Wydawca: Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2014

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 521 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 15 godz. 23 min Lektor: Anna Dereszowska

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 15 godz. 23 min Lektor: Anna Dereszowska

Opis ebooka Cujo - Stephen King

Cujo jest imieniem psa rasy bernardyn. Mieszka wraz z rodziną Cambers na farmie niedaleko Castle Rock. Jest spokojnym i przyjaźnie nastawionym zwierzęciem.

Wszystko zmienia się, gdy podczas pogoni za królikiem zostaje ukąszony przez nietoperza zarażonego wirusem wścieklizny. Zachorował, zaczął pogrążać się w szaleństwie i stał się bezlitosną maszyną do zabijania.

Opinie o ebooku Cujo - Stephen King

Fragment ebooka Cujo - Stephen King

O książce

W pobliżu Castle Rock – spokojnego miasteczka w stanie Maine – czai się potwór…

Cujo, olbrzymi pies, jest przyjaznym stworzeniem… do czasu, aż w pogoni za królikiem wpada do kryjówki zarażonych wścieklizną nietoperzy. Walcząc z niezrozumiałymi zmianami, które w nim zachodzą, chore zwierzę stopniowo zamienia się w psa-mordercę. Atakuje swojego właściciela, terroryzuje kobietę i jej syna uwięzionych w zepsutym samochodzie.

Dla mieszkańców Castle Rock starcie z Cujo będzie próbą ich człowieczeństwa.

Wydanie elektroniczne

STEPHEN KING

Wybitny amerykański pisarz, nazywany Królem Horroru, został w 2003 r. uhonorowany prestiżową nagrodą literacką National Book. Debiutował pod koniec lat sześćdziesiątych, ale światową sławę przyniosła mu wydana w 1973 r. powieść Carrie. Kolejne utwory – powieści, zbiory opowiadań, komiksy, scenariusze filmowe i sztuki teatralne – opublikowano w setkach milionów egzemplarzy i przełożono na kilkadziesiąt języków. Są wśród nich tak znane książki, jak Lśnienie, Sklepik z marzeniami, Christine, Zielona Mila, Desperacja, Komórka, Ręka mistrza, Pod kopułą, Czarna bezgwiezdna noc, To, Cujo, Pan Mercedes i ośmiotomowy cykl fantasy Mroczna Wieża. Proza Kinga należy do najczęściej ekranizowanych, a wśród reżyserów, którzy podejmowali się tego zadania, znaleźli się Brian de Palma, Stanley Kubrick czy David Cronenberg. W ekranizacji Dolores Claiborne tytułową rolę zagrała dwukrotna zdobywczyni Oscara, Kathy Bates.

www.stephenking.com

Tego autora w Wydawnictwie Albatros

ROSE MADDERDOLORES CLAIBORNEGRA GERALDADESPERACJAREGULATORZYSKLEPIK Z MARZENIAMIBEZSENNOŚĆZIELONA MILAMARZENIA I KOSZMARYKOMÓRKA4 PO PÓŁNOCYCHUDSZYTOBASTIONOCZY SMOKAPO ZACHODZIE SŁOŃCACZTERY PORY ROKUUCIEKINIERCZARNA BEZGWIEZDNA NOCCUJOPODPALACZKAROK WILKOŁAKAMROCZNA POŁOWAWOREK KOŚCIDZIEWCZYNA, KTÓRA KOCHAŁA TOMA GORDONANOCNA ZMIANAŁOWCA SNÓWOSTATNI BASTION BARTA DAWESABLAZEPAN MERCEDES

Saga MROCZNA WIEŻA

ROLANDPOWOŁANIE TRÓJKIZIEMIE JAŁOWECZARNOKSIĘŻNIK I KRYSZTAŁWIATR PRZEZ DZIURKĘ OD KLUCZAWILKI Z CALLAPIEŚŃ SUSANNAHMROCZNA WIEŻA

Powieści graficzne MROCZNA WIEŻA

NARODZINY REWOLWEROWCADŁUGA DROGA DO DOMUZDRADAUPADEK GILEADBITWA O JERICHO HILLPOCZĄTEK PODRÓŻYSIOSTRZYCZKI Z ELURIIBITWA O TULL

Wyłącznie jako audiobook i e-book

Stephen King, Joe HillW WYSOKIEJ TRAWIE

Stephen King, Stewart O’NanTWARZ W TŁUMIE

Tytuł oryginału:

CUJO

Copyright © Stephen King 1981

All rights reserved including the right of reproduction in whole or in part in any form.This edition published by arrangement with Dutton, a member of Penguin Group (USA) Inc.

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2014

Polish translation copyright © Bożenna Manicka & Tomasz Manicki 2014

Korekta: Dorota Jakubowska

Zdjęcie na okładce: AGE/BE&W

Projekt graficzny okładki: Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

ISBN 978-83-7985-075-4

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS ANDZRZEJ KURYŁOWICZ S.C.

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego.

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych — jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: 88em

Książkę tę poświęcam memu bratu Davidowi,który przeprowadzał mnie za rączkę przez West Broad Streeti który nauczył mnie robić bocianikize starych wieszaków na ubrania. Sztuczka ta byłatak cholernie przemyślna, że do dziś ją stosuję.

Kocham Cię, Davidzie.

Względem cierpienia oni nigdy się nie mylili,

Ci Dawni Mistrzowie: dobrze rozumieli

Jego ludzki wymiar; że przytłacza,

Kiedy ktoś inny akurat je albo otwiera okno,

Albo po prostu idzie sobie zwyczajnie…

W.H. AUDEN, Musée des Beaux Arts

Stary Blue padł, i padł z takim fasonem,

Że zadrżała ziemia w ogródku za domem.

Srebrny szpadel porwałem, grób mu wykopałem

I spuściłem go tam na złotym łańcuchu,

Z każdym ogniwem wywołując jego imię w duchu:

„Do nogi, stary Blue, dobry piesku, przyjdź tu”.

PIOSENKA LUDOWA

Bzdura, tutaj wszystko jest w porządku.

PROFESOR OD CHRUPEK SHARPA

Pewnego razu, nie tak dawno temu, małe miasteczko Castle Rock w Maine nawiedził potwór. Zabił kelnerkę Almę Frechette w 1970; niejaką Pauline Toothaker i uczennicę szkoły średniej Cheryl Moody w 1971; Carol Dunbarger, ładną dziewczynę, w 1974; nauczycielkę Ettę Ringgold jesienią 1975 — i na koniec maturzystkę Mary Kate Hendrasen wczesną zimą tego samego roku.

Nie był wilkołakiem, wampirem, upiorem ani żadnym innym tajemniczym stworem z zaklętego lasu albo ze śnieżnych pustkowi; był zwyczajnym gliniarzem z problemami psychicznymi i seksualnymi i nazywał się Frank Dodd. Pewnemu zacnemu człowiekowi, Johnowi Smithowi, jakimś sposobem udało się ustalić jego nazwisko, ale zanim go ujęto, Frank Dodd — i może dobrze, że tak się stało — sam odebrał sobie życie.

Ten tragiczny finał wywołał, ma się rozumieć, pewien szok, ale miasteczko ogarnęła przede wszystkim radość, radość, że potwór, który nawiedzał sny tylu osób, nie żyje. Wraz z Frankiem Doddem pogrzebano miasteczkowe koszmary.

Jednak nawet w naszym oświeconym stuleciu, kiedy tak wielu rodziców uświadamia sobie, jak łatwo na całe życie okaleczyć psychikę dziecka, z pewnością znalazł się w Castle Rock jakiś rodzic lub babka, którzy przywoływali swe dzieci czy wnuki do porządku groźbą, że jeśli nie będą posłuszne, jeśli nie będą grzeczne, zabierze je Frank Dodd. I z pewnością zapadała wtedy martwa cisza, a dzieci spoglądały lękliwie w ciemne okna i wyobrażały sobie za nimi Franka Dodda w lśniącej czarnej winylowej pelerynie, Franka Dodda, który dusi… i dusi… i dusi.

„On tam jest — słyszę już szept babki, a wiatr zawodzi w kominie i węszy wokół pokrywki starego garnka na piecu. — On tam jest, i jak nie będziecie grzeczne, to kto wie, czy nie zobaczycie jego twarzy zaglądającej przez okno waszej sypialni, kiedy wszyscy w domu, oprócz was, będą już spali; kto wie, czy nie zobaczycie, jak uśmiechnięty, z lizakiem, którym zatrzymywał samochody, żeby przeprowadzić małe dzieci przez jezdnię, w jednej ręce i z brzytwą, którą odebrał sobie życie, w drugiej, wygląda na was w środku nocy ze ściennej szafy… a więc sza, dzieci… sza… sza…”

Ale dla większości mieszkańców miasteczka sprawa była zamknięta, i kropka. Niewątpliwie ten i ów nadal miewał koszmarne sny, niewątpliwie zdarzało się i teraz, że to czy inne dziecko nie mogło zmrużyć w nocy oka, a opuszczony dom Dodda (bo jego matka zmarła wkrótce po nim na zawał serca) szybko zyskał sobie reputację nawiedzonego i zaczęto omijać go z dala; były to jednak zjawiska przejściowe — nieuniknione efekty uboczne serii bezsensownych morderstw.

Mijał czas. Upłynęło pięć lat.

Potwora nie było, potwór nie żył. Frank Dodd dawno zgnił w trumnie.

Tylko że potwory nigdy nie umierają. Czy będzie to wilkołak, czy wampir, czy upiór, czy tajemniczy stwór z pustkowi. Potwory nie umierają.

I potwór nawiedził Castle Rock znowu wiosną 1980 roku.

•  •  •

W maju tego roku czteroletniego Tada Trentona obudziła pewnej nocy, zaraz po dwunastej, potrzeba udania się do łazienki. Wstał z łóżka i ściągając po drodze spodenki od piżamy, poczłapał zaspany w kierunku białego światła wlewającego się klinem przez uchylone drzwi. Wysiusiał się za wszystkie czasy, spuścił wodę i wrócił do łóżka. Przykrywał się właśnie kocem, kiedy nagle zauważył tego stwora w ściennej szafie.

Warował tuż przy podłodze, ogromne barki sterczały mu nad przekrzywionym łbem, a jego ślepia przypominały jarzące się bursztynowe dziury — coś jakby pół człowiek, pół wilk. Ślepia poruszyły się, śledząc Tada, który ze stającymi dęba włosami, z nieprzyjemnym uczuciem mrowienia w kroczu, oddychając z poświstem przez ściśnięte gardło, usiadł powoli na łóżku; obłąkane ślepia, które się śmiały, ślepia obiecujące straszną śmierć przy wtórze wrzasków, których nikt nie usłyszy.

Tad Trenton słyszał bulgotliwy warkot stwora; czuł jego zalatujący zgnilizną oddech.

Zakrył rączkami oczy, spazmatycznym haustem wciągnął powietrze w płuca i krzyknął.

Stłumiony okrzyk w sąsiednim pokoju. Ojciec.

Przestraszone: „Co to było?” — z tego samego pokoju. Matka.

Tupot nadbiegających stóp. Kiedy wpadali do pokoju, Tad odważył się zerknąć przez paluszki i zobaczył go tam, w szafie, warczącego, odgrażającego się, że owszem, przyszli, ale na pewno sobie pójdą, a wtedy…

Zapaliło się światło. Vic i Donna Trentonowie podeszli do łóżka i wymienili nad kredowobiałą twarzyczką i wytrzeszczonymi oczami synka zaniepokojone spojrzenia.

