Cyfrowy minimalizm. Jak zachować skupienie w hałaśliwym świecie - Cal Newport - ebook

Cyfrowy minimalizm. Jak zachować skupienie w hałaśliwym świecie ebook

Cal Newport

4,1

11 osób interesuje się tą książką

Opis

"Cyfrowy minimalizm" to najlepsza książka o naszym trudnym związku z technologią, jaką przeczytałem w ostatnim czasie. Jeżeli szukacie przewodnika, który pomoże wam wyzwolić się z okowów e-maili, sieci społecznościowych, smartfonów i ekranów, to jest nim właśnie niezrównany Cal Newport. Adam Alter, autor Uzależnienia 2.0

Nie jesteś użytkownikiem, jesteś produktem. Przerwij połączenie, wyloguj się i dostrój się do innego rodzaju interakcji ze światem. Brawo, Cal. Mądre rady dla dobrych ludzi. Seth Godin, autor To jest marketing!

Mam nadzieję, że każdy użytkownik smartfona, który zastanawiał się, gdzie mu się podziewa czas, będzie miał okazję przyswoić sobie koncepcje zawarte w tej książce. Zdumiewające, jak ta sama strategia może pomagać w osiągnięciu zarówno finansowego sukcesu, jak i psychicznej równowagi. Włóżcie więcej energii w to, co daje wam szczęście, i pozbądźcie się bezwzględnie wszystkiego, co go nie daje. Pete Adeney, czyli Mr. Money Mustache

Minimalizm polega na tym, że wiemy, co jest niezbędne. Cyfrowy minimalizm przenosi tę koncepcję do świata zdominowanego przez technologię. Jest to klucz do życia w skupieniu w coraz bardziej rozproszonym otoczeniu.

W swojej szczególnej, aktualnej i pobudzającej do myślenia książce autor Pracy głębokiej przedstawia oryginalną filozofię korzystania z nowych technologii.

Cyfrowi minimaliści są wokół nas. To ci spokojni, szczęśliwi ludzie, którzy potrafią prowadzić długie rozmowy bez ukradkowego zerkania na telefon. Zatopić się w lekturze ciekawej książki albo majsterkowaniu czy relaksującym porannym bieganiu. Umieją bawić się z przyjaciółmi i rodziną bez obsesyjnej potrzeby dokumentowania tego faktu. Potrafią zasięgnąć informacji o najważniejszych wydarzeniach, ale nie czują się przez nie przytłoczeni. Nie obawiają się, że coś ich omija, bo wiedzą, które zajęcia mają sens i zapewniają im satysfakcję.

Newport proponuje nazwę dla tego świadomego ruchu i przekonująco argumentuje, że jest on potrzebny w naszym nasyconym technologią świecie. Zdroworozsądkowe rozwiązania już nie wystarczają do odzyskania kontroli nad naszym technologicznym życiem. Próby całkowitego odłączenia wtyczki uniemożliwiane są przez oczekiwania rodziny, przyjaciół i pracodawców. Zamiast tego potrzebujemy starannie przemyślanej metody, by potrafić zadecydować, z jakich narzędzi korzystać, w jakich celach i na jakich warunkach.

Przytaczając szeroki wybór przykładów wziętych prosto z życia, począwszy od amiszy rolników, przez zabieganych rodziców, po programistów z Doliny Krzemowej, Newport opisuje wspólne praktyki cyfrowych minimalistów oraz stojące za nimi koncepcje. Pokazuje, jak na nowo układali swój stosunek do mediów społecznościowych, ponownie odkrywali przyjemności kryjące się w świecie offline i nawiązywali kontakt ze swoim wewnętrznym „ja”. Proponuje też strategie pozwalające włączyć te praktyki do codziennego życia, zaczynając od trzydziestodniowego procesu „cyfrowego odgracania”, który już pomógł tysiącom ludzi poradzić sobie z opanowaniem uczucia przytłoczenia i z odzyskaniem kontroli.

Technologia sama w sobie nie jest ani dobra, ani zła. Kluczem do korzystania z niej jest wspomaganie poprzez nią własnych celów i wartości, nie przyzwalając, by to ona wykorzystywała nas. Ta książka jest o tym, jak do tego dojść.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 303

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału: Digital Minimalism
Przekład: Anna Dorota Kamińska
Projekt okładki: MDESIGN Michał Duława
Redakcja:Dorota Śrutowska
Korekta:Zofia Kozik
Copyright © 2019 by Calvin C. Newport
All rights reserved. This edition published by arrangement with Portfolio, an imprint of Penguin Publishing Group, a division of Penguin Random House LLC.
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Studio EMKA Warszawa 2020
Wszelkie prawa, włącznie z prawem do reprodukcji tekstów w całości lub w części, w jakiejkolwiek formie – zastrzeżone.
Wydawnictwo Studio [email protected]
ISBN 978-83-66142-35-0
Skład i łamanie: www.pagegraph.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Dla Julie:

mojej partnerki, mojej muzy,

mojego głosu rozsądku

Wstęp

We wrześniu 2016 roku wpływowy bloger i komentator Andrew Sullivan napisał dla magazynu „New York” liczący 7000 słów esej zatytułowany Byłem istotą ludzką. Podtytuł brzmiał bardzo niepokojąco: „Nieskończone bombardowanie wiadomościami, plotkami i obrazami zrobiło z nas uzależnionych od informacji maniaków. Mnie złamało. Was też może złamać”.

Artykuł szeroko udostępniano. Muszę jednak przyznać, że kiedy pierwszy raz go czytałem, nie do końca pojąłem ostrzeżenie Sullivana. Jestem jednym z nielicznych członków mojego pokolenia, którzy nigdy nie mieli konta w mediach społecznościowych ani nie spędzają zbyt wiele czasu na surfowaniu po sieci. W rezultacie telefon odgrywa stosunkowo niewielką rolę w moim życiu – sam ten fakt stawia mnie na marginesie doświadczeń, których artykuł dotyczy. Innymi słowy, wiedziałem, że innowacje epoki internetu coraz mocniej wdzierają się w życie wielu osób, ale w duchu nie rozumiałem, co to oznacza. Dopóki wszystko nie uległo zmianie.

Wcześniej, w 2016 roku, opublikowałem książkę o tytule Praca głęboka. Dotyczyła ona niedocenianej wartości głębokiego skupienia i tego, jak orientacja świata na rozpraszające narzędzia komunikacyjne uniemożliwia ludziom wydajną pracę i osiąganie najlepszych rezultatów. Ponieważ moja książka znalazła czytelników, zacząłem coraz częściej otrzymywać od nich wiadomości. Niektórzy przesyłali je za pomocą komunikatorów, inni zaczepiali mnie na publicznych wystąpieniach. Zawsze powtarzało się to samo pytanie: Co z ich życiem osobistym? Zgadzali się z moimi argumentami dotyczącymi rozpraszania w biurze, jednak – jak wyjaśniali – bardziej niepokoiło ich to, jak nowe technologie wysysają znaczenie i satysfakcję z czasu spędzanego poza nim. To zwróciło moją uwagę i niespodziewanie wysłało na przyspieszony kurs o obietnicach i zagrożeniach nowoczesnego życia.

