Wydawca: Nasza Księgarnia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 460 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 14 godz. 25 min Lektor: Anna Dereszowska

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 14 godz. 25 min Lektor: Anna Dereszowska

Opis ebooka Cukiernia pod Amorem. Tom 1 Zajezierscy - Małgorzata Gutowska-Adamczyk

Podczas wykopalisk na rynku w Gutowie archeolodzy dokonują niezwykłego odkrycia. Wzbudza ono zainteresowanie córki właściciela cukierni Pod Amorem. Czy Iga rozwikła dawną rodzinną tajemnicę? Czy przepowiednia sprzed wieków naprawdę się spełniła?

W poszukiwaniu odpowiedzi prześledzimy fascynującą historię rozkwitu i upadku jednego z najświetniejszych mazowieckich rodów.

Zajezierscy to pierwsza część trzytomowej sagi o Gutowie.

Autorka opisuje losy kilku pokoleń kobiet (i ich mężczyzn) w malowniczej scenerii dziewiętnastowiecznych dworków oraz współczesnej prowincji. Znakomicie oddaje koloryt epoki, zarówno jeśli chodzi o realia życia codziennego, jak i przełomowe wydarzenia historyczne. Przeplata przeszłość z teraźniejszością, tworząc niepowtarzalną opowieść o silnych kobietach, ich marzeniach i namiętnościach oraz wytrwałym dążeniu do wyznaczonych celów.

Wstąpiłam do cukierni Pod Amorem. I nie żałuję. Tu współczesność i przeszłość splatają się jak warkocz drożdżowej chałki. Jest w niej wszystko, co lubię: słodycz miłości, gorycz zdrady, pokręcone ludzkie losy, tajemnice z przeszłości i pierścień, i mumia, i jagodzianki. Czekam na ciąg dalszy, bo apetyt został niezaspokojony. A ja jestem książkowym łasuchem.

DOROTA WELLMAN, dziennikarka TVN, autorka programu "Czytam, bo lubię"

To porywająca saga z wielką historią w tle. Barwna, napisana z wyczuciem, a przy tym wciągająca.

ROBERT BRUTTER, scenarzysta seriali "Ranczo" i "Rodzina zastępcza"

Opinie o ebooku Cukiernia pod Amorem. Tom 1 Zajezierscy - Małgorzata Gutowska-Adamczyk

Fragment ebooka Cukiernia pod Amorem. Tom 1 Zajezierscy - Małgorzata Gutowska-Adamczyk

MałgorzataGutowska-Adamczyk

Cukiernia Pod Amorem Część pierwszaZAJEZIERSCY Fragment

Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA

Zajrzyj na strony

www.nk.com.pl

Znajdź nas na Facebooku

www.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia

Zapraszamy na stronę

www.cukierniaPodAmorem.pl

Poznaj również dalsze losy bohaterów Cukierni Pod Amorem

www.miastoswiatel.nk.com.pl

W serii

CUKIERNIA POD AMOREM:

Zajezierscy

Cieślakowie

Hryciowie

Poznaj również dalsze losy Róży z Wolskich

TOM I

Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich

W przygotowaniu

TOM II

Podróż do miasta świateł. Rose de Vallenord

Pamięci mojej ciotki,

Haliny z Gutowskich Kolasińskiej

2009

Letnie spacery z rodzicami za rękę słoneczną stroną ulicy Płockiej, prosto do cukierni Pod Amorem! Stoliki kawiarni Ustronie pod kolorowymi parasolami! I tu, i tam jedyny poważny problem: jaki smak lodów dziś wybrać?

Zapach nabrzmiałych latem jabłek i gruszek.

Końskie kupy na targu.

Pranie gotujące się w kotle razem ze startym szarym mydłem.

Opary benzyny nad wlewem paliwa naszej syreny 103.

Gwiazdki pierwszego śniegu łapane na język.

Ciepło kołdry rozgrzanej na piecu kaflowym.

Portrety przywódców narodu nad szkolną tablicą pokrytą czarnym linoleum.

Pierwszomajowy pochód.

Zamglony wzrok zarżniętej świni.

Pasterka w dusznej od świec farze.

Pierwsze randki i wagary w chaszczach nad jeziorem Nyć.

Papierosy, wino, seks. Radość i grzech.

„Pomożecie?”.

„Solidarność żyje!”.

Smak miasta, które było całym światem.

*

Moje miasto rodzinne. Tak małe, że zmieściłoby się na dłoni.

Miasto, z którego dusznej atmosfery uciekłam – wydawało się – na zawsze.

Lecz drugi brzeg oceanu nie był aż tak wspaniały, jak początkowo sądziłam. Wróciłam, choć nie tam, skąd wyjechałam.

Mieszkam w dużym, zbyt dużym mieście.

I wciąż odkładam powrót.

Bywa, że z tęsknoty za latami niewinności rzucam wszystko, siadam za kierownicą i wymykam się na kilka dni do Gutowa. Zawsze, choć to nie po drodze, jadę najpierw do Zajezierzyc. Staję przed kaplicą, gdzie obok nagrobków Konstantego i Jadwigi, Henryka i Barbary oraz Frani znajdują się też te, pod którymi spoczywają Ada i Tomasz.

Ławki w kościele, już bez mosiężnych tabliczek z nazwiskami, są wciąż te same. Patrzę na miejsca, w których siadywali. Chciałabym ich zobaczyć, jak pod rękę wchodzą do świątyni: ona składa w drzwiach parasolkę, zdejmuje rękawiczki, on z galanterią podaje jej na palcach wodę święconą. Tyle razy wyobrażałam sobie tę scenę!

Potem jadę na cmentarz w Gutowie. Zapalam znicz na skromnym grobie przykrytym czarnym marmurem, w którym leży Celina Hryć ze swoimi rodzicami: Pawłem i Zytą. W końcu parkuję na rynku i dziwię się, że za ladą cukierni Pod Amorem nie stoi ta znana mi z dzieciństwa postawna pani, której zdjęcie wisi obok kasy. W zależności od pory roku kupuję jagodziankę, pączka lub rożek francuski i już w progu z niecierpliwością zatapiam zęby w ciastku mającym siłę przywoływania wspomnień.

Przyglądam się przechodniom i odnajdując zapomniany smak przeszłości, myślę, że warto by tę historię kiedyś spisać.

1995

Wśród skłębionych czarnych chmur, oświetlając uśpione miasto zimnym, srebrzystym fleszem, przemknęła niecierpliwa błyskawica pierwszej letniej burzy. Gdy znów zapadła ciemność, rozległ się trzask, jakby ktoś rozdzierał drewnianą szczapę, a potem głuche dudnienie gdzieś wysoko i daleko. Wreszcie, z cichym mlaskaniem, po dachach zaczął spływać deszcz. Dochodziła piąta rano.

Celina Hryć, jak zwykle o tej porze, otworzyła oczy i spojrzała na zegar, by przekonać się, że znów jest szybsza od budzika. Bawiła się w to bez mała od trzydziestu lat. Usłyszawszy kolejny grzmot, skrzywiła się nieznacznie.

„Niedobrze! – pomyślała. – Nie będzie ruchu w cukierni”.

Zamierzała zaraz wstać. Robiła w myślach plany na czekający ją dzień, upychając w ciasnych ramach kilkunastu godzin więcej czynności, niżby się tam udało zmieścić komukolwiek innemu. Kiedy zabrzmiał dzwonek alarmu, chciała wyciągnąć rękę, ale nie zdołała jej unieść ani o milimetr.

„Ratunku!” – próbowała zawołać.

Z jej ust nie wydobył się jednak żaden dźwięk.

Niespełna godzinę później kilku pracowników Zakładu Cukierniczego Celina Hryć i Syn stanęło przed zamkniętą bramą firmy. Kiedy kilkakrotne dzwonki pozostały bez odzewu, stało się jasne, że wydarzyło się coś złego. Na szczęście syn szefowej, Waldemar, mieszkający w budynku sąsiadującym z jej domem, kuląc się pod strugami ulewnego deszczu, biegł już, by zdjąć kłódkę z bramy. Trzymając nad głową parasol, ubrany jedynie w nieprzemakalną kurtkę, narzuconą na pasiastą piżamę, chwilę później otwierał zakład. Następnie zaczął pukać do mieszkania matki, jednak odpowiedziała mu tylko głucha cisza.

Wrócił do zakładu, wydał pośpieszne polecenia dotyczące produkcji i wściekły na chlupocącą mu w butach wodę, popędził sprawdzić, co się stało. Tym razem też nie zdołał dostać się do środka. Pobiegł więc na strych łączący obie kamienice i cicho, mając nadzieję, że matka tylko zaspała, zszedł do niej.

– Mamo?! – zawołał.

W mieszkaniu panował jak zwykle idealny porządek. Nigdzie nie paliło się światło, nie było słychać odgłosów porannej toalety.

– Mamo?! – krzyknął raz jeszcze, wchodząc do sypialni.

Leżała spokojnie, jakby się dopiero teraz obudziła i szeroko otwartymi oczyma patrzyła na sufit. Już miał zażartować, że chyba po raz pierwszy nie wstała punktualnie, kiedy usłyszał potworny dźwięk wydobywający się z jej gardła: ni to charkot, ni rzężenie, a w oczach zobaczył strach zwierzęcia złapanego w pułapkę.

Sygnał karetki pogotowia parę minut po szóstej wdarł się w ciszę budzącego się powoli miasta. Zaspany lekarz w pomiętym kitlu i brudnych butach wszedł na idealnie czysty puchaty futrzak.

– Jak się pani nazywa?

Pomimo widocznych wysiłków nie potrafiła zdobyć się na nic poza niewyraźnym bełkotem.

– Celina Hryć – odpowiedział zdenerwowany syn.

– Pana nie pytam – lekarz rzucił zimno i ujął dłoń chorej, badając tętno. Próbował jeszcze poruszać jej rękoma i nogami, za pomocą stetoskopu osłuchał serce, wreszcie zawyrokował: – Ciężki przypadek udaru. Zabieramy panią do szpitala.

Waldemar Hryć spojrzał na matkę. Jej oczy mówiły, że rozumie, co się dzieje.

– Pojedziesz teraz karetką, ja się tam zaraz zjawię. O nic się nie martw, wszystko będzie dobrze – dodał uspokajająco.

Bardzo chciał w to wierzyć, coś mu jednak mówiło, że to tylko pobożne życzenia.

Trzy tygodnie później starsza pani wciąż jeszcze leżała na oddziale wewnętrznym. Nie zanotowano radykalnej poprawy, ale jej stan się też nie pogorszył. Lekarze rozważali, czy nie wypisać jej do domu, i o tym właśnie lekarz prowadzący miał dziś porozmawiać z którymś z dzieci. Czekał na Waldemara, który pojawiał się codziennie choć na chwilę i sprawiał wrażenie człowieka świadomego.