— A mówiłam, że trzy hot dogi to za dużo, Vic! — powiedziała… nie, wyrzuciła z siebie matka.

A wtedy tatuś przysiadł na łóżku i otaczając Tada ramieniem, zapytał, co się stało.

Chłopiec odważył się spojrzeć znowu w paszczę swojej szafy.

Potwora nie było. Zamiast jakiejś wygłodniałej bestii, którą przed chwilą widział, zobaczył tylko dwie kupki niedbale rzuconych ciepłych koców z zimowej zmiany, których Donna nie zdążyła jeszcze wynieść na strych. Leżały na krześle, na którym zwykł stawać Tad, kiedy potrzebował czegoś z najwyższej półki szafy. Zamiast kudłatego, trójkątnego łba przekrzywionego na bok w jakimś drapieżnym, taksującym skłonie na wyższej z dwóch kupek ujrzał swojego pluszowego misia. Zamiast przepastnych, złowrogich bursztynowych ślepi patrzyły na Tada przyjazne brązowe szklane paciorki, którymi obserwował świat jego miś.

— Co się stało, Tadder? — spytał znowu tatuś.

— Tam był potwór! — krzyknął Tad. — W mojej szafie! — I wybuchnął płaczem.

Teraz na łóżku usiadła także mamusia; rodzice zaczęli tulić go między sobą i uspokajać, jak umieli. Zapewniali go, że żadnych potworów nie ma; że to był tylko zły sen. Mamusia wyjaśniła, że często cienie potrafią wyglądać jak złe stwory, które czasami ogląda się w telewizji albo w komiksach, a tatuś powiedział, że wszystko jest w porządku, wszystko dobrze, że w ich miłym domku nic nie może wyrządzić mu krzywdy. Tad kiwał głową i przyznawał, że tak właśnie musiało być, chociaż wiedział, że tak nie było.

Ojciec wytłumaczył mu jeszcze, że w ciemności dwie nierówne kupki koców mogły wyglądać jak przygarbione ramiona, pluszowy miś jak przekrzywiony łeb i że światło padające z łazienki, odbijając się w szklanych oczkach misia, nadawało im wygląd ślepi prawdziwego, żywego zwierzęcia.

— Teraz patrz — zakończył tatuś. — Obserwuj uważnie, Tadder.

Tad obserwował.

Ojciec wziął dwie kupki koców i wszedł z nimi do ściennej szafy. Tad słyszał dobiegający stamtąd cichy stukot potrącanych wieszaków na ubrania opowiadających w swoim wieszakowym języku o tym, co robi tatuś. To było zabawne i chłopczyk uśmiechnął się. Mamusia zauważyła to i również się uśmiechnęła. Z ulgą.

Tatuś wyszedł z szafy, wziął pluszowego misia i włożył go w objęcia Tada.

— I ostatnia, co wcale nie znaczy, że najmniej ważna sprawa — powiedział, wykonując zamaszysty gest ręką i kłaniając się nisko, co tak spodobało się Tadowi i mamusi, że oboje zachichotali. — Krzesło.

Zamknął mocno drzwi szafy i przystawił do nich krzesło. Wróciwszy do łóżka Tada, nadal się uśmiechał, ale oczy miał poważne.

— W porządku, Tad?

— Tak — odrzekł chłopiec, po czym przezwyciężając wstyd, wyrzucił z siebie: — Ale to tam było, tatusiu. Widziałem. Naprawdę.

— Wydawało ci się tylko, że coś widzisz — odparł tatuś i wielką ciepłą dłonią pogłaskał Tada po włosach. — W twojej szafie nie było żadnego potwora. Potworów nie ma, synku. Istnieją tylko w bajkach i w twojej wyobraźni.

Tad przeniósł wzrok z ojca na matkę i z powrotem, szukając potwierdzenia w ich dużych kochanych twarzach.

— Naprawdę?

— Naprawdę — zapewniła mamusia. — A teraz wstań i idź zrobić siusiu, kolego.

— Już robiłem. Właśnie dlatego się obudziłem.

— Dobrze, dobrze — powiedziała, bo rodzice nigdy nie wierzą dzieciom. — W takim razie zrób to dla mnie jeszcze raz, zgoda?

Rad nierad poszedł znów do łazienki.

— No i widzisz? — zauważyła z uśmiechem mama, patrząc, jak wyciska z siebie cztery mizerne kropelki. — Coś tam jednak było.

Tad pokiwał zrezygnowany głową. Wrócił do łóżka. Opatulono go troskliwie i pożegnano całuskami.

Ale kiedy matka z ojcem ruszyli w kierunku drzwi, strach spowił Tada znowu niczym zimna błona pełna mgły. Niczym całun cuchnący nieuniknioną śmiercią. Oj, proszę, pomyślał — ale do głowy nie przychodziło mu nic więcej, tylko to: Oj proszę oj proszę oj proszę…

Ojciec, zupełnie jakby odebrał jego błagalną myśl, odwrócił się w progu i z ręką na wyłączniku światła powtórzył:

— Potworów nie ma, Tad.

— Tak, tatusiu — bąknął chłopiec, bo w tym momencie oczy ojca wydały mu się jakieś zatroskane, jakby tata sam nie był do końca przekonany i chciał, żeby ktoś go w tym utwierdził. — Potworów nie ma. — Nie licząc tego w mojej szafie, dodał w myślach.

Światło zgasło.

— Dobranoc, Tad — doleciał go ciepły, pieszczotliwy szept mamy i chłopiec wrzasnął w duchu: Uważaj, mamusiu, one zjadają panie! Na wszystkich filmach łapią panie, wynoszą je gdzieś i zjadają! Oj proszę oj proszę oj proszę…

Ale rodzice wyszli.

Czteroletni Tad Trenton leżał w swoim łóżku sparaliżowany strachem. Leżał przykryty kocem po samą brodę, tuląc do piersi pluszowego misia, a ze ściany spoglądał na niego Luke Skywalker; z drugiej ściany uśmiechała się szelmowsko wiewiórka stojąca na mikserze (JEŚLI ŻYCIE OBDARZA CIĘ CYTRYNAMI, RÓB CYTRONETĘ! — radziło pucołowate, uśmiechnięte zwierzątko); trzecią ścianę okupowała pstra kompania z Ulicy Sezamkowej: Wielki Ptak, Bert, Ernie, Oscar, Grover. Dobre totemy, dobra magia. Tylko to straszne zawodzenie wiatru, który ślizga się po czarnych rynnach na dachu! Tad nie uśnie już tej nocy.

Ale po pewnym czasie paraliż zaczął stopniowo ustępować, a napięte mięśnie rozluźniły się. Tad powoli odpływał w sen…

I naraz nowy dźwięk, bliższy niż zawodzenie nocnego wiatru za oknem, wyrwał go gwałtownie z półsnu i kazał szeroko otworzyć oczy.

Zawiasy ściennej szafy.

Krrriiiiiiiii…

Cichutki skrzyp, tak wysoki, że słyszalny chyba tylko dla psów i małych chłopców, którzy nie śpią w nocy. Drzwi szafy otwierały się powoli i nieubłaganie; martwa paszcza rozdziawiająca się cal po calu, a w niej ciemność.

W tej ciemności zaś czaił się potwór. Warował w tym samym miejscu co wcześniej. Uśmiechał się do Tada, ogromne barki sterczały mu nad przekrzywionym łbem, a ślepia, ożywiane szyderczą przebiegłością, jarzyły się bursztynem. No i widzisz, Tad? — wyszeptał. — Mówiłem ci, że sobie pójdą. Zawsze w końcu odchodzą. A wtedy ja mogę wrócić. Lubię wracać i lubię ciebie, Tad. Od tej pory będę chyba wracał co noc i za każdym razem podejdę trochę bliżej twojego łóżka… i jeszcze trochę bliżej… aż którejś nocy usłyszysz warczenie, czyjeś warczenie tuż obok, Tad, i to będę ja, i zanim zdążysz ich zawołać, rzucę się na ciebie, a potem pożrę, i znajdziesz się we mnie.

Tad wpatrywał się w stwora ze swojej szafy z hipnotyczną, trwożną fascynacją. Było w nim coś… coś mgliście znajomego. Coś, co jakby znał. I to było właśnie najgorsze: jakby znał, ale nie wiedział skąd. Bo…

Bo ja jestem szalony, Tad. Jestem tutaj. Byłem tu cały czas. Kiedyś nazywałem się Frank Dodd i zabijałem panie, i może je potem zjadałem. Byłem tu przez cały czas, kręciłem się w okolicy, przykładałem ucho do ziemi. Jestem potworem, Tad, starym potworem, i będę cię wkrótce miał. Będziesz czuł, jak się zbliżam… zbliżam…

Stwór z szafy przemawiał być może własnym, świszczącym oddechem Tada, a może jego głosem było zawodzenie wiatru za oknem. Zresztą wszystko jedno. Chłopiec słuchał słów stwora sparaliżowany przerażeniem, bliski omdlenia (jednak zupełnie wybity ze snu); patrzył na ten skryty w mroku warczący pysk, który jakby znał. Nie zaśnie już tej nocy — może już nigdy nie zaśnie.

Ale gdzieś między wpół do pierwszej a pierwszą w nocy Tad znowu odpłynął w sen. Płytki sen, w którym ścigały go niezdarne futrzaste stwory z białymi zębiskami.

Wiatr podtrzymywał długą konwersację z rynnami. Sierp białego wiosennego księżyca piął się po niebie. Gdzieś w oddali, na jakiejś nieruchomej, pogrążonej w mrokach nocy polanie albo na biegnącym między sosnami leśnym dukcie, zaszczekał wściekle pies i znowu zapadła cisza.

A w ściennej szafie Tada Trentona czuwało coś o bursztynowych ślepiach.

•  •  •

— To ty przełożyłeś z powrotem te koce? — spytała Donna męża następnego ranka. Stała przy kuchence i smażyła bekon. Tad siedział w drugim pokoju przed telewizorem i oglądał The New Zoo Revue, zajadając Błyskotki z trzymanej na kolanach miseczki. Pod handlową nazwą Błyskotki kryły się chrupki firmy Sharp, a chrupki Sharpa Trentonowie dostawali za darmo.

— Hmmm? — mruknął pytająco Vic Trenton, zatopiony w lekturze działu sportowego gazety. Był przeflancowanym nowojorczykiem i jak dotąd z powodzeniem opierał się pokusie kibicowania drużynie Red Sox. Ale fakt, że Metsi rozpoczynają kolejny sezon klęską, sprawiał mu masochistyczną przyjemność.

— Koce. Te z szafy Tada. Znowu tam leżały. Krzesło też tam stało, a drzwi znowu były otwarte. — Donna podeszła do stołu ze skwierczącym jeszcze bekonem na patelni. — To ty położyłeś te koce z powrotem na krześle?

— Nie — mruknął Vic, przewracając stronę gazety. — Śmierdzi tam naftaliną, jak na zjeździe kulek na mole.

— Dziwne. Widocznie Tad sam musiał je przełożyć.

Vic odłożył gazetę i spojrzał na żonę.

— O czym ty mówisz, Donno?

— Pamiętasz jego zły sen wczoraj w nocy…?

— Jakże mógłbym zapomnieć? Myślałem, że dzieciak umiera. Trzęsło nim jak w konwulsjach.

Pokiwała głową.

— Przywidziało mu się, że koce są jakimś… — Wzruszyła ramionami.

— …straszydłem — dokończył za nią Vic i uśmiechnął się.

— Chyba tak. Dałeś mu pluszowego misia, a koce włożyłeś do szafy, ale kiedy dzisiaj słałam mu łóżko, one znowu leżały na krześle. — Roześmiała się. — Zajrzałam do środka i przez moment wydawało mi się…

— Teraz już wiem, po kim on to ma — mruknął Vic, sięgając znowu po gazetę. Przechylił przy tym głowę i mrugnął do żony wesoło. — Trzy hot dogi, jasny gwint.

Kiedy Vic odjechał już do pracy, Donna spytała Tada, dlaczego położył koce z powrotem na krześle, skoro w nocy tak go przestraszyły.

Chłopiec spojrzał na nią i jego zazwyczaj pełna życia, wesoła buzia jakby pobladła i przybrała wyraz czujności, jakby się postarzała. Przed nim leżała otwarta książeczka do kolorowania — Gwiezdne wojny. Zieloną kredką świecową kolorował właśnie Greedo w kosmicznej karczmie.

— To nie ja — mruknął.

— Ależ, Tad, jeśli to nie ty ani nie tatuś, ani nie ja…

— Potwór to zrobił — wpadł jej w słowo Tad. — Potwór z mojej szafy.

Pochylił się znowu nad rysunkiem.

Donna patrzyła na synka zaniepokojona i trochę przestraszona. Był inteligentnym chłopcem, może o trochę za bardzo wybujałej wyobraźni. To nie był dobry objaw. Wieczorem będzie musiała porozmawiać o tym z Vikiem. Będą musieli o tym poważnie porozmawiać.

— Tad, pamiętasz, co powiedział ojciec? — spytała. — Nie ma czegoś takiego jak potwory.

—  W dzień może i nie ma — odparł i uśmiechnął się do niej tak rozbrajająco i szczerze, że cały jej niepokój prysł. Poczochrała go po włosach i pocałowała w policzek.

Chciała mimo wszystko porozmawiać z Vikiem, ale kiedy Tad był w ogródku zabaw dla dzieci, przyszedł Steve Kemp i zapomniała, a chłopiec tej nocy również zaczął krzyczeć. Krzyczał, że to jest w jego szafie, potwór, potwór!

Drzwi szafy były uchylone, koce leżały na krześle. Tym razem Vic wyniósł je na strych i włożył do stojącej tam skrzyni.

— Zamknąłem go tam, Tadder — powiedział, całując synka. — Załatwione. Teraz śpij i niech ci się przyśni coś miłego.

Ale Tad przez długi czas nie mógł zmrużyć oka, a kiedy powieki zaczęły mu wreszcie opadać, drzwi ściennej szafy uwolniły się z cichym szyderczym szczękiem od blokującej je zapadki i śmiertelna paszcza rozwarła się, odsłaniając śmiertelny mrok — śmiertelny mrok, w którym czaiło się coś futrzastego o ostrych zębach i pazurach, coś, co cuchnęło zepsutą krwią i mrocznym przeznaczeniem.

Cześć, Tad — wyszeptało to coś swoim wstrętnym głosem, a w okno zajrzał księżyc przypominający przecięte oko trupa.

•  •  •

Najstarszą żyjącą osobą w Castle Rock była tej późnej wiosny Evelyn Chalmers, zwana przez starszych mieszkańców miasteczka Ciotką Evvie, a „tym starym krzykliwym babskiem” przez George’a Mearę, który dostarczał jej pocztę — składającą się głównie z katalogów i ofert z „Reader’s Digest” oraz z broszur Krucjaty Wiecznego Chrystusa zawierających modlitwy — i przy okazji wysłuchiwał jej niekończących się monologów. „Jedyne, do czego nadaje się to stare krzykliwe babsko, to przepowiadanie pogody” — zwykł mawiać George, kiedy był już po paru głębszych i siedział w kompanii swoich koleżków w Potulnym Tygrysie. Jak na bar, była to nazwa zupełnie idiotyczna, ale ponieważ Castle Rock mogło się poszczycić tylko tym jednym lokalem, mieszkańcy chyba w końcu do niej przywykli.

Opinia George’a była powszechnie podzielana. Od dwóch lat, czyli od dnia, kiedy Arnold Heebert, który miał sto jeden lat i sklerozę tak zaawansowaną, że rozmowa z nim pod względem intelektualnego wyzwania przypominała gadanie do puszki po pokarmie dla kotów, dokładnie dwadzieścia pięć minut po sfajdaniu się po raz ostatni w spodnie zleciał z werandy na tyłach domu starców w Castle Acres i skręcił sobie kark, Ciotka Evvie, jako najstarsza mieszkanka Castle Rock, była właścicielką przechodniej laski „Boston Post”.

Nie była jednak nawet w przybliżeniu tak stetryczała jak Arnie Heebert i nawet w przybliżeniu tak sędziwa, chociaż licząc sobie dziewięćdziesiąt trzy lata, nie należała już do najmłodszych. I pomimo że z upodobaniem wydzierała się do zrezygnowanego (i często skacowanego) George’a Meary, kiedy ten przynosił jej pocztę, nie zgłupiała jeszcze na tyle, żeby stracić swój dom w ten sam sposób, co stary Heebert.

Miała rzeczywiście dar przepowiadania pogody. W miasteczku — wśród starszych ludzi, którzy przykładali wagę do takich rzeczy — krążyła zgodna opinia, że Ciotka Evvie nie myli się nigdy w trzech sprawach: na który tydzień lata wypadnie początek żniw, czy obrodzą (względnie nie obrodzą) borówki i jaka będzie pogoda.

Pewnego dnia na początku czerwca tego roku wyszła z domu, paląc herberta tareytona i wspierając się ciężko na swojej lasce od „Boston Post” (która przejdzie na Vina Marchanta, kiedy to wrzaskliwe stare babsko wykorkuje — mówił sobie George Meara — i krzyżyk ci na drogę, Evvie), podreptała do skrzynki pocztowej ustawionej na końcu podjazdu. Powitała gromkim głosem Mearę — własna głuchota najwyraźniej wzbudzała w niej przekonanie, że ze współczucia wszyscy inni również ogłuchli — a potem wrzasnęła, że będą mieli najgorętsze lato od trzydziestu lat. Gorący początek i gorący koniec, darła się Evvie co sił w płucach w sennej przedpołudniowej ciszy. I gorący środek.

— Naprawdę? — burknął George.

— Co?

— Pytałem, czy naprawdę! — To też miała do siebie Ciotka Evvie: prowokowała rozmówcę, żeby wrzeszczał jak ona. Można było sobie zedrzeć struny głosowe.

— Pocałuję świnię w ryj i jeszcze się będę uśmiechać, jak nic! — krzyknęła. Popiół z jej papierosa posypał się George’owi Mearze na rękaw bluzy od munduru, który dopiero co odebrał z pralni chemicznej i dziś rano po raz pierwszy włożył; strzepnął go z rezygnacją. Ciotka Evvie nachyliła się do okna jego samochodu, żeby wrzeszczeć mu w same ucho. Jej oddech zalatywał kiszonymi ogórkami. — Wszystkie polne myszy powyłaziły z nor! Tommy Neadeau widział przy Moosuntic Pond jelenia ścierającego rogi, tam gdzie pokazał się pierwszy dzięcioł! Jak stopniał śnieg, to była pod nim trawa! Zielona trawa, Meara!

— Naprawdę, Evvie? — mruknął George, bo trzeba było coś odpowiedzieć. Zaczynała go boleć głowa.

— Co?

— NAPRAWDĘ, CIOTKO EVVIE?! — ryknął George Meara. Ślina trysnęła mu z ust.

— A tak, tak! — odwrzasnęła ukontentowana Ciotka Evvie. — A wczoraj w nocy widziałam, jak błysnęło na zmianę pogody! Zły znak, Meara! Zły znak, kiedy wcześnie robi się upał! Tego lata ludzie będą padać z gorąca! Słońce będzie złe!

— Muszę już jechać, Ciotko Evvie! — huknął George. — Mam specjalną przesyłkę dla Stringera Beaulieu!

Evvie Chalmers odrzuciła w tył głowę i zarechotała w wiosenne niebo. Rechotała tak, że o mało się nie zadławiła, a na przód jej podomki posypały się strzępki papierosowego popiołu. Wypluła niedopałek z ust. Upadł na drogę i dymił obok jednego z jej staromodnych trzewików — trzewików czarnych jak smoła i ciasnych jak gorset; trzewików na wieki.

— Masz specjalną przesyłkę dla Frenchy’ego Beaulieu? Toć on nie przesylabizowałby nazwiska na własnym nagrobku!

— Muszę już jechać, Ciotko Evvie! — krzyknął pośpiesznie George i wrzucił bieg.

— Frenchy Beaulieu to największy jełop, jakiego Pan Bóg stworzył! — darła się Ciotka Evvie, ale teraz darła się już do tumanu kurzu, jaki pozostał po George’u Mearze; udało mu się zwiać.

Stała jeszcze z minutę przy swojej skrzynce pocztowej, odprowadzając Mearę wzrokiem. Nie było do niej żadnej korespondencji osobistej; ostatnio rzadko taka przychodziła. Większość z jej znajomych, którzy potrafili pisać, już nie żyła. Podejrzewała, że wkrótce do nich dołączy. Miała złe przeczucie w związku z nadchodzącym latem, przeczucie napawające lękiem. Paplała o myszach opuszczających wcześnie swoje norki, o błyskawicach na wiosennym niebie, nie wspomniała jednak ani słówkiem o gorączce, którą wyczuwała tuż za horyzontem, przyczajoną tam niczym chude, lecz potężne zwierzę o wyleniałej sierści i czerwonych, gorejących ślepiach; nie powiedziała o swych rozpalonych, bezcienistych, spragnionych snach; nie powiedziała o porankach, podczas których do oczu bez żadnego powodu napływają łzy — łzy, które zamiast przynosić ulgę, pieką jak pot. W wietrze, który nie nadlatywał, węszyła obłęd.

— George’u Meara, ty dupku żołędny — mruknęła, kładąc akcent na ostatnie dwa słowa.

Poczłapała z powrotem do domu, wspierając się na swej lasce od „Boston Post”, którą wręczono jej na specjalnej uroczystości w ratuszu tylko za to, że dokonała bezsensownego wyczynu pomyślnego zestarzenia się. Nie dziwota, pomyślała, że tę cholerną gazetę diabli wzięli.

Zatrzymała się na ganku i spojrzała w niebo, które wciąż miało wiosenną, pastelową barwę. Ale ona wyczuwała, że to nadciąga: coś gorącego, coś plugawego.

•  •  •

Przed rokiem, kiedy stary jaguar Vica Trentona nabawił się denerwującego klekotania gdzieś we wnętrzu tylnego lewego koła, właśnie George Meara poradził Vicowi, żeby odstawił wóz do znajdującego się na przedmieściach Castle Rock warsztatu Joego Cambera.

— Facet ma dosyć nietypowe podejście do klienta — powiedział Vicowi stojącemu przy swojej skrzynce na listy. — Określa z góry, ile będzie kosztować robota, załatwia ją, a potem liczy sobie za nią tyle, ile chciał na początku. Ciekawy sposób na robienie interesu, nie? — I z tymi słowami odjechał, pozostawiając Vica w niepewności, czy mówił poważnie, czy też powiedział właśnie jakiś zawoalowany jankeski dowcip.

Vic zadzwonił jednak do Cambera i pewnego dnia, jeszcze w czerwcu (o wiele chłodniejszym od tego, który miał przyjść za rok), wybrali się tam wraz z Donną i Tadem. Było naprawdę daleko; Vic musiał się dwa razy zatrzymywać, żeby spytać o drogę, i od tamtego czasu nazywał te najdalsze peryferia miasteczka Wschodnim Zadupiem.

Kiedy wjeżdżał na podwórko Cambera, tylne koło klekotało głośniej niż kiedykolwiek. Tad, który miał wtedy trzy latka, siedział na kolanach u Donny i śmiał się głośno; jazda tatusiowym „bezdachowcem” zawsze wprawiała go w dobry humor, a i Donna była w wyśmienitym nastroju.

Na podwórku stał ośmio- czy może dziewięcioletni chłopiec i uderzał starą piłkę baseballową jeszcze starszym kijem baseballowym. Piłka szybowała w powietrzu i odbijała się o ścianę stodoły, w której zapewne, przemknęło przez myśl Vicowi, mieścił się warsztat Cambera.

— Cześć — powiedział chłopiec. — To pan nazywa się Trenton?

— Tak, ja — potwierdził Vic.

— Zawołam tatę — rzucił chłopiec i wszedł do stodoły.

Trójka Trentonów wysiadła z samochodu. Vic zaszedł jaguara od tyłu i przykucnął przy felernym kole. Czuł się trochę zbity z tropu. Może mimo wszystko należało oddać wóz do naprawy w Portlandzie? Ten warsztat nie prezentował się obiecująco; Camber nie miał nawet wywieszonego szyldu.

Medytacje Vica przerwała Donna, najpierw wołając go nerwowo po imieniu, a potem krzycząc: „O Boże, Vic!”.

Podniósł się szybko i ujrzał ogromnego psa wyłaniającego się ze stodoły. Przez moment miał absurdalne wątpliwości, czy to rzeczywiście pies, czy też może jakiś rzadki i brzydki rodzaj kucyka. Jednak kiedy zwierzę wyszło powoli z cienia zalegającego w wejściu do stodoły, zobaczył jego smutne oczy i rozpoznał bernardyna.

Donna odruchowo porwała Tada na ręce i cofnęła się, opierając o maskę jaguara, ale chłopiec zaczął się wiercić niecierpliwie w jej objęciach, domagając się postawienia z powrotem na ziemi.

— Chcę zobaczyć pieska, mamusiu… chcę zobaczyć pieska!

Donna rzuciła nerwowe spojrzenie Vicowi, również mocno zaniepokojonemu. I wtedy wrócił chłopiec. Podchodząc do Vica, minął psa i poczochrał go w przelocie po łbie. Pies zawachlował ospale imponującym ogonem i Tad zdwoił swe wysiłki, by wydostać się z ramion matki.

— Może go pani puścić — powiedział chłopiec. — Cujo lubi dzieci. Nic mu nie zrobi. — I zwracając się do Vica, oznajmił: — Tata już idzie. Umyje tylko ręce.

— W porządku — odparł Vic. — Cholernie wielkie psisko, chłopcze. Na pewno nie gryzie?

— Na pewno — zapewnił go chłopiec, ale kiedy Tad, nieprawdopodobnie malutki, podreptał w stronę psa, Vic przyłapał się na tym, że przysuwa się instynktownie do żony. Cujo stał z przekrzywionym łbem, a wielki pióropusz jego ogona kołysał się powoli tam i z powrotem.

— Vic… — zaczęła Donna.

— Wszystko w porządku — mruknął Vic, dodając w duchu: „mam nadzieję”. Pies wyglądał na wystarczająco wielkiego, by połknąć Tada za jednym zamachem.

Mały zatrzymał się na chwilę, najwyraźniej straciwszy rezon. On i pies przyglądali się sobie.

— Piesku…? — bąknął niepewnie Tad.

— Cujo — podpowiedział chłopiec Cambera, podchodząc do nich. — Wabi się Cujo.

— Cujo — powtórzył Tad i pies, zbliżywszy się, zaczął lizać mu buzię zamaszystymi, dobrodusznymi, mokrymi pociągnięciami wielkiego jęzora. Tad chichotał i próbował się bronić. Odwrócił się do matki i ojca, śmiejąc się w taki sam sposób jak wtedy, gdy któreś z nich go łaskotało. Postąpił kroczek w ich kierunku, lecz nóżki mu się zaplątały i upadł. Pies ruszył, stanął nad Tadem i Vic, który jedną ręką obejmował Donnę w talii, wyczuł, jak żona wstrzymuje spazmatycznie oddech. Zrobił krok w przód… i nagle zamarł.

Zęby Cujo zatrzasnęły się na plecach koszulki Tada z wizerunkiem Spider-Mana z przodu. Pies uniósł chłopczyka w powietrze — Tad wyglądał przez chwilę jak kociak w pyszczku mamy kotki — i postawił go na ziemi.

Tad podbiegł do rodziców.

— Lubię tego pieska! Mamusiu! Tatusiu! Lubię tego pieska!

Chłopiec Cambera stał z rękami w kieszeniach dżinsów i obserwował to wszystko z umiarkowanym rozbawieniem.

— Tak, miły pies — wykrztusił Vic. Serce wciąż jeszcze waliło mu jak młotem. Przez chwilę miał wrażenie, że pies chce Tadowi odgryźć głowę jak szmacianej lalce. — To bernardyn, Tad — dorzucił.

— Bennardyn! — zawołał Tad i popędził z powrotem do Cujo, który siedział teraz w wejściu do stodoły i przypominał małą górę. — Cujo! Cuuuuujo!

Donna znowu zmartwiała.

— Och, Vic, czy nie sądzisz…

Ale Tad był już przy Cujo. Najpierw objął go wylewnie za szyję, a potem spojrzał mu z bliska w pysk. Kiedy Cujo siedział z wywieszonym różowym jęzorem, bijąc rytmicznie ogonem o ziemię, Tad, nawet stając na paluszkach, ledwie mógł mu zajrzeć w oczy.

— Sądzę, że się zaprzyjaźnili — powiedział Vic.

Tad włożył swoją małą rączkę w paszczę Cujo i zaglądał w nią, jak najmniejszy dentysta świata. Na ten widok Vicowi serce znowu podeszło do gardła, ale nim zdążył zareagować, malec biegł już ku nim.

— Piesek ma zęby — poinformował ojca.

— Tak — przyznał Vic. — Mnóstwo zębów.

Odwrócił się do chłopca, żeby spytać, skąd wzięło się imię Cujo, ale w tym momencie ze stodoły wyszedł właściciel warsztatu. Wycierał dłonie w kawałek szmaty, żeby nie usmarować klienta przy powitaniu.

Vic z miłym zaskoczeniem stwierdził, że Camber zna się na rzeczy. Przejechali się razem do domu u stóp wzgórza i z powrotem, wsłuchując się uważnie w klekotanie.

— Łożysko siada — stwierdził Camber. — Ma pan szczęście, że nie zatarło się jeszcze na dobre.

— Potrafi pan to naprawić? — spytał Vic.

— Nie ma sprawy. Jak pan ma ze dwie godzinki, mogę to zrobić na poczekaniu.

— Tak byłoby chyba najlepiej — przystał Vic. Spojrzał na Tada bawiącego się z psem. Chłopczyk rzucał najdalej, jak potrafił (a nie było to daleko), piłkę baseballową syna Cambera, a bernardyn biegł po nią posłusznie i odnosił w pysku małemu. Piłka była niemożliwie ośliniona. — Pański pies zabawia mojego synka — powiedział.

— Cujo lubi dzieciaki — przyznał Camber. — Zechciałby pan wprowadzić wóz do stodoły, panie Trenton?

Pan doktor zaraz cię zbada, pomyślał Vic rozbawiony i wjechał jaguarem do środka. Okazało się, że naprawa zajęła tylko półtorej godziny, a należność pobrana przez Cambera była tak niewygórowana, że aż zaskakująca.

Tad biegał tego chłodnego, pochmurnego popołudnia, bez ustanku wołając psa po imieniu: „Cujo… Cuuujooo… tutaj, Cujo…”. Przed samym odjazdem chłopiec Cambera (na imię miał Brett) podsadził synka Trentonów na Cujo i bernardyn z Tadem na grzbiecie statecznym krokiem przemierzył tam i z powrotem wysypane żwirem podwórko. Brett asekurował malca, idąc obok i obejmując go ramieniem w pasie. Kiedy Cujo mijał Vica, ten przechwycił jego spojrzenie… i gotów był przysiąc, że pies się uśmiecha.

•  •  •

Trzy dni po wrzaskliwej konwersacji George’a Meary z Ciotką Evvie mała dziewczynka w wieku Tada Trentona wstała za swego miejsca przy śniadaniowym stole — który stał w kąciku śniadaniowym schludnego domku w Iowa City w stanie Iowa — i oznajmiła:

— Oj, mamo, niedobrze mi. Chyba będę wymiotowała.

Matka obejrzała się, nawet niespecjalnie zaskoczona. Przed dwoma dniami starszego brata Marcy odesłano ze szkoły do domu z ostrymi objawami grypy żołądkowej. Brock już wydobrzał, ale tych koszmarnych dwudziestu czterech godzin, podczas których jego organizm zrzucał z obu stron swój balast, nikt mu nie odbierze.

— Jesteś pewna, słoneczko? — spytała córkę.

— Oj, tak… — jęknęła głośno Marcy i uciskając obiema rączkami brzuszek, wypadła na korytarz. Matka ruszyła za nią. Kiedy wychodziła z kuchni, córeczka znikała właśnie w drzwiach łazienki. O Boże, znowu to samo, pomyślała. Będzie cud, jeśli i ja tego nie złapię.

Słysząc pierwsze odgłosy wymiotowania, skręciła za małą do łazienki, myśląc już o tym, co trzeba zrobić potem: podać klarowne płyny, położyć córkę do łóżka, postawić nocnik, dać parę książeczek; Brock po powrocie ze szkoły wniesie jej do pokoju przenośny telewizor i…

Spojrzała i stanęła jak rażona gromem. Wszystkie myśli uleciały jej z głowy.

Umywalkę, do której wymiotowała czteroletnia dziewczynka, wypełniała krew; krwią spryskany był biały porcelanowy brzeg umywalki; krew skapywała na kafelki posadzki.

— Oj, mamusiu, niedobrze mi…

Mała zaczęła się odwracać, odwracała się, odwracała, a buzię wokół ust umazaną miała we krwi, która ściekała jej po brodzie i rozlewała się coraz większą plamą na przodzie niebieskiej sukienki, krew, Boże jedyny, Jezusie, Maryjo, Józefie Święty, tyle krwi…

— Mamusiu…

I dziewczynka znowu zwymiotowała. Gęsta krwawa masa tryskająca z jej ust zbryzgała wszystko wokół niczym złowróżbny deszcz. Matka porwała Marcy na ręce, wybiegła z nią z łazienki, dopadła telefonu w kuchni i wykręciła numer pogotowia.

•  •  •

Cujo zdawał sobie sprawę, że jest za stary na uganianie się za królikami.

Nie był bynajmniej staruszkiem, o nie, nawet jak na psa. Jednak miał już pięć lat — dawno wyrósł z wieku szczenięcego, kiedy byle motyl stanowił wystarczający pretekst do wszczęcia zawziętego pościgu przez las i łąki rozciągające się za domem i stodołą. Gdyby był człowiekiem, wchodziłby właśnie w pierwsze stadium wieku średniego.

Był piękny, wczesny poranek szesnastego czerwca i na źdźbłach trawy perliła się jeszcze rosa. Upały, które przepowiadała Ciotka Evvie George’owi Mearze, rzeczywiście nadeszły — był to najcieplejszy początek czerwca od lat — i o drugiej po południu Cujo będzie leżał w kurzu podwórka (albo w stodole, jeśli MĘŻCZYZNA pozwoli mu do niej wejść, co czynił czasami, kiedy pił, a ostatnio pił prawie na okrągło), dysząc ciężko w prażącym słońcu. Ale to będzie później.

A ten królik, wielki, brązowy, tłusty królik, nie miał zielonego pojęcia, że Cujo tu jest, prawie na samym skraju północnego pola, milę od domu. Wiatr wiał ze złego kierunku z punktu widzenia Pana Królika.

Cujo podkradał się raczej dla zabawy niż z apetytu na świeże mięso. Królik skubał w najlepsze młodą koniczynę, którą promienie bezlitosnego słońca w ciągu miesiąca spieką na brąz. Gdyby spostrzegł psa i rzucił się do ucieczki już wtedy, kiedy ten pokonał dopiero połowę dzielącej ich pierwotnie odległości, Cujo nie podjąłby pościgu. Jednak łepek i słuchy królika powędrowały w górę dopiero w momencie, kiedy Cujo znajdował się niespełna piętnaście stóp od niego. Przez chwilę królik ani drgnął; stał nieruchomo słupka ze śmiesznie wybałuszonymi ślepkami niczym wykuta w kamieniu rzeźba. A potem nagle zerwał się do ucieczki.

Pies ze wściekłym ujadaniem rzucił się w pogoń. Królik był bardzo mały i szybki, Cujo bardzo duży i powolny, ale perspektywa zdobyczy wpompowała dodatkową porcję energii w łapy psa. Zbliżył się do królika na tyle, że już-już go dosięgał. Królik skręcił ostro. Cujo zarył pazurami w darń, wyhamował, orząc ją aż do czarnej ziemi pod spodem, i zawrócił ociężale. Stracił z początku równowagę, ale szybko ją odzyskał. W powietrze wzbijały się z trzepotem skrzydeł ptaki spłoszone jego basowym, urywanym szczekiem. Cujo wyglądał, jakby się uśmiechał. Królik zygzakował przez jakiś czas, a potem śmignął jak strzała na wprost przez północne pole. Cujo pognał w ślad za nim, chociaż podejrzewał już, że tego wyścigu nie wygra.

Starał się jednak bardzo i już znowu doganiał królika, kiedy ten zanurkował raptem w małą norkę w skłonie niewysokiego, łagodnego pagórka. Wylot nory zarośnięty był wysoką trawą. Cujo bez chwili wahania wyciągnął swe wielkie brązowe cielsko jak futrzasty pocisk i wykorzystując siłę bezwładu, runął głową naprzód w otwór — i utknął w nim jak korek w szyjce butelki.

Joe Camber, pomimo że od siedemnastu lat był właścicielem farmy Siedem Dębów przy końcu drogi miejskiej numer 3, nie miał pojęcia o istnieniu tej dziury. Odkryłby ją z pewnością, gdyby zajmował się uprawą roli, ale się nią nie zajmował. W wielkiej czerwonej stodole nie było żywego inwentarza; wykorzystywał ją w charakterze warsztatu mechanicznego i składu blach karoserii samochodowych. Jego syn Brett buszował często po polach i po lesie za domem, ale on też nigdy nie natrafił na tę dziurę, chociaż kilka razy omal w nią przypadkiem nie wdepnął, co pewnie przypłaciłby złamaniem nogi w kostce. W słoneczne dni dziurę można było wziąć za cień; w dni pochmurne nikła zupełnie w zarastającej ją trawie.

John Mousam, poprzedni właściciel farmy, wiedział o dziurze, ale nie przyszło mu jakoś do głowy, żeby wspomnieć o niej Joemu Camberowi, kiedy w 1963 roku sprzedawał mu swoje gospodarstwo. Być może powiedziałby o niej Camberowi, kiedy w 1970 żona Joego, Charity, powiła syna, ale zmarł wcześniej na raka.

Chwała Bogu, że Brett nigdy jej nie znalazł. Dla małego chłopca nie ma na świecie nic bardziej intrygującego od dziury w ziemi, a ta prowadziła do niewielkiej naturalnej wapiennej pieczary. W najgłębszym miejscu pieczara miała około dwudziestu stóp głębokości i niewykluczone, że mały wścibski chłopiec mógłby się do niej wcisnąć, ześlizgnąć na samo dno i utknąć tam na dobre. W przeszłości zdarzało to się już rozmaitym małym zwierzętom. Po wapiennej ścianie pieczary łatwo było zjechać na dół, ale znacznie trudniej wgramolić się z powrotem na górę. Jej dno zaściełały kości świstaka, skunksa, paru wiewiórek i domowego kota. Kot nazywał się Pan Czyścioszek. Zginął Camberom przed kilkoma laty i doszli do wniosku, że albo przejechał go samochód, albo kocisko po prostu dało nogę. A on był tutaj, wraz z kosteczkami dużej polnej myszy, za którą się tu zapędził.

Ścigany przez Cujo królik, koziołkując i ślizgając się, zleciał na samo dno i teraz dygotał tam jak w febrze z postawionymi słuchami i noskiem wibrującym z częstotliwością kamertonu, przerażony ujadaniem Cujo, które wypełniało małą przestrzeń. Nakładające się echa sprawiały, że zgiełk był taki, jakby na górze kłębiła się cała psia sfora.

Podziemna pieczara przyciągała też od czasu do czasu nietoperze — nigdy nie gnieździło się ich tu wiele, bo pieczara była mała, ale jej chropowate sklepienie stanowiło dla nich idealne miejsce do zawiśnięcia głową w dół i przedrzemania tak do zmierzchu. Również przez wzgląd na te nietoperze szczęśliwie się złożyło, że Brett Camber nie znalazł pieczary, zwłaszcza tego roku. Tego bowiem roku brązowe owadożerne nietoperze, które tu mieszkały, oblazł szczególnie złośliwy szczep zarazków wścieklizny.

Cujo zaklinował się w dziurze barkiem. Kopał wściekle zadnimi łapami, jednak bez żadnego efektu. Mógł się co prawda obrócić i wyczołgać na powierzchnię, ale uparł się, że dopadnie królika. Wyczuwał, że zwierzątko znalazło się w pułapce i wystarczy się tylko do niego dokopać. Wzroku nie miał specjalnie bystrego, w dodatku swoim masywnym ciałem blokował prawie całkowicie dopływ dziennego światła i nie zdawał sobie sprawy ze spadku otwierającego się tuż przed jego przednimi łapami. Wyczuwał wilgoć i wyczuwał nietoperzowe odchody, zarówno stare, jak i świeże… ale najważniejszy w tej chwili był zapach królika. Gorący i smakowity. Obiad na tacy.

Jego ujadanie spłoszyło nietoperze. Przeraziło je. Coś wtargnęło do ich domu. Rzuciły się z piskiem całą masą w stronę wyjścia. I wtedy ich sonary wykryły zagadkowy i niepokojący fakt: wyjścia już nie było. Tam, gdzie do tej pory znajdowało się wyjście, czaił się napastnik.

Krążyły i szybowały w ciemnościach, a ich błoniaste skrzydła szeleściły niczym trzepocząca w podmuchach porywistego wiatru bielizna rozwieszona na sznurze. Na dnie jaskini kulił się, nie tracąc nadziei, królik.

Cujo poczuł uderzenia skrzydeł kilku nietoperzy o jedną trzecią swego cielska, którą zdołał do tej pory przecisnąć przez otwór, i przestraszył się. Nie podobał mu się ani ich zapach, ani odgłosy, jakie wydawały; nie podobało mu się dziwne, zdające się emanować z nich ciepło. Szczeknął głośniej i kłapnął na postrach zębami, żeby przepłoszyć stwory krążące mu z piskiem wokół łba. Jego kły zatrzasnęły się na brązowoczarnym skrzydle. Chrupnęły delikatne kostki. Nietoperz odwinął się i ukąsił Cujo, rozcinając miękką skórę pokrywającą wrażliwy psi nos. Rozcięcie było długie, zakrzywione i przypominało kształtem znak zapytania. Zaraz potem nietoperz runął na wapienny stok i zdychając, zjechał po nim na dno pieczary. Ale zło już się stało; ukąszenie wściekłego zwierzęcia w okolicach głowy jest najbardziej niebezpieczne, wścieklizna bowiem atakuje centralny układ nerwowy. Psy, bardziej na nią wrażliwe od swych panów, nie mogą mieć nadziei na pełne uodpornienie nawet po przyjęciu szczepionki pod postacią nieuaktywnionego wirusa, którą aplikuje każdy weterynarz. A Cujo nigdy w życiu nie był szczepiony przeciw wściekliźnie.

Nie wiedząc o tym, ale mając jeszcze w pysku wstrętny smak niewidocznego stwora, którego przed chwilą ugryzł, Cujo doszedł do wniosku, że dalsza gra nie jest warta świeczki. Potężnym pchnięciem barków wyszarpnął tułów z dziury, wywołując przy tym małą piaskową lawinę. Otrząsnął się i z sierści poleciały na wszystkie strony zbite grudki ziemi i cuchnące okruchy wapienia. Z nosa kapała mu krew. Usiadł, wzniósł łeb ku niebu i zawył żałośnie.

Nietoperze wysypały się przez dziurę małą brązową chmurą, wirowały przez kilka sekund w powietrzu oślepione jasnym czerwcowym słońcem, po czym umknęły z powrotem do swej sypialni. Były głupimi stworzeniami i w ciągu tych dwóch, trzech minut zdążyły zupełnie zapomnieć o szczekającym intruzie. Znowu zwisły głowami w dół i opatuliwszy swe drobne miękkie ciałka skrzydłami, tak jak czynią to stare kobiety owijające się szalami, zasnęły.

Cujo oddalił się truchtem. Znowu się otrząsnął. Bezradnie potarł łapą nos. Krew już krzepła, ścinała się na gęstą papkę, ale nos nadal bolał. Psy potrafią odczuwać zażenowanie z siłą nieproporcjonalnie wielką do swej inteligencji, i Cujo wstydził się za siebie. Nie miał ochoty wracać do domu. Gdyby tam wrócił, jedno z jego trójcy — MĘŻCZYZNA, KOBIETA albo CHŁOPIEC — zorientowałoby się, że coś sobie zrobił. Całkiem możliwe, że któreś z nich nazwałoby go BRZYDKIM PSEM. A on w tej chwili z pewnością sam uważał siebie za BRZYDKIEGO PSA.

Tak więc zamiast wracać do domu, zbiegł nad strumień, który oddzielał teren Cambera od posiadłości Gary’ego Perviera, najbliższego sąsiada Camberów. Brodził pod prąd, pił łapczywie i tarzał się w wodzie — wszystko po to, by pozbyć się tego wstrętnego smaku z pyska, zmyć brud i wodnistozielony smród wapienia z sierści, spłukać z siebie piętno BRZYDKIEGO PSA.

Samopoczucie stopniowo mu się poprawiało. Wyszedł ze strumienia i otrząsnął się. Wodny prysznic utworzył na chwilę w powietrzu tęczę o zapierającej dech w piersiach soczystości barw.

Poczucie, że jest BRZYDKIM PSEM, i ból nosa powoli ustępowały. Ruszył truchtem w stronę domu, żeby zobaczyć, czy nie ma tam gdzieś CHŁOPCA. Przyzwyczaił się do wielkiego żółtego autobusu szkolnego, który co rano przyjeżdżał po CHŁOPCA i odwoził go z powrotem wczesnym popołudniem, ale w tym tygodniu szkolny autobus z błyskającymi ślepiami i nadzieniem rozwrzeszczanej dzieciarni nie przyjeżdżał. CHŁOPIEC był przez cały czas w domu. Zwykle siedział w stodole i robił różne rzeczy z MĘŻCZYZNĄ. Może dzisiaj żółty autobus znowu przyjedzie, a może nie. Cujo zapomniał o dziurze i wstrętnym smaku nietoperza. Nos prawie już nie bolał.

Biegł lekko, rozcinając piersią wysokie trawy północnego pola. Od czasu do czasu w powietrze wzbijał mu się spod łap jakiś spłoszony ptak, ale on nie podejmował pościgu. Dość już miał na dziś gonitw i nawet jeśli nie pamiętał o tym jego mózg, to na pewno pamiętało ciało. Był dorodnym bernardynem, miał pięć lat, ważył blisko dwieście funtów i w tej chwili, rankiem szesnastego czerwca 1980 roku, wkraczał we wstępne stadium wścieklizny.

•  •  •

Siedem dni później i trzydzieści mil od Castle Rock i farmy Siedem Dębów, na przedmieściach Portlandu, w restauracyjce noszącej nazwę Żółta Łódź Podwodna, spotkało się dwóch mężczyzn. Restauracyjka słynęła z bogatego wyboru kanapek, długich i wielowarstwowych, a także pizz. Pod ścianą w głębi stała maszyna do gry w mechaniczne kręgle. Wisząca nad kontuarem tabliczka głosiła, że kto da radę wepchnąć w siebie dwa Koszmarki Żółtej Łodzi Podwodnej, w nagrodę nie płaci; poniżej, w nawiasach, dopisano: PŁACISZ, JEŚLI PUŚCISZ PAWIA.

Vic Trenton przepadał za wielkimi kanapkami z klopsem serwowanymi w Żółtej Łodzi, ale podejrzewał, że ta dzisiejsza przyprawi go jak nic o ostry atak nadkwasoty.

— Wygląda na to, że Żółta Łódź straci klienta, co? — zwrócił się do swojego towarzysza, który z wyraźnym brakiem entuzjazmu przyglądał się kanapce z duńską szynką. Był nim Roger Breakstone, a kiedy on patrzył na jedzenie bez entuzjazmu, wiadomo było od razu, że zanosi się na jakiś kataklizm. Roger ważył dwieście siedemdziesiąt funtów i kiedy siedział, nie było mu widać kolan. Pewnego razu, gdy Vic z Donną baraszkowali w łóżku, chichocząc jak para dzieciaków na biwaku, Donna zwierzyła się mężowi: „Myślałam, że Rogerowi odstrzelili kolana w Wietnamie”.

— Sprawa przedstawia się bryndzowato — przyznał Roger. — Przedstawia się tak cholernie bryndzowato, że nawet byś nie uwierzył, Vic.

— Naprawdę sądzisz, że ta podróż cokolwiek rozwiąże?

— Może i nie — odmruknął Roger. — Ale jeśli nie pojedziemy, to stracimy Sharpa na mur-beton. Może da się coś jeszcze uratować. Jakoś to odkręcić. — Wgryzł się w kanapkę.

— Trzeba by zamknąć na te parę dni interes, a to może nas uderzyć po kieszeni.

— A według ciebie nie jesteśmy jeszcze walnięci po kieszeni?

— Fakt, jesteśmy. Ale wiszą nam przecież te zdjęcia w Kennebunk Beach do reklamówki dla Book Folks…

— Lisa może to obskoczyć.

— Nie jestem do końca przekonany, czy Lisa potrafi poradzić sobie sama ze sobą, a co dopiero mówić o obskoczeniu Book Folks — zauważył Vic. — Ale jeśli nawet założymy, że się z tym upora, to przecież jesteśmy jeszcze w lesie z Twoimi Ulubionymi Borówkami… mamy kłopoty z Casco Bank… no i czeka cię jeszcze to spotkanie z prezesem Głównego Związku Pośredników w Obrocie Nieruchomościami…

— Oho, z nim to ty się spotkasz.

— Jeszcze czego — obruszył się Vic. — Dostaję wysypki na samą myśl o tych czerwonych portkach i białych butach. Wciąż mam ochotę zaglądać do szafy i sprawdzać, czy nie znajdę tam faceta z tablicami reklamowymi na piersiach i plecach.

— To wszystko pryszcz, i dobrze o tym wiesz. Z żadnego z nich nie wyciągamy nawet jednej dziesiątej tego, co z Sharpa. Co tu dużo gadać. Znasz smarkacza Sharpa i wiesz, że będzie chciał rozmawiać z nami dwoma. Bukować ci miejsce czy nie?

Na samą myśl o dziesięciu dniach poza domem — pięciu w Bostonie i pięciu w Nowym Jorku — Vica oblewał zimny pot. Przez sześć lat pracowali z Rogerem w Agencji Ellisona w Nowym Jorku. Vic miał teraz dom w Castle Rock, a Roger i Althea Breakstone’owie mieszkali w sąsiednim, odległym o mniej więcej piętnaście mil Bridgton.

Vic postrzegał tamten okres jako epizod, do którego nie warto wracać pamięcią. Dopiero kiedy przenieśli się z Donną do Maine, poczuł, że na dobre ożył, że odkrył, po co został stworzony. Teraz nachodziło go chorobliwe wrażenie, że przez te ostatnie trzy lata Nowy Jork tylko czekał, żeby dostać go z powrotem w swoje kleszcze. Samolot, lądując, nie trafi na pas startowy i pochłonie go rycząca ognista kula płonącego paliwa. Albo na moście Triborough dojdzie do karambolu, w którym ich taksówka zostanie zgnieciona w krwawy żółty akordeon. Bandyta, zamiast tylko pomachać na postrach swoim pistoletem, zrobi z niego użytek. Eksploduje rurociąg gazowy, a jego skróci o głowę klapa włazu studzienki kanalizacyjnej lecąca w powietrzu niczym śmiercionośne dziewięćdziesięciofuntowe frisbee. Cokolwiek. Jeśli tam wróci, miasto go zabije.

— Rog — powiedział, odkładając ledwie nadgryzioną kanapkę z klopsem — czy przyszło ci kiedy do głowy, że świat się wcale nie zawali, jeśli naprawdę stracimy Sharpa?

— Świat się nie zawali — przyznał Roger, lejąc buscha po ściance wysokiej szklanki — ale co z nami? Jasny gwint, mam na głowie jeszcze siedemnaście lat spłacania dwudziestoletniej hipoteki i bliźniaczki, które rwą się do Bridgton Academy. A ty masz swoją hipotekę, swojego dzieciaka i tego starego sportowego jaguara, w którym zatrzęsiesz się kiedyś na śmierć.

— Tak, ale jest jeszcze lokalna przedsiębiorczość…

— Lokalna przedsiębiorczość leży! — wykrzyknął gwałtownie Roger i odstawił z hukiem szklankę piwa.

Grupka czterech mężczyzn przy sąsiednim stoliku, trzech w koszulkach tenisowych i czwarty w spłowiałym podkoszulku z napisem DARTH VADER JEST PEDAŁEM na piersi, zaczęła bić brawo.

Roger machnął do nich niecierpliwie ręką i pochylił się do Vica.

— Dobrze wiesz, że do niczego nie dojdziemy, robiąc kampanie dla Twoich Ulubionych Borówek i pośredników w obrocie nieruchomościami. Jeśli stracimy Sharpa, pójdziemy na dno bez jednej zmarszczki. Z drugiej strony jeśli damy radę utrzymać chociaż część kontraktu z Sharpem przez najbliższe dwa lata, to znajdziemy się w kolejce do budżetu Departamentu Turystyki, może nawet uda nam się uszczknąć coś z loterii stanowej, jeśli do tego czasu nie sprowadzą jej na psy. Smaczne kąski, Vic. Będziemy mogli zrobić pa, pa Sharpowi i jego zasranym chrupkom, i wszystko dobrze się skończy. Duży zły wilk będzie musiał iść poszukać sobie obiadu gdzie indziej; małe świnki będą w domu.

— Pod warunkiem że zdołamy coś uratować — zauważył Vic. — A prawdopodobieństwo tego jest mniej więcej takie jak to, że Cleveland Indians zdobędą tej jesieni puchar World Series.

— Wydaje mi się, że nie zaszkodzi spróbować, stary.

Vic milczał zamyślony, wpatrując się w swoją czerstwiejącą kanapkę. To było stanowczo niesprawiedliwe, ale z niesprawiedliwością mógłby się jeszcze jakoś pogodzić. Najbardziej dobijała go zwariowana absurdalność całej sytuacji. Spadło to na nich jak grom z jasnego nieba, jak mordercze tornado, które znika, pozostawiając po sobie zygzakowaty pas zniszczeń. Wszystko przemawiało za tym, że on, Roger i ich agencja reklamowa Ad Worx znajdą się wśród jego ofiar bez względu na to, jak postąpią; czytał to z okrągłej twarzy Rogera, która nie była tak ponura od czasu, kiedy oboje z Altheą stracili swojego synka, Timothy’ego. Przyczyną zgonu chłopca był tak zwany zespół śmierci łóżeczkowej. Trzy tygodnie potem Roger załamał się i płakał jak bóbr, zakrywając twarz dłońmi w geście jakiegoś straszliwego, beznadziejnego żalu, a patrzącemu na to Vicowi krajało się serce. Nie było wtedy dobrze. Ale panika, którą dostrzegał teraz w oczach Rogera, też nie wróżyła niczego dobrego.

W reklamowym interesie podobne tornada uderzają od czasu do czasu znienacka. Duże firmy, takie jak Agencja Ellisona, która obraca milionami, potrafią je przetrwać. Małe, w rodzaju Ad Worx, po prostu nie mają szans. Mieli jeden koszyk z mnóstwem małych jajeczek i drugi, w którym spoczywało jedno wielkie jajo — kontrakt z Sharpem — i teraz nie wiadomo było tylko, czy stracą to wielkie jajo w całości, czy może przynajmniej uda się upichcić z niego jajecznicę. To nie była ich wina, ale agencje reklamowe nadają się wyśmienicie na chłopców do bicia.

Los po raz pierwszy połączył Vica z Rogerem w parę przed sześcioma laty, przy okazji zespołowej realizacji pewnego zlecenia, kiedy obaj pracowali jeszcze w Agencji Ellisona, i od tamtego czasu już się nie rozstawali. Vic, wysoki, chudy i spokojny, stanowił idealne jin dla tłustego, wesołego i wylewnego jang Rogera Breakstone’a. Rozumieli się zarówno na gruncie osobistym, jak i zawodowym.

Tamto pierwsze wspólne zlecenie nie było niczym specjalnym, polegało na opracowaniu dla jakiegoś czasopisma kampanii reklamowej popularyzującej Fundację na rzecz Dzieci z Porażeniem Mózgowym. Zaproponowali czarno-białą planszę przedstawiającą małego chłopca z nóżkami zakutymi w wielkie, okrutne szyny, stojącego w strefie autu przy pierwszej linii bazowej boiska baseballowego Małej Ligi. Chłopiec miał na głowie czapeczkę Metsów, a jego twarz — Roger zawsze utrzymywał, że projekt zyskał akceptację właśnie dzięki wyrazowi twarzy dziecka — wcale nie była smutna, lecz raczej rozmarzona. Właściwie to nawet szczęśliwa. Podpis głosił: BILLY BELLAMY NIGDY NIE ZAGRA W BASEBALL. A pod spodem: BILLY CIERPI NA PORAŻENIE MÓZGOWE. I jeszcze niżej, małą pochyloną czcionką: A może podasz nam pomocną dłoń?

Datki na fundację zauważalnie podskoczyły. Skorzystała ona, skorzystali Vic i Roger. Zespół Trenton-Breakstone wystartował i szedł za ciosem. Zaliczyli jeszcze z pół tuzina udanych kampanii. Vic rzucał najczęściej ogólne koncepcje, Roger zajmował się ich dopracowywaniem.

Dla korporacji Sony zaprojektowali plakat z uśmiechniętym mężczyzną w urzędniczym garniturze, siedzącym po turecku na pasie zieleni przedzielającym jezdnie szesnastopasmowej superautostrady i trzymającym na kolanach wielkie radio Sony. Napis głosił: POLICE BAND, THE ROLLING STONES, VIVALDI, MIKE WALLACE, THE KINGSTON TRIO, PAUL HARVEY, PATTI SMITH, JERRY FALWELL. A pod spodem: HELLO, L.A.

Reklama dla Voita, producenta sprzętu pływackiego, przedstawiała mężczyznę będącego skrajnym przeciwieństwem rasowego surfingowca z Miami. Modelem prężącym się w wyzywającej postawie na złotej plaży jakiegoś tropikalnego raju był wytatuowany pięćdziesięciolatek z brzuszyskiem piwożłopa, o sflaczałych mięśniach rąk i nóg, z pomarszczoną blizną na udzie. Ten zaprawiony w bojach rycerz fortuny trzymał w ramionach parę płetw Voita. CZŁOWIEKU — głosił napis na plakacie — JA ŻYJĘ Z NURKOWANIA. JA SIĘ NIE OBCYNDALAM. Pod spodem było jeszcze więcej tekstu, który Roger nazywał zwyczajnym ble-ble, ale slogan wyróżniony tłustą czcionką naprawdę chwycił. W oryginale brzmiał on: JA SIĘ NIE OPIERDALAM — ale Vicowi i Rogerowi nie udało się przekonać do tego ludzi Voita. Szkoda, sprzedaliby pewnie o wiele więcej płetw.

Potem był Sharp.

Kiedy stary Sharp po blisko dwudziestoletniej współpracy z miejscową, clevelandzką agencją reklamową zwrócił się bez przekonania do Agencji Ellisona, jego firma zajmowała dwunastą pozycję na liście Wielkiego Amerykańskiego Piekarnictwa. Była większa od Nabisco sprzed drugiej wojny światowej, jak z upodobaniem podkreślał stary. Jego syn z równym upodobaniem podkreślał, że od zakończenia drugiej wojny światowej upłynęło już trzydzieści lat.

Realizację kontraktu — zawartego z początku na sześciomiesięczny okres próbny — powierzono Vicowi Trentonowi i Rogerowi Breakstone’owi. Pod koniec tego okresu Sharp awansował na rynku ciast-ciasteczek-i-chrupek z miejsca dwunastego na dziewiąte. Rok później, kiedy Vic z Rogerem postanowili rozkręcić własny interes i przenieśli się do Maine, firma Sharpa wspięła się na miejsce siódme.

Opracowana przez nich kampania była zakrojoną na szeroką skalę operacją. Dla Ciasteczek Sharpa wymyślili Ciasteczkowego Strzelca, nadętego szeryfa z Dzikiego Zachodu, którego sześciostrzałowiec strzelał nie kulami, lecz ciasteczkami — zależnie od widzimisię ludzi od efektów specjalnych w jednych wideoklipach były to Chock Chippersy, w innych Ginger Snappiesy, w jeszcze innych Oh Those Oatmealsy. Klipy kończyły się zawsze scenką, w której smutny Strzelec stoi z wyciągniętymi rewolwerami na stosie ciasteczek. „No, źli faceci już się wynieśli — oznajmiał co dzień milionom Amerykanów — ale zostały mi ciasteczka. Najlepsze ciasteczka na całym Zachodzie… i chyba wszędzie indziej”. Potem wbija zęby w ciasteczko. Jego mina sugeruje, że doświadcza gastronomicznego odpowiednika pierwszego chłopięcego orgazmu. Ekran ciemnieje.

Ciasta gotowe — szesnaście różnych odmian, od zwykłego placka poprzez kruszonkę do sernika — reklamował filmik nazywany przez Vica klipem George’a i Gracie. Ekran rozjaśnia się i widzimy George’a i Gracie wychodzących z szykownego przyjęcia, na którym stół bufetowy ugina się pod ciężarem wszelkich możliwych delikatesów. Kolejne ujęcie przedstawia zaniedbane, małe, odpychające mieszkanko. Jest jasno oświetlone. George siedzi przy prostym kuchennym stole przykrytym obrusem w kratę. Gracie wyjmuje z zamrażalnika starej lodówki Placek (albo Kruszonkę, albo Sernik) Sharpa i stawia go na stole. Oboje są jeszcze w wieczorowych strojach. Uśmiechają się do siebie, z ich oczu wyziera ciepło, miłość i zrozumienie; dwoje ludzi w pełnej harmonii. Ekran ciemnieje i na czarne tło wypływa slogan: SĄ TAKIE CHWILE, KIEDY PRAGNIESZ TYLKO SHARPA. W całym klipie nie pada ani jedno słowo. Właśnie on zdobył nagrodę Clio.

Zdobył ją też Profesor od Chrupek Sharpa, ogłoszony przez handlowców „wywołującą największy oddźwięk reklamą wyprodukowaną dla programów dziecięcych”. Vic i Roger uważali go za swoje szczytowe osiągnięcie — ale to właśnie Profesor od Chrupek odbijał im się teraz czkawką.

W morzu adresowanych do dzieci animowanych filmików reklamowych zachwalających gumę do żucia, zabawki przygodowe, lalki i konkurencyjne chrupki Profesor od Chrupek Sharpa, grany przez aktora charakterystycznego w zaawansowanym wieku średnim, wyróżniał się swoją bezpretensjonalnością i śmiałym nawiązaniem do reklam dla dorosłych.

Na ekranie pojawia się opustoszała sala lekcyjna szkoły podstawowej. Widownia zasiadająca w sobotnie ranki przed telewizorami, by obejrzeć Godzinę Królika Bugsa i The Drac Pack, jest z taką scenerią oswojona. Profesor od Chrupek Sharpa ma na sobie garnitur, sweter z wycięciem w serek i rozpiętą pod szyją koszulę. Zarówno pod względem powierzchowności, jak i sposobu mówienia jest umiarkowanie autorytatywny; Vic i Roger przeprowadzili rozmowy z blisko czterdziestoma nauczycielami i chyba półtuzinem psychologów dziecięcych, i na tej podstawie doszli do wniosku, że z takim właśnie typem człowieka większość dzieci czuje się najlepiej, choć niewiele z nich ma podobnego rodzica.

Profesor od Chrupek siedzi na biurku nauczycielskim, co ma sugerować pewną nieformalność — młody widz może zakładać, że pod szarozielonym tweedem kryje się dusza prawdziwego kumpla — ale mówi powoli i bardzo poważnie. Nie poucza jednak. Nie onieśmiela. Nie mizdrzy się. Nie przymila ani nie nadyma. Zwraca się do milionów widzów ubranych w bawełniane koszulki, zajadających się chrupkami, oglądających w sobotni ranek filmy rysunkowe, tak jakby byli dorosłymi ludźmi.

„Dzień dobry, dzieci — zaczyna — to reklama chrupek. Słuchajcie mnie uważnie. Wiem dużo o chrupkach, bo jestem Profesorem od Chrupek Sharpa. Chrupki Sharpa — Błyskotki, Kakaowe Misie, Bran-szesnaście oraz Pełnoziarnista Mieszanka Sharpa — to chrupki o najlepszym smaku w całej Ameryce. Możecie je śmiało jeść. — Chwila ciszy i Profesor od Chrupek Sharpa uśmiecha się… a kiedy się uśmiecha, wiadomo już na pewno, że ta dusza prawdziwego kumpla rzeczywiście w nim jest. — Mnie możecie wierzyć, bo ja to wiem. Wasza mama też wie, ale pomyślałem sobie, że może i wy chcielibyście to wiedzieć”.

W tym momencie w kadrze pojawia się młody człowiek, który wręcza Profesorowi od Chrupek Sharpa miskę Błyskotek, Kakaowych Misiów czy czegokolwiek. Profesor grzebie w nich przez chwilę, a potem spogląda prosto w oczy każdego w całym kraju, kto siedzi akurat przed telewizorem, i mówi: „Bzdura, tutaj wszystko jest w porządku”.

Stary Sharp nie chciał się zgodzić na tę ostatnią kwestię, sugerującą jakoby, że z jego chrupkami mogłoby być coś nie w porządku. Vic i Roger przekonali go do niej w końcu, ale bynajmniej nie racjonalnymi argumentami. Zresztą samo tworzenie reklam nie było racjonalnym interesem. Często robiło się coś, co wydawało się właściwe, lecz to wcale nie oznaczało, że wie się dlaczego. Vic i Roger czuli, że ostatnia kwestia Profesora niesie prosty i zarazem potężny przekaz — i w tym tkwi jej siła. To jedno zdanie stanowiło zapewnienie całkowitego bezpieczeństwa: „Ja cię nigdy nie skrzywdzę”. W świecie, w którym rodzice się rozwodzą, w którym starsze dzieci tłuką cię czasem na kwaśne jabłko bez żadnego racjonalnego powodu, w którym przeciwna drużyna Małej Ligi tarza się czasem ze śmiechu po twoim rzucie, w którym dobrzy faceci nie zawsze wygrywają tak jak w telewizji, w którym nie zawsze zapraszają cię na przyjęcia urodzinowe, w świecie, w którym tyle rzeczy nie jest takie, jak powinno, zawsze będą Błyskotki i Kakaowe Misie, i Mieszanka Pełnoziarnista, i nigdy nie zawiedziesz się na ich smaku. „Bzdura, tutaj wszystko jest w porządku”.

Z niewielką pomocą ze strony syna Sharpa (później Roger powiedział: „Można by pomyśleć, że to ten smarkacz samodzielnie wymyślił i napisał tę reklamę”) koncepcję Profesora od Chrupek zatwierdzono i klip zaczął się pojawiać w sobotnie poranki oraz podczas emisji takich cotygodniowych bloków programowych, jak Star Blazers, U.S. of Archie, Hogan’s Heroes oraz Wyspa Gilligana. Spośród wszystkich wyrobów Sharpa chrupki wykazały największy skok sprzedaży, a sam Profesor od Chrupek stał się amerykańską instytucją. Wypowiadana przez niego kwestia: „Bzdura, tutaj wszystko jest w porządku” zaczęła funkcjonować na prawach jednego z tych narodowych powiedzonek, które oznaczają z grubsza to samo, co „tylko spokój może nas uratować” i „nie gorączkuj się”.

Vic i Roger, podjąwszy decyzję o rozkręceniu własnego interesu, przestrzegali ściśle protokołu i nie podejmowali żadnych rozmów ze swoimi dotychczasowymi klientami, dopóki ich związki z Agencją Ellisona nie zostały formalnie — i za obopólnym porozumieniem — rozwiązane. Sześć pierwszych miesięcy w Portlandzie upłynęło im wszystkim w niepewności jutra i nerwowej atmosferze. Tad, synek Vica i Donny, miał dopiero roczek. Donna, która bardzo przeżywała rozstanie z Nowym Jorkiem, była na przemian to przybita, to rozdrażniona, to znów przestraszona. Roger miał stary wrzód — efekt kilkuletnich wojen reklamowych toczonych w Nowym Jorku — i kiedy stracili z Altheą dziecko, ten wrzód się odnowił, przekształcając go w pokątnego popijacza gelusilu. Althea, na ile to było możliwe w tych okolicznościach, nadrabiała miną, ale Donna zauważyła, że z jednego słabego drinka, który żona Rogera zwykła wypijać przed kolacją, zrobiły się dwa przed posiłkiem i trzy po. Obie rodziny, razem i osobno, spędzały już wcześniej wakacje w Maine, ale ani Vic, ani Roger nie zdawali sobie sprawy, ile drzwi zamyka się przed „ludźmi spoza stanu”, jak nazywali nowych przybyszów starzy mieszkańcy.

Roger twierdził, że poszliby niechybnie na dno, gdyby Sharp nie zdecydował się nadal korzystać z ich usług. W siedzibie jego firmy w Clevelandzie nie doszło ostatecznie do zmiany stanowisk. Stary upierał się przy Vicu i Rogerze, a smarkacz (obecnie już czterdziestolatek) chciał z nimi zerwać, argumentując nie bez pewnej racji, że to szaleństwo zdawać się na dwuosobową agencję reklamową oddaloną o sześćset mil od Nowego Jorku. Faktu, że Ad Worx utrzymywała stosunki z nowojorską firmą zajmującą się analizą rynku, smarkacz zdawał się zupełnie nie zauważać, zdawał się również nie zauważać kampanii, jakie Vic i Roger w ciągu ostatnich kilku lat robili dla innych firm.

— Gdyby lojalność była papierem toaletowym — mówił z goryczą Roger — korciłoby cholernie, żeby podetrzeć nią sobie dupy, stary.

Ale wtedy wkroczył stary Sharp i dał im margines czasu, którego tak rozpaczliwie potrzebowali.

— Dawaliśmy sobie jakoś radę przez czterdzieści lat, współpracując z tutejszą agencją reklamową — powiedział — a skoro ci dwaj chłopcy zdecydowali się wynieść z tamtego bezbożnego miasta, to tylko dobrze o nich świadczy.

O to chodziło: stary przemówił. Smarkacz się zamknął. I przez ostatnie dwa i pół roku Ciasteczkowy Strzelec dalej strzelał, George i Gracie dalej jedli Ciasta Sharpa w swoim nieprzytulnym mieszkanku, a Profesor od Chrupek Sharpa dalej zapewniał dzieci, że tutaj wszystko jest w porządku. Faktyczną produkcją klipów reklamowych zajmowało się małe niezależne studio z Bostonu, nowojorska firma analizy rynku świadczyła kompetentnie swoje usługi, a Vic lub Roger trzy czy cztery razy do roku latali do Clevelandu na naradę z Carrollem Sharpem bądź jego smarkaczem — który zdążył już zdecydowanie posiwieć na skroniach. Całą resztę kontaktów na styku klient—agencja prowadzono za pośrednictwem poczty i telefonu. Procedura była może trochę dziwna i z pewnością niewygodna, ale chyba działała dobrze.

I wtedy pojawiły się Malinowe Zingersy.

Chociaż Zingersy weszły na rynek dopiero przed jakimiś dwoma miesiącami, w kwietniu 1980 roku, słuchy o nich dochodziły Vica i Rogera już od pewnego czasu. Większość chrupek Sharpa była lekko dosładzana albo w ogóle niesłodzona. Pełnoziarnista Mieszanka, wkład Sharpa do produkcji „naturalnych” przetworów zbożowych, odniosła spory sukces. Jednak Malinowe Zingersy wymierzone były w ten bardziej łasy na słodycze sektor rynku; były przeznaczone dla tych konsumentów przetworów zbożowych, którzy kupują chrupki w rodzaju Hrabia Czekula, Frankenmalinki, Szczęśliwe Zaklęcia i podobne słodzone produkty śniadaniowe, plasujące się gdzieś między chrupkami i cukierkami.

Na przełomie lata i jesieni 1979 roku w Boise w stanie Idaho, w Scranton w Pensylwanii oraz w ukochanym miasteczku Rogera, czyli w Bridgton w stanie Maine, rozprowadzono z sukcesem pierwszą sondażową partię Zingersów. Roger, wzdrygając się, powiedział Vicowi, że odpędzałby od nich swoje bliźniaczki dziesięciostopowym kijem, chociaż tak naprawdę był rad, dowiedziawszy się od Althei, że dziewczynki aż piszczały, kiedy wypatrzyły Zingersy na półce w Gigeure’s Market.

— Więcej w nich cukru niż ziarna i wyglądają jak odpryski farby ze ściany remizy strażackiej — stwierdził.

Vic pokiwał wtedy głową i odparł niewinnie, nie zdając sobie sprawy, że wymawia to w złą godzinę:

— Kiedy pierwszy raz zajrzałem do pudełka, myślałem, że jest pełne krwi.

•  •  •

— No i co ty na to? — zapytał powtórnie Roger. Podczas gdy Vic przebiegał myślą przygnębiające pasmo ostatnich wydarzeń, zdążył już zmęczyć pół swojej kanapki. Vic był coraz bardziej przekonany, że w Clevelandzie stary Sharp i jego starzejący się smarkacz znowu szykują się do wycięcia im jakiegoś numeru.

— Chyba lepiej będzie spróbować — powiedział.

Roger poklepał go po ramieniu.

— Męska decyzja — pochwalił. — Ale teraz coś zjedz.

Vic nie był jednak głodny.

Zaproszono ich do Clevelandu na jakąś „pilną naradę”, która miała się odbyć trzy tygodnie po czwartym lipca — większość regionalnych przedstawicieli handlowych i dyrektorów Sharpa bawiła na urlopach i trzeba było aż tyle czasu, żeby ich wszystkich zebrać razem. Jeden z punktów porządku dziennego dotyczył bezpośrednio Ad Worx: „Ocena dotychczasowej współpracy” — napisano w liście. A to według Vica oznaczało, że smarkacz wykorzystuje wpadkę z Zingersami, żeby się ich wreszcie pozbyć.

Mniej więcej trzy tygodnie po entuzjastycznym — choć nacechowanym powagą — zaopiniowaniu Malinowych Zingersów na oczach całego kraju przez Profesora od Chrupek Sharpa („Bzdura, tutaj wszystko jest w porządku”) przywiozła do szpitala swoją pociechę pierwsza matka, bliska histerii i pewna, że dziecko ma krwotok wewnętrzny. Dziewczynka, zaatakowana zapewne przez jakiegoś niezbyt groźnego wirusa, zwymiotowała czymś, co jej matka wzięła początkowo za krew.

Bzdura, tutaj wszystko jest w porządku.

Wydarzyło się to w Iowa City w stanie Iowa. Następnego dnia doszło do siedmiu podobnych przypadków. Jeszcze następnego do dwudziestu czterech. Rodzice dzieci dotkniętych wymiotami lub biegunką czym prędzej wieźli je do szpitala, przekonani, że to krwotok wewnętrzny. Wkrótce zjawisko przybrało rozmiary epidemii — liczba przypadków wzrosła do setek, potem do tysięcy. W żadnym z nich wymioty czy biegunka nie były następstwem spożywania chrupek, ale w atmosferze rosnącego skandalu jakoś to przeoczono.

Bzdura, tu na pewno wszystko jest w porządku.

Epidemia rozprzestrzeniła się na cały kraj. Przyczyną okazał się barwnik do żywności, który nadawał Zingersom ich zingersowy, czerwony kolor. Sam barwnik był nieszkodliwy, ale to również przeoczono. Coś jednak było nie w porządku i ciało ludzkie, zamiast przyswajać czerwony barwnik, po prostu przepuszczało go przez siebie. Feralny barwnik zastosowano tylko w jednej partii chrupek, ale była to ogromna partia. Pewien lekarz powiedział Vicowi, że gdyby dziecko, które zmarło po zjedzeniu dużej miski Malinowych Zingersów, poddano sekcji zwłok, stwierdzono by, że jego przewód pokarmowy jest czerwony jak znak stopu. Efekt ten był zdecydowanie przejściowy, ale to również przeoczono.

Roger zaparł się, że jeśli już mają iść na dno, to pójdą, waląc ze wszystkich dział. Zaproponował maratonowe konferencje z przedstawicielami firmy Image-Eye z Bostonu, która produkowała klipy reklamowe. Chciał porozmawiać z samym Profesorem od Chrupek Sharpa, który tak wczuł się w rolę, że cała ta historia załamała go psychicznie. Potem polecieliby do Nowego Jorku, żeby pogadać z ludźmi od marketingu. Miały to być prawie dwa tygodnie w bostońskim hotelu Ritz-Carlton i w nowojorskim UN Plaza, dwa tygodnie, które Vic i Roger spędzą jak na szpilkach, przetrawiając na bieżąco efekty swych zabiegów i jak za starych dobrych czasów urządzając burze mózgów. Roger miał nadzieję zmontować w ten sposób kontrofensywę, która zada bobu staremu Sharpowi i jego smarkaczowi. Zamiast jechać do Clevelandu z podgolonymi karkami przygotowanymi na spadające ostrze gilotyny, pojawią się tam z gotowymi planami batalii mającej na celu odwrócenie skutków afery z Zingersami. Takie były założenia teoretyczne. Obaj jednak zdawali sobie sprawę, że szanse mają raczej nikłe.

Vic miał też inne problemy. Od jakichś ośmiu miesięcy czuł, że między nim a żoną coś zaczyna się powoli psuć, że oddalają się od siebie. Kochał ją wciąż, a Tada wprost uwielbiał, ale sytuacja z trochę niepokojącej zrobiła się zupełnie zła i przeczuwał, że jeśli tak to zostawi, będzie jeszcze gorzej. Ta podróż, wielka wyprawa z Bostonu przez Nowy Jork do Clevelandu, trafiająca się akurat w okresie, kiedy powinni więcej ze sobą przebywać, robić coś wspólnie, nie była może najlepszym pomysłem. Kiedy ostatnio przyjrzał się twarzy Donny, dostrzegł, że czai się w niej coś obcego.

Nocami, kiedy nie mógł zasnąć, a ostatnio takich nocy było coraz więcej, nie dawało mu spokoju pytanie, czy jego żona ma kochanka. Donna i Vic nie sypiali już ze sobą zbyt często, to fakt. Czy znalazła sobie kogoś? Miał nadzieję, że nie.