Prawie każdy, z kim rozmawiałem, wierzył w potęgę internetu oraz zgadzał się, że powinna to być siła wnosząca w życie wiele dobrego. Moi rozmówcy nie chcieli rezygnować z Map Google czy porzucać Instagrama, ale jednocześnie uważali, że ich związek z technologią nie może wyglądać tak jak teraz. Byli pewni, że jeżeli nic nie ulegnie zmianie w najbliższym czasie, oni także mogą się złamać, podobnie jak Sullivan.

W tych rozmowach o nowoczesnym cyfrowym życiu często powtarzało się słowo: wyczerpanie. Nie chodziło o to, że któraś konkretna aplikacja czy strona była szczególnie zła, jeśli rozważać ją samą w sobie. Jak wyjaśniało wiele osób, problemem był ogólny wpływ wielu różnych błyskotek, które nieustannie usiłowały przyciągnąć ich uwagę i manipulować ich nastrojem. Problem z tą intensywną aktywnością dotyczył nie tyle szczegółów, ile faktu, że coraz bardziej wymykała im się ona spod kontroli. Niewiele osób chce spędzać online aż tyle czasu, ale te narzędzia mają tendencję do uzależniania behawioralnego. Potrzeba sprawdzania Twittera czy odświeżenia Reddita staje się nerwowym odruchem, który rozbija czas na odłamki zbyt małe, by mogły podtrzymać koncentrację niezbędną dla celowego życia.

Jak odkryłem podczas dalszych badań – i na co podam argumenty w następnym rozdziale – część tych uzależniających własności jest przypadkowa (niewiele osób przewidziało, ile uwagi będzie trzeba poświęcać pisaniu wiadomości tekstowych), ale sporo jest jak najbardziej zamierzonych (kompulsywne używanie jest podstawą wielu biznesplanów dotyczących mediów społecznościowych). Jednak niezależnie od tego, w czym tkwi źródło, nieodparte przyciąganie ekranów sprawia, że ludzie mają wrażenie, iż wyrzekają się coraz większej części swojej autonomii, jeżeli chodzi o decydowanie o tym, na co skierować uwagę. Oczywiście nikt się nie zgadzał na taką utratę kontroli. Każdy pobierał aplikacje i zakładał konta, mając ku temu dobre powody, by potem odkryć ponurą ironię sytuacji – usługi te zaczynają podkopywać dokładnie te same wartości, które sprawiały, że usługi owe wydawały się atrakcyjne: dołączyło się do Facebooka, by zachować kontakt z przyjaciółmi na drugim końcu kraju, a w efekcie nie można nawet odbyć nieprzerwanej konwersacji z przyjacielem siedzącym po drugiej stronie stołu.

Poznałem także negatywne skutki nieograniczonej aktywności online dla dobrego samopoczucia psychicznego. Wiele osób, z którymi rozmawiałem, podkreślało zdolność mediów społecznościowych do manipulowania ich nastrojem. Nieustanny kontakt ze starannie kształtowanymi prezentacjami życia przyjaciół wywołuje u nich poczucie niższości – szczególnie w okresach, kiedy już i tak czują się nie najlepiej – a w świecie nastolatków tworzy okrutnie skuteczny sposób na publiczne wykluczenie.

Dodatkowo – co przejawiło się podczas wyborów prezydenckich w 2016 roku i ich następstw – dyskusje online wydają się przyspieszać przechodzenie ludzi w stronę nacechowanych emocjonalnie, wyczerpujących postaw ekstremalnych. Techno-filozof Jaron Lanier przekonująco argumentuje, że przewaga złości i oburzenia w sieci jest, w pewnym sensie, nieuniknioną cechą tego medium: na otwartym rynku uwagi mroczne emocje przyciągną więcej spojrzeń niż myśli pozytywne i konstruktywne. Dla intensywnych użytkowników internetu powtarzana interakcja z tym mrokiem może stać się źródłem negatywnych myśli i zachowań – to wysoka cena za uzależnienie od łączności, a wiele osób nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że ją płaci.

Przyjrzenie się temu niepokojącemu zbiorowi zagrożeń – od wyczerpującego i uzależniającego nadużywania narzędzi cyfrowych po ich zdolność do ograniczenia autonomii, zmniejszenia szczęścia, pobudzania mroczniejszych instynktów i odciągania od bardziej wartościowych zajęć – otworzyło mi oczy na to, jak niepewny związek łączy wielu z nas z technologiami, które zdominowały naszą kulturę. Innymi słowy, dało mi to znacznie lepsze zrozumienie tego, o co chodziło Andrew Sullivanowi, kiedy lamentował: „Kiedyś byłem istotą ludzką”.

Rozmowy z czytelnikami przekonały mnie, że wpływ technologii na osobiste życie ludzi warto zbadać dokładniej. Zabrałem się do poważniejszego zgłębienia tematu i pisania o nim, starając się zarówno lepiej pojąć jego kontury, jak i wyszukać rzadkie przykłady tych, którzy potrafią wydobyć z nowych technologii wielką wartość, nie tracąc przy tym kontroli[1].

Wśród pierwszych spraw, które stały się jasne przy tym badaniu, była konstatacja, że związki naszej kultury z narzędziami cyfrowymi komplikuje fakt mieszania przez nie szkód z korzyściami. Smartfony, wszechobecny bezprzewodowy internet, platformy cyfrowe łączące miliardy ludzi – to są triumfujące innowacje! Niewielu poważnych komentatorów uważa, że lepiej dla nas byłoby cofnąć się do wcześniejszej epoki technologicznej. Ale jednocześnie ludzie są zmęczeni wrażeniem, że stali się niewolnikami swoich urządzeń. Ta rzeczywistość tworzy pomieszany pejzaż emocjonalny – można cieszyć się swoją umiejętnością znajdowania inspirujących fotografii na Instagramie, a równocześnie niepokoić zdolnością tej aplikacji do wdzierania się w wieczorne godziny, które dawniej spędzaliśmy na rozmowach z przyjaciółmi lub czytaniu.

Najczęstsza odpowiedź na te komplikacje to sugestie niedużych hacków i pomysłów. Może gdyby przestrzegać cyfrowego szabasu, w nocy kłaść telefon z dala od łóżka albo wyłączyć powiadomienia i podjąć decyzję, by być uważniejszym, udałoby się zachować wszystkie te dobre rzeczy, które początkowo przyciągnęły nas do nowych technologii, a zminimalizować ich najgorsze skutki? Rozumiem, dlaczego takie podejście wydaje się atrakcyjne – uwalnia od konieczności podejmowania trudnych decyzji dotyczących cyfrowego życia – nie trzeba niczego rzucać, tracić jakichkolwiek korzyści, denerwować przyjaciół ani ponosić żadnych poważnych konsekwencji.

Jednak ci, którzy próbowali wprowadzić drobne poprawki, oparte na sile woli, poradach i niejasnych postanowienia, coraz jaśniej rozumieją, że one same w sobie nie wystarczą do okiełznania zdolności nowych technologii do wdzierania się w nasz pejzaż myślowy – ich uzależniająca natura i siła wspierających je nacisków kulturowych są zbyt potężne, by takie sposoby ad hoc odniosły skutek. Podczas pracy nad tym tematem nabrałem przekonania, że zamiast tego potrzebna jest pełna filozofia korzystania z technologii, zakorzeniona w naszych głębokich wartościach, dająca jasne odpowiedzi na pytania o to, z jakich narzędzi można korzystać i jak ich używać, a także – co jest równie ważne – umożliwiająca z przekonaniem ignorować wszystko inne.

Istnieje wiele filozofii, które mogą spełniać te cele. Na jednym krańcu znajdują się neoluddyści, którzy zalecają odrzucenie większości nowych technologii. Na przeciwległym krańcu mamy entuzjastów ruchu Quantified Self (Policzalne ja), którzy starannie integrują urządzenia cyfrowe ze wszystkimi aspektami swojego życia, aby zoptymalizować własną egzystencję. Jednak spośród różnych filozofii, które przestudiowałem, jedna wyróżniała się szczególnie jako najlepszy pomysł dla wszystkich, którzy chcą żyć jak najlepiej w aktualnej chwili technologicznego przeładowania. Nazywam ją minimalizmem cyfrowym, a opiera się ona na przekonaniu, że mniej może znaczyć więcej (less can be more) w naszym związku z cyfrowymi narzędziami.

Ten pomysł to nic nowego. Długo przed tym, gdy Henry David Thoreau wykrzyknął: „Prostota, prostota i jeszcze raz prostota”, Marek Aureliusz pytał: „Widzisz, jak nieliczne są rzeczy, dzięki którym człowiek (...) potrafi przeżyć życie płynące dobrym nurtem i na wzór boski?”. Minimalizm cyfrowy adaptuje tę klasyczną myśl do roli, jaką technologia odgrywa w naszym współczesnym życiu. Wpływ tego prostego dostosowania może być jednak ogromny. W tej książce znajdziecie wiele przykładów minimalistów cyfrowych, którzy doświadczyli ogromnych, pozytywnych zmian dzięki temu, że bezlitośnie ograniczyli czas bycia online, by skupić się na mniejszej liczbie działań o wysokiej wartości. Ponieważ minimaliści cyfrowi spędzają znacznie mniej czasu podłączeni do internetu niż ludzie ich otaczający, łatwo uznać ten styl życia za ekstremalny, ale minimaliści protestowaliby, twierdząc, że jest odwrotnie: ekstremalne jest to, ile czasu wszyscy inni poświęcają na wpatrywanie się w ekrany. Kluczem do najlepszego życia w naszym technologicznym świecie – jak odkryli – jest spędzanie znacznie mniej czasu na korzystaniu z technologii.

Celem tej książki jest uzasadnienie minimalizmu cyfrowego, szczegółowe zanalizowanie tego, o co pyta i dlaczego działa, a następnie nauczenie was, jak przyjąć tę filozofię, jeżeli uznacie, że wam odpowiada.

Aby to zrobić, podzieliłem książkę na dwie części. W części pierwszej opisuję filozoficzne podstawy minimalizmu cyfrowego, zaczynając od dokładnego przyjrzenia się siłom, które coraz bardziej utrudniają ludziom cyfrowe życie. Podaję także argumenty za tym, że jest on właściwym rozwiązaniem problemów związanych ze współczesną technologią.

Część pierwsza kończy się wprowadzeniem do sugerowanej przez mnie metody przyjmowania tej filozofii: cyfrowego odgracania. Jak twierdzę, konieczne są zdecydowane działania, by doprowadzić do fundamentalnej zmiany naszych stosunków z technologią. Cyfrowe odgracanie umożliwia taką właśnie reakcję.

Proces ten wymaga odejścia od tych działań online, które nie są konieczne, na trzydzieści dni. Przez ten czas przerwiecie cykl uzależnienia, które jest wywoływane przez wiele narzędzi cyfrowych, i zaczniecie na nowo odkrywać analogowe czynności, które przynoszą wam większą satysfakcję. Będziecie chodzić na spacery, rozmawiać osobiście z przyjaciółmi, angażować się w życie swojej społeczności, czytać książki i wpatrywać w chmury. Co najważniejsze, odgracanie da wam przestrzeń na lepsze zrozumienie rzeczy, które mają dla was największą wartość. Po upływie trzydziestu dni dodacie z powrotem niewielką liczbę starannie wybranych aktywności online, które waszym zdaniem będą ogromnie korzystne dla cenionych przez was rzeczy. Następnie będziecie się starać uczynić te celowo dobrane działania podstawą waszego życia online – odrzucając większość pozostałych rozpraszających zachowań, które dzieliły wasz czas na drobne kawałki i przyciągały uwagę. Odgracanie działa jak radykalny reset: rozpoczynacie proces jako zagoniony maksymalista, a kończycie jako celowy minimalista.

W ostatnim rozdziale pierwszej części pomogę wam rozpocząć własne cyfrowe odgracanie. Będę przy tym intensywnie czerpał z eksperymentu, który przeprowadziłem na początku zimy 2018 roku, w którym ponad 1600 osób zgodziło się na przeprowadzenie pod moim przewodnictwem cyfrowych porządków i opowiedziało o swoich doświadczeniach. Usłyszycie ich opowieści i dowiecie się, jakie strategie okazały się dla nich najodpowiedniejsze, a także na jakie pułapki natrafili, których wy możecie uniknąć.

W drugiej części książki uważnie przyjrzę się pewnym pomysłom, które pomogą wam prowadzić zrównoważone życie zgodne z zasadami cyfrowego minimalizmu. Zbadam takie sprawy, jak znaczenie samotności i konieczność wartościowego odpoczynku jako alternatywy dla czasu, który teraz zazwyczaj poświęcamy na bezmyślne korzystanie z urządzeń. Proponuję i uzasadniam twierdzenie – być może kontrowersyjne – że wasze związki wzmocnią się, jeżeli przestaniecie klikać „Lubię to” albo zostawiać komentarze pod postami w mediach i powstrzymacie się od natychmiastowego odpowiadania na wiadomości tekstowe. Opisuję także ruch oporu przeciw rozpraszaniu uwagi (attention resistance) – luźno zorganizowany ruch jednostek, które korzystają z narzędzi high-tech i ścisłych procedur, aby wydobyć maksymalną wartość z produktów gospodarki cyfrowej, a jednocześnie unikają stania się ofiarami ich nałogowego użytkowania.

Każdy rozdział części drugiej kończy się zbiorem praktyk – czyli konkretnych działań zaprojektowanych tak, by pomóc wam wprowadzić w życie najważniejsze pomysły z danego rozdziału. Początkujący minimalista może traktować praktyki opisane w części drugiej jak skrzynkę z narzędziami. Wspomoże ona jego wysiłek, by zbudować minimalistyczny styl życia odpowiadający jego konkretnym warunkom.

W Waldenie Thoreau pisze: „Większość ludzi prowadzi życie w cichej rozpaczy”. Znacznie rzadziej cytowana jest optymistyczna odpowiedź w następnym akapicie: „Aczkolwiek ich zdaniem stało się tak z braku wyboru. Czujne i zdrowe natury jednak pamiętają, że słońce wstało jasne. Nigdy nie jest za późno, aby się wyzbyć przesądów”.

Nie możemy być w tak bliskim związku z technologiami, jak dzieje się to w naszym hiperpołączonym świecie. Doprowadza nas on nas coraz bliżej cichej rozpaczy, którą Thoreau zauważył tyle lat temu. Jednak „słońce wstało jasne” i nadal mamy możliwość zmiany stanu rzeczy.

Zrobimy to, gdy nie będziemy pasywnie pozwalać, aby szalona mieszanina narzędzi, rozrywek i rozpraszaczy uwagi, jakie daje epoka internetu, dyktowała, jak mamy spędzić czas czy jak się czuć. Musimy aktywnie działać, by wydobyć z cyfrowych technologii to, co dobre, a uniknąć tego, co złe. Potrzebujemy filozofii, która pozwoli, aby to nasze aspiracje i wartości określały codzienne doświadczenia, a przy tym zdetronizuje prymitywne zachcianki oraz modele biznesowe rodem z Doliny Krzemowej, odgrywające aktualnie dominującą rolę; filozofii akceptującej tylko te nowe technologie, których ceną nie jest dehumanizacja, przed którą ostrzegał Andrew Sullivan; filozofii, która stawia długotrwałe znaczenie ponad chwilową satysfakcję.

Innymi słowy, takiej filozofii jak cyfrowy minimalizm.

CZĘŚĆ 1

Podstawy

1

Nierówny wyścig zbrojeń

Na to się nie pisaliśmy

Pamiętam, kiedy pierwszy raz zetknąłem się z Facebookiem: wiosną 2004 roku. Byłem na ostatnim roku studiów i zauważyłem, że coraz więcej moich znajomych zaczyna mówić o stronie zwanej thefacebook.com. Pierwszą osobą, która pokazała mi profil na Facebooku, była Julie, wtedy moja dziewczyna, dzisiaj żona.

– Moje główne wspomnienie jest takie, że to była nowość – powiedziała mi niedawno. – Sprzedano nam to jako wirtualną wersję papierowej księgi pierwszego roku, przydatną do sprawdzania chłopaków i dziewczyn naszych znajomych.

Kluczowym słowem w tym wspomnieniu jest nowość. Facebook nie pojawił się w naszym świecie z obietnicą radykalnej transformacji rytmów naszego życia towarzyskiego i społecznego – był po prostu jedną z wielu ciekawostek. Wiosną 2004 roku moi znajomi, którzy założyli konta na thefacebook.com, niemal z pewnością spędzali znacznie więcej czasu na graniu w Snooda (gra w stylu Tetris, wówczas z niewytłumaczalnych przyczyn bardzo popularna) niż na poprawianiu swoich profili czy zaczepianiu wirtualnych znajomych.

– To było interesujące – podsumowała Julie – ale z pewnością nie wydawało się, że będziemy temu poświęcać zbyt wiele czasu.

Trzy lata później Apple wypuścił na rynek iPhone’a, rozpoczynając rewolucję komórkową. Jednak wiele osób zapomina, że „rewolucja” obiecywana przez firmę była znacznie skromniejsza niż jej ostateczny skutek. W dzisiejszej rzeczywistości smartfony przekształciły sposób, w jaki ludzie postrzegają świat, zapewniając permanentne podłączenie do wiecznie aktywnej matrycy pełnej gadania i odciągaczy uwagi. W styczniu 2007 roku, kiedy Steve Jobs zademonstrował iPhone’a w czasie swojej słynnej przemowy w Macworld, wizja ta była dużo bardziej ograniczona.

Jedną z najważniejszych zalet ówczesnego iPhone’a był fakt, że integrował iPoda z komórką, dzięki czemu nie było konieczne noszenie w kieszeni dwóch oddzielnych urządzeń. (Z pewnością pamiętam, że to właśnie pomyślałem na temat korzyści z iPhone’a, kiedy go po raz pierwszy pokazano). Kiedy Jobs demonstrował iPhone’a na scenie w trakcie swojego wystąpienia, przez pierwszych osiem minut pokazywał cechy związane z mediami, konkludując: „To najlepszy iPod, jaki kiedykolwiek zrobiliśmy!”.

Kolejną zasadniczą zaletą tego urządzenia, gdy je wprowadzano na rynek, były liczne sposoby, na jakie doskonaliło rozmowy telefoniczne. Wtedy było wielką sprawą, że Apple zmusił AT&T do udostępnienia systemu poczty głosowej, by umożliwić lepszy interface z iPhone’em. Na scenie Jobs także był wyraźnie zachwycony łatwością, z jaką mógł przewijać numery telefonów, jak również faktem, że przyciski pojawiały się na ekranie i nie musiały istnieć w fizycznej, plastikowej wersji.

„Najlepsze zastosowanie to rozmowy telefoniczne” – wykrzyknął Jobs podczas swojej przemowy, spotykając się z aplauzem. Dopiero gdy minęły trzydzieści trzy minuty tej słynnej prezentacji, doszedł do takich cech, jak udoskonalone wiadomości tekstowe i dostęp do internetu, które dzisiaj dominują wśród sposobów, w jakie korzystamy z tych urządzeń.

Aby potwierdzić, że ta ograniczona wizja nie była tylko wypadkiem przy pisaniu scenariusza wystąpienia Jobsa, rozmawiałem z Andym Grignonem, który należał do zespołu tworzącego pierwszego iPhone’a. „To miał być iPod, z którego da się dzwonić – potwierdził. – Naszą główną misją było urządzenie, które odtwarza muzykę i dzwoni”. Jak mi Grignon następnie wytłumaczył, Steve Jobs początkowo nie zgadzał się z pomysłem, że iPhone może stać się bardziej wszechstronnym komputerem, na którym działać będzie szereg aplikacji tworzonych przez strony trzecie. „Jak tylko pozwolimy jakiemuś przygłupiemu programiście napisać jakiś kod, który wszystko zawiesi – Jobs powiedział kiedyś Grignonowi – w tej samej chwili ktoś będzie dzwonił na 911”.

Kiedy w 2007 roku rozpoczęto sprzedaż iPhone’ów, nie było żadnego App Store, powiadomień z mediów społecznościowych, szybko robionych zdjęć na Instagrama, żadnego powodu, by podczas kolacji kilkanaście razy ukradkiem zerkać w dół – a Steve’owi Jobsowi to wcale nie przeszkadzało, ani milionom ludzi, którzy wtedy kupili swój pierwszy smartfon. Podobnie jak w przypadku wczesnych użytkowników Facebooka, niewiele osób mogło przewidzieć, jak bardzo zmieni się nasz związek z tym lśniącym, nowym narzędziem w ciągu kolejnych lat.

Powszechnie przyjmuje się, że nowe technologie, jak media społecznościowe i smartfony, diametralnie zmieniły nasze życie w XXI wieku. Jest wiele sposobów na zilustrowanie tej zmiany. Uważam, że krytyk społeczny Laurence Scott robi to bardzo skutecznie, gdy opisuje nowoczesną, hiperpołączoną egzystencję jako taką, w której „moment może wydawać się dziwnie bezbarwny, jeżeli istnieje tylko sam dla siebie”.

