Wydawca: Goneta Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 103 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Cud nad Wisłą - Maciej Raniszewski

"Cud nad Wisłą" — powieść z pogranicza science fiction, chociaż w przypadku książki pana Raniszewskiego można powiedzieć, że reprezentuje ona gatunek stworzony przez niego samego. To mieszanka piorunująca: zawiera elementy współczesnej obyczajowości — ukazanej w krzywym zwierciadle i przyprawionej absurdem, bajki, groteski, realizmu i fantazji rzecz jasna.

Cud nad Wisłą to opowieść o pewnym profesorze, Rudolfie Zenonie — entuzjaście fizyki. Stanowiła ona sens jego życia, pochłaniała całe jego istnienie i nic innego go nie interesowało. A tu nagle profesor trafia do świata, w którym nie obowiązują dotychczas znane mu prawa przyrody. Okazuje się, że istnieją w kosmosie dwa równoległe światy — ludzi i zielonych istot z czułkami na głowie. Niby podobnie żyją, ale podstawowe zasady, według których funkcjonują ich światy, diametralnie różnią się od siebie.

A wszystko zaczyna się od wizyty o świcie domokrążcy w domu Rudolfa Zenona. Profesor kupił na odczepnego płyn na porost włosów. Ponieważ stosował już wiele innych specyfików, tego też użył wieczorem tuż przed snem. Rano, gdy spojrzał w lustro, jego zdziwienie nie miało granic. Potem już tylko chciał wrócić do swojego dawnego życia, co spowodowało mnóstwo perypetii i doprowadziło do nieoczekiwanego zakończenia całej opowieści...

Maciej Raniszewski — urodzony w 1983 r. w Kołobrzegu. Student informatyki, programista. W wolnych chwilach rozwiązuje problemy matematyczne bądź pisze opowiadania, będące zazwyczaj absurdalnymi komediami. Autor powieści Mężczyzna zmiennym jest, początkowo wydawanej przez e-bookowo.pl. Preferuje literaturę science fiction. Jego ulubioną książką jest Autostopem przez galaktykę Douglasa Adamsa. Indywidualista, samotnik z pasji i powołania. Skromny, małomówny, według znajomych posiada specyficzne poczucie humoru.

Wydawnictwo Goneta.net wydało książkę Mężczyzna zmiennym jest w 2009 roku.

Opinie o ebooku Cud nad Wisłą - Maciej Raniszewski

Fragment ebooka Cud nad Wisłą - Maciej Raniszewski

Maciej RaniszewskiCud nad Wisłą

Copyright to: Wirtualne Wydawnictwo „Goneta” Aneta Gonerawww.goneta.net

ul. Archiwalna 9 m 45, 02-103 Warszawa

Korekta: Jolanta Chrostowska-Sufa chrostowska.sufa@gmail.com

Okładka: Monika Owieśnacorvux@rsb.pl Redakcja: Aneta Gonera
wydawnictwo@goneta.net

ISBN: 978-83-62041-36-7

Wydanie I

Warszawa, marzec 2011

Tekst w całości ani we fragmentach nie może być powielany ani rozpowszechniany za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych, w tym również nie może być umieszczany ani rozpowszechniany w postaci cyfrowej zarówno w Internecie, jak i w sieciach lokalnych bez pisemnej zgody wydawnictwa „Goneta” Aneta Gonera.

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

O autorze

MACIEJ RANISZEWSKI — urodzony w 1983 r. w Kołobrzegu. Student informatyki, programista.

W wolnych chwilach rozwiązuje problemy matematyczne bądź pisze opowiadania, będące zazwyczaj absurdalnymi komediami. Autor powieści Mężczyzna zmiennym jest, początkowo wydawanej przez e-bookowo.pl.

Preferuje literaturę science fiction. Jego ulubioną książką jest Autostopem przez galaktykę Douglasa Adamsa.

Indywidualista, samotnik z pasji i powołania. Skromny, małomówny, według znajomych posiada specyficzne poczucie humoru.

Wydawnictwo Goneta.net wydało książkę Mężczyzna zmiennym jest w 2009 roku.

Cud nad Wisłą — powieść z pogranicza science fiction, chociaż w przypadku książki pana Raniszewskiego można powiedzieć, że reprezentuje ona gatunek stworzony przez niego samego. To mieszanka piorunująca: zawiera elementy współczesnej obyczajowości — ukazanej w krzywym zwierciadle i przyprawionej absurdem, bajki, groteski, realizmu i fantazji rzecz jasna.