Dochodziła dziesiąta, był słoneczny lipcowy poranek. Waldemar Hryć wszedł do cukierni od zaplecza i zlustrował przeszklone lodówki. Wszystko było w porządku: ciasta i ciastka kusiły wzrok, pyszny zapach unosił się daleko poza rynek, gdzieś aż na nadnyciańskie bulwary. Czyściutko ubrane ekspedientki przecierały lśniące lady. Kasjerka liczyła pozostawione wczoraj drobne. Za chwilę otworzą drzwi wejściowe i rozpoczną sprzedaż.

„Kolejny dzień marnego handlu!” – pomyślał Hryć, patrząc ze złością na wyrwane z chodnika przed sklepem betonowe płyty, ułożone w równy stosik tuż przy granicy budynku. Potem jego wzrok powędrował ku głębokim wykopom rozpoczynającym się kilka metrów od fasady cukierni i ciągnącym w głąb rynku aż do fontanny, później zaś na grupkę archeologów rozpoczynających właśnie następny tydzień rujnowania jego interesu.

Wiedział co prawda, że zasilą kasę, bo co rusz ktoś przybiegnie po lody, espresso lub ciastka, jednak inni klienci nie będą aż tak skorzy, by grzęznąć po kostki w żółtym piasku i z trudem łapać równowagę na ułożonych byle jak chwiejnych deskach.

Wykopaliska trwały już od dwóch tygodni i nie wiadomo, jak długo jeszcze się przeciągną. Hryć poprosił ekspedientkę o potrójne espresso, by wspomóc organizm po trzygodzinnym zaledwie śnie, i zachęcająco usiadł na tarasie przed cukiernią. Miał nadzieję, że archeolodzy pójdą jego śladem, co też się wkrótce stało.

W tym samym czasie przyniesiono kilkanaście sztuk miejscowej bezpłatnej gazety „Obserwator Gutowski”. Hryć zauważył, że archeolodzy brali pismo i coś sobie pokazywali, z satysfakcją kiwając głowami. Wstał i z szerokiego parapetu okna wystawowego wziął jeden egzemplarz dla siebie. Włożywszy okulary, spojrzał na stronę tytułową, która wielkimi czerwonymi literami krzyczała:

MUMIA W GUTOWIE!

Pierwsza z fotografii przedstawiała oparte o ścianę zmumifikowane ciało kobiety, druga zaś była zbliżeniem na bardzo stary, złoty zapewne, pierścień z wygrawerowanymi trzema gwiazdami. Zdumiony mężczyzna omal nie krzyknął. Z trudem opanowując drżenie rąk, otworzył gazetę na artykule dotyczącym odkrycia:

W dniu wczorajszym grupa archeologów z Muzeum Regionalnego w Płocku, poszukująca śladów kultury ceramiki sznurowej sprzed dwóch tysięcy lat, odnalazła na rynku w Gutowie fragment podziemnego korytarza, zbudowanego, jak się ocenia, w XV lub XVI wieku, łączącego prawdopodobnie dawny zamek z farą. W odkrytym korytarzu natrafiono na szczątki kobiety, zmarłej prawdopodobnie przed około pięćdziesięciu laty. Miała ona na palcu bardzo stary pierścień, którego wiek archeologowie z grupy poszukiwawczej szacują na kilkaset lat. Czy poznamy tajemnicę kobiety i pierścienia? W tym celu do naszego miasta ma wkrótce przyjechać najlepszy znawca kultury materialnej Mazowsza w wiekach średnich, profesor Dobrzyński z Uniwersytetu Warszawskiego.

Nie dopiwszy kawy, Waldemar Hryć wbiegł na górę, do mieszkania matki. Przejęty, nie zdjął butów, tylko pognał do szafki z albumami. Wertując jeden po drugim, przerzucał kartki, dopóki nie znalazł zdjęcia, na którym jego dziadek, Paweł Cieślak, trzyma w dłoni taki sam pierścień. Fotografia z gazety nie pozostawiała żadnych wątpliwości: pierścienie były identyczne. Miały te same rysy i jednakowe charakterystyczne wygięcia.

Mężczyzna oddychał ciężko, w zdenerwowaniu przygryzając wargi. Wreszcie wyszeptał z rozpaczą:

– Wszystko przepadło!

1895

Prawie sto lat wcześniej, w ponurą Wigilię Narodzenia Pańskiego 1895, w odległych o kilka tysięcy mil zakątkach świata dwie kobiety obdarzyły Tomasza Zajezierskiego potomkami płci męskiej. Nie było w tym nic szczególnie dziwnego: hrabia, pan na Zajezierzycach, Jeziorce, Sianowie, Lubomirach, Wólce Sianowskiej, Woli Małej i Wielkiej, Ruszczynie, Celinowie, Zadolu i Pleci, był mężczyzną tak atrakcyjnym, jak jurnym i rozsiewał swe geny szczodrze, pozostawiając zhańbionym matkom troskę o los pańskiej progenitury[1].

Często kończyło się to przypadkowym odnalezieniem noworodka zaplątanego w przybrzeżne szuwary, utopionego niczym ślepy kociak w pobliskiej Rudawce. Czasem panna ratowała się pomocą usłużnej babki, usuwając poczęte w niej życie, pamiątkę przypadkowego spotkania na polu, w lesie czy sadzie. Bywało też, że zaopatrzona na drogę, szukała szczęścia w Gutowie, Płocku albo Warszawie, gdzie nikt jej nie znał i wstyd zhańbienia wydawał się mniejszy.

W tym konkretnym przypadku jednak hrabia zainteresował się przelotnie porodem, jako że jedną z położnic, tą, o której wiedział, była jego ślubna małżonka, a urodzone przez nią dziecię miało zostać pierwszym dziedzicem i prawowitym spadkobiercą klucza zajezierskiego, piątym hrabią tego nazwiska.

Przyszły ojciec, postawny brunet z gęstymi, falującymi włosami, o orlim nosie, ciemnych brwiach i cienkim, starannie przystrzyżonym wąsie nad pięknie wykrojonymi wargami, ubrany w turecki szlafrok i fez z chwastem[2], przechadzał się nerwowo wzdłuż palarni. Płacz noworodka rozległ się w chwili, kiedy zdusił wreszcie w popielniczce końcówkę cygara, ucinając tym samym niewczesne spekulacje dotyczące płci przychodzącego właśnie na świat swego pierwszego dziecka.

Już miał sięgnąć ręką po najodpowiedniejszą w tak podniosłej chwili lekturę: Dzieje Tacyta, gdy z buduaru małżonki znów dobiegł dźwięk, który mógł być zarówno miauczeniem kota, jak i kwileniem niemowlęcia.

Hrabia uznał go za zły omen. Wcześniej miał niejasne pojęcie, jak będzie wyglądało jego ojcostwo, ale początek tego długo wyczekiwanego nowego doświadczenia powinien być doniosły. Od syna (nie daj Boże, by urodziła się dziewczynka!) oczekiwał wołania zdobywcy, okrzyku wojennego, trąb i fanfar. Tymczasem dziecię wyraźnie skarżyło się na trudy drogi na świat i oczekiwało współczucia, ciepła oraz miłości. Tych uczuć hrabia u mężczyzny nie uznawał i nie zamierzał nigdy tolerować.

Tak już miało zostać na zawsze: Paweł nie spełniał oczekiwań ojca. Był chłopcem wątłym, cichym, spokojnym, nieco zagubionym, najchętniej przebywał z matką, która jako jedyna go rozumiała i pozwalała, by całe dnie bawił się obok niej, w późniejszych zaś latach czytał książki. Stoczyła z mężem wielką batalię w obronie syna, kiedy dwukrotnie spadłszy z kucyka w wieku lat czterech, nabrał takiego lęku przed końmi, że nawet przez jakiś czas się jąkał.

Rozczarowanie własnym dziedzicem, w którym nie widział materiału na rasowego mężczyznę, burzyło Zajezierskiemu seniorowi wiele życiowych planów. W dodatku matka utwierdzała w dziecku odruchy dewocyjne, jakby chciała uczynić zeń księdza! Jej usiłowania były ciosem, który mocno nadwerężył miłość rodzicielską ojca oraz nie pozostały bez wpływu na to, co działo się, a raczej nie działo, w małżeńskiej sypialni.

Zapały męża hrabina traktowała z podejrzliwością, godząc się na nie raczej ad maiorem Dei gloriam[3] niż dla własnej przyjemności. Seks poznała dopiero podczas nocy poślubnej, która była dla niej ciągiem nieprzyjemnych zdziwień. Uznała go wtedy bardziej za brudne, zwierzęce wynaturzenie niż wyraz miłości, ta bowiem jawiła się jej tylko jako uczucie platoniczne. Dawno już zresztą Adrianna obdarzyła nim dozgonnie księdza Walerego Markowicza, proboszcza z Cieciórki, przyjaciela swego dzieciństwa, i obecnego spowiednika i dziękowała Bogu, że kuria w dobroci swej przydzieliła mu parafię tak bliską jej obecnego miejsca zamieszkania.

Małżonkowie udawali się więc zazwyczaj na spoczynek do swych prywatnych sypialni i spotykali się prawie wyłącznie podczas posiłków. A ponieważ nikt się na taki stan rzeczy specjalnie nie uskarżał, Paweł pozostawał wciąż ich jedynym dzieckiem.

Na razie sprawa zapewnienia sukcesji, wciąż odkładana na później, nikogo aż tak bardzo nie zaprzątała. Hrabia miał zaledwie trzydzieści sześć lat i mógł spłodzić jeszcze wielu potomków. Tylko starsza pani Zajezierska, wdowa po Henryku, ojcu Tomasza, raz po raz napomykała o tej istotnej ze względów rodzinnych sprawie. Istniała bowiem stara przepowiednia, którą praprababka Tomasza usłyszała przed wieloma laty od starej Cyganki jako zapłatę za pół bochenka chleba, pęto kiełbasy i garnek mleka. Ta zła wróżba, powtarzana w każdym pokoleniu, budziła jednakie zdumienie: prastary ród Zajezierskich zginie, gdy pan na Zajezierzycach będzie miał dwóch synów o tym samym imieniu.

Hrabia był człowiekiem twardo stąpającym po ziemi, absolwentem wyższej uczelni rolniczej, i nigdy nie uwierzył w te cygańskie bajdy. Argument sukcesji przyjmował – przepowiedni sprzed lat absolutnie nie. Zresztą brzmiała tak absurdalnie, że nawet nie chciał nią sobie zaprzątać głowy. Dziwił się, czemu matka z uporem mu ją przypomina. Sarkał i boczył się, bo wiedział, że plan kilkorga jeszcze hrabiczów i hrabianek biegających po ogrodach pałacowych jest praktycznie nie do wykonania.

Zajezierskich stać było na liczną gromadkę potomstwa, posiadali piękny majątek, wszystkie okoliczne rody im sprzyjały, sam hrabia miał jeszcze dwie siostry i jego matka była z tego dumna. Koligacje rodzinne Zajezierskich rozciągały się na całe północne Mazowsze, a podczas odległej podróży można było zatrzymać się niemal w każdym większym dworze. Stara hrabina wierzyła niezachwianie, że syn i synowa zrozumieją w porę swoje obowiązki wobec nazwiska i odłożą na bok dąsy.