Jednak sednem powyższych obserwacji jest podkreślenie czegoś innego, o czym wiele osób zapomina – że zmiany te, oprócz bycia wielkimi i transformacyjnymi, były także nieoczekiwane i nieplanowane. Student, który założył konto na thefacebook.com w 2004 roku, by znaleźć kolegów z roku, pewnie nie przewidywał, że dzisiejszy użytkownik będzie spędzał w mediach społecznościowych i powiązanych z nimi komunikatorach średnio około dwóch godzin dziennie, a połowę tego czasu poświęci samym tylko produktom Facebooka. Podobnie wielbiciel technologii, który w 2007 roku wziął do ręki iPhone’a ze względu na jego możliwości odtwarzania muzyki, nie byłby zachwycony, słysząc, że w ciągu dekady będzie obsesyjnie sprawdzał to urządzenie osiemdziesiąt pięć razy dziennie – „funkcja”, której, jak wiemy, Steve Jobs w ogóle nie brał pod uwagę, szykując swoje słynne wystąpienie.

Zmiany te wzięły nas z zaskoczenia i nadeszły szybko, zanim zdążyliśmy nabrać trochę dystansu i zadać sobie pytanie, czego naprawdę oczekujemy od szybkiego postępu ostatniej dekady. Dodaliśmy nowe technologie do peryferii naszego doświadczenia z niezbyt istotnych powodów, a potem pewnego ranka obudziliśmy się, by stwierdzić, że skolonizowały one centrum naszego codziennego życia. Innymi słowy, nie pisaliśmy się na cyfrowy świat, w którym aktualnie tkwimy – wydaje się, że wpadliśmy na niego przypadkiem, tyłem.

Ten niuans jest często pomijany w naszej kulturowej konwersacji dotyczącej narzędzi cyfrowych. Z mojego doświadczenia wynika, że kiedy publicznie omawiane są niepokoje dotyczące nowych technologii, technoapologeci szybko oponują, kierując dyskusję z powrotem w stronę użyteczności – na przykład demonstrując studia przypadku, gdy z trudem usiłujący się przebić artysta znalazł publiczność dzięki mediom społecznościowym[2] lub WhatsApp łączy żołnierza na misji z jego rodziną w domu. Mogą ją zakończyć wnioskiem, że nie można odrzucać tych technologii jako bezużytecznych – to taktyka, która zazwyczaj skutecznie zamyka dyskusję.

Technoapologeci mają rację, ale jednocześnie źle rozumieją problem. Postrzegana użyteczność narzędzi cyfrowych nie jest powodem naszego rosnącego niepokoju. Jeżeli zapytamy przeciętnego użytkownika mediów społecznościowych, dlaczego na przykład używa Facebooka, Instagrama albo Twittera, udzieli nam rozsądnej odpowiedzi. Zapewne każda z tych usług oferuje mu coś użytecznego, co trudno byłoby znaleźć gdzie indziej: chociażby możliwość oglądania na bieżąco zdjęć dzieci rodzeństwa albo korzystanie z hashtaga, by obserwować nowy, rozwijający się ruch społeczny.

Źródła naszego niepokoju nie da się dostrzec w tych cieniutkich przekrojach prezentujących poszczególne przypadki – staje się ono widoczne dopiero wtedy, gdy spojrzy się szerzej na rzeczywistość i na to, jak technologie – jako całość – zdołały wyjść poza niewielkie role, które im początkowo wyznaczaliśmy. Coraz bardziej decydują o tym, jak się zachowujemy i co czujemy, i jakoś skłaniają nas, byśmy z nich korzystali więcej, niż wydaje nam się zdrowe, często kosztem innych czynności, które uważamy za bardziej wartościowe. Innymi słowy, niepokoi nas poczucie utraty kontroli – uczucie, które powtarza się na kilkanaście sposobów każdego dnia, na przykład kiedy zaglądamy do telefonu podczas kąpieli dziecka albo tracimy zdolność do cieszenia się miłą chwilą bez obsesyjnej potrzeby udokumentowania jej dla wirtualnej publiczności.

Tu nie chodzi o użyteczność, a o autonomię.

Oczywistym następnym pytaniem jest pytanie o to, jak właściwie wplątaliśmy się w ten bałagan. Z mojego doświadczenia wynika, że osoby, u których występują problemy z online’ową częścią życia, nie mają słabej woli ani nie są głupie. Są to ludzie z dobrze rozwijającą się karierą, ciężko pracujący studenci, kochający rodzice. Zorganizowani i przyzwyczajeni do realizacji trudnych celów. A jednak aplikacje i strony wołające zza ekranu telefonu i tabletu – wyjątek pośród tylu pokus, którym się codziennie opieramy – z powodzeniem i niezdrowo wykraczają poza role, jakie im przyznaliśmy.

Spora część odpowiedzi na pytanie, jak to się stało, mówi, że wiele spośród tych nowych narzędzi nie jest nawet z daleka tak niewinne, jak się początkowo wydaje. Ludzie nie ulegają ekranom dlatego, że są leniwi, ale z tego powodu, że zainwestowano miliardy dolarów w to, by taki efekt był nieunikniony. Wspomniałem wcześniej, że w cyfrowe życie wpadliśmy przypadkiem i tyłem, nie pisaliśmy się na nie. Jak wyjaśnię potem, bliższe prawdy jest chyba powiedzenie, że zostaliśmy w nie wepchnięci przez firmy produkujące urządzenia i przez konglomeraty gospodarki uwagi, które odkryły, że można robić wielkie fortuny na kulturze zdominowanej przez gadżety i aplikacje.

Farmerzy tytoniu w T-shirtach

Bill Maher kończy każdy odcinek swojego programu na HBO, Real Time, monologiem. Tematy są zazwyczaj polityczne. Jednak inaczej było 12 maja 2017 roku, kiedy Maher spojrzał w kamerę i powiedział:

Potentaci mediów społecznościowych muszą przestać udawać, że są przyjaznymi bóstwami nerdów, budującymi lepszy świat, i przyznać, że są tylko farmerami tytoniu w T-shirtach, sprzedającymi uzależniający produkt dzieciom. Bo spójrzmy prawdzie w oczy, sprawdzanie swoich „lajków” to nowa wersja palenia.

Niepokój Mahera dotyczący mediów społecznościowych wywołał odcinek programu 60 Minutes, wyświetlony miesiąc wcześniej. Był zatytułowany Hakowanie mózgu (Brain Hacking) i rozpoczynał się wywiadem przeprowadzanym przez Andersona Coopera ze smukłym, rudowłosym inżynierem ze starannie utrzymanym krótkim zarostem, popularnym wśród młodych mężczyzn z Doliny Krzemowej. Nazywał się Tristan Harris, kiedyś założył start-up, potem był pracującym dla Google’a inżynierem, który wydobył się z głębokiej koleiny stworzonej przez świat technologii, by zostać kimś znacznie rzadszym w tym zamkniętym środowisku: sygnalistą.

– To jest jednoręki bandyta – mówi Harris na początku wywiadu, unosząc smartfona.

– W jakim sensie? – pyta Cooper.

– Za każdym razem, kiedy sprawdzam telefon, to jakbym grał w jednorękiego bandytę, żeby zobaczyć, co dostałem – odpowiada Harris. – Istnieje cały podręcznik technik stosowanych [przez firmy technologiczne], żeby zmusić cię do używania produktu najdłużej, jak się da.

– Czy w Dolinie Krzemowej programują aplikacje, czy programują ludzi? – pyta Cooper.

– Programują ludzi – mówi Harris. – Zawsze jest ta narracja, że technologia jest neutralna. I że od nas zależy, jak jej używamy. To po prostu nieprawda...