Cud nad Wisłą to opowieść o pewnym profesorze, Rudolfie Zenonie — entuzjaście fizyki. Stanowiła ona sens jego życia, pochłaniała całe jego istnienie i nic innego go nie interesowało. A tu nagle profesor trafia do świata, w którym nie obowiązują dotychczas znane mu prawa przyrody. Okazuje się, że istnieją w kosmosie dwa równoległe światy — ludzi i zielonych istot z czułkami na głowie. Niby podobnie żyją, ale podstawowe zasady, według których funkcjonują ich światy, diametralnie różnią się od siebie.

A wszystko zaczyna się od wizyty o świcie domokrążcy w domu Rudolfa Zenona. Profesor kupił na odczepnego płyn na porost włosów. Ponieważ stosował już wiele innych specyfików, tego też użył wieczorem tuż przed snem. Rano, gdy spojrzał w lustro, jego zdziwienie nie miało granic. Potem już tylko chciał wrócić do swojego dawnego życia, co spowodowało mnóstwo perypetii i doprowadziło do nieoczekiwanego zakończenia całej opowieści…

Rozdział 1.

W nieprzeniknionym mroku lodowata morska woda wytrwale rzeźbiła klify. Słychać było tylko jej bulgot i złowieszczy szum. Wydawało się, że pod usianym gwiazdami niebem spoczywa martwa, ciemna przestrzeń. Aczkolwiek na klifie wznosił się osamotniony dom przypominający kształtem latarnię morską.

Posiadłość należała do Rudolfa Zenona — człowieka, który, według lokalnych plotek, nigdy nie sypia. Spokój i świeże powietrze bogate w jod to główne powody, dla których się tu osiedlił. Pracował intensywnie. Często po nocach. Niedawno został uhonorowany tytułem profesora. Jednak nie spoczywał na laurach. Dopóki nie poznał odpowiedzi na nurtujące go pytania, dopóty nie mógł sobie odpuścić. Ponadto uważał, że odkrywanie nowych obszarów wiedzy było jego psim obowiązkiem. Wszak od jego prac mógł zależeć los przyszłych pokoleń.

Ta noc nie zapowiadała się wyjątkowo. Była podobna do setek poprzednich. Biurko jak zwykle ugięte pod ciężarem stosu książek i innej makulatury. Gdzieś pomiędzy stertami papieru widniała łysa główka. Z początku trudno odgadnąć, czy jest to głowa człowieka, czy też fragment mebla lub jakiegoś monumentu, gdyż Rudolf potrafił bardzo długo tkwić w bezruchu. Zazwyczaj oznacza to wysoki poziom koncentracji, którą najczęściej przerywa chrypliwy, niecenzuralny okrzyk. Ma to miejsce mniej więcej około drugiej w nocy.

Po wydaniu z siebie odgłosów męczennika Rudolf podnosił się ciężko zza biurka. Chwilę później zazwyczaj słychać było skrzypienie stopni drewnianych schodów wywołane powolnym, załamanym krokiem, a następnie odgłosy parzenia kawy z ekspresu. Dwie filiżanki najczęściej wystarczały, by profesor mógł wrócić do pracy. Czuł, że odpowiedź jest blisko, ale ciągle nie dawała się uchwycić. O brzasku musiał zrezygnować. Nie był w stanie dłużej skupić myśli. Odłożył z miną niezadowolenia zeszyt z cennymi zapiskami i ostatkiem sił wgramolił się na górę do sypialni. Oczywiście nie była to ostateczna klęska, a jedynie chwilowy fajrant. Jutro, gdy tylko opędzi się od studentów, znów wróci do swoich kosmologicznych rozważań.

Z tą radosną myślą włożył piżamę i już miał wskoczyć do łóżka, gdy usłyszał dzwonek do drzwi.

– Kogo o tej porze diabli niosą? — zdziwił się niepomiernie.

Jego zdumienie miało w sobie odrobinę złości, gdyż musiał znów schodzić na dół, a przecież był już tak zmęczony. Dzwonek rozległ się ponownie.

– Idę już, idę! — krzyczał.

Kilkadziesiąt skrzypnięć później drzwi domku stanęły otworem, a z jego wnętrza wypadł snop światła.

