Wydawca: Wielka Litera Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 456 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ćwiczenia z niemożliwego - Magdalena Grochowska

Ks. Jan Zieja, poeci pokolenia Kolumbów, Jarosław Iwaszkiewicz, Władysław Hasior, Józef Czapski to tylko niektórzy bohaterowie niezwykłego reportażu historycznego Magdaleny Grochowskiej. Ich indywidualne losy na tle losów Polski składają się na panoramiczny obraz XX wieku. Autorka prowadzi nas po meandrach naszej pogmatwanej historii - od nacjonalizmu do komunizmu, od katolicyzmu przedsoborowego do otwartego, od PRL–u do emigracji. Wielowątkowa, gęsta, pasjonująca opowieść o trudnych wyborach światopoglądowych, osobistych i konfrontacjach politycznych, rozpięta na osiach wojny, wiary i miłości.

Opinie o ebooku Ćwiczenia z niemożliwego - Magdalena Grochowska

Fragment ebooka Ćwiczenia z niemożliwego - Magdalena Grochowska

MagdalenaGrochowska

Ćwiczenia z niemożliwego

Fragment

...TO oznacza natknięcie się na kamienny mur,

i zrozumienie, że ten mur nie ustąpi żadnym

naszym błaganiom.

z wiersza Czesława Miłosza

Dla J.

Wstęp

Książka Magdaleny Grochowskiej Ćwiczenia z niemożliwego stanowi trzecią część niezwykłego cyklu jej opowieści o dylematach polskiej inteligencji dwudziestego wieku (po Wytrąconych z milczenia i biografii Jerzy Giedroyc. Do Polski ze snu). Cykl – chyba niezamierzony – układa się w wielogłos o splątanych polskich losach.

To losy ludzi całkiem odmiennych. Obok Jerzego Giedroycia, twórcy i redaktora „Kultury” paryskiej – Zygmunt Wojciechowski, twórca i szef Instytutu Zachodniego w Poznaniu; obok księdza Jana Ziei, kapłana katolickiego i chrześcijanina ekumenizmu doskonałego – Józef Kuśmierek, komunista epoki okupacji, niespokojny duch PRL i w końcu zawzięty krytyk dyktatury. A poza tym: Władysław Hasior i Józef Czapski, Jerzy Andrzejewski i Jarosław Iwaszkiewicz, Leopold Unger i Leopold Tyrmand, poeci czasu okupacji (Baczyński, Gajcy, Trzebiński), a z drugiej strony Czesław Miłosz.

Bohaterowie tych szkiców są osobowościami wybitnymi; wszystkich cechuje swoista odwaga i nonkonformizm, choć bywa to odwaga ludzi koniunkturalnych i nonkonformizm konformistów.

Każdy z nich jest po swojemu zatroskany: o Polskę, o wolność i godność, o świat ludzkich wartości, chociaż pojmowanych inaczej.

Rozmaite były ich wybory: między rozsądkiem przetrwania a poczuciem powinności uczestnictwa w zbrojnej konspiracji (poeci lat wojny); między emigracją „niezłomną” (Aniela Mieczysławska) a emigracją „racjonalną” (Giedroyc); między emigracją a krajem (Miłosz, Andrzejewski); między akceptacją PRL motywowaną duchem endecji (Wojciechowski) a akceptacją ideowego, niepokornego komunisty (Kuśmierek); między konformizmem politycznym wybitnego artysty (Iwaszkiewicz, Hasior) a nonkonformizmem obywatelskim charyzmatycznego kapłana (Zieja).

Szkice cechuje dystans, lecz także życzliwa empatia; autorka chce opowiedzieć prawdę o tych ludziach, prawda zaś nigdy nie jest czarno-biała. Magda nie jest bezkrytyczna, ale nie jest też złośliwie lustratorska; dostrzega wzloty i upadki, ale nie poszukuje „haków”, by dekonstruować swego bohatera.

Pisze piękną polszczyzną; jej język tworzy mowę jasną i czystą. Szkice nie są powleczone ani wazeliną, ani żółcią – są wzorem rzetelności pisarskiej i prawdomówności. Autorka pyta o wartości i sens naszych zachowań; także naszych reakcji na zachowanie bliźnich. Tu znajdujemy objaśnienia wielu niezrozumiałych polskich pułapek. Zarówno te pułapki, jak i te pytania składają się na nową jakość: wielki namysł nad kształtem polskości.

Jest w niej miejsce dla szlachetnego konformisty, dla uczciwego komunisty i uczciwego endeka. Wiele tu polskiego heroizmu, ale też podłości zarówno w wersji komunistycznej, jak i endeckiej; zakłamania, tchórzostwa, nietolerancji, antysemityzmu.

Magda nikogo lekkomyślnie nie stygmatyzuje – próbuje rozumieć nas wszystkich.

Bowiem to jest Polska właśnie...

Adam Michnik

Stoję na rynku nienajęty

Jan Zieja, świadek Boga. Pomiędzy komunizmem a nacjonalizmem

Postać jak z obrazów El Greca: w anarchii linii pionowych, w locie ku górze. Nieważka, bo niesie ją szaleństwo. Pnie się i wznosi, za chwilę przebije ramę obrazu. Uderza intensywność spojrzenia. Chudość, ascetyczność, prostota. Nazywany prorokiem. Co to znaczy?

„Mówił o miejscu człowieka w świecie i historii, o sensie ludzkiej egzystencji i o obecności Boga w dziejach ludzkości – Jerzy Turowicz, wieloletni redaktor naczelny «Tygodnika Powszechnego», wspominał kazanie, jakie ksiądz Jan Zieja wygłosił niedługo po wojnie dla grupy młodych publicystów katolickich. – Rozwijał przed nami jakąś potężną, kosmiczną wizję”.

„Jasiu” – pisał doń kardynał Stefan Wyszyński i pokornie prosił o spowiedź. Ale też słał z urzędu prymasa listy władcze i lodowate. Zieja – radykał i anarchista – rozsadzał przestrzeń obrazu, sprawiając Kościołowi kłopot. Jego definicja „praktykującego chrześcijanina” z 1962 roku wywołałaby również dziś zakłopotanie kościelnych rygorystów: „Nie ten, kto «chodzi do kościoła» lub «przyjmuje sakramenta» – to wszystko może mylić – ale ten, kto «czyni prawdę w miłości»”.

Filozof Stefan Swieżawski widział go wśród nielicznych w Polsce, którzy naprawdę zrozumieli odnowę soborową.

Tajemnicze procesy uruchamiał w człowieku, z którym obcował.

„Zaważył na moim życiu” – przyznał pisarz, działacz ruchu Znak Jerzy Zawieyski.

„Połamańcy doznawali odrodzenia” – wspominała pisarka Zofia Kossak-Szczucka.

„Dzięki niemu powiedziałem o sobie: teraz jestem chrześcijaninem” – wyznał Jacek Kuroń.

„Spalam się w sobie – ludziom mało przydatny – wulkan wygasający – ot, co! [...] – pisał w liście w 1951 roku. – I bardzo się dziwię światu, że tak mu nieskoro iść za wezwaniem Chrystusowym. I od tego dziwienia się – często bywam aż smutny, bo bezradny i tak mało światu pomocny – oby mi to było wybaczone...”.

Wolnymi bądźmy!

Młody proboszcz parafii Łohiszyn koło Pińska formułuje na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych ubiegłego wieku Zarys sposobu życia braci i sióstr. Każdy może żyć według tych zasad – zachęca.

Za swego brata uważaj każdego człowieka – niezależnie od wiary, narodowości, stanowiska społecznego i „domniemanej wartości moralnej”.

Odmawiaj zabijania. Zło zwalczaj dobrem. Odróżniaj człowieka od złych uczynków. Garnij się do oddalonych od Boga. Łącz „braci rozłączonych” w łonie chrześcijaństwa.

Strzeż się, by miłość do własnego narodu nie zamieniła się w bałwochwalstwo „zaślepiające i obrażające prawa innych obywateli”. Aby nie wpaść w ciasny nacjonalizm, zapoznawaj się z dziejami innych kultur i religii. W swej pobożności nie zwracaj uwagi na znaki i objawienia.

Na Boże Narodzenie 1931 roku w ulotce Do Braci Kapłanów wzywał do ubóstwa. Ostrzegał: dbając o dostatki dla siebie, popełniają niewierność wobec swego powołania i sieją zgorszenie. „Rwijmy więzy! Wolnymi bądźmy! Na mieszkanie niech nam wystarcza pokój jeden – reszta naszej plebanii niech służy celom społeczno-charytatywnym [...]. Żyjmy z ofiar, jakie nam wierni sami złożą”. Inaczej świat odwróci się od księży jak od obłudników.

Swój Zarys sposobu życia..., przetłumaczony na łacinę, w 1930 roku wsunął do skrzynki na listy u wejścia do Bazyliki św. Piotra w Rzymie. W 1958 roku przedstawił prymasowi Wyszyńskiemu. „Proszę o aprobatę na użytek mój własny i tych, którym ten sposób życia będzie odpowiadał”.

Kiedy w 1971 roku starał się o paszport, w rubryce „stan majątkowy” wpisał: „Trochę książek, tapczan, dwa krzesła, fotel, stół, radio, szafa odzieżowa”.

Tak Zieja żył. Mówił prawdę – bez kompromisów; wyznawał pacyfizm – skrajny; praktykował ubóstwo – do ogołocenia; traktował drugiego jak brata – dosłownie. Być księdzem, chrześcijaninem, człowiekiem – wedle Ziei – znaczy czynić to, co w Ewangelii napisano.

Drzwi

Ojciec sprzeciwiał się kształceniu chłopca i gdyby zimą 1906 roku nie zapadł na zapalenie wyrostka robaczkowego, linia losu Jana nie wybiegłaby poza granice rodzinnej wsi. Po spowiedzi umierający ojciec przywołał do łóżka żonę i powiedział:

– Kostka, to juz uc tego Janka.

Drzwi do świata otwarte.

Do Indii, do Gandhiego

Dziesięcioletni, jedzie do Warszawy. Jest lato 1907 roku.

Ze wsi Osse, powiat Opoczno, do stolicy (przy wsparciu miejscowego proboszcza i właściciela majątku Przysucha). Ze środowiska analfabetów do elitarnego Gimnazjum im. Chrzanowskiego. Od krów, które pasł już jako pięciolatek, do lektur, tajnego skautingu, organizacji niepodległościowej Pet, wakacji we dworze na Kowieńszczyźnie (w roli korepetytora), pracy w organizacji chłopskiej. Studiuje w seminarium w Sandomierzu i na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Warszawskiego. Swe świeże kapłaństwo traktuje na razie jako powołanie do pracy społecznej. „O Panu Bogu mniej myślałem” – wyzna w starości.

W połowie lat dwudziestych jest wikarym w „czerwonym” Radomiu. Zaprzyjaźnia się z księdzem Bolesławem Strzeleckim o podobnej pasji społecznikowskiej, który odprawia msze w więzieniu, krzewi czytelnictwo wśród ubogich. Zieja prowadzi pierwsze rekolekcje dla robotników. Ktoś pisze na jego drzwiach: „Tu mieszka dobry ksiądz”. Ale biskup sandomierski jest z niego niezadowolony. Po latach Zieja powie: „Chciano mnie oddzielić od księdza Bolka Strzeleckiego, uważając [...], że to ja mam na niego wpływ...”. Rozgoryczony rozważa wyjazd do Indii, do Gandhiego.

Przenoszą go do Zawichostu. Odprawia mszę dla nędzarki za grosz. Dostaje upomnienie z Sandomierza: „Mszy świętej nie wolno odprawiać, przyjąwszy inną ofiarę, niż to jest w zwyczaju”. Konstatuje, że tylko w zakonie zrealizuje franciszkański ideał ubóstwa. Jesienią 1926 roku wstępuje do kapucynów w Nowym Mieście nad Pilicą. Odkrywa w kuchni kocioł z burym płynem – to zupa dla ubogich. Jest wstrząśnięty – spasieni mięsem zakonnicy mają dla najuboższych zaledwie garstkę kaszy? Odchodzi z nowicjatu.

Kozienice. Już od drzwi informuje proboszcza, że nie będzie pobierał pieniędzy za posługi duchowne.

– Dobrze – mówi proboszcz. – Ja to będę robił.

Pół wieku później, w grudniu 1976, dostanie list z Kozienic. Autorka wspomni młodego księdza, dla którego „nie było Greka ni Żyda”, a o którym ludzie mówili: „Ten pan ksiądz to święty”. I doda cierpko, że swą postawą skrajnego ubóstwa księżom „psuł interes”.

Zofia Kossak-Szczucka: „«Jeżeli komuś brak chleba – wołał z uniesieniem – to dlatego, że ktoś drugi ten chleb skradł. Skradł, gromadząc u siebie nadmiar!»”.

„Byłem świadkiem zdzierstwa, jakie uprawiano po parafiach” – przyzna po latach.

W 1928 roku zwraca się do ordynariusza sandomierskiego: już dziewięć lat jest księdzem, prosi o samodzielną biedną parafię. Biskup odpowiada: w mojej diecezji ani teraz, ani nigdy.

Po wojnie będzie wielokrotnie upominał się o własną parafię. W 1965 roku poskarży się w liście do zaprzyjaźnionej zakonnicy: „Ja – «stoję na rynku nienajęty»”.

Z kajetów: o innym

„Wziąć siebie w garść i tak sobie powiedzieć – nie jestem sam, nie jestem z siebie, nie jestem dla siebie [...].

Dopiero połączony z ludźmi, uznający prawa innych, staje się człowiek sobą” (1944).

Gorszyciel

Przywieziono samobójczynię do Szpitala Dzieciątka Jezus w Warszawie. Niedawno wyświęcony Zieja (jest początek lat dwudziestych) odwiedza właśnie swą chorą ciotkę. Obowiązuje go – jako studenta – zakaz sprawowania posług duszpasterskich. Samobójczyni prosiła o spowiedź, ale kapelan wyszedł. Spowiada ją, wbrew zakazowi, Zieja.

Przychodzi do niej przez kilka dni. Magdalena Rubach, studentka przyrody, wyznaje mu, że pragnie żyć i odpokutować swój czyn na misjach w Afryce. Po szpitalu krąży plotka, że w parku przyłapano ją w „hańbiącej” sytuacji z mężczyzną.

Po tygodniu dziewczyna umiera.

Ulicą Żelazną idzie kondukt na Powązki – na czele Zieja.

Wzywa go sąd arcybiskupi.

– Co księdza z nią łączyło? – pyta kardynał Aleksander Kakowski, arcybiskup warszawski.

– Nie rozumiem...

– Ksiądz nie ma pojęcia, jakie zgorszenie wywołał. W tym czasie byłem w Rzymie. Warszawski Związek Polek aż tam mnie powiadomił.

Każą mu wyjść i czekać na wyrok.

– Nigdy tego nie zapomnę – mówi ze ściśniętym gardłem. Trzaska drzwiami. Płacze. – Za uczynek miłosierdzia sąd kościelny!

Wstawia się za nim ksiądz Władysław Korniłowicz, współtwórca Zakładu dla Niewidomych w Laskach. Kara zostaje darowana.

„Prowadził pogrzeb samobójcy, wyprzedzając oficjalne stanowisko Kościoła w tej kwestii o kilka dziesiątków lat [...] – powie ksiądz Jan Twardowski po latach. – Był wcześniej tam, gdzie my dotarliśmy znacznie później”.

W połowie lat dwudziestych Zieja wygłasza kazanie w warszawskim kościele. Słucha go uważnie Anna Minkowska, nieco starsza od niego dziennikarka, pedagog i historyk. Związana ze środowiskiem Lasek – tym zadziwiająco otwartym ośrodkiem życia religijnego. Pracuje w Instytucie Gospodarstwa Społecznego. To krąg radykalnej inteligencji, skupiony wokół marksizującego Ludwika Krzywickiego. IGS bada najważniejsze problemy społeczne Polski. Minkowska przeprowadzi niebawem ankiety wśród rodzin bezrobotnych. Przedmiotem jej badań będą nie tylko warunki bytu, lecz także przeobrażenia pojęć moralnych robotników.

Zdumiona słucha, jak ów młody ksiądz bezceremonialnie odkurza pojęcia wiary i religijności, jakby wpuszczał bystry prąd do stojącej wody. „Czuło się naprawdę, że jest w nim «płomień». Pierwszy też raz słyszałam tego rodzaju ujęcie” – napisze po latach. Zieja mówi prosto: nawet jeśli ktoś spełnia obowiązki religijne, a nie pielęgnuje miłości lub żyje z niechęcią do ludzi, nie jest praktykującym chrześcijaninem.

„Było to credo ks. Ziei w zalążku” – wspomina Minkowska.

Sześćdziesiąt lat później Zieja powie Jackowi Kuroniowi, pogrążonemu w duchowej rozterce: „Braciszku, masz miłość, to masz Boga...”.

Tuż po wojnie Minkowska i Zieja będą razem pracować.

Credo Ziei będzie szokować. Latem 1943 roku pisarka Anna Kowalska słucha jego wystąpienia w mieszkaniu Marii Dąbrowskiej na Polnej. Notuje w dzienniku: „Realizacja Królestwa Bożego na ziemi. Sympatyczny norwidzista [...], dostępny nowościom i robiący coś jakby zeświecczenie Kościoła. [...] Zrównanie duszy z ciałem itd. Co za pomyłka! [...] Kościół uprzejmy i modernistycznie ugłaskany jest ostatecznym nieporozumieniem, klęską, plajtą. W czasie tego kazania-pogadanki czułam się pół pobożnie, pół łajdacko”.

Z kajetów: o czystości

„Wstrzymanie się od współżycia płciowego, często niesłusznie nazywane czystością, tylko wtedy jest czymś moralnie wyższym od pożycia małżeńskiego, gdy tego źródłem i pobudką jest prawdziwa [...] miłość do Boga [...], miłość i uczuciowe «ponad wszystko»” (1983).

Lekcja

Podczas burzy matka mówiła mu, że to Bozia gada. Gdy potłukł kolana – że Pan Bóg go skarał. Chłopiec wyrastał w ludowej bogobojnej religijności.

Raz w miesiącu schodziły się kobiety i Janek czytał im książkę o życiu Chrystusa. Potem matka zapalała świecę. Podawały ją z rąk do rąk ze słowami: „Jezus, Maryjo, Józefie świnty, ratujcie dusy moij”.

Dopiero w Warszawie odkrył, że wyniesiona z domu modlitwa „Ojcynas któryziest” może brzmieć inaczej: „Ojcze nasz, któryś jest...”.

Jest chłopskim synem i nigdy się tego nie wyprze. Będzie wspominał, że to starszy brat dał mu wskazówkę na drogę w świat: „Nie mów «ino», ale «tylko»”. I dał mu lekcję chłopskiej godności.

Żniwa. Jadą ze Staśkiem wozem przez piach. Nagle pędzi powóz. Spod końskich kopyt sypnęło piaskiem. Brat zdejmuje kaszkiet i kłania się panu w słomkowym kapeluszu.

– Znasz go? – pyta Janek.

– Nie. Ja się nie jemu kłaniam, tylko jego nauce.

Magnes

– Była w nim chłopskość szczególnego rodzaju – mówi Adam Michnik. – Nieprzypadkowo zaangażował się w „Wici”.

Związek Młodzieży Wiejskiej „Wici” głosi bliskie Ziei hasła uwłaszczenia chłopów. Zwiąże się z tym ruchem na początku lat trzydziestych.

Już w szkole pochłaniała go lektura tygodnika „Lud Polski”. Podobało mu się zawołanie: „Bracia chłopi!”. Pokazał egzemplarz szkolnemu katechecie.

– Wciąż „bracia chłopi”, to niedobre pismo – orzekł ksiądz.

Pomagając w wysyłce tygodnika, chłopiec poznał jego redaktora Aleksandra Zawadzkiego, działacza ludowego i oświatowego. Za przynależność do kółek socjalistycznych był na Syberii; sympatyzował z Piłsudskim. Stał się przewodnikiem Jana w myśleniu o wsi i niepodległej Polsce. W 1915 roku Zieja wstąpił do Narodowego Związku Chłopskiego i kierował tą organizacją w powiecie opoczyńskim.

Podczas studiów teologicznych zostanie sekretarzem Akademickiego Związku Młodzieży Ludowej.

Akcenty społeczne – to magnes dla Ziei. Na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych zbliża się do środowiska katolickiej młodzieży akademickiej Odrodzenie, które już wówczas, dziesięciolecia przed soborem, buduje wizję Kościoła służebnego i otwartego. (To z niego wyjdą przyszli twórcy „Tygodnika Powszechnego”). Zapewne dociera do niego skrajny pogląd studenta filozofii w Wilnie Henryka Dembińskiego, aktywisty Odrodzenia, wygłoszony na KUL-u podczas Tygodnia Społecznego: „Nie ma prawa do komunii świętej ten, kto nie pracuje na rzecz sprawiedliwości w życiu zbiorowym”.

Zieja jedzie do Skarżyska na zjazd odrodzeniowców poświęcony kwestii robotniczej. Domagają się prawa dla robotników do udziału w zyskach. Ale zaraz słychać głosy, że tak radykalnym żądaniom katolickiej młodzieży sprzeciwi się episkopat. Zieja uznaje, że Odrodzenie to grupa pięknoduchów, i zrywa kontakty.

Odnajduje swoje miejsce w „Wiciach”. I oto ksiądz zostaje działaczem radykalnej organizacji o antyklerykalnym nastawieniu, którą Kościół traktuje z największą nieufnością.

Po coś tu wlazł, kruku?

Rok 1932, warszawski Żoliborz. Podczas krajowego zjazdu wiciowcy chcą wprowadzić do swego statutu zapis o zwalczaniu kapitalizmu i klerykalizmu. Wstaje Zieja.

– Klerykalizm jest wtedy – mówi – gdy księża uważają, że trzeba ich słuchać we wszystkich sprawach społecznych, bo są księżmi. Jeśli tak, to nie ma na tej sali większego antyklerykała niż ja.

W finale wystąpienia proponuje oprzeć działalność „Wici” na zasadach moralności chrześcijańskiej.

Gdy schodzi z mównicy, plują mu pod nogi i syczą:

– Po coś tu wlazł, ty czarny kruku! Aby nas rozsadzać?

W wylęgarni komunistów

Twórca uniwersytetów ludowych w Polsce Ignacy Solarz, działacz „Wici” i Stronnictwa Ludowego, popularyzuje w tamtym czasie idee agrarystyczne i spółdzielcze, samoorganizacji społecznej, likwidacji wyzysku, zmian systemowych, których podstawą będzie przemiana świadomości. Trzeba obudzić wieś, mówi, budować Polskę Ludową – kraj demokracji, samorządności, ludzi sobie równych, aktywnych, niezależnych intelektualnie, o wysokim poziomie etycznym.

Zieja wspomina: „Uważałem, że powinienem być z wiciarzami”.

W ich ideach dostrzega wpływy komunistyczne i ateistyczne, zarazem ceni ich krytycyzm i chęć przeobrażania świata. Ich antyklerykalizm jest – jego zdaniem – reakcją na sprzeciw Kościoła wobec reformy rolnej i nieposzanowanie godności chłopa przez kler. Po latach powie: „Widziałem winę po stronie księży”.

Podobne zdanie wypowiada Solarz w wywiadzie dla „Polityki” Jerzego Giedroycia w 1937 roku: „Wici” nie są „umyślną kuźnią” antyklerykalizmu, wywołuje go „samo życie”.

W tym czasie działa już w Polsce sieć uniwersytetów ludowych, wzorujących się na placówce Solarza w Gaci koło Przeworska. Jeden z nich zakłada na Polesiu Zieja.

Nowy model wychowania, który krzewi Solarz, nie przemilcza wartości chrześcijańskich, ale podkreśla znaczenie pluralizmu światopoglądowego, prawa mniejszości narodowych i religijnych. Solarz twierdzi, że praktyka hierarchicznego Kościoła wypaczyła chrześcijaństwo. Zaprasza do Gaci księży na rozmowy o katolicyzmie – bezskutecznie.

Atakują go z ambony za działalność „bezbożniczą”, zwalczają jego placówki jako wylęgarnię kadr komunistycznych. Organizacja wychowawcza niepodporządkowana proboszczom nie ma racji bytu.

Związany wówczas z ruchem ludowym Jerzy Zawieyski utrzymywał kontakty z Solarzem. Po wojnie pisał z goryczą w eseju Droga katechumena: „Wiem, ile ciosów, ile krzywd wycierpiały «Wici» ze strony kleru”.

Zieja odwiedza Solarza w Gaci. W połowie lat trzydziestych chrzci jego syna. Regularnie uczestniczy w zjazdach „Wici”. Na jednym z zebrań przygląda mu się Zawieyski – daleki jeszcze od katolicyzmu. Słucha nauki Ziei o sprawiedliwości.

„Mówił prosto – wspomina pisarz – inaczej niż inni księża, ujmował sprawę głęboko. [...] Dowiedziałem się, że ten ksiądz – to jakiś biedak z Polesia [...]. Więc nie cały Kościół jest wsteczny i antypostępowy? Jeżeli się w nim mieści ksiądz Zieja – myślałem sobie – dlaczego piętnowany jest ewangeliczny człowiek Ignacy Solarz? Postać wysokiego ascetycznego księdza o pięknej głowie nie dawała mi spokoju. To był wyjątek, który zaważył później na moim życiu”.

Pod wpływem Ziei wiciowcy w 1932 roku wprowadzają do statutu zapis o wartościach chrześcijańskich. Ten punkt pozostanie nienaruszony aż do wchłonięcia ruchu przez komunistów w 1948 roku.

W czasie okupacji Zieja zostanie kapelanem Batalionów Chłopskich. Poprowadzi zakonspirowany kurs dla przyszłych pracowników uniwersytetów ludowych; jednym z uczestników będzie Zawieyski.

Tuż po wojnie założy pod Słupskiem koło „Wici” i uniwersytet ludowy, bez przymiotnika „katolicki” w nazwie, otwarty dla młodzieży ze wszystkich nurtów politycznych. Będzie się musiał tłumaczyć przed władzą kościelną ze swego zaangażowania. Na zebraniach Komitetu Obrony Robotników w latach siedemdziesiątych upomni się o pomoc dla chłopów.

Stefan Swieżawski podkreślał, że Zieja był w dwudziestoleciu międzywojennym jednym z nielicznych w Polsce księży, którzy utrzymywali kontakty z lewicą. To był „wyłom w porównaniu z większością duchowieństwa, które znajdowało się pod przemożnym wpływem Narodowej Demokracji”.

Fermentacja

Mentalność mieszczańska i tradycyjna, religijność płytka i sentymentalna, postulat „katolicyzacji” Polski – oto główne nurty Kościoła w Polsce w dwudziestoleciu. Jakby Polacy nie rozumieli istoty chrześcijaństwa – wspomina Turowicz: „Tym bowiem tylko można sobie tłumaczyć próby godzenia katolicyzmu z takimi pozycjami ideowymi jak: totalizm, skrajny nacjonalizm i antysemityzm”.

W 1936 roku poznański tygodnik „Kultura” obarczy Sienkiewicza winą za powierzchowność polskiego katolicyzmu. Ten pisarz „z rozbrajającą pogodą wyznaje taki właśnie katolicyzm «mszy, która się odprawia»” – stwierdza Karol Górski. Wyznawcy zaś „chcieliby żyć strawą prostą, przyrządzoną jak dla dziatek”.

Zawieyski wyznaje z bólem, że Kościół ówczesny – przez swą ciemnotę i fanatyzm, uwikłania polityczne, walkę z „urojonym wrogiem”, myślą laicką – stanowił dlań „największą przeszkodę na drodze do katolicyzmu i wiary”.

W tym pejzażu, w którym Kościół jest rzecznikiem posiadaczy i w którym wciąż obowiązuje formuła „całuję rąbek purpury Waszej Eminencji”, wyłaniają się wysepki świeżej myśli. Grupy inteligencji, którą kształtuje filozofia francuskiego neotomisty i personalisty Jacques’a Maritaina. To Laski, stowarzyszenie akademickie Odrodzenie i wileński miesięcznik młodych katolików „Pax”.

Turowicz czyta wszystkie książki Maritaina. Po latach powie: „Odegrały wielką rolę w moim duchowym rozwoju”. Polskiej inteligencji nie chodziło o naśladownictwo myśli francuskiej, podkreśli, lecz o pogłębienie religijności, wykształcenie wrażliwości społecznej i chrześcijańskiego humanizmu.

Maritain proponuje Kościołowi nowy sposób obecności w świecie – ograniczony do „środków ubogich”. Czyli ogołocony z wszelkich znamion doczesnego powodzenia.

Czesław Miłosz, który przetłumaczy i wyda w czasie wojny broszurę Maritaina W obliczu klęski, stwierdzi: „W swoim powrocie do tomizmu Maritain nie był wyjątkiem, był natomiast wyjątkiem, jeżeli chodzi o wyciąganie z niego wniosków. Liczni zwolennicy «światopoglądu chrześcijańskiego» w takich krajach jak Włochy czy Portugalia posługiwali się pismami św. Tomasza dla uzasadnienia rządów autorytarnych i wyglądało na to, że samo to nazwisko stało się własnością antyparlamentarnej i antyliberalnej prawicy”. Tymczasem tomistyczny katolicyzm Maritaina „był otwarty na zmienność i nie próbował jej zamrozić, tolerancyjny i ekumeniczny. [...] Pociągał czytelników swoim zaciekawieniem współczesnością, szczególnie jej ciągłą fermentacją w nowych prądach filozofii, literatury i sztuki. I właśnie te aspekty jego dzieła najsilniej w Polsce oddziałały”.

W domu Maritainów w podparyskim Meudon odbywają się w latach dwudziestych kółka tomistyczne, w których uczestniczą: ksiądz Korniłowicz, Zofia Landy (później Teresa, franciszkanka w Laskach), Swieżawski. W tym czasie organizuje się wspólnota w Laskach – centrum edukacji dzieci niewidomych. Za podstawę swej formacji intelektualnej przyjmie nauki św. Tomasza. Na prośbę założycielki, matki Elżbiety (hrabianki Róży Czackiej), Zieja zostaje tam kapelanem. Początkowo mieszka w stodole; pociąga go atmosfera franciszkańskiego ubóstwa.

Bierze udział w zebraniach kółka tomistycznego księdza Korniłowicza, otwartych dla warszawskiej inteligencji z różnych nurtów – Żydów, ludzi lewicy, niewierzących. Korniłowicz w 1934 roku zacznie wydawać kwartalnik „Verbum”, który stworzy w Polsce podwaliny humanistycznej kultury katolickiej. (Odegra też rolę w procesie nawrócenia Zawieyskiego. Linię „Verbum” podejmie po wojnie „Tygodnik Powszechny”). Wielu spośród środowiska intelektualnego Lasek przyjmie chrześcijaństwo.

Ale Zieja nie chce żyć wśród elity. Już w 1923 roku porzuca rozpoczęty doktorat z teologii. Chce żyć z ludem i realizować Ewangelię w parafii.

Zanim przybył do Lasek, za swoje motto uznawał przeczytane w piśmie „Rola” zdanie: „Katolicyzm ma własność pionu; odchylenia nie znosi”. Stopniowo nadawał mu nową formułę: katolicyzm ma własność pełni; ciasnoty nie znosi.

Z archiwum: Dobrze, że przyszłaś

List od G., po siedemdziesiątce, która stan swego ducha opisuje tak: „Wiara – niewiara, i tak przez całe życie, aż do dziś...”. Przywołuje scenę, jaka rozegrała się po wojnie na plebanii u Ziei, dokąd przyprowadziła ją koleżanka. Ujrzała go otoczonego wianuszkiem kobiet: „Przyklękały przed Tobą, całowały po rękach i powtarzały ciągle «Ojcze Dobry». Wtedy diabli mnie wzięli. Stanęłam na baczność, powiedziałam, że jestem żołnierzem AK, niewierząca i marksistka (co nie było prawdą). [...] Kobiety miały osłupiałe oczy. A Ty, Ojcze [...], powiedziałeś: Dobrze, że przyszłaś, będzie z kim podyskutować”.

Tesaloniki

Latem 1929 roku Zieja obejmuje parafię w Łohiszynie koło Pińska. Wokół piachy i zalesione wzgórki. Katolicy, prawosławni i żydzi. Niesnaski wyznaniowe i nędza. A wedle Ziei – to jego Tesaloniki. Gmina chrześcijańska, w której może wreszcie realizować wizję wzorcowej wspólnoty; ideał wzajemnej miłości społecznej zaczerpnięty z Dziejów Apostolskich, swoją utopię.

Ordynariuszem diecezji pińskiej jest biskup Zygmunt Łoziński, postać niezwykła. Zaznał więzienia carskiego i bolszewickiego, lecz wznosi się ponad konflikty narodowościowe i polityczne. Swój pierwszy list pasterski ogłasza po polsku i białorusku. Do Żydów zwraca się w ich języku. Ziei okazuje ojcowskie ciepło.

– Jak ty jesteś ubrany?! – każe zdjąć paletko, w którym ksiądz drży z zimna. Oddaje własne futro i kategorycznie zakazuje przekazywania go potrzebującym.

Zieja rzuca się w wir pracy. Przekształcać świat! Siać wiarę, nadzieję i miłość! Przeszczepiać wzorce, które dwa lata wcześniej chłonął w austriackim Grazu, we wspólnocie księdza Maxa Josefa Metzgera, stawiającej sobie za cel jedność Kościołów chrześcijańskich i pokój. I we francuskim Ars-sur-Formans, w parafii kanonizowanego w 1925 roku Jeana Vianneya, który służył ubogim.

Służyć ludziom! Podczas mszy Zieja czyta Ewangelię po polsku i białorusku. (Za zgodą biskupa, ale niektórzy katolicy są zgorszeni). Żyje w przyjaźni z baptystami. Pisze odezwę Do Braci Kapłanów – radykalne żądanie ubóstwa – którą Łoziński akceptuje i każe odbić w diecezjalnej drukarni.

W 1930 roku udaje się na pielgrzymkę franciszkańskim szlakiem: Foligno, Spoleto, Asyż, Rzym. W łachmanach żebraka z Pińska.

Wyjeżdżam z miasta

„Żadnych mantoletów, fioletów, purpur, łańcuchów itp. fatałaszków”, bo ksiądz ma chodzić między ludźmi jak „brat pośród braci” – napisze w 1975 roku w programie Myśli o odnowie życia kościelnego w Polsce.

Żadnego „opłacania” chrztów, ślubów, pogrzebów i mszy, bo to „pachnie handlem”. Posługi religijne jednakowe dla „pobożnych i gorszycieli, a nawet i dla niewierzących lub innowierców, jeżeli o to poproszą”. Dzwony mają bić tak samo dla wszystkich.

Niech episkopat ustanowi bezwzględną abstynencję wśród kleru, także biskupów.

Funduszami kościelnymi niech zarządza rada parafialna. „Nic w parafii – bez parafian”.

Zwierzchnicy uznają te postulaty za niedorzeczny maksymalizm.

Po objęciu parafii w Słupsku tuż po II wojnie wysyła do kurii w Gorzowie listę członków rady kościelnej. Wśród kilkunastu mężczyzn jest jedna kobieta. Kuria skreśla jej nazwisko i upomina Zieję słowami św. Pawła: „Kobieta milczy w kościele”.

W 1953 wyśle do kurii warszawskiej prośbę, by zezwoliła mu na odprawianie mszy twarzą do wiernych. O dekadę wyprzedzi postanowienia soboru w kwestii sprawowania liturgii.

Chrzci dzieci ze związków żyjących bez ślubu, którym księża odmawiają sakramentu. Bo nad rygoryzm przedkłada miłosierdzie.

Głosi pogląd, że jeśli celibat okaże się ponad siły księdza, trzeba mu pozwolić odejść, by założył rodzinę i żył przykładnie jako świecki. A jeżeli zabraknie celibatariuszy, nie należy wątpić, że Kościół przywróci pierwotną praktykę, wedle której małżeństwo nie stanowi przeszkody w pełnieniu „służby ołtarza”.

Uważa, że powinien ulec zmianie stosunek do rozwodników, tych „publicznych grzeszników”. Sądy kościelne powinny uznawać nieważność małżeństwa zawartego bez dostatecznej wzajemnej znajomości. A duszpasterze nie mogą traktować konfesjonału jako organu wykonawczego sądu.

Jego anarchizm i bezkompromisowość, tak jak przed wojną, są problemem dla przełożonych. Od 1950 roku nie będzie mu dane pracować we własnej parafii.

W czerwcu 1958, zdesperowany, napisze do prymasa Wyszyńskiego w tonie niemal ultymatywnym. Ponieważ nie może się doczekać samodzielnej placówki, za swoją parafię będzie uważał wszystkich żyjących poza Kościołem: „żydów, niewierzących, sekciarzy, publicznych grzeszników, prostytutki itp.”. W brudnopisie listu dopisek: „Jeżeli Eminencja na takie posługiwanie w Warszawie nie przystanie – exibo extra civitatem”. To znaczy wyjedzie z miasta.

Jego walkę o prawo do realizacji utopii ostatecznie rozstrzygnie Wyszyński listem z 1971 roku: „Drogi Jasiu [...], Twoje usposobienie i zapał apostolski predestynuje Cię nie tyle na duszpasterza jednej wspólnoty parafialnej, ile raczej – na Bożego Przyjaciela ludzi...”.

– Zieja zdawał sobie sprawę z tego, że odstaje od większości współczesnego duchowieństwa, ale nie wolno przeciwstawiać go Kościołowi, widzieć go jako rodzaj heretyka – mówi ksiądz Aleksander Seniuk, następca Ziei i Twardowskiego na stanowisku rektora kościoła Wizytek w Warszawie. – Zieja na przykład nie mówi, że wszystkie religie są równe; że możesz nie uczestniczyć w sakramentach świętych, bo to nie jest istotne. On tylko krytykuje każdą pustą religijność. Dostawał po głowie – twórcy Soboru Vaticanum II też dostawali po głowie, ale to jest norma. Każda reforma ma swoich prekursorów, którym współcześni zwykle nie oddają chwały.

Z archiwum: wyrodna córka

List od K. z 1971 roku. Gdy podczas spowiedzi usprawiedliwiała komunistów „w sprawach według niej słusznych”, spowiednik nazwał ją „wyrodną córką Kościoła” i nie udzielił rozgrzeszenia. Gdy powołała się na papieża Jana XXIII, powiedział, że gdyby ten papież żył, Kościół by się zawalił.

Z kajetów: o widzeniu

„Ostatni Sobór [...], a u jego początku papież Jan XXIII [...] jaśniej nam pokazali Pana Jezusa [...]. Wielu ludzi na tej ziemi widzi mury świątyń, widzą ludzi w kościele, przełożonych, biskupów, księży [...], a jeszcze za słabe jest widzenie Pana Jezusa” (1965).

Telegram

Poznawaj Żydów – mawiał do księdza Jana Ziei biskup Zygmunt Łoziński. Po jego śmierci w 1932 roku Zieja opuszcza Polesie. Na Uniwersytecie Warszawskim studiuje judaistykę pod kierunkiem wybitnego badacza dziejów Żydów polskich, rabina Majera Bałabana. Znów mieszka w Laskach.

Laski – wspomina – „nauczyły mnie patrzeć na Żyda jako na człowieka”.

Bywa u kolegi z judaistyki na Nalewkach. Na tej ulicy biedoty żydowskiej jego sutanna wzbudza zdziwienie. Odprowadza na dworzec studenta, który wyjeżdża do Palestyny. Przyjaciele tworzą krąg na peronie, tańczą i śpiewają żydowską pieśń. Wśród nich Zieja w sutannie. Ktoś podbiega:

– Proszę księdza, to są Żydzi!

Zieja: – Tak, to moi koledzy.

W tym czasie Młodzież Wszechpolska, ekspozytura Narodowej Demokracji, prowokuje na uczelniach ekscesy antysemickie; niebawem powstaną tam getta ławkowe.

Umiera ojciec siostry Katarzyny z Lasek, Zofii Steinberg; jest początek lat trzydziestych. Pogrzeb odbywa się wedle tradycji żydowskiej. Zakonnica jest po cywilnemu. Nagle poruszenie – do konduktu dołącza dwóch księży w sutannach: Korniłowicz i Zieja.

W Laskach Zieja poznaje księdza Tadeusza Pudra, w międzywojniu jedynego bodaj katolickiego kapłana o pochodzeniu żydowskim. W 1937 roku Puder zostanie wikarym w Rzeczycy nad Pilicą. Będą w niego rzucać kamieniami, krzycząc:

– Puder – Żyd!

Rok później obejmie rektorat w kościele św. Jacka w Warszawie – po księdzu Stanisławie Trzeciaku, czołowym katolickim propagatorze antysemityzmu. Podczas mszy, gdy Puder idzie od ołtarza na ambonę, doskakuje do niego mężczyzna i z wrzaskiem policzkuje:

– To jest Żyd!

W pracy Polska hierarchia kościelna wobec eksterminacji Żydów Dariusz Libionka zwraca uwagę, że przedwojenne nauczanie Kościoła w kwestii żydowskiej nie stało się przedmiotem poważnej refleksji naukowej, a przecież wpływało na późniejsze postawy wobec Żydów. W dwudziestoleciu – stwierdza historyk – Kościół traktował antysemityzm w życiu publicznym „w kategoriach «zdrowego odruchu», «reakcji obronnej» czy «samoobrony». Z punktu widzenia znakomitej większości księży [...] rozwiązanie «kwestii żydowskiej» jawiło się jako jedno z głównych wyzwań stojących przed państwem polskim”.

Powstaje kościelny projekt instytutu misyjnego, którego celem będzie nawracanie Żydów. Kierownictwo miałby objąć Zieja. „Zaciekawiła mnie ta idea – wspominał. – Nie myślałem, jak to robić, tylko o służbie, obcowaniu z nimi”. I dodawał: „Kiedy czytam Ewangelię, to nie tylko myślę o nawracaniu na nią Żydów, ale marzę o tym, żeby tak zwani chrześcijanie też nawrócili się na Dobrą Nowinę”.

W jego brewiarzu są psalmy, które zakreślił i nigdy ich nie odmawia. To psalmy złorzeczące.

– Z Bogiem obcując – wyjaśniał – nie mogę tego wypowiedzieć.

W modlitwie do Matki Boskiej zwraca się po hebrajsku.

Wyśle telegram z błogosławieństwem dla narodu żydowskiego i Państwa Izrael po jego utworzeniu w 1948 roku: „Szalom al Izrael”.

W bagnisku absurdu

Tego samego lata 1934 roku, gdy Zieja kończy studia, Jacques Maritain wygłasza cykl wykładów na uniwersytecie w Santander, w Hiszpanii. Zebrane w tomie Humanizm integralny będą dla katolickiej nauki społecznej jak drożdże. Filozof proponuje zastąpić humanizm liberalno-burżuazyjny – to ziarno wyjałowione! – humanizmem integralnym, czyli nowym porządkiem cywilizacji – chrześcijańskim, lecz nie sakralnym, ale świeckim.

Zieja wraca do Pińska.

W sierpniu, na kongresie tomistycznym w Poznaniu, Maritain wygłasza odczyt Ideał historyczny nowego chrześcijaństwa. W jego ewangelicznej wizji odnowy świata akcenty padają na odrzucenie związków między ołtarzem a tronem, akceptację pluralizmu światopoglądowego i sprzeciw wobec każdego żądnego władzy totalizmu – również chrześcijańskiego. Wywołuje zgorszenie.

Filozof Stefan Swieżawski pisze, że model maritainowski, „daleki od łatwej symbiozy «Boga» i «Ojczyzny», do głębi przesiąknięty ideami tolerancji [...] – nie mógł zadowolić polskich zwolenników programu «Obozu Wielkiej Polski»”.

W pińskim seminarium Zieja rozpoczyna właśnie roczne wykłady z katechetyki, gdy koła nacjonalistyczne uruchamiają prasową nagonkę na Maritaina, owego „modernistę”, który – jak doniesie skrajnie prawicowe pismo „Prosto z mostu” – brnie w bagnisko absurdu. Zjadliwe komentarze będą się ukazywać do końca lat trzydziestych.

„Tomizm w ujęciu Maritaina – pisze Czesław Miłosz – był czymś niemiłym zarówno dla duchownych, jak i świeckich tradycjonalistów, którzy posługiwali się tą filozofią dla umacniania swojej twierdzy albo wręcz dla propagowania totalizmu z dodatkiem przymiotnika «katolicki»”.

Polesie, rok 1937. W Mołodowie Zieja zostaje kapelanem urszulanek, zgromadzenia matki Urszuli Ledóchowskiej. Uzgadnia z siostrami, że nie będzie nawracał miejscowych – Białorusinów i Ukraińców. Wśród prawosławnej młodzieży prowadzi kurs gimnazjalny, religii uczy „na sposób ekumeniczny” – „tak, aby nie naruszać ich wiary” – opowiadał Jackowi Kuroniowi. Zakłada uniwersytet ludowy w Motolu. Miejscowość ma u władz opinię komunizującej. Mieszka tam również kilkanaście rodzin żydowskich. Przychodzą na wykłady Ziei.

Czy miał w ręku w tamtym czasie ów numer tygodnika „Myśl Narodowa”, w którym Maria Stecka rozprawiała się z maritainowskim postulatem równouprawnienia etyki żydowskiej? Napisała, że ustrój oparty na zrównaniu etyk odmiennych wyznań godziłby nie tylko w interes Polski, lecz w całą cywilizację chrześcijańską.

Państwo totalne

Dyskusję na temat stosunku katolicyzmu do nacjonalizmu inicjuje na łamach „Prosto z mostu” dominikanin i filozof Józef Maria Bocheński. Słuchał wystąpienia Maritaina na kongresie poznańskim. Ostrą polemikę z maritainowską wizją nowego chrześcijaństwa zamieszcza w książce z 1938 roku Szkice o nacjonalizmie i katolicyzmie polskim.

Tego roku Zieja – kładąc kamień węgielny pod budowę kościoła katolickiego w Motolu – kieruje do prawosławnej ludności słowa: „Kościółek będzie taki mały przy waszych dużych cerkwiach, że ich nie przegoni, tylko pozwoli nam nawzajem na siebie z bliska popatrzeć. A da Bóg przyjdzie taki czas, że się będziemy modlić wszyscy razem w jednej wspólnej świątyni”.

Bocheński alarmuje, że myśl katolicka schodzi na manowce. Zaczątek nowej herezji dotyczy „kwestii relacji między Państwem, Kościołem, Narodem”. Jest tomistą, lecz wnioski, jakie wysnuwa z myśli św. Tomasza z Akwinu, stoją na antypodach interpretacji Maritaina i praktyki Ziei.

Kościół nie może pozwolić, „by błąd miał równe prawa propagandy jak prawda [...]. W imię tego podstawowego prawa, żąda Kościół od państwa, by uznało jego wyznanie za religię panującą, aby [...] karało tych, którzy wprowadzają zamęt w pojęcia”.

Państwo – stwierdza, powołując się na Akwinatę – ma być „pod pewnym względem państwem totalnym”. Nie ma w nim miejsca na „równouprawnienie innowierców”. Bocheński dopuszcza użycie przemocy w działaniach państwa – dla „obrony przed złym”.

Potępia teorię „ubogich środków”. Jej „antymilitaryzm, antynacjonalizm, skrajny antytotalizm” czynią państwo bezbronnym.

Z Francji nadciąga nowy rodzaj modernizmu, ostrzega. Maritain przyjechał „uczyć nas, Polaków, że przyszłe państwo katolickie da nie tolerancję – uważajcie! – ale równouprawnienie wszystkim heretykom, komunistom, wszystkim wrogom wiary i moralności, że zapomni o celu nadprzyrodzonym człowieka i będzie państwem w pełni laickim”.

Przekonanie, że nie ma różnic między ludźmi i należy kochać bliźnich równą miłością, jest – zdaniem Bocheńskiego – wyrazem mechanistycznego internacjonalizmu. Wszak św. Tomasz naucza, że przedmiotem naszej miłości powinni być – przed innymi – członkowie własnego narodu.

To Opatrzność predestynowała Polaków do obrony tradycyjnego myślenia o społeczeństwie, narodzie i państwie – uważa Bocheński. Składa deklarację: będziemy w Polsce rozwijać katolicyzm „antyliberalny i antysocjalistyczny, katolicyzm nacjonalistyczny, wierny wielkiej tradycji obrony Wiary i Narodu nawet, gdy zajdzie tego potrzeba, orężem”.

Bo Polska – stwierdza – jest przedmurzem chrześcijaństwa.

Choć Maritain po kongresie odwiedzi również Laski, to poznańskie doświadczenie zaważy na jego myśleniu o Polsce. Zapytany tuż po wojnie, dlaczego milczał wobec tragedii Powstania Warszawskiego, stwierdzi: „Nie mogę darować Polakom ich antysemityzmu i ich stosunku do Rosji. Podajecie się za ludzi, którzy mają misję na Wschodzie, twierdzicie, że jesteście przedmurzem chrześcijaństwa, a z drugiej strony uważacie Rosjan za półludzi, macie do nich głęboką pogardę”.

Ksiądz Jan Zieja

Źródło: Wojtek Laski/EAST NEWS

Wobec braci naszych

Rok 1974. W katedrze św. Jana w Warszawie Zieja wygłasza kazanie w rocznicę napaści ZSRR na Polskę 17 września 1939. Mówi o potrzebie prawdy i przebaczenia, o pragnieniu „pojednania się naszego narodu z tamtym”. Przypomina, że za Bugiem żyją również Ukraińcy, Litwini i Białorusini, którzy mają prawo do niepodległości. Powrotu do przedwojennych struktur politycznych nie będzie, podkreśla.

Nikt tak w Polsce wówczas nie mówił – ani Kościół, ani rodząca się opozycja demokratyczna. Swym wystąpieniem Zieja wpisywał się w prekursorski projekt polityki wschodniej głoszony przez paryską „Kulturę”. Zrodzona jeszcze w latach pięćdziesiątych koncepcja ULB Jerzego Giedroycia i Juliusza Mieroszewskiego uznawała zmiany terytorialne po wojnie i prawa naszych wschodnich sąsiadów do samostanowienia.

Kuroń słuchał Ziei w napięciu. Zapamiętał akcent na „polskie winy wobec braci naszych” i na kwestię ich wolności, która „jest naszą sprawą”.

Adam Michnik przekazał tekst kazania Giedroyciowi. Ukazało się w listopadowym numerze „Kultury”. W grudniu Zieja dostał list od prymasa Wyszyńskiego: „Merytorycznie jestem zgodny”.

Trzy lata później, w październiku 1977 roku, w pierwszym numerze drugoobiegowego miesięcznika „Głos” Zieja znów upomni się o budowanie braterstwa z narodami zza wschodniej granicy. „Tylko trzymając się razem, będziemy mogli ostać się jako narody odrębne i wolne”.

Za zasłoną słów

Władysław Bartoszewski poznaje Zieję latem 1942 roku. Ma zaledwie dwadzieścia lat, ale doświadczenie Auschwitz czyni go przedwcześnie dojrzałym i odsuwa od kolegów z tajnego uniwersytetu.

– Nigdy im nie opowiadałem, co przeżyłem – wspomina. – Chciałem ich chronić. Czułem się bardzo samotny. Ksiądz Zieja ukierunkował mój dalszy byt.

W kaplicy u urszulanek na ulicy Gęstej w Warszawie Bartoszewski spowiada się z dwóch lat życia. Mówi o poczuciu bezradności i utracie zaufania. Zieja:

– Bóg chciał, żebyś przeżył nie po to, byś się nad sobą litował. Są wokół nas ludzie cierpiący bardziej niż ty. Pomóż im. Czy wiesz, co się dzieje w getcie?

Zieja w tym czasie jest duszpasterzem podziemnego harcerstwa i Komendy Głównej AK. Współpracuje z Zofią Kossak-Szczucką w katolickim Froncie Odrodzenia Polski i współtworzy Radę Pomocy Żydom „Żegota”. Załatwia metryki chrztu dla uciekinierów zza muru. Rozpoczęła się właśnie likwidacja getta.

Dariusz Libionka pisze: „W znanych historykom dokumentach z okresu 1942–1943 nie ma śladów żadnego zainteresowania losem Żydów ze strony biskupów. Echa Zagłady nie pojawiły się też podczas trzeciej konferencji Episkopatu zwołanej 1 czerwca 1943 r., czyli kilkanaście dni po zdławieniu powstania w getcie warszawskim”.

Wiosną 1943 roku, gdy Bartoszewski tkwi już głęboko w pracach „Żegoty”, ktoś zarekomendowany przez środowisko konspiracyjne zgłasza się do niego na nocleg.

Żoliborz, ulica Mickiewicza, II piętro. Dzwonek brzęczy w umówiony sposób.

– Otwieram – opowiada profesor Bartoszewski. – Stoi przede mną przystojny mężczyzna o wyraźnie żydowskich rysach twarzy, inteligent.

To ojciec Józef Warszawski, jezuita, kapelan i ideolog Konfederacji Narodu wywodzącej się z przedwojennej, skrajnie nacjonalistycznej Falangi, odłamu Obozu Narodowo-Radykalnego. Komendantem oddziałów partyzanckich KN jest Bolesław Piasecki, przed wojną przywódca Falangi.

– Dopóki mówiliśmy o Niemcach, nie było między nami różnicy poglądów – mówi Bartoszewski. – Zaczynamy rozmawiać o getcie. Mówię, że trzeba ludzi ratować. On na to: „Nie zajmuj się Żydami. Jako młody Polak rób, co trzeba dla Polski”. Co się działo w tej mojej biednej głowie! Pierwszy raz w życiu usłyszałem, że za praktykowanie miłości bliźniego Bóg mi nie wybaczy! Nie konfrontowałem jego słów z opinią Ziei. Nie miałem wątpliwości, że Żydom trzeba nieść pomoc.

Libionka: „Z punktu widzenia mitów powielanych w polskiej literaturze na ironię zakrawa fakt, że jedyne w okresie okupacji niemieckiej publiczne wystąpienie przebywającego w kraju polskiego biskupa na temat Żydów miało wydźwięk antysemicki. Mowa o liście pasterskim biskupa kieleckiego Czesława Kaczmarka Wychowanie religijne a dom rodzinny, wydrukowanym na początku 1941 r. w wychodzącym za zgodą władz okupacyjnych organie kurii kieleckiej, w którym znalazło się stwierdzenie, że dzieci żydowskie wywierają «bardzo zgubny wpływ» na dzieci chrześcijańskie. Dokument ten został również odczytany we wszystkich kościołach diecezji kieleckiej”.

Historyk zwraca uwagę, że w powojennej relacji Ziei na temat jego udziału w akcjach Żegoty nie ma mowy o „jakichkolwiek kontaktach w tej sprawie z kurią arcybiskupią”. Libionka przytacza opinię Ziei z rozmowy, jaką ten odbył z kurierem rządu polskiego w Londynie krótko przed Powstaniem Warszawskim: „Atmosfera w Warszawie bardzo przykra. Stagnacja. Zaduch, Kuria Biskupia pracuje bardzo źle: żadnego życia umysłowego nie ma ani śladu, bardzo zły i nieprzychylny stosunek do księży wysiedleńców [...], niegościnność”.

Zieja i Warszawski to prawie rówieśnicy. Obaj brali udział w wojnie 1920 roku. Żołnierze AK.

W Powstaniu Zieja będzie kapelanem pułku „Baszta”, Warszawski – zgromadzenia „Radosław”. Obaj znają dobrze Bolesława Piaseckiego. Lecz pierwszy jest krytykiem jego skrajnie prawicowych poglądów, drugi – ich wyznawcą.

Warszawski chce budować Imperium Słowiańskie – pod przewodnictwem Polski. Głosi narodową filozofię społeczną, którą nazywa uniwersalizmem. To trzecia droga dla Polski – pomiędzy totalitaryzmem a demokracją. Miłosz, który go znał, uważa, że jego filozofia była „zasłoną podniosłych słów maskujących jego kult przemocy jako broni politycznej w ustroju, który proponował”.

Zieja chce budować świat oparty na miłości. Budować chrześcijaństwo – jak napisał Jerzy Turowicz – „gotowe do zaakceptowania tego wszystkiego, co dobre, gdziekolwiek się znajduje”.

W obliczu śmierci

Powstańcy są na mszy. Nagle alarm. Zieja przerywa mszę, udziela zbiorowego rozgrzeszenia in articulo mortis, w obliczu śmierci, i rozdaje hostie. Żołnierz, już w hełmie, przed komunią chce go zdjąć i szarpie się ze sprzączką.

Zieja: – Nie zdejmuj, idioto!

Mówi uczestnik Powstania, profesor Jerzy Kłoczowski, historyk:

– Zapamiętałem go najbardziej ze mszy powstańczej w auli Społem przy ulicy Grażyny na Mokotowie. Wybiegliśmy na akcję tuż przed błogosławieństwem. Po latach opowiadał o swoim zaskoczeniu, że gdy obrócił się do błogosławieństwa, w auli już nikogo nie było.

Z kajetów: o miłości

„[...] uświęcająca i pragnąca zbawić wszystkich, których Ona obdarzyła świadomością, odczuwaniem rozkoszy i cierpienia, radości i smutku, zdolnością dokonywania wolnych wyborów między różnymi wartościami, nawet między dobrem a złem, [...] a więc mogąca zbawić i tych, którzy, o Boże, wybierając zło [...], grzeszyli [...]”.

Autonomia

Czy można zachować wierność idei pacyfizmu, uczestnicząc w dwóch wojnach, Powstaniu Warszawskim i opozycji antykomunistycznej?

„Nauczyłem się patrzeć na wojnę jako na coś niemoralnego, nie do pogodzenia z chrześcijaństwem” – powiedział w późnej starości Jackowi Moskwie w cyklu rozmów, które jako wywiad rzeka Życie Ewangelią ukazały się krótko przed śmiercią Ziei w 1991 roku. Przykazanie „Nie zabijaj” znaczyło dlań – nie zabijaj nigdy nikogo.

– Ujrzał skutki bitwy z bolszewikami pod Brzostowicą we wrześniu 1920 roku – opowiada Moskwa. – Pobojowisko zasłane trupami. Doznał wstrząsu. Kiedy wysłałem mu książkę i siostry zaczęły mu ją czytać, koszmary wojenne odżyły w nim na nowo. Krzyczał przez sen tak, że musiały zaprzestać lektury.

Po przewrocie majowym 1926, wstrząśnięty bratobójczymi walkami, publikuje manifest Biedaczyna mówi. Wkłada w usta św. Franciszka tak ostre potępienie „morderczych bagnetów” i „kordonów celnych”, że redakcja „Kroniki Diecezji Sandomierskiej” dystansuje się od „zapatrywań autora”. Zieja nie poprzestaje na słowach. W proteście przeciw granicom państwowym i wszelkiemu wojsku wyrusza w czerwcu do Rzymu. Pieszo. Bez paszportu i pieniędzy. Z Pismem Świętym. Zawracają go z Austrii.

Powie, że to jego wołanie o realizację Ewangelii.

W przededniu wojny wygłasza w Bełchatowie kazanie do żołnierzy w duchu „miłujcie nieprzyjaciół”. Ale dowódca pułku bezceremonialnie koryguje Zieję:

– A ja wam powiadam, że my Niemcom urządzimy taki Grunwald!

Po klęsce wrześniowej Zieja posługuje w szpitaliku w Legionowie. Na prośbę komendanta oddziału Wehrmachtu odprawia msze dla żołnierzy niemieckich i spowiada ich.

Bojowcom z Szarych Szeregów i powstańcom nie narzuca wizji wyrzeczenia się przemocy, lecz mówi im, że każdy musi wybierać sam.

– Spowiadał chłopców, którzy potem szli zabijać – mówi Moskwa. – Podkreślał wagę autonomii sumienia, i to jest najważniejsza część jego filozofii, co zbliża go raczej do myśli laickiej, oddala zaś od klasycznej myśli kościelnej, zwłaszcza Karola Wojtyły, który uznawał etykę normatywną. To jest największa różnica między Zieją a dominującym obecnie nurtem w Kościele instytucjonalnym. Nastąpił regres – powrót do Kościoła normatywnego – tak masz czynić. A Zieja powiedziałby: to jest zło, wybór należy do ciebie.

Po oficjalnym przekazaniu władzy Polakom na terenach poniemieckich w sierpniu 1945 roku powie w Słupsku z ambony, by nie brać odwetu na Niemcach. Jeszcze krew nie obeschła, niebawem w polskich miastach będą wieszani publicznie zbrodniarze hitlerowscy, a gazety ogłoszą, że nienawiść do Niemców jest wartością cenną społecznie.

Mowa Ziei jest inna: „Nam nie wolno w tej sprawie przekroczyć granicy, a tą granicą jest fakt, że Niemiec jest człowiekiem! I nie wolno nikomu [...] godności ludzkiej w tym Niemcu poniewierać! [...] Widziałem transport jeńców pomęczonych, spoconych, pochylonych cierpieniem. Przyjeżdża pociąg, otwarte wagony, kobiety polskie rzucają przekleństwa. [...] Co to ma znaczyć?! Takich rzeczy nie wolno robić, jeśli się chce być prawdziwym człowiekiem”.

Gdyby żył, jak zaznaczyłby się jego pacyfizm dziś? Mówi Adam Michnik:

– Byłby absolutnie przeciwny każdej mowie nienawiści, strachu i konformizmu. Poszedłby do wyznawców „religii smoleńskiej”, którzy by go zapewne opluli, ale on mówiłby do nich językiem Ewangelii.

Z archiwum: na zawsze

Odezwa z 1985 roku do sejmu, by ogłosił deklarację następującej treści: „[...] postanowiliśmy rozbroić się całkowicie, odrzucić wszelką broń wojenną, wystąpić na zawsze z wszelkich układów wojskowych”.

Do wiadomości biskupów i papieża, z prośbą o poparcie. Bez odzewu.

Skąd w tej dziurze tyle inteligentek?

Do Słupska przybywa w maju 1945; obejmuje kościół św. Ottona. Jest na razie jedynym polskim księdzem w mieście. Zakłada Dom Matki i Dziecka. Jesienią otrzymuje w darze od wdowy po pastorze ewangelickim ośrodek dla młodzieży w pobliskim Orzechowie. Powstanie tu uniwersytet ludowy.

Towarzyszą mu w pracy niezwykłe kobiety. „Skąd on nabrał w tej dziurze tyle inteligentek?” – zastanawia się pisarka Irena Krzywicka w swym opowiadaniu Trzy wcielenia księdza Pafnucego.

Aniela Urbanowiczowa to działaczka katolicka, tłumaczka Manifestu w służbie personalizmu Emmanuela Mouniera. Wdowa po zamordowanym przez Niemców znanym adwokacie warszawskim. Straciła córkę w Auschwitz. Nim pod koniec okupacji poznała Zieję, była obojętna religijnie.

Obejmuje kierownictwo Domu Matki i Dziecka. Jej podopieczne to głównie ofiary gwałtów dokonanych przez żołnierzy sowieckich. Zaprzyjaźniona od czasu okupacji z Józefem Cyrankiewiczem – niebawem premierem – załatwia przez niego racje żywnościowe i opał dla domu. Kilka lat później, w apogeum stalinizmu, Cyrankiewicz wybroni Zieję przed aresztowaniem.

„Było w niej coś z przeoryszy” – stwierdza Krzywicka, która odwiedziła przyjaciółkę w Słupsku. Na fali Października ’56 Urbanowiczowa będzie tworzyć warszawski Klub Inteligencji Katolickiej.

Dyrektorką uniwersytetu ludowego zostaje Krystyna Żelechowska, absolwentka SGGW, bliska Ziei z konspiracji. Będzie się nim opiekować w Warszawie, a kiedy sama zapadnie na zdrowiu, Zieja zostanie jej opiekunem do jej śmierci. Na cmentarzu w Laskach spoczną obok siebie: Żelechowska, Zieja i jego matka.

Anna Minkowska – związana ze środowiskiem Lasek – wojnę spędziła w Szwajcarii. Męża zamordowali Sowieci. Minkowska prowadzi zajęcia w uniwersytecie ludowym. Niebawem będzie wykładać filozofię w seminarium w Słupsku.

Religii w szkole uczy Gabriela Hołyńska, znajoma Ziei z Polesia, o arystokratycznych korzeniach. Jej mąż zmarł na tyfus. „Miała ów specjalny urok właściwy osobom pięknym, starannie wychowanym i wykształconym, które dla «celów wyższych» opuściły swoją sferę – wspomina Minkowska. – Na jej życiu wewnętrznym ogromnie zaważył ks. Jan. Zdaje się, że to on dopomógł jej wyjść z klanu i ograniczonych pojęć swojej sfery”.

Zostanie zakonnicą w Laskach. Właśnie jej Zieja powierzy w liście z 1965 roku swoje gorzkie strapienie, gdy bezskutecznie będzie walczył o samodzielną parafię: „Ja – «stoję na rynku nienajęty», z własnej inicjatywy próbuję coś robić. Mam nadzieję, że [...] na siewy wiosenne i sadzenie okopowych ktoś mię najmie”.

Wilnianka Ludwika Ruszczyc, z bogatej rodziny ziemiańskiej, prowadzi Bibliotekę Filarecką na wzór działającej przed wojną w Wilnie.

Dwór Ziei – pisze o tych kobietach Irena Krzywicka. Ksiądz Pafnucy z jej opowiadania to Zieja. Pisarka obserwuje go podczas mszy, która dla niej – niewierzącej – jest „wzruszeniem estetycznym”; „miało się wrażenie, że ten człowiek odbywa godny, powolny, sakralny taniec sam dla siebie i dla Boga”.

Bohaterka opowiadania, alter ego Krzywickiej, wybuchnie w rozmowie z księdzem: „Bóg i miłosierdzie? [...] Jeżeli zakładamy [...], że Bóg stworzył świat, a świat ten jest oparty na pożeraniu się wzajemnym, na strachu i na cierpieniu, to gdzie jest miłosierdzie?”. „Zapomina pani o Chrystusie” – odpowiada ksiądz.

Minkowska uważa, że ścierały się w Ziei dwie sprzeczne natury. Artystyczna, która „szuka samotności lub wytrawnego pod względem kulturalnym towarzystwa, pobudki dla myśli i słowa”, i społecznikowska. „Gdyby tego wszystkiego nie spajało poczucie braterstwa [...], jeden z tych czynników musiałby pochłonąć drugi”.

Pomyleniec

Ktoś okrada kościół w Słupsku – zniknęły żarówki, obrus z balasek, pieniądze. Zieja ogłasza, że będzie sam sprzątał świątynię, dopóki złodziej nie wyzna swej winy. Ludzie patrzą, jak ksiądz krząta się z miotłą i kubłem. Niektórzy wzruszają ramionami:

– Szlachetny pomyleniec?

Po kilku tygodniach wyręczają go w pracy.

Złodziej nigdy się nie zgłosił.

Z archiwum: niemiecki Wschód

Oświadczenie skierowane do prymasa, kardynała Augusta Hlonda. Zieja reaguje na list Piusa XII do biskupów niemieckich z 1 marca 1948, w którym papież porusza kwestię ziem przyłączonych do Polski, nazywanych przezeń „niemieckim Wschodem”.

„Zgorszeni jesteśmy tym, że [...] list papieski wyraża narodowi niemieckiemu tylko serdeczne współczucie, a wcale nie wzywa tego narodu do pokuty [...].

Ojciec Święty nazywa «odwetem» to, co jest tylko częścią sprawiedliwego wyrównania krzywd [...]. Ale jeżeli jest w dziejach ludzkich ślad Bożej sprawiedliwości, to granica polsko-niemiecka stać będzie na Odrze – Nysie. I to będzie jedna z podstawowych skutecznych gwarancji pokoju między narodami europejskimi”.

Na koniec deklaruje wierność wierze katolickiej i Stolicy Piotrowej, „choćby na niej siedział człowiek krzywdzący mój naród”.

Dotknięcie

Do Orzechowa i Wytowna pod Słupskiem, gdzie Zieja prowadzi małą parafię, ciągną z Warszawy goście. Anna Iwaszkiewiczowa, żona Jarosława, poznała księdza na wieczorze literackim w czasie okupacji. Teraz, 2 września 1947 roku, wypatruje go na dworcu w Słupsku. Jest! „W jednej chwili poruszyła mnie myśl: «ten człowiek będzie o mnie wiedział wszystko»” – zanotuje w dzienniku. Nazajutrz prowadzą „zasadniczą rozmowę”. Pisze: „jakby straszliwe jakieś od lat ropiejące i zakrzepłe wrzody trzeba było rękami własnymi rozrywać. [...] Słowa, jakie usłyszałam, kiedy to wszystko wreszcie z siebie wyrzuciłam, to było jakby jakieś najbardziej subtelne, a bezpośrednie dotknięcie samego serca”.

Jerzy Zawieyski przyjeżdża do Słupska „w sprawach duszy” – jak relacjonuje Zofii Nałkowskiej – w Wielkim Tygodniu 1947. Dochodził do katolicyzmu w powolnym procesie, ale „ugiął kolana przed Bogiem” pod wpływem nagłego impulsu, 11 lutego 1942 roku, w warszawskiej kaplicy Urszulanek, gdy mszę odprawiał Zieja. Potem pisarz odbył u niego spowiedź z życia.

To ksiądz „prawdziwie Święty”, pisze Nałkowskiej, „wobec którego czuję swoją małość, aż do bólu”. I obiecuje: „Przyjadę czysty”. W jego dziennikach Zieja jest wciąż obecny.

Zjawia się Bolesław Piasecki, strateg grupy Dziś i Jutro, niebawem przekształconej w PAX – stowarzyszenie wspierających władzę katolików. Próbuje pozyskać Zieję dla swych celów politycznych. Snuje plany przechytrzenia komunistów. Ale Zieja go dezawuuje. W liście do Piaseckiego z 1949 roku pisze: „I nigdy obnoszenia się z «najczcigodniejszą postacią Ks. Zieji» i z jego dawną i obecną działalnością. Wyraźnie sobie to wypraszam”.

Tego roku w Warszawie Zieja odprawi rekolekcje dla grupy Piaseckiego. „Powiedziałem bardzo wyraźnie – opowiadał – żeby zrobili dokładny rachunek sumienia [...]. W miarę jak się okazywało, czym jest partia komunistyczna i jej rządy, czym jest współpraca Bolka i jego ludzi z tą partią, wszystkie kontakty zostały zerwane”.

Gdy w okresie Października ’56 Piasecki w głośnym tekście Instynkt państwowy zagrozi stłumieniem demokratyzacji w imię „brutalnego realizowania racji stanu”, Zieja uda się do jego mieszkania i udzieli mu rady:

– Bolek! Skompromitowałeś się. Idź do klasztoru albo zajmij się pracą naukową.

W liście doda: „Wszystko gotowi jesteście sponiewierać”, byle utrzymać się przy „żłobie”; „zawsze tylko «pałkarze»”.

Demontaż

Kolizja Ziei z komunistami jest nieunikniona.

Notatka Urzędu Bezpieczeństwa w Słupsku: „Negatywnie nastawiony do obecnego rządu. Kontaktuje się przeważnie z ludźmi wyższej klasy i z byłymi członkami PSL, wrogo nastawionymi do obecnej rzeczywistości [...]. Stopa życiowa dość wysoka, dochodu nie można ustalić”.

W odpowiedzi na pismo z urzędu skarbowego Zieja odmawia płacenia podatków, gdyż – jak stwierdza – nie może pozbawiać środków swych podopiecznych. Zgłasza gotowość odsiedzenia kary w areszcie.

Na początku 1947 roku, przed wyborami do sejmu, lokalne władze zwołały zebranie w Wytownie.

– Kto nie weźmie udziału w głosowaniu, ten zostanie odnotowany przez sołtysa – mówi prowadzący i rekomenduje listę nr 3. To blok partii, który tworzy m.in. PPR. Wstaje Zieja. Udział w głosowaniu jest prawem, przypomina, a wybory są wolne. Gdy kończy, rozlegają się oklaski.

Władze wybory sfałszowały. Tego roku, podczas krajowego zjazdu przedstawicieli uniwersytetów ludowych, Zieja pyta wprost Włodzimierza Sokorskiego, wówczas przewodniczącego Rady Szkół Wyższych, który usiłuje narzucić rezolucję o socjalistycznym wychowaniu młodzieży:

– Czy w Rosji aby na pewno nie ma wyzysku człowieka przez człowieka?

Lecz to już nie jest czas na dyskusję. Władza zdobyta. Po kongresie zjednoczeniowym PPR-u i PPS-u w grudniu 1948 komuniści przystępują do demontażu placówek niezależnych. Życie społeczne zamiera w uścisku stalinizmu.

„Dwór” Ziei się rozpierzcha. Chory na płuca ksiądz wraca w połowie 1949 roku do Warszawy. Zostanie rektorem u wizytek na Krakowskim Przedmieściu.

Nie właź im w paszczę!

Kardynał Stefan Wyszyński aresztowany. Zieja ogłasza ten fakt z ambony.

– Prymasa opuścili wszyscy – woła.

Jest wrzesień 1953 roku. W kolejnym kazaniu piętnuje ugodową postawę biskupów. Odmawia odczytania w kościele ich oświadczenia, w którym zobowiązują duchownych i wiernych do niepodejmowania działalności antypaństwowej.

Dyscyplinuje go kuria warszawska. Zieja tłumaczy, że bierze przykład z nieugiętej postawy Wyszyńskiego.

W grudniu episkopat składa ślubowanie na wierność PRL-owi. Zieja nigdy nie złoży takiego przyrzeczenia, choć obowiązuje go ono na mocy dekretu o obsadzaniu stanowisk kościelnych. W piśmie do władz stwierdzi, że jego odmowa nie ma charakteru demonstracji politycznej, lecz jest sprawą sumienia.

Dostaje pocztą nakaz: jako uciążliwy obywatel ma opuścić Warszawę.

Chronił go dotąd przed aresztowaniem Józef Cyrankiewicz. Teraz ów wysoki funkcjonariusz partyjny, wkrótce ponownie premier, radzi biskupowi, który po internowaniu prymasa zarządza diecezją warszawską, by wysłał Zieję na prowincję.

– Synu! Nie właź im w paszczę! – perswaduje Ziei biskup Wacław Majewski.

Zieja wyjeżdża do Zakopanego. Powróci na stanowisko rektora przy kościele Wizytek w 1955 roku. I zaraz napomina w liście Komitet Centralny PZPR, że jedynym językiem porozumienia ze społeczeństwem jest „zwykła ludzka prawda”. Żąda uwolnienia Wyszyńskiego. W oficjalnym piśmie używa szokujących nawet w atmosferze odwilży słów: „imperialistyczny kolonializm rosyjski”. I odprawia mszę za komunistę, prezydenta Bolesława Bieruta.

Na ponowne żądanie władz wiosną 1956, by opuścił Warszawę, odpowiada: „Do żadnej winy się nie poczuwam, bo jej nie było i nie ma”.

Do połowy lat osiemdziesiątych esbecy będą go inwigilowali, zastraszali, podsłuchiwali i wzywali na przesłuchania, lecz bez sukcesu – jakby osaczali powietrze. Bo na ich groźne pomruki, na grzywny i paragrafy Zieja odpowie cytatami z Ewangelii, Norwida i łagodną perswazją.

Naczelna Prokuratura Wojskowa, 19 lutego 1983 roku. Przesłuchanie w sprawie aresztowanych przywódców KOR-u.

Zieja:

– Więc chcecie, żeby przyjaciele oskarżali swoich przyjaciół. To jest niemoralne. Nie chcę w tym uczestniczyć. A od siebie powiem, co mnie pociągnęło do KOR-u. Ci ludzie jawnie stanęli w obronie krzywdzonych. Taką działalność uważałem za wykonywanie zaleceń Jezusa Chrystusa. I przyłączyłem się.

Wyjmuje z kieszeni książeczkę i czyta głośno słowa Chrystusa. Prokurator nie przerywa.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Ich wyspy Galapagos

Dostępne w wersji pełnej

Wezwani, by umrzeć

Dostępne w wersji pełnej

Odzyskana miłość

Dostępne w wersji pełnej

Jaszczurka, w niewoli własnej

Dostępne w wersji pełnej

Dla swoich pobudką, dla wrogów przestrogą

Dostępne w wersji pełnej

W spięciu

Dostępne w wersji pełnej

Aniela, kawaler d’Éon

Dostępne w wersji pełnej

Kontrola oddechu

Dostępne w wersji pełnej

Z ciemni pamięci

Dostępne w wersji pełnej

Jechał na jawie i śpiewał

Dostępne w wersji pełnej

Chore szyby, martwe róże, niebieskie motyle

Dostępne w wersji pełnej

Giedroyc zdjął mi garb

Dostępne w wersji pełnej

Z czarną chorągwią anarchii

Dostępne w wersji pełnej

Uwaga! Kuśmierek

Dostępne w wersji pełnej

Giedroyc pali Tyrmanda

Dostępne w wersji pełnej

Bibliografia

Dostępne w wersji pełnej

Nota

Dostępne w wersji pełnej

Indeks nazwisk

Dostępne w wersji pełnej

Redaktor prowadzący

Dorota Nowak

Redakcja

Jan Jaroszuk

Korekta

Elżbieta Jaroszuk

Indeks

Jan Jaroszuk

Copyright © by Magdalena Grochowska, 2012

Copyright © Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2012

Wielka Litera Sp. z o.o.

ul. Kosiarzy 37/53, 02-953 Warszawa

ISBN  978-83-63387-45-7

Plik ePub opracowany przez firmę eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl