Wydawca: Bukowy Las Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 352 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Cudowne tu i teraz - Tim Tharp

Czy życie chwilą ma sens?

Sutter Keely to zabawowy gość, który rozrusza największego sztywniaka. W szkole nie jest orłem, kończy właśnie liceum, ale nie planuje studiów i prawdopodobnie spędzi większość życia, składając koszule w sklepie z męską odzieżą.

Trudno. Ważne, że miasto jest pełne dziewczyn, a dzięki alkoholowi życie potrafi być absolutnie fantastyczne. Poza tym napędza go wielkie pragnienie, by pomagać wszystkim, którzy pomocy potrzebują. Jak każdy, o kim mówią „prawdziwa dusza towarzystwa”, Sutter jest też niezwykle czarujący. Ma tyle zalet, że łatwo przegapić fakt, ile i jak często pije.

Pewnego ranka po nocnej balandze Sutter budzi się na obcym trawniku i poznaje Aimee. Aimee nie wie, o co chodzi w życiu. Aimee to towarzyska porażka. Aimee potrzebuje pomocy, więc bohaterski Sutterman podejmuje wyzwanie. Ma plan: pokaże jej, na czym polega dobra zabawa i puści ją wolno, gdy będzie gotowa żyć pełnią życia.

Okazuje się  jednak, że Aimee to dziewczyna inna niż wszystkie, które poznał do tej pory. Nie wiedząc kiedy i jak, Sutter zakochuje się po uszy. Do tego czuje, że po raz pierwszy w życiu ma wpływ na kogoś innego – może mu pomóc, ale może też go zniszczyć…

Szczera, prawdziwa, pełna humoru powieść wciąga tak, że czytelnik nie zdaje sobie nawet sprawy, jak głęboko zanurza się w świat Suttera. Otrzeźwienie i refleksja przychodzą dopiero z zamknięciem książki.

W ekranizacji Cudownego tu i teraz Aimee i Suttera zagrali Shailene Woodley (m.in. Gwiazd naszych wina) i nagrodzony za tę rolę Miles Teller (m.in. Whiplash). Był to jeden z goręcej dyskutowanych filmów Festiwalu Sundance 2013

Powieść z naszej nowej serii wydawniczej MYŚLNIK

„Inteligentna, świetnie napisana powieść. (...) Czytelnicy będą jednocześnie zachwyceni i wściekli na Suttera, którego głos trzyma ich w niewoli i prowadzi do wszechmocnego Teraz”. Publishers Weekly

„Nietuzinkowa powieść Tima Tharpa to echo tragikomicznej walki, którą stacza wielu nastolatków stojących u progu niebezpiecznego świata dorosłych”. School Library Journal

Opinie o ebooku Cudowne tu i teraz - Tim Tharp

Fragment ebooka Cudowne tu i teraz - Tim Tharp

TYTUŁ ORYGINAŁU: The Spectacular Now

Copyright © 2008 by Tim Tharp All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone

Copyright © for the Polish edition and translation by Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o., 2015

ISBN 978-83-64481-92-5

PROJEKT OKŁADKI: Paweł Cesarz FOTOGRAFIA NA OKŁADCE: © Landmark Media/BE&W REDAKCJA: Olga Gitkiewicz KOREKTA: Iwona Gawryś REDAKCJA TECHNICZNA: Adam Kolenda

WYDAWCA: Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o. ul. Sokolnicza 5/76, 53-676 Wrocław www.bukowylas.pl

WYŁĄCZNY DYSTRYBUTOR: Firma Księgarska Olesiejuk Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością Sp.j. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 11, fax 22 721 30 01

Z podziękowaniami dla Lilli Bassett, Shari Spain, Emily, Michele, Katie, Clinta i Padena, jak również dla moich pomocników i konsultantów: Roba, Dave’a, Brandona, Grega, Marka, Billa, Ricky’ego, Johna, Perry’ego, Jona, Danny’ego, Dona, Billy’ego, Roberta B. Goodera, Gobbera i Kal-Kaka

1

Więc tak: jest chwila przed dziesiątą rano, a ja zaczynam czuć przyjemny szum. Teoretycznie powinienem właśnie siedzieć na matematyce, ale zamiast tego sunę w stronę domu mojej pięknej, pulchnej dziewczyny Cassidy. Zerwała się dziś ze szkoły, bo umówiła się do fryzjera. Ktoś musi ją podwieźć – rodzice zabrali jej kluczyki do auta. Cała sytuacja jest nieco przewrotna, wziąwszy pod uwagę to, że konfiskata miała być karą za wagary, na które wybraliśmy się razem tydzień wcześniej.

Tak czy siak, mam w perspektywie naprawdę fantastyczny lutowy poranek. Komu potrzebna algebra? Co z tego, że powinienem starać się poprawić oceny przed majem, bo to ostatnia klasa? Nie należę do gości, którzy planują swoją karierę akademicką od przedszkola. Szczerze mówiąc, nie mam zielonego pojęcia, kiedy zaczyna się lub kończy rekrutacja na wyższych uczelniach. Poza tym moja edukacja nie zaprząta zbytnio głowy moim rodzicom, więc czym się martwić. Przestali przejmować się moją przyszłością od chwili rozwodu, czyli gdzieś w erze prekambryjskiej. Zresztą, gdzieś się przecież dostanę. Choć właściwie po co komu studia? O co tyle zachodu?

Jest pięknie, tu i teraz. To piękno nie chowa się w podręcznikach. Nie jest wynikiem równania. Weźmy dzisiejsze słońce: grzeje, ale nie jest gorąco. Zupełnie nie czuje się zimy. Styczeń i grudzień wyglądały podobnie. Jest absolutnie wspaniale – może przez tydzień było naprawdę zimno. Globalne ocieplenie to nie bujda. Zeszłe lato przygrzało równo. Upał dawał po twarzy jak zawodowy bokser. Czułem, że płonę – cały, po cebulki włosów. Nawet Cassidy powtarzała wtedy: efekt cieplarniany to konkurencja wagi ciężkiej.

Teraz mamy luty; słońce rzuca doskonale czyste światło, które sprawia, że wszystko, na co się patrzy – niebo, konary drzew, klinkier na ścianach podmiejskich domów – wydaje się idealnie czyste. Można odnieść wrażenie, że powietrze przeszło przez mocny filtr. Wdycha się kolory, które przenikają wprost do krwiobiegu. Człowiek sam staje się tymi kolorami.

Nie lubię pić czystej whisky, więc parkuję przed fast foodem i kupuję dużą butelkę 7upa. Przy budce telefonicznej przed wejściem stoi jakiś dzieciak. Wygląda poważnie, choć ma nie więcej niż sześć lat. Jest ubrany w zwykłą bluzę z kapturem i dżinsy; włosy sterczą mu na wszystkie możliwe strony. Nie przypomina lalusia, skarbeczka mamusi w firmowych ciuszkach, z fryzurą wzorowaną na bohaterze popularnego serialu. Żaden z nich nie miałby pojęcia, co zrobić z dziewczyną, nawet gdyby dostał ją w pudełku, z instrukcją obsługi wypisaną na pudełku. Co nie przeszkadza im strugać ważniaków.

Krótko mówiąc, coś mnie w chłopaku urzeka.

– Hej, gościu, nie powinieneś być w szkole czy coś? – zagaduję.

A on na to:

– Masz pożyczyć dolara?

– A po cóż ci ten dolar, młody człowieku?

– Chcę kupić batonik na śniadanie.

Intrygujące. Batonik na śniadanie? Chłopak znów plusuje, nie da się ukryć. Proponuję, że postawię mu śniadaniowe burrito, na co młody przystaje, zaznacza jednak, że chce też batonika. Kiedy wychodzimy na zewnątrz, rozglądam się po ulicy, próbując ocenić, z jakim natężeniem ruchu będzie się zmagał w swojej wędrówce mój nowy kolega. Mieszkamy w miejscowości na południe od Oklahoma City – oficjalnie jest to zupełnie odrębne miasto, ale przy tej gęstości zabudowy trudno powiedzieć, gdzie kończy się jedno, a zaczyna drugie. Generalnie samochodów tu nie brakuje.

– Słuchaj – zaczynam, a z burrito młodego, prosto na bluzę, skapuje żółtko jajka. – Masz przed sobą całkiem ruchliwe skrzyżowanie. Może bym cię podwiózł, gdziekolwiek się wybierasz, zanim jakiś tir przewalcuje cię na płasko jak pierwszą lepszą wiewiórkę?

Chłopak mierzy mnie uważnie wzrokiem – właściwie zupełnie jak wiewiórka, która zastanawia się, czy czmychnąć już, czy dopiero za chwilę. Raczej wzbudzam zaufanie. Moje ciuchy nie mają żadnego stylu: znoszone, ale nie rozpadające się dżinsy i adidasy, koszulka z napisem „Ole!”. Mam brązowe włosy, na tyle krótkie, że nie wymagają przesadnie częstych spotkań z grzebieniem. Całości dopełnia niewielka przerwa między górnymi jedynkami, która nadaje mi poczciwy, przyjazny wygląd – przynajmniej tak mówią. Po prostu nie wyglądam strasznie.

Dzieciak najwyraźniej postanowił zaryzykować, bo wskakuje już na fotel pasażera mojego mitsubishi lancera. Mam to auto od roku. Srebrne, z czarnym wnętrzem. Nie jest nowe, ale sam fakt jego posiadania jest wystarczająco fantastyczny.

– Nazywam się Sutter Keely – przedstawiam się. – A ty?

– Walter – rzuca chłopak z ustami pełnymi jedzenia.

Walter. Ciekawe. Nie spotkałem jeszcze dziecka o imieniu Walter. Tak nazywają się starsi goście, ale przecież oni też musieli być kiedyś mali.

– W takim razie posłuchaj, Walterze – zaczynam. przede wszystkim powinieneś wiedzieć, że nie wsiada się do samochodu z nieznajomymi.

– Wiem – odpowiada chłopiec. – Pani Peckinpaugh mówiła nam na lekcjach.

– Bardzo dobrze. Pamiętaj o tym na przyszłość – przestrzegam go.

– Dobrze. A kto to ten nieznajomy?

Parskam śmiechem. „A kto to ten nieznajomy?” Udał się chłopak. Jego sześcioletni umysł nie jest w stanie pojąć, że ludzie mogą być niebezpieczni tylko dlatego, że się ich nie zna. W jego głowie musi się roić od złowieszczych obrazów klasycznego „nieznajomego”: w czarnym kapeluszu i powłóczystym płaszczu, z blizną na policzku, długimi paznokciami i zębami jak u rekina. Jeśli się nad tym zastanowić, ma to sporo sensu. Sześciolatki nie spotykają zbyt wielu różnych ludzi. Brak zaufania do dziewięćdziesięciu dziewięciu procent społeczeństwa musiałby być dla dzieciaków przytłaczający.

Zaczynam wyjaśniać mojemu małemu koleżce, o co chodzi, ale jego zdolność koncentracji nie jest imponująca; rozprasza go widok whisky, którą wlewam do papierowego kubka z 7upem.

– Co to? – pyta.

Tłumaczę, że to kanadyjska seagram’s. Chłopak chce wiedzieć, dlaczego wlewam ją do napoju.

Jego wielkie, okrągłe oczy patrzą na mnie z autentycznym zainteresowaniem. Jest naprawdę ciekaw. Mam go tak po prostu okłamać?

– Lubię to połączenie. Ma gładki, jakby lekko dymny smak. Kiedyś wolałem burbon – Jim Beam, Jack Daniels – ale jeśli zależy ci na przyjemnym, powolnym, całodniowym szumie, to burbon jest odrobinę za ostry. Mnie osobiście wydaje się też, że bardziej czuć go w oddechu. Próbowałem też Southern Comfort, ale to dla mnie zbyt słodkie. Tak, teraz istnieje dla mnie wyłącznie kanadyjska whisky. Chociaż nie mam nic przeciwko przyzwoitemu martini.

– Co to martinina? – dziwi się dzieciak. Czuję, że gra w pytania może trwać długo, a ja nie mam tyle czasu. To dobry chłopak, ale nie mogę spędzić poranka na wprowadzaniu go w tajniki sztuki barmańskiej. Czeka na mnie dziewczyna, która nie słynie z cierpliwości.

– Słuchaj, musimy jechać. Gdzie cię zawieźć? – pytam.

Młody przeżuwa ostatni kęs burrito, przełyka i mówi z prostotą:

– Na Florydę.

Nie potrafię z głowy podać odległości co do kilometra, ale jesteśmy w Oklahomie, a Floryda leży co najmniej pięć stanów stąd. Wyjaśniam to mojemu pasażerowi. Odpowiada, że w takim razie mogę go wysadzić na końcu miasta, a resztę przejdzie na piechotę. Jest śmiertelnie poważny.

– Uciekłem z domu – dodaje.

Coraz bardziej mi się podoba. Ucieka z domu na Florydę! Biorę łyk 7upa z domieszką whisky i widzę to: wielką, pomarańczową kulę zanurzoną w najbardziej niebieskim oceanie świata, w otoczeniu palm padających na kolana przed ognistym majestatem słońca.

– Walterze, czy mogę zapytać, dlaczego właściwie uciekasz?

Wbija wzrok w deskę rozdzielczą.

– Przez mamę mój tata musiał się wyprowadzić. Teraz mieszka na Florydzie.

– Słabo. Współczuję, mały człowieku. I doskonale rozumiem. Mnie przydarzyło się to samo, kiedy byłem takim łepkiem jak ty.

– I co zrobiłeś?

– Byłem nieźle wkurzony. Mama nie chciała mi powiedzieć, gdzie jest tata. Nie uciekłem z domu, ale zdaje się, że jakoś wtedy podpaliłem drzewo, które rosło na naszym podwórku. Nie do końca pamiętam, dlaczego to zrobiłem, ale efekt był imponujący.

Dzieciak wyraźnie się ożywia.

– Naprawdę podpaliłeś prawdziwe drzewo?

– Nie traktuj tego jak zachęty – mówię szybko. – Za takie akcje można mieć niezłe kłopoty. Chyba nie chcesz, żeby strażacy się na ciebie wściekli?

– Nie chcę.

– No właśnie. Ale wracając do ucieczek z domu: rozumiem, o co ci chodzi. Mógłbyś odwiedzić tatę, po drodze przeżyć parę przygód, tego typu bajery. Mógłbyś pluskać się w oceanie. A jednak, mówiąc szczerze, będę ci to odradzał. Floryda jest za daleko. Na piechotę może być ciężko. Po drodze nie ma sklepów na każdym skrzyżowaniu. Skąd będziesz brał jedzenie?

– Będę polował.

– To jest jakiś pomysł. Masz strzelbę?

– Nie.

– Nóż? Wędkę?

– Mam kij bejsbolowy, ale zostawiłem go w pokoju.

– No i właśnie. Jesteś nieprzygotowany. Powinniśmy wrócić do twojego domu i go zabrać.

– Ale w domu jest mama. Myśli, że jestem w szkole.

– Nic się nie przejmuj. Pogadam z nią. Wszystko wyjaśnię.

– Serio?

– Jasna sprawa.

2

Jestem już spóźniony pięć minut na spotkanie z dziewczyną, ale przynajmniej tym razem to uzasadnione. Cassidy – pierwsza aktywistka w okolicy – nie może mieć pretensji o to, że postanowiłem zająć się dzieciakiem, prawda? Zachowałem się jak zawodowy pracownik socjalny. Mama Waltera na pewno będzie mi wdzięczna.

Niestety Walter nie pamięta swojego adresu. Wcześniej nie chodził na piechotę do sklepu, pod którym go spotkałem. Pamięta tylko, że na podjeździe przed domem na rogu jego ulicy stoi przerażająca czarna furgonetka bez kół. Jeździmy więc w tę i we w tę po okolicy. Wypatruję furgonetki.

Jak na sześciolatka, chłopak ma gadane. Ukuł nawet teorię, według której Wolverine z X-Menów to ten sam gość, który zbiera śmieci na jego ulicy. Opowiada też o grubym, rudym chłopaku o imieniu Clayton, który chodzi do jego szkoły i lubi deptać po cudzych stopach. Któregoś dnia musiały mu się znudzić dziecięce piski i postanowił dla odmiany nadepnąć na nogę nauczycielowi. Kiedy Walter widział Claytona po raz ostatni, pani Peckinpaugh ciągnęła go za nadgarstek w dół korytarza, tak że zamiatał podłogę zadkiem.

– O tak – przyznaję z zadumą. – Szkoła to dziwne miejsce. Zapamiętaj jednak, że dziwny nie znaczy zły. Przyjmij każdą osobliwość z otwartymi ramionami.

Aby zilustrować swoje słowa, opowiadam mu o Jeremym Holtzu i gaśnicy. Znałem go z podstawówki, w porządku chłopak, sypał dowcipami jak z rękawa. Jednak później, mniej więcej wtedy, kiedy jego brat zginął na wojnie w Iraku, zaczął się zadawać z „nieodpowiednim towarzystwem”. Nie żebym od czasu do czasu sam nie zadawał się ze złym towarzystwem, ale taki już jestem – potrafię dogadać się z każdym.

Jeremy się zmienił. Dostał trądziku i zaczął dręczyć nauczycieli. Pewnego dnia wydał z siebie ostentacyjne ziewnięcie na lekcji historii. Pan Cross skomentował, że w ten sposób pokazuje tylko, jak źle go wychowano. To było dla chłopaka zbyt wiele. Wstał i bez słowa wyszedł z klasy. Nie minęła minuta, kiedy wpadł z powrotem z gaśnicą w rękach, wypuszczając kłęby piany na prawo i lewo, metodycznie, jak gdyby nigdy nic. Był jak chodząca śnieżyca. Wszyscy w ostatnich rzędach oberwali mocno, podobnie jak cały tył klasy. Nauczyciel próbował interweniować, ale Jeremy strzelił w niego pianą z taką zajadłością, jakby chciał powiedzieć: „Proszę bardzo, panie Cross. Ma pan swoje pieprzone złe wychowanie”.

– Stary Jeremy oszczędził mnie – kończę opowieść. – Wiesz dlaczego?

Walter kręci głową.

– Dlatego, że przyjmuję to, co dziwne, z otwartymi ramionami.

Nie wiem, iloma ulicami musieliśmy przejechać, zanim w końcu trafiamy na straszną czarną furgonetkę bez kół. Okolica nie jest szczególnie zła. Po prostu w tej części miasta trudno nie natknąć się na samochód na klockach. Dom, w którym mieszka Walter, wygląda naprawdę porządnie: to jednopiętrowy, typowy podmiejski budynek, z porządnym fordem explorerem na podjeździe.

Chłopak wchodzi za mną na werandę po chwili namawiania i sprawia wrażenie przestraszonego, kiedy dzwonię do drzwi. Czekamy dłuższą chwilę, wreszcie otwiera jego mama. Patrzy na mnie, jakbym był mormonem albo akwizytorem, który zaraz spróbuje jej wcisnąć najnowszy model odkurzacza. Jedno trzeba jej przyznać – jest naprawdę niezła. Wygląda tak młodo, że nawet ciężko o niej myśleć w kategoriach MILF.

Na widok syna wypada na zewnątrz i atakuje go klasycznym: „Dlaczego nie jesteś w szkole, młody człowieku?”. Mały wygląda, jakby chciał zwiać albo wybuchnąć, więc postanawiam się wtrącić.

– Przepraszam panią, ale Walter jest dziś nieco zdenerwowany. Spotkałem go pod sklepem spożywczym. Mówił, że wybiera się na Florydę.

Wzrok kobiety pada na mój wielki kubek z 7upem.

– Chwileczkę – mówi, mrużąc podejrzliwie oczy. – Czy ty piłeś?

Rzucam poirytowane spojrzenie kubkowi z napojem, zupełnie jakby był moim tajnym partnerem, który właśnie zdradził, że jestem szpiegiem.

– Nie, nie piłem. – Idę w zaparte.

– Ależ owszem. – Matka Waltera robi krok w moją stronę i pozwala drzwiom zamknąć się z trzaskiem. – Czuję alkohol w twoim oddechu. Piłeś i w tym stanie woziłeś samochodem mojego małego synka.

– Nie to jest w tej chwili najważniejsze – próbuję zmienić temat. – Skupmy się na Walterze.

– Nie będziesz mi tu przyłaził, pijaku, i opowiadał, jak mam wychowywać syna. Walter, do domu.

Chłopak patrzy na mnie błagalnie. Na jego twarzy maluje się poczucie klęski.

– Walter, ale już!

Bardzo chciałbym jej nagadać. O tym, że gdyby bardziej na niego uważała, nie próbowałby uciekać na Florydę. Ale wiem, że nie mogę tego zrobić. Od incydentu ze spalonym drzewem udawało mi się unikać spotkań z policją i nie zamierzam pozwolić, by ta wściekła, seksowna, dwudziestopięcioletnia matka zmieniła ten stan rzeczy.

Mówię więc tylko, zerkając na niewidzialny zegarek na nadgarstku:

– Ależ ten czas leci! Nie chcę się spóźnić na lekcję religii.

Kobieta odprowadza mnie wzrokiem z werandy aż do samochodu. Na pewno zapamiętała już numery rejestracyjne mojego wozu, na wszelki wypadek, gdybym próbował zrobić jakieś głupstwo. Nie mogę tak zostawić Waltera. To byłoby wbrew mojej naturze.

– Twój syn cierpi – mówię powoli, jednocześnie otwierając drzwiczki auta. – Tęskni za ojcem.

Kobieta schodzi z werandy. Przez jej twarz przebiega grymas, jakby moje słowa trafiły w czuły punkt.

Wsiadam do mojego mitsubishi i przekręcam kluczyk. W ostatniej chwili opuszczam okno i dodaję:

– Hej, na twoim miejscu nie zostawiałbym Waltera sam na sam z tym drzewem na waszym podwórku.

3

To oficjalne: jestem spóźniony do Cassidy jak cholera. Spóźniony jak najgorszy chłopak świata. Będzie na mnie patrzeć z tą swoją skwaszoną miną, jakbym był rozpuszczonym bachorem, a nie jej facetem. W porządku. Nie należę do gości, którzy kulą się na samą myśl o tym, że ich panna będzie się na nich wściekać. Owszem, w napadzie złości Cassidy potrafi być cięta, ale to nic, czego nie byłbym w stanie znieść. Traktuję to jak wyzwanie. Wyobrażam sobie, że gram w filmie kung-fu i muszę unikać zabójczych shurikenów, którymi ciska w moim kierunku. Ona jest warta wszelkich starań.

Cassidy jest idealna. Chodzę z nią już o dwa miesiące dłużej niż z każdą poprzednią. Jest mądra, dowcipna i oryginalna, a do tego potrafi wypić całe piwo szybciej niż większość moich kumpli. Jakby tego było mało, jest absolutnie piękna. Klapsożądnopiękna. Czyste kolory. Wysoka rozdzielczość. Skandynawski blond, oczy niebieskie jak fiordy, skóra jak lody waniliowe, płatki kwiatów, a może lukier? Nic nie jest w stanie oddać tego odcienia. Na sam widok włosy stają mi dęba. Oczywiście wierzy w astrologię, ale nawet to niespecjalnie mi przeszkadza. Dziewczyny tak już mają. Lubię sobie wyobrażać, że konstelacje i znaki zodiaku krążą wokół niej nieustannie.

Cassidy wyróżnia jej tusza. Jest wprost przepięknie okrągła. I nie używam słowa „gruba” w znaczeniu negatywnym, serio. W porównaniu z nią modelki z gazet są jak wysuszone szkielety. Ma doskonałe proporcje. Jest jak Marilyn Monroe, której boskie krągłości zostały powiększone trzykrotnie za pomocą pompki. Gdy przesuwam palcami po ciele Cassidy, czuję się jak admirał Byrd, eksplorator niezbadanych terytoriów.

Nie otwiera, ale na pewno jest w środku. Słyszę muzykę – głośną i wściekłą. Tylko dlatego, że spóźniłem się jakieś pół godziny, każe mi czekać na wycieraczce i raz po raz wciskać przycisk dzwonka. Po mniej więcej trzech minutach idę do auta i przynoszę whisky i kubek, po czym idę z nimi na tyły domu. Siadam przy stole na tarasie, odświeżam drinka i zastanawiam się, jaki powinien być mój następny ruch. 7up zrobił się całkiem mocny i solidny łyk przynosi mi pewien pomysł. Okno w sypialni Cassidy musi być uchylone, bo pewnie siedzi w środku i pali papierosy. Jest sprytna, ale ja jestem sprytniejszy.

Muszę jednak przyznać, że wspinaczka na górę nie należy do łatwych. Robiłem to już kiedyś, ale wtedy miałem na sobie tylko kąpielówki i prawie zwaliłem się na łeb. Na szczęście dziś mam ze sobą całe mnóstwo whisky, która pomoże mi uzyskać niezbędną równowagę.

Nie jest trudno podciągnąć się na rosnące pod oknem drzewo – magnolię o nisko osadzonych gałęziach – ale już wspięcie się na samiuśki czubek, z kubkiem pełnym 7upa w zębach, to zupełnie inna para kaloszy. Łatwo nie jest. Muszę chwycić się anorektycznej gałązki i pozwolić jej opaść pod moim ciężarem tak, by dotknęła skraju dachu. Przez sekundę mam niemal pewność, że zaraz spadnę i nadzieję się brzuchem na stojący pode mną grill ogrodowy.

Gdy udaje mi się bezpiecznie dostać na dach, nie oznacza to wcale końca zabawy, bo dach domu mojej dziewczyny ma skandaliczne nachylenie. Podałbym konkretny kąt, ale nie jestem z orłem z geometrii. Na szczęście moje buty mają gumowe podeszwy, więc niczym pająk czołgam się pod jej okno. Udaje mi się nawet niczego nie zrzucić.

Mógłbym cieszyć się z tego niewątpliwego sukcesu w duchu. Ale przecież to za mało.

Wyjmuję kubek spomiędzy zębów, pociągam duży łyk zwycięstwa. Kubek wypada – kto by się spodziewał – leci w dół po szarych dachówkach i spada na ziemię. Whisky i 7up chlapią na prawo i lewo.

Odruch każe mi rzucić się kubkowi na ratunek – w konsekwencji puszczam parapet. Potem wszystko dzieje się już bardzo szybko: zjeżdżam po dachu głową w dół, desperacko próbując złapać za cokolwiek. Przed podzieleniem losu 7upa ratuje mnie rynna. Chwytam się jej mocno i pewnie mógłbym poczuć się bezpiecznie, gdyby nie fakt, że nie jest ona w najlepszym stanie. Oddycham głęboko i słyszę cichy jęk. Jęk zmienia się w zgrzyt. Zgrzyta głośniej i głośniej, aż wreszcie rynna odrywa się od mocowania i już nic nie powstrzyma mnie od upadku.

Katastrofa jest nieunikniona. Oczyma wyobraźni widzę już własną trumnę. Dobrze czułbym się w czerwonej. Albo w kratę. Z wnętrzem wykładanym gniecionym aksamitem. Lecz oto nagle, w ostatniej chwili, udaje mi się zacisnąć palce mocniej, przyciągnąć rynnę i opuścić się na taras. Mimo to moja kość ogonowa mocno odczuwa impet uderzenia, podobnie język, którego końcówkę bezwiednie przygryzam. Kiedy otwieram oczy, widzę Cassidy, która stoi w drzwiach tarasowych i przygląda mi się z otwartymi ustami zastygłymi w przerażeniu.

Nie o mnie się martwi, o nie. Rozsuwa drzwi z hukiem i nachyla się nade mną, biorąc się pod boki. Grymas na jej twarzy mówi jedno: „Jesteś idiotą”. Bez słów odpowiadam: „Hej, to był wypadek”.

– Czyś ty kompletnie oszalał?! – wrzeszczy. – To nie było fajne, Sutter. Nie wierzę, że to zrobiłeś. Popatrz na tę rynnę.

– Nawet odrobinę nie martwisz się stanem mojego kręgosłupa? Mogłem coś złamać.

– Chciałbyś – prychnęła, nie odrywając oczu od dachu. – Niby co mam powiedzieć rodzicom?

– To, co zawsze: nie wiesz, co się stało. To tekst, który się sprawdza nawet w krzyżowym ogniu pytań.

– Na wszystko masz odpowiedź, panie Mądraliński. Niby co teraz robisz?

– Podnoszę rynnę, nie widać?

– Zostaw wszystko tak, jak jest. Może pomyślą, że sama odpadła.

Posłusznie puszczam kawałek rury i sięgam po pusty kubek.

– Tylko mi nie mów, że w środku była whisky – mówi powoli.

– Owszem – przyznaję. – Z odrobiną 7upa.

– Powinnam była się domyślić – wzdycha, zerkając na prawie pełną butlę, która stoi na stoliku na tarasie. – Dziesiąta rano to wcześnie na picie, nawet jak na ciebie.

– Ej, nie jestem pijany. Może leciutko wstawiony. Poza tym wczoraj wieczorem nie wypiłem ani kropli, więc to właściwie tak, jakbym nadrabiał zaległości. Pomyśl o tym w ten sposób.

– Wiesz, że przez ciebie spóźniłam się do fryzjera? – odpowiada Cassidy i wchodzi do domu.

Zwijam butelkę ze stolika i pędzę za nią.

– I tak nie rozumiem, czemu chciałaś ściąć włosy. Są takie piękne. Lubię patrzeć, jak falują na lewo i prawo, kiedy idziesz. Lubię, jak opadają na mnie, kiedy jesteś na górze.

– Świat nie kręci się wokół ciebie, Sutter. Chcę coś zmienić. Nie potrzebuję do tego twojej zgody.

Cass siada na stołku przy domowym barze, który oddziela część kuchenną od salonu. Ma skrzyżowane ramiona i unika mojego wzroku.

– Fryzjer nie lubi klientów, którzy nie przychodzą na umówione spotkania. Dla niego to strata pieniędzy. Ale jestem przekonana, że nic cię to nie obchodzi. Myślisz wyłącznie o sobie.

W tym momencie wkraczam z opowieścią o Walterze. Kiedy kończę, przede mną stoją dwa drinki, a Cassidy nie siedzi już ze skrzyżowanymi ramionami. Zmiękła, ale nie jest jeszcze gotowa, by całkowicie mi wybaczyć, więc podsuwam jej szklankę. Nie wręczam jej bezpośrednio, by nie mogła mi odmówić.

– Okej – mówi powoli. – Zdaje się, że choć raz, dla odmiany, zrobiłeś coś pożytecznego. Mimo to mogłeś zadzwonić i uprzedzić, że się spóźnisz.

– Zrobiłbym to, ale zgubiłem telefon.

– Znowu? To już trzeci w tym roku.

– Jakoś nie chcą się mnie trzymać. Poza tym nie uważasz, że urządzenie, które towarzyszy ci wszędzie i pozwala innym namierzyć cię, kiedy tylko chcą, jest bardzo w stylu Roku 1984? To jawny ucisk, któremu musimy się przeciwstawić! Ty będziesz Trockim, a ja Che Guevarą.

– To w twoim stylu – odpowiada. – Próbujesz wywinąć się dowcipkowaniem. Czy zastanawiałeś się kiedykolwiek, co to właściwie znaczy być z kimś w związku? Rozumiesz takie pojęcia, jak budowanie zaufania i zaangażowanie?

A więc czas na wykład. Jestem przekonany, że jej słowa mają wiele sensu. Wypowiedź ma przemyślaną strukturę i kilka mocnych punktów. W formie wypracowania zasługiwałaby na najwyższą ocenę. Nie potrafię się jednak skupić na tym, co mówi moja dziewczyna, kiedy siedzi tak blisko mnie i wygląda tak, jak wygląda.

Jej fantastyczne kolory zaczynają na mnie działać, przedzierając się przez skórę, elektryzując mój układ krwionośny, wysyłając mocne iskry do podbrzusza. Pociągam długi łyk whisky, ale jest już za późno: zaczyna mi stawać. Wspominam tu o tym tylko dlatego, że mam pewną teorię, według której wzwód jest główną przyczyną seksizmu w dziejach ludzkości. Naprawdę ciężko skupić się na słowach kobiety, choćby były mądre, głębokie i prawdziwe, kiedy między nogami coś ci rośnie.

Właśnie dlatego większość facetów ma przedstawicielki płci pięknej za słodkie, puste stworzonka, dobre do przytulania. Ale to nie kobiety są puste. W ich obecności z mózgu mężczyzny robi się owsiana papka. Przedstawiciele płci brzydkiej potrafią tylko siedzieć i gapić się na dziewczynę, nie przykładając absolutnie żadnej wagi do jej słów. Zakładają, że to, co mówi, musi być urocze. Laska może opowiadać o fizyce kwantowej, ale facet będzie słyszał tylko dziecięcą paplaninę.

Wiem, że tak jest, bo wielokrotnie sam się na tym łapałem. W tej chwili też właśnie tak się czuję. Cassidy z powagą wykłada mi swoją teorię na temat związków, ale jedyne, na co mam ochotę, to pocałować jej szyję, zdjąć z niej ten sweter, by ucałować również jej piersi i brzuch, zostawiając niewielkie ślady na białej skórze, czerwone niczym róże w śniegu.

– Skoro nie stać cię nawet na coś tak prostego – mówi – wydaje mi się, że ciągnięcie tego nie ma sensu. Mamy szansę na naprawdę, naprawdę dobry związek. Ale mam dość, Sutter. Mówię to po raz ostatni. Czy jesteś w stanie mi to obiecać?

Ups. Mamy problem. O co jej może chodzić? Może chce, żebym założył sukienkę i szpilki. To chyba nie najlepszy moment, by wyłożyć jej moją teorię o wpływie erekcji na skupienie uwagi.

– Wiesz, że zrobiłbym dla ciebie wszystko, Cassidy – odpowiadam ostrożnie.

– Mówisz, że zrobiłbyś dla mnie wszystko – odparowuje i mruży podejrzliwie oczy.

– Hej, przed chwilą wspiąłem się po dachu na wysokość drugiego piętra. Dla ciebie? Dla ciebie! Również z twego powodu obiłem sobie tyłek. Jeśli chcesz, stanę na głowie i dopiję whisky do góry nogami. Wystarczy jedno twoje słowo.

– Nie trzeba – parska i bierze łyk swojego drinka. Już wiem, że ją kupiłem. Wchodzę do salonu, stawiam szklankę na dywanie i staję na głowie, podpierając się plecami o bok kanapy. Czuję lekki helikopter, ale co to dla mnie: chwytam drinka i wykańczam go jednym, potężnym, odwróconym łykiem. Przy okazji tracę równowagę i lecę w dół, jak wieżowiec, który składa się przy wyburzaniu.

Cassidy wybucha śmiechem, aż miło na nią popatrzeć. Unoszę zawadiacko brew i patrzę na nią zaczepnie, robiąc niewinną minkę. Cass pociąga łyk.

– Jesteś idiotą, ale moim idiotą.

– A ty moją fantastyczną kobietą – odpowiadam. Wyjmuję z jej dłoni szklankę i odstawiam ją na blat. Rozszerza nogi tak, bym mógł stanąć między nimi. Odsuwam włosy z jej twarzy i przeciągam palcem po jej ramieniu.

– Twoje oczy są jak dwa niebieskie wszechświaty. Wpadam w nie bez opamiętania, lecę bez spadochronu. Nie jest mi potrzebny, bo i tak nigdy nie uderzę o ziemię – szepczę.

Wtedy łapie mnie za koszulkę i przyciąga do siebie. To druga strona medalu. Słaby punkt płci pięknej. Kiedy facet zaczyna mięknąć i mówić jak kretyn, kobiecie uruchamia się instynkt opiekuńczy. Oto staje przed nią niewinny głuptasek, który nie potrafi wyobrazić sobie życia bez niej. Dziewczyna rozpływa się w słodyczy, chłopak rozpływa się w słodyczy – pozamiatane.

Jeśli miałbym użyć jednego słowa, by opisać, jaka Cassidy jest w łóżku, byłoby to słowo „tryumfująca”. Gdyby seks był dyscypliną olimpijską, zdobyłaby złoty medal, nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Stałaby na najwyższym stopniu podium z ręką na sercu, wyśpiewując hymn narodowy. Po ceremonii spotkałaby się z komentatorami w studiu telewizyjnym i opowiadała o sekretach swojej techniki.

Wiem, że mam szczęście. Wiem, że kiedy to robimy, ocieram się o absolut i staję się częścią kosmosu. Mimo to wyczuwam ciemną szczelinę, która otwiera się coraz szerzej w głębi mojej klatki piersiowej. Na razie jest cienka jak włos i bardzo chcę, żeby taka pozostała. Może chodzi o ultimatum, które postawiła mi Cassidy? „Mam dość, Sutter” – powiedziała. „Mówię to po raz ostatni”. Tylko co właściwie chciała, żebym zrobił?

To głupota przejmować się tym teraz, kiedy leżę w świeżej pościeli w motyle razem z moją piękną, okrągłą dziewczyną. Na szafce nocnej czeka podwójna whisky. Życie jest cudowne. Nie myśl o ciemności. Napij się i pozwól, by fala czasu zabrała mrok tam, gdzie czas zabiera wszystko inne.

4

Dobrze, zgoda, może faktycznie piję odrobinę więcej niż wypadałoby, ale nie jestem alkoholikiem. Nie ma mowy o uzależnieniu. Traktuję picie jak hobby, sposób na rozrywkę w starym stylu. Kiedyś użyłem dokładnie tych słów, by wytłumaczyć to tej katolickiej sztywniarze, Jennifer Jorgenson, na co ona stwierdziła: „Ja potrafię się dobrze bawić bez alkoholu”. Odpowiedziałem: „Ja też nie potrzebuję przejażdżki na rollercoasterze, żeby się dobrze bawić, ale i tak od czasu do czasu chodzę do wesołego miasteczka”.

Na tym polega główny problem antynarkotykowych i antyalkoholowych programów profilaktycznych, których założenia wtłacza się nam do głów od pierwszej klasy podstawówki. Żaden z jego autorów nie przyznaje, że używki dają przyjemność. To odziera ich z wszelkiej wiarygodności. Każdy dzieciak – poza istotami pokroju Jennifer Jorgenson – wyczuje ściemę na kilometr. Profilaktyczne treści są tak autentyczne jak żona pastora z powiększonymi cyckami.

Kilka razy wypełniałem kwestionariusze internetowe, które pozwalają ocenić, czy ma się problem z alkoholem: Czy sięgasz po drinka z samego rana, na rozruch? Czy irytują cię komentarze innych, którzy zarzucają ci, że pijesz zbyt wiele? Czy zdarza ci się pić alkohol w samotności? I tym podobne.

Punkt pierwszy: owszem, czasem piję rano, ale nie dlatego, że muszę. Podoba mi się zmiana tempa, którą daje alkohol. Cieszę się każdym nowym dniem; jeśli ktoś tego nie potrafi, to równie dobrze może już teraz położyć się na wznak, skrzyżować ręce na piersi i podziwiać wzory na wieku trumny.

Punkt drugi: a kogo nie irytuje cudze czepialstwo? Czasem wystarczy, że wypijesz jedno piwo, które wyczuje w twoim oddechu matka, by twój głupi ojczym wcielił się w złego policjanta i zaczął cię przepytywać. Dobrego policjanta nie ma. Jest na urlopie. Naprawdę ma mi się to podobać?

I wreszcie punkt trzeci: a dlaczego picie w samotności jest takie złe? Przecież nie jestem delirykiem, który wlewa w siebie najtańszy płyn po goleniu, schowany za budynkiem zajezdni autobusowej. Powiedzmy, że dostajesz karę, siedzisz w domu, oglądasz telewizję albo grasz na komputerze w swoim pokoju – kilka drinków może cię tylko ocalić przed kompletnym pomieszaniem zmysłów. Albo inna sytuacja: jest weekend, ale wszyscy twoi znajomi są uziemieni. Wypijasz trzy, cztery piwa, siedząc na parapecie i słuchając muzyki z iPoda przed pójściem spać. Co w tym złego?

Moim zdaniem wszystko zależy od nastawienia. Jeśli właśnie zostawiła cię dziewczyna i ładujesz w siebie whisky tak długo, aż twoja szyja staje się jak z gumy, a czoło opada ci na pierś i nagle jest zbyt ciężkie, by je od niej oderwać, to owszem: masz problem z alkoholem. Mnie to nie dotyczy. Nie piję, by zapomnieć, nie piję, by coś ukryć, nie piję, by od czegoś uciec. Niby czego miałbym się obawiać?

Nie, dla mnie spożywanie alkoholu to wyzwolenie kreatywności, sposób na poszerzenie horyzontów. To w pewnym sensie działanie o charakterze edukacyjnym. Kiedy piję, świat nabiera innego wymiaru, rozumiem moich przyjaciół na głębszym poziomie. Muzyka, której słucham, przenika mnie całego, otwiera mój umysł. Słowa i pomysły, na które nigdy nie wpadłbym na trzeźwo, wylatują ze mnie stadami, niczym egzotyczne ptaki. Kiedy oglądam telewizję po pijaku, wymyślam teksty tysiąc razy lepsze od tych założonych w scenariuszu. Staję się zabawny, ale i pełen współczucia dla innych. Zachwycam się pięknem stworzonym przez Boga i tryskam poczuciem humoru.

Jestem bożym pijaczyną.

Może tego nie znacie – to z kawałka Jimmy’ego Buffetta, God’s Own Drunk. Opowiada o gościu, który upija się tak bardzo, że odczuwa miłość do świata w całej jego okazałości. Żyje w harmonii z naturą. Nie czuje za to strachu przed absolutnie niczym, nie przeraża go nawet gigantyczny, trzystukilowy niedźwiedź, który ma chrapkę na jego whisky.

Mój ojciec – prawdziwy, a nie Geech, mój durny ojczym – uwielbiał Jimmy’ego Buffetta. KOCHAŁ go. Margaritaville, Livingston Saturday Night, Defying Gravity, The Wino and I Know, Why Don’t We Get Drunk and Screw – puszczał te piosenki na okrągło. Do tej pory robi mi się przyjemnie, gdy usłyszę którąś z nich.

W gruncie rzeczy pierwszego drinka spróbowałem właśnie w towarzystwie ojca. Działo się to przed rozwodem, mogłem mieć najwyżej sześć lat. Poszliśmy razem na trzecioligowy mecz baseballa na stary stadion, który stał przy wesołym miasteczku, zanim wybudowano nowy w Bricktown. Prócz mojego taty i mnie było z nami dwóch jego kumpli, Larry i Don. Świetnie pamiętam tych gości. Byli duzi, głośni i zabawni.

Mój tata też nie należał do ułomków – budował domy. Czy był przystojny? Wyglądał jak George Clooney, tylko między przednimi zębami miał szczelinę, zupełnie taką samą jak moja. Choć byłem ledwo szczylem, czułem się niezwykle męski i dorosły w towarzystwie ojca i tych dwóch. Wydzierali się na sędziego, docinali drużynie przeciwników i nazywali graczy Oklahoma City „swoimi chłopakami”. W dłoniach dzierżyli potężne kufle z zimnym piwem.

Rany, ale miałem ochotę na ten browar. Chciałem pić tak jak oni, stać na stadionowym siedzisku i wydzierać się, ile sił w płucach. Nieważne co, byle głośno, tak by mój krzyk zlał się z krzykami innych facetów. W końcu ubłagałem ojca, żeby dał mi spróbować.

– Jeden łyk i ani kropli więcej – przestrzegł mnie, a Larry i Don wybuchli gromkim śmiechem. Pokazałem, na co mnie stać: wypiłem pół kufla, nim ojciec zdołał mnie od niego oderwać.

Mężczyźni wciąż się śmiali.

– Ale z ciebie twardziel, Sutter, serio – powiedział nawet Don.

Na co mój ojciec dodał:

– To prawda, czysta prawda. Zuch chłopak! Mój chłopak.

Ścisnął mnie za ramię, a ja przytuliłem się do niego. Nie mogę powiedzieć, żebym czuł się pijany, ale na pewno zrobiło mi się przyjemnie ciepło. Czułem, że kocham stadion i wszystkich kibiców, że kocham Oklahoma City, majaczące gdzieś w oddali rzędem drapaczy chmur, które w zmroku wydawały mi się miękkie i przytulne. Zwymiotowałem dopiero w siódmej rundzie.

Nie eksperymentowałem z używkami jak młoda Drew Barrymore, absolutnie. Nie piłem na przerwach w podstawówce i nie wciągałem kokainy w toaletach klubów, nim jeszcze zaczęły mi rosnąć włosy łonowe. Zanim skończyłem trzynaście lat, nie piłem prawie wcale, a kiedy już zacząłem, to nie robiłem tego codziennie.

Kiedy jednak nabierałem ochoty, brałem papierową torebkę, składałem ją i wsuwałem w spodnie. Tak przygotowany szedłem do sklepu spożywczego, jak gdyby nigdy nic przechodząc wzdłuż regałów z piwem – w Oklahomie każdy sklep spożywczy może sprzedawać niskoprocentowe sikacze. Kiedy nikt nie patrzył, wyciągałem torbę i chowałem do środka sześciopak. Następnie przybierałem iście anielski wyraz twarzy, godzien Huckleberry’ego Finna, i wychodziłem głównym wejściem, jakbym nie miał ze sobą nic poza paczką czekoladowych płatków i batonikiem.

Razem z moim najlepszym kumplem, Rickym Mehlingerem, odstawialiśmy ten numer regularnie przez jakiś miesiąc. Zwędzone sześciopaki opróżnialiśmy w wyschniętym kanale odwadniającym i pozwalaliśmy się gonić dobermanowi. Doberman był wielkim, brzydkim psem o wściekłym spojrzeniu; prawdziwym królem okolicy, a przynajmniej trzech podwórek, które graniczyły z rowem i naszą ulubioną miejscówką. Pewnego dnia, kiedy kończyliśmy piwo, ujrzeliśmy go nad naszymi głowami; siedział na ceglanym murze i mierzył nas wzrokiem jak złowieszczy gargulec. Skoczył, ale byliśmy o ułamek sekundy szybsi. Gonił nas, kłapiąc paszczą tuż przy naszych piętach. Poczułem jego zęby na bucie, ale skoczyłem przed siebie i jakimś cudem wspiąłem się na gładką ścianę drewnianego płotu, który wyrósł przed nami. Było super.

Po tym zdarzeniu już zawsze przechodziliśmy przez jego teren po wypiciu naszych browarów. Pies nigdy nas nie zawiódł: wyskakiwał znikąd, z szaleństwem w oczach i śliną na pysku. Pewnego razu założyłem się z Rickym, że nie uda mu się przejść przez podwórko dobermana i dotknąć kutego ogrodzenia wokół basenu. Kumpel dopił resztkę piwa i powiedział krótko: „Dobra”.

To było komiczne. Ricky był mniej więcej w połowie drogi, kiedy zza rogu wypadł pies. Chłopak zrobił przerażoną minę – przez moment wyglądał jak Macaulay Culkin na plakacie do filmu Kevin sam w domu – i wystartował sprintem w kierunku basenu. Potężny brytan sunął tuż za nim. Ricky próbował przeskoczyć żelazne ogrodzenie, ale zaczepił ubraniem o czarne, ostre szpikulce na czubku. I wtedy prawda wyszła na jaw. Doberman szczekał i kłapał paszczą przy jego kostkach, ale nie palił się do ugryzienia. Mógł z łatwością odgryźć mu nogę, ale kiedy wreszcie miał ku temu okazję, nie robił nic. Po prostu bawił się sytuacją, zupełnie jak my.

Czar prysł. Wiedzieliśmy, że stary dobry doberman nie był tak naprawdę złym psem, a on wiedział, że my wiemy. Wciąż pijaliśmy piwo nad kanałem, ale teraz pies siedział obok nas i pozwalał się głaskać. Był wrzesień, psi wrzesień. Nasi rodzice nie wiedzieli, gdzie jesteśmy, i nic ich to nie obchodziło. Było po prostu cudownie.

5

Poznałem Ricky’ego w czwartej klasie podstawówki i od tamtej pory trzymamy się razem. Ricky ma w sobie krew europejską i azjatycką. Dziadkowie od strony ojca to niemieccy imigranci, a ci od strony mamy pochodzą z Malezji, chyba z Kuala Lumpur. Jego rodzice poznali się, kiedy Carl, ojciec, służył w marynarce. Ale to nie tak, jak myślicie: wielki, surowy Niemiec i potulna, drobna Azjatka. Tata Ricky’ego to szczupły facet, nie większy od swojego syna, do tego zachowuje się jak gej. Powtarzam tylko to, co Ricky sam mówi na jego temat.

Jego mama również jest niewysoka – ma pewnie nie więcej niż metr pięćdziesiąt – ale nikt nie nazwałby jej „potulną”. Ma piskliwy głos, który brzęczy jak rozstrojone banjo. Jeśli wpadniesz do nich z wizytą, nie masz szansy nie usłyszeć, jak wytyka biednemu Carlowi wszystkie możliwe domowe zbrodnie: „Znowu nie zakręciłeś wody podczas mycia zębów!”. Ta kobieta potrafi naprawdę nieźle się nakręcić; kompletnie nie można jej wtedy zrozumieć.

W aparycji Ricky’ego bardziej widać jego azjatyckie niż niemieckie korzenie. Dziewczyny uważają, że jest słodki, ale on i tak wmawia sobie, że nie nadaje się na niczyjego chłopaka. Okej, może czasem laski przesadzają i traktują go zbyt protekcjonalnie. Pamiętam, jak Kayla Putnam powiedziała, że chciałaby schować go do swojej torebki i nosić ze sobą wszędzie jak maskotkę. Przegięła. Co nie zmienia faktu, że Ricky to naprawdę porządny gość.

Przede wszystkim jest królem dowcipu. Potrafi być naprawdę zabawny. Do tego jest bystry. Może nie widać tego po jego ocenach, ale to dlatego, że niespecjalnie się stara. Gdyby chociaż próbował się uczyć, spokojnie wyciągnąłby średnią powyżej 4.0. Ja, sam dla siebie, postanowiłem codziennie znajdywać w necie jedno nowe słowo i uczyć się go tylko po to, żeby nie odstawać od kumpla poziomem słownictwa.

To naprawdę klawy chłopak i staram mu się o tym przypominać tak często, jak mogę. Najlepiej by jednak było, gdyby wreszcie zaprosił jakąś dziewczynę na randkę, ale nie – zawsze ma jakąś wymówkę. Ta jest za wysoka, tamta za bardzo wpatrzona w siebie, a jeszcze inna wygląda na rasistkę. Ostatni argument jeszcze mogę przyjąć, ale co z resztą? Ricky nie potrafi spojrzeć prawdzie w oczy: jest w liceum i wystarczy, że znajdzie jedną dziewczynę, która będzie chciała z nim chodzić. Na kimś trzeba ćwiczyć.

Biorąc pod uwagę historię jego związków – a raczej jej brak – zawsze bawi mnie, kiedy zaczyna dawać mi rady w tym temacie.

– Stary – zaczyna – nie możesz tego spieprzyć. Miałeś tylko zawieźć ją do fryzjera. To takie trudne?

– Teraz już nic na to nie poradzę. Musztarda po obiedzie. Bardziej martwi mnie to, że nie usłyszałem, co mam zrobić, żeby uratować nasz związek.

– Jak to, nie słuchałeś?

– Myślałem o czym innym.

Ricky potrząsa głową i cmoka z niezadowoleniem.

– Stary, gdyby o mnie chodziło, notowałbym każde jej słowo – wzdycha z pełną powagą. Czasem zastanawiam się, czy nie podkochuje się w Cassidy.

– Nie dałbyś rady. W takich chwilach mówi zdecydowanie za dużo. Pozostaje ci słuchać i próbować wyczuć nastrój i ogólne przesłanie.

Ricky otwiera kolejne piwo. Jest piątek wieczór, siedzimy na masce mojego samochodu na parkingu przy Dwunastej Ulicy.

– Gdybym miał dziewczynę, chłonąłbym jej słowa jak wierny kazanie. Byłaby moim pasterzem, a ja jej owieczką.

– Zjarałeś się.

– Mówię serio, stary. Jestem najlepszym słuchaczem na świecie.

W sumie ma sporo racji. Nieraz wysłuchiwał mojego pseudofilozoficznego bełkotu.

– W takim razie dlaczego nie umówisz się z Alisą Norman? Podoba ci się, no nie?

Ricky ogląda się za fantastycznym, starym fordem mustangiem z charakterystycznie ściętym tyłem, jaki był popularny trzydzieści lat temu.

– Jasne, podoba mi się, ale z tego, co wiem, to prawie narzeczona Denvera Quigleya.

– I co z tego? Umów się z nią i tak. Dziewczyny lubią płynne przejścia. Nie rzucają kogoś ot tak sobie, licząc na to, że za rogiem pojawi się ktoś lepszy. Trzymają się faceta tak długo, aż mają pewność, że istnieje kolejny zainteresowany. Jeśli tak się dzieje – stary chłopak dostaje kosę w plecy, a nowy buzi-buzi. Takie jest życie.

– Jasne. A widziałeś Quigleya? Jest wielki jak jaskiniowiec. Wystarczy, że odezwę się do Alisy i zrobi ze mnie mokrą plamę. Będą mnie musieli zbierać łopatką do naleśników.

– Ciągle wymówki i wymówki – wzdycham, biorę łyk piwa i popijam whisky. – Wiesz co? Mam tego dosyć. Basta. Dziś jest ten dzień. Czas sprawić ci dziewczynę.

– Wal się.

– Mówię serio. Nie myśl sobie, że pozwolę ci się wozić ze mną i z Cassidy do końca świata. Starczy tego. Dawaj, wsiadamy do auta.

– Po co? Co znowu wymyśliłeś?

– Potrzebujemy dziewczyn. A one są wszędzie – powiedziałem i zamachnąłem się szerokim gestem. – Mamy piątkowy wieczór, stary. Każda ulica to róg obfitości pełen lasek. Są w co drugim samochodzie. Wysokie, chude, grube, z dużymi cyckami, z małymi cyckami, blondynki, brunetki, rude, o tyłkach dużych i tak małych, że zmieszczą ci się w dłoni. I wiesz, czego chcą te wszystkie panny? Faceta. O niczym innym nie marzą. A teraz wsiadaj.

– Cycki i tyłki? Prawdziwy z ciebie romantyk, Sutter. Nie ma co.

Rzuca te swoje sarkastyczne uwagi, ale i tak zajmuje miejsce w samochodzie. Dobrze wie, że stary Sutter chce dla niego jak najlepiej.

Prawda jest zresztą taka, że jestem romantykiem. Jestem zakochany w całym kobiecym rodzie. Wielka szkoda, że z jego wspaniałej różnorodności wolno wybrać sobie tylko jedną istotę. Skoro jednak takie są zasady, cieszę się tym, co mam. I życzę mojemu najlepszemu kumplowi tego samego.

6

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

7

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

8

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

9

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

10

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

11

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

12

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

13

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

14

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

15

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

16

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

17

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

18

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

19

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

20

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

21

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

22

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

23

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

24

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

25

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

26

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

27

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

28

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

29

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

30

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

31

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

32

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

33

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

34

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

35

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

36

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

37

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

38

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

39

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

40

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

41

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

42

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

43

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

44

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

45

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

46

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

47

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

48

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

49

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

50

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

51

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

52

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

53

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

54

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

55

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

56

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

57

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

58

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

59

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

60

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

61

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

62

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

63

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

64

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

65

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

66

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.