Ale dni i miesiące mijały, łoże małżeńskie świeciło pustkami, a młoda pani Zajezierska nie bladła, nie łapały jej poranne mdłości, nie zaokrąglała się ani trochę. Siedziała z książką w parku, doglądała w oranżerii róż Marechal Niel, które hodowała specjalnie na dekorację ołtarza Matki Boskiej Łaskawej w kościele w Cieciórce, bawiła się z synem i muzykowała, ani myśląc o swych powinnościach.

Pewnego ciepłego wiosennego poranka Barbara Zajezierska zapakowała się więc do bryczki i kazała wieźć do dworu w Długołące, by porozmawiać z matką swej synowej. Świekra, Antonina Bysławska, jako kobieta rozumna, w pełni popierała uknuty podczas tego spotkania plan: trzeba się udać do biskupa!

Jego Ekscelencja biskup Bolesław Grążel był bratem kuzyna szwagierki starszej pani Bysławskiej i człowiekiem godnym zaufania. Należało mu przedstawić sprawę sukcesji, ale możliwie oględnie, ważniejszym było poprosić go o mądrego proboszcza na Cieciórkę, bo obecny to filozof i socjalista, rozdaje biednym całe swoje dochody, otwiera ochronki, potajemnie uczy chłopów czytania i pisania. Świat się skończy, jak się wszystkie parobki wyedukują! Kto wtedy będzie chciał powozić, służyć we dworze, pracować w polu, doglądać krów? Ten młody ksiądz z Cieciórki jest kompletnie nieodpowiedzialny!

Biskup przyjął obie panie nader łaskawie, zadumał się głęboko nad nowoczesnością poglądów swego ulubionego studenta z seminarium i, choć początkowo niechętnie, przyciśnięty przez krewkie niewiasty do muru i poruszony obrazem rozpadu katolickiej rodziny spowodowanym przez księdza, a może jeszcze bardziej perspektywą zrzucenia przezeń sutanny, obiecał interwencję w tej sprawie.

Ani przez chwilę nie pomyślał, że własnymi rękoma morduje najpiękniejsze uczucie młodej hrabiny Zajezierskiej i ją samą, odbierając jej szczęście i sens życia. Zaprzątało go raczej zgorszenie wywołane w parafii przez kapłana uwodzącego mężatki, rozgłos, jaki sprawie mogliby nadać ludzie niechętni Kościołowi, obraz tych dwojga skazanych na banicję towarzyską, a może i – Panie, uchowaj! – emigrujących do Ameryki w poszukiwaniu osobistego szczęścia.

Spekulacje obu matek i wyobraźnia biskupa szły jednak dużo dalej niż najśmielsze nawet rojenia zakochanych. Ich uczucie było płochliwe, niemal nieuświadomione, lękali się go tak bardzo, że w głowach im nie postały plany jakichkolwiek zmian. Było dobrze tak, jak jest: kilka razy w miesiącu msza, raz czy dwa spowiedź szeptana gorącym oddechem przez kratki konfesjonału, czasem, przy okazji większego święta rodzinnego, jakieś śniadanie czy obiad w Zajezierzycach.

Hrabina nie była typem awanturnicy, buntowniczki przecierającej nowe szlaki. Wychowano ją w pokorze, wpojono jej wiedzę o obowiązkach dobrej żony, jednak nade wszystko potrzebowała uczucia, docenienia i miłości. Szanowała swą małżeńską przysięgę i pragnęła sprostać stawianym przez nią obowiązkom, na swój sposób kochała również męża, a także – co było chyba najważniejsze – nie wyobrażała sobie, że mogłaby być szczęśliwa.

Czyż zresztą nie była? Smutny afekt do księdza Walerego, którego imię odmieniała we wszystkich przypadkach podczas codziennych czynności, z którego imieniem budziła się co rano i usypiała wieczorem, który był prawdziwą treścią jej życia, to uczucie skazane na niespełnienie dodawało jedynie odrobinę goryczy, niezbędnej życiu, by mogła je smakować w pełni. Oprócz uwagi księdza na niczym wszak Adriannie Zajezierskiej nie zbywało. Co więcej, gdyby rzuciła wszystko, spakowała sakwojaż i pod osłoną nocy wyjechała gdzieś daleko, gdzie mogłaby się oddać Waleremu nie tylko duszą, ale także stęsknionym ciałem, wtedy dopiero zrozumiałaby, że popełniła najgorszy błąd życia. Wiedziała o tym intuicyjnie i dlatego trwała zawieszona pomiędzy dwoma mężczyznami, z których żaden nie dawał jej niczego.

Kilka miesięcy później, pośród wymyślonych śmiesznych grzechów, z których należało się koniecznie wyspowiadać, hrabina usłyszała straszliwą nowinę: Walery wyjeżdżał do Płocka! Został powołany na stanowisko sekretarza biskupa, co dla niego było wielkim, nieoczekiwanym i niezasłużonym wyróżnieniem, dla niej zaś ciosem w serce, po którym długo nie umiała się podnieść. Paweł, uwielbiający matkę, zauważył jej smutek i całkiem przypadkowo, choć nie bez racji, powiązał go z wyjazdem księdza. By jej to wynagrodzić, obiecał wtedy, że sam zostanie kapłanem, na co Ada uśmiechnęła się blado i pogłaskała go po główce, szybko zapominając o sprawie. Paweł jednak pamiętał i z rzadką u dzieci konsekwencją dążył do celu.

On również kochał księdza Walerego i traktował go jak duchowego ojca. Później zresztą, podczas studiów seminaryjnych w Płocku i Rzymie, będzie z nim utrzymywał zawsze bliski kontakt i radził się we wszystkich rozterkach duchowych, znajdując w tym przyjemność obcowania z człowiekiem mądrym i dobrym. Pomnik, jaki mu wybuduje w swym sercu przy cichym współudziale matki, będzie tym wyższy, im wyraźniej we własnym ojcu zobaczy człowieka bez zasad, grzesznego rozpustnika.

Delikatny jad, który Adrianna sączyła synowi do ucha dzień po dniu, w pewnym momencie skamieniał bowiem w osobiste przekonania, a Paweł nie zadawał już sobie trudu oceniania ojca za pomocą własnego rozumu. I choć Tomasz Zajezierski będzie podejmował w późniejszych latach różne próby zaprzyjaźnienia się z synem, nigdy nie staną się już sobie naprawdę bliscy.

Plon zmiany na plebanii w Cieciórce dał się zauważyć natychmiast. Nowy proboszcz, Polidor Bodygaj, złożywszy kurtuazyjne wizyty trzem najznamienitszym familiom w okolicy, to jest: Radziewiczom, Zajezierskim i Bysławskim, podczas niedzielnych mszy czujnie lustrował ławy kolatorskie[4], które, ozdobione mosiężnymi tabliczkami z nazwiskami donatorów, były jednocześnie dożywotnimi rezerwacjami i nikt poza członkami rodzin nie ośmielał się na nich siadać. Lecz ławka Zajezierskich świeciła pustką.

W Zajezierzycach bowiem też znajdował się kościół: ufundowany przez prapradziada Tomasza – Bonawenturę Zajezierskiego, mniej okazały, bo stary i drewniany, podczas gdy ten w Cieciórce był pięknym barokowym cackiem z kunsztownymi dekoracjami, na które nie żałowano złota. Nic dziwnego, postawiono go z wdzięczności za odwrócenie bezpłodności żony Ignacego Radziewicza gdzieś w połowie osiemnastego wieku i od tej pory wciąż utrzymywano w doskonałym stanie. A ród Radziewiczów, jakby mocą związanego z tym faktem szczególnego błogosławieństwa, miał się od tej pory rzeczywiście znakomicie.

W owym starym drewnianym kościółku modlili się teraz co niedziela Zajezierscy o nowego potomka. Pawełek miał już lat prawie siedem i za nowomodną fanaberię okoliczna szlachta uznawała wzbranianie się hrabiny przed jedynym w gruncie rzeczy obowiązkiem, jaki na nią nakładało małżeństwo.

A ona robiła wszystko, by unikać zbliżeń. Każdy pretekst wydawał się dobry, by zniechęcić męża. Ten zresztą coraz częściej wyjeżdżał w interesach do Płocka i Warszawy, dobrze mu szło i był zadowolony, że chociaż w tym się sprawdza. Hrabina lubiła te wyjazdy, nigdy zresztą mu nie towarzyszyła, choć przecież mogłaby to być okazja do spotkania z księdzem Walerym. Nie brała tego jednak pod uwagę. Korespondowali z rzadka i bardzo oficjalnie, choć z pewnością, gdyby go poprosiła, nie odmówiłby jej spotkania. Ale teraz istniał już tylko w jej wspomnieniu, nie bardziej żywy niż bohaterowie modnych romansów.

Po tygodniu, dwóch hrabia wracał i pierwszą noc zawsze spędzał z żoną. Najpierw długo wtajemniczał ją w kulisy przeprowadzonych operacji biznesowych, co ją bezbrzeżnie nudziło, potem bez zapału, ale w poczuciu dziejowej misji zabierał się do rzeczy. Obejmując jej odrętwiałe i zimne ciało, próbował w nie tchnąć nieco życia, co przychodziło mu nie bez trudu. Musiał sobie wyobrażać najbardziej wyuzdane kobiety, z którymi teraz zaczął mieć do czynienia, Warszawa bowiem oferowała wybór znacznie większy i w o wiele lepszym gatunku niż wszystkie okoliczne wsie razem wzięte.

Te małżeńskie wizyty zaowocowały jeszcze dwiema ciążami, ale obydwa płody, jako obumarłe, urodziły się przed czasem. Sprowadzony specjalnie z Warszawy lekarz nie stwierdził u hrabiny żadnych istotnych ułomności. Zalecił dużo spokoju, czym tylko zirytował hrabiego, i wyjazd do wód, najlepiej do Krynicy. Od tej pory hrabina rokrocznie spędzała miesiąc na wędrówkach górskich i popijaniu wody Jana w domu zdrojowym. Odbywało się to na ogół w lipcu, toteż mąż jej nigdy nie towarzyszył ze względu na żniwa, których wolał dopilnować osobiście.

Podczas pierwszego z tych wyjazdów, a było to już w nowym wieku, Ada Zajezierska poznała w Krynicy młodego pisarza, właściwie początkującego poetę i dramaturga. Spędzając z nim czas na miłej pogawędce, stwierdziła że Pawełek jest już na tyle duży, iż potrzebuje nie bony, a preceptora. Kogoś, kto zadbałby o wszechstronne wykształcenie jedynaka ze szczególnym uwzględnieniem przedmiotów humanistycznych, w tym języków starożytnych. Lucjan Krzycki, jej nowy znajomy, wydawał się idealnym materiałem na nauczyciela.

W tym samym mniej więcej czasie hrabiego zaczęły prześladować głosy. Nie dopuścił do siebie myśli, że działo się tak na skutek jakichkolwiek mocy nadprzyrodzonych. Ot, zwyczajne miauczenie kota, którego oprócz niego nikt nie słyszał. Zarządzono nawet poszukiwania głodnego zwierzęcia, zamkniętego pewnie przypadkiem w którymś z rzadziej używanych pokoi, jednak nigdzie go nie odnaleziono. Kot dalej miauczał żałośnie, przejmująco. Za każdym razem hrabia wzdragał się, a potem udawał sam przed sobą, że niczego nie słyszał.

Kiedy już przywykł do tej małej niedogodności i niemal nauczył się z nią żyć, miauczenie z dnia na dzień ustało. Cisza, jaka zapanowała, dźwięczała kryształowo. Była kojąca i drażniąca zarazem. Po miesiącach wwiercającego się w uszy zawodzenia – nagle żadnych ostrych dźwięków. Powietrze płynęło przez pałac łagodnie niczym falujący w podmuchach wiatru aksamit.

Tomasz Zajezierski dotąd nie zdawał sobie sprawy z tego, że ciszę można smakować. I gdy już z wolna zaczął się przyzwyczajać, że poza codziennymi dźwiękami nic nie mąci jego spokoju, w odgłosy poobiedniej sjesty, niczym nieproszony gość, wdarło się radosne chichotanie dziecka. Hrabia podniósł głowę znad książki, zmarszczył brwi i zamarł w oczekiwaniu, ale tego dnia śmiech już nie rozbrzmiał. W pałacu nie było dzieci. Pięcioletni już prawie Paweł przebywał z matką w Krynicy. To nie mógł być jego głos.

Kiedy następnego dnia wieczorem perełki beztroskiego śmiechu znów rozsypały się w korytarzu, hrabia wstał z fotela i wyszedł z gabinetu. Niczego jednak poza tykaniem dużego stojącego zegara nie usłyszał. Trzy dni później miał już pewność: cisza się skończyła. Teraz codziennie wieczorem, jakby odprawiając jakiś rytuał, czekał na ten śmiech. Pewnego popołudnia zaczaił się tuż przy drzwiach i gdy tylko śmiech rozbrzmiał, wybiegł na korytarz. W szarówce zmierzchu, bo jeszcze nie zapalono lamp, zobaczył niewyraźnie rąbek sukienki – takiej, jaką sam nosił i w jaką jeszcze nie tak dawno ubierano Pawła, znikający w pokoju obok jego gabinetu. Hrabia podbiegł do drzwi, szarpnął za klamkę, otworzył i nie wzywając służby, sam zlustrował pomieszczenie. W środku nie było żywej duszy. Nie znalazł też żadnego śladu dziecka.

Próbował jeszcze raz czy dwa iść za głosem, kiedy był na tyle blisko drzwi, by szybko wydostać się na korytarz. Słyszał, jak chichot wspina się do góry i gaśnie na strychu albo spływa po schodach do holu na parterze. Wtedy hrabia wracał do swych zajęć, rezygnując z pościgu. Ten śmiech uświadomił mu, że być może już żadne dziecko nigdy nie roześmieje się w pałacu. Była to przykra i bolesna myśl, którą Tomasz Zajezierski szybko zdusił, by nie zdołała zapuścić korzeni w jego umyśle.

W ostatnich latach życia, już po odejściu Ady, gdy los rodziny wydawał się przesądzony, Tomasz Zajezierski rozważał przelotnie usynowienie któregoś z siostrzeńców. Ale ponieważ warunkiem sine qua non[5] byłoby zamieszkanie tej osoby w Zajezierzycach i przyjęcie nazwiska Zajezierski, żadnemu z nich nie ośmielił się ostatecznie tego zaproponować, jako że było to żądanie niemoralne. Zresztą wszyscy już byli dorośli, mieli swoje domy i zapewne żaden nie chciałby wywracać swego życia do góry nogami. A gdyby się taki ostatecznie znalazł, paradoksalnie hrabia nie uznałby go za godnego właśnie z tego powodu.

I kiedy ostatecznie pogodził się z myślą, że jest ostatnim Zajezierskim na Zajezierzycach, znalazł kogoś, komu zaufał i kto być może byłby godnym kontynuatorem rodzinnej tradycji. Nie zdążył już jednak dokonać formalności, a wojna, okupacja i to wszystko, co potem nastąpiło, pokrzyżowały plany.

[1] Potomstwo, dzieci (łac.).

[2] Pochodząca z Bliskiego Wschodu czapka o kształcie ściętego stożka z frędzlem.

[3] Na większą chwałę Bożą (łac.).

[4] Należące do fundatorów kościoła.

[5] Warunek niezbędny (łac.).

1995

Waldemar Hryć, najmłodszy syn Celiny, był wysokim, postawnym mężczyzną. Miał czterdzieści dwa lata i sporą nadwagę, co upodabniało go raczej do Cieślaków niż do drobnych i chuderlawych Hryciów. Przekroczywszy trzydziestkę, Hryciowie zaczynali łysieć, jak Leon, ojciec Waldemara, oraz jego bracia: Grzegorz i Roman. Ci dwaj, wzorem ojca, zawsze nosili nakrycia głowy. Wiosną i latem był to płócienny kaszkiet szyty na miarę w zakładzie czapniczym Zgódki przy Mostowej, jesienią i zimą – filcowy kapelusz tej samej firmy.

Waldemar nie był podobny do braci. Bardziej niż oni przypominał matkę. Jego gęste, lekko falujące włosy o kolorze ciemnoblond pod wpływem słońca rudziały. Ale choć nie lubił tego odcienia, nie osłaniał głowy latem. Strzygł się tylko krócej niż zwykle.

Teraz to już nie miało zresztą żadnego znaczenia – nie to, co w dzieciństwie, gdy kolor jego włosów powracał w każdej niemal z licznych kłótni rodziców. Od jakiejkolwiek sprawy sprzeczka by się zaczęła, wiadomo było z góry, że jest tylko kwestią czasu, kiedy Leon Hryć przejdzie do tematu najmłodszego syna. Nie mógł sobie bowiem darować tego braku podobieństwa i raz po raz, zupełnie bezzasadnie, oskarżał żonę o zdradę. Podejrzewał ją, co było absurdalne, o romans z którymś z czeladników. Nie znał własnej żony. Celina nigdy by sobie na taki krok nie pozwoliła, a i oni, pracownicy, darzyli ją szacunkiem i tak się bali tej postawnej kobiety, że żaden nigdy nie spróbowałby uczynić jej jakichkolwiek awansów. Przeczuwali, zresztą słusznie, czym to by się niechybnie skończyło: awanturą i wyrzuceniem z pracy.

W Celinie Hryć było coś władczego, majestatycznego, nawet gdy wykonywała domowe obowiązki, i to coś nasilało się jeszcze, gdy podejmowała decyzje i wydawała dyspozycje. Choć sama by się tak nie określiła, była osobą charyzmatyczną. Miała niekwestionowany autorytet, którego Leon Hryć, niższy od niej prawie o głowę, podejrzewający wszystkich o złodziejstwo, z rozbieganymi nerwowo oczyma, z zapadniętymi policzkami astmatyka i ciężkim oddechem, zawsze jej nieświadomie zazdrościł.

Dlatego tak długo, jak to było możliwe, sam decydował o sprawach firmowych. Uważał, że jako przedwojenny mistrz cukierniczy ma więcej doświadczenia i wiedzy fachowej niż żona, która żadnym przygotowaniem do zawodu nie mogła się poszczycić, a całym jej wykształceniem było ukończenie kilku klas szkoły dla dziewcząt, przysposabiającej je do prowadzenia domu.

Dopiero śmierć męża pod koniec lat sześćdziesiątych ujawniła drzemiące w Celinie talenty. Umierając, zostawił ją z sześciorgiem dzieci, zadłużoną firmą i nieprzychylną konkurencją, czyhającą tylko na jakiekolwiek potknięcie. Trzydzieści lat później była najbardziej znaną kobietą biznesu w Gutowie, współwłaścicielką dużej firmy, osobą szczęśliwą i spełnioną, która zwiedziła cały dostępny wycieczkom orbisowskim świat, mającą do zrealizowania tylko jedno, ostatnie, za to największe marzenie.

*

Waldemar Hryć stał w oknie mieszkania matki. Trzymając zdjęcie z pierścieniem dziadka Cieślaka, przeskakiwał myślami z tematu na temat. To patrzył w dół, na archeologów schodzących właśnie do odkrytych pod rynkiem przejść podziemnych i przeklinał dzień, w którym się pojawili, to układał sobie w głowie, jak ma przedstawić matce informację o pierścieniu, by wyrwać ją z otępienia spowodowanego chorobą i wlać w jej duszę nadzieję, to pośpiesznie odtwarzał w głowie listę najpilniejszych zakupów do firmy, którą powinien za chwilę wysłać do hurtowni, by wszystko już nań czekało spakowane i zafakturowane, gdy pojedzie tam po wizycie u matki.

Zbiegł do sklepu, zastanawiając się, czy ma czas i ochotę na drugie tego ranka espresso. Po chwili wahania zdecydował jednak, że musi wrócić jak najszybciej do firmy, bo sezon jagodzianek właśnie się rozpoczął i może zabraknąć rąk do pracy. Klienci zawsze najbardziej lubili kupować świeżutkie, niemal prosto z pieca, z jeszcze nieobeschłym lukrem, który po zawinięciu w papier zawsze się doń przyklejał. Nigdy nie mieli ich dosyć, zamawiali po dziesięć, dwadzieścia, może tylko pączki w tłusty czwartek cieszyły się większym powodzeniem. Ale tłusty czwartek to wielowiekowa tradycja, zaś jedzenia jagodzianek w wakacyjne miesiące nauczył gutowian dopiero Leon Hryć.

Jego jagodzianki stały się już symbolem miasta, jak toruńskie pierniki czy poznańskie rogale na św. Marcina. Przyjeżdżali po nie klienci z odległych miejscowości, nawet z Płocka. Sam prezydent skosztował ich kiedyś podczas wiecu wyborczego, gdy walczył o reelekcję, i aż zaniemówił z wrażenia. Kiwał tylko głową z aprobatą, a kiedy przełknął ostatni kęs, poprosił o kilka sztuk na drogę.

Gdyby nie herb na domu i przyzwyczajenie klientów, młody Hryć nazwałby zapewne swą cukiernię Jagodzianka. Ostatecznie jednak Amor zwyciężył.

– Zapakujcie mi dwadzieścia! – rzucił w przelocie do ekspedientki i wszedł do biura.

Raz jeszcze przeczytał uzupełnianą od kilku dni listę zakupów i sięgnął po słuchawkę telefonu, by podyktować zamówienie w hurtowni.

Ekspedientka przyniosła kartonowe pudełko z jagodziankami zapakowane w kolorowy papier firmowy, bez słowa postawiła je na stole i wyszła. Mężczyzna zajrzał do portfela. Upewniwszy się, że będzie miał dość pieniędzy na pokrycie kosztów zamówienia, sięgnął po pudełko i wyszedł.

1892

Tomasza Zajezierskiego zawsze otaczały kobiety. Wzrastał w towarzystwie sióstr jako jedyny, w dodatku najmłodszy syn, wcześnie osierocony przez ojca i uwielbiany przez matkę. Kiedy Barbara Zajezierska powydawała za mąż córki, wreszcie doświadczyła tej szczególnej więzi z synem, który powróciwszy z wojaży za granicę, gdzie pobierał nauki, poczuł się odpowiedzialny za losy rodu i majątku.

Zawsze traktował ją z miłością i szacunkiem, a wszystkie ważne decyzje podejmowali wspólnie. Wyjątkiem nie była również ta o jego małżeństwie. To matka zasugerowała rodzinę Bysławskich, jemu pozostawiając wybór jednej z trzech panien: Kingi, Wandy lub Adrianny. On zaś ostateczną decyzję podjął po pewnym balu karnawałowym, kiedy każdą z nich zaprosił do tańca. Opuszczając gościnny dwór, zyskał pewność, że chce, by jego żoną została najmłodsza, Adrianna.

Oznaczało to czekanie. Być może długie czekanie. Dziewczyna miała dopiero szesnaście lat, o rękę starszych panien Bysławskich nikt się jeszcze nie starał, a nie ulegało wątpliwości, że to one powinny opuścić dom rodzinny jako pierwsze. Wtedy Barbara Zajezierska pojechała do Długołąki zasięgnąć języka i, choć nie bez oporów, uzyskała od przyszłych teściów syna przyrzeczenie ręki najmłodszej z córek.

Poza imieniem Adrianna Bysławska niczym szczególnym się nie wyróżniała. Dość ładna, ale urody przeciętnej, o popielatych włosach i szaroniebieskich oczach, w których połyskiwały żółte plamki. Drobnej figury i niewysoka. Jej jasna cera łatwo pokrywała się piegami, co było utrapieniem Ady od najwcześniejszego dzieciństwa. Wciąż szukała nowego sposobu na wywabienie wstrętnych rudych plamek, niezmiennie z takim samym mizernym skutkiem. Małomówna i nieśmiała, stanowiła przeciwieństwo starej pani Zajezierskiej i wszyscy, którym przyszło oceniać wybór Tomasza, uznali to za klucz do jego zagadkowej decyzji.

Na Wielkanoc 1892 roku wyprawiono zrękowiny, na których bawiła się cała okoliczna szlachta. Sprawa stała się oficjalna. Narzeczeni mogli już chodzić na krótkie spacery, zawsze w zasięgu wzroku starszych. Podczas niedzielnej mszy Zajezierski siadywał czasem na skraju ławki Bysławskich, a potem konno odprowadzał ich powóz do dworu. Wszystko było comme il faût[6]. Przynajmniej tak to wyglądało z zewnątrz, bo nikt nie sprawdzał przecież, czy po podwieczorku w Długołące hrabia wraca do domu oraz czy zawsze gdy mówi, że jedzie odwiedzić narzeczoną, rzeczywiście tak czyni.

Tylko on jeden wiedział, że nie. Tylko on jeden znał prawdę.

Wybierając najmłodszą z panien Bysławskich, Tomasz Zajezierski chciał wyłącznie zyskać na czasie. W gruncie rzeczy było mu obojętne, która zostanie jego żoną, bo żadna nie wzbudziła w nim żywszych uczuć. Żadnej się to nie udało, hrabia bowiem żył niczym w amoku, starając się jedynie zachowywać pozory, a wszystkie jego myśli zaprzątnięte były w tym czasie inną kobietą.

Jakoś wtedy właśnie wrócił ze studiów najstarszy syn Radziewiczów – Joachim. Studiował w Genewie nauki przyrodnicze. Tomasz Zajezierski zaczął zatem częściej bywać w Cieciórce. Tam poznał rezydentkę dworu, kuzynkę Radziewiczów z bocznej linii – Różę Wolską. Starsza od niego o sześć lat, trzydziestotrzyletnia, wciąż panna, raczej bez większych nadziei na zamążpójście, bo bez posagu, za to ze szczególnymi obyczajami, Róża była dziwna.

Radziewiczowie ją tolerowali, wybaczając jej jawnie socjalistyczne poglądy, brak ogłady towarzyskiej, papierosy, które paliła ostentacyjnie, niewyparzony język, jazdę konno „po męsku”, a nawet noszenie spodni! Była bowiem – jako artystka – stracona dla świata ludzi uczciwych. Starszą panią Radziewiczową wytrącał z równowagi nie tylko jej ostry makijaż, lecz także fakt, że codziennie kazała sobie grzać wodę na kąpiel! Bała się o wnuczki, bo jeszcze gotowe brać przykład z nieobyczajnej kuzynki!

Róża wróciła niedawno z Paryża, gdzie pobierała nauki malarskie w tamtejszej Académie Julian, podobno miała tam nawet jakieś sukcesy, ale tutaj nikogo to nie interesowało. Radziewiczowie traktowali ją z politowaniem, szeptano po kątach, że była nawet kochanką księcia de V., choć nikt chyba w to nie wierzył. Z jej pozycją raczej nie mogła liczyć na taki zaszczyt.

Dano jej do dyspozycji dwa pokoje i pracownię malarską w oficynie. Póki wystarczyło Radziewiczów do sportretowania, byt miała zapewniony. Może dlatego malowała nieśpiesznie, robiąc wiele szkiców i potwornie męcząc swoich modeli.

Z Zajezierskim poznali się podczas imienin Joachima. Tomasz próbował brylować przy stole, ona w ciągłej kontrze, jakby się uparła, by mu udowodnić, że we wszystkim błądzi. Spierali się zażarcie przez cały wieczór, co Radziewiczowie obserwowali z rozbawieniem.

Następnego dnia było polowanie na zające, a po nim ognisko. Zajezierskiemu, dla zabawy, zlecono towarzyszenie pannie Róży, co przyjął z wyrazem niezadowolenia na twarzy i ukontentowaniem w sercu. Znów mogli się sprzeczać do woli. Wyglądało na to, że nie ma kwestii, w której tych dwoje by się zgadzało. Inni na ich miejscu dawno daliby już spokój, tymczasem oni wciąż znajdowali nowe tematy do sprzeczki.

By nie wzbudzać podejrzeń, hrabia przez cały następny tydzień nie pojawił się w Cieciórce. Z obawy o jego zdrowie Joachim kazał przygotować sanki i pognał do Zajezierzyc. Zastawszy Tomasza w doskonałej kondycji, przekazał zaproszenie matki, wspomniał też mimochodem o tajemniczym liście, jaki panna Róża dostała z Francji. Na kopercie był znak księcia de V., nikt jednak poza adresatką nie poznał treści pisma.

Zajezierskiego zaniepokoiła ta nowina. Znów zaczął bywać w Cieciórce, ale teraz już mniej skory do zwady. Panna Róża zaproponowała mu namalowanie portretu, na co on zrazu nie chciał się zgodzić, zasłaniając się brakiem czasu i cierpliwości. Radziewiczowie jednak namawiali, naciskali, przekonywali, że nieprędko trafi się druga taka okazja. Ich portrety już zdobiły ściany holu pierwszego piętra i trzeba przyznać, że autorce udało się uchwycić podobieństwo. Hrabiemu pochlebiało, że ktoś chce go malować, podniecała go też perspektywa zostania z Różą sam na sam. Podejrzewał, że skoro była już kochanką księcia (nie miał co do tego żadnych wątpliwości), nie będzie zbyt zażarcie bronić swych wdzięków.

W umówionym dniu, a było to podczas karnawału, stawił się w pracowni, gotów do pozowania. Radziewiczowie, pozostawiając pannie dbanie o jej dobre imię, wybrali się na kulig, malarka zaś i jej model rozpoczęli sesję, przerywaną raz po raz przez westchnienia, urywane szepty i zduszone okrzyki namiętności. Efektem tego spotkania był dość niewyraźny szkic, który w miarę upływu czasu robił się coraz bardziej dokładny, by wreszcie w połowie marca przybrać kształt ostateczny.

Jednocześnie namiętność Tomasza Zajezierskiego do Róży Wolskiej stawała się niebezpieczna. Ta kobieta z płomiennie rudymi włosami i oczami jak szmaragdy, zawsze dumnie wyprostowana, malująca usta na krwawą czerwień, rozpalała w nim pożądanie samym swoim istnieniem, wypełniała jego myśli, czyniła zeń swego niewolnika.

W końcu obraz został ukończony, przewieziony do Zajezierzyc i powieszony w miejscu wybranym przez pannę Wolską, to jest w dużym holu parteru. Hrabia wynagrodził malarkę hojnie i ku swojemu skrywanemu żalowi ograniczył częstotliwość wizyt we dworze Radziewiczów. Nie znaczy to jednak, że przestał się widywać ze swą muzą. Mieli umówione miejsce nad jeziorem Nyć, które Róża szczególnie lubiła. Tam w skrytości spotykali się od czasu do czasu.

Do lipca udało im się utrzymać swą miłość w tajemnicy. Spostrzegawcza pani Zajezierska oczywiście zauważyła zmianę w zachowaniu syna. Uznała jednak, że to narzeczeństwo tak dobrze mu służy. Zrobił się bowiem spokojny, zrównoważony, bardziej dbał o wygląd, zaczął dużo czytać, wreszcie przyjął nauczyciela, by szlifować swą francuszczyznę. Chwaliła się Bysławskim, jaki dobry wpływ już teraz ma Ada na Tomasza.

A on nudził się śmiertelnie w jej towarzystwie. Była jeszcze dzieckiem: szczebiotała, pełna dobrej woli, o sąsiadkach, lekturach, łatwiutkich utworach na fortepian, których uczyła się z musu tylko dlatego, by stać się go godną. Słuchał jej nieuważnie, myśląc o tamtej, z którą grzech był komunią, która stawiała na głowie wszystko, w co wierzył, dla której gotów był porzucić swój świat, swoje życie i marzenia, dla której miałby odwagę zranić ukochaną matkę i okryć niesławą siebie oraz tę, której mężem zobowiązał się zostać.

Nigdy jeszcze nie przeżywał takich rozterek. Jednego dnia myślał o ucieczce z kochanką, następnego o rozstaniu. Raz o wyjawieniu matce całej prawdy i prośbie o błogosławieństwo, to znów o tym, by zabiwszy siebie i Różę, na zawsze położyć kres nieskończonym mękom. Ona zaś tylko śmiała mu się w nos, mrużyła swe kocie oczy i drwiła z jego rozterek:

– Ty i ja?! Co za absurd! Nigdy nie będziemy razem!

– Dlaczego? Przecież cię kocham! Nie wierzysz mi?

– Miłość to zabawka bogaczy i biedaków, a ty nie jesteś ani jednym, ani drugim. Zresztą masz już narzeczoną. Nie chcesz chyba zrobić biednej Adzie krzywdy? – drwiła.

Słuchał jej wściekły, a potem kochał ją w wysokiej trawie nad jeziorem lub w lesie i wracał do domu zatruty poczuciem winy.

