Wydawca: Świat Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 215 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 5 godz. 18 min Lektor: Maria Seweryn

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 5 godz. 18 min Lektor: Maria Seweryn

Opis ebooka Cwaniary - Sylwia Chutnik

Całkiem współczesna powieść łotrzykowska autorki brawurowej „Dzidzi” i „Kieszonkowego atlasu kobiet”. Cztery kobiety z warszawskiego Mokotowa postanawiają wymierzać sprawiedliwość na własną rękę. Właściwie na cztery pary rąk, żadna z nich bowiem nie boi się bezpośredniej walki. Działają pod osłoną nocy, która sprzyja vendetcie. Brutalni mężowie i chciwi deweloperzy muszą się mieć na baczności! Opowieść o nocnej Warszawie, śmierci i idealnie skrojonej zemście. Ta śmieszno-smutna historia jest zarazem głosem w dyskusji o kobietach i polskości. Książka z ilustracjami Marty Zabłockiej.

Sylwia Chutnik (ur. 1979), pisarka, felietonistka, działaczka społeczna. Kulturoznawczyni, absolwentka Gender Studies na Uniwersytecie Warszawskim. Prezeska Fundacji Mama działającej na rzecz poprawy sytuacji matek w Polsce. Przewodniczka po Warszawie. Publikowała w wielu czasopismach, jej teksty ukazały się także w książkach zbiorowych. Laureatka Paszportu Polityki w kategorii literatura w 2008 roku i Stołecznego Nobla Ashoki w 2009 roku. Nominowana do nagrody Nike 2009. Mieszka w Warszawie.

Opinie o ebooku Cwaniary - Sylwia Chutnik

Fragment ebooka Cwaniary - Sylwia Chutnik

SylwiaChutnik

Cwaniary

Fragment

Ilustrowała Marta Zabłocka

W serii ukazały się:

Sylwia Chutnik

Dzidzia

Piotr Czerwiński

Międzynaród

Pokalanie

Janusz Głowacki

Good night, Dżerzi

Z głowy

Manuela Gretkowska

Agent

Kobieta i mężczyźni

Miłość po polsku

Henryk Grynberg

Uchodźcy

Inga Iwasiów

Bambino

Ku słońcu

Smaki i dotyki

Michał Komar

Wtajemniczenia

Mariusz Maślanka

Bidul

Zośka Papużanka

Szopka

Jerzy Pilch

Marsz Polonia

Miasto utrapienia

Moje pierwsze samobójstwo

Eustachy Rylski

Człowiek w cieniu

Na Grobli

Warunek

Wyspa

Juliusz Strachota

Oprócz marzeń warto mieć papierosy

Michał Witkowski

Drwal

Lubiewo bez cenzury

Piotr Wojciechowski

Doczekaj nowiu

Serce do gry

Piotr Zaremba

Romans licealny

Rafał Ziemkiewicz

Żywina

Janowi Chutnikowi

(1940–2011)

Ochota, Żoliborz, Bródno

Tak tu nudno, nudno.

Sadyba, Szmulki, Śródmieście

Kiedy to się skończy wreszcie?

Jelonki, Powiśle, Żerań

Chyba umieram, umieram.

Wola, Czerniaków, Okęcie

Jestem na zakręcie.

Praga, Targówek, Mokotów

Dość mam tych kłopotów!

Włochy, Ursus, Młociny

Pomszczą mnie dziewczyny.

Część pierwsza Bajki, bójki i brawurki

***

Cmentarze są jak stop-klatka. Całe dnie latasz, miotasz się, szamoczesz po mieście. Załatwiasz, dzwonisz i umawiasz. Aż wreszcie budzisz się rano i postanawiasz przejść przez bramę nekropolii. Miasta równoległego.

Od razu ciszej, jakiś czerwony robal łazi ci po nodze. Wzdrygasz się i wiesz, że to tutaj. W ręce znicz, kwiaty, zazwyczaj chryzantemy lub wieniec ze sztucznych róż. I jeszcze zestaw polerowaczki: szczotka, ludwik, butelka i szmatka. Czasami pasta do nabłyszczania, ale podobno to nie ma sensu, bo tylko robi zacieki, smugi. Zostawia i rozmazuje, zamiast wyczyścić. Dobrze jest zabrać ze sobą dodatkowe torby na zwiędłe kwiaty. To się potem zgarnie ten badziew z płyty i wyrzuci do zielonego kontenera. Strój założyć najlepiej niezobowiązujący, bo się trzeba będzie tarzać w pajęczynach albo igliwiu. Najgorzej to mają ci prosto z kościoła – odstawieni, wyperfumowani kroczą przez alejki, trzymając się pod rękę.

Torby zawieszają na sąsiednim krzyżu, zdejmują marynarki i żakiety. Potem stają na grobie w rozkroku i dalejże szorować z zapałem! I tylko się robią dziury w rajstopie, od sprzątania.

Dobrze, że we wszystkie potrzebne przedmioty można się zaopatrzyć na miejscowych stoiskach. Do wyboru, do koloru, masz tu światełko w kształcie zatroskanego Chrystusa, wesołego bałwanka lub żółtego kurczaczka – w zależności od aktualnego święta. A nie chce ci się co tydzień zmieniać świeczki, to kupujesz na bateryjkę, tak zwane wieczne światełko, które tli się niemrawo, symbolizując pamiętanie o najbliższych. Mało tego – są też sztuczne kwiaty, całe wieńce w przybladłych różach, choinach i plastikowych paprotkach. Płacisz stówę i spokój do kolejnego sezonu. Są malutkie stroiki, walentynkowe serca ułożone misternie na stelażu oraz podstawki antystearynowe. Bo jak nakapie na lastryko, to koniec. Weź to teraz zdrapuj paznokciem, dziękuję bardzo! A znicze pękają, rozsadza je wewnętrzny ogień, wylewa się ze środka przezroczysta masa i wsiąka niemal do grobu. Gdyby nie płyta, toby i na trumnę nakapała lub urnę zapaskudziła. Masa tworzy dziwne wzory, jak na andrzejkowym wieczorze wróżb. Nie wiadomo, co można przepowiedzieć zmarłym, ale kształty przypominają czasem przedmioty, czasem ludzi o charakterystycznej urodzie. Może to i taka rozrywka dla nieżywych, taki teatrzyk z braku laku. Niech i tak będzie.

Sklepików i budek wokół bramy wiele, stoiska kuszą cenami. Po prawej Stasiek zachęca do nabycia „jedynych w swoim rodzaju lampeczek zapachowych w sam raz na różne okazje typu chrzest czy komunia”. Prezentuje jednocześnie machinę składającą się z podstawki na kadzidełko i knota, którego oblać należy zapachowym olejkiem. Sęk w tym, żeby wpuścić parę kropel na sam dół, a nie chlustać bez opamiętania, bo to się wtedy całe zamoczy i koniec zabawy. Niektóre baby biorą nawet po pięć zestawów, a potem kopcą u mężów na płycie, jakby im to miało w czymś pomóc. Poza tym mężczyźni na zapachy niewrażliwi za życia, to i po śmierci także ich to nie pocieszy. Ale skoro promocja, rabat, gratis, czemu by nie napchać siaty, wózeczka na kółkach z kraty ceratowej zrobionego. Czemu nie nabywać na zapas, do pawlacza. Jak się samej umrze, rodzina tylko sięgnie na półkę i zapali. Będzie taniej i z głowy.

W każdym razie człowiek obkupiony w te gadżety kroczy dumnie z siatką i obowiązkową paczką zapałek. Mija bramę, w bramie Wacek na wędkarskim krzesełku siorbie herbatę z prądem i od niechcenia do zakupów zaprasza. Na rozkładanym stoliku ma kolorowe lizaki, obwarzanki i pańską skórkę. Nigdy nie kupuj tego ostatniego, no co to jest za cholerstwo! Nie dość, że skład podejrzany, a barwniki niewiadomego pochodzenia, to jeszcze konsystencja kitu do podłogi zmusza do milczenia przez dłuższy czas. Obkleja się to wokół zębów, łączy żuchwę z siekaczami; już niejedna sztuczna szczęka się na tym połamała i do wyrzucenia. Niby taki tani cukiereczek, taka tradycja cmentarna, a jak zaczniesz ciumkać, ssać, glamać, to i do kolacji się nie pozbędziesz. A w zębach nad grobem dłubać to nieładnie. Tu wszak chodzi o nastrój zadumy.

Niestety, przy głównej alejce stoi zawsze skrzypek i tak potwornie rzępoli, że tylko szkoda tych biednych zmarłych, co leżą bez ruchu i muszą tego wszystkiego słuchać. Ani uciec, ani na pięcie się odwrócić, tylko tkwić w zamurowaniu. Skrzypek wycina wciąż pieśni rzewne, rozstrojone, psujące ciszę. Odpoczywa co jakiś czas, sam utrudzony tym niechcianym koncertem. Rozgląda się wtedy leniwie po znanym sobie terenie pełnym ustalonych praw.

Na cmentarzu istnieją bowiem wewnętrzne przepisy, że śmieci składujemy przy bramie, że dbamy o sąsiednie groby, że nie stawiamy zniczy bezpośrednio na płycie i że zakupy robimy według funeral code. Podobno białe lilie tylko dla młodych. Dla starych za to smutne wianuszki i stonowane barwy zniczy. Tam, gdzie widać fotografie, niektóre w sepii, to od razu wiadomo, kto leży, ile ma lat, czasami – kim był. Starzy ludzie w garniturach patrzą uśmiechnięci w obiektyw. Przecież to miało być zdjęcie do dowodu osobistego, nie na grób. Kto, idąc do fotografa, myśli o własnej śmierci?

Halina Żyleta była początkująca w subkulturze cmentarnych wdów. Szła, co prawda, na pamięć do właściwej alejki, od Głównej, przez Szeroką i do Lipowej, a minę miała wtedy pewną, spokojną. Patrzyła z lekką pogardą na tych, co to po niedawnym pogrzebie trzymali w dłoniach laminowane obrazki święte z nadrukiem adresu zmarłego. Zameldowania ostatecznego. I tylko latali teraz między alejkami, usiłując ogarnąć logikę nekropolii. A gdzie tam, nie ma logiki – jest ogólny plan, ale to przy bramie głównej, a do niej trzeba by się cofnąć, z dziesięć minut drogi. Przecież na starych nogach każdy krok na wagę złota. I gubią się ludzie po grobach, próbują się rozeznać w jednakowych płytach, jednakowych zniczach. Wokół spokój i rozwalające się przecinki informujące o numerach ścieżek.

Bo tu się spieszyć nie należy. Raczej chłonąć znaczenie poszczególnych sylab życiowych. Takich jak ach, och, ech. Westchnień poza świadomością, poza kalendarzem spotkań i retoryką wystąpień. To taka zabawa dla dzieci jak z zeszytu Wesołe minutki – połącz kropki, a zobaczysz, jaka wyjdzie z tego postać. Całe to trwanie w stop-klatce jest jak łączenie: znaczeń, ludzi, chwil, myśli. W nim widzimy dopiero trud życia. Bo co to za filozofia strzelić sobie udane momenty. Ważne, aby je potem zgrabnie połączyć w całość, zawiązać kokardkę i podpisać „to moje”. To ja.

Tylko że z nikim się już wtedy nie podzieli myślą, myśl zostanie tylko dla nas i do sztambucha. Nic już się nie poprawi, nic nie będzie można zmazać, zakamuflować drogą psychoterapią. Nie odkupimy swoich win w Medziugorie, Licheniach i u wszystkich świętych. Sekundę przed śmiercią się okaże, czyśmy dobrze te wszystkie kropki połączyli. Czy nam coś z tego życiania, z tego życiowania wyszło. Wcale nie jest też tak, że w życiu piękne są tylko chwile; co my wiemy o życiu, będziemy mogli na nie spojrzeć na sekundę przed zamknięciem oczu, gdzieś na sali operacyjnej lub w swoim zasikanym łóżku, w towarzystwie rodziny czekającej na testament. Będziemy umierali i prawdopodobnie będzie nam dana chwilka refleksji. Ach, więc to tak. Aha, och.

Przechodniu cmentarny, spójrz zatem na rzędy grobów i się lepiej nad sobą zastanów, póki możesz, bo się obudzisz z ręką wiadomo gdzie, ale wtedy będzie za późno na skargi. Pomyśl za życia o śmierci i nie próbuj z nią walczyć, bo się tylko narazisz na śmieszność.

Dzisiaj skrzypek wyjątkowo często uderzał w wysokie tony, aż mu pękła struna, schował więc instrument do futerału i zamyślił się. O czym myśli taki skrzypek, pracujący wokół trupów? Przecież on w filharmonii miał grać, a nie tu!

Halina minęła go szybko i skręciła wzdłuż ceglanego muru. W letnie dni buchał zza niego okropny smród zgniłych śmieci, które lokowano za nim w nadziei, że nikt nie zobaczy. I znowu współczucie dla zmarłych, że w tym syfie leżą i sobie żadnego dezodorantu rozpylić nie mogą. No, chyba że to dlatego sprzedają te wszystkie dyfuzory lawendy i sosnowej szyszki w kadzidłach. Może to właśnie dlatego.

