Wydawca: Nasza Księgarnia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 457 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 13 godz. 37 min Lektor: Anna Dereszowska

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 13 godz. 37 min Lektor: Anna Dereszowska

Opis ebooka Cukiernia Pod Amorem. Tom 2 Cieślakowie - Małgorzata Gutowska-Adamczyk

W drugim tomie bestsellerowej sagi Cukiernia Pod Amorem autorka przedstawia dalsze losy rodu Zajezierskich. Wraz z jedną z bohaterek wyrusza za ocean, znakomicie odmalowując życie polskich emigrantów na przełomie XIX i XX wieku. Na scenę wkracza również barwna rodzina Cieślaków. Poznamy półświatek złodziejaszków z warszawskiego Powiśla, a także artystyczne środowisko przedwojennych teatrów i kabaretów.

I tym razem nie zabraknie pięknych, zdecydowanych kobiet, przełomowych wydarzeń z dziejów Polski i świata oraz ekscytujących historii miłosnych.

Popłyńmy z Marianną do Nowego Świata, a z Grażyną Toroszyn podbijajmy Warszawę i serca prawdziwych dżentelmenów, wiedząc, że i tak wszystkie drogi prowadzą do Gutowa.

Dorota Koman, poetka, krytyk literacki

"Cukiernia Pod Amorem" należy do tych książek, które mimo objętości czyta się jednym tchem.

Katarzyna Badowska, "Gazeta Wyborcza"

Barwna obyczajowość opisana z imponującym realizmem i dbałością o detale, różnorodne, ciekawie nakreślone sylwetki bohaterów, a także ogrom wiedzy o minionych czasach czyni "Cukiernię Pod Amorem" niezwykle zajmująca lekturą.

Agnieszka Kantaruk, redaktor naczelna miesięcznika "Modny Kraków"

Powieści zdecydowanie nie można zarzucić nudy, czyta się ją bowiem z zachłannością.

Joanna Hetman, "Magazyn Literacki Książki"

Opinie o ebooku Cukiernia Pod Amorem. Tom 2 Cieślakowie - Małgorzata Gutowska-Adamczyk

Fragment ebooka Cukiernia Pod Amorem. Tom 2 Cieślakowie - Małgorzata Gutowska-Adamczyk

MałgorzataGutowska-Adamczyk

Cukiernia Pod Amorem Część drugaCIEŚLAKOWIE Fragment

Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA

Zajrzyj na strony

www.nk.com.pl

Znajdź nas na Facebooku

www.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia

Zapraszamy na stronę

www.cukierniaPodAmorem.pl

Poznaj również dalsze losy bohaterów Cukierni Pod Amorem

www.miastoswiatel.nk.com.pl

W serii

CUKIERNIA POD AMOREM:

Zajezierscy

Cieślakowie

Hryciowie

Poznaj również dalsze losy Róży z Wolskich

TOM I

Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich

W przygotowaniu

TOM II

Podróż do miasta świateł. Rose de Vallenord

Wstęp

Latem 1995 roku archeolodzy z Uniwersytetu Warszawskiego odkopują pod rynkiem w Gutowie, nieopodal cukierni Pod Amorem, zasypane podczas drugiej wojny światowej korytarze. Znajdują tam zmumifikowane szczątki młodej kobiety, która ma na palcu bardzo stary, być może nawet średniowieczny, złoty pierścień. Właściciel cukierni, Waldemar Hryć, jest tym faktem mocno poruszony, ponieważ klejnot, jedyny dowód na szlacheckie pochodzenie jego dziadka, Pawła Cieślaka, zaginął dawno temu w niewyjaśnionych okolicznościach.

Pradziadkiem Hrycia był dziedzic dużego majątku ziemskiego, hrabia Tomasz Zajezierski. Uwiódł on pod koniec XIX wieku niejaką Mariannę Blatko, wnuczkę organisty z Zajezierzyc i córkę miejscowej szeptuchy[1] Zuzanny mającej dar proroczy. Aby przekonać dziewczynę o swych czystych intencjach, hrabia podarował jej tenże pierścień, ofiarowany po bitwie pod Grunwaldem jednemu z jego przodków przez wielkiego księcia Witolda Kiejstutowicza, krewnego króla Władysława Jagiełły.

Hryciowie uważają pierścień za rodzinny skarb. Celina, matka Waldemara, poszukiwała go całe życie, ponieważ to właśnie jej i jej starszemu bratu Zygmuntowi ojciec powierzył przed śmiercią cenną pamiątkę.

Iga, córka Waldemara, pragnie dowiedzieć się, kim była kobieta, której szczątki odnaleziono, i wyjaśnić w zastępstwie unieruchomionej po udarze mózgu babki, kto podczas okupacji mógł wyjąć pierścień z ukrycia. Pomaga jej w tym jeden z archeologów, zainteresowany tą historią. Towarzyszy dziewczynie podczas wycieczki do pobliskich Zajezierzyc, gdzie w odrestaurowanym pałacu znajdują się hotel oraz niewielkie muzeum.

Dzięki pamiątkom zebranym przez emerytowanego dyrektora hotelu Iga zaczyna poznawać członków rodziny Zajezierskich: swoją praprababkę, matkę hrabiego, Barbarę z Sokołowskich, Adriannę z Bysławskich, jego żonę, oraz jej siostry – Wandę, która z powodu zawiedzionych nadziei na małżeństwo z Tomaszem została zakonnicą, oraz Kingę – ta z tego samego powodu próbowała się utopić, a potem wbrew woli rodziny wyszła za mąż za Rosjanina.

Iga nie dociera jednak do najskrytszych tajemnic rodziny, a zwłaszcza do zapomnianej przepowiedni, jakoby ród Zajezierskich miał się skończyć, jeśli panu na Zajezierzycach urodzi się dwóch synów o tym samym imieniu.

Tymczasem 24 grudnia 1895 roku w Zajezierzycach i odległym Chicago na świat przychodzi dwóch chłopców spłodzonych przez hrabiego Tomasza. Jeden z nich dostaje na chrzcie imię Paweł, drugi zaś Paul. Od tej chwili los rodziny jest przesądzony.

[1] Osoba odczyniająca uroki, babka, wiedźma.

1995

Tej sierpniowej nocy Waldemar Hryć, cukiernik z ponadtrzydziestoletnim stażem, po raz pierwszy w życiu zepsuł ciasto drożdżowe. Zamordował je własnoręcznie, pochłonięty przez niedające się opanować, natrętne fantazje o pięknej Helenie Nierychło.

Zanim niepodzielnie zawładnęła jego myślami, zaglądała do cukierni Pod Amorem jedynie jako klientka. Otaczała ją zła sława złodziejki mężów, co mogło dziwić, bo przecież sama miała męża. O dekadę starszy Ryszard Nierychło, emerytowany major wojska polskiego, miał swoje lata, ale nie zasługiwał na miano starca! Dlaczego pozwalał jej szargać swój honor? Czyżby był ślepy na prawdę?

W mieście tak małym jak Gutowo każda tajemnica musi się prędzej czy później wydać. Poprzedza ją plotka, w którą początkowo mało kto wierzy. Kobiety u fryzjera opowiadają ją sobie dla zabicia czasu, a potem nagle – buch! – ktoś zobaczył, kto inny potwierdził i sprawa staje się publiczna.

Nierychło musiał zdawać sobie sprawę, że jego żona poszukiwała przygód, a przynajmniej od nich nie stroniła. Jaka więc tajemnica wiązała ich małżeństwo?

*

Być może nad tym właśnie zastanawiał się Waldemar Hryć, wyrabiając ciasto drożdżowe na jagodzianki w formie mumii, które tak świetnie rozeszły się poprzedniego dnia. Kiedy sięgał po cukier, nawet nie zauważył, że – całkowicie pochłonięty przez dręczące go troski – dodał do produktu soli.

Pragnął Heleny, myślał wyłącznie o niej. Pożądał jej, jak tylko mężczyzna po jedenastu latach seksualnej abstynencji może pożądać kobiety. Jako że nie miał żadnych kontaktów cielesnych od śmierci żony, był bezbronny niczym dziecko. Zawróciła mu w głowie. Został niespodziewanie zaatakowany i zdobyty bez słowa protestu.

Poznali się miesiąc wcześniej w teatrze w Płocku. Dochodziło południe. Ona przygotowywała we foyer wystawę gobelinów, on chciał wypożyczyć jakiś kostium na Dni Gutowa dla Igi. Uśmiechnęli się do siebie niczym para starych znajomych, a przecież wcale się nie znali! Ona powiedziała:

– Pan Hryć! A co pan tu robi? – jakoś tak całkiem naturalnie. – Może kupi pan mój gobelin? Wszystkie są na sprzedaż.

Była zjawiskowa. Rudowłosa i pulchna. Nieco po trzydziestce. Miała okrągłą twarz, zielone oczy, dwa ujmujące dołeczki w policzkach, szczupłe dłonie, zgrabne nogi, drobne stopy i wyzywające, wysoko uniesione piersi. Pachniała oszałamiająco, a jej zwiewna, prowokacyjnie rozpięta sukienka więcej odsłaniała, niż usiłowała zasłonić.

Patrząc na nią, Hryć przypomniał sobie, że istnieją kobiety. Nie matki, córki, żony, klientki, kontrahentki, nauczycielki, ekspedientki, pielęgniarki. Uświadomił sobie cudowne zjawisko, jakim są kobiety w ogóle. Westchnął na wspomnienie ich tajemniczego zagłębienia między piersiami, słonego smaku spoconej skóry, zapachu włosów schnących na słońcu. To wszystko, o czym zdążył zapomnieć, przygnieciony przez codzienne troski, Helena zawarła w jednym tylko spojrzeniu.

Zrobiło mu się gorąco. Zmieszał się nieco, nie chciał zostać uznany za gbura. Popatrzył na gobeliny. Nawet ładne: trochę widoczków, martwa natura, jakieś portrety, wreszcie akt, czyżby samej autorki?

– Czy my się znamy? – zapytał nieśmiało, nie odwracając wzroku od tkanin.

– Któż nie zna cukierni Pod Amorem i jej właściciela? – odpowiedziała słodko.

– Pani jest z Gutowa? – Domyślił się wreszcie i w lot chwycił okazję. – Proszę mi pomóc, błagam panią!

– Skoro pan błaga… – Uśmiechnęła się rozbawiona. – O cóż chodzi?

Gdyby Iga przypuszczała, komu zawdzięcza swoją kreację, pewnie jej radość nie trwałaby długo. Nie domyśliła się jednak, kto dokonał wyboru, i nigdy nie miała się tego dowiedzieć.

To zresztą było bez znaczenia, ponieważ równocześnie działo się tyle innych niepokojących rzeczy. Wystarczyło, że spojrzała na ojca, a od razu się zorientowała, że coś zaszło. Nagle zaczął podśpiewywać! Kupował sobie nowe koszule i spodnie, do czego nigdy nie mogła go namówić. Zmienił wodę po goleniu. Raz po raz mył samochód.

No i ciągle miał jakieś sprawy w Płocku, a kiedyś nawet nie wrócił na noc! Powiedział, że zabrakło mu paliwa i wolał się zdrzemnąć w wozie, niż leźć tyle kilometrów po ciemku przez las. Co tak pilnego załatwiał wieczorem, kiedy wszystkie urzędy i hurtownie są dawno zamknięte, tego nie umiał wytłumaczyć. Natychmiast zmienił temat. Nie znalazł też odpowiedzi na pytanie, czemu nie złapał do Gutowa okazji. Ofuknął ją tylko, że się czepia. Iga wciąż miała przed oczami jego twarz, kiedy podczas Dni Gutowa patrzył na nieznajomą kobietę. Wyglądał jak zakochany! Gdyby sama tego nie widziała, nie uwierzyłaby! Przecież to absurd! Jednak zobaczyła ich i to stanowiło problem. Jak miała wezwać ojca do opamiętania? Przecież był dorosły. Dlaczego zresztą miałby się opamiętać? Bo jego żona, a jej matka umarła? Nawet do Igi nie przemawiał ten argument. Bo tamta jest od niego młodsza? Co z tego, skoro obydwoje są pełnoletni? Na razie Iga nie znała tej kobiety, nie mogła więc posłużyć się jej mężem jako ostatecznym powodem do zerwania. Czuła do rudowłosej instynktowną niechęć, ale przypuszczała, że to zazdrość, i bardzo się wstydziła. Wyrzucała sobie, że ojciec ma prawo do szczęścia, a ona małostkowo i samolubnie mu je odbiera.

Na razie była o niego tylko zazdrosna, niedługo miała zacząć się bać.

1890

Marian Cieślak pochodził z zapyziałej, cuchnącej, otoczonej złą sławą ulicy Dobrej na warszawskim Powiślu. Jego ojciec Julian był piaskarzem, a matka Paulina, wiecznie w ciąży, niańczyła kolejne pociechy i brała po lepszych domach pranie. Choć pracowali dużo i ciężko, na ogół nie mieli co włożyć do garnka, bo dochody były niewielkie, a gąb do wykarmienia wciąż przybywało.

Tłoczyli się w dwuizbowej suterenie, gdzie prawie nigdy nie wpadało światło słoneczne, a zapach wilgoci mieszał się z oparami mydła i gotowanych w łupinach ziemniaków. Dzieci, cierpiąc dotkliwy głód, szybko zaczęły chodzić na żebry, a potem nauczyły się kraść. Sprytne były maluchy i w domu zaraz się poprawiło. Póki młodzi Cieślakowie okradali przekupki na Rynku Starego Miasta, ich łupem zaś padały bułka, pęto kiełbasy, jajko czy główka kapusty, nikomu nie opłacało się gonić złodziejaszków, czuli się więc bezkarni. Ale w miarę upływu czasu ich apetyty i ambicje rosły, tak więc musieli zmienić metody i teren działania.

Aby nie rozpoznały ich poszkodowane handlarki, zaczęli grasować na schodkach łączących Tamkę z Okólnikiem, zapuszczali się nad Wisłę, gdzie cumowały galary[2] z płodami rolnymi i zawsze kłębił się tłum handlujących i kupujących, na plac Żelaznej Bramy do Gościnnego Dworu po towary łokciowe[3], norymberszczyznę[4] i buty, na Grzybów po węgiel i drewno w drobno porąbanych, obwiązanych sznurkiem szczapkach, na plac Zielony[5] po mięso, ryby i drób, na plac Trzech Krzyży po dziczyznę oraz na Sewerynów[6] po artykuły przemysłowe.

Przywódcą i mózgiem bandy był najstarszy z rodzeństwa, Zenek. Gdy tylko zauważył, że w mniejszej grupie łatwiej jest operować, szybko wprowadził tę innowację w życie. Wałęsali się po mieście trójkami i nigdy nie zdarzyło się, by wrócili z pustymi rękoma. Najmłodszy Marian, zwany Mariankiem lub Marysiem, zaczął uczestniczyć w kradzieżach już w wieku pięciu lat. Na ogół stał na czatach bądź zagadywał przekupki, a jego specjalnością był płacz na zawołanie, który robił niemało zamieszania i kruszył serca, wywołując zainteresowanie i litość. Zenek, wtedy piętnastoletni, zawsze brał malucha ze sobą, bojąc się, że młodsze rodzeństwo zostawi go gdzieś lub zgubi w tłumie podczas ucieczki. Marian uwielbiał najstarszego brata. Darzył go bałwochwalczym wręcz szacunkiem za bezczelność, spryt, polot, a przede wszystkim za fantastyczną umiejętność wspinania się po gzymsach.

W związku ze zmianą taktyki rosły też łupy małych przestępców – nie były to już jedynie artykuły spożywcze, ale również rozmaite przedmioty codziennego użytku. W domu wciąż panowała bieda, więc nie gardzili niczym, kradli w sklepach, na podwórkach, w mieszkaniach. Przynosili do domu wiadra, poduszki, miotły, buty, nawet zerwane z trzepaków dywany.

W tym czasie ich ojciec, porzuciwszy znienacka niewdzięczną pracę piaskarza, przesiadywał całymi dniami Pod Łosiem albo w Ostatnim Groszu, a matka, której sprzykrzyło się pranie, weszła do interesu, sprzedając fanty Żydom. By trefny towar nie został przypadkiem rozpoznany, wynosiła go aż na Kercelak[7], tam inkasowała kilkanaście kopiejek, czasem rubla czy dwa, zawzięcie się targując, po czym pieszo wracała na Powiśle.

Od swoich klientów, paserów, przynosiła też zamówienia na konkretne towary, co spowodowało, że rodzinne przedsiębiorstwo Cieślaków weszło w nową fazę rozwoju. Teraz trzeba już było działać planowo, zdecydować, dokąd się udać celem dokonania kradzieży. Każda z trzech grup wyspecjalizowała się w innych skokach. Jedni poszukiwali psów rasowych, inni ćwiczyli się w „krawiectwie”, czyli kradzieżach kieszonkowych, a Zenek, który uwielbiał ryzyko, został „pajęczarzem” – kradł suszącą się bieliznę oraz inne dobra przechowywane na słabo zabezpieczonych strychach.

Z czasem rodzina zmieniła mieszkanie na obszerniejsze, przeniosła się do porządniejszego domu, zaczęło jej się lepiej powodzić, zwłaszcza że bez przerwy besztana przez żonę głowa rodziny Cieślaków, Julian, także wszedł do interesu. Teraz mieli środki na życie i na zabawę. Chodzili do cyrku przy Ordynackiej, do Doliny Szwajcarskiej na koncerty i do teatrów ogródkowych, by się pośmiać, pogapić i wychylić kufelek piwa.

W miarę jak rodzina się bogaciła, a dzieci dorastały, każde z nich zaczęło pracować na własną rękę. Bogusława nawiązała bliskie kontakty z subiektami sklepowymi, którzy wynosili pod płaszczami towary ze swoich firm, a potem dzielili się z nią zyskiem. Bronek wkręcił się na Kercelaku do bandy Ślepego Anzelma, gdzie najpierw jako „świeca” ochraniał swojego patrona, potem został mianowany na naganiacza, wreszcie na krupiera. Karol, najprzystojniejszy z rodzeństwa, uwodził służące, które skuszone perspektywą zaręczyn okradały swoich pracodawców, tracąc dla wybranka głowę i posadę. Sprytny jak małpa Wicek wchodził do mieszkań „na lipko”[8], a Krystyna, szopenfeldziarka[9], kradła w sklepach. Marceli był „złomiarzem”, grasował przy ozdobionych metalowymi literami pomnikach miejskich oraz cmentarnych, ale nie gardził też żadną rurą, klamką ani sztabą. Bernard okradał pasażerów tramwajów. Marian, wtedy już piętnastoletni, był „bajerantem” – chodził od mieszkania do mieszkania i gdy tylko natknął się na drzwi niezamknięte na klucz, kradł, co mu się nawinęło pod rękę: okrycia, buty, parasole. Nakryty przez któregoś z domowników, zagadywał, próbował coś sprzedać, pytał o jakieś nazwisko lub prosił o szklankę wody.

Najstarszy Zenek w tym czasie już się wyprowadził z domu i utrzymywał siebie i żonę z okradania pasażerów statków pływających po Wiśle oraz podróżnych w pociągach.

Aż dziw, że tak długo udało się im wszystkim działać bezkarnie! Być może stało się tak dlatego, że ginęli w tłumie sobie podobnych, mieszkali bowiem w okolicy, gdzie większość sąsiadów miała coś na sumieniu. Może dlatego, że nie obnosili się ze wzrastającym dobrobytem? Może wreszcie mieli szczęście? Jednak rok 1890 nie był dla nich pomyślny. Na nieudanych skokach wpadła trójka z rodzeństwa: najpierw Wicek, uciekając przez okno, przyłapany na gorącym uczynku, zleciał z gzymsu wprost w objęcia stróża. Potem Krystyna została zatrzymana przez subiekta sklepowego ze schowanymi w wewnętrznej kieszeni palta towarami o wartości kilkuset rubli. Wreszcie Bernard, jadąc tramwajem, próbował okraść policjanta w cywilu.

Wszystkie te pechowe przypadki zdarzyły się w jednym kwartale, a każde z trójki sąd skazał na kilka tygodni aresztu. Przy okazji trafili też do policyjnych kartotek. Równocześnie rodzinę poddano dyskretnej obserwacji szpicli i ta kara okazała się najdotkliwsza, bo znacznie utrudniała złodziejski proceder. Ale nie było już odeń odwrotu, ponieważ innego życia Cieślakowie nie znali. Żadne nie chodziło do szkoły i nie miało przyuczenia do jakiegokolwiek zawodu. Praca fizyczna w opowiadaniach ojca jawiła się jako nudna, monotonna i źle płatna, podczas gdy każdy skok dostarczał emocji, środków do życia i okazji, by poświętować.

W końcu trójka aresztantów opuściła więzienie w Arsenale i wróciła do domu. W drugi dzień Zielonych Świątek uczczono to zbiorową wyprawą na odpust parostatkiem do Młocin. Był maj, piękna pogoda i po zakończonej mszy u kamedułów oraz obowiązkowym kuflu piwa u Bochenka siedzieli dwanaścioro (bo do rodziny dołączyła żona Zenka, Eliza) na kocach pod drzewami i rozprawiali o tym i owym, zwłaszcza zaś zastanawiając się nad przyszłością.

Eliza nosiła wtedy pod sercem małego Cieślaka i los tegoż właśnie, nienarodzonego jeszcze, ale oczekiwanego przez wszystkich dziecięcia nastroił rodzinę do snucia planów. Zadziwiające, że wszyscy niemal chcieli je posyłać do szkół, a potem na uniwersytet, marząc, by było lekarzem lub jeszcze lepiej prawnikiem i ich obrońcą, gdyby kiedyś, nie daj Boże, znów komuś z nich miała powinąć się noga.

Gdy los dziecka został obmyślony w najdrobniejszych szczegółach, szukając nowego tematu do równie pasjonującej dyskusji, Zenek chciał pchnąć rodzinę ku nowemu przedsięwzięciu, o którym trochę ostatnio myślał, jednak kątem oka zauważył, że Maryś ma wyjątkowo ponury nastrój. Zapytany o przyczynę, chłopak wykręcał się od odpowiedzi. Gdyby przyjechali tu sami, być może zwierzyłby się bratu, ufał mu przecież bezgranicznie. Od kilku tygodni szukał jakiejś sposobności, ale nie mógł przecież tego zrobić przy wszystkich, sprawa bowiem była osobista, a nawet intymna.

– A cóżeś ty Maryś tak posmutniał, co? – zapytał Zenek. – Żal ci, że już nie będziesz najmłodszy? Nie cieszysz się, że zostaniesz stryjkiem?

– Cieszę… – padła cicha odpowiedź.

– On jest ostatnio jakiś nieswój. – Matka pokiwała głową.

– Tak, tak! Markotny – zawtórowała jej córka Bogusława. – Możeś ty się zakochał, co? Przyznajże się! – Zmierzwiła mu włosy po przyjacielsku, a on warknął na siostrę rozeźlony i odszedł gdzieś na bok.

– O, moi państwo, chyba coś jest na rzeczy… – stwierdził Karol, który też ostatnio zaobserwował u brata pogorszenie nastroju.

Chcąc sprawę zbadać dokładniej, Zenek wstał i ruszył za Marianem. Chłopak siedział nieopodal i bezmyślnie dziobał patykiem w ziemię.

– Coś cię trapi?

– Co ma mnie niby trapić? – Marianek odpowiedział w złości. – Alboż to nie jestem zdrowy? Nie mam co na grzbiet narzucić? Albom jest w więzieniu zamknięty, żeby na swój los narzekać?

– To czemuś taki nagle rozsierdzony, jakby cię stado szerszeni pogryzło? Rzucasz się jak ten karp w przeręblu, kto ma ci pomóc, jeśli nie brat rodzony?

– Bo mnie nikt nie może pomóc! – powiedział Marian i ze złością rzucił patyk w krzaki.

– Nie bądźże dzieckiem! Upartyś jak osioł. Rodzina jest od tego, żeby pomagać. Zawsze tak u nas było, żeśmy za sobą stawali murem, to niby dlaczego teraz ma być inaczej?

– Ja muszę sam… Sam.

– Coś mi się widzi, że Karol miał rację, pewnie to jakaś romansowa historia…

– Co? Nie! No, skąd! – Marian kłamał nieumiejętnie, w oczy jednak bratu nie patrzył.

– W tym nic zdrożnego nie ma. Ani złego. Człowiek trochę kołomąta dostaje i tyle, wiem, bom to niedawno sam przeżywał.

Kopiąc butem w kretowisko, Marian zagryzał wargi, jakby rozważał jakąś ważną kwestię.

– Ale ona nie dla mnie! – przyznał się wreszcie po chwili.

– Kto wie, co tam komu pisane! – westchnął Zenek. – Młodyś jeszcze i masz czas, żeby wybadać, czy ona dla ciebie, czy nie. A na rodzinę się nie obrażaj. Wracamy?

Zenobia Partyka była jedyną córką właściciela dużego warsztatu odlewniczego, Hieronima Partyki. Zajmowali pierwsze piętro sporej własnej kamienicy przy ulicy Leszno. Większość lokatorów stanowili Żydzi, a ich warsztaty i sklepiki usytuowane na parterze oferowały niemal wszystko, czego dusza zapragnie, poczynając od butów, kończąc zaś na nutach. Marian zaglądał tu czasem do szewca, znał zresztą wszystkie podwórka w tej okolicy jak własną kieszeń, był to bowiem jego rewir, Zenobii jednak nigdy nie spotkał.

Aż pewnego razu prawie zderzyła się z Marianem, kiedy podczas złodziejskiego rajdu próbował wejść do mieszkania Partyków. Nie zorientowała się w jego zamiarach, bo strój miał porządny, szybko o kogoś zapytał, a dowiedziawszy się, że pomylił numer domu, uderzył się zabawnie w czoło i ukłonił z gracją. Uśmiechnęła się i ten uśmiech go zgubił.

Od tamtej pory, a minęło już parę tygodni, wciąż tak planował swój dzień, by przechodzić lub przynajmniej przejechać tramwajem w pobliżu i choć spojrzeć w jej okna. Chciał ją zobaczyć. Ciągle myślał tylko o tym uśmiechu i wesołych oczach dziewczyny. To go przygnębiało, bo różnica, jaka ich dzieliła, wydawała się nie do pokonania. Ona – panna z dobrego, zamożnego domu, on – żyjący z dnia na dzień złodziejaszek. Dotychczas mu to nie przeszkadzało. Nie narzekał ani na swoje pochodzenie, ani na to, że jest analfabetą. Nie miał żadnych aspiracji poza tym, by wieczorem przynieść do domu coś wartościowego, zjeść dobrą kolację i pośmiać się z rodzeństwem nad ludzką naiwnością.

Właśnie zaczynał się rozglądać za jakimś bardziej intratnym zajęciem, ćwicząc wieczorami grę w karty z Bronkiem, który obiecywał wkręcić go do szulerni. I nagle to wszystko stało się kompletnie nieważne, a własne życie zaczęło Marianowi doskwierać. Gdy spojrzał na siebie innymi oczyma, oczyma tamtej dziewczyny, był tylko pożałowania godnym biedakiem z Powiśla, który utrzymuje się, okradając innych. Trafnie zdiagnozował uczucia, jakie mogłaby do niego żywić taka panienka. Nie miał jednak dość bujnej wyobraźni, bo nie pomyślał o oczywistym obrzydzeniu, o lęku, niechęci. Ale z niewiadomego powodu – ponieważ uwznioślił pannę w swych marzeniach czy też dlatego, że rzeczywiście taka ona była – odniósł wrażenie, iż przenikają ją dobroć i miłosierdzie. Że jest wcielonym aniołem, który zszedł na ziemię, by nadać jego życiu sens.

Usilnie szukał sposobu, aby ją poznać, na razie jednak tylko obserwował ją z daleka i bardzo dyskretnie, wyobrażając sobie, jak będzie szczęśliwy, gdy uda mu się przybliżyć do tego ideału choćby na krok.

[2] Płaskodenna czworoboczna łódź do przewożenia towarów.

[3] Tkaniny.

[4] Pasmanteria.

[5] Obecnie plac Dąbrowskiego.

[6] Bazar między obecną ulicą Kopernika a Oboźną.

[7] Zajmujące ponad hektar największe targowisko przedwojennej Warszawy, znajdujące się w dzielnicy Wola. Funkcjonowało od 1867 do 1942 roku.

[8] Włamanie do mieszkania przez lufcik podczas snu gospodarzy.

[9] Złodziej sklepowy.

1892

Przez dwa lata żył niczym we śnie. Starał się normalnie pracować, co oznaczało ogrywanie naiwnych i spragnionych łatwego zysku klientów szynku Pod Wołowym Łbem z zarobionych na targu rubli, jednocześnie zaś pobierał nauki czytania i pisania, bo ciągle myślał o swej miłości i żadna panna nie była w stanie mu jej przysłonić. Ale w głębi duszy wciąż nie czuł się jej godny ani gotowy, by stanąć w szranki z jakimś rywalem. Widać jednak prosił tak żarliwie, że jego błagania zostały wreszcie wysłuchane. Trafiła się bowiem zadziwiająca sposobność, której nie wykorzystać byłoby zbrodnią!

Ojciec panny Zenobii przyszedł Pod Wołowy Łeb opijać z jakimś Rosjaninem duże zamówienie, które tamten złożył był w jego giserni. Mieli wyśmienite humory i chyba trochę gotówki. Najpierw jedli flaki w garnuszku, zapiekane na sposób warszawski pod pierzynką z parmezanu i wymieszanej z masłem bułki tartej, do tego sporo wypili i kiedy już znajdowali się pod dobrą datą, zwrócili uwagę na Bronka i Mariana dających się ogrywać w karty jakimś bardzo z siebie zadowolonym kmiotkom.

Cieślakowie perfekcyjnie weszli w swe role. Udając dwóch rozrzutnych szlachciców, zdesperowanych perspektywą utraty rodzinnego majątku, Rosjanin i Partyka mieli dobrą zabawę, przyglądając się grze. W końcu, zaufawszy swej dobrej gwieździe, zaproponowali dwójce pechowców partyjkę, rzekomo by mieli szansę na odegranie się.

Skąd mogli wiedzieć, że uczestniczą w przedstawieniu, którego przebieg jest zaplanowany i kontrolowany? Gdyby się nie połaszczyli na wygraną, może wszystko potoczyłoby się inaczej?

Cieślakowie tymczasem, bliscy łez, stracili już w grze półtora tysiąca rubli, ale mieli jeszcze kamienicę przy Dobrej, którą właśnie niby poprzedniego dnia kupili za dwadzieścia tysięcy, i rzucając ją na szalę, z nowym impetem ruszyli do gry. Chłopi karczewscy, upojeni zwycięstwem, dopytywali się o szczegóły: czy kamienica jest duża, ile ma lokali, czy w pobliżu są sklepy i szynki, na co uzyskawszy zadowalającą ich, pozytywną odpowiedź, grali wysoko i bez sukcesów. W godzinę nie tylko oddali rzekomym poleskim szlachcicom ich półtora tysiąca, lecz także dorzucili swoje czterysta rubli.

To był sygnał dla Rosjanina. Teraz on uznał się za gotowego do walki o majątek Powieliszcze, położony na północ od Czernichowa na Polesiu, którym Cieślakowie tak niefrasobliwie rozporządzali. Szczęśliwie nie miał zbyt dużo gotówki, bo po początkowej dobrej passie, kiedy już widział się panem na pięciu tysiącach hektarów mokradeł i lasów, gdzie co roku można organizować polowanie na łosie, żubry i niedźwiedzie, stracił na koniec swoje dwa tysiące. To go otrzeźwiło. Przyglądający się grze i popijający Partyka nie zrozumiał jeszcze, z kim ma do czynienia, i teraz on postanowił zawalczyć o kamienicę i majątek ziemski. Niedługo przyjdzie mu szukać zięcia dla swej pięknej córki Zenobii, więc kamienica, choćby i na Dobrej, bardzo by się przydała.