Powoli kończyło się lato, ważne sprawy wezwały hrabiego na kilka dni do Płocka. Zajezierscy mieli zadawniony proces, którego korzystne zakończenie poczęło się całkiem niespodziewanie rysować. Wracając z pomyślnymi wieściami, szczęśliwy i upojony zwycięstwem, zajechał po drodze do Cieciórki. Państwa nie zastał, bawili gdzieś w gościach, na pytanie zaś o pannę Różę usłyszał zadziwiającą odpowiedź: „Wyjechała”. Otrzymawszy kilka kopiejek do kieszonki, lokaj stał się bardziej rozmowny.

Panna Róża od kilku miesięcy prowadziła korespondencję z księciem de V. Służący sam woził jej listy na pocztę. Podobno książę nakłaniał ją do powrotu do Francji. Ale czy pojechała tam, czy gdzie indziej, nie wiadomo. Zabrała wszystkie swoje rzeczy i do Cieciórki raczej szybko nie wróci.

Tomaszowi Zajezierskiemu pociemniało przed oczami. Straszliwy zawód, ból utraconej z dnia na dzień szalonej miłości, która wypełniała mu życie niemal bez reszty, upokorzenie, jakiego doznała jego męskość, niejasne przeczucie, że być może Radziewiczowie w końcu domyślili się prawdy i odprawili pannę, lęk o jej i swoją przyszłość – te wszystkie uczucia mąciły mu umysł. Wsiadł do powozu i zamiast w kierunku Zajezierzyc, kazał się wieźć nad jezioro Nyć. Tam, w umówionym wcześniej z Różą miejscu, pod kamieniem, znalazł list:

Wyjeżdżam. Tak będzie lepiej. Nie szukaj mnie.

R.

Już jej więcej nie zobaczył. Wiele lat później przeczytał w gazecie wzmiankę o sławnej malarce francuskiej, księżnej de Vallenord, nie dociekał jednak, czy chodziło o Różę. Wtedy to już nie miało żadnego znaczenia.

Wbrew swym przypuszczeniom, boleśnie ugodzony w męskiej dumie Tomasz Zajezierski nie cierpiał jednak zbyt długo po rozstaniu z kochanką. Posiadał bowiem tę cudowną, cechującą mężczyzn łatwość zamykania spraw raz na zawsze. Umiejętność, która pozwala im nie myśleć o przeszłości, nie analizować tych jej wariantów, które już nigdy nie mają szansy się ziścić, rzeczy przeszłe traktować jak przeszłe, a niebyłe jak niebyłe. Kiedy jednak po wielu latach, poszukując ołówków w szufladzie ojcowskiego biurka, Paweł odkryje srebrny medalion, a w nim kosmyk płomiennie rudych włosów – hrabia bardzo się zmiesza. Najpierw zrobi synowi awanturę, a potem spróbuje wybrnąć z niezręcznej sytuacji, twierdząc, że należał on do którejś z ciotek chłopca.

Czy myślał jeszcze o pannie Róży? Czy uprawiając nudny małżeński seks, wspominał dzikość uniesień, jaką mu podarowała? Z pewnością nie rozpamiętywał swojej pierwszej wielkiej fascynacji, ale to Róża nauczyła go, czym mogą być miłość, rozkosz, pragnienie. Od tej pory wciąż będzie rozpaczliwie poszukiwał tego bólu, udręki, tej męczarni, ekscytacji, tajemnicy, grzechu i lęku, jakie mu się nierozerwalnie z miłością połączyły.

Będzie próbował odnaleźć tamten smak, nigdy go jednak w takim natężeniu nie znajdując i żyjąc w poczuciu ciągłego niespełnienia, jakby to była kara za złamanie danego Adzie słowa.

Żadna bowiem kobieta nie mogła się równać z Różą. I żadnej nigdy nie udało się jej zastąpić.

[6] Jak trzeba (fr.).

1995

Waldemar Hryć siedział w samochodzie zaparkowanym nieopodal szpitala i wciąż nie mógł podjąć decyzji, czy powiedzieć matce o znalezisku. Z jednej strony ta wiadomość dawała szansę na wyrwanie jej z trwającego już kilka tygodni stanu otępienia spowodowanego udarem. Znał ją dobrze, nie rozstawali się nigdy na dłużej, i był przekonany, że na pewno by się ożywiła, może nawet spróbowałaby zadać mu, choćby na migi, jakieś dodatkowe pytania. Właśnie dlatego miał obawy, że rozmowa nie zakończyłaby się jedynie na stwierdzeniu faktu. Musiałby ją powiadomić, co aktualnie dzieje się z pierścieniem, i powiedzieć, że szanse na jego odzyskanie przez nią czy kogokolwiek z Hryciów są znikome, to zaś w jej stanie mogłoby mieć opłakane skutki.

Lekarz powiedział: „Żadnych złych wiadomości!”. A nowina była dobra i zła jednocześnie. Nawet bardziej zła niż dobra, bo matka nauczyła się już żyć ze świadomością, że pierścień zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach podczas okupacji niemieckiej. Przebolała to, choć była to dla niej niepowetowana strata. Wzdychała od czasu do czasu na myśl, jak inaczej mogłyby potoczyć się losy całej rodziny, gdyby nie owo feralne zdarzenie. Często bowiem u Hryciów, ale też i u Cieślaków, bo Celina miała wszak jeszcze trzech braci, rozważano tę kwestię.

Działo się tak zarówno wiele lat temu, tuż po wojnie, kiedy Hryciowie mieszkali w jednopokojowym mieszkaniu, gdzie wodę przynosiło się wiadrami ze studni, a do wygódki bez względu na porę roku wybiegało na dwór. Snuli wtedy opowieści przy jednej świecy, bo oszczędzali prąd, a trzeba było jakoś wypełnić długie godziny zimowych wieczorów. Ale również jeszcze całkiem niedawno, podczas zawsze hucznie obchodzonych imienin matki, na które zjeżdżali się wszyscy członkowie rodziny. Mimo że byli dorośli i nie wierzyli już w cuda, chętnie podejmowali ten temat, jako że historia pierścienia, a zwłaszcza okoliczności jego zaginięcia, wciąż na nowo rozpalały wyobraźnię.

Zdarzyło się to w 1943, może w 1944 roku. Czując zbliżającą się śmierć, Paweł Cieślak wezwał do siebie dwójkę najstarszych dzieci – Zygmunta i Celinę – i wyjawił im największą tajemnicę swego życia, którą do tej pory ukrywał nawet przed własną żoną. Dowodem prawdziwości jego zadziwiającej historii miał być ów niepozorny sygnet z trzema gwiazdami. Wysłuchawszy ojca w milczeniu, dzieci przysięgły, że będą strzegły pierścienia jak źrenicy oka i nigdy on ich nie poróżni. Celina miała wówczas osiemnaście lat, Zygmunt dwadzieścia. Schowali pierścień w sobie tylko znanym miejscu i chociaż obydwoje przysięgali na wszystkie świętości, że żadne nie wyjęło go z kryjówki, gdy zajrzeli tam po wojnie – pierścienia nie było. Pozostało po nim jedynie niepozorne zdjęcie, odnalezione wiele lat później między nigdy wcześniej nieporządkowanymi papierami ojca, i trudne do przezwyciężenia uczucie niechęci, jakie już na zawsze wdarło się w relacje rodzeństwa.

Waldemar Hryć długo się zastanawiał i nawet jeszcze wchodząc do szpitala, nie miał pojęcia, co powiedzieć matce. Bo nie to przecież, że członkowie rodziny, nie czekając na poprawę stanu jej zdrowia, już rozpoczęli rozmowy, a nawet kłótnie o podział majątku. Właśnie teraz, kiedy cukiernia po gruntownej modernizacji, remoncie i powiększeniu o sąsiadujący budynek powoli zaczynała przynosić dochody! Gdy wciąż potrzebny był kapitał na rozwój, a on i matka mozolnie uczyli się funkcjonowania w nowym ustroju, albowiem wymusił on całkowitą zmianę myślenia o rzemiośle. Już nie trzeba było, jak kiedyś, stawać na głowie, by zdobyć surowiec do produkcji, tego było pod dostatkiem w każdej hurtowni, teraz najcenniejszy stał się klient i to jego gustom należało się podporządkować.

I gdy wydawało się, że wkrótce firma nabierze nowego rozpędu, być może otworzy filie w okolicznych miejscowościach, spłaci kredyty i zacznie rozkwitać, to wszystko miałoby okazać się jedynie nieziszczonymi marzeniami?

Nikomu z rodziny nie zależało na cukierni tak jak Waldemarowi i matce. Oni nią żyli, podczas gdy dla pozostałych była jedynie faktycznym lub potencjalnym źródłem utrzymania. Te zawsze należały do Celiny Hryć, ona zaś decydowała jednoosobowo, słuchając co najwyżej rady najmłodszego syna. Taka sytuacja rodziła niezadowolenie i stres, ale nikt nie miał odwagi stanąć oko w oko z „Szefową”, jak ją nazywali, bo bardzo prawdopodobne było, że oddałaby śmiałkowi ster firmy, a tym samym zmusiła do pracy ponad siły, po szesnaście i więcej godzin na dobę, a to się nikomu nie uśmiechało.

Wiedząc, że śmierć matki byłaby dla firmy katastrofą, Waldemar modlił się codziennie o cud jej wyzdrowienia. Dla niej samej oczywiście także, ale i dla biznesu, w który włożyli tyle serca i który wciąż jej potrzebował. Z dnia na dzień jednak jego nadzieje słabły. Matka, jakby pogodzona z nieuchronnym końcem, nie otwierała już nawet oczu. Wysłuchiwała jego raportów bez jakiegokolwiek komentarza, a na jej zastygłej twarzy nie malowały się ani zadowolenie, ani rozczarowanie. Nie było wiadomo, co myśli ani co czuje. W żaden sposób tego nie komunikowała, zamknięta w swym wewnętrznym świecie.

Syn wiedział, że wiadomość, którą ma, poruszy matkę. Pół wieku minęło od chwili, gdy ktokolwiek widział pierścień. Odnaleziony niespodziewanie przez archeologów, znów mógł ukazać swą zadziwiającą, niemal magiczną moc. Pojawiał się w chwili trudnej, prawie beznadziejnej, jakby chciał obudzić na nowo chęć do życia i walki z przeciwnościami, gasnące powoli w chorej.

– Mamo… – wyszeptał, pocałowawszy Celinę w policzek.

Kobieta nie zareagowała. Syn wziął jej dłoń i powiedział ostrożnie:

– Zaczęliśmy sezon jagodzianek.

Pod zamkniętymi powiekami gałki oczne nawet się nie poruszyły.

– Lekarze chcą cię wypisać. Jesteś nam potrzebna.

Wiedziony jakąś szaloną nadzieją Hryć wierzył, że matka jest w stanie pokonać chorobę jedynie mocą swego charakteru, że jeśli będzie tylko bardzo chciała, o własnych siłach wstanie z łóżka. Dotychczas nie miał dość mocnego argumentu, by w niej ową chęć zaszczepić. Dziś ten argument sam do niego przyszedł w postaci wiadomości na pierwszej stronie miejskiej gazety.

– Mamo, pierścień się odnalazł – wypalił wreszcie, z biciem serca czekając na reakcję.

Oczy chorej otworzyły się nagle. Choć nieruchomo wpatrywała się w sufit, z wyrazu jej twarzy poznawał, że oczekuje dalszych wieści.

– Musisz pomóc mi go odzyskać.

To kluczowe zdanie Waldemar Hryć powiedział wolno i dobitnie i nie zdziwił się wcale, kiedy z gardła matki wydobył się pierwszy od kilku tygodni dźwięk.

1855

Małżeństwa rodziców hrabiego Tomasza, to jest Henryka Zajezierskiego i Barbary z Sokołowskich, nie zaplanowano podczas rodzinnych pertraktacji. Było ono – co na owe czasy budziło niemałe zdziwienie – małżeństwem z miłości. Jemu jawiła się ona niczym najpiękniejsze zjawisko na świecie: miała jasne ramiona, wąską talię, twarz o anielskim uśmiechu, niebieskie oczy, jasne włosy, rozdzielone przedziałkiem i skręcone we frywolne loki, upięte przy uszach oraz ozdobione świeżymi kwiatami lub wstążkami. W kremowej, różowej bądź błękitnej sukni wydawała mu się nimfą leśną. Poruszała się z gracją, a wzrok miała melancholijny.

Ona zakochała się bez pamięci w romantycznym filozofie i poecie, który opiewał jej wdzięki w sonetach wzorowanych na Petrarce oraz Szekspirze i dopóty głodowała, dopóki zaniepokojeni o jej zdrowie rodzice, po początkowym zdecydowanym sprzeciwie, wreszcie nie ustąpili.

Nieracjonalne zachowanie Barbary było dla Sokołowskich przykrym zaskoczeniem, bo skoligaceni z Potockimi i Zamojskimi, liczyli na znacznie lepszą partię. Tymczasem ona, z butą młodości, dla której liczy się tylko dziś i która zawsze wie lepiej, ani myślała ustąpić, gotowa wyjść z domu rodzinnego w samej tylko koszuli, bez jednego kufra wyprawy, ba! bez matczynego błogosławieństwa! Tym razem była im nieposłuszna.

Rodzicielski opór skruszyła wreszcie po ośmiu tygodniach, gdy zemdlała z głodu podczas pasterki. Nigdy nie mieli się dowiedzieć, że omdlenie było udane, zaplanowane z premedytacją i obliczone na efekt. Postanowiła ich publicznie ośmieszyć, aby z obawy o kolejne skandale, które zakochana młódka gotowa była przedsięwziąć celem osiągnięcia swego zamierzenia, zaczęli przemyśliwać o zgodzie.

Wreszcie na jesieni 1855 roku narzeczeństwo stało się faktem. Datę ślubu rodzice panny młodej, w poczuciu krzywdy, jaką córka wyrządza rodzinie, a przede wszystkim sama sobie, przekładali jednak dwukrotnie, korzystając raz z trwającej właśnie żałoby po babce Henryka, Stanisławie z Bojanowskich Długopolskiej, to znów po śmierci dziada Barbary, Onufrego Sokołowskiego.

I wydawać by się mogło, że te dwa lata ostudzą zapały panny, że przejrzy na oczy i w uwielbianym narzeczonym dojrzy tego, kim był w rzeczywistości: bujającego w obłokach, słabego charakterem młodzieńca, zdradzającego początki choroby umysłowej. Tak się jednak nie stało, bo też spotykali się raczej rzadko i nie mieli okazji poznać się bliżej. Barbara wciąż widziała w Henryku tego, kogo chciała widzieć. Wyobraziła go sobie takim, jakim nigdy nie był, i nie zmieniła zdania nawet wtedy, gdy przyszło jej borykać się z trwającą wiele lat depresją męża.

Uroczysty ślub Barbary z Sokołowskich i Henryka Zajezierskiego, którego udzielał im sam biskup, i huczne wesele, na które zjechali do Bielunia Podlaskiego przedstawiciele najznamienitszych rodów Mazowsza i Podlasia, odbyły się w atmosferze przygnębienia, jakby dopasowując się do niezadowolenia teściów i zmiennych humorów pana młodego. W pierwszych tygodniach po ślubie zaczęło być jasne, iż wyobraźnia dzierlatki, która została właśnie młodą mężatką, ma się nijak do rzeczywistości.

Sokołowscy przekazali córce i zięciowi garnitur biedermeierowskich mebli do sypialni, sprowadzonych z samej Warszawy, trzy serwisy: obiadowy, do kawy i wetów[7], olbrzymi komplet srebrnych sztućców, piętnaście sukien, dwadzieścia par butów, dwa futra, dziesięć kapeluszy, trzysta sztuk bielizny, rozmaite kosztowności, jak chociażby złoty naszyjnik, kolczyki i bransoletka z diamentami, pozostające w rodzinie od przeszło stu lat, oraz całe mnóstwo innych drobiazgów; wypłacili również umówioną w kontrakcie kwotę posagu. Tymi pieniędzmi Barbara łatała będzie dziury w budżecie rodzinnym, dzięki nim zrobi pobieżny remont pałacu, to one wreszcie pozwolą jej się nie martwić, gdy przyjdą lata chude, a tych zawsze bywa najwięcej.

Poza wypełnionymi po brzegi kuframi przywiozła też Barbara do Zajezierzyc swą „pannę wyprawną”. Adela Filipek była rezolutną siedemnastolatką. Pochodziła z Bielunia, ale z domem rodzinnym, w którym się nie przelewało, rozstawała się bez żalu i chętnie zamieniła go na służbę w zajezierzyckim pałacu. Przez kilka lat będzie hrabinie okiem i uchem w obcym początkowo domu, z czasem zmieniając się w jej przyjaciółkę i powiernicę.

Barbara była młódką, lecz umysł miała bystry. Szybko się zorientowała, że w Zajezierzycach wciąż żyje się czasami dawno minionej świetności. Gościom mogłoby się wydawać, że zegary zatrzymały się tu na wieku osiemnastym. Jadwiga z Długopolskich, teściowa Barbary, była po trosze sawantką. Świetnie znała francuski, czytywała Woltera i encyklopedystów, poruszała się swobodnie wśród bohaterów wielkich tragików francuskich: Corneille’a i Racine’a, sama zresztą przejawiała pewne zdolności, a jej kajet powiększał się co dnia o jakąś poetyczną strofę. I jak to często bywa, talent literacki całkowicie przesłonił hrabinie codzienność, w której funkcjonowanie sprawiało jej nieodmiennie wielki problem. Zdawała się zatem na ochmistrzynię, a ta dowodziła służbą według swego uznania, częstokroć nie licząc się z interesami gospodarzy.

Hrabia Konstanty, mąż Jadwigi, właściciel Zajezierzyc, był typem polskiego szlagona i hołdował cnotom sarmackim, wpojonym mu przez ojca i dziada. Z pewnością nie czytywał klasyków, może dlatego właśnie mógł z całkowitą szczerością zachwycać się literackimi dokonaniami żony. Aż dziw, że się tak bardzo pokochali i tak dobrze rozumieli. Może powodem był fakt, że zarówno jedno, jak i drugie, zwrócone ku czasom minionym, nie rozumiało nic ze współczesności?

Wiek pary przerażał ich, nie dawali mu przystępu ani do swych serc, ani do rozumu, ostentacyjnie negowali jego istnienie, wychodząc z założenia, że czego nie zaakceptują, tego nie będzie.

Właśnie dlatego służba w Zajezierzycach liczyła wciąż niemal pięćdziesiąt osób, z czego połowie brakowało stałego zatrudnienia. Bo jeśli oczywistym wydawało się Barbarze Zajezierskiej utrzymywanie przez pałac ochmistrzyni, kredencerza[8], kucharek, pomocy kuchennych, lokajów, panien służących, frotera, szwajcara, stróża czy stangretów, tak posiadanie wyłącznie dla reprezentacji kilku kozaków, tapicera, krawca czy zegarmistrza, a przede wszystkim kaleki, by codziennie dawać świadectwo miłości bliźniego, uważała za zbytek bardziej pasujący do minionej niźli dzisiejszej epoki.

W dodatku oprócz rodziny i służby Zajezierskich w pałacu mieszkało kilkunastu rezydentów oraz gości, którzy przyjechali w odwiedziny dawno temu i się zasiedzieli, jakby zapominając o właściwym celu swej podróży. Stary hrabia Zajezierski był duszą towarzystwa. Uwielbiał zabawę w ciuciubabkę, berka czy lisa i gąski, a zwłaszcza wykupowanie fantów przez niefortunnych graczy. Młodzież grała pod bokiem starszych w sekretarza, czyli tak zwane bureau d’esprit, w którym w zawoalowanej formie można było przedstawić pannie bądź kawalerowi swój ku niej albo niemu afekt, panie konwersowały na temat nowinek wydawniczych, które często czytano głośno i w oryginale, bawiono się w rozmaite gry słowne, recytowano wiersze współczesnych i dawnych poetów polskich i obcych, czasami wystawiano sztuki teatralne, żywe obrazy lub inscenizowano przysłowia. Obowiązkowo też organizowano koncerty pianistyczne, a karnawał oraz imieniny Konstantego i Jadwigi świętowano, urządzając huczne bale.

Goście, dobrze się bawiąc, nie zdradzali więc ochoty rychłego opuszczenia Zajezierzyc. Zresztą zawsze, ilekroć tylko sygnalizowali zamiar wyjazdu, hrabia Konstanty zgłaszał zdecydowane weto i, czasem już z powozów, zawracał ich na kolejny suty posiłek, serwowany właśnie przez skrzętnego kredencerza. Bardziej zdecydowanym opuścić Zajezierzyce wyprzęgano konie lub upijano do nieprzytomności stangreta. Cóż było robić? Nie wypadało wyjeżdżać.

Nieustanne zabawy i hołdowanie staropolskiej gościnności przysłoniły gospodarzom, którzy nigdy chyba nie byli zbyt skrzętni, fakt, że w ich majątku brak jest właściwego zarządu i że tartak, dwa młyny i gorzelnia nie przynoszą spodziewanego dochodu, bo Zajezierscy nazbyt ufają swoim dzierżawcom.

Nie zważając na protesty, Barbara zaczęła się interesować poczynaniami plenipotentów, skrupulatnie ich rozliczać i w rezultacie odzyskiwać rozkradane wcześniej dochody. To wszystko robiła przy nikłym udziale męża, z niechętnymi tym poczynaniom teściami przy boku, w wieku dwudziestu kilku lat zaledwie, wychowując pojawiające się niemalże co roku kolejne niemowlę. Franciszka urodziła się w 1858, Waleria rok później, w kolejnym roku przyszła na świat Regina, wreszcie, w 1865 roku, upragniony syn – Tomasz.

W tych zatrudnieniach wspierała ją Karolina z Potockich Nakwaska, autorka poradnika Dwór wiejski: dzieło poświęcone gospodyniom polskim, przydatne i osobom w mieście mieszkającym, którą to książkę, otrzymaną kilka lat wcześniej w upominku od ukochanej matki, Barbara Zajezierska czytywała codziennie niczym Biblię, starając się jak najwięcej zapamiętać i wdrożyć. Ale przede wszystkim znajdowała tu potwierdzenie słuszności podejmowanych decyzji.