– Technologia nie jest neutralna? – przerywa Cooper.

– Nie jest neutralna. Chcą, żebyśmy z niej korzystali na konkretne sposoby i długo. Bo na tym zarabiają.

Bill Maher uważał, że wywiad z Harrisem brzmi znajomo. Kiedy puścił jego fragment swojej publiczności na HBO, zapytał: „Gdzie ja to już słyszałem?”. Potem przeszedł do słynnego wywiadu przeprowadzonego w 1995 roku przez Mike’a Wallace’a z Jeffreyem Wigandem – sygnalistą, który potwierdził to, co świat w znacznej mierze już podejrzewał: że wielkie firmy tytoniowe produkowały papierosy tak, żeby były bardziej uzależniające.

– Philip Morris chciał tylko waszych płuc – podsumowuje Maher. – App Store chce waszej duszy.

* * *

Przemiana Harrisa w sygnalistę jest wyjątkowa także dlatego, że jego wcześniejsze życie było całkowicie normalne, według standardów Doliny Krzemowej. Harris, który w chwili pisania tej książki ma około trzydziestu pięciu lat, wychował się w Bay Area. Jak wielu inżynierów, wyrastał, hakując swojego Macintosha i pisząc kody. Poszedł na Stanford studiować informatykę, a po zrobieniu licencjatu rozpoczął studia magisterskie, pracując jednocześnie w słynnym Persuasive Technology Lab B.J. Fogga – które bada, jak używać technologii, by zmieniać ludzki sposób myślenia i działania. W Dolinie Krzemowej Fogg znany jest jako twórca milionerów – to aluzja do licznych osób, które przeszły przez jego laboratorium, a potem zastosowały to, czego się nauczyły, by budować lukratywne start-upy technologiczne (do tej grupy należy, wśród innych luminarzy dot-comów, współzałożyciel Instagrama Mike Krieger). Idąc tą dobrze wydeptaną ścieżką, Harris, kiedy już wystarczająco wykształcił się w sztuce rozumienia interakcji umysłu z urządzeniami, porzucił studia magisterskie, by założyć Apture – start-up technologiczny wykorzystujący fakty wyświetlane w formie pop-up, by wydłużyć czas spędzany przez ludzi na stronach internetowych.

W 2011 roku Google zakupił Apture, a Harris został zatrudniony w zespole obsługującym skrzynkę odbiorczą Gmail. To w Google, pracując przy produktach mających wpływ na zachowanie setek milionów ludzi, zaczął się niepokoić. Po otwierającym umysł przeżyciu na festiwalu Burning Man, robiąc ruch jak ze scenariusza Camerona Crowe’a, napisał liczący 144 slajdy manifest zatytułowany A Call to Minimize Distraction & Respect Users’ Attention (Wezwanie do minimalizacji rozpraszania oraz do szacunku dla uwagi użytkowników). Harris wysłał manifest do małej grupki przyjaciół z Google’a. Szybko rozszedł się on między tysiącami ludzi w firmie, trafił także do jednego z dyrektorów zarządzających, Larry’ego Page’a, który wezwał Harrisa na spotkanie, by omówić jego śmiałe pomysły. Page powołał Harrisa na nowo wymyślone stanowisko filozofa produktu (product philosopher).

Ale potem niewiele się zmieniło. W 2016 roku w artykule w „The Atlantic” Harris przypisywał brak zmian „inercji” organizacji i brakowi jasności co do tego, czego się właściwie domagał. Główne źródło tarcia było oczywiście z pewnością prostsze: minimalizacja rozproszeń i szacunek dla uwagi użytkownika ograniczyłyby przychody firmy. Obsesyjne użytkowanie sprzedaje się, o czym Harris mówi teraz, twierdząc, że gospodarka uwagi skłania firmy takie jak Google do „wyścigu do dna”.

Harris odszedł więc z pracy, założył organizację non profit Time Well Spent (Dobrze spędzony czas), której misją było domaganie się technologii, która „służy nam, nie reklamie”, i upublicznił swoje ostrzeżenia o tym, do czego mogą się posunąć firmy technologiczne, by „przejąć” nasze umysły. W Waszyngtonie, DC, gdzie mieszkam, doskonale wiadomo, że największe skandale polityczne to te, które potwierdzają coś negatywnego, co większość ludzi i tak już podejrzewała. Być może wyjaśnia to szum, jaki powitał rewelacje Harrisa. Niedługo po upublicznieniu wszystkiego znalazł się na okładce „The Atlantic”, udzielił wywiadów w 60 Minutes i PBS NewsHour, został także od razu poproszony o wygłoszenie TED talk. Przez lata ci z nas, którzy narzekali na pozorną łatwość, z jaką ludzie stawali się niewolnikami swoich smartfonów, zbywani byli jako panikarze. Jednak potem pojawił się Harris i potwierdził to, co wielu już dawno podejrzewało: te aplikacje i strony nie były tylko – jak to ujął Bill Maher – prezentami od „bogów nerdów budujących lepszy świat”. Zamiast tego zaprojektowano jednorękich bandytów do wsadzenia nam do kieszeni.

Harris miał odwagę cywilną, by ostrzec nas przed niebezpieczeństwem ukrytym w naszych urządzeniach. Jeżeli jednak chcemy zablokować ich najgorsze skutki, musimy lepiej zrozumieć, jak to się dzieje, że tak łatwo potrafią unicestwić plany dotyczące naszego życia. Na szczęście, jeżeli chodzi o ten cel, mamy dobrego przewodnika. Okazało się, że w tych samych latach, gdy Harris walczył z etycznymi skutkami uzależniającej technologii, młody wykładowca marketingu z NYU zwrócił uwagę na to, jak właściwie działa to całe technouzależnienie.

* * *

Przed rokiem 2013 Adam Alter niespecjalnie interesował się technologią jako przedmiotem badań. Jako wykładowca biznesu, z doktoratem z psychologii społecznej z Princeton, zgłębiał inne kwestie – jak cechy otaczającego nas świata wpływają na nasze myśli i zachowanie.

Na przykład w swoim doktoracie badał sprawę tego, jak przypadkowe powiązania między jednym a drugim człowiekiem mogą wpływać na ich wzajemne uczucia. „Jeżeli odkryjesz, że masz tę samą datę urodzin jak ktoś inny, kto zrobił coś strasznego – wyjaśnił mi Alter – nienawidzisz go jeszcze bardziej, niż gdybyś tej informacji nie miał”.

W swojej pierwszej książce, Drunk Tank Pink, skatalogował liczne podobne przypadki, w których pozornie nieistotne czynniki środowiskowe powodowały duże zmiany w zachowaniu. Jej tytuł odnosi się do badania, które wykazało, że agresywni pijani więźniowie z więzienia marynarki wojennej w Seattle wyraźnie się uspokajali po spędzeniu zaledwie piętnastu minut w celi pomalowanej na szczególny odcień jaskrawego różu (pepto-bismol pink), tak samo jak kanadyjscy uczniowie, jeżeli lekcje odbywały się w sali o ścianach tego koloru. Książka ujawnia również, że zdjęcie w czerwonej koszuli umieszczone na profilu randkowym wzbudzi znacznie większe zainteresowanie niż w ubraniu o jakimkolwiek innym kolorze i że im łatwiejsze do wymówienia jest czyjeś imię, tym szybszy awans w branży prawniczej.

Tym, co sprawiło, że rok 2013 stał się punktem zwrotnym w karierze Altera, był lot przez cały kraj, z Nowego Jorku do Los Angeles. „Miałem wielkie plany, że trochę pośpię, a trochę popracuję – powiedział mi. – Ale kiedy samolot kołował na pas startowy, zacząłem grać na telefonie w prostą grę strategiczną zwaną 2048. Kiedy lądowaliśmy sześć godzin później, wciąż w nią grałem”.

Po wydaniu Drunk Tank Pink Alter zaczął poszukiwać nowego tematu – a poszukiwania te wciąż doprowadzały go do podstawowego pytania: „Jaki jest najważniejszy czynnik kształtujący dzisiaj nasze życie?”. Jego doświadczenie z obsesyjną grą przez cały sześciogodzinny lot nagle przyniosło jasną odpowiedź: nasze ekrany.

Oczywiście wtedy inni także zadawali już krytyczne pytania na temat naszego pozornie niezdrowego związku z nowymi technologiami, jak smartfony i gry wideo, ale Altera odróżniała od nich znajomość psychologii. Zamiast podejść do sprawy jako do zjawiska kulturowego, skupił się na jej psychologicznych korzeniach. Ta nowa perspektywa nieuchronnie i jednoznacznie poprowadziła Altera w niepokojącym kierunku: nauki o uzależnieniach.

* * *

Dla wielu osób „uzależnienie” to słowo straszak. W kulturze popularnej przywołuje obrazy narkomanów kradnących biżuterię matkom. Jednak dla psychologa uzależnienie to przejrzysta definicja pozbawiona tych szokujących elementów. Oto reprezentatywny przykład:

Uzależnienie to stan, w którym człowiek angażuje się w użytkowanie substancji lub w zachowanie, których działanie nagradzające zapewnia silną motywację do ponawiania zachowania, pomimo skutków negatywnych.

Do niedawna zakładano, że uzależnienie dotyczy tylko alkoholu lub narkotyków: substancji zawierających składniki psychoaktywne, mogące bezpośrednio zmieniać chemię mózgu. Jednak kiedy wiek XX przeszedł w XXI, coraz szerzej zakrojone badania sugerowały, że zachowania nieobejmujące spożywania takich substancji też mogą być uzależniające w technicznym znaczeniu określonym powyżej. Na przykład ważne badanie, którego wyniki ogłoszono w 2010 roku w „American Journal of Drug and Alcohol Abuse”, zakończyło się wnioskiem, że „coraz więcej dowodów wskazuje na to, że uzależnienia behawioralne pod wieloma względami przypominają uzależnienia od substancji”. Artykuł wskazuje na patologiczny hazard oraz uzależnienie od internetu jako dwa szczególnie dobrze poznane przykłady tych zaburzeń. Kiedy Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne opublikowało w 2013 roku piąte wydanie podręcznika z klasyfikacją zaburzeń psychicznych Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders (DSM-5), po raz pierwszy zawierał on uzależnienia behawioralne jako dający się zdiagnozować problem.

I tu dochodzimy z powrotem do Adama Altera. Po przejrzeniu literatury psychologicznej i przeprowadzeniu rozmów z odpowiednimi osobami ze świata technologii dwie sprawy stały się dla niego jasne. Po pierwsze, że nowe technologie szczególnie dobrze nadają się do wspierania uzależnień behawioralnych. Alter przyznaje, że uzależnienia behawioralne powiązane z technologią są zazwyczaj „umiarkowane” w porównaniu z silnymi chemicznymi uzależnieniami, jakie powodują narkotyki czy papierosy. Jeżeli zmuszę kogoś do odstawienia Facebooka, raczej nie będzie miał poważnych objawów odwykowych i nie będzie próbował wymykać się nocami do kafejki internetowej po działkę. Jednak uzależnienia te nadal mogą być szkodliwe dla dobrego samopoczucia. Może nie trzeba się skradać, by wejść na Facebooka, ale jeżeli od aplikacji dzieli nas tylko jedno dotknięcie ekranu znajdującego się w kieszeni telefonu, umiarkowane uzależnienie behawioralne sprawi, że trudno będzie się oprzeć pokusie sprawdzania konta raz za razem przez cały dzień.

Druga rzecz, którą Alter dostrzegł dzięki badaniom, jest jeszcze bardziej niepokojąca. Jak ostrzegał Tristan Harris, bardzo często uzależniające właściwości nowych technologii nie są przypadkowe – przeciwnie, zostały starannie zaprojektowane i wmontowane.

Z wniosków psychologa wynika następujące pytanie: „Co konkretnie sprawia, że nowe technologie tak się nadają do wspierania uzależnień behawioralnych?”. W książce z 2017 roku, Irresistible, opisującej jego studia nad tym tematem, Alter bada różne „składniki”, które powodują, że technologia może z łatwością zająć nasz umysł i promować niezdrowe użytkowanie. Chcę się skupić na dwóch siłach opisanych w tej analizie, które nie tylko wydają się szczególnie istotne dla naszej dyskusji, ale też – jak się niedługo dowiecie – regularnie pojawiają się w moich badaniach na temat tego, jak firmy technologiczne wspierają uzależnienia behawioralne: nieregularnym wzmocnieniem pozytywnym orazpragnieniem aprobaty społecznej.

Nasze umysły są bardzo podatne na te siły. To ważne, bo wiele aplikacji i stron, które skłaniają ludzi do obsesyjnego sprawdzania smartfonów i otwierania zakładek w przeglądarce, często je wykorzystuje, by nie można było się im oprzeć. Aby to zrozumieć, krótko je omówmy.

* * *

Zacznijmy od pierwszej siły: nieregularnego wzmocnienia pozytywnego. Od czasów słynnych eksperymentów Michaela Zeilera z dziobiącymi gołębiami z lat siedemdziesiątych uczeni wiedzą, że nagrody dawane z nieprzewidywalną częstotliwością są dużo bardziej kuszące niż wręczane w przewidywalnym rytmie. W nieprzewidywalności jest coś, co powoduje wydzielanie większych ilości dopaminy – kluczowego neuroprzekaźnika regulującego nasze pragnienie. W oryginalnym eksperymencie Zeilera gołębie dziobały przycisk, co czasami prowadziło do otrzymania kulki pokarmu. Jak zauważa Adam Alter, to samo podstawowe działanie replikują przyciski reakcji zwykle towarzyszące postom w mediach społecznościowych, odkąd Facebook wprowadził w 2009 roku ikonkę „Lubię to” („Like”).

„Trudno jest przesadzić, omawiając, jak bardzo przycisk «Lubię to» zmienił psychologię korzystania z Facebooka – pisze Alter. – To, co zaczęło się jako pasywny sposób obserwacji życia przyjaciół, stało się nagle głęboko interaktywne, a informacja zwrotna była dokładnie tak samo nieprzewidywalna jak to, co motywowało gołębie Zeilera”. Alter opisuje następnie użytkowników, którzy uprawiają „hazard” za każdym razem, gdy coś publikują na platformie mediów społecznościowych: Czy dostaną „lajki” (albo serduszka, albo retweety), a może nie otrzymają żadnej informacji zwrotnej? To pierwsze powoduje coś, co jeden z inżynierów z Facebooka nazywa „jasnym zalewem pseudoprzyjemności”, a drugie jest nieprzyjemne. Tak czy inaczej, wynik trudno jest przewidzieć, a to – jak nas uczy psychologia uzależnień – sprawia, że publikowanie i sprawdzanie postów staje się niezwykle kuszące.

Informacje zwrotne w mediach społecznościowych nie są jednak jedyną działalnością online, którą charakteryzuje ta nieprzewidywalna nagroda. Wiele osób doświadczyło innego zjawiska: odwiedziło jakąś stronę z treścią w konkretnym celu – na przykład weszło na stronę gazety w celu sprawdzenia prognozy pogody – a pół godziny później zorientowało się, że nadal bezmyślnie klika na linki, przechodząc od jednego nagłówka do drugiego. To zachowanie także może wywołać nieprzewidywalne wzmocnienie: większość artykułów okazuje się nieciekawa, ale raz na jakiś czas trafimy na taki, który wywoła silne emocje – czy to słuszny gniew, czy śmiech. Każde kliknięcie na ciekawy tytuł czy intrygujący link otwarty w nowej karcie to kolejne metaforyczne pociągnięcie za wajchę jednorękiego bandyty.

Firmy technologiczne oczywiście dostrzegają potęgę przyciągania nieregularnego wzmocnienia pozytywnego i dostosowują odpowiednio swoje produkty, by uczynić je jeszcze atrakcyjniejszymi. Jak to wyjaśnia sygnalista Tristan Harris: „Aplikacje i strony dodają nieregularne, zmienne nagrody do wszystkich swoich produktów, bo to dobre dla biznesu”. Przyciągające uwagę symbole powiadomień albo satysfakcjonujący sposób, w jaki można jednym ruchem palca ściągnąć nowy, potencjalnie interesujący post – to jest często starannie przygotowane tak, by wywoływać silne reakcje. Jak zauważa Harris, symbol powiadomienia z Facebooka był początkowo niebieski, by pasować kolorystycznie do reszty strony, „ale nikt z niego nie korzystał”. Zmienili więc jego kolor na czerwony – kolor alarmu – i liczba kliknięć rosła jak grzyby po deszczu.

W najwięcej może mówiącym wyznaniu, jesienią 2017 roku, Sean Parker, założyciel i pierwszy prezes Facebooka, szczerze wypowiedział się podczas pewnego wydarzenia o inżynierii uwagi stosowanej przez jego byłą firmę:

Proces myślowy związany z tworzeniem tych aplikacji – a Facebook był pierwszą z nich (...) polegał głównie na tym: „Jak możemy zająć możliwie najwięcej czasu i świadomej uwagi?”. A to znaczy, że musimy tak jakby dać wam małą dawkę dopaminy raz na jakiś czas, bo ktoś polubił wasze zdjęcie czy post, skomentował je albo coś takiego.

Cała dynamika mediów społecznościowych – publikowanie treści, a potem patrzenie, jak informacje zwrotne wracają w nieprzewidywalny sposób, wydaje się dla tych usług fundamentalna. Jednak, jak podkreśla Tristan Harris, w rzeczywistości jest to tylko jeden przypadkowy sposób z wielu możliwych, na jakie mogłyby działać. Przypomnijcie sobie, że we wczesnych mediach społecznościowych informacji zwrotnych było bardzo niewiele – działanie tych mediów skupiało się zamiast tego na publikowaniu i znajdowaniu informacji. I to zazwyczaj o tych wczesnych właściwościach sprzed epoki informacji zwrotnej ludzie mówią, kiedy wyjaśniają, dlaczego media społecznościowe są w ich życiu ważne. Na przykład uzasadniając korzystanie z Facebooka, wiele osób wspomni o takich rzeczach, jak możliwość dowiedzenia się o narodzinach nowego dziecka przyjaciół, co jest jednokierunkowym transferem informacji, niewymagającym informacji zwrotnej (samo przez się zakłada się, że ludzie „lubią” tę informację).

Innymi słowy, nie ma niczego fundamentalnego w nieprzewidywalnych informacjach zwrotnych, które zdominowały większość usług mediów społecznościowych. Gdyby te właściwości zabrać, nie zmniejszyłoby to pewnie wartości, jakie większość ludzi z mediów czerpie. Ta specyficzna dynamika jest tak uniwersalna dlatego, że naprawdę się sprowadza do przyciągania na stałe oczu do ekranów. Te potężne psychologiczne siły są w znacznej części tym, co Harris miał na myśli, gdy uniósł smartfon w programie 60 Minutes i powiedział Andersonowi Cooperowi „ta rzecz to jednoręki bandyta”.

Zastanówmy się teraz nad drugą siłą zachęcającą do uzależnień behawioralnych: pragnieniem aprobaty społecznej. Jak pisze Adam Alter: „Jesteśmy istotami społecznymi, które nigdy nie mogą w pełni ignorować tego, co inni o nich myślą”. To jest oczywiście zachowanie adaptacyjne. W czasach paleolitu ważne było staranne zarządzanie swoją pozycją społeczną wobec innych członków plemienia, bo od tego zależało przeżycie. W XXI wieku nowe technologie wykorzystały tę głęboko zakorzenioną potrzebę, by powodować lukratywne uzależnienia behawioralne.

Jeszcze raz pomyślmy o przyciskach do informacji zwrotnej w mediach społecznościowych. Oprócz tego, że dostarczają nieprzewidywalnych informacji zwrotnych – o czym już mówiliśmy – informacje te dotyczą również aprobaty ze strony innych ludzi. Jeżeli dużo ludzi kliknie na mały obrazek serduszka pod naszym najnowszym postem na Instagramie, to jakby plemię okazało nam aprobatę – a ze względu na adaptację bardzo nam na niej zależy[3]. Druga strona tej ewolucyjnej umowy to oczywiście fakt, że brak pozytywnych informacji zwrotnych powoduje poczucie niepokoju. To poważna sprawa dla paleolitycznego mózgu, a zatem może doprowadzić do pilnej potrzeby nieustannego obserwowania tych „niezwykle ważnych” informacji.

Siły potrzeby aprobaty społecznej nie należy przeceniać. Leah Pearlman, była menedżerka produktu w zespole, który opracował przycisk „Lubię to” („Like”) dla Facebooka (to ona była autorką ogłaszającej go notki na blogu w roku 2009), tak się zaniepokoiła chaosem, jaki wywołał, że teraz, jako właścicielka niedużej firmy, zatrudnia specjalną osobę do zajmowania się jej kontem na Facebooku, by sama mogła unikać tego, jak serwis manipuluje ludzkimi potrzebami społecznymi. „Czy jest powiadomienie, czy go nie ma, to nie jest aż tak przyjemne – powiedziała Pearlman o doświadczeniu sprawdzania informacji zwrotnych w mediach społecznościowych. – Cokolwiek by się miało nadzieję zobaczyć, nigdy się całkiem nie spełnia”.

Podobna potrzeba regulacji aprobaty społecznej pomaga wyjaśnić aktualną obsesję nastolatków, by utrzymywać z przyjaciółmi pasma (streaks) na