W altance czekał szczupły, wysoki, zielony jak świeżo ścięta trawa jegomość ubrany w czarny płaszcz. Na głowie melonik, a w dłoni walizeczka. Był prawie niewidoczny na tle nocy.

– Co?! — zawył złowieszczo profesor. — Akwizytor o tej porze? Czy wy nie macie domów?

Mężczyzna grzecznie się ukłonił. Gdy zdjął nakrycie głowy w geście powitania, można było podziwiać jego nienagannie wypastowaną parę czułek. Widać, iż korzystał z najlepszych kosmetyków.

Najprawdopodobniej zwykły człowiek zadałby sobie pytanie, cóż to za rasa ludzka posiada zieloną skórę i czułki? Chyba ktoś nietutejszy. Profesor był jednak zbyt zmęczony, a okulary zostawił na szafce nocnej.

– Witam! — radośnie rozpoczął przybysz. — Przepraszam, że tak późno, ale nie mogłem czekać z tą wspaniałą ofertą do rana.

Podskoczył podniecony.

– Lodówka? Pralka? Helikopter? Guma do gaci? — zgadywał znużony Rudolf.

– Nic z tych rzeczy! Coś, co naprawdę się panu przyda. Co wręcz odmieni pańskie życie.

– Pojemnik na muszelki?

– Lepiej! Środek na porost włosów.

– Po ile?

– Dla pana w specjalnej promocji. Trzy pięćdziesiąt.

– Dobra. Dawaj pan i spływaj.

– Proszę. Tu wszystko jest. Dwa aktywne składniki, ręcznik, obszerna instrukcja. Satysfakcja gwarantowana. W razie niezadowolenia proszę cisnąć ręcznikiem o podłogę.

Oczywiście Rudolf nie bardzo wierzył w moc takich preparatów. W początkowej fazie łysienia, a było to wieki temu, próbował wszystkiego: leków farmaceutycznych, terapii ziołowej, zaklęć voodoo… Ostatecznie wylądował gdzieś w rezerwacie Indian, poszukując tutejszego czarownika, który znał podobno sposób na każdą przypadłość. Do kraju wrócił zrezygnowany, z paczuszką marihuany na pocieszenie. Był łysy jak kolano i musiał z tym żyć. Pudełko otrzymane od akwizytora rzucił niedbale w kąt. Szybko o nim zapomniał. Marzył już tylko o mocnym, długim śnie.

***

O świcie morze było całkiem spokojne. Jakby zmęczone nocną aktywnością. Jedynie drobne zmarszczki pojawiały się sporadycznie na tafli wody. Pobliski las, obudzony jaśniejącym niebem, ruszył ze swoją codzienną melodią skomponowaną przez setki ptaków.

Ten dzień należał do tych bardziej ponurych, kiedy to budzik bywał ustawiony na ósmą pięć. Punktualnie o ósmej trzydzieści profesor otwierał już drugie oko. Z prawdopodobieństwem jeden do stu tysięcy założy wyjściowe ubranie jeszcze przed dziesiątą. Tym razem taki cud właśnie nastąpił. Ze snu skutecznie budziła Rudolfa myśl, że dziś na uczelni gościł będzie jeden z najznamienitszych autorytetów w dziedzinie fizyki teoretycznej. Należało koniecznie z nim porozmawiać. Wszak w rozważaniach profesora tyle było wątpliwości na temat bozonów Higgsa oraz jakości wyrobów pobliskiej piekarni.

Około dziesiątej pięć był gotowy do wyjścia. Prawie zawsze do pracy nosił wzorzyste, obszerne swetry i bokserki w serduszka. Zimą po kilku sekundach wracał do mieszkania, gdyż szybko uświadamiał sobie, że dobrze by było włożyć spodnie. Latem taka refleksja przychodziła znacznie później. Zwłaszcza że czasem bozony nie dawały chwili wytchnienia zmęczonemu intelektowi.

Rudolf, wbrew powszechnie panującej wśród nauczycieli akademickich mody na korzystanie z usług komunikacji miejskiej, posiadał samochód — dziesięcioletniego trabanta. Około jedenastej charakterystyczne terkotanie zagościło na uczelnianym parkingu. Rzecz niepojęta — mówili do siebie studenci. — Trzydzieści stopni w cieniu, a on nie zapomniał włożyć spodni. Młodzi matematycy uspokajali jednak grupkę teologów twierdząc, że we wszechświecie wszystko się może zdarzyć. To kwestia prawdopodobieństwa.

Profesor, nie zważając na gapiów, pewnym krokiem udał się do swojego pokoju. W gabinecie Rudolfa można było znaleźć przeróżne przedmioty. Rzecz jasna, mieściła się w nim biblioteczka po brzegi wypchana książkami z zakresu fizyki czy matematyki. Na regale z literaturą stał olbrzymi globus, a obok, nieco z tyłu, jakby onieśmielona gabarytami sąsiada, doniczka z petunią. Gdzieś w kąt rzucone zostało siodło, a na podłodze walały się stare kapcie. Należało stąpać ostrożnie, by nie nadepnąć na resztki miny przeciwpiechotnej, która jeszcze nie tak dawno leżała w laboratorium.

Biurko zalegały stosy papierów. Głównie prace studentów. Profesor był jednak twardym facetem i nawet do głowy nie przyszło mu lamentować czy też zadawać sobie pytania w stylu: „Kiedy ja to wszystko sprawdzę?”. Nie! On stawiał czoło wyzwaniom. Mimo że nowe prace wciąż i wciąż napływały ze wszech stron, drzwiami i oknami, mimo że pod dziesiątkami e-maili o wymyślnych tytułach mieściła się ta sama treść, to on i tak dalej walczył na froncie nauczycielskim. Niestrudzony niczym renifer Rudolf z zaprzęgu Świętego Mikołaja codziennie brnął przez idiotyzmy studentów, by w końcu móc uwieńczyć swój syzyfowy wysiłek wystawieniem oceny niedostatecznej.

Mimo skromnej pensji nie odmawiał sobie luksusów. Pod biurkiem umieścił lodóweczkę, gdzie przechowywał swoje ulubione potrawy. Rozsiadł się wygodnie w miękkim, obitym cielęcą skórką fotelu, wyciągnął sałatkę jarzynową i już miał rozpocząć konsumpcję, gdy nagle rozległo się pukanie do drzwi.

– Proszę! — powiedział, trzymając sztućce w pogotowiu.

Do pokoju weszła drobna kobieta w średnim wieku. Wyglądała góra na trzydziestkę. Nienaganny kostium, kasztanowe włosy opadające na ramiona, jasna cera i duże, piwne oczy, z których trudno cokolwiek wyczytać. Studenci lubili ją. Potrafiła w jasny i dość klarowny sposób wytłumaczyć nawet skomplikowane rachunki operatorowe.

– Cóż to panią sprowadza, pani Webster? — spytał Rudolf i nie czekając na odpowiedź, skosztował odrobinę sałatki.

– Oj, mów mi Klara. Przecież wiesz, że wszyscy mówimy sobie po imieniu.

– Znowu zapomniałem. Przepraszam. To trochę wbrew mojej naturze.

– Naprawdę powinieneś bardziej otworzyć się na ludzi. Masz pięćdziesiąt lat i ciągle jesteś kawalerem. Może gdzieś tam…

– Do rzeczy — przerwał jej profesor.

– Szykuje się konferencja naukowa w ten piątek. Będziesz?

– Pewnie. Czy kiedykolwiek mnie zabrakło? — spytał retorycznie. — Coś jeszcze? — dodał po przełknięciu kolejnej porcji sałatki.

– Nie zamęcz mi dziś studentów — uśmiechnęła się.

Wykłady profesora należały niewątpliwie do bardzo rzeczowych. Niekończące się wywody indukowały znużenie wśród studentów lepiej niż najlepsze wyścigi ślimaków. Żadne bajki na dobranoc nie miały tak znakomitego skutku usypiającego. Profesor zachwycał się nad pięknem każdego symbolu, nad możliwością zgrabnego wymanewrowania z sytuacji na pierwszy rzut oka bez wyjścia, kiedy to obecny stan wiedzy matematycznej przypiera do muru, zakuwa w kajdany i trzyma w ciemnym lochu lub bawi się w kotka i myszkę, zmuszając do biegania w kółko po tym samym labiryncie.

Profesor mógł mówić z pełną finezją nawet do pustej sali, co zresztą czasem czynił, nie zauważywszy, że wszyscy słuchacze sobie poszli. Tak było nawet lepiej, gdyż wtedy akustyka auli stawała się doskonalsza i wyraźnie mógł wsłuchać się w swój głos.

***

Bywają lepsze i gorsze dni. Jak to w życiu. Niejednokrotnie nasz stan wewnętrzny odzwierciedla odpowiednia aparycja. Jednak to, co następnego ranka zobaczył w lustrze profesor, było, bądź co bądź, rzeczą niepojętą. Niby ta sama zielona, niewyspana gęba, ale coś było nie tak. Ta zieleń jakaś trochę inna. A może to zwidy? Przejechał dłonią po podbródku i poczuł idealną gładkość. Niczym pupcia niemowlęcia. Jak to możliwe, skoro jeszcze nie zdążył się ogolić? No dobrze, może zdążył, tyle że tego nie pamięta, bo na przykład myślał o bozonach. Uznajmy, że przytoczone spostrzeżenia można jeszcze, w jakiś sposób, racjonalnie wyjaśnić. Ale, na grób Einsteina, skąd wzięła się ta para czułek wyrastających z czoła?! I to jeszcze zakończona kulistymi zgrubieniami, jakby tego było mało. Rudolf poczuł, jak ogarnia go przemożna ochota, by wybuchnąć histerią, lecz panował nad sobą ostatkiem sił. Jak on teraz wyglądał? Jak on się w pracy pokaże w takim stanie?

– Niech no ja dorwę tego akwizytora! — wrzasnął.

Dziś w nocy wypróbował ów cudowny preparat na porost włosów. Wykonał wszystko dokładnie zgodnie z instrukcją. A że był człowiekiem pedantycznym, o pomyłce nie mogło być mowy. Po prostu gówniarz dał nie ten specyfik.

Poszedł do toalety. Wtedy przeżył największy szok. Stracił coś więcej niż tylko zarost. Dużo więcej. Jednak po krótkiej dezorientacji ustalił, iż teraz mocz oddaje się lewym kolanem.

Podczas śniadania wykrył problem z przełykaniem. W gardle, zamiast standardowych dwóch dziurek, były trzy. „Preparat poważnie naruszył mój materiał genetyczny — pomyślał, oglądając w lustrze jamę ustną. — Co teraz zrobić? Może to jakaś dziwna choroba, na którą współczesna medycyna zna lekarstwo?”. Po głowie chodził mu pomysł udania się do szpitala, jednak został unieważniony, gdy Rudolf doznał olśnienia. Bo przecież ta zielona facjata z czułkami nie jest zupełnie obca. Przynajmniej nie na poziomie podświadomości. Wystarczyło wrócić mentalnie do pewnych wydarzeń, by, mimo bardzo niedoskonałej percepcji, jaką się wtedy posiadało, skonstatować, iż akwizytor mógł mieć podobne udekorowanie czoła. Mało tego! Kilka lat temu wuj Arnold rozpowiadał, że na Ziemi, oprócz nas, żyje jeszcze jedna rasa istot inteligentnych. Oczywiście nikt mu nie wierzył. Jego występ został uznany za zabawny i nagrany na wideo.

Rudolf pobiegł na strych. Wyciągnął stare kartony, po czym zaczął wyrzucać z nich różne rupiecie. Kwadrans później znieruchomiał. Oto na dnie jednego z pudeł leżała owa zapomniana przez świat kaseta. Tryumfalnie pochwycił ją w dłoń i zleciał do salonu, by puścić nagranie.

Na ekranie ukazała się wątła, uśmiechnięta postać w okularach o wyjątkowo grubej i niemodnej oprawce. Jej czarna grzywa przypominała bocianie gniazdo. Do tego koszula w kratę niedbale wychodząca z podartych dżinsów. Z wyglądu można by przypuszczać, że był to typ intelektualisty. W rzeczy samej. Wuj Arnold wykładał stosunki międzynarodowe (a nieoficjalnie również międzyplanetarne).

– Chcecie, żebym opowiedział o moim sensacyjnym odkryciu do kamery? — pytał. — Niech zatem tak będzie. Zapamiętajcie sobie, co powiem. Ha, ha! — jego głośny śmiech miał w sobie coś z radości i zuchwałości. — Nie mam dowodów, ale na Ziemi, równolegle z nami, koegzystuje inna forma istot inteligentnych. Jak wyglądają? Proszę bardzo, zrobiłem portret pamięciowy.

Odsunął się, by