To za jej cichą namową sprowadziła kuchnię z osobnego budynku do zabudowań pałacowych, umieszczając ją w suterenie, co zapobiegało stygnięciu posiłków podczas ich przenoszenia przez rozległe podwórze. Przy tej okazji zainstalowała (już wbrew swej mentorce) kuchnię angielkę, murowaną z cegły i obłożoną kaflami, przykrytą żelazną blachą ze zdejmowanymi fajerkami, w dodatku opalaną węglem, na co Zajezierscy początkowo (podburzani zresztą przez kucharza niezadowolonego ze zmiany) strasznie się krzywili. Gotowane bowiem w ten sposób potrawy wydawały im się całkowicie pozbawione smaku. Trzeba jednak przyznać, że z czasem oddali Barbarze sprawiedliwość.

Nowa kuchnia wymagała nowych garnków. Barbara bezlitośnie rozprawiła się z wielokrotnie drutowanymi, starymi glinianymi saganami, które były ciężkie i nie nadawały się już do użytku. Miała w swojej wyprawie ogromny zestaw pięknych garnków i rondli miedzianych, wypolerowanych tak, że można się było w nich przejrzeć. Potrzebowała wielu podchodów, by przekonać do nich kucharza Zajezierskich, który, niechętny nowinkom podobnie jak jego państwo, wciąż biegał po instrukcje do starej pani. Ta jednak, znudzona przyziemnymi tematami kuchni i garnków, oddała wreszcie władzę nad gospodarstwem osobie młodszej, ambitniejszej i znajdującej w doglądaniu włości swoistą, jej całkiem obcą, radość. Jadwiga Zajezierska wolała bowiem w jadalni konwersować z gośćmi lub w salonie wyszywać ornaty na potrzeby kościoła, niż trudnić się nudnymi przecież codziennymi działaniami.

Nie obyło się również bez protestów, gdy Barbara podczas jarmarku w Płocku zakupiła duży zapas świec stearynowych. Pałac oświetlano do tej pory olejowymi i łojowymi kagankami oraz lampami, a do lichtarzy wkładano świece woskowe, wyprodukowane przez czeladź. Nawet przy gościach często jedynym oświetleniem salonu był ogień w kominku. Jadwiga Zajezierska uważała bowiem „szarą godzinę”, czyli czas o zmroku, gdy jeszcze nie zapalono światła, za niezwykle romantyczną, sprzyjającą refleksji i zadumie.

Po bieluńskim, w którym i tak przez cały rok oszczędzano na świetle, pałac zajezierzycki wydał się Barbarze pogrążony w iście egipskich ciemnościach. Dwie świece w lichtarzu podczas kolacji, jedna w salonie („Bo wszak ogień z kominka daje dość światła”), jedna w kuchni i jedna w bibliotece to nawet dla niej było zbyt mało. Gdy jednak zapaliła po raz pierwszy dającą jaśniejsze światło świecę stearynową, w pałacu rozpętało się prawdziwe piekło. Wprawdzie taka świeca znalazła uznanie Henryka, gdyż doskonale sprawdzała się w bibliotece, ale jego matka wciąż narzekała, że całkiem niszczy urodę pań i w dodatku psuje oczy!

Jakby mało było tych rewolucji, kilka lat później Barbara rozprawiła się również ze świecami, pozostawiając je jedynie na wyraźne życzenie teściowej w pomieszczeniach gospodarczych i sypialni starszych państwa. Do salonu, jadalni i innych pokojów wstawiono przywiezione specjalnie z Płocka piękne, ozdobne lampy naftowe. Przy ich świetle wieczór wydawał się porankiem, a był z nimi tylko ten problem, że trzeba je było często czyścić, by nie zaczęły „filować”. Tym jednak zajmował się lokaj, który codziennie w poczuciu wielkiej odpowiedzialności przecierał wszystkie lampy. W przeciwnym razie lepka sadza pokryłaby sprzęty trudnym do wyczyszczenia nalotem.

Kolejną innowacją, którą młoda synowa wprowadzała z determinacją i uporem kogoś przekonanego o swej jedynej racji, było ustalenie przybliżonych kosztów funkcjonowania pałacu i folwarku. W Bieluniu już od dawna planowano i rok po roku w miarę możliwości wdrażano buchalterię. Pozwalała ona racjonalnie gospodarować oraz wprowadzać oszczędności, które przeznaczano w kolejnych latach na remonty i zakupy rzadziej nabywanych sprzętów lub nowinek. W Zajezierzycach życie jakby nic nie kosztowało. Po zbiorach i jarmarku szastano pieniędzmi, potem zaciskano pasa, wreszcie pożyczano do kolejnych żniw, kiedy pieniądze znów pojawiały się w szkatule.

Wiadomości dotyczące pałacu próbowała młoda hrabina wydobyć od służby. Nie było to najłatwiejsze, bo nikt od kucharza przez majordomusa po ochmistrzynię nie orientował się, ile czego potrzeba, by rzadkie zakupy, czynione na ogół przy okazji spławiania zboża, wystarczyły na cały rok. Ile zużywa się w pałacu kawy, herbaty, araku? Ile soli, korzeni, cukru, bakalii, wina, likieru, świec, siarników[9]? Ile mydła, farbki, krochmalu? Ile kosztować będą tytuń i tabaka? Ile można będzie wydać na książki i czasopisma? Ile zapłacić za usługi kotlarza, bednarza, szewca, krawca? Ile kosztuje praca służby? Ile wreszcie dochodu przynoszą uprawy, hodowla i wszystkie majętności?

Tę wiedzę, zdobywaną u boku matki w Bieluniu, Barbara pragnęła przełożyć na warunki Zajezierzyc, miała jednak duży problem, zastając gospodarstwo chaotycznym i nieskładnym. Szacunek dla teścia wzbraniał jej mówić o tym wprost, musiała używać całej swej kobiecej dyplomacji, by nie urażając dumy starego hrabiego, wielkiego patrioty i człowieka o gołębim sercu, wprowadzić trochę porządku do rozprzęgającego się majątku.

Przyszło jej to tym łatwiej, że czasy były niespokojne, a Konstanty Zajezierski pochłonięty zakładaniem „partii”. Powstanie styczniowe, którego godzina wkrótce wybiła, zabrało uwagę teścia i teściowej, zostawiając gospodarstwo na barkach młodej hrabiny, która zajęta domem i chorym mężem nie udzielała się (może poza rwaniem szarpi[10] i starych prześcieradeł na bandaże oraz szyciem powstańczych koszul) w przygotowaniach do kolejnego zrywu narodowowyzwoleńczego.

Z powodu ewidentnej już wtedy impotencji umysłowej, przez złośliwych nazywanej po prostu hysiem, Henryk Zajezierski nie poszedł do powstania. Młodzieniec wydawałoby się zdrowy, duma rodziców, utalentowany poeta z nieco rozwichrzonym charakterem, ciekawy świata, a przede wszystkim wychowany w duchu patriotycznym, przez nasilającą się chorobę okazał się niezdolny do służby wojskowej. Stan jego zdrowia skutkiem tego znacznie się pogorszył, gdyż Henryk znał swą powinność wobec ojczyzny i miał przebłyski świadomości, które siały spustoszenie w jego duszy, albowiem we własnych oczach splamił honor swój i wszystkich Zajezierskich.

[7] Deser, legumina na zakończenie posiłku.

[8] Sługa opiekujący się kredensem, podający do stołu, podczaszy.

[9] Zapałki.

[10] Ciąg dalszy w wersji pełnej

1995

Dostępne w wersji pełnej

1891

Dostępne w wersji pełnej

1995

Dostępne w wersji pełnej

1892

Dostępne w wersji pełnej

1995

Dostępne w wersji pełnej

1865

Dostępne w wersji pełnej

1995

Dostępne w wersji pełnej

1893

Dostępne w wersji pełnej

1995

Dostępne w wersji pełnej

1995

Dostępne w wersji pełnej

1864

Dostępne w wersji pełnej

1995

Dostępne w wersji pełnej

1894

Dostępne w wersji pełnej

1995

Dostępne w wersji pełnej

1865

Dostępne w wersji pełnej

1995

Dostępne w wersji pełnej

1894

Dostępne w wersji pełnej

1995

Dostępne w wersji pełnej

1866

Dostępne w wersji pełnej

1995

Dostępne w wersji pełnej

1894

Dostępne w wersji pełnej

1995

Dostępne w wersji pełnej

1894

Dostępne w wersji pełnej

1995

Dostępne w wersji pełnej

1865

Dostępne w wersji pełnej

1995

Dostępne w wersji pełnej

1894

Dostępne w wersji pełnej

1995

Dostępne w wersji pełnej

1865

Dostępne w wersji pełnej

1995

Dostępne w wersji pełnej

1894

Dostępne w wersji pełnej

1995

Dostępne w wersji pełnej

1866

Dostępne w wersji pełnej

1995

Dostępne w wersji pełnej

1895

Dostępne w wersji pełnej

1995

Dostępne w wersji pełnej

1882

Dostępne w wersji pełnej

1995

Dostępne w wersji pełnej

1895

Dostępne w wersji pełnej

1995

Dostępne w wersji pełnej

1895

Dostępne w wersji pełnej

1995

Dostępne w wersji pełnej

1895

Dostępne w wersji pełnej

1995

Dostępne w wersji pełnej

1895

Dostępne w wersji pełnej

1995

Dostępne w wersji pełnej

1895

Dostępne w wersji pełnej

1995

Dostępne w wersji pełnej

1895

Dostępne w wersji pełnej

1995

Dostępne w wersji pełnej

1902

Dostępne w wersji pełnej

1995

Dostępne w wersji pełnej

APPENDIX

Dostępne w wersji pełnej

Kalendarium

Dostępne w wersji pełnej

Indeks osób

Dostępne w wersji pełnej

Drzewo genealogiczne rodziny Gutowskich

Dostępne w wersji pełnej

Drzewo genealogiczne rodziny Zajezierskich

Dostępne w wersji pełnej

Poznaj również

Dostępne w wersji pełnej

© Copyright by Wydawnictwo „Nasza Księgarnia”, Warszawa 2010

Text © copyright by Małgorzata Gutowska-Adamczyk 2010

Projekt okładki Krzysztof Kibart

Redaktor prowadzący Anna Garbal

Redakcja Paulina Martela

ISBN 978-83-10-11933-9

www.CukierniaPodAmorem.pl

Plik wyprodukowany na podstawie Cukiernia Pod Amorem. Zajezierscy, Warszawa 2011

www.wnk.com.pl

Wydawnictwo Nasza KSIĘGARNIA Sp. z o.o.

02-868 Warszawa, ul. Sarabandy 24c

tel. 22 643 93 89, 22 331 91 49,

faks 22 643 70 28

e-mail: wnk@wnk.com.pl

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl