Opis

„Cudowna wyspa” powieść Juliusza Verne'a z cyklu „Niezwykłe podróże. Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i francuskiej. Version bilingue: polonaise et française. Fragment: „W czasie, gdy się powieść nasza zaczyna, stolica państwa San-Francisco, miała już bezpośrednią komunikację z San-Diego, miastem położonym na samej granicy Kalifornii; tam właśnie zdążali nasi podróżni, aby dać koncert zapowiedziany od dawna i z upragnieniem oczekiwany. Gdy wigilię dnia tego wsiedli do pociągu w San-Francisco, wszystko zdawało się najlepiej sprzyjać zamierzonej wycieczce, aż najniespodziewaniej, o jakie pięćdziesiąt mil od San-Diego, pociąg musiano zatrzymać, gdyż wskutek gwałtownej ulewy spadłej tejże nocy, nasypy kolejowe zostały tak uszkodzone, iż komunikacja dalsza, aż do czasu naprawy, musiała być przerwaną. Podróżnym naszym pozostało tylko do wyboru, albo czekać, aż ruch pociągów w tę stronę znowu się rozpocznie, albo też nająć w najbliższem miasteczku jakikolwiek pojazd; za zgodą wszystkich wybrano to ostatnie. (…) Dlaczego jednak ci artyści są pochodzenia francuskiego, a co więcej są to urodzeni Paryżanie. Jakąż to dziwną igraszką losu, znaleźli się w nieznanych regionach Baja California?

À cette époque, San-Francisco, la capitale de l'État, est en communication directe par voie ferrée avec San-Diégo, située presque à la frontière de la vieille province californienne. C'est vers cette importante ville, où ils doivent donner le surlendemain un concert très annoncé et très attendu, que se dirigeaient les quatre voyageurs. Parti la veille de San-Francisco, le train n'était guère qu'à une cinquantaine de milles de San-Diégo, lorsqu'un premier contretemps s'est produit.
Oui, contretemps! comme le dit le plus jovial de la troupe, et l'on voudra bien tolérer cette expression de la part d'un ancien lauréat de solfège. Et s'il y a eu une halte forcée à la station de Paschal, c'est que la voie avait été emportée par une crue soudaine sur une longueur de trois à quatre milles. Impossible d'aller reprendre le rail- road à deux milles au delà, le transbordement n'ayant pas encore été organisé, car l'accident ne datait que de quelques heures. (…) Aussi, pourquoi quatre musiciens, Français de nationalité, et, qui plus est, Parisiens de naissance, se sont-ils aventurés à travers ces régions invraisemblables de la Basse-Californie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 915

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Jules Verne

Cudowna wyspa L’Île à hélice

Książka w dwóch wersjach językowych: polskiej i francuskiej Version bilingue: polonaise et française

Na język polski przełożyłaMichalina Daniszewska

Armoryka Sandomierz

Projekt okładki: Juliusz Susak 

Na okładce: Léon Benett (1838–1917), Ilustracja powieści Juliusza Verne'a "Cudowna wyspa" (1895),

(licencja public domain), źródło: http://commons.wikimedia.org/wiki/File:'Propeller_Island'_by_Léon_Benett_57.jpg (This file has been identified as being free of known restrictions under copyright law, including all related and neighboring rights). 

Copyright © 2014 by Wydawnictwo „Armoryka”

Wydawnictwo ARMORYKA

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

tel +48 15 833 21 41

e-mail:[email protected]

Cudowna wyspa

Część pierwsza

I. Koncertujący kwartet.

„Źle rozpoczęta podróż rzadko kiedy kończy się dobrze.” Zdanie to z wielką słusznością mogłoby powtórzyć w tej chwili czterech artystów leżących wraz ze swymi instrumentami w bliskości przewróconego powozu, do którego wsiedli na ostatniej stacyi kolei żelaznej. 

– Czy nikt nie jest ranny?… – pyta z niepokojem ten, który się pierwszy podniósł. 

– U mnie lekkie draśnięcie kawałkiem szkła z rozpryśniętej szyby – odpowiada drugi, obcierając zakrwawiony policzek. 

– Ja mam zdartą skórę na nodze – mówi trzeci i równocześnie opatruje sobie ranę. 

– Moja wiolonczela! moja wiolonczela! – woła wreszcie czwarty – oby tylko nic złego nie stało się mojej wiolonczeli! 

Szczęśliwym wypadkiem pudła są nienaruszone, a cenne instrumenta trzeba będzie prawdopodobnie na nowo tylko nastroić. 

– Przeklęta ta kolej żelazna, która nas w połowie drogi w tak fatalnem zostawiła położeniu! – odzywa się jeden z podróżnych. 

– I przeklęty ten powóz, który się wywrócił na pustej drodze, daleko od mieszkań ludzkich – odpowiada drugi. 

– I to jeszcze w chwili, gdy noc zapada – dorzuca trzeci. 

– Szczęście jeszcze, że nasz koncert zapowiedziany jest dopiero na pojutrze – robi uwagę czwarty. 

Po tych narzekaniach niebawem dobry humor artystów wziął górę nad fatalnością położenia, zaczęli nawet sobie wesoło żartować z całej tej nieszczęsnej przygody. Mówili między sobą po francuzku, odzywając się jedynie, choć zupełnie poprawnie, językiem Walter-Scotta i Coopera do woźnicy, który jak się okazało, najwięcej w całym tym wypadku ucierpiał, spadłszy z kozła w chwili, gdy się przednia oś u powozu złamała. Oprócz wywichnięcia nogi poniósł biedak ciężkie i bolesne obrażenia na całem ciele, to też i mowy być nie mogło, by sam bez pomocy podniósł się z ziemi. Za cud jednak rzeczywiście uważaćby należało, że przynajmniej nie było wypadku śmierci. Kamienista bowiem droga prowadziła przez górzystą okolicę, nie rzadko też po jednej lub drugiej stronie szumiał rączy potok, lub czerniały głębokie przepaście, i gdyby wypadek miał miejsce o kilkadziesiąt kroków dalej, wszystkich byłaby spotkała śmierć niechybna. 

Teraz jednak powóz jest nie do użycia, jeden z koni padając złamał nogę, drugi zaś złamanym dyszlem tak mocno pokaleczony, że niepodobna, by mógł pójść niezwłocznie w dalszą drogę; więc, ni pojazdu ni koni. Trzeba też prawdziwej fatalności, jakiej ulegli nasi artyści na terytoryum Niższej Kaliforni. Dwa wypadki w podróży w ciągu dwudziestu czterech godzin, to już wymaga zbyt wielkiej filozofii. 

W czasie, gdy się powieść nasza zaczyna, stolica państwa San-Francisco, miała już bezpośrednią komunikacyę z San-Diego, miastem położonem na samej granicy Kalifornii; tamto właśnie zdążali nasi podróżni, aby dać koncert zapowiedziany od dawna i z upragnieniem oczekiwany. Gdy wigilię dnia tego wsiedli do pociągu w San-Francisco, wszystko zdawało się najlepiej sprzyjać zamierzonej wycieczce, aż najniespodziewaniej, o jakie pięćdziesiąt mil od San-Diego, pociąg musiano zatrzymać, gdyż wskutek gwałtownej ulewy spadłej tejże nocy, nasypy kolejowe zostały tak uszkodzone,, iż komunikacya dalsza, aż do czasu naprawy, musiała być przerwaną. Podróżnym naszym pozostało tylko do wyboru, albo czekać, aż ruch pociągów w tę stronę znowu się rozpocznie, albo też nająć w najbliższem miasteczku jakikolwiek pojazd; za zgodą wszystkich wybrano to ostatnie. 

Po długich poszukiwaniach znaleziono wreszcie w sąsiedniej wiosce powóz w rodzaju starego landa; okucia jego rdza już mocno zniszczyła, a sukno wewnątrz mole całkiem zjadły; nie było to więc nic eleganckiego, ale też nie było wyboru. Ugodzono się z właścicielem co ceny wynajmu, woźnicę ujęto obietnicą sutego napiwku i zostawiając kufry i bagaże na kolei, czterej artyści umieścili się jak mogli najlepiej w starym wehikule, zabierając jedynie swe cenne instrumenta. Ruszyli tak w dalszą drogę o godzinie drugiej i aż do siódmej posuwali się raźno naprzód, gdy nagle spotkał ich drugi, fatalny wypadek, na wskutek którego przepadła możność dalszej jazdy, a do San-Diego jeszcze całe mil dwadzieścia! 

Dla czego jednak ci artyści są pochodzenia francuskiego, a co więcej są to urodzeni Paryżanie. Jakąż to dziwną igraszką losu, znaleźli się w nieznanych regionach Baja California? 

Dla czego?… Oto zwykła walka o byt pchnęła ich za oceany. W Europie, wybitniejszym nawet talentom trudno nieraz zdobyć sobie dostateczne utrzymanie, gdy tymczasem w Ameryce, wśród bogacących się coraz więcej Yankesów, poczęło się budzić w czasie, w którym miały miejsce opisywane wypadki t. j. około 20 lat temu, żywe zamiłowanie do sztuk pięknych, a przedewszystkiem do malarstwa i muzyki. Sprowadzano więc i płacono sumy wielkie za płótna mistrzów starych i nowych szkół Europy, artystów zaś uprawiających muzykę i śpiew, obsypywano oklaskami i złotem. Dopóki gust się nie wykształcił u tego ludu żyjącego dotychczas cyframi, przekładano nadewszystko głośną i szumną muzykę oper: Wagnera, Verdiego, Berlioza i innych; z biegiem jednak, poczęto gustować w głębokich i pełnych uczuć tonach Mozarta, Haydna i Bethowena, a jednocześnie muzyka sonat wprost zapalała powolnych i zimnych spekulantów. Wtenczas to właśnie czterech naszych artystów postanowiło zapoznać mieszkańców Ameryki, z nieporównaną w piękności spokojną i pełną elegancyi muzyką salonową. W rachunkach swych nie doznali zawodu, bo dotąd nie brakło im ani brzmiących oklasków, ani przyjemnie dźwięczących dolarów. Ich poranki lub wieczory muzykalne licznie były odwiedzane i „Kwartet koncertujący”, jak ich powszechnie nazywano, zaledwie zdołał uczynić zadość licznym zamówieniom. Bez niego nie było uroczystości, rautu, lub zabaw urządzanych po parkach, choćby najświetniejszych, któreby zasługiwały na zanotowanie publiczne. Złoto też bogatej Kalifornii szerokim strumieniem płynęło do kieszeni smyczkowych wirtuozów, lecz niestety, nie zatrzymywało się tam długo, nie umieją bowiem oszczędzać ci książęta tonów, nie umieją ogólnie zbierać kapitałów ludzie oddani sztuce. Prowadząc życie cyganeryi artystycznej, w bezustannej podróży z Nowego Yorku do San-Francisco, z Quebecu do Nowego Orleanu, z Nowej Szkocyi do Texas, „Kwartet koncertujący” wydawał prawie wszystko, co im hojne ręce wielbicieli sztuki tak ochotnie rzucały. 

Zanim jednak rozpoczniemy opowiadanie o dalszych losach czterech naszych bohaterów, czas zapoznać czytelnika choćby z ogólnymi rysami ich powierzchowności i charakteru. 

Yvernès, jest mężczyzną lat trzydziestu dwóch, wzrostu średniego, szczupły, włosy długie lekko falujące, koloru jasno blond, oczy ciemne, podłużne o melancholijnym spojrzeniu, postawa ogólnie elegancka choć widocznem jest w niej nieco pozowania, właściwego niektórym artystom; posiada talent mogący mieć nadzieję świetnej przyszłości, w kwartecie zajmuje też miejsce pierwszego skrzypka. 

Drugie skrzypce trzyma Francolin, lat trzydzieści, przy wzroście małym dość otyły; włosy i zarost ciemne, oczy czarne, dla bardzo krótkiego wzroku nosi stale pince-nez w złotej oprawie. Natury szczerej, wolnej od wszelkiej zazdrości i bezpodstawnej ambycyi, choć zresztą zdolny bardzo muzyk. Sprawuje poważny urząd kasyera towarzystwa, i w roli tej nawołuje stale do oszczędności, dotąd jednak bez pożądanego uznania i skutku. 

Ponchard, najmłodszy i najweselszy, przez kolegów żartobliwie „Ekscelencyą” tytułowany, gra pięknie na altówce; ma lat dwadzieścia siedm; przedstawia typ tych charakterów, które całe życie pozostają młode. Umysł to bystry, lubujący się w dowcipach, na których mu nigdy nie zbywa, gotowy zawsze do zaczepki i odporu. Oczy ma rozumne, włosy rudawo blond, wąsik starannie wykręcony. W żartobliwych swych rozmowach ma tę wielką zaletę, że nie obraża nigdy nikogo i z właściwą sobie uprzejmością przyjmuje uwagi zwierzchnika. 

Kwartet nasz bowiem złożył władzę najwyższą i decydującą w ręce najstarszego członka, skończonego wiolonczelisty, Sebastyana Vaillant; zasługuje on na to wyróżnienie zarówno swym talentem jako i wiekiem, ma już bowiem lat pięćdziesiąt pięć. Wzrostu średniego, włosów dotychczas blond, wolnych od siwizny, zczesywanych na czoło i skronie tak, że się łączą z bujnym zarostem twarzy; nosi stale binokle, z poza których widać bystre i rozumne spojrzenie. Rozmowny, gadatliwy nieledwie, umie jednak zachować przewagę nad swymi towarzyszami, którzy zgodnie przyjmują każdą jego decyzyę, dotyczącą czy wyjazdu, czy nowego programu koncertu. On też załatwia wszelkie korespondencye, wszelkie układy z impresaryami miejscowości, do których się udać mają; kwestyę tylko rachunków i kasy, mniej czując się do tego zdolnym, chętnie powierzył opiece drugiego skrzypka. 

Czterej ci artyści o temperamencie tak różnym, są jednak bratersko do siebie przywiązani, łączy ich bowiem nie tyle interes, ile wspólność upodobań czerpanych z tego samego źródła sztuki. Serca ich, jak doskonale nastrojone instrumenta zgadzają się zawsze. 

Dalszy przebieg tej scenicznej opowieści, dorzuci jeszcze niejeden rys do powyżej skreślonych sylwetek charakterów, które jeżeli nie są typami szczególnemi, przedstawiają jednak dość oryginalności, o tyle więcej zajmującej, że po hucznych oklaskach jakie obecnie grą swą wywołują, zostali przeniesieni… ale nie uprzedzajmy wypadków, nie przyśpieszajmy „tempa” jakby powiedział dowcipny Ponchard. 

Gdy więc nasi Paryżanie znaleźli się około ósmej godziny wieczorem na pustej drodze Niższej Kaliforni, wśród szczątków połamanego powozu i leżących na ziemi pokaleczonych koni, i gdy trzej młodzi poczęli brać całą tę przygodę z jej strony humorystycznej, Sebastyan Vaillant, jako starszy i dyrektor, pozostał chmurnym i widocznie mocno strapionym, trzymając w ręku swą wiolonczelę, którą już po wiele razy na wszystkie zbadał strony, chociaż nie była wcale uszkodzoną. 

– A więc przyjacielu, cóż teraz zrobimy? – zagadnął Francolin, do leżącego wciąż na ziemi woźnicy. 

– To, co się robić zwykło, gdy się niema ani koni ani powozu; trzeba czekać… 

– Czekać aż nadejdzie drugi pojazd, a jeżeli się go nie doczekamy? – zawołał Panchard. 

– To trzeba go poszukać – odrzuca Francolin, którego praktyczny zmysł nie opuszcza nigdy. 

– Szukać, ale gdzie? – gniewnie zapytał Sebastyan, drepcąc teraz niecierpliwie w około.

– Tam, gdzie się znajduje – flegmatycznie odpowiada woźnica. 

– Czy taką powinna być twoja odpowiedź, z wrastającem uniesieniem, zdradzającem się coraz wyższemi tonami głosu – zawołał Sebastyan. – Oto niedołęga, który wywraca powóz, łamie go, kaleczy konie i spokojnie jeszcze śmie mówić: Radźcie sobie jak możecie! 

Rozjątrzony dyrektor nie tak prędko byłby zamilkł, gdyby rozważny Francolin nie przerwał wzmagającego się potoku słów, spokojnem swem odezwaniem: 

– Pozwól mi działać, mój stary! a zwracając się do woźnicy, zapytał: Gdzież teraz jesteśmy, przyjacielu? 

– Zda mi się, o jakie pięć mil od Freschal. 

– Czy to jest miasto? 

– Nie, to tylko wioska nadbrzeżna. 

– A znajdziemy tam powóz i konie? 

– O powozie niema i mowy, conajwięcej możnaby tam wynająć wóz jaki… 

– Wóz zaprzężony w woły, jak za pięknych czasów panowania Merovingów – zawołał Ponchard. 

– Niech i tak będzie – rzekł z rezygnacyą Francolin. 

– Zapytaj go lepiej, czy w tej dziurze Freschal znajdziemy jaką oberżę, mam już bowiem dosyć tych awantur po nocy – wtrącił Sebastyan Vaillant. 

– A co przyjacielu, jestże tam jaka oberża? – pyta dalej niezmordowany Francolin. 

– A no, jest przecie ta, gdzie mieliśmy właśnie przeprządz konie. 

– I aby dostać się do tej wioski, czy wystarcza iść prosto tą oto drogą? 

– Najprościej w świecie… 

– A więc idźmy! – ponurym głosem zawołał wiolonczelista. 

– Zdaje mi się, że byłoby okrutnem opuścić tego biedaka na środku drogi; – robi uwagę Ponchard. – Sprobuj-no przyjacielu, czy nie mógłbyś z moją pomocą… 

– O, niepodobieństwem jest mi się ruszyć – z jękiem odpowiada woźnica, zresztą wolę już tu pozostać przy koniach i powozie; z brzaskiem dnia może i pomoc jaka nadejdzie… 

– Z Freschal postaramy ci się przysłać tu kogo. 

– Oberżysta tamtejszy zna mię dobrze i wiem, że nie zostawiłby mię w tak smutnem położeniu. 

– Chodźmy już, chodźmy! – woła niecierpliwie stary Vaillant, zakładając na plecy ogromne swe pudło z wiolonczelą. 

– Poczekaj jeszcze chwilę aż przeniesiemy tego biedaka choćby na przydrożną murawę, zawsze będzie mu tam trochę wygodniej. 

Szlachetnym zamiarom Poncharda żywo dopomogli koledzy, i po małej chwili nieszczęśliwy woźnica spoczywał na miękiej trawie, pod rozłożystem drzewem. 

– Zdaje się, że ci będzie tymczasem tak dogodniej – powiada na pożegnanie Francolin; – poczekać więc musisz, aż oberżysta z Freschal pomoc jaką nadeśle, tymczasem nie potrzebujesz już niczego, jak się zdaje… 

– Jeżeli łaska i jeżeli zostało jeszcze u pana cokolwiek w manierce, wdzięczny byłbym bardzo… 

– Manierka Poncharda jest jeszcze pełną, lecz „Jego Exscelencya” chętnie robi tę ofiarę. 

– No, sądzę, z ci z tem będzie ciepło, wewnątrz przynajmniej, – dorzuca żartobliwie, poczem na bezustanne nawoływania Vaillanta wszyscy czterej ruszają pieszo w dalszą drogę. Każdy z nich obciążony jest jedynie swym instrumentem, uważając za dobrą, choć tę okoliczność, że bagaże pozostały na stacyi kolei. Mniejsza z tem, że łatwo mogą nadejść w znacznem opóźnieniu, lecz cóżby zrobili, gdyby im przyszło dźwigać teraz ciężary takie aż do Freschal. Intrumenta muzyczne, to już co innego, żaden szanujący się artysta nie rozłącza się z nimi nigdy, podobnie jak żołnierz winien mieć zawsze broń przy sobie, albo jak ślimak niesie wszędzie swą skorupę. 

II. Potęga sonaty smyczkowej.

Podróż piesza w nocy, wśród nieznanej i pustej okolicy, gdzie nie jest osobliwością spotkać się ze złoczyńcami, może rzeczywiście obudzić i w najodważniejszym trochę niepokoju. Ogólnie Francuzom przyznać trzeba dużo odwagi, więc i naszym artystom nie zbywa na tym cennym przymiocie, to też mimo, że już noc zapada, odważnie podążają wskazaną przez woźnicę drogą. Lecz roztropny Francolin, jako i wesoły Ponchard i idealny Yvernes mają jedynie do niesienia skórzane pudła z lekkimi skrzypcami, gdy biedny dyrektor ze swą wielką wiolonczelą, którą z rezygnacyą zarzucił na plecy niezbyt wesoło jest usposobiony, a częste jego westchnienia i narzekania przerywają jedynie ciszę, jaka zapanowała chwilowo wśród podróżnych. Tymczasem mrok coraz gęstszy zapada, na niebie ukazują się czarne chmury poprzedzierane tu i owdzie błękitem nieba, skąd wygląda dość smutno nikły i wąski sierp księżyca. Widok jego niewiadomo z jakiej przyczyny drażniąco działa na biednego wiolonczelistę, który wyciąga ku niemu grożącą pięść, mówiąc: 

– Pocóżeś tu przyszedł ze swym bladym profilem!… Nie znam doprawdy nic głupszego na świecie nad ten okrawek niedojrzałego melona, który się przesuwa tam wysoko… 

– Rzeczywiście byłoby lepiej, gdyby księżyc zechciał się nam pokazać w całej swej pełni – robi uwagę Francolin. 

– A to dla czego? – pyta Ponchard. 

– Dla prostej przyczyny, że przy jego świetle widzielibyśmy lepiej wszystko w około.

– O piękna Diano, ideale wdzięczny uwielbianego Endymiona; o, nocy cicha, urocza!… – zadeklamował patetycznie Yvernes. 

– Dosyć już, dosyć tej poetycznej improwizacyi – woła wiolonczelista; doprawdy te „Pierwsze skrzypce” zanudzić mogą swemi poezyami… 

– Zdaje mi się, że trzeba przyspieszyć nieco kroku, inaczej całą noc spędzimy pod gołem niebem – robi uwagę Francolin. 

– I nie zdążymy stawić się na oznaczoną godzinę koncertu – żałośnie wtrąca Ponchard. 

– Prześliczne macie myśli, niema co mówić – głosem niezadowolenia odpowiada Sebastyan Vaillant. 

– Myśl ta pochodzi od ciebie samego, miły towarzyszu – odcina się Ponchard. 

– Odemnie?… jakim to sposobem? 

– Bezwątpienia! Bo dla czego nie pozostaliśmy w San Francisco, gdzie mieliśmy całą kolekcyę kalifornijczyków, gotowych zawsze słuchać naszej muzyki z najwyższem zachwytem. 

– Ale pytam raz jeszcze, dla czego wybraliśmy się w tę niefortunną podróż? 

– Bo tego chciałeś ty sam przecie… 

– Jeżeli tak, to przyznać muszę, że myśl podobna była jedną z najmniej udanych… i gdyby… 

– Ach, przyjacielu! – przerywa Yvernes, wskazując ręką chmurkę na niebie, której rąbek, jaśniejszy promień księżyca, malowniczo oświetlił. 

– Cóż tam znowu takiego mój Yvernesie. 

– Popatrzcie tylko, czy ta chmurka nie ma kształtów jakiegoś bajecznego smoka o rozpostartych skrzydłach i pawim ogonie, w którym błyszczą wszystkie setki ócz Argusa… 

Zdaje się, że natura nie obdarzyła dyrektora ową siłą wzroku, jaką się odznaczał legendowy potwór; biedak bowiem nie spostrzega głębokiej dziury przed sobą, nieostrożnie stawia w nią nogę, i wywraca się najfatalniej wraz z pudłem wiolonczeli na grzbiecie, tworząc na ziemi grupę dość komiczną, przypominającą nieco pełzającego żółwia w jego grubej skorupie. 

Sebastyan łatwo się irytujący wybuchnął teraz całym potokiem wymyślań skierowanych przeciwko poetycznemu skrzypkowi i jego uwielbieniu dla tego potwora, który błądzi gdzieś po przestworzach niebieskich. 

– To Yvernes winien temu – wołał z gniewem – gdybym nie był spojrzał na jego przeklętego smoka… 

– O, już go nie ma! Teraz widzę czarę o prześlicznych kształtach; tylko odrobinę imaginacyi, a dopatrzeć nawet można rękę nadobnej Hebe, gotowej nalać boskiego nektaru – deklamował pierwszy skrzypek, mało okazując troski dla leżącego na ziemi towarzysza. 

– Ostrożnie, aby nie było wiele wody w tej czarze i aby twa piękna bogini, nie uraczyła nas niepożądaną wcale ulewą – zawołał Panchard – bo doprawdy byłoby to niezbyt przyjemną rozrywką. Coś mi się jednak zdaje, że się bardzo na deszcz zbiera… wilgoć czuć już w powietrzu, nie traćmy więc czasu aby conajprędzej znaleźć schronienie pod jakim dachem w Freschal. 

Uprzejmi koledzy spieszą na ratunek nieposiadającemu się ze złości wiolonczeliście, pomagając mu stanąć na nogach, gdyż sam, z ogromnym swym instrumentem próżne, a komiczne robił ku temu wysiłki. Usłużny Francolin ofiaruje się nieść dalej jego wiolonczelę; Sebastyan zrazu nie przyjmuje tego dowodu życzliwości ze strony kolegi, bo jakże to zresztą rozłączyć się artyście ze swym ukochanym instrumentem, który jest przecie jakby połową jego samego; ustąpił jednak w końcu, i ta cenna jego połowa, przechodzi na plecy uczynnego Francolin’a, wzamian któremu biedny dyrektor niesie dalej lekkie skrzypce. Teraz już raźno spieszą naprzód, lecz przy coraz ciemniejszej nocy poczyna padać deszcz kroplisty; czara jednak pięknej Hebe Yvernes’a nie wylewa całej swej zawartości, więc podróżni mają nadzieję dostać się za godzin parę do Freschal zdrowo i sucho. Mimo tego ciągła baczność okazuje się konieczną, gdyż droga, którą podążają, nadzwyczaj jest nierówną, zawaloną kamieniami i pniami odwiecznych drzew; nierzadko też szumią w przepaściach tuż u jej brzegów głębokie, rwące strumienie. Yvernes ze swem poetycznem usposobieniem znajduje to położenie bardzo zajmującym, Francolin jednak przeciwnego jest zdania, tym więcej, że w takim miejscu, wśród ciemnej nocy nie trudno o spotkanie z jaką bandą złoczyńców, a oni nie mają nic do obrony, chyba jedynie smyczki od skrzypiec i wiolonczeli, która to broń zaiste i przeciw najsłabszemu nawet nieprzyjacielowi na zbyt byłaby kruchą. Nieostrożność taką popełnić mogli tylko Europejczycy; prawdziwy Yankes nie wybrałby się w podróż nawet koleją żelazną z San-Francisco do San-Diego bez zaopatrzenia się w doskonały kilkustrzałowy rewolwer. „Jego Excelencya” tymczasem nie traci fantazyi, a idąc naprzód i torując jakoby drogę reszcie towarzystwa, robi sobie od czasu do czasu przyjemność zaniepokojeniem kolegów, staje więc i drżącym, jakby z przestrachu, głosem mówi: 

– Tam, tam w dali spostrzegam coś niezwykłego, bądźmy gotowi do obrony, przyjaciele. 

Ale gdy droga zagłębiła się w gąszcz leśną, gdy nasi podróżni znaleźli się wśród odwiecznych, pod obłoki sięgających drzew, tych prawdziwych mamutów – olbrzymów świata roślinnego, gdzie każdy pień więcej dziesięciu ludzi gotowych do napaści podróżnego zakryć może, mimowolny lęk jakiś opanował nieszczęsnych artystów, zamilkł nawet żartobliwy Ponchard. 

Nagle „Jego Exelencya” staje nieruchomo. Francolin, który idzie tuż za nim, czyni to samo, więc dwaj pozostali zaniepokojeni zbliżają się szybszym krokiem i pytają: 

– Cóż tam nowego, czy widzicie kogo? 

– Może to tylko tak mi się zdawało – odpowiada cichym głosem „drugi skrzypek.” 

Lecz nie jest to przywidzenie żadne, faktycznie bowiem postać postać jakaś poruszała się wśród drzew, widzą to teraz wszyscy. 

– Czy to postać ludzka, czy też zwierzęca – wypytuje dyrektor – jak ci się zdaje Francolin? 

W mroku nie mogę dojrzeć – odpowiada tenże. 

Trudnem byłoby jednak zadecydować biednym artystom jakie spotkanie mniejszą przejmowałoby ich obawą, bo zarówno zły człowiek, jak i zwierz dziki tylko im złe wyrządzić mogą. Stanęli tuż przy sobie, tworząc zbitą grupę, aby to bliskie sąsiedztwo dało im możność łatwiejszej obrony przed nieprzyjacielem. 

Tymczasem światło księżyca, przedzierające się przez chmury, rzuciło trochę światła na gąszcz leśną i ukazała się wyraźnie postać olbrzymia, którą już teraz w żaden sposób wziąć nie było można za człowieka. Tak, z pewnością było to zwierzę, ale jakie? Może drapieżne, na pewno drapieżne – myślał sobie każdy z tych biedaków bezbronnych. 

– Jest to, jak się zdaje, tegoczesny mamut – szepcze Yvernés. 

– Czy chcesz przez to powiedzieć – mówi Sebastyan głosem cichym, lecz mocno zirytowanym – nic ciebie nie rozumiem z twym tegoczesnym mamutem. 

– Jest to zwierzę, które od przedpotopowych mamutów pochodzenie swe wywodzi, a jest niem niedźwiedź – tłomaczy Yvernes, którego dobry humor i w tej nawet chwili nie opuścił. 

A tak, to niezawodnie będzie niedźwiedź – potwierdza Francolin. 

I rzeczywiście niezgrabne, kudłate kształty tego zwierzęcia, olbrzymiego gatunku, coraz wyraźniej zarysowują się przed oczami wylęknionych podróżnych. W lasach Niższej Kalifornii nie ma obawy spotkać się ze lwem, tygrysem lub panterą, z dzikich zwierząt żyją tam jedynie jeszcze niedźwiedzie. Jednak spotkanie z niemi nie można zaliczać do przyjemności, ktoż bo nie zna strasznych historyi, kreślących nam obraz rozpaczliwej walki człowieka z niedźwiedziem. To też nasi Paryżanie jednomyślnie chcą mu ustąpić z miejsca, uważając go z całą słusznością za pana tych pustych obszarów. Oby jednak ich odwrót nie przedstawił się zwierzęciu jako tchórzliwa ucieczka i tem go do napaści więcej nie ośmielił, cofają się powoli w tył, mając go tym sposobem zawsze na oku. 

Zwierzę również powoli, ale miarowym krokiem, idąc na tylnych łapach, podąża stale w ich kierunku; zbliża się już nawet o tyle, że wyraźnie słychać groźne jego mruczenie, przerywane od czasu do czasu szczękiem uderzających o siebie zębów. 

– Musi być głodny i podrażniony – zauważył cicho Ponchard. 

– A gdybyśmy się rozproszyli i każdy z osobna szukał bezpieczeństwa – radzi „Jego Exelencya.” 

– Byłoby to szaleństwem, bo w takim razie jeden z nas stałby się na pewno łupem zwierzęcia, odpowiada Francolin. 

Trafność tej uwagi jest każdemu widoczną, więc w zbitej tak gromadce posuwają się dalej naprzód; niestety jednak idą tak powoli, że zwierzę ma już do nich zaledwie kroków kilkanaście. Jakżeż tu czekać dłużej na gwałtowny napad takiego siłacza, to też ten i ów myśli już o spiesznej ucieczce, gdy cichy, lecz pewny siebie głos „drugiego skrzypka”, zatrzymuje ich jeszcze na miejscu. 

– Spokoju i zimnej krwi, przyjaciele! – mówi do nich. 

Nagle cisza leśna napełnia się przejmującym, głębokiem i pełnem uczucia „Largo”, w którem dusza artysty odbija się cała. To Yvernes wyjąwszy z pudła swe skrzypce, każe im śpiewać pieśń pod zaklęciem czarownego swego smyczka. Myśl to prawdziwie genialna, bo i dla czego muzycy nie mieliby szukać ocalenia w sztuce, która jest ich siłą? Czyż kamienie poruszane śpiewem Amphiona, nie układały się same w gruby mur około zagrożonych Teb? Czyż dzikie zwierzęta oswojone lirycznem natchnieniem piewcy, nie leżały ciche i spokojne u nóg boskiego Orfeusza?… 

Lecz cóż to? i niedźwiedź ten kalifornijski zdaje się ulegać tym samym czarom, jakim się poddawały jego pobratymcy w bajecznych czasach historyi. 

Stopniowo bowiem rozdrażnienie, tak widoczne z początku ustępuje i chociaż za cofającym się powoli kwartetem zwierzę idzie dalej, groźne jego mruczenie zastąpiły teraz oznaki wielkiego zadowolenia, zda się, mało brakuje, by jak jaki meloman sztuki, nie dziękował hucznymi oklaskami za tak piękną muzykę. Jeszcze kwadrans drogi, a artyści nasi znajdują się już na skraju lasu, gdzie zatrzymują się chwilę, przy ciągle melodyjnie dźwięczących skrzypcach Yvernés’a; niedźwiedź tymczasem nie zdradza chęci do dalszego pościgu, przeciwnie, stojąc na tylnych łapach, przedniemi macha niezgrabnie, lecz miarowo, z taktem muzyki. Natenczas Ponchard dobywa także swój instrument z pudła i zcicha komenderuje. 

– Taniec niedźwiedzi! żwawo przyjaciele! 

W jednej chwili zahuczały znane dźwięki oryginalnej tej muzyki, powtarzanej wielokrotnie po wędrownych cyrkach. I rzecz dziwna, zaraz po przegrywce zwierze poczęło na niezgrabnych swych łapach obracać się, przechylać, słowem, najkomiczniejsze wyprawiać gesta, z czego korzystając podróżni, spiesznie podążyli w dalszą drogę. 

– Zaiste, śmieszne to, ale pewną zda mi się rzeczą, że nasz straszny napastnik, to tylko oswojony niedźwiedź z menażeryi. 

– Trzeba jednak przyznać, że Yvernes miał klasyczny pomysł z tą muzyką. 

– Uchodźmy teraz w tempie „alegretto” nie oglądając się poza siebie – radzi pierwszy skrzypek. 

Z wielką ochotą reszta towarzystwa przyjmuję tę myśl praktyczną, lecz mimo przyspieszonego kroku jest już godzina piąta, gdy dochodzą wreszcie do upragnionego celu tej nocnej wędrówki. Spostrzegają też od razu, że jest wioska dość nędzna, składająca się ze czterdziestu może drewnianych domów, rozstawionych w około placu, zacienionego staremi bukami; w głębi widnieje dzwonnica skromnego kościółka. Jest to więc jedna z owych nadbrzeżnych osad, spotykanych dość często w tym kraju. Strudzeni podróżni zatrzymują się wśród zabudowań pogrążonych w ciszy nocnej i naradzają się co dalej czynić im wypada. 

– I to ma być wieś! – mówi z niechęcią Ponchard. 

– Czy spodziewałeś się znaleźć tu coś w rodzaju Filadelfii albo Nowego-Yorku – sprzeciwia się Francolin. 

– Ależ ona śpi snem sprawiedliwych, ta wasza wioska! – mówi Sebastyan, wzruszając z niezadowoleniem szerokiemi ramionami. 

– Nie budźmy śpiącej wioski! – wzdycha melancholijnie Yvernés. 

– Przeciwnie, obudźmy ją co najprędzej! – woła rezolutnie Ponchard – inaczej bowiem możemy tak czekać głodni i zmęczeni aż do rana. Zdaje się, że zaklęty pałac „Śpiącej królewny’ z bajki, mógłby stać tu najspokojniej, taka pustka i cisza w około, ani odrobiny światła w żadnem oknie, ani jedna ulica nie uchylona. 

– A oberża! gdzie ta oberża – pyta Francolin, rozglądając się w około. 

Tak, oberża, o której mówił woźnica, gdzie spodziewali się nieszczęśni znaleźć gościnny przytułek i ten oberżysta, który miał spieszną pomoc dać leżącemu tam na drodze z wywichniętą nogą, czy to wszystko było snem tylko, halucynacyą jakąś u tego biedaka? Albo może dyrektor i jego towarzysze zabłądzili w tych stronach obcych sobie zupełnie; może ta miejscowość nie jest wcale Freschal’em. Pytania te bez odpowiedzi tymczasem, tłoczyły się do myśli stojących dotąd nieruchomo podróżnych. Zrozumieli jednak prędko, że aby zasięgnąć wiadomości pewnych, trzeba rozmówić się choćby z jednym mieszkańcem wioski, trzeba więc stukać do drzwi i zbudzić kogo, a przedewszystkiem starać się odnaleźć zapowiedzianą oberżę. W tym celu każdy na swą rękę idzie obejrzeć zbliska wszystkie domki; niestety, żadnego śladu, ni znaku oberży! A więc w braku tejże trzeba się dostać do któregokolwiek prywatnego mieszkania, bo czy zresztą znalazłby się jaki krajowiec, któryby odmówił, w zamian za parę dolarów, trochę gorącego posiłku i wygodnego posłania? 

– Stukajmy w takt sześcio-ósemkowy! – radzi nigdy niestrudzony w swych dowcipach Ponchard. 

Lecz biedni artyści mogli wystukać wszystkie możliwe takty z równym rezultatem. Ani jedne drzwi, ani jedno okno nie uchyliło się nawet, mimo, że obeszli tak z dwanaście domów. 

– Omyliliśmy się – twierdzi Yvernes – to nie jest wieś, to musi być cmentarz, gdzie wszyscy śpią snem wiecznym. Vox clamantis in deserto. 

– Amen! – odpowiada „Jego Exelencya“ poważnym głosem katedralnego śpiewaka. 

Lecz cóż teraz pozostaje wśród tej grobowej ciszy? Czy iść dalej do San-Diego, ależ wszyscy upadają już ze znużenia i głodu, – a następnie w jaką zwrócić się stronę bez przewodnika wśród nocy ciemnej… Czy szukać innej wsi? ale jeżeli można dać wiarę opowiadaniu woźnicy, niema żadnej innej osady w pobliżu, zresztą naraziliby się tylko na nowe zabłąkanie. Pozostaje jedynie czekać brzasku dnia, choć nie będzie to rzeczą łatwą, bo jeszcze kilka godzin do wschodu słońca, a ciężkie chmury pokrywające niebo, grożą lada chwila ulewnym deszczem. Przyznać trzeba, że taka ostateczność nie może być w guście najwięcej ekscentrycznego artysty. 

W tej chwili Ponchard objawia pomysł nowy; wprawdzie u niego o pomysły nie trudno, ma ich zawsze moc wielką w pogotowiu, ale tym razem projekt zyskuje od razu sankcyę nawet ze strony rozważnego zawsze Francolin’a. 

– Przyjaciele – mówi wesoły skrzypek – dla czego nie mielibyśmy spróbować i teraz sposobu, który nam tak świetne dał rezultaty wobec napastującego niedźwiedzia? Starajmy się obudzić wieśniaków potężnym koncertem, w którym nie pożałujemy ani „forte” ani „allegro”! 

– Można spróbować – odpowiada Francolin, zwracając się do Sebastyan Vaillant, jakby o potwierdzenie tego zdania, lecz ku wielkiemu zdziwieniu spostrzegł, że tenże ma już swą wiolonczelę przysposobioną do grania. Pospiesznie wszyscy poszli za przykładem dyrektora i stanęli gotowi naśladować go, aż do ostatnich granic sztuki. 

– Kwartet „si bemol Onslow’a”! – komenderuje wiolonczelista. 

Dobrze to znana muzyka naszym artystom, obejdą się bez nut, a jako doskonali mistrze i w ciemności umieją prowadzić smyczkiem po strunach swych instrumentów. Niebawem przestrzeń cicha i pusta napełniła się cudowną harmonią tonów. Rzecz dziwna, że nigdy dotąd nasz kwartet, choćby przed najliczniej zgromadzonymi słuchaczami, nie grał z taką werwą i z takiem uczuciem. Czyż jest ludzka istota zdolna oprzeć się urokowi tej pieśni? Gdyby to miejsce było rzeczywiście cmentarzem, jak to zauważył Yvernes, jeszcze bodaj szkielety, podniosłyby się z głębin ziemi, by bić brawo i dziękować za taką ucztę tonów. 

A jednak domy w Freschal pozostają zamknięte, mieszkańcy ich ani myślą dać jakikolwiek znak życia i w ciszy zupełnej rozbrzmiewa wspaniały finał kwartetu. 

– A więc to tak! – woła wściekły ze złości Sebastyan – wam, zda się, potrzeba jak waszym niedźwiedziom, hałaśliwych tylko dyssonansów! Rozpoczynajmy więc to samo raz jeszcze, ale ty Yvernesie graj z tonu re, a Ponchard nie bierze ton sol, ja pozostanę w si bemol. A teraz z całych sił!! 

Zabrzmiały znów struny instrumentów, łącząc się tym razem w dysharmonię okropną, rozdzierającą uszy. Zdawałoby się, że to jakaś symfonia Wagnera grana całkiem na odwrót. Czego jednak nie dokazała skończona w swem pięknie muzyka, to wywołały od razu te wstrętne fałszywe wrzaski. Wioska poczyna się budzić, kilka kobiet spiesznie i z widocznem zajęciem otwiera okna. Więc żyją tu ludzie zdolni słyszeć, a nawet słuchać?… 

– Zdaje się, że mają zamiar rzucić nam jabłek – mówi Ponchard w czasie przypadającej pauzy,.. bo mimo dyssonansów takt jest ściśle zachowany. 

– Tem lepiej, zjemy je z gustem – odpowiada praktyczny Francolin. Na znak dyrektora rozpoczyna się druga część koncertu. Powodzenie jest zupełnie, bo gdy wreszcie zabrzmiał ostatni takt w czterech różnych tonach, mieszkańcy Freschal nie rzucają grającym jabłek, ale zagłuszają ich wprost gwałtownem biciem w dłonie i krzykliwemi wrzaskami podziwu i uznania. Niema żadnej wątpliwości, że uszy tych poczciwców nie słyszały dotąd równie pięknej muzyki, to też wnosząc z ich zapału, rzeczą jest oczywistą, iż już teraz wszystkie drzwi, wszystkich domów otworzą się gościnnie dla takich artystów. 

Tymczasem, gdy jeszcze tony napełniały powietrze dziwną swą dysharmonią, nowy jakiś słuchacz przybył na miejsce tego szczególnego koncertu. 

Osobistość ta, zeszedłszy z wozu o motorze elektrycznym, stanęła zdala na zakręcie drogi. Jest to mężczyzna postawy wysokiej i pełnej, o ile można zauważyć wśród cieniów nocy. W chwili gdy Paryżanie pytają się wzajemnie, czy z kolei, gdy okna się zamkną, drzwi domów zechcą się dla nich otworzyć, nowoprzybyły zbliża się do nich i poprawną mową Yankesów przemawia tonem uprzejmym: 

– Dyletantem tylko jestem panowie, ale za szczęśliwego się uznaję, że miałem zaszczyt przyklasnąć grze waszej. 

– I to w czasie ostatnio granego kawałka – odpowiada ironicznie Ponchard. 

– Nie panie, byłem tu już od czasu pierwszego numeru, i wyznaję, że rzadko zdarzyło mi się słyszeć ten kwartet Onslow’a wykonany z równym talentem. 

Osobistość ta musi być niezłym znawcą – myślą sobie artyści, a Sebastyan występując w swej roli dyrektora, odpowiada: 

– Miło nam nad wyraz, słyszeć pochwałę z ust pana, i jeżeli drugi numer przykro drażnił jego uszy, to … 

– Panie – przerywa nieznajomy – nie słyszałem nigdy muzyki tak fałszywej, oddanej z taką perfekcyą. Domyślam się też celu, w jakim panowie zgodzili się na podobne wykonanie; ale jeżeli tu, jak widzę, cel ten chybił zupełnie, bo poczciwi mieszkańcy Freschal błogo znowu zasypiają, to pozwólcie bym ja wam ofiarował… 

– Gościnne przyjęcie u siebie? – pyta niespokojnie Francolin. 

– Tak jest, panie, proszę najuprzejmiej do swego domu. Pewny też jestem, że nie mylę się bardzo, gdy powitam w panach sławny na całą Amerykę „Koncertujący kwartet”? 

– Słowa pańskie, są nam nad wyraz miłe odpowiada Francolin – ale tak uprzejmie ofiarowaną gościnność gdzież znaleźć możemy? 

– Nie dalej jak o dwie mile stąd… 

– Czy to na wsi, panie? 

– Nie, w mieście. 

– Jestże to jakie większe miasto? 

– Bezwątpienia… 

– Za pozwoleniem, lecz objaśniono nas, że na całą tę okolicę nie znajdziemy innego miasta prócz San Diego. 

– Jest to pomyłka, której nie umiem sobie wytłómaczyć. 

– Pomyłka? – pyta Francolin. 

– Zapewniam panów, i gdy zechcecie mi towarzyszyć, przyrzekam wam przyjęcie godne artystów waszej miary. 

– Zdaje mi się, że nie pozostaje nam nic innego nad przyjęcie tego zaproszenia – zauważył Yvernes półgłosem. 

– W zupełności podzielam twoje zdanie – odpowiada Ponchard. 

– Chwilę jeszcze, chwilkę jedną – wola Sebastyan – nie uprzedzajcie decyzyi dyrektora! 

– Cóż to znaczy? – pyta Amerykanin zaniepokojony. 

– To znaczy, że jesteśmy oczekiwani w San Diego, gdzie zobowiązaliśmy się dać całą seryę poranków muzykalnych, z których pierwszy zapowiedziany jest na niedzielę, to znaczy na pojutrze. 

– O-o-o! – przeciągłym głosem, w którym wyraźnie odczuwa się niezadowolenie, odzywa się nieznajomy. Niebawem jednak, w tonie poprzedniej rozmowy dodaje: Zdaje mi się, nawet mam pewność, że to w niczem nie przeszkodzi zamiarom pańskim. Dzień jeden wystarczy do zwiedzenia naszego miasta, które bądź co bądź zasługuje na zaciekawienie, a ja z mej strony przyrzekam odstawić panów do najbliższej stacyi kolejowej tak, abyście zdążyli do San Diego na oznaczoną godzinę. 

Zaprawdę, ofiara taka zbyt nęci, i nazbyt jest pożądaną dla naszego kwartetu, któremu tak niespodziewanie zabłysła nadzieja spędzenia nocy ciepło i wygodnie, jeżeli już nie biorą pod uwagę względów szczególnych jakie im przyrzeka nieznana ta osobistość. 

– A więc zgoda na mój projekt, nieprawda? – nalegał dalej przybyły. 

– I owszem, w tych warunkach przyjmujemy chętnie – odpowiada Sebastyan, któremu zmęczenie i głód dokuczało już dostatecznie, aby mógł lekkomyślnie odrzucać podobnie nęcące zaproszenie. 

– Zatem jedźmy bez straty czasu; w dwadzieścia minut stajemy na miejscu, i… przekonany jestem, że będziecie mi panowie wdzięczni za to małe zboczenie z drogi. 

Obojętni już na dziwne zachowanie się mieszkańców Freschalu, którzy zaraz po skończonym koncercie zamknęli na nowo starannie okna i najspokojniej oddali się wypoczynkowi, czterej Paryżanie i nieznajomy podążyli w kierunku pojazdu oczekującego swego właściciela. 

Podczas, gdy „Kwartet” umieściwszy dogodnie swe instrumenta, zasiadał na długich ławkach, tak zwanego u nas myśliwskiego wozu, Amerykanin zabrał miejsce obok woźnicy-mechanika, który w tejże chwili podniósł rączkę zapory od akumulatora elektrycznego. Lekko i równo potoczyły się koła, i z szybkością zadziwiającą podróżni znaleźli się na drodze wiodącej w stronę zachodu. 

Po kwadransie jazdy odbywającej się w tak nowy całkiem sposób, nasi Paryżanie ujrzeli w dali przed sobą, przestrzeń znaczną, jaśniejącą srebrzystem światłem księżyca. Bezwątpienia jest to odblask oświetlonego w całej pełni wielkiego jakiegoś miasta, tego samego zapewne, do którego wiózł ich gościnny nieznajomy – pomyśleli artyści; ku wielkiemu jednak ich zdziwieniu pojazd zatrzymuje się nagle. 

– Czy stajemy przy rogatkach miasta? – zapytuje Francolin. 

– Nie panie – odpowiada Amerykanin – mamy przed sobą przestrzeń wodną, którą wypada nam przebyć. 

– Ale jakim uczynimy to sposobem? 

– Najwygodniej w świecie przewiezie nas wszystkich ten oto prom – brzmiała odpowiedź. 

I rzeczywiście bez zwłoki czasu wóz wraz z pasażerami wjechał na pokład tak powszechnie używanego w Stanach Zjednoczonych „ferry-boat”, prawdopodobnie poruszony siłą elektryczną, bo ni dymu ni pary dojrzeć nie było można. 

Po kilku zaledwie minutach dobijają do przeciwnego brzegu, który w tym miejscu przedstawia mały, lecz z wszelkiemi dogodnościami urządzony port. Bez żadnych wstrząśnień wóz wyjechał na równinę, ubitą drogę i niebawem znajduje się w cienistym parku; nad zielenią drzew, wielkie lampy powietrzne rozlewają w około istną powódź światła. Przebywszy bramę tego uroczego zacisza, wjeżdżają na dźwięczący pod kołami bruk uliczny i wkrótce zatrzymują się przed parkiem wspaniałego hotelu, gdzie są przyjęci z dobrze wróżącą gościnnością, dzięki kilku słowom wypowiedzianym przez Amerykanina. Natychmiast też poprowadzono podróżnych do suto zastawionej wieczerzy. Gdy już zaspokoili tak głód jak pragnienie, poważny kamerdyner wskazał im obszerną sypialnię, oświetloną w tej chwili rzęsistem światłem lamp elektrycznych, których urządzenie dawało możność obniżenia siły płomienia do nikłego blasku nocnych lampek. Zostawiając na później wszelkie pytania i objaśnienia tych cudowności, zmęczeni artyści spiesznie układają się do łóżek rozstawionych w czterech rogach pokoju i zasypiając snem pokrzepiającym, chrapią z taką wyjątkową zgodnością, na jaką zdobyć się może tylko sławny „Koncertujący Kwartet”. 

III. Wymowny przewodnik.

Nazajutrz już o godzinie siódmej zabrzmiał w pokoju śpiących głos, naśladujący pobudkę wojskową, graną na trąbce i zaraz potem okrzyk w słowach. 

– Hop, hop, żwawo na nogi i ubierać się w tempie „Presto!” 

To wesoły Ponchard budził w ten sposób swych towarzyszy i zachęcał do szybkiego powstania z łóżek. 

Yvernes jednak najleniwszy z kwartetu wolałby zastosować tempo „Andante” i zostać jeszcze jak najdłużej pod ciepłem przykryciem. Nie ma jednak rady, trzeba i jemu porzucić wygodną pozycyę poziomą, gdy wszyscy towarzysze dawno już przyjęli pionową. 

– Nie mamy chwili do stracenia, ani chwileczki! robi uwagę „Jego Ekscelencya.“ 

– Szczególniej w obec warunku, że jutro mamy być koniecznie w San-Diego – dodaje Sebastyan Vaillant. 

– Eh!… – przeciągle odpowiada Yvernes – mnie się zdaje, że pół dnia wystarczy aż nadto do zwiedzenia całej stolicy naszego uprzejmego Amerykanina. 

– Jedna rzecz zastanawia mnie bardzo, mimo wszystko – ciągnął dalej wiolonczelista – a mianowicie, że jakieś większe „City” znajduje się w okolicy Freschal; czyżby woźnica, jako tutejszy, nie wiedział o tem, lub czyby mógł tak całkowicie zapomnieć. 

– Co mam już teraz rozmyślać nad podobną kwestyą, gdy faktem, nie ulegającym żadnej wątpliwości jest, że się tu dzisiaj znajdujemy – przerwał mówiącemu Ponchard. – Przez dwa szerokie okna, dające widok na ginącą w dali, drzewami ocienioną ulicę, całe potoki światła napływają do pokoju, w którym czterej Paryżanie dopełniają rannej toalety. Czynność ta, jak to wkrótce zauważyli, jest tutaj nadzwyczaj ułatwioną. Nad wannami i umywalkami umieszczone są kraniki z wodą gorącą i zimną o oznaczonych stopniach temperatury; automatyczne przyrządy wylewają użytą wodę z miednic, takież przyrządy do czyszczenia ubrania i butów; a nawet szczotki i grzebienie, spełniają tak samo swe zadanie; wreszcie rozpylacze z pachnącą wodą na zakończenie toalety; a wszystko to działa szybciej i dokładniej, od najwprawniejszego kamerdynera. 

W różnych też miejscach na ścianie widnieją guziki od dzwonków elektrycznych i przyrządy telefoniczne zdolne ułatwić porozumienie się, nietylko z mieszkańcami tego domu, lecz z miastem całem, a może nawet, jak zauważył Ponchard ze wszystkiemi miejscowościami całych Stanów Zjednoczonych. 

– To jeszcze mało! Może te druty łączą obie półkule naszej ziemi i moglibyśmy stąd słówek parę przesłać do Paryża – dodaje żartobliwie Yvernes. 

Nie ma jednak czasu na podobne doświadczenia, bo o trzy kwadranse na ósmą telefon podaje wyraźnie wypowiedziane w języku angielskim, następujące słowa: 

– Kalikstus Munbar przesyła najuprzejmiejsze wyrazy każdemu z członków „Koncertującego Kwartetu” i równocześnie zaprasza panów, by zechcieli, gdy dokończą ubrania, zejść do sali jadalnej „Hotel Exelsior”, gdzie na nich czeka śniadanie. 

– Exelsior Hotel! – woła Yvernes – jakże melodyjnie brzmi nazwa tego wygodnego przytułku! 

– Kalikstus Munbar! to zapewne nasz uprzejmy podróżny i jego nazwisko jest równie miłe dla ucha. 

– Moi przyjaciele – przerywa wiolonczelista, którego żołądek tak samo gwałtownie się burzy jak jego właściciel; zostawmy te pogadanki na później, ponieważ śniadanie jest gotowe, szkoda teraz czasu. 

– Słuszna uwaga, w obec tego szczególniej, że nas czeka potem zwiedzanie osobliwości tego grodu – mówi Francolin – ciekawy też jestem, jak się nazywa, to nieznane nam, a przecież jak się zdaje, wielkie miasto. 

Ponieważ Paryżanie właśnie już kończyli swą toaletę, przeto Ponchard odpowiada telefonem, że w pięć minut stawią się wszyscy na uprzejme zaproszenie pana Munbar. 

Niebawem też skierowali się wszyscy czterej ku windzie, która natychmiast poczęła działać tak, że w mgnieniu oka znaleźli się w obszernym przedsionku, skąd szeroko otwarte drzwi prowadziły do wielki sali jadalnej, jaśniejącej od bogatych bronzów i złoceń. 

– Jesteśmy w zupełności na rozkazy i do usług panów! – powitał przybyłych uprzejmym tonem gościnny Amerykanin. Należał on do typu tych ludzi, którzy za pierwszym poznaniem zostawiają nam wrażenie najlepszych, dawnych znajomych. Będąc w wieku od pięćdziesięciu do sześćdziesięciu lat, wygląda zaledwie na czterdzieści parę, wzrostu więcej jak średniego i dobrej przytem tuszy, jest jakby uosobieniem zdrowia, które, zda się, tryska z całej jego postaci. 

Sebastyan Vaillant i jego towarzysze spotykali już wielokrotnie w swych wędrówkach po Ameryce typy podobne, które tam nie są bynajmniej osobliwością. Głowa Kalikstusa Munbar trochę nadmiernie wielka, pokryta jest kędzierzawemi blond włosami; cera twarzy rumiana, wąsy zgolone, a zarost brody nieco rudawy, Z poza ust dość wydatnych jaśnieją zęby białe, jak kość słoniowa; nos duży i gruby na końcu, o ruchliwych nozdrzach, osadzony jest pod czołem szerokiem, które przerzynają w poprzek dwie od brwi idące zmarszczki. Z za binokli, uwieszonych na srebrnej, jak jedwab miękkiej niteczce, błyszczą oczy o spojrzeniu przenikliwem i rozumnem, koloru zielonkawego, ze źrenic błyskają czasem jakby płomyki ogniowe. Głowa ta osadzona na karku grubym i muskularnym łączy się z szeroko rozwiniętemi ramionami, całość też postaci jest obrazem wielkiej siły fizycznej, ogólny zaś charakter wyrazu twarzy to stałość i energia, obok dziwnej szczerości, dobroduszności nieledwie. 

Ubranie Yankesa ciemnego koloru, wygodne, lecz wykwintne zarazem; u złotej, ciężkiej dewizki rozpiętej na białej kamizelce, wśród rozlicznych brzęczących breloków, zauważyć można mały, misternie obrobiony chronometr i podometr; u gorsu koszuli błyszczą kosztowne spinki brylantowe, a palce rąk zdobią liczne pierścionki. 

Na powitanie przybyłych zdjął z głowy, z szerokiemi brzegami kapelusz, ozdobiony piórem w stylu Ludwika XIII, a uścisnąwszy ręce Francuzów, poprowadził do stołu, na którym szumiał samowar i dymiły wonne, tradycyonalne rostbeefy. Kalikstus Munbar jest wyjątkowo wymownym, chwali osobliwości swego miasta i jego powstanie w niezwykłych a ciekawych warunkach; rozprawia i opowiada bez przerwy nie dopuszczając nikogo do słowa, może z rozmysłem, aby uniknąć niepożądanych pytań; wreszcie, gdy już śniadanie jest ukończone, powstaje pierwszy mówiąc: 

– A zatem, gotów jestem służyć panom za przewodnika, pozwólcie mi jednak przedtem na jedną drobną uwagę. 

– I owszem, słuchamy pana najchętniej – odpowiada Francolin. 

– Otóż w naszem mieście zabronionem jest surowo plucie na ulicy… 

– Ależ my nie mamy tego obyczaju! – zaprotestował Yvernes, 

– To bardzo dobrze, oszczędzicie sobie bowiem, panowie, niepożądanych kar pieniężnych. 

Byłoby rzeczą trudną dla podróżnego wyszukać przewodnika zdolniejszego i kompetentniejszego nad Kalikstusa Munbara, który miasto swoje zna na wylot i umie wybrać i wskazać cudzoziemcom rzeczy najciekawsze i najgodniejsze uwagi. Musi on też być ogólnie znanym mieszkańcem tego grodu, gdyż nie minie go żaden przechodzień, nie zamieniwszy z nim grzecznego powitania. 

Wrażenie ogólne, jakiego doznają nasi Paryżanie zwiedzając nieznane miasto, jest pod każdym względem dodatnie; linje ulic są proste i przerzynają się wzajem, tworząc na planie jakby kwadraty szachownicy; domy o różnych stylach, zdobne w piękne balkony i werendy, otoczone zielenią drzew i pięknemi parterami, czynią, każdy z osobna, wrażenie wykwintnych pałacyków, świadczących zewnętrznością swoją, aż nadto wyraźnie, o wspaniałych apartamentach, które się mieszczą w ich murach. Jeden szczegół wszakże zauważyli Paryżanie, a mianowicie, że drzewa, ogrodów publicznych, i skwerów na miastach, muszą być jeszcze bardzo młode, choć przedstawiają najwyszukańszą florę, zarówno stref umiarkowanych jako i tropikalnych. Szczegół ten, tem wyraźniej rzuca się w oczy, że podróżny przyzwyczajony jest w tych krajach do widoku odwiecznych olbrzymów, które tworzą sławne lasy Zachodniej Ameryki. 

Kwartet postępuje zwolna, zatrzymując się przy rzeczach godniejszych uwagi; każdy jednak z jego członków przyjmuje wrażenia w odmienny sposób, właściwy swemu charakterowi. To co żywo zajmuje praktycznego Francolina, mniej interesuje starego Sebastyana; nad czem unosi się poetyczny Yvernes, zaledwie zauważy wesoły Ponchard. Ta różnorodność upodobań wywołuje uwagi i zdania, które utworzyćby mogły zupełną całość sądu; a Kalikstus Munbar objaśnia wszystko, uprzedza wszelkie pytania, mówi i mówi bez końca, rzecby można, jest to inteligentna maszynka gadająca, tak niezmordowanym okazuje się przewodnik naszych Paryżanów w nieznanem mieście, na zachodniem wybrzeżu Ameryki. 

Może w dwadzieścia minut po wyjściu z hotelu Excelsior, Yankes przystanął na rogu nowej ulicy i rzekł do towarzyszy: 

– Znajdujemy się teraz panowie, przy trzeciej ulicy naszego miasta, a mamy ich około setki; ta jednak, która się ciągnie przed nami, jest jakby tutejszą Broadway lub Regent-street albo też waszemi Bulwarami włoskiemi. W magazynach tych, w bazarach raczej, znaleźć można wszystko, od rzeczy najskromniejszych do przedmiotów zbytku. Co tylko wynalazł przemysł, co żądać może byt dostatni troszczący się jedynie o zaspokojenie wygody w to wszystko zaopatrzyć się tu można bez trudu. 

– Widzę piękne wystawowe okna magazynów, ale zdaje mi się, że kupujących brak tam zupełnie – robi uwagę Ponchard. 

– Może to jeszcze zbyt wczesna godzina – poddaje Yvernes. 

– O bynajmniej – zapewnia Kalikstus – pochodzi to ztąd jedynie, że zamówienia wszelkie załatwiają się u nas za pośrednictwem telefonów, a nawet telautografów… 

– Co to ma znaczyć? – pyta Francolin. 

– To znaczy, że używany tu powszechnie telautograf jest przyrządem, który przenosi pismo, jak telefon podaje słowa, jest on nadto połączony z kinetografem, który notuje ruchy piszącego i jest tem dla oka czem fonograf dla ucha. Wraz z nim funkcjonujący telefot przesyła obok pisma, notowania ruchów i podobiznę działającego. Połączenie tych przyrządów daje możność przesłania depeszy z zupełną gwarancyą zarówno dla wysyłającego, jako też odbiorcy, stawiając tamę wszelkim w tym kierunku popełnianym nadużyciom. Zwykliśmy też tutaj załatwiać za pomocą siły elektrycznej, nie tylko sprawy osobiste, ale równie dobrze społeczno-państwowe. 

Rozmawiając tak dalej, podróżni doszli do dziewiętnastej alei miasta, zkąd już wszelki handel jest usunięty. Wozy i ekwipaże toczą się po ulicy cicho i z błyskawiczną szybkością, nie poruszając ani pyłka z ziemi, gdy bruk uliczny, układany przeważnie z tafli brazylijskiego mahoniu, ma czystość i połysk pięknie zafroterowanej posadzki. Obserwujący wszystko z nadzwyczajną bystrością Francolin, czyni też spostrzeżenie, że bruk ten pod stopami idących, wydaje dźwięki podobne do lekko potrącanej płyty metalowej. Zdziwiony tem, skierował się już do uprzejmego przewodnika, by go prosić o objaśnienie, gdy tenże równocześnie: 

– Proszę panów zwrócić uwagę na ten dom, ten pałac raczej – zawołał, wskazując gmach wspaniały, którego środkowa część, zdobna w bogate rzeźby z marmuru, usuwa się nieco w tył, pawilony zaś zakreślając piękny dziedziniec, połączone są misternie wyrobionemi sztachetami z jasnego, jak srebro aluminium. 

– Pałac ten – ciągnął dalej Kalikstus Munbar – należy do jednej z najznakomitszych rodzin naszego miasta. Właściciel jego, Jem Tankerden, jest posiadaczem niewyczerpanych źródeł naftowych w stanie Illinois… 

– I milionowej fortuny – kończy Sebastyan. 

– Ba – odpowiada Kalikstus – u nas miliony są cyfrą bieżącą, setki milionów nie dziwią tu nikogo. Gród nasz, to siedziba samych bogaczy, Nababów tej półkuli. Tem się też tłomaczy, że kupcy, którzy tu przebywają, po kilku latach dorabiają się znacznych fortun, chociaż nie mamy tu innego handlu, prócz detalicznego; hurtowników lub agentów handlowych nie spotkają panowie na tym w wyjątkowych warunkach zostającym kawałku ziemi na świecie, 

– A przemysłowcy? – pyta Ponchard. 

– Również nieobecni. 

– A wojsko i zbrojna flota? 

– I tej nie posiadamy wcale. 

– Więc przeważnie żyją tu kapitaliści. 

– Przeważnie, a nawet jedynie prócz kupców, którzy są na drodze składania kapitałów. 

– Potrzebujecie jednak rąk do pracy, muszą więc być i robotnicy – zauważył Yvernes. 

– Gdy się robota jaka przedstawi, sprowadzamy robotników i rzemieślników ile ich potrzeba, lecz po ukończeniu zadania wracają wszyscy do siebie, uwożąc sute wynagrodzenie. 

– Przyznaj pan jednak, panie Munbar – mówi Francolin – że macie trochę biednych, chociażby dla tego, aby ten rodzaj ludzi nie zaginął na świecie… 

– Proszę mi wierzyć, że nie spotkasz tu pan ani jednego żebraka. 

– Więc żebractwo jest tu prawem wzbronione? 

– Nie okazała się nigdy potrzeba takiego prawa, dla tej prostej przyczyny, że żebracy nie mają tu możliwego wstępu. Rzeczy takie, moi panowie, dobre są dla miast Stanów Zjednoczonych z ich domami schronień, przytułków i moralnej poprawy, jakich tam pełno. 

– Więc utrzymujesz pan może, że i więzień tu niema? 

– A poco więzienia, gdy więźniów brakuje. 

– To cóż robicie z przestępcami? 

– O, tych prosimy, by sobie zostali na lądzie stałym Starego lub Nowego Świata, gdzie powołaniu ich szersze przedstawia się pole do działania. 

– Naprawdę panie Munbar – mówi Sebastyan – słysząc pana możnaby sądzić, że nie jesteśmy tutaj w Ameryce. 

– Byliście tam wczoraj panowie – odpowiada szczególny Cicerone. 

– Wczoraj? – pyta zdziwiony Francolin, nie umiejący wytłomaczyć sobie zagadkowej mowy Yankasa. 

– Bezwątpienia! Dziś jesteście już w mieście, które istnieje samo dla siebie i własnemi siłami… 

– A które wreszcie jak się nazywa? – pyta Sebastyan, u którego burzliwość temperamentu zaczyna się już objawiać. 

– Pozwólcie panowie, że o szczególe tym zamilczę jeszcze teraz… 

– Więc kiedyż ostatecznie będziemy mogli się dowiedzieć? 

– Gdy już poznacie miasto całe, czem oddacie mu hołd najwyższy – zapewniał z wyszukaną galanteryą zagadkowy Yankes. 

– Tajemniczość ta jednak, mimo wszystkiego, zbytecznie znowu nie intryguje Paryżan, przed południem prawdopodobnie skończą już tę ciekawą bądź co bądź, przechadzkę, i gdyby nazwa miasta miała im być oznajmioną dopiero w chwili odjazdu, i to ich zadowolni w zupełności. Mimo tego, godnem zastanowienia przedstawia się im fakt, że miasto tak znaczne, które jak się zdaje, położone jest na wybrzeżu kalifornijskiem, nie ma nalyżeć do republiki Stanów Zjednoczonych; również i to jest niezrozumiałe, jakim sposobem dotychczas nie posłyszeli w swych podróżach wzmianki najmniejszej o jednem z bogatszych i wspanialszych miast tych krajów. Niezadługo jednak zasięgną wiadomości pewnych, chociażby już w San Diego, jeżeli Kalikstus Munbar do ostatniej nawet chwili zechce zachować dziwną swą tajemnicę. Osobistość ta szczególna, okazawszy tak wyraźnie, że nie życzy sobie być więcej badaną, oddała się znowu wymownemu opisywaniu ciekawych rzeczy, które się przedstawiały na każdym niemal kroku. 

– Jesteśmy teraz na trzydziestej siódmej alei, panowie! Spojrzyjcie tylko proszę, na tę wspaniałą w swym rodzaju perspektywę, która się otwiera przed nami! W dzielnicy tej nie spotkamy, również jak w poprzedniej, magazynów ani bazarów, ani też owego ruchu ulicznego, który jest znamieniem charakterystycznem miast handlowych. Mimo tego mieszczą się tu fortuny mniej już znaczne niż przy dziewiętnastej alei; są to przeważnie kapitaliści o dochodach mniej więcej od dziesięciu do dwunastu milionów… 

– Toż to dopiero nędzarze! – wtrąca Ponchard, ze znaczącem wydęciem ust. 

– Ha, mój panie! zawsze na świecie ktoś może być ubogim w porównaniu z kimś drugim. Milioner ma się za bogatego w stosunku do tych, co rozporządzają tylko setkami tysięcy franków, a przestaje nim być względem kogoś, kto posiada setki milionów! 

Wielokrotnie już artyści nasi mogli zauważyć, że mówiąc wiele, przewodnik ich najczęściej jednak powtarza słówo „miliony”. Wymawia je nawet z pewną lubością, z akcentem metalicznym nieledwie. Zdawałoby się, że odbija te sztuki złota samem mówieniem o nich, i jeżeli to nie są brylanty, które się sypią z ust jego, jak owej dzieweczce z bajki, dar cenny wróżek, jej chrzestnych matek, to już koniecznie winny to być dukaty, tak, zda się dźwięczy złoto w ustach jego. 

Tymczasem Sebastyan Vaillant, Ponchard, Francolin i Yvernes idą coraz dalej ulicami tego nadzwyczajnego miasta, którego położenie geograficzne jest im dotąd nieznane. Przechodniów spotykają mnóstwo, ruch tu jest znaczny, lecz ubrania wszystkich są dostatnie, wykwintne nawet, nie razi tu oka łachman lub nędza jakakolwiek. Liczne też kursują wagony, powozy i wehikuły wszelkiego rodzaju, a wszystkie wprowadzone w ruch siłą motoru elektrycznego. Prawdziwe jednak pojazdy, to jest powozy ciągnione końmi widzieć jedynie można w dzielnicy najbogatszej. 

Na niektórych główniejszych ulicach, chodniki wprawiane w ruch za pomocą długich łańcuchów, posuwają się naprzód wraz z pasażerami, którzy stojąc rozmawiają lub przechadzają się tam i z powrotem, jakby się znajdowali na pokładzie statku lub w wagonie salonowym kolei żelaznej. 

– Otóż i świątynia jakaś – zawołał Francolin, wskazując budynek ciężki i bez żadnego stylu architektonicznego, coś w rodzaju tych, które w Sabaudyi robią z ciast i cukrów na podstawie szmaragdowo zielonej. 

– Jest to świątynia protestancka – objaśnia Kalikstus Munbar. 

– Lecz znajdują się w waszem mieście i kościoły katolickie? – pyta Yvernes. 

– Bezwątpienia, gdyż muszę objaśnić panów, że jakkolwiek jest tu wyznań różnych tak wiele, ile ich tylko znaleźć można na kuli ziemskiej, jednak katolicyzm i kalwinizm przeważa liczebnie wszystkie. Pod tym względem, jak pod wielu innymi, różnimy się od Stanów Zjednoczonych, które rozdzielają zapatrywania religijne, jeżeli nie różność zdań politycznych. Tam-to spotkać można tyleż wyznań, ile jest rodzin nieledwie; są więc metodyści, anglikanie, prezbyteryanie, anababtyści, weslejanie, zresztą któż je wyliczyć zdoła, a wszystkie względem siebie nieprzyjaźnie usposobione. Tutaj wolni jesteśmy od tej plagi, mając spokojnych kalwinów i wyznawców rzymsko katolickiego kościoła. 

– A jaki język jest tu panujący? – pyta Francolin. 

– Zarówno dobrze mówimy po angielsku jak i po francuzku – objaśnił Kalikstus. 

– Powinszować panom – wtrąca żywo Ponchard. 

– Miasto też nasze – ciągnie dalej Amerykanin – podzielone jest na dwie sekcye równoważne. Tutaj jesteśmy w sekcyi albo części… 

– Zachodniej, zdaje mi się… – dokończa Francolin, oryentując się według położenia słońca. 

– Niechże będzie zachodnia, jeżeli to panu może być przyjemne. 

– Jakto, jeżeli mi to może być przyjemne? Czyżby strony świata tutaj zmieniały się wedle upodobania każdego – zawołał skrzypek zdumiony odpowiedzią Yankesa. 

– Tak i nie – odpowiada Kalikstus – wytłomaczę to panom później, tymczasem wracam do tej sekcyi… zachodniej, według zdania pana, a zamieszkałej przez protestantów, którzy nawet tutaj pozostali ludźmi praktycznymi, podczas gdy katolicy inteligentniejsi, lecz i więcej wybredni w swych upodobaniach, zamieszkują sekcyę drugą. Świątynia ta zatem jest kościołem kalwińskim. 

– Styl jej ciężki bardzo wyraźnie o tem mówi – zauważył Yvernes. – Może niesłusznie, ale zawsze zdaje mi się, że modlitwy idące z takiego kościoła nie wznoszą się zbyt wysoko do nieba, lecz podobnie jak jego mury, pełzają po ziemi, przygniecione do niej nieledwie. 

IV. Rozczarowanie kwartetu.

Po długiej, parogodzinnej przechadzce dozwolonem jest bodaj każdemu pewne uczucie głodu, to też nasi artyści nie czynią tu wyjątku, a zgadza się z nimi najzupełniej i Kalikstus Munbar; postanawiają więc wszyscy jednomyślnie posilić się dobrem śniadaniem. Czy koniecznem jest jednak wrócić do hotelu Excelsior? Bezwątpienia, w mieście tem bowiem, gdy każdy mieszkaniec ma wygodny, we wszystko zaopatrzony dom własny, a ciekawych turystów z dwóch półkul świata tak mało, niema prawie żadnych cukierni lub restauracyi. 

W kilka minut wagon elektryczny przebywa wraz z naszymi podróżnymi przestrzeń, dzielącą ich od wspaniałego hotelu pana Munbara, gdzie też niebawem zastawiają im sute i doskonałe śniadanie; tworzące sprzeczność uderzającą z owemi licznemi potrawami, podawanemi według mody amerykańskiej, w których jednak ilość nie wynagradza jakości. Wyborna jest tu pieczeń wołowa i barania, miękie i soczyste pulardy, pobudzające apetyt świeżością swoją ryby, a zamiast zimnej wody, jaką podróżny pić musi w restauracyach Stanów Zjednoczonych, kwartet ma tutaj do wyboru różne piwa, i wino, które ciepłe słońce Francyi ogrzewało dziesięć lat temu w okolicach Médoc i Burgundyi. Do śniadania takiego zbytecznem jest zapraszać wiele, zwłaszcza, jeżeli ucztujący dobrym cieszą się apetytem; to też Ponchard i Francolin zarówno jak Sebastyan Vaillant i Yvernes oddają mu należne honory, zajadając wszystko z gustem wielkim. Uprzejmy gospodarz nie ustępuje w niczem swym gościom, zabawiając ich nadto świetnym swym humorem. 

Mówiąc jednak o wszystkiem pomija starannie kwestyę, która mogła najwięcej zainteresować nasz Kwartet. Licznie jednak wychylane kieliszki zaczynają działać powoli, wesołość staje się ogólną. Czyżby Amerykanin miał zamiar spoić swych gości i spowodować tem samem spóźnienie się na pociąg do San-Diego?… Lecz któżby mógł posądzić go o to… zresztą, oto zapijają już wyborną kawę i likiery – wkrótce więc wstaną od biesiadnego stołu. – Nagle huk wystrzału armatniego zatrząsł szybami domu. 

– Co to jest? – pyta Yvernes zrywając się z siedzenia. 

– Proszę, bądźcie spokojni panowie – upewnia Kalikstus Munbar – był to tylko wystrzał armatni dany z murów obserwatoryum naszego… 

– Jeżeli wystrzał ten miał oznajmiać południe – robi uwagę Francolin, spoglądając na swój zegarek – to zdaje mi się, że się znacznie opóźnia. 

– O nie, panie! zaręczam, że słońce tutaj nie spóźnia się tak samo, jak gdziekolwiek na świecie – zapewniał tonem spokojnym gospodarz. Równocześnie jednak na oczach jego z poza binokli, zabłysły dziwne płomyki, i zatarł ręce, jakby z zadowolenia, że spłatał komuś znakomitego figla. 

Francolin mniej odurzony winem od swoich przyjaciół, nieufnym patrzał na Yankesa okiem, nie wiedząc dokładnie co o nim sądzić. 

– A teraz przyjaciele, sądzę, że mi panowie pozwolicie na tę sympatyczną nazwę – odezwał się Kalikstus tonem nadzwyczaj uprzejmym – teraz może nam już czas zwiedzić drugą dzielnicę naszego miasta, bo nad wyraz przykrem byłoby mi przecie, gdybyście choć jeden pominęli szczegół; nie mamy więc czasu do stracenia… 

– O którejże to godzinie odchodzi pociąg do San-Diego? – wypytuje Sebastyan niespokojnie, zajęty bezprzestannie myślą, aby tylko nie spóźnić się, i nie pominąć tem samem zapowiedzianego koncertu. 

– A tak, tak! o której godzinie? – powtarza z naleganiem Francolin. 

– Oh, wieczorem dopiero – odpowiada Kalikstus, mrużąc dziwnie lewem okiem. – Lecz chodźcie, proszę drodzy mi goście, pewny jestem, że nie pożałujecie udzielonego mi uprzejmie zaszczytu pozostania do końca waszym cicerone. 

Jakże tu nie posłuchać osoby tak uprzedzająco grzecznej? To też kwartet opuszcza jadalną salę hotelu Excelsior i wychodzi na ulicę; doprawdy jednak, musieli rzeczywiście przebrać trochę miarę w piciu, bo oto zdaje się wszystkim, że ziemia lekko drży pod ich stopami, chociaż nie stanęli dotąd na jednym z tych ruchomych chodników, posuwających się naprzód. 

– Ho! ho! podpierajmy się wzajemnie! woła „Jego Excelencya“, potykając się nieco. 

– Zdaje mi się, żeśmy trochę za dużo pili – zauważył Yvernes, ocierając czoło. 

– A choćby i tak było, mili Paryżanie, toż raz może być dozwolonym wyjątek z ogólnie praktykowanej reguły. Należało przecie uczcić przybycie wasze do nas. 

– My też wysuszyliśmy puhary doszczętnie – odpowiada Ponchard, który czuje się wyjątkowo przyjemnie usposobionym. 

Pod przewodnictwem Kalikstusa Munbara przechodzą wszyscy ulicę, która ich prowadzi do drugiej dzielnicy, gdzie ruch i ożywienie całkiem odmienny przedstawia widok. Możnaby uledz złudzeniu, że nagle przeniesionym się zostało z północnych do południowych Stanów Zjednoczonych, z miasta Chicago do Nowego Orleanu, z Illinois do Luiziany. Magazyny są tu bogaciej zaopatrzone, pałac i hotele wybredniejszego stylu i gustowniej ozdobione, nawet ludność tchnie jakiemś większem ożywieniem, objawiającem się w ruchach, chodzie i sposobie mówienia. Słowem przeważa tu temperament całkiem od tamtej dzielnicy odmienny, zdawaćby się mogło, że są to właściwie dwa miasta, dziwnym wypadkiem przeciwstawione sobie. 

Pod tem wrażeniem kwartet doszedł do piętnastej alei, stanowiącej środkowy punkt tego oddziału, gdy Yvernes zawołał pełen zachwytu: 

– Jakiż to wspaniały pałac!… 

– Jest to własność rodziny Cowerley – odpowiada Kalikstus; Nat Cowerley równy Tankerdonowi. 

– Majątkowo naturalnie? – pyta skrzypek. 

– Oczywiście, że względnie do posiadanych kapitałów Cowerley, jako ex bankier z Nowego Orleanu, posiada więcej milionów, niż palcy u obu rąk… 

– A, to śliczna para rękawiczek, niema co mówić; – zawołał wesoło Paryżanin. 

– Bezwątpienia! 

– I te dwie potęgi: Jan Tarkerdon i Nat Cowerley są nieprzyjaciółmi?… 

– Dotychczas rywalami tylko, starającymi się utrwalić swą wyższość w stosunkach miejskich. 

– A więc już zazdrość… to może skończy się wreszcie na pożarciu się wzajemnem… 

– Ha, być może, że kiedyś jeden pochłonie drugiego… 

– Winszuję niestrawności!… zawołał Jego Excelencya, a całe towarzystwo zaśmiało się wesoło z tego dowcipu. 

Ale otóż i kościół katolicki, który się wznosi na dość obszernym placu, aby można podziwiać piękną budowę z należytego oddalenia. Jest to wspaniały gotyk, którego wieżyce śmiało strzelają ku niebu; lekkie, w marmurze rzeźbione ozdoby, spiczaste łuki barwnych okien, i ta harmonia linii jaką odczuwają nasi artyści, przedstawia im kościół „Panny Maryi” jeden z najpiękniejszych, jakie kiedykolwiek widzieli. 

– Przepiękny gotyk w stylu anglo-saskim! – zawołał Yvernes, wielki lubownik sztuki architektonicznej. – Miałeś słuszność, panie Munbar, że dwie części waszego miasta, tak mało są do siebie podobne, jak wielką jest różnica między pięknem dwóch tych świątyń. 

– A jednak obie te dzielnice od jednej pochodzą matki. 

– Ale nie jednego zapewne miały ojca – wtrąca Ponchard. 

– Owszem, i jednego mają one ojca, mili przyjaciele, różni ich tylko odmienne wychowanie, zastosowane do wymagań tych, którzy tu szukają życia spokojnego, wolnego od wszelkich trosk i codziennych kłopotów. Jednem słowem życia, jakiego nie może dać żadne miasto stałego lądu, czy to Starego, czy Nowego świata. 

– Na Appolina, panie Munbar – zawołał Yvernes – ostrożnie, byś zanadto nie podrażnił naszej ciekawości!… Mowa pana sprawia wrażenie owych niedokończonych zdań w muzyce, których długo się marzy pragnąc usłyszeć ostatnią nutę… 

– Aż wreszcie, odczuwa się zmęczenie nad wszelki wyraz – dokończył Sebastyan Vaillant. Spodziewam się też, żeś pan uznał już za stosowne, powiedzieć nam nazwisko tego osobliwego miasta… 

– Wybaczcie, drodzy mi goście, lecz nie teraz jeszcze – odpowiedział uprzejmym tonem, tajemniczy Amerykanin, osadzając mocniej na nosie złote swe binokle. – Poczekajcie cierpliwie końca naszej przechadzki… 

– Zanim jednak pójdziemy dalej – przerywa Francolin, który mimowoli czuje pewien niepokój łączący się z uczuciem ogólnego zaciekawienia – chciałbym przedstawić jeden projekt… 

– Cóż takiego mianowicie? – pyta Amerykanin. 

– Abyśmy weszli na wieżę tego kościoła, skąd moglibyśmy widzieć… 

– O nie, stanowczo nie! – woła Kalikstus Munbar, wstrząsając swą potężną głową, zdobne w sute kędziory – później, jeszcze trochę później!… 

– Ale kiedyż wreszcie? – wtrąca z niecierpliwością wiolonczelista, którego najwięcej drażni owa tajemniczość Yankesa. 

– Przy końcu naszej wycieczki, panie Vaillant. 

– Więc powrócimy jeszcze do tego kościoła? 

– Byłoby to trudem bezcelowym i zbytecznem, wracając bowiem, wstąpimy do naszego obserwatoryum, którego wieża jest o trzecią część wyższą od tej, jaką mamy przed sobą. 

– Dla czego jednak nie korzystać ze sposobności jaka się nam w obecnej chwili przedstawia – odzywa się z naleganiem Francolin. 

– Bo straciłbym dużo na wrażeniu jakiego panowie doznacie, a na które cieszę się prawdziwie. 

Niema rady! Trzeba się poddać woli tego dziwnego człowieka, które zawsze tylko zręczne i wymijające daje odpowiedzi, na jakiekolwiek w tym kierunku pytania naszego kwartetu. Idą więc dalej zwiedzając najwspanialsze ulice drugiego oddzału, poczem przechodzą do części kupieckiej, zamieszkałej przez krawców, szewców, kapeluszników, rzeźników, kupców korzennych, piekarzy, owocarzy i t. p. Kalikstus Munbar jest przez wszystkich witany uprzejmym ukłonem, który oddaje z widocznem zadowoleniem miłości własnej. Z równym też zapałem jak poprzednio, objaśnia i tu wszystkie spotykane osobliwości; język jego od rana jest w tak nieustannym ruchu, jak owe dzwony kościelne, które w dzień świąteczny wzywają wiernych na modlitwę. 

Było już około godziny drugiej po południu, gdy wreszcie turyści nasi stanęli u żelaznej bramy, zamykającej z tej strony miasto, a zdobnej w piękne festony z pnących roślin. Za bramą rozkładają się pola i ogrody, których ostateczne granice łączą się z linią horyzontalną sklepienia niebios. W miejscu tem Francolin czyni sobie pewną uwagę, nad którą zastanawiał się dłużej, nie mając jednak ochoty podzielić się nią z towarzyszami; wszystko to przecie musi się wyjaśnić, gdy staną na wieży obserwatoryum. Dziwnem jednak wydaje mu się bardzo, że słońce, które o tej godzinie powinno się znajdować w stronie południowo-zachodniej, widocznem jest obecnie jakby na południo-wschodzie. Gdy badawczy i bystry umysł „drugiego skrzypka” stawia sobie tę kwestyę, niemożliwą jeszcze do rozwiązania, Kalikstus Munbar przerywa tok jego myśli, wołając: 

– Panowie! Pociąg odchodzi za parę minut w stronę portu, trzeba nam trochę kroku przyspieszyć! 

– W stronę portu? – pyta zdziwiony Sebastyan Vaillant. 

– Oh, nie zabierze nam to zbyt wiele czasu, mała milka angielska do przebycia, a spacer ten, da wam równocześnie sposobność poznania naszego parku, który też godnym jest widzenia. 

– Port o którym mówi yankes znajdować się musi w południowej lub północnej stronie miasta, wzdłuż wybrzeża dolnej Kaliforni… – myśli Francolin. 

Tymczasem przybywszy do stacyi tramwajowej siadają wszyscy do eleganckiego wagonu, w którym już zastają kilku pasażerów witających pana Munbara uprzejmem uściśnieniem ręki. 

– Do licha! Ten człowiek zdaje się tu być znany wszystkim! – myśli, kwaśno usposobiony Sebastyan, podczas gdy wprawiono już w ruch koła wagonów, które z szaloną szybkością toczą się naprzód. 

Kalikstus Munbar miał słuszność nazywając parkiem obszar ziemi, który przejeżdżają. Ciągną się tu aleje długie, jak oko zasięgnie, wśród lasków drzew i łąk przypominających równością swą najpiękniejsze trawniki; tu i owdzie barwne klomby kwiatowe widnieją wśród zieleni krzewów, lub znowu wzorzysto rozkładają się partery, pośród których szemrze, w górę bijąca fontanna. 

Na wspaniałą tę florę, wabiącą oko, składają się rośliny Starego i Nowego Świata: wdzięczne modrzewie, dęby i kasztany, buki, jesiony, cedry i klony rosną, zda się w przyjaźni obok drzew pomarańczowych, cytrynowych i oliwnych, w sąsiedztwie palm, bananów, eukaliptusów, mimozy, drzew daktylowych i figowych, a wśród ich liścia i cieniu świegoce gwarny i ruchliwy świat ptactwa stref południowych. Oko amatora nacieszyć się tu może wspaniałym widokiem olbrzymich geranii z Monte-Carlo, białych i różowych lotusów Egiptu, pasiflor południowej Ameryki, hortensyi, irysów, begonii, tulipanów, krokusów, narcyzów i anemonów; piękne bukiety tworzą kwitnące najrozmaitszego gatunku i koloru róże, świetne drzewa kameliowe i sztywne aloesy obok lekkich liści paproci, słowem spotka tu wszystko czego zażądać może od najbogatszych ogrodów botanicznych. 

Yvernes ze swem upodobaniem do starożytnej poezyi sielankowej, doznaje złudzenia, że przeniesionym został w owe urocze strony opisywane w pasterskich romansach; bo i tu nie brak pasących się spokojnie na szmaragdowych łąkach białych owieczek i krów łaciatych, ani nawet łaskawych jeleni i wdzięcznych sarenek, biegających swobodnie wśród oparkanioych lasków. Nawet niezbędną w tych krajobrazach rzekę przedstawia tutaj „Serpentineriver”, tocząca swe przezroczyste wody pomiędzy lekkiemi wzgórzami łąk i ogrodów. Jedynie mógłby pożałować nieobecności pięknych pasterek i rycerskich pasterzy, bo tych nie dojrzy tu nigdzie. Nie może się też oprzeć wrażeniu, że wszystko to jest jakoś zbyt piękne nazbyt w porządku, jakby sztucznie utworzone. 

Ironiczny Ponchard, patrząc na ten miniaturowy strumyk, pyta? 

– Czy to wasza najwspanialsza rzeka? 

– Jedyna nawet, bo na co nam rzek więcej – odpowiada najspokojniej Kalikstus. 

– No, do licha, toż dla niezbędnej wszędzie wody!… 

– Woda rzeczna, to substancya niezdrowa, przepełniona zarazkami chorób i mikrobami wszelkiego gatunku… 

– To prawda, ale można ją przecie oczyścić. 

– Trud to zbyteczny w obec fabrykowania wody czystej i hygenicznej, a nawet do wyboru gazowej lub mineralnej, 

– Więc fabrykujecie tu sobie wodę? 

– Naturalnie… i dostarczamy ją gorącą lub zimną do wszystkich domów tak samo, jak siłę mechaniczną, światło, ciepło lub zimno, przez przewodniki. 

– Zaczynam wierzyć, że fabrykujecie również deszcze, któreby zraszały wasze łąki i kwiaty. 

– I zapewniam, że się pan nie myli – odpowiada Amerykanin, gładząc swą brodę, przy czem na palcach błyszczą mu cenne kamienie licznych pierścieni. 

– Macie tu zatem deszcze na rozkazy? – pyta ze złośliwością Sebastyan. 

– Nieinaczej, mili przyjaciele, i to deszcze takie, które wytryskując z rur podziemnych, zraszają nasze pola i ogrody równo, spokojnie i praktycznie. Czyż to nie lepszy sposób jak czekać z upragnieniem pogody, gdy deszcz bezustannie leje, lub wypatrywać go w czasie posuchy, jednem słowem być na łasce kapryśnej natury i kląć, czując swą niemoc w obec tego czem nas obdarzyć zechce? 

– Wstrzymaj się pan, panie Munbar! – woła Francolin. – Przyjmuję w ostateczności, że możecie sobie sprowadzać deszcz według upodobania, ale już temu by padał z nieba, przeszkodzić nie jesteście w stanie. 

– A cóż z tem ma niebo do czynienia? 

– Niebo, albo jeżeli pan woli, chmury, które wylewają na ziemię potoki wód, ciągnąc za sobą cały zastęp huraganów, cyklonów, trąb powietrznych i burz wszelakiego gatunku. Tak więc w czasie pory dżdżystej… 

– Pora dżdżysta? – pyta z dziwnym tonem Kalikstus. 

– No, tak, zima… 

– Zima? co to jest? 

– Gdy się mówi zima, rozumiemy porę, w której mamy na ziemi mrozy, lody i śniegi – odrzuca Sebastyan z niecierpliwiony do ostatka ironicznemi odpowiedziami yankesa. 

– Nie znamy tego wcale – powiada najspokojniej Kalikstus. 

Czterech Paryżanów spojrzało po sobie ze znaczącym wyrazem. Czy znajdują się w obec waryata, czy też nędznego mistyfikatora? W pierwszym razie wypadałoby go oddać pod opiekę lub zamknąć, w drugim udzielić stosownej nauczki. 

Tymczasem wozy elektrycznego tramwaju pędzą ciągle naprzód pośród zaczarowanych, zda się, ogrodów, wreszcie Sebastyanowi i jego towarzyszom widnieją w dali, uprawne pola, mieniące się barwami swych płodów, jak owe pocięte w kawały próby sukna kolorowego, wystawiane niegdyś u krawców. Są to bezwątpienia pola z jarzynami, a więc kartofle, kapusta, marchew, pietruszka, cebula, grochy i wszystkie inne których wymaga zdrowa i smaczna kuchnia. Lecz oni chcieliby już znaleźć się wśród rzeczywistych łanów zbożowych, gdzieby mogli poznać, co właściwie szczególna ta ziemia wydać jest zdolną, spieszno im zobaczyć pola pszenicy, żyta, jęczmienia, owsa, gryki i t. d. 

Ale okazuje się im wielka parowa fabryka, której kominy wznoszą się nad płaskiemi dachami domów, tworząc całość przypominającą owe olbrzymie parowce, poruszane siłą wielu tysięcy koni, tylko zamiast buchającego tam czarnego dymu węglowego, widoczny jest tu zaledwie lekki obłoczek ciemnawy, którego pył nie osadza w powietrzu i nie utrudnia oddechu. 

Jest to olbrzymi budynek, zajmujący powierzchnię dziesięciu tysięcy yardów kwadratowych, co dorównywa prawie przestrzeni jednego hektara, a jest pierwszą fabryką, jaką spotyka nasz kwartet w tem mieście, które zwiedza pod szczególną opieką Amerykanina. 

– Co to za fabryka? – pyta Ponchard. 

– Jest to fabryka o motorze, poruszanym parą naftową – odpowiada Kalikstus Munbar, którego spojrzenie zajaśniało za binoklami szczególnym jakimś blaskiem. 

– A cóż wyrabia ten olbrzym? 

– Wytwarza siłę elektryczną, która rozsyła na miasto całe, siłę ruchu i światło. Równocześnie fabryka ta zasila nasze telegrafy, teleautografy, telefony, telefoty, dzwonki elektryczne, ogniska przy kuchniach, maszyny robocze, lampy, oświetlające wszelkiego rodzaju, nasze liny podwodne… 

– Liny podwodne? – żywo pochwycił Francolin. 

– Tak, liny, które łączą miasto z różnemi punktami brzegów Ameryki. 

– Cóż było potrzebnem wznosić w tym celu gmach, aż takich rozmiarów? 

– Najniezawodniej, licząc się z tem co potrzebujemy zużyć codziennie siły elektrycznej. A ile tu trzeba było siły twórczej! Wierzcie mi panowie, że tej ostatniej miara musiała być dość wielką przy założeniu i pobudowaniu tego miasta, nie mającego dotąd rywala na całym globie ziemskim! 

Słysząc przytłumiony oddaleniem łoskot olbrzymiej tej fabryki, potężny huk pary, łomot machin odbijający się echem w łonie ziemi, zaledwie można wytworzyć sobie pojęcie o potędze siły potrzebnej do poruszania licznych maszyn lub naładowania akumulatorów. 

W