Po drodze wystawały korzenie drzew, które nieraz podcięły nogi jakiejś babie, że tylko w powietrzu latały te skarby niesione w reklamówce. Obite kolana, podarta jesionka, a nieraz to i złamanie z powikłaniami. Halina potknęła się właśnie o stare gałęzie i zaklęła pod nosem. Odwróciła się za nią jakaś rozmodlona staruszka, która codziennie przychodziła do męża i czytała mu „Super Express” nie wiadomo po co, ale to zawsze lepiej niż gadać do telewizora w samotności i tylko śledzić, czy Esmeralda zdradzi męża, czy on zdradzi ją.

Baba spojrzała lękliwie. One wszystkie bały się Haliny, te wszystkie czarne wdowy, te zasuszone kwiatuszki trzymające w drżących rękach zapałki. Oglądały się za nią lub podglądały, jak stoi przy grobie. A nuż coś ukradnie, a nuż odłupie złote litery i przetopi na wódkę.

Kradną przecież na potęgę. Halina kiedyś tak zajęła się sprzątaniem suchych gałęzi, że nie zauważyła, jak zza grobu wychylił się stary dziad i porwał jej torebkę. Od razu zaczął uciekać alejką, więc Halina rzuciła tylko ścierkę i pobiegła za nim. Dwa kopy w nogi i dziad leżał jak kłoda. Taki niby stary, schorowany, w autobusie to się pewnie wykłóca o siedzenie, a tu niczym sportowiec. Raz-dwa, sadził susy i w ręce dzierżył zdobycz. Dostał kilka razów, na przyszłość, bo pewnie i staruszkom kradnie dobytek, a poradzić to one sobie nie poradzą. Czyli nauczka obowiązkowa. Charchnął potem zębami między grobami, jak szczur.

Halina wyglądała zawsze elegancko, lecz podejrzanie. Niby schludnie, ładnie, dres wyprasowany, ale tatuaże na ciele to już szpetne, na co i po co to, wystają zza rękawów i sięgają palców. Z kryminału chyba dziewczyna wyszła, a szkoda, bo taka młoda i by się za siebie wzięła. Młoda taka, no właśnie.

Bo cmentarz to jednak rewir starych, jak dancing albo kościół z samego rana. Tam głównie seniorzy przychodzą i tylko czasem z młodszymi. A same młode to raczej niewidoczne, jakieś podejrzane. Może profanują, kto ich tam wie?

Szczególnie te stare bez mężów mają zaciśnięte usta. Z jednej strony dumne, że jeszcze żyją, ale z drugiej ciągle narażone są na insynuacje, porady, zaczepki.

– Pani Basiu, pani to wdowa i pan Gieniek wdowiec. Może byście tak razem...

– Co też pani, jeszcze nie zgłupłam, żeby sobie stare jaja do domu brać. A broń cię, Panie Boże! To ja już na głowę bym musiała upaść!

– Ale razem tak jakoś raźniej i w serial popatrzeć, i na zakupy iść.

– Ja po operacji oczu, w telewizję się nie gapię, a zakupy sama sobie zrobię, bo ja mało jem. A chłopa raz już miałam, dziękuję bardzo, więcej mnie nie trzeba.

Pani Basia podobno wyrzuciła wszystkie szklanki musztardówki z domu. A na co to komu – pyta – na co komu z tego pić? Nikt tu już pić nie będzie – mówi. Zostawiła jeden młotek, pudełko średnich gwoździ, kombinerki i kolekcję śrubokrętów. Ale ani jednej koszuli męża. Tłumaczyła, że któregoś dnia tak się wpieprzyła, że zrobiła porządek w szafach. Trzymać ten cały pociejów nie ma sensu, na co to komu?

Baby zapamiętale polerują płytę z wyrytym „Zmarł w 1996 roku”. Tyle lat tu przychodzą, aż im się ręce powykręcały od zimnej wody z kranu. Chyba z Bródna są, a może ze Szmulowizny. Opalają sobie piecykiem spleśniałą łazienkę, wdrapują się po drewnianych schodach dzień i noc.

Warszawę należy zacząć opisywać właśnie z tego miejsca, z ruin po pradawnym grodzie bródnowskim, co był zaczynem do przyszłego miasta, takim tutejszym grodem gnieźnieńskim. Korzenie każdego warszawiaka widać na odległość. W okolicznym Targówku Fabrycznym do tej pory produkuje się nowych mieszkańców. Sprzyja temu idealna lokalizacja – zapomniane ubocze wielkiej metropolii, tajemnicze ulice i połacie zieleni. Oraz, oczywiście, fabryki, a raczej ich resztki.

Niektóre postaci topi się najpierw w specjalnych piecach umieszczonych pod powierzchnią dawnych tuneli metra. Następnie przepuszcza się przez kręte rury i przekazuje bezpośrednio w tłum rojący się w okolicach stacji metra Centrum. Aby nikt nie spostrzegł nowo wyprodukowanych ludzi, każe im się najpierw przechodzić pod rzeką przez specjalne kanały.

Tajna baza mieści się w willi Waltera, która została zbudowana przed wojną. Z racji bunkra ukrytego pod ziemią jest to idealne miejsce do planowania nowych, warszawskich prototypów. Z zewnątrz budynek wygląda jak zwykła kamienica. W czasie wojny ćwiczyli w niej na strychu żołnierze AK – mogli sobie strzelać, bo obok przebiegała kolej, która stukotem kół skutecznie zagłuszała podejrzane hałasy. W kamienicy żył też właściciel luster, który zostawił po sobie wiele opiłków szkła. Do tej pory wykorzystywane są one do produkcji oczu nowych ludzi. Dlatego też to głównie po nich – nie po schowanych przecież skrzydłach – można poznać warszawiaka wyprodukowanego na Targówku. Ma pełne blasku spojrzenie odbijające w sobie rozmówcę.

Inny świat ten cały prawy brzeg. Niedługo w ogóle nie będzie tu mostów i prażanie kompletnie zdziczeją. Inna rasa, życie na innych zasadach. Zatrzymane w pół kroku między przedwojennym sznytem a współczesnym blokersowaniem. Resztki wymierającego świata, nieistniejącego miasta, które kiedyś miało coś do powiedzenia, a teraz przejechane zostało buldożerem zmian we wszystkie strony. Resztki niezmiecione ze stołu, ruiny.

To się widzi w ludziach, to się widzi w otoczeniu.

Naprzeciwko bramy od Świętego Wincentego ktoś ma hodowlę gołębi. Latają ptaszyny nad usługami kamieniarskimi, zataczają koła, srają na zaparkowane samochody. Właściciel rozmawia z kolegą:

– Jak mi na tym świecie dobrze. O Jezu, jak mi dobrze! Wszystko mi się w życiu poukładało. Janek mi przyniósł te stare części od pralki, to je sobie w sam raz zazłomuję. Tutaj mi z kościoła na święta dali mąki, to sobie coś zrobię. No, mówię ci, Bohdan, jak mi, kurwa, dobrze!

Dziad stoi pod gołębiami i na ziemi zatacza szmatą koła. A gołębie latają podług tego i zawsze wracają do siebie. Do klatki.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Wtedy odkrywa się śmierć

Dostępne w wersji pełnej

Siekiera, motyka

Dostępne w wersji pełnej

Nie ma życia bez bijatyki

Dostępne w wersji pełnej

Młode wdowy

Dostępne w wersji pełnej

Spuchnięta skóra

Dostępne w wersji pełnej

Ktoś tu kogoś spalił

Dostępne w wersji pełnej

Między szpitalem a balkonem

Dostępne w wersji pełnej

Część druga Bezprawie i bal

Dostępne w wersji pełnej

***

Dostępne w wersji pełnej

Bronka nie lubi

Dostępne w wersji pełnej

Ciemno już

Dostępne w wersji pełnej

Namawianki

Dostępne w wersji pełnej

Dolny Moko

Dostępne w wersji pełnej

Babcia znajduje dwa włosy

Dostępne w wersji pełnej

Zbiera się brygada niezła

Dostępne w wersji pełnej

Bronka i wymyślona śmierć

Dostępne w wersji pełnej

Część trzecia Bohaterki

Dostępne w wersji pełnej

***

Dostępne w wersji pełnej

Babilon płonie

Dostępne w wersji pełnej

Poród

Dostępne w wersji pełnej

Przeznaczenie jest jedno

Dostępne w wersji pełnej

Źródła cytatów

Dostępne w wersji pełnej

Wydawca

Agata Pieniążek

Redaktor prowadzący

Katarzyna Krawczyk

Redakcja

Sylwia Bartkowska

Redakcja techniczna

Lidia Lamparska

Korekta

Elżbieta Jaroszuk

Agnieszka Trzeszkowska

Copyright © by Sylwia Chutnik, 2012

Copyright © by Weltbild Polska Sp. z o.o., Warszawa 2012

Copyright © for the e-book edition by Weltbild Polska Sp. z o.o., Warszawa 2012

Świat Książki

Warszawa 2012

Weltbild Polska Sp. z o.o.

ul. Hankiewicza 2, 02-103 Warszawa

Księgarnia internetowa: Weltbild.pl

Niniejszy produkt objęty jest ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że wszelkie udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

ISBN 978-83-273-0275-5

Nr 90453374

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl