub niezaspokojonego uczucia miłości i przyjaźni[162]. Faleński, zdystansowany, odczuwający nieżyczliwość otoczenia, nieskłonny był do nawiązywania nowych znajomości, zwykł bardzo uważnie dobierać przyjaciół i zrywać wszelkie „podejrzane” stosunki towarzyskie. I nie tylko Wolski znalazł się w jego „grupie zdrajców”, należeli do niej również Alojzy Żółkowski, którego nazywał „pojętnym w ręku władzy narzędziem”, Deotyma nadskakująca Bergowi czy August Wilkoński[163]. Tak zrodzić się miała jego obsesja spisku i bezustanna pogoń za zdradą. Jak dodawał Bogdan Ostromęcki, źródłem tej antypatii mogła być również propaganda Storożenki, nastawiona na kreowanie więźniów-wzorców, mających zachęcać innych do składania zeznań i lojalności wobec władzy[164]. Podobne źródła, zdaniem Gomulickiego, miała antypatia do Wolskiego Żmichowskiej.

Faleński i Żmichowska podkreślali, jakoby wśród Polaków niechęć do Wolskiego była duża, tak duża, że został on nawet wyrzucony z domu Karola Klatta[165], młodego poety warszawskiego, kancelisty Konsystorza Ewangelickiego związanego później ze sprawą Piotra Ściegiennego, za co trafił do Cytadeli[166], a po przesłuchaniach został zesłany na Syberię, gdzie zmarł w drodze w lazarecie więziennym w Kazaniu. Sytuacji tej nie potwierdziły jednak żadne pamiętniki i wspomnienia z epoki, Wolski bowiem po opuszczeniu Cytadeli wkroczył dziarsko w świat literacki. Dla autora Kwiatów i kolców Wolski stanowił najlepszy przykład człowieka nieczułego na dolę ludu („w tym przedmiocie [...] jak najmniej był Polakiem”), był z niego bowiem „błyszczący fantastyk, wytworny chłopoman, chciwy użycia epikurejczyk, duch do szpiku kości lekkomyślny, umysł genialnie zdolny, ale niesforny”, „człek wystygłego serca”, „podziwu godzien, ale nigdy nie kochania”[167]. Morzkowska wspominała o wspaniałym apartamencie, zatrudnionej służbie, życiu „na wielką stopę”, urządzaniu obfitujących w jadło i napitki spotkaniach z przyjaciółmi, w czasie których „grał rolę wielkiego pana, dopóki tylko fortuny wystarczyło”.

Rok jeden tylko Wolski bawił się w ten sposób, szybko bowiem stopniały ojcowskie fundusze, kieszenie przyszłego cygana zaczęły świecić pustkami i w końcu musiał opuścić swój piękny apartament i zamienić go na małą izdebkę w hotelu Nadwiślańskim, gdzie nie potrafił nawet opłacić komornego. Zlitowali się nad nim właściciel przybytku i jego córka, pozwalając mu mieszkać za darmo i za poetycką walutę karmiąc nieszczęśnika[168]. Długo tu Wolski nie zabawił, nigdy bowiem o stałe lokum nie dbał, wolał mieszkać u innych niż u siebie i z tego też powodu nie sposób było jego adres ustalić. Przeprowadzka dla niego nie stanowiła żadnego problemu, chętnie posługiwał się garderobą przyjaciół, a swoje graty w czasie zmiany lokalu nosił pod pachą. Gdy pomieszkiwał w izdebce na Bednarskiej, łóżko, stół i krzesło stanowiły całe umeblowanie pokoju. Pełno tu też było kurzu i pajęczyn, Wolski nigdy bowiem nie sprzątał, nie układał stosów książek i papierów. Kiedy nieporządek stawał się nieznośny, poeta zmieniał lokal i uciekał w inne schronienie[169].

Przy swoich zdolnościach mógł z łatwością zdobyć sobie środki utrzymania, lecz za chleb żądano pracy, spełnienia jakichkolwiek, chociażby najlżejszych obowiązków, a cygańska natura Wolskiego nagiąć się do nich nie mogła. Praca każda wydawała mu się nieodpowiednią, niegodną jego młodej sławy i wygórowanych marzeń, a może wprost tylko nieznośną! Często też odrzucał najlepszą sposobność zyskania stanowiska, bo sam w tym względzie nie zrobił żadnego kroku[170].

Początek nowego życia wśród ordynarnej biedy, wśród brudnych, tłustych stołów, zakurzonych firanek i nieupranych ubrań łączył się z debiutem Wolskiego na scenie literackiej[171]. Według wspomnień Faleńskiego przyszły cygan miał już w czasach szkolnych tworzyć pierwsze teksty, krytykując przy tym dzieła swego kolegi za „przejmujące zimno”[172]. Opierając się ostatecznie jedynie na pierwodrukach, za debiut literacki Wolskiego uznać można publikację z 1842 roku w „Magazynie Mód” Joanny z Sucheckich Widulińskiej pt. Madziar. Szkic z XVI wieku oraz tłumaczenia opublikowane w „Bibliotece Warszawskiej”.

Pod koniec 1842 roku Wolski przekroczył próg domostwa państwa Skimborowiczów i oficjalnie dołączył do cyganerii dzięki protekcji Zmorskiego lub Niewiarowskiego, otwierając tym samym nowy rozdział w swoim życiu – rozdział cyganowania. Szymanowski uznał go za człowieka „pod szczęśliwą urodzonego gwiazdą”, który „miał talent niezaprzeczony”, „wykształcenie wysokie stosunkowo”, „młodość oddychającą całą nadzieją życia” – „już nie mówiąc o powierzchownych przymiotach”[173]. Na przełomie 1842 i 1843 roku Wolski zbliżył się do Skimborowicza, ówczesnego redaktora „Przeglądu Naukowego” i Dembowskiego. Dzięki ich zgodzie i akceptacji mógł rozpocząć publikowanie swoich pierwocin na łamach czasopisma. Po ukazaniu się trzeciego numeru i lekturze tekstów Wolskiego wielu zaczęło zazdrościć cyganowi „świetnego i tak powszechnie oklaskiwanego «debiutu»”[174], duszy pełnej „zapału i namiętności”, humoru nieporównanego, ale podszytego sarkazmem i szyderstwem. Tutaj też opublikowany został jego słynny „wprost z ducha” pisany, „jednego rozmachu młodzieńczego pióra” „poemat duży” Ojciec Hilary, dzięki któremu „zaraz stanął na piedestale triumfu”[175] i „zyskał wielką popularność pomiędzy młodzieżą”[176]. Debiut musiał to być udany również w oczach samego Wolskiego, który po latach wspominał:

W Ojcu Hilarym i w wielu poezjach utworzonych jeszcze przed dwudziestym rokiem życia, prócz kilku wyrazów nic nie zmieniłem, żeby nie zacierać śladów tej wrażliwości, nie tamować bezładnego, gwałtownego pośpiechu myśli, nie osłabiać jaskrawego kolorytu i wszystkich innych charakterystycznych niedokładności młodzieńczego utworu[177].

Niewiarowski wspominał, że Wolski swoim dziełem „ujął za serca wszystkich”, choć sam poemat „nie był utworem genialnym”, na miarę dzieł Mickiewicza, Słowackiego, Goszczyńskiego czy Malczewskiego, był bowiem pozbawiony „majestatycznej plastyki”, „potęgi w duchu” i „podniosłości w myśli”. Na koniec stwierdził jednak Niewiarowski, że Ojciec Hilary stanowił przykład poematu pełnego zapału, świetności słowa i silnego uczucia, które stłumiły tylko brutalne okowy cenzury „i trudności, z jakimi każda myśl śmielsza, każde słowo silniejsze musiały uporać się ciężko, nim zdołały wyprosić, wyperswadować lub przemycić dla siebie sukienkę taką, w jaką im dzisiaj wolno jest przystrajać się – ostentacyjnie nawet”[178]. Ze względu również na obecność bohatera – „chłopa-poddańczuka”, ale jednocześnie chłopa, który „głębiej czuje”, chłopa szalonego[179], utwór w oczach Niewiarowskiego stał się sztandarem dla niezwykle ważnych wówczas idei demokratycznych, szczerym wyznaniem, które zyskało poklask i przyczyniło się niemało do sławy autora. Również odwaga słów bohatera, jego „junactwo przeciwdogmatyczne”, „wyzwanie «jakiegoś» Boga i «jakiegoś» nieba”, niewiara w przyszłe życie nadały poematowi charakteru buntowniczego, bluźnierczego[180]. A mimo to był on „cudny” – dodawał Dembowski, który Ojca Hilarego uznał za dzieło przewyższające Lesława Zmorskiego „uniesienia żarem”, „dążeniem i wzlotem fantazji najcudniejszej”[181]. Przede wszystkim poemat ukazał ideał człowieka romantycznego – prostego i szalonego, świętego i mordercy, męczennika i kaleki, dla którego najważniejszą wartością była wolność w każdym wymiarze: jednostkowym, politycznym i społecznym, wolność będąca celem życia i środkiem służącym osiągnięciu ideału. Celem jednak tak dalece nieosiągalnym, że ojciec Hilary, pragnący ją w pełni posiadać, popadał ostatecznie w konflikt ze światem, prawem, władzą, a w końcu z samym sobą[182]. W ten sposób bohater romantyczny stał się „tylko zapowiedzią albo ruiną człowieka”[183], a jednocześnie nosicielem pełni potyczek, całego wachlarza konfliktów, z jakimi zmagać się musiał człowiek dziewiętnastego wieku, również sam autor dzieła – poliglota, cygan, spiskowiec i poeta.

Wkrótce też światło dzienne na łamach „Przeglądu Naukowego” ujrzały kolejne utwory Wolskiego – Fantazja wieczorna (I), Fantazja wieczorna (II) i Zapał, w których w pełni wyraził poeta swoje stanowisko w literaturze jako reprezentanta „zapalnej młodzi” i twórcy literatury – kanwy spisku[184]