Bronek zauważył, że Marianowi spociły się ręce. Nie rozumiał, czemu zawsze tak opanowany młodszy brat nagle się zdenerwował? Marian nie miał mu jak powiedzieć, że postanowił wygrać w karty swoje życie. Robiło się gorąco, gra szła o coraz wyższą stawkę. Majątek Powieliszcze przechodził z rąk do rąk, a gdy ostatecznie znalazł się po stronie Partyki, ten, pewny swego, sięgnął po kamienicę przy Dobrej. Gdy ją wygrał, Marian rozpłakał się. Było to tak szczere, że zwycięzca trochę się wzruszył i dał młodziakom szansę, by coś jeszcze dorzucili do puli. Przed szynkiem stał powóz, piękny ekwipaż od Konopnickiego z Trębackiej. Partyka docenił jego urodę i wartość i czując, jak wygrana go niesie, stawiał wysoko, myśląc już o tym, jak to wróci do domu i pochwali się interesami, które dziś załatwił.

Dwie godziny później szedł zacięty, nagle otrzeźwiały, bez jednej kopiejki w kieszeni, bez swego pięknej roboty pugilaresu[10], za to z papierem podpisanym przy świadkach, w którym zrzekał się praw do giserni, jako że odsprzedał ją imć panu Bronisławowi Cieślakowi zamieszkałemu aktualnie przy ulicy Dobrej 9 w Warszawie, synowi Juliana i Pauliny z Tyczewskich, za rubli dwadzieścia tysięcy, którą to kwotę otrzymał gotówką.

– Stary i głupi cap! – Bił się dłonią w głowę, strącając kapelusz w błoto.

Ale nie o kapelusz teraz chodziło, tylko o to, jak powiedzieć żonie i córce, że zajrzy im w oczy widmo głodu? Może nie tak zaraz, Partyka miał przecież jakieś lokaty w Banku Przemysłowym Warszawskim, zamierzał rozbudowywać firmę, ale teraz wszystko się nagle zawaliło. Własna pazerność go zgubiła. A Balbina głowę mu gotowa urwać w przypływie złości i będzie miała rację. Oj, będzie…

Tymczasem w mieszkaniu przy Dobrej trwały gorączkowe liczenie łupów i niemal wojenna narada, co zrobić z tak niespodziewanie wygraną odlewnią Partyki. Cieślakowie nie mieli wątpliwości, że kiedy poszkodowany ochłonie, będzie chciał odzyskać swą własność, może nawet spróbuje ich oskarżyć o oszustwo, trzeba więc było działać szybko i zdecydowanie.

W drodze powrotnej Marian zwierzył się bratu, dlaczego tak bardzo denerwował się podczas gry. Zresztą wszyscy już w rodzinie wiedzieli, że kocha się w jakiejś panience z Leszna, której imię wciąż jednak trzymał w ścisłej tajemnicy. Bronka rozbawiła ta historia:

– Wygląda na to, żeś sobie, bracie, wygrał żonę w karty! Twój przyszły teść na pewno się ucieszy, kiedy mu oddasz papier i położysz na stole sto tysięcy rubli z prośbą o jej rękę.

– Ale my nie mamy stu tysięcy rubli!

– On tego nie wie, w karczmie było ciemno. Zresztą, kto by tam zliczył, dużo papierów przewalało się po stole.

– No, a majątek? Te Powaliszki?

– Nauczże się porządnie nazwy swego majątku, panie Marianie! Powieliszcze, Powieliszcze!

– Przecież nie mamy żadnego majątku!

– Majątku może i nie mamy, ale czyliż wartość człowieka liczy się we włókach?

Obaj wiedzieli, że tak. Jeśli mają wypaść na godnych zaufania, powinni dalej grać swą rolę. Następnego dnia koło południa do kantoru właściciela giserni zapukał oczekiwany przezeń przedstawiciel rodziny Cieślaków. Był to lokaj seniora rodu, który bardzo uprzejmie zapraszał pana Czesława Partykę na obiad do Hotelu Europejskiego koło godziny drugiej po południu celem omówienia pewnej arcyważnej sprawy. Zdumiony rzemieślnik pojechał do domu, by się przebrać, i punktualnie o drugiej stawił się w hotelowym westybulu[11].

W sali jadalnej czekał już na niego nauczony swej roli, podstawiony przez Cieślaków aktor. Przystojny, wysoki, pod pięćdziesiątkę, z wyglądającymi niezwykle naturalnie długimi siwymi wąsami, wypisz, wymaluj szlachcic poleski z dziada pradziada.

– Jakże mi miło, szanowny panie, że zechciał się pan fatygować! – Przywitał się z całą wylewnością ludzi kresów, jakby dzielące ich różnice klasowe nie miały dlań żadnego znaczenia. – Pogodę co prawda mamy niezgorszą, jednak sprawa jest cokolwiek, że się tak wyrażę, przykra, nieprawdaż?

Partyka zwiesił głowę bez słowa.

– Moi synowie, mój Boże… Ma pan synów?

– Nie.

– Beczkę soli, co tam, dwie beczki soli zje, nim kto syna wychowa! A dwóch?! To niełatwe, niełatwe… Czasem Bogu dziękuję, że nie obdarzył mnie siedmioma… I przy dwóch nieraz się wstydzić przyjdzie, a złoić skóry pasem już niepodobna.

Partyka słuchał i nie rozumiał. Zastanawiał się, czemu ma służyć ten dziwny wstęp? Tymczasem podano kartę.

– Dla mnie zupa rakowa, rumsztyk wołowy i butelka burgunda, tylko najlepszego! – zakomenderował rzekomy szlachcic.

– Kieliszek wódki – poprosił zdezorientowany Partyka, pewien, że nic nie da rady przełknąć.

– To pan niegłodny? – zdziwił się Cieślak senior.

– Jakoś nie…

– U nas w Powieliszczu o tej porze już dawno jesteśmy po obiedzie. Tam wszędzie daleko i wstawać trzeba ze świtem. A objechać wszystkie folwarki to i dnia nie starczy… – westchnął aktor, doskonale wczuwając się w rolę. – Ale, ale… wielmożny panie, sprawa jest delikatna, sam pan rozumie… Moi synowie, poznał ich pan przecież, to dobre dzieci, ale pstro mają w głowie, oj pstro… Zamiast siedzieć na wsi i majątku doglądać, oni jakieś brewerie mi wyczyniają. Ot, choćby wczoraj. Ja pana najserdeczniej przepraszam, to taki afront z ich strony. Wciąż się zastanawiam, czy wychowanie, jakie otrzymali, na nic się nie zdało?

– Mili młodzieńcy – wykrztusił Partyka przez zaschnięte usta.

– Ale, panie kochany, dlaczegóż oni się wciąż hazardują?! – wykrzyknął mniemany ojciec. – Wstyd rodzinie przynoszą! Czy my co potrzebujemy od innych za darmo? Alboż to nam naszych majątków nie wystarczy? Im się pracować nie chce, ot co! Trud rolniczy im niemiły! Na to mi przyszło – rozpaczał z afektacją – żebym teraz musiał za nich świecić oczami!

Przyniesiono zupę. Aktor jadł powoli, jakby codziennie tu bywał i nigdy nie kładł się spać o pustym żołądku. Przełykając, pomrukiwał ze smakiem i to było może jedyne odstępstwo od etykiety. Gdy skończył, otarł usta rąbkiem serwetki, wracając do przerwanego wątku:

– Otóż, szanowny panie, przynoszę ten nieszczęsny dokument i prosiłbym, aby mi pan zaręczył słowem honoru, że pan robić z tego sprawy nie będziesz. Jakby się, nie daj Boże, rozniosło, byłby wstyd na całą gubernię! Która porządna rodzina zechciałaby na zięcia hazardzistę?! Już ja im sadła za skórę zaleję, tym ancymonom, możesz pan być pewien! Oj, zaleję! Tak im dam do wiwatu, że mnie ruski rok popamiętają! Tylko błagam pana, byś zechciał zapomnieć o incydencie!

– Ależ, panie hrabio… – zaprotestował nieśmiało Partyka, któremu duża wódka zaczynała powoli rozjaśniać umysł. – Dzieci jak dzieci. Młodzi są…

– Tak więc tu jest pański papier i pugilares, proszę sprawdzić, czy się wszystko zgadza – powiedział rzekomy ojciec. – Byłbym szczerze zobowiązany, gdybyśmy w dniu dzisiejszym zapomnieli o sprawie. Masz pan może ze sobą rewers?

Przedsiębiorca położył na stoliku wymięty papier, ciesząc się w duchu, że nie zdążył wczoraj zwierzyć się ze swych kłopotów żonie. Poczuł się nagle tak lekki i radosny, że wyskoczył ni stąd, ni z owąd z dziwaczną propozycją:

– Ale, panie hrabio, nie odmówi nam pan rewanżu. Mieszkamy skromnie, jednak mamy doskonałą kucharkę, gotuje naprawdę palce lizać. Gdyby zechciał pan przyjąć gościnę prostego rzemieślnika, byłbym wzruszony i wdzięczny bez granic!

Hrabia, może dlatego, że nigdy herbu nie posiadał, nie obruszył się, nie złajał natręta, wręcz przeciwnie: wśród wylewnych grzeczności podziękował za zaproszenie, obiecując rychłą wizytę.

W ten to sposób sprytnym złodziejaszkom z Powiśla udało się nabrać łatwowiernego Partykę po raz drugi, albowiem do tego właśnie finału zmierzał w swej roli aktor grający seniora rodu. Trzy dni później, w niedzielę, odbył się w mieszkaniu przedsiębiorcy przy ulicy Leszno uroczysty obiad, na który przybyli fałszywy Cieślak senior wraz ze swym młodszym synem Marianem, szczęśliwie nierozpoznanym przez pannę Zenobię.

Młodzi, jak to młodzi, spodobali się sobie. Starzy gawędzili o interesach i polityce, a kiedy się rozstali, panna chciała jak najszybciej znów spotkać się z przystojnym, choć nieco szalonym szlachcicem, jej rodzice zaś, zwietrzywszy swą wielką szansę, już myśleli, jakby tu na zawsze połączyć tych dwoje mimo ich młodego wieku.

Trzy miesiące później w tym samym, szczęśliwym dla obu rodzin Hotelu Europejskim odbyły się uroczyste zaręczyny, a na Wielkanoc Roku Pańskiego 1893 narzeczeni stanęli na ślubnym kobiercu. Niepełnoletni pan młody dostał pisemną zgodę ojca, zadowolonego, że pozbywa się spod skrzydeł niesfornej latorośli.

Jak to czasem w pośpiechu bywa, przyszli teściowie pozory wzięli za rzeczywistość, a wyobrażenia za prawdę i oddali córkę jedynaczkę drobnemu oszustowi z Powiśla. Cieślaków trochę zastanawiało, czemu Partykowie tak łatwo dali się nabrać, ale wszystko aż do dnia ślubu szło jak po maśle. Potem zaś było już za późno. Ich syn miał żonę, a oni synową, Partykowie zaś zięcia, którego mimo tylu łajdactw musieli zaakceptować.

Tak hucznego wesela jeszcze żadne z Cieślaków nie miało. Dotychczas bawili się w gronie ludzi sobie podobnych, na Powiślu, Pradze czy Starym Mieście, nie udając lepszych, niż są. Ponieważ jednak do czasu skonsumowania małżeństwa Marianka należało sprawę utrzymać w tajemnicy, jak jeden mąż stawili się na ślubie w katedrze św. Jana, a potem na weselu, elegancko ubrani i poinstruowani, jak mają się zachowywać przy stole, którymi sztućcami jeść które potrawy i jakich wytwornych zwrotów używać w konwersacji, by do końca nie zdradzić swego pochodzenia. Dlatego też mieli zakaz picia jakichkolwiek trunków poza wodą, a pełniący rolę ojca aktor z wysokiego miejsca przy stole pilnował, czy wszystko idzie zgodnie z planem.

Około północy państwo młodzi wsiedli do dorożki i z Dworca Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej ruszyli w podróż poślubną do Baden-Baden, goście zaś bawili się do białego rana. Cieślakowie uznali zgodnie, że zawiązali iście mistrzowską intrygę. Co ciekawe, podobnie myśleli Partykowie. Zenobia była tak zakochana i szczęśliwa, że Marian nie miał sumienia pozbawiać ją złudzeń. Wydawało mu się, że żona, poznawszy uczucie, jakim ją darzył, wybaczy mu oszustwo, którego dopuścił się w dobrej wierze.

Tak mogłaby się zakończyć historia pomysłowego szulera, który swą żonę wygrał w karty. Chciałoby się dodać: „I żyli długo i szczęśliwie”, ale wkrótce do tej opowieści los dopisał przewrotną puentę. Wystarczył zaledwie tydzień, by młody żonkoś dowiedział się, z kim w rzeczywistości przyjdzie mu spędzić życie, bo gdy wreszcie wyznał ukochanej prawdę, konterfekt Zenobii zbudowany w jego wyobraźni runął w ogłuszającym wrzasku karczemnej awantury, jaką mu urządziła, odsłaniając prawdziwy obraz kobiety, którą poślubił.

Zawiedziona w rachubach na zostanie poleską dziedziczką, niepomna na jego szczerą miłość, rychło pokazała swą drugą twarz sekutnicy[12], której humory będzie znosił w pokorze przez całe niemal życie, pokutując za niecny sposób, w jaki powiódł ją przed ołtarz.

Partykowie zaś, otrząsnąwszy się z pierwszego szoku, o dziwo byli z zięcia zadowoleni. Taki właśnie, prosty a zaradny, podobał im się chyba jeszcze bardziej. Teść zatrudnił go w firmie i wkrótce się przekonał, że Marian ma smykałkę do handlu, toteż zrobił go wspólnikiem, powierzając sprzedaż produkowanych przez siebie odlewów i zdobywanie nowych klientów. Tak to najmłodszy z Cieślaków nieoczekiwanie dla wszystkich został przedsiębiorcą, wchodząc dzięki miłości na uczciwą drogę.

[10] Portfel (łac.).

[11] Przedpokój, przedsionek (łac.).

[12] Kobieta kłótliwa, złośnica.

1995

Kiedy za przeszkloną ladą cukierni Pod Amorem pojawiło się nowe ciastko: czekoladowa pianka z wiśniami o nazwie „Piękna Helena”, plotkarki wzmogły czujność. Tymczasem Iga odwlekała wyjawienie ojcu swych podejrzeń. Jakoś się ciągle nie składało: wychodził, nim zdążyła zamknąć sklep, albo ucinał dyskusję tuż po wstępie i szedł dopilnować produkcji. Nie podobała jej się ta jawna deklaracja i chciała mu to powiedzieć wprost. Ciastko cieszyło się dużym powodzeniem, co było świetne dla biznesu, ale szkodliwe dla reputacji właściciela.

Hryć chyba się tym nie przejmował, może nawet był zadowolony, że sprawa się wreszcie wydała, pozostawił jednak córce kilka dni na przetrawienie nowiny, zanim przedstawi jej Helenę oficjalnie. Zdecydowali bowiem, że nie będą się ukrywać.

„Dlaczego major Nierychło potulnie się godził, żeby mu grali na nosie? Nie jest przecież jakimś pierwszym lepszym chłystkiem. Ma chyba swój męski honor?” – plotkarki nie ustawały w dociekaniach.

A Iga wstydziła się za ojca, który zachowywał się jak czternastolatek. Złościło ją, że pamięć jej matki wyparła „ta wulgarna tłusta dziwka”, i modliła się, by Helenę spotkało coś strasznego. Już nie rozważała rzucenia studiów i powrotu do Gutowa, wręcz przeciwnie, pragnęła jak najszybciej uciec z miasta, bo nowa miłość ojca napawała ją obrzydzeniem.

Chciała go zostawić samego z firmą i chorą matką, bo Celina Hryć wciąż bez pomocy nie wstawała z łóżka – niech sobie radzi sam. Ale wakacje się jeszcze nie skończyły. Co mogłaby robić w Warszawie? Pewnie poszłaby do jakiejś pracy, a przecież pracę miała tutaj, i to u siebie! Nie, nie, trzeba pilnować tych dwojga! A zwłaszcza rudej. Kto wie, co ona knuje?

Iga nie mogła pogodzić się z rzeczą na pozór oczywistą – że Helena Nierychło zwyczajnie zakochała się w jej ojcu. Że wydał jej się ujmujący, co wielekroć mu mówiła, z tym swoim zachowaniem dużego chłopca, uroczym wstydem, niezręcznością, staroświeckim podejściem do kobiet. Nie pamiętała już, kiedy ostatnio dostała bez okazji kwiaty od mężczyzny. A on gdy tylko powiedziała, że choć mieszka razem z mężem, jest z nim w separacji, codziennie wysyłał jej bukiet. Chciał ją poznać bliżej, w lot chwytał jej życzenia, zawsze ustępował, gdy dzieliła ich różnica zdań. Był mężczyzną idealnym.

A jednak tych dwoje kompletnie do siebie nie pasowało! O czym rozmawiali podczas randek? Waldemar nie miał żadnych pasji poza cukiernictwem, ona uczyła plastyki w miejscowym liceum, ale pragnęła rzucić szkołę i żyć tylko z tkactwa. Na razie nie było na to widoków, ale gdyby została panią Hryć, z pewnością nie musiałaby stać za ladą. W obszernym domu przy rynku znalazłoby się miejsce na ustawienie największych nawet krosien. Nie była też za stara na to, by urodzić Waldemarowi syna.

To przypuszczenie bolało Igę najbardziej. Zazdrosna o swą pozycję jedynaczki, zaczęła się gorączkowo zastanawiać nad tym, jak przegnać Helenę na cztery wiatry. Niestety, na razie nic rozsądnego nie przychodziło jej do głowy.

1895

Alfred Przaska wiedział w Gutowie o wszystkim i wszystko potrafił załatwić. Jak to się działo, że kontrolował całe życie miasta i okolic – nie dociekano, każdy wszak kiedyś mógł potrzebować pomocy, a Przaska nikomu nie odmawiał. Oczywiście miał swoją cenę, czasem niemałą, nie skarżono się jednak, bo nie zawodził nawet w sprawach najtrudniejszych, zdawałoby się skazanych na fiasko.

Dziś nikt już tego nie pamiętał i wydawało to się nieprawdopodobne, ale kiedyś w Gutowie nie było Przaski. Teraz mniej więcej czterdziestolatek, pojawił się w mieście jakieś piętnaście lat wcześniej pewnego słotnego listopadowego popołudnia. Wysiadł z dyliżansu w długim czarnym płaszczu z serży[13] i wytartym, odrobinę za dużym meloniku. W dłoni trzymał niewielki, mocno sfatygowany neseser podróżny. Szybkim spojrzeniem omiótł rynek, postawił kołnierz i, przeskakując kałuże, szybko zniknął w jednej z bocznych uliczek.

Kilka dni później zaczął pojawiać się a to w sklepie Pod Aniołem (wziął małe pudełko belgijskich czekoladek, wypił kawę i przeczytał prasę), a to w trafice (zamówił drogie cygara, których nikt z wyjątkiem hrabiego Tomasza nie kupował), a to u golibrody czy w składzie Gocmana, gdzie nabył kilka wytwornych koszul. Wszystko na kredyt, w zamian jedynie za wyglądającą bardzo nobliwie kartę wizytową o treści:

MECENAS ALFRED PRZASKA

SPRAWY RÓŻNE

Patrząc nań, odnosiło się wrażenie, że bywał w świecie, jest doskonale sytuowany i świadom swej wartości. To stanowiło największy kapitał samozwańczego mecenasa, jako że w sztuce stwarzania pozorów nie miał sobie równych.

Odwiedziwszy niemal natychmiast co znaczniejszych mieszkańców, rozdał na obszarze prawie całego powiatu swą wizytówkę, a przy okazji zebrał ciekawy materiał. Kilka dni później nad drzwiami jego biura przy Owsianej 5 zawisł szyld i stało się jasne, że nowy obywatel zamierza zabawić w Gutowie nieco dłużej.

Ten, kto miał potrzebę lub ochotę sprawdzić, co kryje zwrot „sprawy różne”, i zajrzał wtedy do spartańsko urządzonego biura Przaski, zwracał przede wszystkim uwagę na okazały dyplom, potwierdzający uzyskanie przezeń stopnia doktora praw na jakimś egzotycznym uniwersytecie. Dziwaczny język, w jakim dokument wystawiono, którego nie znał nikt w mieście (może był to węgierski, może portugalski lub niderlandzki?), nie pozwalał na zweryfikowanie kwalifikacji mecenasa.

Komuż by zresztą na tym zależało?

I bez tego zapraszano go chętnie na późne śniadania, wczesne kolacje, wystawne obiady i skromne podwieczorki, bo przynosił powiew wielkiego świata, za którym w Gutowie nieustannie tęskniono. Matki oceniały przydatność matrymonialną rzekomego adwokata, ojcowie po elokwencji i stroju starali się odgadnąć stan jego majątku. Rosjanie zrobili szybki wywiad, ale paszport miał w porządku, a papiery czyste. Nigdzie się zresztą poza Kraj Przywiślański[14] w swym krótkim życiu nie ruszał, toteż zostawili go w spokoju, zwłaszcza że dawał się ogrywać w pokera, co momentalnie zjednało mu przyjaciół w męskim gronie.

Nie był szczególnie przystojny: niski, łysiejący, ze skłonnością do tycia i licznymi śladami po ospie, miał jednak żywy umysł, poczucie humoru i obycie towarzyskie. Z takimi zaletami mógł szukać szczęścia choćby w samym Płocku, dlaczegóż więc wybrał akurat Gutowo? Na zadane wprost pytanie odpowiadał również pytaniem: „A w czymże taki Płock lepszy jest od Gutowa?”, co było uprzejme wobec gutowian, a jednocześnie zamykało im usta.

Wkrótce dostał pierwsze zlecenie, po nim następne i natychmiast się okazało, że ktoś taki jest w Gutowie niezwykle potrzebny. Potrafił zadawać pytania i logicznie kojarzył fakty, pamięć miał doskonałą, a dzięki dyskrecji szybko zdobył powszechne uznanie. Nie odmawiał ani jednej prośbie, choć nie tykał procesów sądowych. Mówił, że jeszcze żaden sąd nie rozwiązał żadnej sprawy tak, by zadowolone były obie strony. Jemu zaś udało się to wielokrotnie.

Był użyteczny. Wiedział, komu brakuje gotówki, a kto poszukuje dobrej lokaty, która panna szuka męża i jakim posagiem dysponować będzie po ślubie jej wybranek, kto na gwałt potrzebuje paszportu oraz komu warto dać łapówkę, by ominąć urzędniczą mitręgę i szybko załatwić interes. Umiał znaleźć fachowca do każdego zadania i rozwiązać każdą tajemnicę. Ciągle był w ruchu, jakby nie potrafił usiedzieć na miejscu, ale wszędzie przyjmowano go z otwartymi ramionami, bo przyjaźnił się ze wszystkimi i wszyscy go potrzebowali. Emigrujący do Ameryki chłopi i Żydzi mieli do niego takie zaufanie, że niczym w banku deponowali w kancelarii Przaski swe oszczędności, a on im je przesyłał, gdy już zakotwiczyli się na nowym miejscu.

W jednym tylko nie spełnił pokładanych w nim nadziei: nie uszczęśliwił żadnej panny. Mieszkał samotnie, wciąż w tym samym domu przy Owsianej, który po kilku latach należał już do niego, teraz odnowionym i elegancko urządzonym. Był człowiekiem ustosunkowanym i zamożnym. Zatrudniał czworo służących: pokojówkę, kucharkę, lokaja i stangreta. Utył, wyłysiał i niezmiennie trudnił się rozwiązywaniem „spraw różnych”.

Marianna, bardzo zmęczona dwunastokilometrowym marszem z Zajezierzyc do Gutowa, odnalazła wreszcie uliczkę Owsianą i zatrzymała się przed kamienicą numer pięć. Serce waliło jej w piersi jak oszalałe. Bała się tego, co chciała zrobić, ale jeszcze bardziej bała się zostać we wsi, bo znoszenie konsekwencji niesławy było ponad siły. Rozejrzała się w prawo i w lewo, weszła na stopień i pociągnęła za sznurek dzwonka. Niemal natychmiast pojawił się lokaj.

– Do pana Przaski – powiedziała głosem, który ledwo wydobywał się z krtani.

– Pan mecenas wyszedł.

– A kiedy wróci?

Zmęczona i przygarbiona, położyła na schodku małe zawiniątko. Lokaj wpuścił dziewczynę do sieni.

– Niech panna zaczeka – powiedział i zostawił ją samą, by po półgodzinie pojawić się znów w drzwiach kancelarii i tym samym obojętnym tonem zaanonsować: – Pan mecenas prosi.

Widząc Mariannę, Przaska wstał zza biurka.

– Panna Blatko? A cóż sprowadza w moje niskie progi?

– Bieda – wyszeptała.

Wskazał jej krzesło. Usiadła i przez chwilę przyglądała się liściom winorośli wydrukowanym na kolorowej tapecie pokrywającej ściany. Pociągnęła nosem, by się nie rozpłakać.

– Napije się panienka herbaty? – zagadnął z sympatią, chcąc nieco ocieplić atmosferę.

– Chętnie – odpowiedziała, a mecenas zadzwonił na lokaja.

– Lucjanie, nastaw samowar. A cóż tam u brata? – zwrócił się znów do Marianny. – Odzywał się ostatnio?

– Właśnie z tym przychodzę… Napisał, żeby do pana…

Przaska bacznie spojrzał na dziewczynę. Nie byłby sobą, gdyby nie domyślił się, o co może chodzić.

– Chciałaby panienka też wyjechać?

– Tak.

– Kiedy?

– Jak najszybciej.

– A po cóż ten gwałt? Brat, rozumiem, to była sprawa pilna, gardłowa prawie, no ale panienka nie ma chyba nic na sumieniu? – Chciał, by zabrzmiało to dowcipnie, kiedy jednak wypowiadał to zdanie, nagle pożałował, bo dziewczynie wcale nie było do śmiechu. Wciąż siedziała skurczona, poszarzała na twarzy, mnąc w zdenerwowaniu chusteczkę. – No dobrze – powiedział, by zaoszczędzić jej wchodzenia w zbędne szczegóły. Zresztą domyślał się, co może być powodem tej desperackiej decyzji. Mariannie nie było źle u dziadka Wincentego Rogali. Śpiewała w chórze kościelnym, prowadziła ochronkę w pałacu, miała chyba jakiegoś starającego się, zdaje się porządnego chłopaka, w dodatku szlachcica, czegóż mogła pragnąć więcej? Dlaczego decydowała się na emigrację i wyjazd ku niepewnemu, w warunkach, na które on, gdyby był jej ojcem, absolutnie nie wyraziłby zgody?

– Proszę mi pomóc… – wyszeptała błagalnie, unikając jego wzroku. – Ja muszę wyjechać!

– Tak, oczywiście, zrobię, co w mojej mocy, jednak to musi potrwać. Czy ma panienka paszport?

– Nie.

– A pieniądze?

– Tylko dwadzieścia dolarów.

– To mało, mało… – Mecenas chodził po kancelarii i pocierając dłonie, intensywnie myślał.

Istniała jedna przyczyna, która, poza biedą, mogła taką pannę jak Marianna Blatko zmusić do ucieczki: ciąża. Jeśli miał rację, a Przaska rzadko się mylił, to jeszcze bardziej komplikowało sprawę. Nie chciał brać na swoje sumienie zdrowia matki i nienarodzonego dziecka, wysyłając ją w tak daleką i męczącą podróż. Dyskretnie spojrzał na dziewczynę. Siedziała zgarbiona, załamana, zdana na jego łaskę.

Nie chodziło o pieniądze, których nie miała – jeśli jej pożyczy, odda mu na pewno, tacy ludzie dług traktują niczym najważniejsze zobowiązanie. Ale jak powiedzieć prosto w oczy dziadkowi, który właśnie jemu zleci poszukiwania, że niczego nie wie o wnuczce? Gdyby to obmyślili oboje, stary przecież byłby tu z nią teraz. Gdzie przechować uciekinierkę przez kilka dni, które zajmie załatwienie wszystkich spraw?

Przaska podszedł do okna i choć było dopiero południe, odruchowo zasunął zasłony. Marianna spojrzała nań pytająco.

– Będą panienki szukać. Dziadek, matka…

– Matka… – wyszeptała cicho. – Ona wie.

– Panienki matka wie wszystko. – Mecenas pokiwał głową. – Jej przenikliwość zawsze mnie zdumiewała.

– Powiedziała, że wszystko będzie dobrze.

– W Bogu nadzieja…

Tego samego dnia mecenas wywiózł Mariannę do Płocka. Nazajutrz zakupił dla niej kufer podróżny i najniezbędniejsze rzeczy oraz umieścił na kilka dni w pensjonacie Bolero jako swoją kuzynkę, pannę Witwicką. Wieczorem skontaktował się z agentem Hamburg-America Line, kupił szyfkartę[15] oraz zasięgnął informacji, kiedy odbędzie się najbliższa ekspedycja emigrantów. Miał kilka dni, był więc pewien, że zdąży dostarczyć jej również paszport, by wszystko odbyło się legalnie, na wypadek gdyby kiedyś zechciała jednak wrócić do kraju.

I mimo że troskliwie się nią zajął, nie zrobił dla Marianny więcej, niż to było konieczne. Poleciwszy ją opiece agenta linii okrętowej z szyfkartą na trzecią klasę linii Hamburg – Nowy Jork, tydzień później pożegnał dziewczynę w Płocku. Od tego dnia miała u niego dług w wysokości stu pięćdziesięciu siedmiu rubli.

Żydek Szmul Putzman wysyłał emigrantów do Ameryki tuzinami. W tej chwili poza Marianną miał jeszcze pięciu legalnych. Pozostali: trzech mężczyzn w wieku poborowym i jedna kobieta, jako nieposiadający paszportu, musieli przejść do Prus przez zieloną granicę. Tymczasem dni mijały w oczekiwaniu na dwóch brakujących chętnych.

Tydzień później ruszyli.

Najpierw jechali żydowską furką do Włocławka, by tam wsiąść do pociągu Kolei Warszawsko-Bydgoskiej i w wagonie czwartej klasy (bo blisko i nie ma co marnować rubli na zbytki) dotrzeć do granicznego Aleksandrowa. Po kontroli, która, jak zapewniał ich agent, będzie jedynie formalnością, mieli przesiąść się w Thorn[16] do schnellzuga[17] Prusko-Heskich Państwowych Kolei Żelaznych, by stamtąd przez Bromberg[18], Kreutz[19] i Berlin ruszyć wprost do portowego miasta Hamburg. W Hamburgu zajmie się nimi inny agent tej samej linii i, jeśli dopisze im szczęście, statek wkrótce wypłynie w morze. Wszystko zależy od tego, czy zwerbowano komplet pasażerów. Jeśli nie, przyjdzie znów czekać. Zamieszkają w przytułku św. Józefa albo jakimś domu kompanii morskiej, ale podróż mają opłaconą z życiem[20], więc o nic nie muszą się martwić.

W pociągu emigranci, podnieceni podróżą i przekraczaniem granicy, rozmawiali o rodzinach, które pozostawili w kraju, i o tym, czego spodziewają się po przybyciu do Ameryki. Wszyscy mieli w głowach gotowe plany, a pierwszym z nich było: dobrze się najeść. Podobno w tej Ameryce codziennie stać człowieka na ciastka, mięso je się trzy razy dziennie, pracuje osiem godzin i przynajmniej raz w tygodniu chodzi do teatru. To kraj mlekiem i miodem płynący. Te nadzieje podsycali też sprytni agenci, nic dziwnego, że tak wielu zdecydowało się na podróż.

Pokazując sobie nawzajem fotografie krewnych, którzy wyjechali przed nimi, ubranych w koszule z krochmalonymi kołnierzykami, emigranci podziwiali ich jedwabne krawaty, eleganckie garnitury, z których kieszeni zwisały ciężkie łańcuszki pozłacanych zegarków, paradne kapelusze, laski o srebrnych gałkach i wielkomiejski szyk kobiecych sukien.

Ale przede wszystkim mówili o jedzeniu. Dość już mieli kaszy, kartofli i mleka. Nawet w kmiecych[21] domach masło było jedynie na sprzedaż, a jajecznica pojawiała się na talerzu tylko w niedzielę. Zresztą komorników[22] ani zagrodników[23] nie byłoby stać na emigrację. Skąd mieliby wziąć dwadzieścia pięć rubli na paszport albo dziesięć na przeprowadzenie przez granicę? Od kogo pożyczyć na szyfkartę, skoro cała podróż kosztowała ponad sto dwadzieścia rubli? Zmuszeni do pozostania w kraju, skazani na niedostatek, karmić się mogli jedynie marzeniami.

Spośród swoich towarzyszy podróży Marianna początkowo nikogo nie znała. Wciąż była w szoku i niewiele zauważała z tego, co działo się wokół niej. Niosąc swój mały kuferek, szła potulnie za resztą grupy. Dopiero w Aleksandrowie, umieszczona w wagonie trzeciej klasy na twardej drewnianej ławce, zrozumiała wreszcie, że od tej pory jej życie ma potoczyć się zupełnie innym torem.

Był maj, a za oknami pociągu pyszniła się wiosna, ale inne – pruskie – domy i krajobrazy nie przyciągały wzroku dziewczyny, bo w sercu miała pustkę, a w głowie zamęt. Nie czuła jeszcze miłości do syna, który, poczęty w Polsce, miał się urodzić za kilka miesięcy w odległym Chicago. Na razie tęskniła za tym, co być może bezpowrotnie zostawiała, za dziadkiem, matką i hrabią Tomaszem, który rzekomo kochając, tak bardzo ją skrzywdził.

Po dziesięciu dniach oczekiwania oraz przejściu badań lekarskich emigranci zobaczyli wreszcie cumujący przy nabrzeżu wielki parowiec o nazwie Prussia. Gigantyczna góra stali, wielkości kilku kościołów, porażała ogromem. Na trzech pokładach statek mógł pomieścić sześćdziesięciu pasażerów w pierwszej klasie i niemal tysiąc ośmiuset w trzeciej.

Ci ostatni mieli przed sobą dwa tygodnie piekła, stłoczeni niczym bydło w wielkich kajutach, gdzie trudno było się przecisnąć pomiędzy ustawionymi jedno przy drugim piętrowymi łóżkami, ze szpar w suficie sypały się śmieci, zawszonymi kocami nie sposób było się okryć, a bagaże jeździły w tę i we w tę przy każdym przechyleniu statku.

Tam właśnie znalazła się Marianna. Od początku podróży trzymała się blisko małżeństwa Goślickich spod Płocka, którzy odnosili się do niej z przyjaźnią i otoczyli troską, jakiej się nie spodziewała. Zofia i Tadeusz przekazali swoje dwunastomorgowe gospodarstwo młodszemu synowi, jechali zaś do starszego, który wyemigrował kilka lat wcześniej i teraz zamierzał się ożenić. Tadeusz znał już uciążliwości podróży, bo wcześniej był w Ameryce, dlatego nic go nie dziwiło. Mieli trochę swojego jedzenia, wiedząc, że posiłki serwowane na statku nadają się co najwyżej dla świń. Wieźli też parę gomółek sera, chleb, trochę lekarstw, kilka pęt kiełbasy, a nawet wódkę.

Kobiety i mężczyzn niespokrewnionych ze sobą okrętowano osobno, rodzin zaś nie rozdzielano, toteż Gośliccy, by móc nadal opiekować się Marianną, musieli skłamać, że to ich córka. Potwierdzili oszustwo drobną łapówką i nikt się nie sprzeciwiał, by zajęła pryczę w tej samej kajucie. Wkrótce po zakwaterowaniu każde z nich dostało blaszaną manierkę, łyżkę oraz miskę, które miały służyć do samego Nowego Jorku.

– Będą nas karmić solonymi śledziami, kartoflami w łupinach i suchym chlebem, poić gorzką czarną kawą, czasem herbatą. Takich tu się należy spodziewać zbytków – powiedział Tadeusz, kiedy wreszcie zajęli miejsca. – Oby nie było burzy. Módlcie się tylko, żeby nie było burzy! – dodał i przeżegnał się nabożnie.

– Ty zawsze myślisz tylko o najgorszym! – ofuknęła go Zofia. – Wyplujże to słowo, człowieku! – dodała, spoglądając na Mariannę.

Po kilku dniach znajomości wprawnym kobiecym okiem odkryła jej tajemnicę, otoczyła więc biedną dziewczynę serdeczną opieką. Stały razem, gdy statek odbijał od nabrzeża, i choć nikt ich nie żegnał, patrzyły na ten obcy kraj jak na swój własny, roniąc łzy wzruszenia.

Niemal od początku podróży Mariannę męczyły mdłości. Leżała na pryczy zwinięta w kłębek, zmęczona kołysaniem statku, i rozpamiętywała to, co za jej przyzwoleniem stało się wtedy w Zajezierzycach. Wyrzucała sobie łatwość, z jaką uległa hrabiemu, żałując, że musiała opuścić dziadka i rodzinną wieś, by ujść niesławie. Wiedziała jednak, że stało się to, co musiało się stać. Kochała Tomasza Zajezierskiego i tylko siebie, nie jego, winiła. Jako być może jedyna z podróżnych niczego nie oczekiwała od Ameryki, niczego nie planowała, nie wyobrażała sobie nawet, jak będzie wyglądało jej dziecko, kiedy się urodzi. Choć rosło w niej nowe życie, była jak martwa.

Karmiona i pojona przez troskliwą Zofię i okrywana przez Tadeusza, naprawdę była przez nich traktowana niczym córka. To Tadeusz, dowiedziawszy się od kogoś, że na mdłości najlepszym lekarstwem jest kostka cukru skropiona sokiem z cytryny, wysilił cały spryt, by ulżyć biednej dziewczynie, i stawał na głowie, aby codziennie zażyła swój medykament.

Trzeciego dnia statkiem zakołysało znacznie mocniej niż dotychczas. Pozostawione luzem bagaże przesuwały się od jednej ściany do drugiej, zdezorientowani pasażerowie trzymali się kurczowo pryczy, płakali ze strachu i odmawiali modlitwy. Gdzieś ponad ich głowami żałośnie wył wiatr, bałwany wody chlustały z jednej strony na drugą, wielki parowiec trzeszczał niczym maleńka łódeczka.

Przerażeni ludzie żegnali się znakiem krzyża, paląc gromnice, inni złorzeczyli Bogu i naturze, przeklinając swój tułaczy los. Potworne zawodzenie wiatru wzmagało się, statek to wspinał się na falę, to znów opadał. Wydawało się niemal pewne, że za chwilę zatonie, grzebiąc wszystkich wraz z ich skromnym dobytkiem i marzeniami, których nie zdołają dowieźć do swej ziemi obiecanej.

Nagle pośród wrzawy dał się słyszeć cichy śpiew. To Zofia, drżąc i szczękając zębami, zaintonowała pieśń Kto się w opiekę odda Panu swemu. Dołączyły do niej głosy Tadeusza i Marianny, a w kilka chwil zgromadzeni w kajucie Polacy, których jeszcze nie powaliła choroba morska, śpiewali razem z nimi, modląc się o przeżycie w tej łupince, która, zdawało się, była bez szans wobec rozszalałego żywiołu.

Burza trwała wiele godzin, a przez ten czas wszyscy wielokrotnie pożegnali się z życiem. Jednym lęk zakneblował usta, innych zmuszał do niekontrolowanych krzyków bądź płaczu. W tej strasznej chwili, pośród słów śpiewanej w spazmach strachu modlitwy Marianna po raz pierwszy pomyślała o swym dziecku. Nie czuła się jeszcze matką, ale coś zmuszało ją do zachowania spokoju, choć bała się nie mniej niż inni. Pomagało jej wsparcie Zofii i Tadeusza, ale jeszcze bardziej słowa matki, która z pewnością przestrzegłaby ją przed niebezpieczeństwem.

Nad ranem wicher ucichł, niebo się rozpogodziło, statek znów jedynie lekko kołysał się na fali. Wszystkich pasażerów wypędzono na pokład, a w tym czasie marynarze mieli posprzątać kajutę. Marianna, zmęczona i niewyspana, na chwiejnych nogach weszła po trapie na pokład. Zmrużyła oczy, spojrzała dookoła i wydała z siebie westchnienie zachwytu:

– O, Panie, który stworzyłeś ten świat, bądź uwielbiony!

Wszędzie jak okiem sięgnąć rozpościerał się błękit. Gdzieś daleko, daleko na horyzoncie szmaragdowa woda zlewała się z szaroniebieskim niebem, zamykając świat w olbrzymiej lśniącej kuli. To był ocean. Dziś spokojny, aż nie do uwierzenia, że jeszcze wczoraj rzucało olbrzymim statkiem w górę i w dół z siłą straszliwego i okrutnego mocarza.

Marianna odmówiła Zdrowaś Maryjo, dziękując Matce Boskiej za opiekę, i długo stała w niemym zachwycie, przyglądając się bezmiarowi oceanu.

Gdy wszyscy wrócili pod pokład, zaganiani przez marynarzy niczym bydło do obory, Gośliccy odkryli brak jednego kuferka. Również inni pasażerowie, w tym Marianna, stwierdzili braki w dobytku. Jednak niezrażeni majtkowie nie odpowiadali na ich pytania, udając, że nie rozumieją po polsku. Jeden z nich z wtoczonej pod pokład beczki wyjmował za ogon śledzie i rzucał w kierunku zgłodniałych emigrantów.

– Szansy na odzyskanie rzeczy nie mamy – stwierdził smutno Tadeusz. – Już oni wiedzą, gdzie co ukryć, tak żeby nikt nie znalazł. Zresztą nie po to harują od świtu do nocy za marne grosze. Po to tu są. Na każdym statku kradną. Szkoda kożucha… No, ale dobrze, żeśmy przynajmniej dolary ze sobą zabrali! – wyszeptał na koniec z nieukrywaną satysfakcją, klepiąc się po wydatnym brzuchu, na którym pod koszulą miał zawiązany płócienny pas z zaszytymi kilkoma złotymi dwudziestodolarówkami. – To by dopiero była strata! Bo co insze, to sobie kupimy. W Ameryce niczego nie zbraknie… – dodał, machając ręką w geście pogardy dla złodzieja. Nie zamierzał psuć sobie i żonie radości próżnymi żalami. Zofia uśmiechnęła się blado i pogładziła go po spracowanych plecach.

Marianna odruchowo położyła dłoń na sercu. Ona też dobrze ukryła swój najcenniejszy skarb. Pierścień Zajezierskich, owinięty w chusteczkę z monogramem, od dnia jej ucieczki z domu spoczywał w małym woreczku zawieszonym na szyi. Oprócz srebrnego krzyżyka podarowanego przez dziadka w dniu pierwszej komunii, z którym nie rozstawała się nigdy, sygnet z gwiazdami był jedyną pamiątką i wspomnieniem po życiu, którego się raz na zawsze wyrzekła.

Marianna oddała Tadeuszowi swojego śledzia, sama zaś zjadała tylko – i to na wyraźną prośbę Zofii – ugotowany w łupinie, ostygły już całkiem ziemniak.

Gdyby Szczęsny Sikorski wykazał trochę więcej determinacji, gdyby wcześniej nie próbował celem uratowania Marianny zabić człowieka (z mizernym zresztą skutkiem), może tym razem by się udało? Może przemocą zmusiłby Przaskę do wyjawienia prawdy, dowiedziałby się, dokąd uciekła, jakimś cudem ją dogonił, może gorącymi łzami skruszyłby jej serce i zapewnił, że potrafi ją uszczęśliwić, zanim nie było za późno?

Tak się jednak nie stało. Szczęsny pojechał co prawda do Gutowa, rozumując słusznie, że tędy wiodła droga ucieczki Marianny. Zastukał też do drzwi mecenasa, ale nie zastał go w domu. Usłyszał od lokaja, iż jego pan zabawi przez dwa, trzy dni w Płocku, i choć czym prędzej ruszył w drogę, nie odnalazł ani jego, ani dziewczyny. Zniechęcony, wrócił do Sikor, by po kilku dniach spróbować raz jeszcze.

Ale mimo że zobaczył się z mecenasem, niczego się o Mariannie nie dowiedział. Przaska stanowczo twierdził, iż jej ostatnio nie widział, sugerując poszukiwania wśród rodziny, może w Warszawie? W imieniu starego Rogali, dziadka Marianny, chłopak poprosił go o pomoc, na co Przaska, wykręcając się wieloma zajęciami, wyraził zgodę dopiero po usilnych błaganiach.

Minął tydzień bez żadnych wieści i Szczęsny znów pojechał do Gutowa. Przaska, spostrzegłszy go w drzwiach, szybko zmyślił jakąś historyjkę, zapisał na kartce pierwszy lepszy warszawski adres i posłał tam chłopaka, licząc, że nim kłamstwo wyjdzie na jaw, Marianna będzie już daleko.

I tak się właśnie stało.

[13] Tkanina wełniana o skośnym splocie, używana zazwyczaj na płaszcze.

[14] Od 1867 roku oficjalna nazwa byłego Królestwa Polskiego.

[15] Bilet na statek (niem.).

[16] Toruń (niem.).

[17] Pociąg pośpieszny (niem.).

[18] Bydgoszcz (niem.).

[19] Krzyż (niem.).

[20] Tu: wyżywieniem i noclegami.

[21] Kmieć – w dawnej Polsce chłop posiadający własne gospodarstwo.

[22] Chłop bezrolny, mieszkający kątem w cudzej chacie, „na komornym”.

[23] Chłop posiadający niewielki przydział ziemi, niewystarczający do wyżywienia rodziny, zmuszony do najmowania się do pracy.

1995

Grzegorz Hryć, najstarszy syn Celiny, był zły. Został właśnie dyrektorem gutowskiego liceum ogólnokształcącego imienia Norwida, szykował się do tego od kilku lat, zaznając po drodze mnóstwa przykrości i nawiązując wiele nieoczekiwanych i niechcianych przyjaźni, właśnie miał zacząć nowy etap w życiu, a tu masz, ręka mu się obsunęła i zaciął się podczas golenia! Trudno, przyklei sobie plaster, choć nie będzie to wyglądało elegancko, a on w tych dniach chciał się pokazać od jak najlepszej strony. Specjalnie pojechał do Płocka po garnitury i dodatki, a teraz ma paradować z plastrem na policzku! Na szczęście to dopiero połowa sierpnia i układanie planu lekcji. Do pierwszej rady pedagogicznej, a zwłaszcza początku roku szkolnego po ranie nie powinno być śladu.

Ścisnąwszy węzeł krawata, przygładził włosy, kiwnął sobie głową w lustrze i zbierał się do wyjścia. Dyrektorowanie liceum było dla Grzegorza Hrycia pierwszym stopniem do kariery politycznej, którą obmyślił w najdrobniejszych szczegółach. Teraz zacznie budować zaplecze, po kilku latach wystartuje do Rady Miejskiej, co przy rozpoznawalności, jaką da mu wieloletnie nauczanie, powinno być dziecinnie proste. Potem może stanowisko burmistrza, starosty lub posła? Dziś nie bał się marzeń. Czuł siłę, jakiej nie miał od dawna, a siła ta nosiła imię pewnej kobiety.

Nietrudno się domyślić, że to nie Anita, jego ślubna małżonka, tak bojowo nastroiła Hrycia, chodziło oczywiście o kogoś innego. Wiadomo jednakowoż, że mężczyźnie wojownikowi potrzebna jest partnerka, która wspierałaby go w zamierzeniach, dodawała otuchy, gdy przyjdzie moment zwątpienia, stała za nim murem, utwierdzając we wszystkim, co on przedsięweźmie. Dlaczego więc żony prawie nigdy nie spełniają pokładanych w nich nadziei? Zajęte własnymi sprawami, snujące się po domu w przydeptanych kapciach i papilotach, potrafią tylko zrzędzić? Dlaczego jedyne, co się od nich słyszy, to marudzenia, połajanki i żale? Dlaczego nie potrafią wykrzesać z siebie ani krzty entuzjazmu, tak potrzebnego każdemu mężczyźnie?

Hryć miał wielkie szczęście, znalazłszy wreszcie kobietę gotową dać mu wszystko, czego potrzebował – i znacznie więcej. Sprawę komplikował nieco fakt, że żadne nie było wolne, z tego powodu początkowo nie ośmielali się wyjść poza związek czysto przyjacielski, a właściwie koleżeński. Pomógł im przypadek, jakaś późna rada pedagogiczna czy dzień otwarty, który bardzo się przeciągnął, brzydka pogoda, noc. Zaproponował, że ją podwiezie, zgodziła się z wdzięcznością. Zaczęli rozmawiać i nie mogli przestać. Siedzieli w aucie, po raz pierwszy wymieniając opinie o kolegach, uczniach, rodzicach, i okazały się one zadziwiająco zgodne! Mieli podobne spostrzeżenia i podobny sposób widzenia świata, zgadzali się we wszystkim.

Gdyby nie była tak młoda i ładna, pewnie Grzegorz Hryć nie wpadłby na pomysł, by przed nią właśnie wybebeszyć swą zbolałą duszę faceta po czterdziestce. Gdyby nie patrzyła nań zachwyconymi oczyma, gdyby nie płoniła się tak uroczo, słysząc komplementy, może nie wypłynąłby na burzliwe wody zdrady małżeńskiej? Któż zresztą mówił o zdradzie? Wszak tylko rozmawiali. Dwie samotne istoty, niezrozumiane, niekochane, pragnące jedynie odrobiny uwagi, krzty czułości. Czy robili coś złego?

Spotykali się codziennie w szkole i na razie nie było mowy o niczym więcej. Grzegorz jeszcze nie korzystał z każdej okazji, by ją odwieźć, spotkać gdzieś, gdzie nikt by ich nie znał. Tu, w tym mieście, było to niemożliwe. Zza każdego rogu mógł nagle wyjść uczeń, rodzic, kolega. Przez kilka miesięcy nie posunęli się więc dalej, ale napięcie i potrzeba bliskości narastały, niewygoda dotychczasowych małżeństw obojgu doskwierała coraz bardziej, a każda niezręczność partnera raziła podwójnie, pchając w ramiona tego drugiego.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

1895

Dostępne w wersji pełnej

1896

Dostępne w wersji pełnej

1995

Dostępne w wersji pełnej

1899

Dostępne w wersji pełnej

1900

Dostępne w wersji pełnej

1901

Dostępne w wersji pełnej

1902

Dostępne w wersji pełnej

1903

Dostępne w wersji pełnej

1995

Dostępne w wersji pełnej

1904

Dostępne w wersji pełnej

1905

Dostępne w wersji pełnej

1906

Dostępne w wersji pełnej

1907

Dostępne w wersji pełnej

1910

Dostępne w wersji pełnej

1911

Dostępne w wersji pełnej

1995

Dostępne w wersji pełnej

1912

Dostępne w wersji pełnej

1995

Dostępne w wersji pełnej

1913

Dostępne w wersji pełnej

1914

Dostępne w wersji pełnej

1915

Dostępne w wersji pełnej

1916

Dostępne w wersji pełnej

1995

Dostępne w wersji pełnej

1917

Dostępne w wersji pełnej

1918

Dostępne w wersji pełnej

1995

Dostępne w wersji pełnej

1919

Dostępne w wersji pełnej

1920

Dostępne w wersji pełnej

1995

Dostępne w wersji pełnej

1921

Dostępne w wersji pełnej

1995

Dostępne w wersji pełnej

1922

Dostępne w wersji pełnej

1923

Dostępne w wersji pełnej

1924

Dostępne w wersji pełnej

1926

Dostępne w wersji pełnej

1995

Dostępne w wersji pełnej

1929

Dostępne w wersji pełnej

1930

Dostępne w wersji pełnej

1931

Dostępne w wersji pełnej

1932

Dostępne w wersji pełnej

1933

Dostępne w wersji pełnej

1934

Dostępne w wersji pełnej

1995

Dostępne w wersji pełnej

1935

Dostępne w wersji pełnej

1936

Dostępne w wersji pełnej

1938

Dostępne w wersji pełnej

1995

Dostępne w wersji pełnej

1939

Dostępne w wersji pełnej

APPENDIX

Dostępne w wersji pełnej

Indeks osób

Dostępne w wersji pełnej

Drzewo genealogiczne rodziny Gutowskich

Dostępne w wersji pełnej

Drzewo genealogiczne rodziny Zajezierskich

Dostępne w wersji pełnej

Poznaj również

Dostępne w wersji pełnej

© Copyright by Wydawnictwo „Nasza Księgarnia”, Warszawa 2010

Text © copyright by Małgorzata Gutowska-Adamczyk 2010

Projekt okładki Krzysztof Kibart

Redaktor prowadzący Anna Garbal

Redakcja Ewa Ressel

ISBN 978-83-10-11970-4

www.CukierniaPodAmorem.pl

Plik wyprodukowany na podstawie Cukiernia Pod Amorem. Cieślakowie, Warszawa 2012

www.wnk.com.pl

Wydawnictwo Nasza KSIĘGARNIA Sp. z o.o.

02-868 Warszawa, ul. Sarabandy 24c

tel. 22 643 93 89, 22 331 91 49,

faks 22 643 70 28

e-mail: wnk@wnk.com.pl

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl